Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

sobota, 25 lipca 2015

Układanie puzzli. L'oreal True Match Concealer 02 Vanilla

Może z uwagi na to, że niedługo miną mi cztery lata blogowania (taak, tak długo przynudzam na ten sam temat), wzięło mnie na wspominki. Gdy powstawały pierwsze notki byłam studentką, której nie uśmiechało się kupowanie drogich kosmetyków kolorowych (właściwie jakichkolwiek droższych). Szminka za 60 zł? No kto to widział! Tusz do rzęs, w cenie którego mogłam mieć 5 innych? Pfff. Konsekwentnie omijałam w drogerii segment z tymi produktami, za które firmy liczyły sobie większe kwoty niż 30 zł. Max Factor, Bourjois, L'oreal nie pojawiały się w mojej kosmetyczce zbyt często. Jednak nie tylko cena miała na to wpływ - wcześniejsze doświadczenia z kosmetykami tych marek (z naciskiem na MF i L'oreal) sprawiły, że nie uważałam ich za rzeczy warte swoich cen. Marki te ewoluowały, zaczęły się pojawiać chwalone perełki, dlatego postanowiłam zweryfikować swoje poglądy. Czy korektor True Match zapisał się po jasnej stronie mocy?

Opakowanie wydaje się być standardowe jak dla korektora w płynie. Niby jest błyszczykowy , niedrapiący, aplikator, wszystko pięknie, tylko rozmiar się nie zgadza. Weźcie z półki dowolny korektor w płynie - L'oreal z pewnością jest od niego mniejszy. Co ciekawe, dość nieduże opakowanie kryje w sobie 5 ml produktu, czyli więcej niż to z Misslyn.

Formuła korektora wydawała mi się na pierwszy rzut oka całkiem przyjemna, taki w sam raz pod oczy. True Match jest dość kremowy (nie tłusty, nie silikonowy, nie ciężki), mocno nasycony pigmentem. Niestety zastyga w taką pudrową suchawą skorupkę, która osadza się na wszelkich nierównościach skóry, podkreśla pory i zmarszczki i, co gorsza, włazi w niewidoczne dla oka linie (efekt starszej uśmiechniętej pani i rysy od oka na policzek). I przez takie zachowanie idealne dopasowywanie się do struktury skóry diabli wzięli. Jednak muszę mu przyznać, jest trwały - jak przyczepi się do skóry, to siedzi do zmycia (chyba że akurat go zetrę chusteczką).

Bardzo żałuję, że ten kosmetyk nie współgra z moją skórą - ani tą suchą pod oczami, ani tłustą na pozostałej części twarzy, bo krycie ma naprawdę zadowalające. Rozjaśnia cienia pod oczami i tak odbija światło, że zaciemnione obszary nie są zbytnio widoczne. Kryje niedoskonałości, ale nie zalepia ich klajstrem.


Może dużą rolę w tym, że podoba mi się maskowanie jakie oferuje ten kosmetyk, miał dobór koloru. Odcień 02 Vanilla ma wyraźne żółte tony, które dobrze neutralizują zaczerwienienia oraz zasinienia.

Od lewej: Astor Perfect Stay Concealer 002 Sand
L'oreal True Match Concealer 02 Vanilla
Bourjois Healthy Mix (podkład) 51 Vanilla

Ten korektor byłby moim ulubieńcem, gdyby się jakoś zachowywał. Niestety jest niepasującym kawałkiem makijażowej układanki, moja skóra go po prostu nie lubi.

Cena: 30-35 zł/5 ml
Dostępność: Natura, Hebe, Super-Pharm, Rossmann, sklepy internetowe: ezebra.pl, cocolita.pl, kosmetykizameryki,pl
Ocena: 3/5

środa, 22 lipca 2015

Jedna faza na dwie. Mixa Optymalna Tolerancja Dwufazowy płyn do demakijażu

Miłość do płynów dwufazowych, to jedno z bardziej stałych uczuć w moim życiu. Wybuch namiętności datuję na początek znajomości z tuszami wodoodpornymi, a to już kilka dobrych lat. Trochę dwufaz przewinęło się przez moją łazienkę, jednak poza Garnier Essentials (w starej, niebieskiej wersji) oraz Bielendą (nie dlatego, że szczególnie zachwycała, ale była niedroga i szeroko dostępna) żadna nie zagrzała dłużej miejsca. Czy Mixa to zmieni?

Zanim rozprawię się z właściwościami zmywającymi, poświęcę kilka słów opakowaniu. Może nie napiszę wiele, ale notka bez tego nie byłaby kompletna (przynajmniej dla mnie; utknęłabym w martwym punkcie i z wyrazem twarzy tęskniącym za rozumem wpatrywałabym się w kursor). Producent uprzyjemnił stosowanie płynu wlewając go do niezbyt pękatej butelki, którą mogą utrzymać małe, grube paluchy. Te same paluchy równie chętnie i łatwo podważają klapkę wieńczącą butelkę. Dodatkowym atutem jest też nieduży otwór, z którego wydobywa się płyn - połowa opakowanie nie ląduje od razu na waciku i okolicach.

Opisywanie konsystencji płynów wszelkiej maści przekracza moje możliwości wodolejstwa dookoła tematu. Woda to woda :D. Ta z Mixy nie jest specjalnie tłusta, ani zbyt mocno silikonowa w dotyku, przez co nasączony wacik łatwo sunie po skórze, ale nie pozostawia na niej ciężkiej warstwy. Delikatny silikonowo-olejowy film szybko wyparowuje. Płyn nie wysusza, nie powoduje też łzawienia oczu - chwała mu za to! Chociaż brak piekących spojówek powinien być normą w przypadku kosmetyku do oczu, nie każdy producent raczy o tym pamiętać.

Zmywanie? Jest bardzo dobrze, chociaż nie byłabym sobą, gdybym nie znalazła małej rysy. Mixa bez problemu ściąga oporny tusz (L'oreal VML), a także inne produkty do malowania powiek. Troszkę gorzej radzi sobie z ustami - Revlon nie dał się tak łatwo podejść. Na szczęście, rzadko zmywam płynem usta, zwykle zjadam szminkę/błyszczyk w ciągu dnia :).

Jednokrotne przetarcie
Skład: Aqua, Isododecane, Isopropyl Palmitate, CI 61565, Dipotassium Phosphate, Hexylene Glycol, Poloxamer 184, Polyaminopropyl Biguanide, Potassium Phosphate, Sodium Chloride.

Cena: ok. 17 zł/125 ml
Dostępność: Natura, Rossmann, Super-Pharm, Hebe
Ocena: 4,5/5

niedziela, 19 lipca 2015

Marne podstawy. Kiko Milano Eye Base Primer

Hej ho, jest tu kto? Liczę, że pomimo fali upałów, nie wszyscy rozpuścili się przed ekranami komputerów (albo na plażach całego świata) :).

Marka Kiko niedawno zagościła w Polsce, co ucieszyło sporą część dziewczyn, które jakoś funkcjonują w kosmetycznej społeczności. Myślę, że niejedna z nas marzyła o tych cudach, o których tak rozprawiały mieszkanki Niemiec i kosmetykoholiczki wypoczywające we Włoszech. Nie ukrywam, że sama śliniłam się, gdy dziewczyny rozpływały się nad cieniami i różami w kremie (tak nawiasem mówiąc, to nie rozumiem, dlaczego nie pojawiła się ostatnio żadna edycja limitowana z różami w takiej formule, jestem rozczarowana). Gdy salon Kiko pojawił się w moim mieście, wybrałam się na małe przeszpiegi, z których wróciłam z kilkoma drobiazgami. W tamtym czasie poszukiwałam bazy pod cienie, dlatego skusiłam się na Kikową, dostępną bez zbędnych wygibasów.

Początkowo kręciłam nosem nad opakowaniem. Wydawało mi się, że tubka będzie pluła produktem i przez to sporo bazy wetrę w chusteczki zamiast w powieki. Na szczęście opakowanie jest przyjazne użytkownikowi i dozuje odpowiednią ilość kosmetyku.

Baza ma kremowo-silikonową formułę. Po lekko gumowych Hean i Bell była to całkiem miła odmiana. Łatwo się rozprowadza, nie trzeba ciągnąć skóry, żeby pokryć nią powiekę. Kiko ma delikatny żółtawy pigment i wykazuje właściwości korygujące - nie działa jak kamuflaż, ale ujednolica skórę. Wersja, którą posiadam jest matowa, ale istnieje także opcja perłowa.

Znakomicie sprawdza się przy podbijaniu koloru. Wydobywa z cienia to, co najlepsze. Gdybym w tym miejscu skończyła recenzję, to oceniłabym ten produkt wysoko. Niestety, wygodne opakowanie, konsystencja i podkręcanie pigmentacji to nie wszystko.

Mam tłuste powieki (w ogóle jestem tłusta... W każdym aspekcie) i makijaż oczu ma u mnie ciężkie życie, bo zwykle po godzinie lub dwóch wygląda jak po biegu maratońskim. Staram się ratować bazami, gorzej, gdy wezwane na pomoc posiłki rzucają betonowe koło ratunkowe. A taką "pomocnicą" jest baza Kiko. Niezależnie od nałożonej ilości, cienie trzymały się w stanie nienaruszonym przez góra trzy godziny, potem urządzały sobie wiec w załamaniu. Czasem sama baza potrafiła mi się zrolować po 15 minutach od nałożenia, jeszcze przed złapaniem za pędzle. Niestety działo się tak niezależnie od kremu pod oczy, którego użyłam, więc to raczej nie pielęgnacja była sprawczynią dramatów.

Pierwsze podejście do Kiko nie okazało się specjalnie udane. W stronę baz patrzeć już nie będę, ale marki nie skreślam i pewnie jeszcze po coś wrócę.

Skład: Isodecane, Hydrogenated Polydecene, Dimethicone, Talc, Hydrogenated Styrene/Isoprene Copolymer, Trimethylsiloxysilicate, Silica, Disteradimonium Hectorite, Silica Dimethicone Silyate, Glyceryl Stearate, Aqua, Alcohol Denat, Glyceryl Dibehenate, VP/Eicosense Copolymer, Hydrogenated Castor Oil, Triisostearyl Trilinoleate, Oryza Sativa Hull Powder, Tribehenin, Polyethylene, C10-18 Triglycerides, 1,2-Hexanediol, Caprylyl Glycol, Glyceryl Behenate, Methicone, Tocopherol, Ethylhexyl Palmitate, Tropolone, Silica Dimethyl Silyate, Butylene Glycol, Sodium Hyaluronate [+/- CI 77891, CI 77491, CI 77492, CI 77499].

Cena: 29 zł/10 ml
Dostępność: sklep internetowy, salony firmowe (Wrocław, Warszawa, Poznań)
Ocena: 2/5

niedziela, 5 lipca 2015

Dwie pieczenie na jednym ogniu. Zużycia maja i czerwca

Tak, mam świadomość tego, że wspominanie o pieczeniu (właściwie o pieczeniach, szczegół) i ogniu w taki upał może świadczyć tylko o tym, że ktoś przysnął na słoneczku. Nic z tych rzeczy, wylegiwać na leżaku się nie lubię, jestem największą fanką zacienionych miejsc. Natomiast przespałam "denkowy" czas na przełomie maja i czerwca; jakoś nie nie było okazji do prezentacji śmieci tuż przed procesem ich segregacji. Dlatego też lipiec rozpoczynam z tak dużą ilością pustych opakowań.


1. The Body Shop Banana Conditioner - ładnie pachnie, nie wpływa jakoś szczególnie korzystnie na moje włosy, a swoje kosztuje. To chyba jedna z gorszych odżywek w mojej karierze, dlatego kopnął ją zaszczyt w postaci zaliczenia jej do tych kosmetyków, które śmiało określam mianem bubli.

2. Organique Sensitive Hair Shampoo - producent wykazał się wyjątkowym brakiem wrażliwości tworząc ten szampon i opisując go jako specyfik dla osób z wieloma problemami na głowie. Miało być pięknie, wyszło jak zwykle, a kosmetyk Organique wykazał się mocą rażenia godną szamponu  mocno oczyszczającego.

3. Biovax Intensywnie regenerująca maseczka do włosów suchych i zniszczonych - maski tej marki cieszą się sporym powodzeniem, Przez moją łazienkę przewinęło się kilka próbek różnych wariantów, ale żadna wersja mnie nie zadowoliła. Biovaxy sprawiają, że moje włosy są miękkie w dotyku, ale wyglądają jak siano. Ta maseczka nie odbiega od reszty swojej rodziny. Szkoda.

4. Marba Dry Shampoo Fruity Coctail - kilka lat temu suchego szamponu należało szukać w aptece albo w zagranicznych drogeriach, teraz można wybierać wśród kilku firm, a psikadła można kupić nawet w marketach. Suchy szampon to pożyteczny wynalazek, chociaż zdania co do jego znaczenia w kobiecej kosmetyce są dość podzielone. 
Na szampon Marby dostępny w Biedronce skusiłam się po wpisie Anwen. Mnie niestety nie zachwycił. Owszem odświeżał włosy całkiem nieźle, ale męczący owocowy zapach i atomizer, który szybko się zepsuł (wyrzucał z siebie chmury pyłu zanim się "uspokoił") nie zachęcały do używania. W dodatku okazał się bardzo agresywny dla skóry - zarówno głowy, jak i rąk. Cóż, ja chyba jednak zostanę przy wodzie i zwyczajnym szamponie.


5. Balea  Augen Make-up Entferner - było nawet miło, póki się nie zmyło. Dwufazowy płyn Balea nie popisał się dokładnym usuwaniem makijażu, dlatego po dwóch butelkach pożegnałam się z nim bez żalu.

6. Sylveco Oczyszczający peeling do twarzy - wiele hałasu o nic. Za dużo kremowej bazy o tłustym podłożu, a za mało drobinek. Peeling ma ścierać, nie głaskać.

7. Tołpa Botanic Białe kwiaty Delikatny płyn micelarny - Tołpa, w przeciwieństwie do Organique, określiła kosmetyk mianem delikatnego i faktycznie stworzyła taki produkt. Płyn micelarny jest przyjazny dla skóry i oczu, dla mocniejszego makijażu też. Dodatkowym atutem Tołpy jest piękny zapach, miło było zaczynać z nim dzień. 

8. Sylveco Lipowy płyn micelarny - to jedno z moich zeszłorocznych odkryć. Zmywa cudownie, skuteczności mógłby mu pozazdrościć niejeden płyn dwufazowy. Myślę, że jeszcze nie raz zamieszka na łazienkowej półce.


9. Avon Planet Spa Perfectly Purifying with Dead Sea Minerals Face Mask - nie należę do największych zwolenniczek kosmetyków katalogowych, ale czasem zdarza mi się na coś skusić. Ta maseczka cieszy się bardzo dobrymi opiniami, których niestety nie podzielam. Podobnie jak poprzedniczka z serii Clearskin jest dość tłusta i ślizga się po skórze. Nie oczyszczała tak skutecznie jak Pore Penetrating. Gwoździem do trumny był jej zapach; chociaż wiem, że niektóre dziewczyny lubią się dopieszczać męskimi aromatami, ja do nich nie należę. Więcej się już nie spotkamy.

10. Tołpa Botanic Biały Hibiskus 30+ Rewitalizujący krem uelastyczniający - nie przekroczyłam jeszcze tego magicznego wieku, któremu marka Tołpa zadedykowała ten krem. Biały Hibiskus okazał się dobry także dla mnie. Sprawiał, że moja skóra stała się bardziej... gęsta. Trudno jest to wytłumaczyć, może spróbuję w osobnej recenzji.

11. Tołpa Botanic Czerwony Ryż 40+ Ujędrniający krem regenerujący oczy i usta - takie to małe, że żal było smarować tym usta, poprzestałam więc na wklepywaniu go w okolice oczu. To całkiem niezły krem, dużo lepszy niż odżywczy krem Lipidro. Był odrobinę zbyt silikonowy, ale nie rolował się pod makijażem.

12. Bielenda Bikini Ochronny krem do twarzy SPF 30 - niezły, niedrogi krem z filtrem, który przeznaczony jest do cery tłustej i mieszanej. Bielenda obiecuje na opakowaniu lekką formułę, z czym nie do końca się zgadzam. Klasyczna konsystencja kremu raczej nie kojarzy mi się z lekkością. Produkt nie wchłania się do matu jak apteczne suche formuły, ale ten błysk nie jest smalcowato ciężki i można sobie z nim poradzić przy użyciu porządnego pudru.

13.  La Roche-Posay Effaclar Duo + - o ile żel z linii Effaclar nigdy mnie nie powalał, tak kremy (zarówno stara, jak i nowa wersja) pomagają utrzymać moją cerę w ryzach. Pewnie wrócę do tego kosmetyku jesienią.

14. Fitomed Mój krem nr 10 Krem pod oczy - tyle dobrego czytałam o tym kremie, byłam taka szczęśliwa, że udało mi się go dopaść... Radość niestety trwała dość krótko, bo z uwagi na pieczenie oczu, musiałam z niego zrezygnować.


15. Essence Studio Nails Better Than Gel Nails Top Sealer - bardzo dobry lakier nawierzchniowy. Przyspiesza wysychanie lakieru i nadaje niesamowitego połysku. Ubolewam nad tym, że z Natur zniknęła druga szafa Essence i tym sposobem nie będę mogła mieć tego produktu na zawołanie. 

16. Debby Lipstick Mat 69 Velvet Nude - jedna z dziewczyn poleciła mi ten kolor, jako bardziej ceglasty odcień w typie Kylie Jenner. Kolor jest cudowny, jakość również świetna. Do tego stopnia, że jedną pomadkę wylizałam (trochę oszukuję; złamała mi się i dużo produktu straciłam przy próbie naprawienia sztyftu) i kupiłam drugą. W Super-Pharmie do końca lipca jest 50% zniżki na Debby, więc warto się wybrać.

17. Sephora Prep&Perfect Smoothing&Brightning Powder - podobno kosmetyki kolorowe marki Sephora są naprawdę dobrej jakości. Ten puder nie potwierdza tej tezy, okazał się bardzo przeciętny.

18. Misslyn Concealer - niepozorny, a znakomicie radzi sobie z cieniami pod oczami. Nie jest tak chwalony i popularny jak True Match, co uznaję za duże nieporozumienie - produkt L'oreal się nie umywa!

19. Paese Puder ryżowy - znakomity puder matujący. Z niecierpliwością czekam na jesienne akcje rabatowe, liczę na solidny rabat do Paese. Jeżeli masz problemy z tłustą cerą, powinnaś dać mu szansę.

20. Alverde Camouflage - jedna z moich pierwszych niemieckich pamiątek. Cudownie kryjący korektor, który sprawdzał się zarówno na niespodzianki, jak i pod oczy. Nie udało mi się wykorzystać go do końca, bo upłynął termin jego ważności i kamuflaż zmienił zapach.


21. Yves Rocher Pear Caramel Shower Cream - połączenie karmelu z gruszką jest przyjemne dla nosa, ale nie zachwycające. Zdecydowanie bardziej wolę wanilię dostępną w stałej ofercie, niż ten limitowany zapach.

22. Alverde Pflegedusche Minze Bergamotte - w przypadku żeli pod prysznic największe znaczenie mają dwie kwestie: zapach i brak działania wysuszajacego. Żel z Alverde nie ćwiczy skóry, natomiast pod względem zapachu nie wpisał się w moje preferencje. Ten aromat, pomimo naturalności samego kosmetyku, okazał się wyjątkowo sztuczny. Mięta w takim wydaniu kojarzy mi się z napojami Tymbark.

23. Balea Duchgel Black Secret - nigdy nie rozumiałam fenomenu żeli Balea, które dziewczyny namiętnie kupują podczas wypadów do Niemiec czy Czech. Po przygodzie z wersją Black Secret w dalszym ciągu nie wiem, czym tu się zachwycać. Żel jak żel, zapach jak zapach - połączenie wanilii z  oranżadową pomarańczą nie należy do najszczęśliwszych.


24. Dove Balsam nawilżający pistacja z magnolią - marka Dove nie należy do moich ulubionych i jej kosmetyki pojawiają się u mnie bardzo rzadko. Tym razem nie mogłam odpuścić, gdy zobaczyłam, że Dove wypuściło linię o zapachu pistacji i magnolii. Aromat jest cudowny, pistacjowe nuty są mocno wyczuwalne. Sam balsam okazał się natomiast przeciętnym smarowidłem... Chociaż nie tak do końca, bo tak jak on, żaden produkt nie podrażnił mi dekoltu.

25. Loton Oil Theraphy Macadamia Oil - o olejkach Loton zrobiło się głośno w zeszłym roku. Wówczas i ja zdecydowałam się na jeden; kupiłam go z zamiarem stosowania na włosy. Zapał do olejowania szybko mi minął, więc Loton zaczął lądować na reszcie ciała. Sprawdził się naprawdę znakomicie, świetnie odżywiał skórę. Nie rozumiem tylko, dlaczego pachniał różami :D.

26. Tołpa Czarna Róża Regenerujący peeling-masaż do ciała - kosmetyki z linii Czarna Róża zachwycają zapachem, chce się ich mieć jak najwięcej. Nie należą do bardzo tanich, więc zakup warto dobrze przemyśleć, szczególnie, gdy w planach mamy wyskoczenie z 40 zł na peeling do ciała. Ten z Tołpy jest znakomity, chociaż nie do codziennego używania. Jednak czasem warto się porozpieszczać.

27. Bielenda Apetizing Body Masło do ciała Wanilia+pistacja - oczekiwania były spore, rzeczywistość okazała się dość rozczarowująca i to zarówno w kwestii pielęgnacji, jak i zapachu. Masło się okropnie maże na skórze, trzeba dobrze popracować nad jego rozsmarowywaniem. Obiecywane nawilżenie jest dość przeciętne. Bielenda nie popisała się również przy tworzeniu kompozycji zapachowej - lubię lody waniliowe, ale gdzie do jasnej ciasnej jest pistacja?

28. Ziaja Rebuild Reduktor Cellulitu Serum drenujące - ten kosmetyk pojawił się na blogu przy okazji jednego z postów z denkiem i wówczas pisałam, że jakoś nie jestem w stanie zaobserwować efektów. Teraz, gdy je dostrzegłam (spore ujędrnienie brzucha i ud), Ziaja wycofała serię Rebuild. Wrrrr.


29. Farmona Nivelazione Dezodorant do stóp oraz 30. Farmona Nivelazione Dezodorant do stóp i butów - bardzo lubię sól do stóp z serii Nivelazione, natomiast psikadła do butów i stóp nie należą do moich ulubieńców. Nie podoba mi się zapach, który zostawiają. Dodatkowo nie zabezpieczają na tak długo, jak kolega Scholl.

31. Scholl Fresh Step Dezodorant do butów - naprawdę redukuje przykry zapach, niestety sam nie ma najpiękniejszego. Po całym dniu biegania i zrzuceniu balerinek czuć Scholla, a nie stopy :). Wolę zapach dezodorantu Acerin, ale Scholl działa mocniej i dłużej. Coś za coś.

32. Vichy Treatment Anti-Transpirant 48 h - świetny antyperspirant, długo chroni i zapobiega przykremu zapachowi nawet podczas wysiłku. Jedyne, co mogę mu zarzucić, to średnia wydajność przy wysokiej cenie. Jedna z dziewczyn nagrywających na YT wspominała, że taka kulka starcza na pół roku. Chyba przy prysznicu raz w tygodniu, mnie skończyła się w ciągu miesiąca.


33. Purederm Oil-blotting Facial Tissues - gdy jakiś czas temu kupiłam te bibułki, jakoś pozytywnie zapadły mi w pamięć. Obecnie muszę trochę zweryfikować swoją opinię: te bibułki są w porządku, ale to ciągle nie jest to. Jak na razie są najbardziej skuteczne z tych drogeryjnych, z którymi się zetknęłam do tej pory.

34. Rival de Loop Revital Q10 Kapsułki pielęgnacyjne - kupiłam w promocji i wsmarowałam w szyję. Nie mam zdania.

35. Alverde Lippenbalsam Calendula - z tym balsamem do ust mam pewien problem, ponieważ początkowo byłam zadowolona z tego produktu, ale w miarę stosowania przestał mi się podobać. Jest dość tłusty, ale za tą tłustością nie idzie taka pielęgnacja, jak bym sobie tego życzyła. Brakuje mi w nim silniejszego działania odżywczego.

36. Dax Glinkowa maseczka głęboko oczyszczająca przeciw zaskórnikom - maseczka była dość rzadka i miała owocowy zapach, a po jej zastosowaniu skóra nie prezentowała się lepiej. Chyba czas wrócić do samodzielnie rozrabianych glinek.

37. Bobbi Brown Blotting Paper - drogie i niespecjalne, od bibułek matujących oczekuję większej chłonności.

38. Yves Rocher Beaute des Mains Exfoliating Botanical Care Oil - ciekawy wynalazek. Peelingujące drobinki zanurzone są w gęstym olejo-żelu. Nie mogłabym używać produktu do twarzy o takiej formule, ale na dłoniach ten kosmetyk sprawdzał się nieźle. Nie ścierał tak, jakbym sobie tego życzyła, ale do delikatnego masażu dłoni był jak znalazł. Dobrze mi się przysłużył, gdy dłonie zaczęły mi się (dosłownie) sypać - łagodził najbardziej wysuszone miejsca i przywracał skórze miękkość (na niezbyt długo, ale zawsze).

39. Nivea Soft - uwielbiam zapach kremu Nivea Soft, miło było znów go poczuć. Nie jest to jednak produkt, który dobrze działa na moją skórę, więc nie sprawię sobie słoiczka w większym wymiarze.

40. Purederm Deep Cleansing nose strips - plastry Purederm poznałam dzięki akcjom promocyjnym Biedronki. W pewnym momencie zniknęły one ze sklepów, by pojawić się w nowej odsłonie. Są równie skuteczne, mocno się przyklejają do skóry i potrafią naprawdę sporo z niej wyciągnąć.

Chyba całkiem nieźle radziłam sobie ze zużywaniem przez dwa miesiące, prawda? Znacie któryś z tych kosmetyków? Koniecznie podzielcie się opinią na jego temat.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...