Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

poniedziałek, 13 listopada 2017

Zjeść ciastko i mieć ciastko. Schmidt's Natural Deodorant Rose+Vanilla

Na fali popularności naturalnej pielęgnacji zaczęłyśmy się nacierać ziołowymi naparami i olejami właściwie od stóp do głów. Szampony napakowane ekstraktami, cudowne sera na bazie olejów, balsamy do ciała na bazie z naturalnych maseł. Wszystko pięknie do momentu aż doszło do pach.  Kryształy? Wszystko świetnie, tylko ałun to także sól aluminium, czyli metalu, od którego tak bardzo się odżegnujemy.  Sód i olej kokosowy, alleluja! Naturalnie? Tak. Bez związków aluminium? Tak! Bezpiecznie? Wygodnie? Przyjemnie? Cóż...

Standardowo zacznę od omówienia opakowania. Dezodoranty Schmidt's dostępne są w dwóch wariantach: sztyftu i kremu w słoiczku. Obie wersje przerobiłam (słoiczek bergamotka i limonka), dużo bardziej wygodna w używaniu jest opcja sztyftu, który przykładamy i po chwili przesuwamy po skórze. Ze słoiczka trzeba produkt wygrzebać i rozsmarować - przy sztyfcie nie trzeba sobie brudzić rąk.

Konsystencja? Dwa słowa: olej kokosowy. Myślę, że spora część z nas już wie, że pod wpływem ciepła olej się roztapia, w temperaturze pokojowej jest zwykle stałą masą. Podobnie ze Schmidtsami - im wyższe temperatury, tym konsystencja jest bardziej masełkowata.

Zanim przejdę do opisu skuteczności i tego, co mnie boli, skupię się na zapachach. Podobał mi się cytusowy Bergamot+Lime, ale różano-waniliowy skradł moje serce. Tak, coś jest z tą różą i starością. Niestety, spod tych głównych nut po około dwóch - trzech godzinach zaczyna przebijać zapach sody. Niespecjalnie przyjemny, choć i tak milszy dla nosa niż to, co czasem czuć latem w komunikacji miejskiej.

Jak ze skutecznością? Kupowałam te produkty z pełną świadomością tego, że to dezodoranty, a nie antyperspiranty, więc ich podstawowym zadaniem jest maskowanie nieprzyjemnego zapachu, nie zaś ograniczenie pocenia. Dlatego ich działanie antyperspiracyjne oceniam jako atut, choć długość ochrony przed mokrymi kulkami na ubraniu nie powala - to około 3 godziny.

Nie jest źle, prawda? To teraz czas na gwóźdź programu, a właściwie gwóźdź i młotek, którym dobiję trumnę. Dezodoranty Schmidt's bardzo brudzą ubrania. Jeszcze zrozumiałabym, że pojawiają się białe mazy na czerni, ale żółtych plam na białych bluzkach nie wybaczę. Od lat nie miałam z tym problemu, a tu koszmar powrócił. Jeżeli nosisz bardzo luźne ubrania, to pewnie nie będzie to dla Ciebie wada, ja nie jestem wielbicielką dużych ilości materiału majtających się wokół mnie.

Jednak poniszczone bluzki to pikuś przy ostatniej wadzie. Podrażnieniu po 2-3 tygodniach stosowania. Wielkie, czerwone placki pod pachami. Ogniście czerwone, wstyd wyjść do ludzi w bluzce bez rękawów. To w wersji light (moja mama i ciocia). W wersji hard (ja) do tej kolorowej atrakcji dochodziło pieczenie i łuszczenie skóry (robiła mi się taka skorupa). I to wcale nie było po depilacji.

Niestety, nie potrafię zrozumieć fenomenu Schmidt'sa. Może jego popularność polega na tym, że jest najbardziej dostępnym naturalnym dezodorantem? Może zachwycone nim dziewczyny używają go raz w tygodniu, jak blokera? Może noszą wyłącznie luźne bluzy z długimi rękawami? Ja mówię nie. Jeżeli znacie inne, naturalne dezodoranty, to chętnie poczytam.

Skład: Maranta arundinacea (arrowroot) powder, Cocos Nucifera (cocounut) Oil, Euphorbia Cerifera (candelila) Wax, Butyrospermum Parkii (shea butter), Soidum bicarbonate (baking soda), Caprylic/Capric Triglyceride (fractionated coconut oil), Simmondsia Chinesis (jojoba) Seed Oil, Tocopherol (vitamin E, sunflower derived), Natural Fragrance.

Cena: 35-50 zł/92 g
Ocena: 2/5

niedziela, 5 listopada 2017

Łatwo przyszło, gorzej poszło. Zużycia września i października

Nikt mi nigdy nie mówił, że z wiekiem czas zaczyna tak biec, że ledwo zaczynamy rok, a już za chwilę go kończymy. Nie wiem, kiedy uciekł mi początek jesieni, a przecież zaraz spadnie śnieg (oby nie, nie wymieniłam jeszcze fleków). Dopiero wysypujące się z torby puste opakowania i konieczność sprawienia im nowego lokum sprawiły, że trochę się otrząsnęłam. Wobec tego najwyższy czas na denko!




Było: Eco Cosmetics Moisturizing Shampoo (Szampon pielęgnacyjny z liściem oliwnym i malwą) - chyba nie przesadzę pisząc, że to szampon tego roku. Przynajmniej jeśli chodzi o ilość zużytych przeze mnie tubek. Znakomicie sprawdzał się przy mojej skórze głowy, nie powodował swędzenia i przedwczesnych opadów śniegu. Bardzo dobrze oczyszczał, a jednocześnie wykazywał działanie nawilżające. Wersja regenerująca nie przypadła mi do gustu tak jak ta.

Jest: Zatik Wildcherry&Jasmine Shampoo - bardzo pozytywne zaskoczenie, zarówno dla skóry głowy, jak i włosów.

środa, 1 listopada 2017

Upiększanie z Avanti


Zniżkowe żniwa już zdecydowanie za nami. Wielbicielki gazetowych akcji rabatowych zapadają w sen zimowy i obudzą się dopiero w marcu. Przed nami jeszcze black friday/cyber monday, czyli prawdziwe święta dla zakupoholików (nie tylko tych zza Atlantyku) oraz nasz swojski Dzień Darmowej Dostawy (4 grudnia).

Tematyka bloga jest wszystkim wiadoma, dlatego też nie dziwi to nikogo, że w kręgu moich zainteresowań pozostają promocje kosmetyczne. Z dużym zdziwieniem, ale i radością przyjęłam wiadomość, że w listopadowym magazynie Avanti (4,99 zł; 9,99 zł z rewitalizującym płynem micelarnym Vianek) pojawiły się zniżki na zabiegi medycyny estetycznej oraz na kosmetyki. Zniżek do drogerii oraz sklepów firmowych niektórych marek nie jest zbyt wiele, ale to zawsze coś.

niedziela, 15 października 2017

1+1=5! Beaute Marrakech Natural Two-Phase Make-up Remover Rose

Coś jest nie tak. Naprawdę. Bo czy to normalne, żeby od kilku tygodni pisać o kosmetykach które się sprawdzają? Klęska urodzaju, czy co? Chyba muszę znowu poszukać dziury w całym i wysmażyć jadowity post o bublach - tylko niech no wyjmę je z szuflady, bo nie psują mi humoru zakopane w głębi najbardziej instagramowej komody z przybytku zła i dostawcy białego sztucznego futerka do zdjęć w jednym.

Minęły już czasy, gdy łażenie po sklepach było jedną z moich ulubionych rozrywek. Większość przyjemności zamawiam kilkoma kliknięciami, a w drogerii pojawiam się zwykle wtedy, gdy  niespodziewanie skończą się waciki. Czasami, gdy wpadnę po dłuższej nieobecności, przeżywam szok, gdy nic nie leży na swoim miejscu. Tak jak jakiś czas temu w drogerii Natura, w której szafy z kolorówką powędrowały na inną ścianę, a w środku sklepu znalazła się półka z naturalnymi kosmetykami. Łopanie, na bogato -  rosyjskie, Cosnature, Vianek, Sylveco, Nature Queen, Orientana... Stałam przez dłuższą chwilę i podziwiałam zawartość regału, gdy w moje oko wpadło coś, obok czego nie mogłam przejść obojętnie. Płyn dwufazowy! Naturalny! Rzut oka na skład, mały szok i już kurzyło się za mną do kasy.

czwartek, 5 października 2017

Chwila zapomnienia. Szaleństwo zakupów z Elle, InStyle i Glamour (7-8 października)



Jesień na całego, więc pora już kończyć gromadzenie zapasów na chłodniejsze pory roku. Tym razem z pomocą przychodzą Elle (8,99 zł; w wersji z maseczkami Bielendy - 10,99 zł), InStyle (6,99 zł; 7,99 zł z fragmentem książki "Hygge. Na szczęście" i Glamour (4,99 zł; z fragmentem książki Red Lipstick Monster - 6,99 zł) i ich akcja rabatowa "Szaleństwo zakupów". Początkowo wydawało mi się, że nie ma tu nic ciekawego, ale po dokładnym przejrzeniu czasopisma okazało się, że pojawiło się kilka smaczków, Wielbicielki kosmetyków naturalnych powinny być usatysfakcjonowane.

czwartek, 28 września 2017

Dobre wejście w nowy rok akademicki. Stylowe zakupy z Twoim Stylem i Show


Sezon na weekendy zniżek trwa w najlepsze. Już w najbliższych dniach sklepy opanują osoby z Twoim Stylem (7,99 zł) lub Show (1,99 zł) pod pachami i nie zawahają się użyć zawartych w nich kuponów. Studentki (i nie tylko) będą mogły odświeżyć nie tylko swoje szafy, ale i zawartość kosmetyczek.

Akcja w sklepach stacjonarnych trwa od 29 września do 1 października, ale na zakupy online będziemy miały trochę więcej czasu, bo klikać można do 3 października. To do dzieła!

niedziela, 24 września 2017

Warta każdej złotówki. Inglot Eye Shadow Keeper


"Bez czego nie wyobrażasz sobie...". Czasem, w celu podkreślenia swojego uwielbienia dla danego produktu, recenzentki entuzjastycznie wyrażają zachwyt, wskazując, że ich życie bez tego konkretnego kosmetyku byłoby niepełne. Niektóre sporo zaliczają do tej kategorii. Ja staram się być bardziej powściągliwa. I rzadko udaje mi się trafić na produkt bez wad, który wywołuje dziką radość. A jednak tym razem się udało. Tak, ten post to będzie laurka.

Jako posiadaczka tłustej powieki cenię dobre bazy pod cienie. Na rynku pojawia się ich coraz więcej, ale nie każda zachwyca. Sporo już przetestowałam, z tych bardziej popularnych pozostała tylko Artdeco. Z tym, że nie jestem pewna, czy kiedykolwiek do mnie trafi. Wszystko przez pana ze zdjęcia obok.

niedziela, 17 września 2017

Bo do tanga... Czarszka Ultradelikatny balsam do mycia twarzy

Kilka lat temu, gdy internetowy światek kosmetyczny nieporadnie raczkował, chyba nikt nie był w stanie przewidzieć, w którą stronę to wszystko zmierza. Dziś żyjemy w dobie, w której niektórzy internetowi twórcy z małych poletek stworzyli potężne latyfundia. Dla niektórych pisanie tekstów i kręcenie filmów stało się pełnoetatową pracą, a od swojej działalności chętnie odcinają kupony, Pojawił się trend na pisanie książek, a także na wypuszczanie produktów sygnowanych przez danego twórcę. I nie jest to tylko tendencja obecna w krajach zachodnich, dotarła także pod nasze, środkowoeuropejskie strzechy. Na księgarnianych półkach panoszą się książki, a w sieci  hulają sklepy, w których można kupić coś, do czego rękę przyłożył ulubiony bloger. Dziś właśnie o takim kosmetyku.

Przyznam się, że powoli uczę się odróżniać ziarno od plew i nie wierzę bezkrytycznie temu, co ktoś wypisuje lub wygaduje w sieci. Dlatego też nie pędzę do drogerii po przyswojeniu każdej hurraoptymistycznej recenzji. Nie oszalałam ze szczęścia, gdy na rynku pojawiły się kosmetyki dziewczyn, które śledzę od lat. Na spokojnie zdecydowałam się na maskę Anwen, a następnie na balsam do mycia twarzy Czarszki, Nie wykluczam, że skuszę się na coś jeszcze.

W ostatnim czasie prawdziwym hitem pielęgnacji jest oczyszczanie twarzy olejkami. Najchętniej w wariancie dwuetapowym, czyli olejek+żel do mycia twarzy. Jako rasowy leniuszek, który nie lubi wydziwiania, postanowiłam spróbować zabawy z olejkiem, ale z takim, którego zasadniczo nie trzeba dodatkowo domywać (Clochee, nie polecam). Olejkowe produkty z emulgatorami są na razie dość słabo reprezentowane, prym wiodą mieszanki czystych olejów i maseł. Nie odpowiada mi to, ale gdybym odejmowała za to punkty, z miejsca skreśliłabym większość olejków i balsamów myjących, bo na starcie byłby ocenione niżej. Widziały gały, co brały, więc niech ocenią, co kupowały :).

Czarszka wypuściła trzy rodzaje balsamów: aksamitny, regulujący oraz ultradelikatny. Z racji tego, że pierwsze dwa warianty zawierają olejki eteryczne, a ja chciałam stosować ten kosmetyk do demakijażu oczu, zdecydowałam się na wariant ultradelikatny, bezzapachowy (a właściwie delikatnie pachnący "tłustością"

Każdy balsam zamknięty jest w słoiku z brązowego szkła, co wpisuje się w schematy eko, bio, 100% natural, 100% handmade i cruelty free. Pomysł chwalebny, ale ciapciaki są niepocieszone - za każdym razem modliłam się, żeby nabrać odpowiednią ilość i nie sięgać tłustą łapką po kolejną porcję. Wszystko pali mi się w rękach, co poradzę?
(Moja etykietka była krzywa, Paulino :D!)

Konsystencja określiłabym mianem tłustego musu. Palce wchodzą w produkt jak w mięciutkie masełko. Balsam ma poślizg, czuć, że to bogaty produkt - sunie po skórze mniej więcej jak smalec po patelni, czyli dobrze, ale lekki opór jest. Nie trzeba jednak ciągnąć skóry, żeby go rozprowadzić. Do jego zmycia konieczny jest naprawdę porządny produkt myjący, taki do rozrobienia z wodą, nie żaden płyn micelarny, czy dwufazowy. Chyba że ktoś chce przemieścić swoją twarz w okolice kolan i mieć na niej ropne wykwity. 

Balsam w zamierzeniu ma służyć do usuwania makijażu i rozpuszczania zanieczyszczeń, a podczas jego stosowania możemy wykonywać masaż twarzy. Makijaż usuwa doskonale, chociaż na początku miałam wątpliwości odnośnie skuteczności w demakijażu oczu (tusz z duecie z wodoodpornym top coatem). Sama jestem sobie winna, bo próbowałam domywać go płynem micelarnym i płynem dwufazowym, podczas gdy wystarczyło potraktować go żelem do mycia twarzy i wszystko pięknie zeszło. Ale... Większość tych mydlin mnie szczypie (dlatego przerzuciłam się na micele i dwufazy; sam balsam nie wyżera gałek), często używam także produktów do skóry mieszanej lub tłustej, którymi nie powinno się przemywać powiek. Skóra po zmyciu balsamu jest gładziutka, ukojona, oczyszczona, ale nie ściągnięta, bardzo przyjemna w dotyku. Czasami zmywałam makijaż szybko, innym razem wykonywałam masaż twarzy (przy tym zabiegu żałowałam, że nie zdecydowałam się na wariant z zapachem), a przy żelu sięgałam po szczoteczkę soniczną. Za każdym razem byłam zadowolona.

Tak jak "pić trzeba umić", tak balsam należy oswoić. Początkowo nie miałam w planach zakupu kolejnego opakowania, nie odpowiadało mi działanie w przypadku oczu, ale tutaj biję się w pierś, mea culpa. Dziś wieczorem wyliżę ostatnią porcję i jakoś mi tak smutno. 

A, jeszcze jedna kwestia. Czytałam zarzuty, że drogo, że można samemu, bo półprodukty są tańsze. Wszystko można zrobić na własną rękę, nawet szminkę, czy tusz, droga wolna. Mnie cena początkowo wydawała się wygórowana i pewnie nie obraziłabym się, gdyby balsam był tańszy. To jednak jest kosmetyk robiony w małych partiach, a nie taśmowo, jak np. Nacomi czy Vianek. Rynek produktów do pierwszego etapu oczyszczania twarzy stale się poszerza, więc myślę, że każdy znajdzie coś, co będzie odpowiednie dla jego portfela,

Skład: Butyrospermum Parkii Butter, Vitis Vinifera Seed Oil, Mangifera Indica Seed Butter, Persea Gratissima Oil, Olea Europaea Fruit Oil.

Cena: 60 zł/100 ml (w cenę wliczona jest przesyłka)
Dostępność: czarszka.pl
Ocena: 5/5

niedziela, 10 września 2017

Po sezonie? Weekend zniżek z Avanti (15-17 września)

Wrzesień nie jest specjalnie lubianym miesiącem. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że z niecierpliwością czekają na niego jedynie te osoby, które zaplanowały urlop w egzotycznym miejscu oraz te, które świętują urodziny.  Ale... Wrzesień to nie tylko miesiąc powrotów do pracy i szkoły, wymiany fleków w botkach i grzania się w domu świeczkami, ale także miesiąc, w którym rozpoczyna się sezon rabatów. W tym roku zaczynamy zabawę z Avanti (4,99 zł; 9,99 zł z dodatkami: plastrami depilującymi do twarzy oraz kremem do rąk albo stóp; produkty marki Delia), które jest partnerem następnego weekendu (15-17 września).

Zasady zabawy są już chyba znane, ale przypomnę:

  • w sklepie stacjonarnym należy okazać kupon - jedne placówki chcą mieć wycięty, innym wystarczy pomachanie gazetą,
  • kody do sklepów internetowych obowiązują 15-17 września - wszelkie odrębności w tym zakresie są wskazane przy konkretnej zniżce.

To jedziemy!


Sklepy stacjonarne

The Body Shop - w ramach akcji zniżkowej przy zakupie 2 kosmetyków 2 kolejne gratis. Oferta dotyczy produktów w pełnej cenie, nie obejmuje zestawów i nie łączy się z innymi promocjami.

Sklepy stacjonarne i online

Annabelle Minerals - producent popularnych minerałów oferuje 10% do firmowego esklepu oraz na zakupy w salonie przy ul. Mokotowskiej 51/53 w Warszawie, Kod do sklepu internetowego: A1MO (albo 0).

Drogeria Amica - niewielka sieć drogerii z województwa mazowieckiego uruchomi 20% rabatu na kosmetyki m.in. Avene, Bioxsine, Splat, Sylveco, Svr, Vichy, Oillan, Bioderma, A-Derma, Ducray, Dermedic. Stacjonarnie rabat obowiązuje do 17 września, a online do 30 września na hasło Avanti2017.

Golden Rose - 20% w punktach stacjonarnych i sklepie online zawsze cieszy entuzjastki tej marki. Może kolejny kolor matowej kredki lub szminki, popularny wypiekany puder albo enty lakier? Proszę bardzo; z kuponem stacjonarnie, z kodem 2017AVANTI na stronie.

Home&You - na dziale z ręcznikami można znaleźć nie tylko zestawy od stereotypowej synowej dla stereotypowej teściowej, ale popularne w sieci kosmetyki Yope (a także ich środki czystości). 20% na hasło QPON20.

Kremoteka - kolejna okazja dla Warszawianek albo dla wytrawnych klikaczek. 20%, ale niestety tylko na jedną markę - Mokosh (zniżka nie łączy się z innymi promocjami). Kod do sklepu online: Avanti17.

NYX - 20% na wybrany asortyment w firmowych sklepach stacjonarnych i internetowym. Kod do esklepu: AVANTI2017.

Sklepy online

Bandi - na hasło avanti zakupy w sklepie internetowym tej marki zrobimy 25% taniej. Rabatowi nie podlegają jednak zestawy prezentowe.

BeeYes - pszczółki po raz kolejny biorą udział w akcji rabatowej. Od 15 do 30 września oferują rabat w wysokości 20% na kosmetyki BeePure i Propolia oraz suplementy diety oparte na produktach pszczelich. Kod: BeeAva.

ChiodoPro - dzięki wpisaniu hasła Avanti2017 20% taniej zapłacimy za lakiery i zestawy z kolekcji "With Love from LA".

Cocolita - od 15 do 20 września drogeria proponuje 10% zniżki na cały asortyment z kodem Avanti2017.

Ekobieca- kolejna z wiodących drogerii internetowych i kolejny rabat. Tym razem w wysokości 15% na hasło avanti2017.

Ekomaluch - świetna opcja dla mam i ich pociech, ale nie tylko. Rabat 20% z kodem Avanti2017 obowiązuje na cały asortyment, a w jego skład wchodzą m.in. kosmetyki Couleur Caramel, Uoga Uoga, Santaverde, SoBio, Coslyls, Vianek, Sylveco, Clochee, Nikel, Orientana, Montbrun, Etja, Bentley Organic, Fresh&Natural...

Empik - z kodem WRZESIEN10 10% dodatkowego rabatu na perfumy damskie i męskie.

Ezebra - i następna... Tym razem nie rabat, darmowa dostawa przy wyborze opcji przesyłki "Paczka w Ruchu". Bez kodu.

Lu - od 15 do 20 września konkretne 40% na hasło LU40kup. Paznokciary, do boju, to sklep dla was. Hybrydy, pyłki, żele... Aż żałuję, że nie potrafię w paznokcie. 

MAC - 30% rabatu na ostatnie sztuki, bez kodu.

MakeSkinSofter - sympatyczne 25% na kosmetyki do ciała marki Nacomi z kodem nacomi25 do 29 września. Nie jest to najlepsza opcja do zakupu produktów Nacomi, w Hebe zdarza się 40%.

Neicha - porządne 35% aż do 15 października. Z hasłem Avanti2017 masz szansę poprawić swoje rzęsy. Ja nie umiem - pewnie zamiast na powiece przykleiłabym na łokieć.

Peel - "kosmetyki gwiazd" z wyłączeniem marek Color Wow oraz Maria Nila 15% taniej po wprowadzeniu kodu 092017.

Strefa Urody - ta drogeria oferuje 20% na marki Golden Rose, Catrice, Ecocera, Hakuro i inne. Kod: SU179AVT.

Wizaz24 - 15% na cały asortyment sklepu na hasło Avanti2017


Ta akcja rabatowa obfituje w zniżki do drogerii internetowych. Maniaczki kosmetyków pójdą na zakupy, ale przed komputerem. Znalazłyście coś dla siebie?

niedziela, 3 września 2017

Powakacyjne porządki. Zużycia sierpnia

Co zrobić, gdy dogrzewasz się przy świeczce, kawa się skończyła, a Ty przymarzasz do krzesła? Rozgrzać się małym treningiem na klawiaturze! Mogłam włączyć Mistrza klawiatury, ale zalogowałam się tutaj i pomyślałam, że to dobra okazja na wypocenie kolejnej notki. Chociaż, biorąc pod uwagę warunki atmosferyczne, o pot będzie ciężko; może kapać z nosa, ale bynajmniej nie z jego czubka.

Co tygryski lubią najbardziej? Zakupy! Do tych nie powinnam się przyznawać, przesadziła. Co jeszcze lubią? Jak nie to, co przybyło, to to, co ubyło. Denko raz, proszę!


Muszę się wam przyznać, że ostatnie miesiące były wyjątkowo owocne w kwestii odkrywania potrzeb mojej problematycznej łepetyny. Po latach prób i błędów, kilkukrotnym błądzeniu po ślepych uliczkach, w końcu udało mi się ustrzelić ancymona, który sprawił, że zaczynałam się sypać. Eliminowałam SLS, szukałam szamponów bez soli, a okazało się, że winowajcą był cocamidopropyl betaine. Zaczęłam więc rozglądać się za kosmetykami bez jego towarzystwa w składzie. 

Szampon nawilżający Organic Surge wyhaczyłam w TK Maxxie (w tej chwili to moja ulubiona drogeria, słowo :D). Markę poznałam dzięki Czarszce i to za jej namową zaczęłam się za nią rozglądać. Szampon jednak nie sprawił, że rozbrzmiały anielskie trąby. Był taki zwyczajny. Zapunktował migdałowym zapachem, ale w kwestii nawilżenia niezbyt się popisał. Dużo lepszy w tym zakresie jest szampon EcoCosmetics i to on właśnie gości w mojej łazience (to chyba piąta butelka w tym roku).

Nadal nie udało mi się znaleźć idealnej odżywki. Podczas zamówienia w Empiku dorzuciłam do koszyka super silną maskę do włosów stymulującą wzrost marki Bania Agafii, która super mocno nie wydrenowała portfela, ale i też nie zachwyciła. Nie podrażniła skóry głowy, ale nie zaobserwowałam jakiegoś pozytywnego działania w postaci chociażby nawilżenia. Ale mały plusik za cedrowy zapach. 
Odżywka kokosowa Desert Essence to kolejny produkt, który kupiłam z polecenia dziewczyny z YT. Nie miałam co do niej wielkich oczekiwań, ba, co więcej byłam przekonana, że nie będę zadowolona. Zdziwiłam się, bo co prawda może moje włosy nie były tak dociążone jak lubię, ale ten kosmetyk całkiem przyjemnie nabłyszczał, wygładzał i nawilżał włosy. Być może jeszcze powtórzę tę przygodę, teraz dałam szansę wersji Mango.



Pachnące produkty do ciała to moja słabość. Uwielbiam owocowe żele pod prysznic i balsamy do ciała o zapachu cukierni pod jednym warunkiem: że te zapachy są prawdziwe, a nie na bazie proszku do prania i mydła. I tym trzem muszkieterom ze zdjęcia niczego pod tym względem nie mogę zarzucić.

Roszerowa sekta często kusi bardzo korzystnymi promocjami. Tym sposobem zaopatrzyłam połowę rodziny w zapas żeli na rok. Dla siebie wybrałam wersję z morelą i rozmarynem. Dotychczas w YR wybierałam słodkie wersje wanilii i kokosa, omijając te bardziej owocowe. Niesłusznie! Ten żel naprawdę dobrze pachnie! Rozmarynu tam próżno szukać, zapach jest wyraźnie morelowy, ale nie  jest to przejrzały owoc. Cieszę się, że zwabiona niską ceną, kliknęłam dwie butelki.
Żele pod prysznic The Body Shop to moi ulubieńcy. Szczególnie, gdy uda mi się za nie zapłacić połowę kwoty regularnej. Dość gęste, mocno perfumowane. Wariant Virgin Mojito świetnie sprawdzał się w upały, limonka z miętą przyjemnie orzeźwiały (zimą pewnie kręciłabym nosem, że Ludwik itd.).

Waniliowe mleczko do ciała Yves Rocher to kosmetyk, który dość często do mnie trafia. Nie jest to wybitny produkt pielęgnacyjny, ale cenię go za szybkie wchłanianie i długotrwały, dość intensywny zapach, który przenika przez ubrania. Jeżeli szukacie pachnących smarowideł do ciała, to zdecydowanie polecam odwiedzenie salonu tej marki. Mleczka z serii Plaisirs Nature są pod tym względem bardzo dobre, ale prawdziwe petardy to balsamy z linii zapachowych np. Vanille Noir, Moment de Bonheur czy So Elixir; po nich pachnie całe mieszkanie - moje i sąsiadki z dołu :D.


W miarę możliwości, chęci i widzimisię staram się sięgać po kosmetyki naturalne. Najlepiej nietestowane na zwierzętach. Wegańskie. I polskie. Im więcej kryteriów ma spełniać produkt, tym bardziej rośnie trudność zakupów. Nie chcę, żeby kupno kremu do twarzy prowadziło do bezsennego tarzania się w pościeli, dlatego zwykle w jakimś względzie odpuszczam.

Mogę się mylić, ale Rumiankowa Esencja Polny Warkocz spełnia wszystkie wymogi. I jest przy tym fantastycznym kosmetykiem w niskiej cenie. Doskonale domywa makijaż, nie podrażnia oczu, nie wysusza, nadaje się do porannego oczyszczania twarzy. Cudo. Minus? Szklana butelka (ale jak najbardziej wpisująca się w trend eko) i stosunek pojemności do wydajności. To 150 ml to impreza na dwa tygodnie. Warto!

Z czym jest największy problem w przypadku kosmetyków naturalnych? Z kolorówką. I z pielęgnacją przeciwsłoneczną. W pełni naturalny filtr musi być oparty na filtrach mineralnych. A te nie są tak komfortowe w stosowaniu jak chemiczne. Przede wszystkim - bielą i się mażą. Ten Face The Day Goddess Garden nie jest w tym obszarze wyjątkiem, trzeba poświęcić mu trochę uwagi podczas aplikacji. To bardzo dziwny produkt, który według zaleceń producenta powinien był stosowany jako baza pod makijaż. Należy go chociaż przypudrować, bo w przeciwnym wypadku skóra zaczyna się jakby pocić, filtr zaczyna się skraplać (pierwszy raz spotkałam się z czymś takim). Nie zauważyłam, żeby jakoś znacząco przedłużał trwałość makijażu, ale też jej nie skracał. Traktowałam ten produkt jako nawilżający krem z filtrem i nawet sprawdził się w tym względzie - skóra była w dobrej kondycji, nie pogorszył się jej stan, nie pojawiły się także przebarwienia. Stosowałam go z fluidami i tutaj nie mam zarzutów, w przypadku sypkich minerałów konieczne będzie przypudrowanie kremu przed nałożeniem podkładu. Dziwny kosmetyk, nie wiem, co o nim myśleć.

Sierpień nie był zbyt obfity w zużycia. A co Wy wykończyłyście? Może coś Was zainteresowało lub chciałybyście mi coś polecić? Jestem otwarta na sugestie.

niedziela, 27 sierpnia 2017

Dobrze, że jest źle

Halo, czy jest tu kto?
Mam nadzieję, że pojawił się element zaskoczenia i choćby przez przypadek przejdziesz tutaj ze swojej listy czytelniczej.
Nie zamierzam się gęsto tłumaczyć, ale... (wszystko, co przed "ale" się nie liczy, prawda?). Przerwa w nadawaniu nie była zaplanowana. Tak wyszło, po prostu. Perypetie życiowe i przemyślenia pseudopsychologiczne raczej nikogo nie zainteresują... Chociaż muszę przyznać, że zdziwiłam się przy przeglądaniu blogrolla - u mnie jakby czas się zatrzymał, niektórzy wykorzystali go na zmiany. Mniejsza z tym.

Zawiesiłam swoją blogową przygodę mało przyjemnym postem. Niefortunnie? Wręcz przeciwnie, uwielbiam sączyć jad. Pomyślałam więc, że tak źle jak skończyłam, tak źle zacznę. W ostatnim czasie trafiałam raczej na niezłe lub wręcz bardzo dobre produkty. Ale napatoczyły się takie dwa, które znów sprawiły, że palce zapragnęły bez opamiętania walić w klawiaturę. To ruszamy z kopyta!

Neutrogena Visibly Young Pink Grapefruit Facial Wash



Jeszcze nie tak dawno temu, Neutrogena była obecna na półkach polskich drogerii jedynie na półkach z pielęgnacją ciała. Balsam? Proszę bardzo. Krem do rąk? Tutaj. Marka oferuje jednak nie tylko kosmetyki do ciała, ale również do pielęgnacji twarzy, produkty do makijażu oraz preparaty z ochroną przeciwsłoneczną. Od kilku lat przymierzałam się do różowej serii Neutrogeny, kilkukrotnie lądowała na mojej liście zakupów w sieci DM, jednak zawsze z nią coś wygrywało. Nieoczekiwanie rok temu, upatrzona grepfrutowa linia pojawiła się w Rossmannie. Gdy po świętach znalazłam przeceniony zestaw świąteczny, szybko pobiegłam z nim do kasy.
Stara blogowa prawda głosi, że trudno dostępny kosmetyk kusi bardziej. Szczególnie, gdy zbiera dobre noty.
W tym miejscu mogłabym wkleić jakiś humorystyczny obrazek z cyklu "oczekiwania vs. rzeczywistość". Cóż, to nie jest dobry produkt. Przynajmniej nie dla mnie. Od kosmetyku do mycia twarzy oczekuję skutecznego działania oczyszczającego. Neutrogena myje, ale nie domywa. Poległa w starciu z balsamem myjącym Czarszki, z którym cudownie rozprawiał się żel Skin79 - wyskakiwały mi ropne gule jakich daaawno nie widziałam. Przy samodzielnym stosowaniu żel dawał wrażenie odświeżenia skóry, zdzierał nagromadzony tłuszcz, pozostawiając skórę skrzypiąco suchą, ale nie domywał makijażu, co brutalnie objawiał płyn micelarny. 
Zalety? Kwestie marginalne - opakowanie z blokowaną pompką, różowy kolor i zapach (chemiczno - łazienkowy grejpfrut, ale mnie odpowiadał).

Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Lauryl Glucoside, Sodium Lauroamphoacetate, Cocamidopropyl Betaine, PEG-10 Methyl Glucoside Dioleate, Salicylic Acid, Benzakonium Chloride, C12-15 Alkyl Lactate, Cocamidopropyl PG-Dimonium Chloride Phosphate, Citrus Grandis Fruit Extract, Sodium Benzotriaolyl Butylphenol Sulfonate, Polysorbate 20, Sodium Chloride, Disodium EDTA, Citric Acid, Parfum, CI 16035, CI 60725.

Cena: ok. 18 zł/200 ml
Dostępność: Rossmann, Tesco

Bell Water Extreme Waterproof Eyeshadow 01 i 04


Historia zapewne znana każdej szanującej się maniaczce kosmetyków: idzie taka gwiazda po prozaiczne sprawunki (papier toaletowy czy inne worki na śmieci), a tu nagle staje jak rażona piorunem. MUSZĘ TO MIEĆ! I wychodzi ze sklepu ze swoją zdobyczą, zazwyczaj bez tego, po co przyszła. Znacie to? Na pewno. Moja historia wyglądała podobnie, z drobną różnicą - udało mi się zrealizować listę zakupów. Brawo ja.
Niestety nie mogę sobie pogratulować zakupu tych cieni. Kręciłam się koło szafy Bell dobry kwadrans, zanim się zdecydowałam. Skusiły mnie nie tylko obłędne kolory, obok których tak trudno jest przejść obojętnie, ale i to, że te dwie namalowane linie trzymały się jak tatuaż. Zapomniałam o podstawowej sprawie - sucha skóra dłoni trochę różni się od tej tłustej na oku. Przystąpiłam do testów i... klops. Osoby odpowiedzialne za wypuszczenie tego produktu powinny dostać własny kocioł w piekle. Podgrzewany na dwóch palnikach. Te cienie parują! Naprawdę! Nie zbierają się w załamaniach, one po prostu znikają! Plackami! I to niezależnie od tego, czy wylądują na bazie, czy też na gołej powiece.
Wodoodporne, dobre sobie. One nawet nie są powietrzoodporne!

01 i 04 - piękne, ale cóż z tego?

Skład: Cyclopentasiloxane, Trimethoxysilicate, Mica, Cera Microcristallina, Cyclohexasiloxane, Copernicia Cerifera Cera, Isocetyl Stearoyl Stearate, C10-18 Triglycerides, Cera Alba, Tocopherol Acetate, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Glyceryl Caprylate, PEG-8, Citric Acid, BHT
(May contain: CI 75470, CI 77491, CI 77499, CI 77510, CI 77891, Silica, Synthetic Fluorphlogopite, Tin Oxide)

Cena: 7,99 zł
Dostępność: szafa Bell w Biedronce

Od razu lepiej. Mam nadzieję, że wybaczycie mi wszystkie niedociągnięcia. Liczę, że uda mi się wpaść w blogowy rytm i będzie mi to sprawiało przyjemność. A co tam u Was słychać? Przy okazji chciałabym zaprosić na moje konto na Instagramie (@czasamikosmetycznie) - oglądanie obrazków mnie wciągnęło i tam jestem na bieżąco. Do następnego!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...