Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

środa, 10 stycznia 2018

Pudroholiczka. Laura Mercier Loose Setting Powder Translucent

Cześć, mam dwadzieściaparę lat i jestem prawie anonimową pudroholiczką. Co gorsza, choć mój stan jest zaawansowany, nie zamierzam tego w żaden sposób leczyć (skoro na głowę za późno, to może zacznę leczyć nogi :D). Od czasu do czasu podkarmiam wewnętrzną pudernicę fundując sobie nowy kosmetyk, mimo że czasem aktualnie używany spełnia dobrze swoje zadanie. Życie jest zbyt krótkie, żeby używać tylko jednego pudru.

Puder marki Laura Mercier jest dostępny na rynku od paru lat (mogę się oczywiście mylić, nie śledzę wnikliwie rynku kosmetyków selektywnych), jednak prawdziwy boom na niego pojawił się w pierwszym kwartale poprzedniego roku. Nagle zagościł niemal w każdym filmie makijażowym. Nie sposób ocenić, na ile to zasługa PR dystrybutora marki, a na ile promocji w Douglasie, która pojawiła się w marcu. I ja dałam się złapać. Czy żałuję?

czwartek, 4 stycznia 2018

Pastowanie skóry. Fresh&Natural Pasta do mycia twarzy z melisą i szałwią

Higiena w naszym narodzie chyba zawsze była tematem, który nie należał do najchętniej poruszanych. W ekstremalnych przypadkach brak odpowiednich jej podstaw bywa szczególnie mocno odczuwalny upalnym latem w środkach komunikacji zbiorowej. Czasem jednak można się zdziwić, że o jej zachowaniu zapominają osoby, dla których szminka, puder czy perfumy to temat powszedni. Niby mądrzy ludzie żyją w brudzie, ale...

... część z nich przeczytała książkę Charlotte Cho (lub przynajmniej artykuł dotyczący koreańskiej pielęgnacji tejże autorki) i odkryła dwuetapowe oczyszczanie twarzy. Do łask powróciły żele i pianki myjące, a na salony triumfalnie wkroczyły kosmetyki oczyszczające bazujące na olejach. Część z nich to mieszanka olejów i maseł, niektóre, mniej liczne, zawierają emulgatory, które mają ułatwić zmywanie smalcu także bez użycia dodatkowego kosmetyku. Już nikt nie śpi w makijażu.

Niektórzy pewnie kojarzą Fresh&Natural z produktami do pielęgnacji ciała (np. fenomenalnymi peelingami cukrowymi), jednak od pewnego czasu marka pnie się do góry i swoim obszarem zainteresowania objęła twarz. Pojawiły się balsamy do ust, a także serum do twarzy i  bohater dzisiejszej notki - pasta do mycia twarzy z melisą i szałwią.

wtorek, 26 grudnia 2017

Cień na cały dzień? Nabla Creme Shadow Birki

Mimo upływu czasu, w moim życiu nie zmieniło się jedno; nadal, mimo szczerych chęci, wielu godzin i rozmaitych narzędzi nie potrafię się zadowalająco pomalować. Moją prywatną mistrzynią jest pani, która w busie wyciąga zestaw cieni z Avonu i po ciemku, pacynką, maluje sobie oczy. I wiecie co? Jej też wychodzi lepiej niż mnie. Myślałam, że ćwiczeniami nadrobię brak talentu artystycznego, zdolności manualnych i dobrego smaku. Cóż, nie wyszło. Zamiast więc dokładać sobie pracy, zaczynam skłaniać się ku prostym rozwiązaniom. Szczególnie, że o 5 rano marzę tylko o tym, żeby wyglądać jak człowiek możliwie jak najmniejszym kosztem czasowym. I tu dochodzimy do cudownego wynalazku (przynajmniej w założeniu) - cienia w kremie.

Jako posiadaczka tłustej powieki nie wyobrażam sobie pudrowych formuł bez bazy. Jasne, w tym segmencie są takie cienie, które trzymają się lepiej, i takie, które znikają szybciej, ale chyba jeszcze żadne nie utrzymały się tyle, ile bym potrzebowała - czyli 10 do 12 godzin. Baza musi być i koniec. Tymczasem kremowe formuły mają być w teorii samowystarczalne, ba, można je także obsadzić w roli bazy pod inne cienie.

niedziela, 3 grudnia 2017

Aaaawokado pod oczy kupię! Martina Gebhardt Eye Care Fluid

Podobno liczy się pierwsze wrażenie. Stąd te nasze garsonki na rozmowach kwalifikacyjnych, stonowane makijaże, starannie modulowany głos, zapięte guziki podczas wizyty u teściowej. Żeby nikt nie wiedział, co za diabeł tkwi w środku. Tylko prędzej czy później wylezie szydło z worka. Zwykle w najmniej oczekiwanym momencie.

Te początkowe odczucia często bywają bardzo mylące. Dlatego jestem zdecydowanie przeciwna wyrokowaniu po pierwszym maźnięciu podkładu, czy szminki. I oceniania całej marki przez pryzmat pierwszego zastosowanego kosmetyku. Gdybym chciała wypowiedzieć się o marce Martina Gebhardt po zużyciu pierwszego słoiczka kremu, to musiałabym napisać podniosły hymn. Tymczasem drugie podejście nie okazało się już tak satysfakcjonujące...

poniedziałek, 13 listopada 2017

Zjeść ciastko i mieć ciastko. Schmidt's Natural Deodorant Rose+Vanilla

Na fali popularności naturalnej pielęgnacji zaczęłyśmy się nacierać ziołowymi naparami i olejami właściwie od stóp do głów. Szampony napakowane ekstraktami, cudowne sera na bazie olejów, balsamy do ciała na bazie z naturalnych maseł. Wszystko pięknie do momentu aż doszło do pach.  Kryształy? Wszystko świetnie, tylko ałun to także sól aluminium, czyli metalu, od którego tak bardzo się odżegnujemy.  Sód i olej kokosowy, alleluja! Naturalnie? Tak. Bez związków aluminium? Tak! Bezpiecznie? Wygodnie? Przyjemnie? Cóż...

Standardowo zacznę od omówienia opakowania. Dezodoranty Schmidt's dostępne są w dwóch wariantach: sztyftu i kremu w słoiczku. Obie wersje przerobiłam (słoiczek bergamotka i limonka), dużo bardziej wygodna w używaniu jest opcja sztyftu, który przykładamy i po chwili przesuwamy po skórze. Ze słoiczka trzeba produkt wygrzebać i rozsmarować - przy sztyfcie nie trzeba sobie brudzić rąk.

Konsystencja? Dwa słowa: olej kokosowy. Myślę, że spora część z nas już wie, że pod wpływem ciepła olej się roztapia, w temperaturze pokojowej jest zwykle stałą masą. Podobnie ze Schmidtsami - im wyższe temperatury, tym konsystencja jest bardziej masełkowata.

Zanim przejdę do opisu skuteczności i tego, co mnie boli, skupię się na zapachach. Podobał mi się cytusowy Bergamot+Lime, ale różano-waniliowy skradł moje serce. Tak, coś jest z tą różą i starością. Niestety, spod tych głównych nut po około dwóch - trzech godzinach zaczyna przebijać zapach sody. Niespecjalnie przyjemny, choć i tak milszy dla nosa niż to, co czasem czuć latem w komunikacji miejskiej.

Jak ze skutecznością? Kupowałam te produkty z pełną świadomością tego, że to dezodoranty, a nie antyperspiranty, więc ich podstawowym zadaniem jest maskowanie nieprzyjemnego zapachu, nie zaś ograniczenie pocenia. Dlatego ich działanie antyperspiracyjne oceniam jako atut, choć długość ochrony przed mokrymi kulkami na ubraniu nie powala - to około 3 godziny.

Nie jest źle, prawda? To teraz czas na gwóźdź programu, a właściwie gwóźdź i młotek, którym dobiję trumnę. Dezodoranty Schmidt's bardzo brudzą ubrania. Jeszcze zrozumiałabym, że pojawiają się białe mazy na czerni, ale żółtych plam na białych bluzkach nie wybaczę. Od lat nie miałam z tym problemu, a tu koszmar powrócił. Jeżeli nosisz bardzo luźne ubrania, to pewnie nie będzie to dla Ciebie wada, ja nie jestem wielbicielką dużych ilości materiału majtających się wokół mnie.

Jednak poniszczone bluzki to pikuś przy ostatniej wadzie. Podrażnieniu po 2-3 tygodniach stosowania. Wielkie, czerwone placki pod pachami. Ogniście czerwone, wstyd wyjść do ludzi w bluzce bez rękawów. To w wersji light (moja mama i ciocia). W wersji hard (ja) do tej kolorowej atrakcji dochodziło pieczenie i łuszczenie skóry (robiła mi się taka skorupa). I to wcale nie było po depilacji.

Niestety, nie potrafię zrozumieć fenomenu Schmidt'sa. Może jego popularność polega na tym, że jest najbardziej dostępnym naturalnym dezodorantem? Może zachwycone nim dziewczyny używają go raz w tygodniu, jak blokera? Może noszą wyłącznie luźne bluzy z długimi rękawami? Ja mówię nie. Jeżeli znacie inne, naturalne dezodoranty, to chętnie poczytam.

Skład: Maranta arundinacea (arrowroot) powder, Cocos Nucifera (cocounut) Oil, Euphorbia Cerifera (candelila) Wax, Butyrospermum Parkii (shea butter), Soidum bicarbonate (baking soda), Caprylic/Capric Triglyceride (fractionated coconut oil), Simmondsia Chinesis (jojoba) Seed Oil, Tocopherol (vitamin E, sunflower derived), Natural Fragrance.

Cena: 35-50 zł/92 g
Ocena: 2/5

niedziela, 5 listopada 2017

Łatwo przyszło, gorzej poszło. Zużycia września i października

Nikt mi nigdy nie mówił, że z wiekiem czas zaczyna tak biec, że ledwo zaczynamy rok, a już za chwilę go kończymy. Nie wiem, kiedy uciekł mi początek jesieni, a przecież zaraz spadnie śnieg (oby nie, nie wymieniłam jeszcze fleków). Dopiero wysypujące się z torby puste opakowania i konieczność sprawienia im nowego lokum sprawiły, że trochę się otrząsnęłam. Wobec tego najwyższy czas na denko!




Było: Eco Cosmetics Moisturizing Shampoo (Szampon pielęgnacyjny z liściem oliwnym i malwą) - chyba nie przesadzę pisząc, że to szampon tego roku. Przynajmniej jeśli chodzi o ilość zużytych przeze mnie tubek. Znakomicie sprawdzał się przy mojej skórze głowy, nie powodował swędzenia i przedwczesnych opadów śniegu. Bardzo dobrze oczyszczał, a jednocześnie wykazywał działanie nawilżające. Wersja regenerująca nie przypadła mi do gustu tak jak ta.

Jest: Zatik Wildcherry&Jasmine Shampoo - bardzo pozytywne zaskoczenie, zarówno dla skóry głowy, jak i włosów.

środa, 1 listopada 2017

Upiększanie z Avanti


Zniżkowe żniwa już zdecydowanie za nami. Wielbicielki gazetowych akcji rabatowych zapadają w sen zimowy i obudzą się dopiero w marcu. Przed nami jeszcze black friday/cyber monday, czyli prawdziwe święta dla zakupoholików (nie tylko tych zza Atlantyku) oraz nasz swojski Dzień Darmowej Dostawy (4 grudnia).

Tematyka bloga jest wszystkim wiadoma, dlatego też nie dziwi to nikogo, że w kręgu moich zainteresowań pozostają promocje kosmetyczne. Z dużym zdziwieniem, ale i radością przyjęłam wiadomość, że w listopadowym magazynie Avanti (4,99 zł; 9,99 zł z rewitalizującym płynem micelarnym Vianek) pojawiły się zniżki na zabiegi medycyny estetycznej oraz na kosmetyki. Zniżek do drogerii oraz sklepów firmowych niektórych marek nie jest zbyt wiele, ale to zawsze coś.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...