Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

niedziela, 16 października 2016

Z grubsza. Allverne Woda micelarna

Mniej znaczy więcej. Podobno. Z całą pewnością mogę jednak stwierdzić, że więcej nie zawsze znaczy lepiej, wręcz zazwyczaj oznacza gorzej. Przynajmniej jeżeli chodzi o kosmetyki. Pamiętacie te ogromniaste butle z szamponem familijnym, które stały w łazienkach dwadzieścia lat temu? No właśnie. A niektórzy (ja, przyznaję się bez bicia) nadal lecą na duże opakowania. O ile jeszcze widzę sens w kupowaniu ukochanych produktów w większym rozmiarze, tak zupełnie nie wiem, po co, przy pierwszej styczności z czymś, od razu sięgać po "xxl", "super pojemność 1 l", "30% gratis". Nie wiem, ale ręka odruchowo wędruje w kierunku większego, teoretycznie bardziej opłacalnego, opakowania. I tak głupia gęś, zamiast zacząć test od butelki o pojemności 100 ml, od razu rzuciła się na pół litra. Ma za swoje.

Zanim wyleję resztę żali, spróbuję się przez chwilę skupić na błahostkach. Opakowanie jest dość spore, a dzięki temu, że jest przezroczyste, można kontrolować stopień zużycia. Butelka zwieńczona jest zatyczką, po przyciśnięciu której wyłania się otwór dozujący produkt. Rozwiązanie to znane jest chociażby z płynów micelarnych Tołpy oraz biedronkowego BeBeauty. Nie ma się do czego przyczepić.

Zupełnie neutralną kwestią jest dla mnie zapach tego produktu. Nie jest nieprzyjemny, przeciwnie, pachnie całkiem znośnie. Jednak producent wspomina coś o hypoalergiczności produktu, a wodę dedykuje również skórze wrażliwej i naczynkowej. Jako posiadczaczka smoczej skóry mieszanej z pewnością nie jestem aż tak dobrze obeznana w temacie, ale wydaje mi się, że produkty dla alergików i osób z wrażliwą cerą powinny być jak najmniej perfumowane, bo substancje zapachowe mogą działać drażniąco. 

Zasadniczą kwestią w przypadku płynu micelarnego jest jego skuteczność w zmywaniu makijażu. Cóż... Woda micelarna Allverne to raczej taki tonik odświeżający, nie płyn micelarny z prawdziwego zdarzenia. Lekko oczyszcza skórę, nie pozostawia lepkiej warstwy, ale makijaż raczej lekko narusza niż usuwa. Jest delikatny dla skóry, ale bezlitosny dla oczu. I tego producentowi nie wybaczę, bo "nie powoduje szczypania i łzawienia oczu". Tak się nie bawimy.


Pokaz (nie)skuteczności

Nie bądźcie jak ja, bądźcie mądrzejsze i nie kupujcie za pierwszym razem pojemności jak dla gabinetu kosmetycznego. Straciłam 18 zł, a mogłam tylko 7.

Skład: Aqua, Propylene Glycl, Polaxamer 184, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Phenoxyethanol, Butylene Glycol, Disodium Cocoamphodiacetate, Parfum, Ethylhexylglycerin, Citric Acid, Panthenol, Disodium EDTA, Glycerin, Sodium PCA, Sodium Hyaluronate, Hedera Helix Leaf Extract, Hammamelis Virginiana Leaf Extract, Arnica Montana Flower Extract, Hypericum Petrforatum Flower Extract, Aesculus Hippocastanum Seed Extract, Vitis Vinifera Leaf Extract, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate.

Cena: ok. 18 zł/500 ml
Dostępność: Drogerie Hebe
Ocena: 1,5/5

czwartek, 6 października 2016

Dobre noty za styl. Stylowe zakupy z Grazią i Twoim Stylem (7-9 października)


Nasze portfele pewnie z ulgą śpiewają "to już jest koniec". Zanim ten wyczekiwany koniec nastąpi, ostatni weekend zniżek (a przynajmniej tak się zapowiada) nadciąga, by zrobić lekki drenaż portmonetek i kart płatniczych. Niewysokie, ale solidne rabaty do znanych i lubianych marek to chyba klucz do sukcesu.

Dla rozwiania wątpliwości, dla osób, które jeszcze "nie umieją w weekendy rabatowe":
  • zniżki obowiązują od 7 do 9 października, chyba że przy konkretnym rabacie wskazałam inny termin,
  • nie łączą się z innymi promocjami (wyjątek: Naturativ),
  • kody/hasła podane przy zniżkach podajemy w sklepach internetowych - stacjonarnie trzeba okazać kupon (wycięty albo nie, zależy od sprzedawców i wymogów danej sieci).


Stacjonarnie

Bath&Body Works - kupisz co najmniej dwa produkty, otrzymasz 30% zniżki. Rabat jak rabat, taki sam w każdej akcji promocyjnej.

Kiko Milano - 20% na cały asortyment to obniżka, którą można wziąć pod uwagę. Chociaż w przypadku tej marki lepiej uśmiechać się do wyprzedaży.

Perfumeria Mada - od  7 do 16 października mieszkanki Wrocławia będą mogły skorzystać z rabatu w wysokości 25% na zakupy w tej perfumerii.

The Body Shop - ile to 2+2? Teoretycznie 4, ale w TBS przy zakupie 4 produktów zapłacimy za 2 najdroższe.

Victoria's Secret - gdy przyjdzie ci na myśl, żeby w sklepie z bielizną kupić perfumy, to w VS otrzymasz na nie rabat:  o 100 zl spadnie cena butelki o pojemności 50 ml, a o 150 zł - 100 ml.

Vipera Cosmetics - w weekend kosmetyki na wyspach Vipery będzie można nabyć w cenie o 20% niższej.

Ziko Dermo - przy zakupach za kwotę minimum 100 zł, rachunek w części dermo będzie opiewał na kwotę o 20% niższą.

Stacjonarnie i online


Bandi - aż do 16 października będzie można skorzystać z 20% zniżki w Instytucie Bandi. W sklepie internetowym taki sam rabat na hasło Grazia20 obowiązuje do 11 października.

Clinique - 20% na produkty tej marki z wyłączeniem zestawów oraz miniatur. Do 9 października w salonach firmowych, do 11 października w sklepie internetowym z kodem GRAZIA2016.

Dottore - do 9 października zniżka będzie obowiązywała w wybranych salonach kosmetycznych, do 11 października online. Kod: Grazia2016.

Douglas - 20% na zapachy w perfumeriach i sklepie online - tu z kodem 9170154002244959997. Mam nadzieję, że się nie grzmotnęłam :D.

Drogerie Natura - 30% mniej zapłacimy za markę Kobo zarówno w drogerii stacjonarnej, jak i w ramach sprzedaży internetowej (tu kod: Stylowe 2016)

Golden Rose - popularna turecka marka oferuje kosmetyki w przystępnych cenach, ale skoro można taniej... 20% ceny zawsze mieć lepiej w kieszeni. Kod: Grazia16.

Inglot - szaleć można w salonach i na wyspach do 9 października. Buszujący w sieci mogą dać sobie czas do 11 października. 20% do Inglota zdarza się tylko dwa razy do roku. Zniżka nie obejmuje akcesoriów oraz perfum Anji Rubik. Hasło: INGLOT2016.

L'occitane - 20% na asortyment w pełnej cenie, z wyłączeniem produktów z gamy Divine sprzedawanych pojedynczo. Kod: Grazia2016.

Mydlarnia u Franciszka - rabat w wysokości 20% obowiązuje w stacjonarnych mydlarniach w czasie trwania weekendu, a do 11 października taniej zapłacimy za zamówienie złożone w esklepie. Kod: Grazia2016.

Organique - do 9 października 20% mniej zapłacimy za zakupy w salonach tej marki. W przypadku chęci skorzystania z zamówienia internetowego, mamy czas do 11 października. Hasło do esklepu: Grazia2016.

Paese - niezły, 30% rabat otrzymamy na stoiskach od 7 do 9 października. Ze zniżki w takiej samej wysokości będzie można skorzystać także online, do 11 października. Podczas poprzednich akcji były przeboje z rabatem do esklepu, uzbrojcie się w cierpliwość. Kod do sklepu online: Stylowe2016

Sephora - żaden rarytas, czyli 20% na markę własną perfumerii ważny z kartą klienta. Do 9 października stacjonarnie, do 11 również online na hasło G116.

Stenders - 50% na linię modelującą (kuszące) oraz 25% na pozostałe zakupy - do 9 października w punktach firmowych, do 11 października na własnej kanapie. Kod: Grazia16.

The Secret Soap Store - w sklepach stacjonarnych do 9 października, online do 11. Jaka zniżka? 20%. Hasło: STYLOWEZAKUPY.


Online

Hair2Go - do 11 października można kupić produkty marek Kevin.Muprhy, Alterna, Living Proof, Eleven Australia, Olaplex 20% taniej na hasło Grazia20.

Merlin - 10% na cały asortyment z kodem Grazia2016 do 11 października.

Naturativ - 25% rabatu na wszystkie produkty marki (w tym przecenione) do 11 października na hasło Grazia2016.

Thalgo - 20% zniżki do 11 października z kodem Grazia2016.

Mam przeczucie, że tym razem zwróci mi się koszt zakupionej makulatury. A Wy wypatrzyłyście coś dla siebie?

piątek, 30 września 2016

Ani szaleństwo, ani zakupy. Szaleństwo zakupów z Elle, InStyle i Glamour (1-2 października)


Jesień w pełni, podobnie jak sezon zniżek. Czas na kolejną odsłonę kosmetycznych rabatów, tym razem w wykonaniu Elle, InStyle i Glamour. Elle było pierwszym zakupionym przeze mnie czasopismem z jesiennymi zniżkami. I bardzo mnie rozczarowała ich oferta. Nie zachwyca wysokość rabatów, a i partnerzy nie należą do moich ulubionych. Minus za to, że część zniżek będzie do wykorzystania jedynie z kartą banku Credit Agricole. Ciekawa jestem, jak będą to weryfikować przy zakupach w sklepie internetowym z płatnością za pobraniem :D.

Stacjonarnie

Super - Pharm

  • Auriga - 35% zniżki na całą markę od 1 do 31 października
  • John Frieda - przy zakupie jednego produktu tej firmy, drugi, tańszy, otrzymamy za grosz.
  • Kosmetyki AA - 40% na cały asortyment marki. Zniżka nie obejmuje linii long4Lashes.
  • Nuxe - przy zakupie dowolnego produktu Nuxe kupujący otrzyma 30 ml suchego olejku bez drobinek.

Origins - przy zakupach, których wartość przekroczy 99 zł, w sklepie firmowym marki dorzucą 15 ml kremu GinZing Energy-boosting.


Stacjonarnie i online

Annabelle Minerals - tym razem zniżka bez progu kwotowego. Skromne 10%, nie obejmuje zestawów. Kod: 10SZ16.

Fale Loki Koki - zarówno online, jak i w punktach firmowych będzie można skorzystać z 20% zniżki na kosmetyki marek Artego, Davines, Kemon i Montibello. W sklepie stacjonarnym z promocji można skorzystać do końca października. Hasło do sklepu internetowego:  ZAKUPY20.

Inveo - rabat rzędu 30% na serum do rzęs będzie można wykorzystać na stronie internetowej producenta oraz w Drogeriach Natura. Kod: INVEO16.

Sephora - 20% zniżki na produkty do makijażu ust dla czlonków klubu Sephora. Hasło do sklepu internetowego: SZALEJ16.

Online


Ava Laboratorium Kosmetyczne - Ava oferuje 30% zniżki na kosmetyki detaliczne od 1 do 31 października. Jest haczyk, rabat działa od 150 zł. Kod: AVAECO


beGlossy - 30% taniej zapłacimy za pierwsze pudełko w subskrypcji lub pakiecie. Hasło do sklepu: SZ2016BG.


BeeYes - od 1 do 16 października kod BeeYes będzie uprawniał do zakupu kosmetyków na bazie produktów pszczelich z 20% zniżki.


Body Boom - peelingi w saszetkach od 1 do 14 października będzie można nabyć 20% taniej. Kod: szlenstwo2016

Bodyland - do 10 października na hasło BLZAKUPY otrzymamy 15% zniżki.


Costasy - 15% na pelnowymiarowe produkty z kodem:  SKDZ1625


Dottore - marka promuje się hasłem "medycyna dla urody", ciekawe, czy coś w tym jest? Na weekend przygotowała rabat 20% na hasło: dottore16.

Foreo - 20% na zakup sprzętów tej marki to naprawdę duża rzecz. Zniżka obejmuje soniczne szczoteczki do zębów Issa i Issa mini oraz akcesoria do nich, soniczną szczoteczkę do twarzy Luna (for Men, Mini, Pro), a także płyn do oczyszczania (dzień, noc, Men) i masażer do okolic oczu Iris. Hasło: BEAUTY20.

Hair2Go - w weekend marki Kevin.Murphy, Olaplex, Alterna, Living Proof, Eleven Australia oraz Color Wow będą tańsze o 20%. Hasło: rabat20.

Hairstore - 15% obejmuje cały asortyment sklepu. Z kodu HSZAKUPY można skorzystać do 10 października.

Kiehls - 200 pierwszych osób, które od dziś do 3 października w polu na hasło rabatowe wpisze KIEHLS-150 otrzyma miniaturę kultowego serum Midnight Recovery Concentrate oraz kremu pod oczy Midnight Recovery Eye.

Ministerstwo Dobrego Mydła - do końca października spragnieni mydeł w kostce mogą je kupić 20% taniej po wprowadzeniu hasła SZALENSTWOZAKUPOW.

Pierre Rene - z rabatu w wysokości 30% na hasło ZAKUPY2016 będzie można skorzystać do 15 października. Tak między nami to żaden rarytas, w Drogeriach Natura właśnie skończyła się promocja -40%, która obejmowała m.in. tę markę.

Tołpa - szalenstwo2016 obniży ceny o 25% wszystkich dostępnych kosmetyków z wyłączeniem zestawów promocyjnych.

Urban Decay - do 3 października kod UD20EX sprawi, że zakupy na oficjalnej polskiej stronie tej marki będą 20% tańsze.

Warsztat Piękna - przy załadowaniu koszyka produktami za minmum 200 zł będzie można skorzystać z 20% rabatu. Hasło: bonFIG.

Rabaty z kartą Credit Agricole

Bath&Body Works - przy zakupie co najmniej 2 produktów uruchomi się rabat 30% na całe zakupy.

Cocolita - 20% na Makeup Revolution, Freedom Makeup, MUA, Sleek, Yankee Candle, Skin79, Beauty Crew, Catrice i Golden Rose. Hasło: Szalenstwo20.

Douglas - zniżka w wysokości 20% na makijażową markę własną - Douglas Make Up - będzie obowiązywała stacjonarnie i online z kodem: 9170154002346613617.

Phenome - zakupy z 20% rabatem zrobimy w sklepach stacjonarnych

Stenders - do 7 października w sklepach stacjonarnych oraz w sklepie internetowym będzie obowiązywała zniżka w wysokości 25%. Kod: ZAKUPY16.

Yves Rocher - 40% rabatu na dowolny kosmetyk do pielęgnacji twarzy, a w sklepie stacjonarnym dodatkowy gratis w postaci płynu micelarnego o pojemności 200 ml. Hasło: ZAKUPY.

Moim zdaniem nie ma tu nic kuszącego, ale może Wy macie inne zdanie.

czwartek, 22 września 2016

Zamiast kalendarza. Weekend zniżek z Joy, Hot i Cosmopolitan (23-25 września)


Niektórym pory roku wyznacza kalendarz, mnie w przypadku dwóch z nich wystarczają czasopisma. Wiosna i jesień zaczynają się wtedy, gdy pojawiają się akcje rabatowe. W tym roku jako pierwsze wystartowało Zwierciadło, ale kosmetyczne zniżki były na tyle nieciekawe, że nie zdecydowałam się na publikację. Z kalendarzowym początkiem jesieni pokryje się akcja organizowana przez Joy, Hot i Cosmo. Rabaty będą obowiązywały od 23 do 25 września i nie połączą się z innymi zniżkami (odmienne uregulowanie kwestii czasu promocji i ewentualnej kumulacji zniżek zostało zaznaczone). Częstujcie się!

Stacjonarnie

Bath and Body Works - standardowa zniżka 30%, która uaktywnia się przy zakupie minimum dwóch produktów.

Super-Pharm - przy zakupie dowolnego produktu marki Nuxe otrzymamy 30 ml ich słynnego suchego olejku do ciała.

The Body Shop - TBS proponuje zakup w systemie 2+2 - przy zakupie 4 produktów do pielęgnacji twarzy i ciała dwa najtańsze z wybranych będą gratis.

Victoria's Secret - 20% taniej będzie można kupić kosmetyki oferowane w tym sklepie z bielizną. Podobno zapachy są grzechu warte.

Stacjonarnie i online

Annabelle Minerals - ze zniżki w wysokości 20 zł przy zakupach za 200 zł będzie można skorzystać zarówno w sklepie internetowym, jak i butiku przy Mokotowskiej. Próg dość wysoki, ale zawsze można zorganizować zamówienie grupowe. Tylko czy gra jest warta świeczki? Kod do sklepu internetowego: LOVEAM.

Bandi - 20% rabat będzie obowiązywało na zabiegi i kosmetyki w Instytucie Bandi (Warszawa, ul. Bruna), ale z takiej samej zniżki będzie można skorzystać przy zakupach online. Kod: cosmo20.


Online

Aromatella - zniżka 20% obejmuje zarówno kosmetyki, jak i zapachy do domu. Kod: ILS092016.

Beautyblender - 15% na cały asortyment sklepu. Co ciekawe, rabat łączy się z innymi promocjami. Kod: ILOVEBB15.

BeeYes - ze zniżki w wysokości 20% na hasło BeeTak będzie można skorzystać do 30 września.

Be Organic - konkretne 40% z kodem ILBEORGANIC. Używałam serum pod oczy tej marki - ciekawy kosmetyk, ale ma mało przyjemny zapach.

Bio Iq - od dawna na celowniku mam ich płyn micelarny. Może rozważę wklepanie BIOIQ<3 i skorzystanie z 15% rabatu między 24 a 26 września.

Biobeauty - sklep BioBeauty oferuje 20% na hasło BB20. Nie jest to Mekka maniaczek kosmetyków naturalnych, ale może warto odpuścić popularnym markom i zwrócić się np. ku Bjobj, Speickowi lub Aubrey Organics.

Claresa - marka Semilac wylansowała modę na lakiery hybrydowe w domowym zaciszu, po piętach depczą jej NeoNail i Indygo. Czy Claresa będzie liczącym się graczem w pojedynku o klienta. Zniżka w wysokości 30% jest dość kusząca. Hasło: SHOPPING.

Douglas - od 23 do 30 września kolorówka marki Provoke będzie tańsza o 30%. Kod? Po prostu PROVOKE.

Ella Bache - ta francuska marka oferuje zniżkę 20% na hasło COSMO.

Hagi - młoda marka, która przypadła do gustu twórczyniom na YT, zaproponowała zniżkę w wysokości lubianej przez tygryski - 40% na hasło ILSHAGI. Biję się ze swoimi myślami, bo mam niekłamaną ochotę coś przytulić.

Hair2Go - rabat15 obniża o 15% ceny produktów marek: Alterna, Color Wow, Eleven Australia, Kent, Living Proof, Olaplex.

Hegu - marka ma w sprzedaży zaledwie cztery produkty (dwa do twarzy i dwa do ciała). Zniżka? 15% z kodem ILS092016. Biorąc pod uwagę ceny, to dość konkretny rabat.

Matique - kolejny sklep, do którego od dłuższego czasu robię przymiarki. 20% na hasło WEEKEND2016 przecież piechotą nie chodzi.

Melli Care - tę markę pierwszy raz widzę na oczy. Asortyment ma dość skromny, ceny raczej wygórowane. Może ktoś reflektuje zniżkę 30% na kosmetyki do rąk i stóp tej firmy? Jeśli tak, to w polu na kod rabatowy powinien wprowadzić ILS092016.

Minti Shop - ten popularny sklep internetowy oferuje różne zniżki na różne marki:

  • Blend It - rabat w wysokości 30% obowiązuje od 20 do 27 września po wpisaniu BLENDIT
  • Hakuro - pędzle tej marki będą 15% tańsze dzięki MINTIxHAKURO
  • La Splash, LA Girl, OCC, Milani, Affect Cosmetics, Golden Rose - te marki kupicie za cenę o 15% niższą w dniach 20-27 września na hasło MINTISHOPPING


Naturativ - wiele osób żałuje zniknięcia z rynku marki Pat&Rub, Naturativ to podobno te same produkty. Kod 20% na hasło NATURATIV łączy się z aktualnie obowiązującymi promocjami.

Puderek - ten internetowy sklep ma w swojej ofercie masę marek, które są na topie. Essence? Jest. Golden Rose? Jest. The Balm? EOS? Catrice? Dlatego cieszy 15%, które łączy się z innymi promocjami. Kod: ILOVEPUDEREK2016.

Purles - 20% na kosmetyki profesjonalne i peelingi chemiczne z kodem: COSMO.

Thalgo - tym razem nie 50 zł przy zakupach za 250 zł, a 20% z kodem COSMO bez progu kwotowego.

Wibo - szalone 25% na hasło COSMOPOLITAN16. Cóż, chyba lepiej poczekać do promocji w Rossmannie. 

Zuii Organic - produkty marki oferującej "naturalny makijaż kwiatowy" będzie można kupić z rabatem w wysokości 20%. Niektóre nawet taniej, bo zniżka łączy się z innymi obowiązującymi promocjami. Kod: ZUII.

I jak, znalazłyście coś dla siebie?

wtorek, 20 września 2016

Echa lata. Bell Secretale Aqua Waterproof Topcoat Mascara

Skoro z dnia na dzień zrobiło się przykładnie paskudnie, czas na utyskiwania za odchodzącym latem. Teraz nie będzie żali na temat tego, że jest gorąco, pot cieknie po czole, a człowiek jest zmuszony do spania w szufladzie zamrażarki. O nie. Zaczyna się sezon na #przemokłymibuty i #dlaczegojestciemnooczwartej. 

Zanim jednak upchnę klapki i bikini w głąb szafy (kłamię, nie noszę takich rzeczy, za duże kompleksy), napiszę parę słów o produkcie, który był idealnym towarzyszem letnich, słonecznych dni, ale będzie ze mną nadal w trakcie kolejnych pór roku. Chociaż akweny wodne omijam szerokim łukiem, to jednak bardzo chętnie sięgam po produkty wodoodporne, w szczególności te, które są przeznaczone do oczu. Po długoletnich poszukiwaniach przekonałam się, że nie istnieje coś takiego jak dobry tusz wodoodporny. Szukanie takowego w drogerii można porównać z szukaniem igły w stogu siana. Dwa lata temu odkryłam istnienie woododpornego utrwalacza tuszu do rzęs z Catrice i z miejsca się zakochałam. Bajka nie trwała długo, bo produkt zniknął z rynku. Nastąpiła rozpacz, która objawiła się często rozmazanym tuszem. Uroki łzawiących od wszystkiego oczu.

O podobnym do nieodżałowanego Catrice Bell usłyszałam na początku mijającego lata. Kupiłam i... od tamtej pory używanie go w makijażu jest równie naturalne jak tuszowanie rzęs czarną maskarą.

Opakowanie tego produktu nie jest czymś, czemu warto poświęcić dużą uwagę. Typowe dla maskar z dość klasyczną, włochatą, miękką szczoteczką. O ile nie znoszę tuszy z takimi aplikatorami, tak w przypadku mniej gęstego i bezbarwnego płynu nie psuje mi to krwi.

Top coat ma płynną, ale nie lejącą konsystencję; nie przypomina w niczym klasycznej maskary. Jest bezbarwny, ale po jakimś czasie robi się czarny od tuszu. Nie "spiera" maskary nałożonej na rzęsy, nie wpływa na intensywność czerni. Nie skleja rzęs, nie robi grudek z tuszu, nie wpływa na  jego właściwości. Może odrobinę usztywnia włoski, ale naprawdę minimalnie; używałam maskar, które tworzyły z rzęs drut kolczasty.

Co z tą wodoodpornością? Spokojnie, top coat wywiązuje się z powierzonego zadania, gdy dokładnie pokryjemy rzęsy (co uprzykrza trochę życie, nie ukrywajmy). Wówczas nie straszny im pot, łzy, czy byle jaki płyn micelarny. Na szczęście w razie potrzeby z łatwością można pozbyć się makijażu przy użyciu płynu dwufazowego.

Właśnie zabieram się za drugie opakowanie. Czy to wymaga jakiegokolwiek komentarza :)?


Skład: Isododecane, Hydrogenated Polycyclopentadiene, Ethylene/Propylene/Styrene Copolymer, Butylene/Ethylene/Styrene Copolymer, BHT.

Cena: ok. 12-15 zł/8 g
Dostępność: sklep marki BellDrogeria Uholki, Kosmato, we Wrocławiu - Tanyo w Pasażu Zielińskiego
Ocena: 5/5

piątek, 16 września 2016

Cena młodości/młodość w cenie. Organique Anti-Age Hair Mask (Regenerująca maska do włosów farbowanych i zniszczonych)

Chociaż nie ośmielę się tytułować "włosomaniaczką", a mojej twórczości wiele brakuje do kopalni wiedzy, jakimi są niektóre blogi, to jednak temat czupryny nie jest mi obcy. Normalne osoby mają pewnie fryzury, ja posiadam właśnie czuprynę w typie trudnej do ujarzmienia lwiej grzywy. Oswajanie dzikiego zwierza trwa od lat, na razie bez większego powodzenia.

Przez ten okres czasu udało mi się ustalić tyle, że moje włosy lubią kosmetyki do włosów zniszczonych i farbowanych. Tylko tu zaczyna się problem, bo różnorodność substancji w nich zawartych w nich sprawia, że nie zawsze działają tak, jakbym sobie tego życzyła. Szczególnie, gdy serwują solidną porcję protein.

Maska Anti-age od lat jest dość mocno chwalona. Odstraszała mnie jednak jej cena (cóż, kosmetyki anti-age zawsze są droższe... Chociaż anti-age jakoś nie klei mi się z włosami). Gdy w zeszłym roku, za sprawą maski Organique Argan Shine, przekonałam się, że warto dać szansę droższemu kosmetykowi do włosów, skusiłam się na dawno upatrzony wariant. Warto było?

W drugiej karcie mam otwartą własną recenzję Argan Shine i mogłabym przekleić tu fragmenty odnośnie opakowania i konsystencji. Zabezpieczony sreberkiem estetyczny słoik, z którego nie schodzi etykieta pod wpływem wilgoci, zawsze cieszy oko. Konsystencja? Odżywkowa, niezbyt gęsta, ale i nie lejąca. Maskę można nakładać na kilka chwil, bądź posiedzieć z nią trochę dłużej. Efekty? Marne.

Gdy otworzyłam słoik i poczułam ten mocny, bardzo chemiczny, winogronowy zapach, byłam dobrej myśli. Kilka lat temu taki śmierdziel (maska Stapiz Acid Balance), działał na moje włosy jak żelazko. Z optymizmem zabrałam się do używania Organique i... klops. Ta maska wręcz wysusza moje włosy, są spuszone, skręt jest sztywny, brzydki. Nie są bardzo suche w dotyku, ale na takie wyglądają. Maska lekko je wygładza, ale prezentują się fatalnie. Cóż, jedwab i perły to chyba nie są ulubione składniki moich włosów.

Nie dla psa kiełbasa, nie dla mnie kolejny włosowy hit. Bywa, szukam dalej.

Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Glycerin, Hydrolyzed Silk, Argania Spinosa Kernel Oil, Vitis Vinifera Seed Oil, Pearl Powder, Maris Salt, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Parfum, Citral, Citronellol, Limonene, Linalool.

Cena: ok. 45 zł/150 ml
Dostępność: sklepy firmowe Organique
Ocena: 2,5/5

niedziela, 11 września 2016

Nowsze jest wrogiem dobrego. Lumene Beauty Base Eyeshadow Primer



Rynek kosmetyków nie znosi stagnacji. Co chwilę zmieniają się trendy makijażowe, do realizacji których niezbędne są nowe typy produktów, kolory, wykończenia, narzędzia... Dlatego nie warto się zbytnio przywiązywać do obecnej zawartości kosmetyczki, bo można się zdziwić. Firmy rozmaicie podchodzą do mody, jedne decydują się na wprowadzanie edycji limitowanych, inne wymieniają poszczególne gamy produktów, jeszcze inne działają dwutorowo (szczególnie tańsze marki). Podobno zmiany są dobre. Nie zawsze. Czasem bolą mnie te wieczne roszady na półkach, ale jest coś gorszego niż zwyczajne wycofanie ulubionego odcienia różu. Tego słowa nienawidzą wszyscy perfumoholicy, a i kosmetykoholicy powinni zacząć przed nim drżeć - reformulacja. Co to takiego? Prosty sposób na nabijanie klientów w butelkę - sprzedajemy  ludziom zupełnie inną rzecz, udając, że to to samo, co znają do tej pory. Jakie rodzi to niebezpieczeństwo? Takie, że produkt po zmianach może być gorszy od pierwotnej wersji.

Gdy ktoś kilka lat temu pytał o dobrą bazę pod cienie, w odpowiedzi zwykle słyszał jedną z dwóch wersji: Artdeco albo Lumene. Obie kultowe, obie fantastyczne. Podobno. Z Artdeco nie miałam przyjemności, Lumene kupiłam cioci z tłustą i opadającą powieką - była zachwycona. Postanowiłam sprawić sobie własny egzemplarz i poleciałam do Super-Pharm. Coś mi się nie zgadzało, zapamiętałam inne opakowanie, ale mimo to wzięłam. Po powrocie do domu i sprawdzeniu KWC okazało się, że zakupiony produkt to trzecia wersja bazy pod cienie Lumene. Dwie pierwsze były uważane za doskonałe. A ta? Do trzech razy sztuka, tę chyba w końcu udało im się zepsuć. Gratulacje.

Bazy pod cienie pakowane są w jeden z dwóch typów opakowań: słoiczek albo tubkę. Lumene postawiło na tubkę, co jest rozwiązaniem bardziej higienicznym, ale nie pozwala tak panować nad wydobyciem jak słoiczek. Zasadniczo nie ma się jednak czego przyczepić.


Lumene w kosystencji przypomina Kiko (pseudonim artystyczny Zoeva). Właściwie mogłabym przekleić to, co napisałam w recenzji tamtego produktu. Baza łatwo się rozprowadza, sunie po powiece, pokrywając ją równomiernie. Ma żółty kolor i delikatnie rozjaśnia ciemniejszą skórę powiek. Nie zauważyłam, żeby znacząco wpływała na komfort pracy z produktami, w szczególności ułatwiała ich rozcieranie.

Baza znakomicie podbija kolor i wykończenie cieni. Kolory zdecydowanie zyskują na intensywności. Błyszczące cienie, które na gołej skórze nie prezentują się oszałamiająco, zaaplikowane na Lumene świecą pełnym blaskiem. I cóż z tego?

Wadą, która w moich oczach (i na nich) dyskwalifikuje ten produkt to jego działanie w najważniejszej kwestii, czyli przedłużanie trwałości makijażu. Maluję się o 5 rano, godzina 9 to naprawdę nie jest ta chwila, w której ma ochotę poprawić zrolowany cień. Mniej więcej 4-5 godzin komfortowego noszenia i potem prawie wszystko w załamaniu. Właściwie niezależnie od warunków atmosferycznych. Dziękuję.

Po ostatnich wtopach z bazami, zaczęłam podejrzewać, że to może ze mną jest coś nie tak. Ale trafiła się przecież perełka wśród tej mizerii -  przecież pozytywnie zaskoczyło Wibo. Karierę wróżę też Inglotowi - w piątkowym skwarze spokojnie utrzymał cień do 17. Można? Można.

Skład: Cyclopentasiloxane, Nylon-12, Cyclohexasiloxane, C20-40 Acid, Jojoba Esters, Boron Nitride, Aluminium/Magnesium Hydroxide Stearate, Polyethylene, Phenoxyethanol, Rubus Chamaemorus Seed Oil, Lauroyl Lysine, Dimethicone/Vinyldimethicone Crosspolymer, Ethylhexylglycerin, PEG-8, Tocopherol, Perfluoroctyl Triethoxysilane Hippohae Rhamnoides Oil, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid, Helianthus Annuus Seed Oil, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Może zwierać: Mica, CI 77491, CI 7749, Ci 77499, CI 77891.

Cena: ok. 34-50 zł/5 ml
Dostępność: Super-Pharm (wybrane sklepy; we Wrocławiu - Magnolia Park), Lady Makeup, ezebra, ekobieca
Ocena: 2,5/5

wtorek, 16 sierpnia 2016

Lato, lato (zawsze) wszędzie? Shiseido UV Protective Liquid Foundation SP30 Light Ochre

Chociaż w ostatnich dniach o tym, że jest lato, musimy się upewniać zerkając w kalendarz, to jednak nadal trwa sierpień, będący niewątpliwie miesiącem wakacyjnym. Pomimo tego, iż niektórzy już powyciągali botki i płaszcze, nadal trwa astronomiczne lato - nie porzucajmy jeszcze kosmetyków przeciwsłonecznych! Teoretycznie chronić naszą skórę powinniśmy przez cały rok, ale nie czarujmy się - wiele z nas o odpowiednim zabezpieczeniu pamięta wyłącznie latem. 

Filtry nie cieszą się wielką popularnością z uwagi na uciążliwość w ich stosowaniu. Poza największymi maniaczkami pielęgnacji skóry, które przykładają do stosowania ochrony przeciwsłonecznej ogromną wagę niezależnie od pory roku, znaczna część z nas miewa w tej kwestii zrywy. Najczęstsza wymówka przy kremach z filtrem? Makijaż - i to zarówno odnośnie wyglądu skóry (głównie świecenia), jak i kwestii destabilizacji substancji ochronnych przez składniki kosmetyków kolorowych. Skoro nie można mieć wszystkiego, leniuszek pominie filtr i nałoży fluid. Czy wybór jest rzeczywiście nieunikniony?

Koreańskie kremy BB z wysoką ochroną przeciwsłoneczną i ich popularność, wskazują, że nie trzeba z niczego rezygnować. Kosmetyki kolorowe z filtrami można znaleźć jednak nie tylko na Ebay. Mimo tego, że wsród drogeryjnych podkładów królują produkty z spf 15, dostępne są dłużej chroniące kosmetyki kolorowe. Tak jak bohater dzisiejszej notki - Shiseido UV Protective Liquid Foundation z SPF 30 - podkład, który miał u mnie swoje upadki i wzloty (w takiej kolejności). Kupiłam go, a następnie porzuciłam w zesżłym roku, by wreszcie oswoić go tego lata w ramach karnej akcji "niczego nie kupisz, dopóki nie zużyjesz tego, co masz".
Koń jest taki, jak każdy widzi: smerfnie niebieski. Jak na podkład z wyższej półki przystało, Shiseido jest dodatkowo zabezpieczony kartonikiem (niewiele podkładów z drogeryjnych zawinięto w porcję makulatury). Opakowanie pełni nie tylko rolę dekoracyjną ochronną (przed macaczami), ale służy również za mieszkanie dla dodatkowego wyposażenia - gąbeczki. To dopiero jest bajer! Ale po kolei. 

Zasadniczo, z punktu widzenia aplikatora, można wyróżnić trzy typy płynnych podkładów: akuratne, za ciężkie i za lekkie. Te, które są w sam raz, są sprzedawane z ułatwiającym życie dozownikiem i na tym kończy się filozofia. W sytuacjach, gdy formuła odbiega od "normy", producenci zaczynają kombinować. Double Wear z Estee Lauder podobno nie ma pompki, bo jest tak ciężki (z podobnej przyczyny pompki nie miał Revlon Colorstay; teraz się to zmieniło). Shiseido nie ma pompki, bo jest bardzo płynny, wodnisty. Na szczęście producent zwieńczył butelkę dzióbkiem, który pozwala nie wylać na siebie całej zawartości opakowania. Dodatkowo dorzucił do środka kulkę (założenie; nie wiem, jakiego kształtu jest to "coś"), która pozwala na rozmieszanie pigmentu.

Sprzedawana z podkładem gąbeczka to chyba tylko sugestia odnośnie sposobu aplikacji. Zrezygnuj z palców, nie bierz pędzla, złap się za gąbkę! Tylko nie za tę, ta się do niczego nie nadaje i z miejsca może powędrować do śmietnika. Próba nałożenia podkładu tą gąbką skończyła się tym, że wypiła ona porcję podkładu, a twarz pozostała goła. Cóż, zdarza się.


Jak wspomniałam przy okazji opisu opakowania, podkład jest bardzo rzadki i wypada go nakładać gąbką. Raczej aplikatorem w guście Beautyblendera niż klasyczną gąbeczką - trójkątem . Narzędzie służące do aplikacji tego kosmetyku jest niestety kluczową kwestią. Nałożony palcami wygląda zwyczajnie źle, bardzo brzydko podkreśla strukturę skóry, ze szczególnym upodobaniem tworzy na nosie podkładowe piegi. Potrafi się też zebrać w zabawny sposób, wcale nie w załamaniach i zmarszczkach - Jaś Wędrowniczek się znalazł. Z pędzlem jest odrobinę lepiej, ale dopiero gąbka-jajko, którą można porządnie wcisnąć kosmetyk w skórę, sprawia, że cera, nawet niezbyt idealna, wygląda dobrze. W połączeniu z pudrem-magikiem, który lekko tuszuje pory, jest wręcz bajecznie. Gąbka zapewnia też mocniejsze krycie, przy jednoczesnym braku efektu tynku.

Słoneczny Shiseido uchodzi za jeden z trwalszych podkładów. Producent obiecuje jego wysoką wodoodporność. Tutaj trochę poległam z testem, bo jako osoba, która od 2 lat słowo "urlop" widuje tylko w słowniku (no dobra, na zdjęciach na Instagramie), nie miałam szansy wypróbować go w basenie, czy innym morzu. Niemniej, muszę przyznać, że nie rusza go spływający po twarzy pot. Jeżeli jednak cera produkuje trochę większe ilości sebum, warto kontrolować błysk, bo w ekstremalnych podkład potrafi lekko zjechać z brody i nosa. Zasadniczo jest jednak trwały i nie ściera się zbytnio - np. nie znika zupełnie w okolicach nosków okularów.

Podkład zawiera w sobie spf 30 i sprawia, że cera opala się wolniej. Jestem leniem i z wielką radością z chęcią odpuszczę sobie poranną gimnastykę z kremem z filtrem i podkładem, jeżeli mogę załatwić sprawę za jednym zamachem. Ucierpiał na tym dekolt - z wielką chęcią smarowałam twarz Shiseido, zupełnie zapominając o zmianie tubki i aplikacji czegoś na resztę miejsc wystawionych na ekspozycję słoneczną. Efekt? Twarz i szyja sporo jaśniejsze od dekoltu i ramion. 

Gama kolorystyczna nie należy do mocnych atrybutów tego kosmetyku. W naszym kraju Shiseido oferuje 4 odcienie, do wyboru są ciemne i... ciemniejsze. Najwidoczniej założono, że podkładu z filtrem - w domyśle na wakacje - szukają osoby już lekko muśnięte słońcem. Porażająca logika. Producent jawnie dyskryminuje blade twarze. Odcień, który posiadam, czyli Light Ochre, wydaje się być najjaśniejszy z całego towarzystwa (wypada blado nawet przy niższych, niedostępnych u nas, numerach) i, stety albo nie, najbardziej żółty. Kurczaczki wielkanocne nie są tak żółte jak on. Jeżeli gama Bourjois Healthy Mix wydawała Ci się jajecznicą, to informuję, że przy takim HM nr 51 przy Light Ochre to jajecznica z marketowych jajek niskiej klasy. Dla mojej cery w lecie jest wręcz idealny, ale bardziej beżowe osoby będą niepocieszon.
Na górze: Shiseido
Na dole: Bourjois Healthy Mix nr 51
Mam pewien problem z tym podkładem. To nie jest kosmetyk, który z urzędu prezentuje się znakomicie; trzeba znaleźć na niego sposób. Szczerze? Jest to odrobinę rozczarowujące, gdy dość drogi podkład "nie chce wyglądać" - nie każdy ma arsenał narzędzi do aplikacji makijażu, czas i chęci na walkę. Mnie ostatecznie udało się okiełznać Shiseido, nawet żałuję, że już go kończę. Czy kupię ponownie? Nie wiem.


Skład: Aqua, Dimethicone, Titanium Dioxide (CI 77891), Titanium Dioxide (nano), Trimethylsiloxysilicate, Isododecane, Polymethyl Methacrylate, Iron Oxides (CI 77492), Cyclomethicone, SD Alcohol 40-B (Alcohol Denat), Ethylhexyl Methoxycinnamate, PEG/PPG-19/19 Dimethicone, Hydrogenated Polyisobutene, Iron Oxides (CI 77491), Bis-Butyldimethicone Polyglyceryl-3, Aluminium Hydroxide, Aluminium Distearate, Phenoxyethanol. Isostearic Acid, Alumina, Triethoxycaprylylsilane, Trisodium EDTA, Iron Oxides (CI 77499), Silica, Pafum, PEG/PPG-14/7 Dimethyl Ether, Polysilicone-2, Alcohol, Sodium Magnesium Silicate, Hydrated Silica, Butylene Glycol, Glycerin, Tocopherol, Limonene, Linalool, Mica, Saxifraga Sarmentosa Extract, Distearyldimonium Chloride, Butylphenyl Methylpropional, Benzyl Benzoate, Hexyl Cinnamal, BHT, Eugenol, Geraniol, Syzygium Jambos Leaf Extract, Hydrogen Dimethicone, Sodium Hyaluronate, Tin Oxide, Sophora Angustifolia Root Extract.

Cena: od 90 do 170 zł/30 ml
Dostępność: Douglas, Sephora, iperfumy.pl, tagomago.pl, perfumesco.pl, dolce.pl
Ocena: 4/5

niedziela, 10 lipca 2016

Mój pierwszy cukierek...


Pamiętacie tę reklamę z dziadkiem i Werther's Original? Zawsze współczułam temu chłopcu, że dziadek nie poczęstował go michałkiem tylko taką twardą landrynką w obrzydliwym kolorze. Ale co się dziwię, mój wciskał mi miętowe cukierki, które babcia kupowała mu, żeby zabić woń papierosów. Właściwie to była taka mała transakcja, z  której obie strony były zadowolone - ja zjadałam cukierki, dziadek zabierał z mojego talerza nadprogramowego kotleta, gdy babcia wieszała pranie :). Mniejsza o to. Przypomniałam sobie o tej reklamie, gdy zamawiałam pudełko subskrypcyjne. Pierwszy raz w życiu.

Nigdy wcześniej nie miałam specjalnej ochoty na zamawianie kota w worku (tak, wiem, że niektóre marki ujawniają zawartość pudełek wcześniej) - z pewnością chciałybyście zobaczyć moją minę, gdybym za 70 zł otrzymała krem do stóp, czerwony lakier i saszetkę luksusowego kremu, którym mogłabym sobie wysmarować pół palca (przy dobrych wiatrach). Zawsze jednak lubiłam oglądać te wszystkie filmy z otwierania tych paczek-niespodzianek. Często utwierdzałam się w przekonaniu, że dobrze robię nie zamawiając żadnej subskrypcji. Jednak rynek pudełek cały czas się rozwija i już nie jesteśmy skazane na oferty, w których królują wyłącznie drogeryjne kosmetyki, po które nikt z własnej woli nie chce sięgnąć, a firma chce je jakoś opchnąć. Jasne, w ten sposób też można trafić na perełkę.

Filozofia Naturalnie z pudełka przemówiła do mnie właściwie w momencie startu tego pomysłu - nie zgrała mi tylko cena. 89 zł z przesyłką to naprawdę dużo - może to trochę pokrętne, ale 79 zł jakoś bym przełknęła, ale przy 89 zł widzę zielony banknot wyfruwający ochoczo z portfela. Raz się żyje, uznałam, że należy mi się jakaś nagroda i zamówiłam NzP. Lipcowa edycja została skomponowana z myślą o wakacjach - podoba mi się taki temat przewodni.


Saszetka żelu pod prysznic oraz balsam do ciała marki Speick - ręce mi opadły, gdy przeczytałam, że kogoś zniechęciły próbki z niemieckimi napisami. Serio? Przecież to tylko próbki, one niczego nikomu nie zrobiły. Dali - źle. Nie daliby - jeszcze gorzej. Nie dogodzisz. Zużyję, o ile wcześniej gdzieś ich nie posieję - próbki w saszetkach mają dziwną tendencję do znikania w niewyjaśnionych okolicznościach.


Sól do kąpieli z lawendą i zieloną herbatą z Fresh&Natural - marka, która pojawiła się i podbiła serca blogerek swoimi peelingami, zniknęła nagle, by teraz powrócić. Zużyłam już zawartość tego opakowania - nie poczułam się specjalnie zrelaksowana, gdy po kąpieli musiałam bardzo dokładnie zaganiać wszystkie herbaciane farfocle do odpływu.


Your Natural Side Witamina E serum - pierwszy konkret. Zrzedła mi mina, gdy zobaczyłam, że to serum z witaminą E, jeszcze bardziej posmutniałam, gdy zerknęłam na skład. Za witaminę E rozpuszczoną w oleju słonecznikowym firma życzy sobie 30 zł. Za 10 ml! Na uwagę zasługuje fakt, że produkt jest tak gęsty, że pipeta w ogóle nie może go nabrać, o rozprowadzeniu na skórze można zapomnieć. W dodatku zapach jest torturą dla nosa. Prawdę powiedziawszy, bardziej ucieszyły mnie ulotki tej marki, w których zostały opisane właściwości olei. A serum? Myślę, że wysłanie go tam, skąd przybyło (z Argentyny, hu, hu!) byłoby dość kosztowne, więc zmieszam z czymś równie lubianym i wysmaruję skórę na szyi.

Cena: 29,99 zł/10 ml


Pixie Cosmetics Mega Matte Kapok Tree Powder - Alieneczka wspominała, że ten puder wart jest uwagi. Po zapoznaniu się z opisem właściwości, zastanawiałam się, co siedzi w środku. Drogie panie, ten kapok zrobiony jest z celulozy.  Ciekawa jestem, ostatkiem sił próbuję się przekonać, że powinnam zużyć niedawno otwarty puder Lirene.

Cena: 39,90 zł/3,5 g


Mydło Speick o "unikalnym zapachu" - mały, ale wariat. To maleństwo sprawiło, że całe pudełko pachniało jak sklep z indyjskimi kosmetykami. Rozmiar hotelowy, w sam raz do wrzucenia do podróżnej kosmetyczki.

Cena: 1,19 zł/13,5 g


Pixie Cosmetics Pędzel do makijażu 2in1 Concealer Brush - na początku mały zgrzyt: o ile mi wiadomo, pędzle Pixie sprzedawane są w pudełkach - nie żebym się kłóciła o kawałek tektury, ale miałam wrażenie, że dostałam coś "otwartego". Z drugiej strony zapewne gabaryt Naturalnie z pudełka nie pozwoliłby na upchnięcie nieporęcznego kartonika. 
Pędzel jest dość ciekawy, chociaż nie do końca jestem przekonana o tym, czy rozwiązanie ze zdejmowaną nasadką się sprawdzi - otwór mógłby być odrobinę szerszy. Zminiaturyzowana wersja flat topa i kuleczka mogą sprawdzić się nie tylko do korektora - korci mnie, żeby tym płaskim zaaplikować cień na całą powiekę.

Cena: 122 zł


Fresh&Natural Tropikalny solny peeling do ciała - cieszy mnie obecność peelingu tej marki w pudełku. Chociaż wolałabym cukrowy malinowy, to jednak nie wpisywałby się (dyskusyjne) w wakacyjne klimaty tak jak tropikalny. Od paru miesięcy używam rękawicy Kessa i czarnego mydła, ale może wyślę te produkty na mały urlop :).

Cena: 29,90 zł/200 ml

W cenie 89 zł otrzymałam produkty o wartości około 223 zł. Imponujące. Teoretycznie, bo towar jest wart tyle, ile klient chciałby za niego zapłacić. O ile nie kwestionuję ceny mydełka, peelingu, czy pudru, tak z pewnością nie kupiłabym tego serum za żądaną kwotę, a i za pędzel nie zapłaciłabym więcej niż kilkadziesiąt złotych. 

Jak to mówią: pierwsze koty za płoty. Nie jestem przesadnie zachwycona pudełkiem, ale zadowala mnie jego zawartość. Do tego stopnia, że poważnie myślę nad kolejnym - może znów postawię na Naturalnie z pudełka, a może wybiorę coś innego. Jakie są wasze przygody związane z pudełkami? Które polecacie, a które odradzacie?

środa, 22 czerwca 2016

Kocha, nie kocha. The Body Shop Camomile Sumptous Cleansing Butter

Dobry makijaż powinien być trwały. Przyznajcie, że znacznie lepiej czujecie się w sytuacji, gdy nie musicie co pół godziny biegać do łazienki w celu kontroli stanu twarzy. Miło jest, gdy cień się nie roluje, tusz nie osypuje, a pomadka nie zjada. Dlatego też często stawiamy na produkty o przedłużonej trwałości. Zwłaszcza teraz, w miesiącach, gdy słupki rtęci w termometrach szybują w kosmos, cenne są produkty, które nie spłyną z pierwszą kroplą potu. Ale coś za coś. Nałożenie grubego tynku i zaszpachlowanie go często prowadzi do tego, że wieczorem do łazienki trzeba przytargać kontener na odpady zmieszane z osiedlowego śmietnika i koniec końców skończyć z twarzą w krowie łaty i oczami jak królik.

Nie, nie, nie!

Teraz na topie są olejki do demakijażu, ale postanowiłam odkurzyć trochę temat maseł - w czasach,  gdy po ziemi biegały dinozaury (czyli jakieś dwa lata temu), dziewczyny zachwyciły się usuwaniem makijażu za pomocą produktów kremowych. Wiele wzdychało do niedostępnej w Polsce Emmy Hardie, zadowalając się Clinique. W tym segmencie jest jeszcze jeden produkt, który jednak nie zyskał tak szerokiego grona fanów, może z uwagi na niezbyt dobrą dostępność marki The Body Shop.  Sumptous Cleansing Butter jest z tego towarzystwa najtańszy.

Masło The Body Shop mieści się w estetycznej, metalowej puszce. Opakowanie jest wytrzymałe, jednak nie należy do najwygodniejszych - puszka jest dość płaska, przez co czasem ciężko ją odkręcić, gdy ma się krótkie palce i włożyło się wcześniej sporo krzepy w zamknięcie :).

Masło ma wyraźnie oleistą konsystencję. Nie jest to zbita gruda, ale nie przypomina też balsamu do ciała. Po zetknięciu ze skórą zmienia się w zawiesisty olejek, nie ucieka spod palców, dobrze się go rozprowadza.  Nie podrażnia i nie szczypie (!!!) w oczy. Pozostawia na skórze delikatnie tłustą powłokę. Nie jest to tłusto-śliski film, jak po płynach dwufazowych. Taka warstwa jest dla mnie nie do przyjęcia w przypadku twarzy, ale na oczach zupełnie nie przeszkadza. Przyznam się, że tego kosmetyku używałam głównie do demakijażu oczu i ust (paskudnie smakuje), a do zmywania podkładu stosowałam płyn micelarny i żel. Masło pachnie rumiankiem - zapach tego kwiatu zawsze kojarzył mi się z piwem, ale ten aromat w wykonaniu TBS jest bardziej świeży.

Jak z jego skutecznością? To pewniak. Nieważne, ile warstw tuszu naładujesz, jakiego eyelinera użyjesz, jak trwałej szminki nie użyjesz, masło The Body Shop da sobie radę. Chwila zabawy wacikami i makijaż znika bez śladu. Żadnego tarcia, ciągnięcia skóry.



Masło The Body Shop przyjemnie mnie zaskoczyło. Cena jest bardzo adekwatna do jakości i wydajności (używam 5 dni w tygodniu do zmywania oczu od października lub listopada, a jeszcze została 1/3). Jakieś zarzuty? Życzyłabym sobie tylko bardziej naturalnego składu.

Skład: Ethylhexyl Palmitate, Synthetic Wax, PEG-20 Glyceryl Triisostearate, Olea Europaea Fruit Oil, Butyrospermum Parkii Butter, Caprylyl Glycol, Tocopherol, Parfum/Fragrance, Aqua, Linalool, Limonene, Helianthus Annuus Seed Oil, Anthemis Nobilis Flower Extract, Citric Acid.

Cena: ok. 50 zł/90 ml
Dostępność: sklepy firmowe The Body Shop (np. Wrocław - Magnolia)
Ocena: 4,5/5

niedziela, 19 czerwca 2016

Kurs dolara. Wibo Million Dollar Lips nr 1 i 3



Zaryzykuję stwierdzenie, że każda z nas chciałaby wyglądać jak milion dolarów (albo miliony monet :D). Niestety, czasem nasze wysiłki idą na marne i same za siebie nie dałybyśmy nawet funta kłaków. Ale od czego są kosmetyki! Producenci obiecują zwykle, że z zera zrobią milionera (w pierwszej kolejności robiąc z milionera zero; żeby wygrać trzeba grać, żeby mieć trzeba wydać - jakoś tak). Tym razem na mój celownik trafiło Wibo; ta polska firma wyceniła usta warte milion dolarów na jedyne 11,29 zł. W promocji można złapać ten produkt nawet o połowę taniej, co czyni kurs dolara do złotego wyjątkowo korzystnym :D.

Nie ukrywam, że Wibo i jej siostra Lovely to nie są moje ulubione marki. Jednocześnie doceniam je za to, że próbują nadążyć za trendami i oferują nowinki za rozsądne kwoty (chociaż ostatnio coraz częściej produkują w Chinach i systematycznie podnoszą ceny).

Pomadki Million Dollar to chyba jedne z bardziej popularnych matowych szminek. Są niedrogie i ogólnodostępne - nic więc dziwnego, że wiele dziewczyn przygodę z matowym wykończeniem zaczyna właśnie od nich. I część na nich poprzestaje - dziewczyny, warto szukać dalej!




Standardowo poznęcam się nad opakowaniem. Nie jest to cud techniki, ale prezentuje się porządnie. Plus za to, że zakrętka odzwierciedla kolor, jaki znajdziemy w środku. Natomiast wadę stanowi aplikator - jest to gąbeczka, ale gąbeczka '"długowłosa". Te kłaki sprawiają, że przy nakładaniu (szczególnie bardziej intensywnego odcienia) trzeba się trochę napocić, żeby w miarę zapanować nad produktem przy malowaniu wąskich ust. Dużo lepsza byłaby gąbka, która nie ma aż tak wyraźnej struktury - jak np. w Bourjois Rouge Edition Velvet.

Na szczęście konsystencja nie utrudnia sprawy i nie jest rzadka (jak np. w Colourpop) tylko przyjemnie musowa. Pomadka nie zastyga na ustach od razu, można ją jeszcze poprawić chwilę od nałożenia. Po zaschnięciu nie tworzy  skorupy, ale jest dziwnie włochata - czuć ją na wargach, co nie jest specjalnie komfortowe. Nie zauważyłam, żeby przesuszała.

Trwałość nie powala na kolana. Z drugiej strony, producent gwarantuje czterogodzinną wytrzymałość, a to jak na pomadki matowe nie jest specjalną rewelacją. Kosmetyk utrzymuje się mniej więcej w tym czasie, ale bardzo łatwo schodzi przy mówieniu, kontakcie z płynami i jedzeniu nawet nietłustych, nieangażujących warg potraw. Jeżeli potrafisz siedzieć jak posąg przez 4 i więcej godzin, to z pewnością będziesz cieszyła się Wibo dłużej. W dodatku niezbyt pięknie się zjada, tak na "gejszę" - w pierwszej kolejności schodzi z kącików ust, zostawiając plamę koloru na środku. Dziwne.

Nr 1 i nr 3

Wibo zaproponowało 4 kolory matowych szminek. Wielbicielki odcieni nude nie znajdą tu niczego dla siebie, bo nawet dość stonowany brudny róż z delikatnymi nutami fioletu (nr 1) w typie Bourjois Rouge Edition Velvet 07 przed utlenieniem dla wielu może okazać się zbyt wyrazisty. Pozostałe kolory to już jazda bez trzymanki - mocny cukierkowy róż (nr 2), intensywny koktajl różu i czerwieni, który zbiera masę komplementów (nr 3) oraz klasyczna czerwień (nr 4).

Nr 1 i nr 3 oraz ups :D

Matowa szminka z Wibo nie zachwyca. To niezły produkt w konkurencyjnej cenie, ale jednocześnie dość przeciętny jak na matową pomadkę.

Cena: 11,29 zł/3 ml
Dostępność: Rossmann
Ocena: 3,5/5

sobota, 11 czerwca 2016

Na bezrybiu i rak ryba. Weekend zniżek (11-12.06) z Wysokimi Obcasami, Wysokimi Obcasami Extra i Avanti


Maj i czerwiec to chyba najbardziej lubiane miesiące w roku. Nie znam osoby, która nie doceniłaby eksplozji zieleni w te coraz dłuższe i cieplejsze dni. Jednak nie pod każdym względem jest to czas rozkwitu - łowcy okazji cierpią, bo w ich dziedzinie jest prawdziwa posucha; większe akcje rabatowe już przeminęły (a następne dopiero jesienią!), a wyprzeda jeszcze się nie zaczęła. Jak żyć :D? (Normalnie) Dla tych, którzy lubią polować na okienka ze zniżkami, Agora przygotowała materiał do  małej gimnastyki dłoni. Także nożyczki w dłoń/dłonie na klawiaturę i działamy!

Stacjonarnie

Drogerie Natura - rabat 20% na kosmetyki Kobo Professional, przewijajcie dalej, to żadna okazja.

Super-Pharm - 25% na wszystkie perfumy od, uwaga, cen promocyjnych. Z kuponem można skusić się na maksymalnie 3 zapachy.

Stacjonarnie i online

Annabelle Minerals - możemy skorzystać z 10% zniżki w firmowym salonie w Warszawie lub taki sam rabat otrzymać wpisując kod 10PR w sklepie internetowym marki.

Biosensual - 20% na świece do masażu i aromaterapii. Z rabatu można skorzystać do 17 czerwca. Kod do sklepu internetowego: ekoweekend.

Stara Mydlarnia - przy zakupach za minimum 30 zł możemy skorzystać ze zniżki w wysokości 20 % dzięki wprowadzeniu hasła RABAT-20.

Online

BeeYes - pszczoły w każdej akcji rabatowej domagają się uwagi kusząc rabatem w wysokości 20%, który obowiązuje do 15 lipca . Kod: BeeWOE.

BingoSpa - bingo! Zniżka 50% to coś, co tygryski lubią najbardziej, mimo że nie przepadają za samą marką. Kod BINGOSPA559 zadziała po załadowaniu koszyka produktami o wartości 109 zł. Na decyzję macie czas do 30 czerwca.

Bodyland - TheBalm, Lumene, Essie... Nawet i 10% się przyda. Hasło OBCASY3 będzie działało do 30 czerwca.

Cocolita - jedna z popularnych drogerii internetowych proponuje 10%. Z oferty można skorzystać z kodem Wysokie10 do 15 czerwca.

Ezebra - kolejny znany sklep i kolejny niewysoki rabat, tym razem 5%. Lepszy rydz niż nic. Kod EZEBRA5 nie działa na "wybrane marki selektywne". Cokolwiek to znaczy.

Glowstore - do 15 czerwca można skorzystać z 15% rabatu na wybrane marki (a w ofercie mają Colourpop, Milani czy Jeffree Star, może akurat) po wpisaniu BEGLOW16.

Hairstore - coś do włosów? 10% mniej zapłacimy do 30 czerwca z kodem OBCASY3.

Kalina - rosyjskie kosmetyki nie są już na takiej fali, jak jeszcze dwa lata temu, ale ciągle jeszcze mają grono fanek. W Kalinie pojawiły się także rodzime produkty naturalnych firm. Warto rozważyć zakupy ze zniżką 20%, zwłaszcza, że czasu do namysłu jest sporo. Kod avanti25 będzie działał aż do 5 września.

Michael Mercier - o panu Michaelu nigdy nie słyszałam, ale podobne modele szczotek już widziałam. Rabat 20% na hasło wiosna.

Pachnąca Wanna - do 15 czerwca WANNA20 wyczaruje 20% zniżki na pachnące cuda. 

Fajerwerków nie ma, szampan zamknięty... Może jednak ktoś znajdzie tu coś dla siebie. Mnie szczególnie zainteresował rabat dl Glowstore, a was?

niedziela, 22 maja 2016

Przyczajona lekkość, ukryta tłustość. Purite Face Mousse - Lekki krem

Pewnie pisałam już o tym, że zazwyczaj zakup kosmetyku to u mnie cały proces, podczas którego ryję cały internet. Na decyzję ma wpływ wiele czynników, od zupełnie podstawowych (jak cena), po trochę bardziej skomplikowane, ocierające się czasem o kwestie światopoglądowe  :D:D. Nie ma to tamto. 

Na krem Purite zdecydowałam się z tego względu, że to marka z moich okolic. Możecie się śmiać, ale zdarza mi się uprawiać pewien rodzaj patriotyzmu lokalnego. Dlatego, gdy dodatkowo trafiłam na rabat, nie myślałam zbyt długo.

Muszę się przyznać, że tym, co ostatecznie przekonało mnie do zakupu tego kremu, to jego opakowanie. Tak, pompkomania wciąż aktywna i w całkiem dobrej formie. Lubię tak  rozwiązane opakowania, dzięki dozownikowi wydaje mi się, że kosmetyk staje się bardziej wydajny. Potrafiłam wyciapać słoiczek kremu w miesiąc, nie byłabym specjalnie szczęśliwa, gdyby dość drogi Purite skończyłby się w podobnym czasie. Pompka nie jest jednak niezawodna - gdy w butelce zostało jeszcze około 1/3 produktu, zaczęła się zacinać i musiałam rozkręcać opakowanie. Szklane butelki są bardziej przyjazne środowisku, ale nie da się ich rozciąć jak plastikowych tub i wylizać opakowania. Coś za coś.

Producent określa ten kosmetyk jako "face mousse" i opisuje na swojej stronie jako lekki krem do twarzy, szyi i dekoltu, przypisując mu liczne walory - od działania przeciwzmarszczkowego, przez redukcję sebum, po obkurczanie naczynek. Aż dziw bierze, że tak silne działanie ma wykazywać "piórkowy" krem.

Na szczęście (albo i nie, zależy jak leży) krem nie okazał się zawodnikiem wagi lekkiej. Nie przypomina masła, ale daleko mu także to formuły mleczka. Jest taki... zwyczajny, 100% kremu w kremie. Rozprowadza się przyjemnie, nie zostawia smug, ale za to delikatny, olejkowy film. Nie jest to smalec, ale po dotknięciu czuć, że twarz dostała porcję czegoś konkretnego. Początkowo nie miałam z tym problemu, ale moja skóra buntowała się po kilku godzinach, odpłacając mi wybijającym roztopionym masłem na czole, nosie i brodzie oraz chętnie spływającym makijażem. Jeden z głównych składników, olej z pestek śliwki, teoretycznie jest olejem, który dobrze się wchłania, ale oliwa z oliwek i masło shea, to nie jest coś, co tygryski lubią najbardziej. Na plus muszę za to policzyć zapach, który przypomina trochę aromat marcepanu.

Jak działa? Gdyby moja skóra się tak nie buntowała, to pewnie byłabym z niego zadowolona. Bo to taki całkiem niezły, podstawowy krem. Co prawda, żadne tam cuda na kiju, które obiecywał producent, ale nie uprzykrzył życia. Nie pogorszył stanu mojej cery, dopóki jej nie odwaliło, była gładka, przyjemna w dotyku i lekko odżywiona. Poprawy nawodnienia skóry nie odnotowałam, ale takie odżywcze działanie odpowiadało mi w chłodne miesiące.

Purite to całkiem niezły krem, choć nie całkiem dla mojej cery. To raczej lżejszy krem dla cery suchej lub normalnej, niekoniecznie dobry dla tluściochów, chociaż miał walczyć dzielnie z sebum.

Skład: Hamamelis Virgniana Water, Aqua, Prunus Domestica Seed Oil, Glyceryl Stearate, Cetearyl Alcohol, Sodium Steoryl Lactate, Olea Europaea Hydrogenated Oil, Glycerin, Vitellaria Nilotica Fruit Butter, Rubus Idaeus Seed Oil, Benzyl Alohol, Salicyli Acid, Glycerin, Sorbic Acid, Guar Gum, Pelargonium Graveloens Flower Oil, Salvia Officinalis Oil.

Cena: ok. 70 zł/30 ml
Dostępność: Purite, MintiShop, we Wrocławiu - EkoPestka, ul. św. Antoniego
Ocena: 3,5/5

środa, 18 maja 2016

Kompaktowy program graficzny. Catrice Prime and Fine Mattifying Powder Waterproof

Po co kobiecie makijaż? Zapewne zdarzyło się wam, że między zmianą narzędzia w dłoni zastygałyście na chwilę (żeby podziwiać swoją urodę, oczywiście) i pojawiała się w waszych głowach myśl: co ja właściwie robię? Czy jest mi to potrzebne? Po co tu siedzę? Dla mnie odpowiedź jest oczywista - macham pędzlem dla siebie, dla własnego komfortu.

(Podobno niektóre kobiety malują się dla swoich partnerów. Nie wiem jak jest z partnerami płci żeńskiej, ale badania przeprowadzone cyklicznie przez "amerykańskich naukowców dowodzą, że płeć przeciwna woli naturalne piękno - powinien  więc Cię kochać z piegami i przebarwieniami. Tylko jak pokażesz delikwentowi zdjęcia kobiet bez makijażu i z delikatną tapetą - tylko my, kobiety, wiemy, że make-up no make-up to tryliard produktów i osiem pędzli - wybierze pomalowaną. Tak ceni naturalne piękno).

Skoro już ustaliłam, że makijaż ma służyć lepszemu samopoczuciu, warto znaleźć takie produkty do jego wykonania, które będą tę poprawę nastroju zapewniać, a nie psuć humor. Nie, nie, nie wystarczy zeschnięty tusz i betonowy róż, oj nie. Ma być lekko, łatwo i przyjemnie. No i pięknie, a najlepiej oszałamiająco. Dobra, albo znośnie.

Czy puder z Catrice jest takim produktem, który zapewni pożądane efekty specjalne? Tak i nie.

Zacznę standardowo od opakowania. Puderniczka pozbawiona jest zbędnych ozdób, nie rzuca się w oczy, prezentuje się solidnie. Jest też porządnie wykonana, ma lusterko i mocne zapięcie. Niestety nie jest to szafa pancerna i gdy przegra z grawitacją, drobne elementy mocujące mogą nie wytrzymać. Na szczęście da się skleić na Kropelkę i śmiga dalej... Chyba że zrzucicie ją z biurka po raz drugi i zgubicie klej :D.

Puder jest drobniutko zmielony i bardzo jedwabisty. Nie jest to jednak taka kremowa gładkość; puder jest dość suchy. Taka formuła powoduje, że nie powinno się przesadzać z jego ilością, bo lubi się osadzić na włoskach. Nadto jest kreatorem suchych skórek - mimo peelingu, kremu i podkładu o nawilżającej formule, z nosa odchodziły mi płaty pomalowanej skóry.

Kolor? Jedyny słuszny - transparentny. W opakowaniu jest przerażająco beżowy, na palcu biały, a po nałożeniu na twarz po chwili stapia się z fluidem. Nie zmienia koloru podkładu, nie powoduje też ciemnienia makijażu.

Kluczową kwestią jest działanie. Puder powinien coś robić - rozświetlać, matowić, utrwalać, cokolwiek! Gorzej, gdy wykazuje pożądane działanie, ale nie w pożądanym zakresie. Na Catrice zdecydowałam się z tego względu, że poszukiwałam pudru matującego. Interesowało mnie okiełznanie smalcu i cześć. Rozczarowałam się w tym względzie, 3 godziny to nie jest satysfakcjonujący wynik, zwłaszcza, gdy makijaż wykonujesz o 5, a pracę zaczynasz o 8... Jest jednak coś, co sprawia, że wciąż używam tego kosmetyku i mam w planach jego wykończenie.

Producent napomknął o efekcie soft focus, który mamy uzyskać dzięki temu pudrowi. Zdecydowanie coś jest na rzeczy. Ten krótkotrwały mat nie jest ordynarnie suchy, a właśnie taki satynowy, naturalny. Ponadto puder optycznie wygładza fakturę skóry - moja na nosie i policzkach wygląda jak ser, a z Catrice dziury są ukryte w magiczny sposób. Podobnie sprawa ma się ze skórą pod oczami - przyprószona tym pudrem wygląda naprawdę lepiej. Gdy zaczynam się błyszczeć, pory stają się widoczne, ale wystarczy odsączenie nadmiaru sebum i dalej jest pięknie. Przez jakiś czas.

Czy Catrice to kosmetyk idealny, który w każdej sytuacji pozwoli poczuć się lepiej? Nie do końca. Jednak z całą pewnością ma coś w sobie.

Skład: TALC, ZEA MAYS (CORN) STARCH, DIMETHICONE, ZINC STEARATE, TRIETHYLHEXANOIN, SILICA, PENTAERYTHRITYL TETRAISOSTEARATE, POTASSIUM SORBATE, VP / HEXADECENE COPOLYMER, DIMETHICONOL, ASCORBYL TETRAISOPALMITATE, TOCOPHERYL ACETATE, RETINYL PALMITATE, HELIANTHUS ANNUUS (SUNFLOWER) SEED OIL, BHT, PHENOXYETHANOL, CI 77491, CI 77492 (IRON OXIDES).

Cena: ok. 20 zł/9 g
Dostępność: Natura, Hebe, wybrane drogerie Super-Pharm i Rossmann
Ocena: 3,5/5

niedziela, 15 maja 2016

Narzędzia pracy, czyli o pędzlach słów kilka

Niech Was nie zmyli tytuł, nie zostałam wizażystką (i nigdy nie zostanę - nawet w snach; chyba że w jakimś koszmarze i to na dodatek nie swoim). Do tego się wybitnie nie nadaję - nie tylko nie jestem uzdolniona manualnie, ale także mam dość pospolity gust i ograniczoną wyobraźnię. Cóż bywa, nadal szukam swojej niszy :D.

Ostatnio zdałam sobie sprawę, że chociaż całkiem często piszę o kosmetykach kolorowych, to jednak bardzo rzadko poświęcam uwagę akcesoriom do ich aplikacji. Nic dziwnego; nie mam imponującej kolekcji pędzli, grzebyczków, gąbeczek i innych ich kuzynów. Co więcej, nie mam potrzeby gromadzenia różnych modeli aplikatorów.  Chyba miałam jakieś niebywałe szczęście (raz na ruski rok i ślepej kurze trafi się ziarno), bo korzystam z tego, co zagościło w mojej kosmetyczce właściwie na początku "makijażowej" kariery, sporadycznie kupując coś nowego - nie z potrzeby, chyba że mówimy o wewnętrznej potrzebie kupienia sobie czegoś na poprawę humoru/w nagrodę/bo tak.

Jestem typem, który jest dość oszczędny w pochwałach - coś się sprawdza? Super, niech tak zostanie, nie roztkliwiajmy się zbytnio. Trafił się jakiś bubel? Cóż, wtedy sytuacja wygląda zgoła odmiennie i wyję jak zraniony pies. Wyjątkowo głośny pies. Stali bywalcy zapewne się nie zdziwią, że o tych pędzlach postanowiłam napisać z uwagi na to, że mam ochotę im trochę podokuczać.


EcoTools Tapered Blush Brush (Pędzel do różu) - fascynuje mnie popularność akcesoriów tej marki, naprawdę. Gdzie tkwi "to coś", co sprawia, że gdy ktoś pyta o pędzel do czegokolwiek, to w siedmiu przypadkach na dziesięć pada nazwa tej firmy? Cena (ok. 30 zł)? Dostępność (Rossmann)? Aż trudno mi uwierzyć, że takie "rozmiękczone" i wiotkie włosie, które nie trzyma specjalnie kształtu, ma aż tyle zwolenniczek. Pędzel do różu jest tak mięciutki, że średnio nadaje się do produktów w kamieniu oraz wypiekanych - chyba że ktoś chce pogłaskać swój róż za dobre sprawowanie :D. Sypkie? Odrobinę zbyt dużo włosia. Może do kremowych się sprawdza, nie wiem, nie posiadam różu do policzków w takiej formie.


Barbara Hoffmann Pędzel do podkładu - dawno, dawno temu w naszej galaktyce, dziewczyny odkryły, że palce nie są najbardziej odpowiednie do nakładania podkładu, ba, ich użycie jest wręcz niewskazane. Na topie stało się posiadanie przynajmniej jednego pędzla do podkładu. Pierwsze popularne modele prezentowały się (i zachowywały się) tak, jak ten na załączonym zdjęciu. Syntetyczny "koci język" pewnie przerobiła większość z nas. Czułyśmy się bardziej pro, w końcu nakładałyśmy podkład jak makijażystki - nieważne, że języczek zostawiał smugi, do których i tak trzeba było uruchomić palce. Teraz pędzle są passe, obecnie na czasie jest moczenie gąbek i dziwienie się "jak ja mogłam używać tego wcześniej". Za kilka lat wymyślą coś nowego i pewnie wszyscy będą się zastanawiać, o co chodziło z tymi dziwnymi jajkami. A ja chyba nadal najbardziej lubię palce, jestem niereformowalna.


Zoeva 228 Crease - mam problem z popularnymi markami - często to, co jako pierwsze ląduje w mojej kosmetyczce okazuje się, w najlepszym razie, średnie. I tak niestety było z tym pędzlem. Taka kultowa Zoeva i taka... mucha. Tak, ten pędzel przypomina mi owada. Jego ciemne włosie (nowa wersja 228 została blondynką) paskudnie rozłazi się na powiece jak wielka tłusta mucha. Jeżeli ktoś ma oko wielkości cytryny, to może być zadowolony z tego modelu. Ja jednak wolę odrobinę bardziej zwarte pędzle, które rozpraszają kolor, a jednocześnie można nad nimi panować - np. Hakuro H74.

Jakie akcesoria u Was się nie sprawdziły? A może macie któryś z tych pędzli i opinię zupełnie odmienną od mojej? Koniecznie dajcie znać!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...