Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

niedziela, 24 stycznia 2016

Na niemiecką szóstkę. Rozczarowania kosmetyczne


Nie ma większych królików doświadczalnych niż blogerki urodowe. Wiadomo, biznes musi się kręcić, blog pisać, a kasa (nie) zgadzać. Jesteśmy łakome na wszelkie nowości i chętnie je testujemy. Czasami działamy zbyt impulsywnie (jajajajaja pierwsza zrecenzuję!), tracimy czas, pieniądze, a w skrajnych przypadkach zdrowie (najczęściej psychiczne, gdy zostajemy doprowadzone do szewskiej pasji :D). Drodzy producenci, chociaż "po pierwsze: nie szkodzić" to lekarska maksyma, weźcie ją sobie do serca :D.

Przed użyciem skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą -  opinie zamieszczone powyżej i poniżej mają charakter subiektywny (jak każda opinia) i zostały napisane z dużym przymrużeniem oka; autorka bloga dopuszcza do siebie możliwość, że przedstawione w niej produkty komuś (o zgrozo!) PASUJĄ:D.



Maybelline The Rocket Volume Express Waterproof - tusze Maybelline są lubianymi produktami; właściwie każde nowe dziecko tej marki zyskuje legiony zwolenniczek. Z racji tego, że kiedyś uczuliła mnie flagowa maskara Maybelline (Collosal), pochodziłam ostrożnie do kolejnych serii. The Rocket nie spowodował potoku łez, mogłam go więc bez obaw używać. Tylko po co? Szczoteczka zapowiadała się całkiem obiecująco (chociaż z racji tego, że się nie polubiliśmy z tym tuszem, mam ochotę napisać, że wygląda jak tłusta larwa :D), jednakże okazała się... drapiąca. Punkt przyznaję za to, że Maybelline faktycznie jest wodoodporny. Podobno ciężko się zmywa; nie zaobserwowałam tego problemu, mądrzy ludzie stworzyli coś takiego jak płyny dwufazowe. Do rzeczy: The Rocket "przyczernia" rzęsy i to właściwie jedyne, co z nimi robi. Włoski wyglądają biednie, nie są pogrubione, przypominają wątłe pajęcze nóżki. Pa, pa!


Maybelline Color Tatoo 40 Permanent Taupe - "tatuaże" są tak chwalone, że aż głupio mieć odmienne zdanie. Do tej pory zachwycił mnie tylko jeden (Bad to the bronze/On and on bronze), najbardziej rozczarował zaś ten najpopularniejszy. Taupe cieszy się powodzeniem głównie z uwagi na kolor, który wielu dziewczynom odpowiada do podkreślania brwi. Dla mnie ten odcień jest fatalnym wyborem w tej kwestii - przy mojej żółtej cerze, wyłażą z niego przepiękne fioletowe tony. Kto normalny chciałby mieć fioletowe brwi? No właśnie. Ale sama chciałam, moja wina.
Z racji tego, że z założenia jest to cień do powiek, próbowałam wykorzystać go w makijażu oczu. Tutaj ten kolor też mi nie zagrał, ale to już raczej znowu mój problem (to znaczy mojej urody :D). Ten cień ma fatalną formułę, taką plastelinową. Okropnie źle się z nim pracuje, nowa odsłona matowych cieni jest dużo bardziej kremowa i łatwiej się rozsmarowuje. Taupe nierówno się nakłada i tworzy prześwity. Gdy próbowałam go dokładnie wklepywać, to i tak po czasie wędrował w wybrane przez siebie miejsca. Głupiego robota.


Kinetics Kwik Kote Flash Dry Top Coat - kolejny popularny kosmetyk na moim szafocie. Gdy udało mi się dobić średni Insta Dri z Sally Hansen, z radością przystąpiłam do zabawy z Kwikiem. I kwiczałam, ale nie ze śmiechu. Przyspiesza schnięcie, ale w małym stopniu; i tak trzeba odczekać kawał czasu (wizyta w toalecie po 30 minutach nadal jest niewskazana). Nie wybaczę mu jednak tego, że ściąga końcówki i dramatycznie skraca trwałość lakieru, który często odpryskuje jeszcze tego samego dnia. To już lepiej nie używać niczego i siedzieć godzinę jak księżniczka. 


SheFoot Dezodorant odświeżający do stóp - markę SheFoot poznałam dzięki blogosferze. Firma dostrzegła blogerski potencjał i postawiła na taką formę promocji. Dobry marketing to połowa sukcesu. Byłoby już całkiem wspaniale, gdyby za udaną akcją promocyjną, szła odpowiednia jakość. Nie oczekiwałam od tego produktu cudów, nie liczyłam na ograniczenie pocenia (w końcu to nie antyperspirant), ale na odświeżenie stóp i zamaskowanie ich naturalnego zapachu. Cóż... Najlepsze w tym psikadle jest to, że po popsikaniu można właściwie od razu założyć buty. I to tyle. Dezodorant pachnie nieźle (nie pięknie, ale nie źle :D), ale niestety nie w kontakcie ze skórą. Wydawało mi się, że Farmony i Fusswohle są średnie w tym względzie, ale cytrusowo-kanałowy SheFoot to już w ogóle nie ten kierunek. Zapach jest nieznośny, nachalny; lepiej nie zastosować niczego, niż to.


Hygenic24 Szklany pilnik do paznokci - opowiem wam bajkę, jak pilnik łamał palce. Trochę przesadziłam. Ale tylko trochę. Pech chciał, że stłukłam pilniczek z Rossmanna, a trafiłam do Hebe. Złapałam szklany w fajnej tubie i poleciałam z nim do kasy. To był błąd, trzeba było grzecznie potupać do Rossmanna. Ten pilnik rozwarstwia paznokcie. Serio, serio. Zamiast delikatnie nadawać kształt, jak na porządny pilnik przystało, ten piłuje połowę płytki, a druga jest taka jaka była. Przy pilnikach For Your Beauty i Ewa Schmitt nie mam takich problemów.


Tołpa Botanic Czarna Róża Odżywczy krem - kokon do rąk - nie lubię trafiać na fatalne kosmetyki, jeszcze bardziej nie lubię, gdy owe paskudy przydarzają się marce, którą cenię. I to w dodatku w serii, która oczarowała mnie swoim zapachem. Nie wszystko złoto... Krem - kokon okazał się... dziwny. Spodziewałam się raczej konkretnego, może nawet tłustego produktu, a tu psikus. Po posmarowaniu dłonie sprawiają wrażenie przypudrowanych. Są nieprzyjemnie suche, skóra jest taka sztywna. Szkoda.

To już wszystkie nie do końca udane kosmetyki, które spotkałam na swojej drodze. A co was rozczarowało w ostatnim czasie?

37 komentarzy:

  1. Lubiłam podstawową wersję rocket volume ;) Ale 40stka z maybbeline faktycznie do brwi się nie nadaje. Jako baza pod cienie/samodzielny cień też zresztą nie daje rady.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mi właśnie Bronze z Color Tattoo w połowie słoiczka przestał pasować - zrobiła się z niego plastelina i stwierdziłam po czasie używania, że on szczególnie nie trzyma się z moją powieką (niezależnie od aplikacji).
    Tego kremu do rąk nie znam, ale ja mam takie same odczucia, co do kremu z Yves Rocher z edycji zimowej (świątecznej?). Dostałam go w komplecie z mydłem w płynie, żelem pod prysznic i pomadką (wersja waniliowa). Powiem, że cała seria jest ogólnie mocno średnia - żel pod prysznic i mydło mają IDENTYCZNE składy i... no, myją po prostu :D Ale właśnie krem i pomadka z serii to już dwie porażki - krem daje wrażenie użycia antyperspirantu, a pomadki ile by na usta nie nakłaść, to usta i tak zostawia wysuszone.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uuu, niefajnie. Mnie ta kolekcja zimowa jakoś niespecjalnie kręciła.

      Usuń
    2. No, patrzyłam na resztę wersji - jakieś kandyzowane jabłka z pomarańczami itp. - wyobrażam sobie, że chyba ta wanilia była najlepszą opcją jaką mogłam dostać w prezencie :D
      Ale fakt, że teraz mam pewne obawy, żeby kupić pomadkę lub krem do rąk z YR, bo zastanawiam się czy to akurat produkty z tej serii takie, czy też taka właściwość innych produktów tego typu z tej firmy.

      Usuń
  3. A ja ten tusz z Maybelline bardzo lubię i cenię, choć owszem, kilka razy wsadziłam go niechcący do oka i myślałam, że zwariuję :P.

    OdpowiedzUsuń
  4. Też bardzo lubię Tołpę a szczególnie ich serię z czarną różą, kremu nie miałam, zdziwienie że niewypał.

    OdpowiedzUsuń
  5. na mnie (tzn na oku) permanent taupe wygląda fajnie :) natomiast z biegiem czasu faktycznie staje się coraz bardziej plastelinowaty w konsystencji

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie był taki od samego początku, a kupiłam zalepiony, niezmacany.

      Usuń
  6. Dzięki, potwierdziłaś kilka moich nieśmiałych niezadowoleń.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli nie jestem jakimś ufoludkiem :)

      Usuń
  7. Rozwaliła mnie nazwa krem-kokon :P

    OdpowiedzUsuń
  8. Rocket Volume mi pasuje, ale miałam wersję normalną - szczoteczka jest ta sama. U mnie maksymalnie podkręcał i wydłużał :) Co do Color Tattoo to moje poleciały w świat, bo mi ich konsystencja i krycie nie odpowiadały. Reszty nie znam, ale kokon chciałam przytulić do mojego blogerskiego serca na ostatnich zakupach... dobrze, że się powstrzymałam! :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Moja koleżanka miała w liceum nauczycielkę, która goliła sobie brwi i rysowała od nowa, właśnie np. na fioletowo:D
    Tyle niewypałów- oby w zamian przynajmniej tyle, jak nie więcej, perełek w najbliższym czasie:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Ten tusz to porażka. Znika z końcówek rzęs po kilku godzinach, za to resztki, które przetrwały bardzo ciężko zmyć. Wolę już hennę - efekt wizualny podobny, a nie trzeba się męczyć z dwufazówką.
    Z permanent taupe jestem zadowolona, za to podobną "plastelinowatość" zaobserwowałam w innej wersji kolorystycznej (stalowy metalik). Od nowości rozkłada się bardzo nierównomiernie (co przy ciemnym kolorze jest szczególnie dokuczliwe), próby roztarcia kończą się rolowaniem, droga przez mękę.

    OdpowiedzUsuń
  11. A ja kocham kwika i nigdy mi nie skrocil trwalosci lakieru... i schnie dobrze :) co do końcówek to sporadycznie mi ściąga lakier .. :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Też moim ulubionym pilniczkiem jest ten z Rossmana :) ! Nie zamienię na żaden inny, nawet pobite kawałki trzymam :)

    OdpowiedzUsuń
  13. U mnie też tusze Maybelline się nie sprawdzają - albo sklejają rzęsy albo uczulają...A pomyśleć, że swego czasu namiętnie używałam różowej maskary, które po zmianie - wersja z firanką stała się okropnym sklejaczem rzęsideł.

    OdpowiedzUsuń
  14. Tusz Maybelline to szajs nad szajsami...

    OdpowiedzUsuń
  15. Permanent Taupe dla mnie też się okazał za fioletowy, wyglądał paskudnie ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. o tak,tusz Rocket jest wyjątkowo nieudany,z całej mojej miłości do tuszy Maybeeline muszę Ci tutaj przyznać rację :D

    OdpowiedzUsuń
  17. zgadzam się w kwestii Color Tattoo ;) sama mam ich wiele i ogólnie je lubię, ale za tym akurat odcieniem nie przepadam. za to właśnie on and on bronze, czy delikatny róż w PL niedostępny zawsze na plus :)

    OdpowiedzUsuń
  18. A ja ten tusz lubię :) U mnie dość mocno podkreśla rzęsy i jest super jeśli chodzi o imprezy lub gdy na zewnątrz plucha i wiatr taki że oczy łzawia ;)

    OdpowiedzUsuń
  19. na szczęście nie miałam tych produktów. dzięki za ostrzeżenie, będę je omijać szerokim łukiem;)

    OdpowiedzUsuń
  20. Ja z "tatuaży" lubię maty - ten w brudny róż i ten beżowy, a ze starej kolekcji On and On Bronze... Permanent Taupe czasem stosowałam do brwi :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Kokon do rąk. .. czego to ludzie nie wymysla. Mi Color tattoo odpowiada ale do mocnego makijażu. Przy takim dziennym, delikatnym używam po prostu żelu essence

    OdpowiedzUsuń
  22. Ja się chyba z tuszami Maybelline już nie polubię. Żółta bazuka swego czasu jeszcze dawała radę, ale coś się w niej popsuło i już po nią nie sięgam.


    Tołpa... tęsknię.

    OdpowiedzUsuń
  23. U mnie ten tusz Maybelline się sprawdzał bardzo dobrze :)

    OdpowiedzUsuń
  24. Nie przepadam za tymi tuszami :) fajnie tu u Ciebie

    OdpowiedzUsuń
  25. Ech, nie chce być inaczej i masz rację: color tattoo ma fatalną formułę, co skutecznie zniechęciło mnie do jego używania, mimo że na tle mojej cery brwi fioletowe nie wychodzą :D. Ciekawe, czy po wielu miesiącach leżenia w szufladzie w ogóle jest do czego wracać. Z powiekami nawet nie próbowałam, jak zobaczyłam tego plastusia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PS jak ja mogłam zapomnieć o Twoim blogu i nie odwiedzać go przez wiele długich tygodni? Wybacz, obiecuję poprawę. Jeśli chodzi o poczucie humoru i lekkość pisania – Tyś jedyna! :D

      Usuń
  26. Mam to samo zdanie o Maybelline Color Tattoo - ani do brwi ani jako cień co powiek. Wyjątkowy bubel! Pozdrawiam, http://nonszalancjazpielegnacja.blogspot.com/ :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie komentarze. Na pytania odpowiem pod notką, w której zostały zadane.
Miłej zabawy :)!

Wszelkich spamerów proszę o opuszczenie tej strony. Nie, nie obserwujemy.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...