Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

niedziela, 28 czerwca 2015

Trzy wspaniałe? Yves Rocher Grand Rouge 71 Rose Poudre (Pudrowy róż), 42 Coral Voile (Subtelny koral), 33 Rouge Gourmand (Apetyczna czerwień)

Myślę, że nie pomylę się zbytnio, gdy stwierdzę, że większość z nas zaczynała przygodę z makijażem od podbierania maminej szminki. Każde dziecko umie odkręcić i wysmarować się (i ścianę) pomadką. Dla wielu z nas pierwszym "świadomie" używanym kosmetykiem kolorowym było jakieś smarowidło do ust. Nic więc dziwnego, że szminka często jest uważana za atrybut kobiecości. Uważam, że warto mieć w swojej kosmetyczce chociaż jedną, najlepiej doskonałą. Tylko jak taką znaleźć? Czy szminki Grand Rouge zbliżają się do ideału?

Te trzy panny trafiły do mnie za sprawą konkursu u Piękności Dnia, już kawał czasu temu. Dlaczego o tym wspominam? Po tej notce najpewniej będą musiały zaliczyć bliskie spotkanie z kubłem - służyły mi dwa lata, podczas gdy każda z nich ważna jest jedynie 6 miesięcy od otwarcia. Zwykle nie wspominam o terminie przydatności do użycia, jednak w tym wypadku wydało mi się to dość istotną kwestią - pół roku to naprawdę bardzo mało jak na kosmetyk kolorowy.

Spokojnie, nastąpił mały wyłom od schematu notki, ale już wracamy do porządku. Opakowanie Grand Rouge jest naprawdę dekoracyjne, może przez ten złoty kolor (sroka ;)). Nie mam też większych zastrzeżeń do jego wykonania, chociaż zatyczka wyrabia się w miarę używania - w jasnych odcieniach właściwie sama spada, podczas gdy z rzadziej eksploatowanej czerwieni muszę ją zdjąć.

Szminki są początkowo dość zbite, ale w kontakcie z ustami nabierają masełkowatej konsystencji i nie trzeba ciągnąć warg podczas aplikacji. Róż i czerwień dobrze pokrywają usta kolorem, natomiast bardziej śliska koralowa rozkłada się niezbyt równomiernie (może z uwagi na delikatną perłę, którą zawiera) i trzeba popracować podczas aplikacji. Szminki nie są zbyt łaskawe dla ust, delikatnie je ściągają. Delikatnie pachną, jakby kremem i kwiatkami.

Trwałość nie jest powalająca. Jasne kolory pozostają na ustach maksymalnie dwie, trzy godziny, natomiast czerwień, która lekko wgryza się w usta, około 4-5. Odbijają się na szklankach, właściwie znikają po pierwszej kawie, nie wspomnę już o jakimkolwiek jedzeniu. Rozczarowujący wynik, można znaleźć tańsze produkty, które sprawują się lepiej pod tym względem.



Na zakończenie zostawiłam kolory - paleta barw jest bogata, liczy aż 18 odcieni, więc myślę, że można znaleźć coś dla siebie. Ja posiadam następujące warianty kolorystyczne:

71 Rose Pudre - idealny odcień różu na co dzień. Nie jest ani zbyt cukierkowy, ani dziuniowaty, ani korektorowy. Taki "normalny" róż, występujący często w przyrodzie (znaczy się na wargach). Dobrze wyważony kolor, właściwie idealny różowy odcień z gamy nude

42 Coral Voile - jasny koral, mieszanka czerwieni, różu i pomarańczu (z przewagą tego ostatniego). W sztyfcie jest śliczny, jednak zawiera w sobie delikatną perłę, która niekoniecznie dodaje mu uroku.

33 Rouge Gourmand - prawdziwie królewska czerwień. Neutralny odcień, jak na czerwień dość stonowany. Nie jest krzykliwy, więc z powodzeniem można go nosić w ciągu dnia (tak, uważam, że czerwień to kolor na dzień :D). Trzeba go uważnie nakładać, jest mocno nasycony i nie wybacza tak, jak jaśniejsze odcienie.

Szkoda, że szminka, która nie jest najtańsza, nie może poszczycić się lepszą jakością. Wysusza usta bardziej niż matowe produkty, a trzyma się krócej od nich.

Cena: 55 zł/3,7 g
Dostępność: sklepy firmowe Yves Rocher, sklep internetowy
Ocena: 3-3,5/5

środa, 24 czerwca 2015

Znów zgroza, bo atakuje bubloza! Pomyłki kosmetyczne

Jedni wrzucają monety do rozmaitych cieków wodnych, innym zdarza się wyrzucić pieniądze w błoto. Nie toleruję dokarmiania ryb i fok tonami żelastwa, do szału doprowadza mnie fakt, że zmarnowałam fundusze, które mogłam przeznaczyć na coś innego. Skoro już wpadłam w to błoto, to teraz nim trochę porzucam (pomidorów byłoby szkoda :D). Dawno nie było postów o produktach, które dopadła ciężka choroba zwana bublozą, objawiająca się  fatalnym działaniem, lub, w przypadku łagodniejszego przebiegu, brakiem jakiegokolwiek :D.


The Body Shop Banana Conditioner - choć czas jej największej popularności już minął, nadal spotykam się z pozytywnymi opiniami na temat tej odżywki. Nie wiem, czy recenzentki przesadziły z zaciąganiem się tymi miłym dla nosa zapachem, w którym oprócz banana czuć gumę balonową, czy po prostu nie są specjalnie wymagające. Odżywka TBS jest gorzej niż przeciętna, poza delikatnym "perfumowaniem" włosów właściwie nie robi nic. Nie wygładza, nie nawilża, o odżywieniu można zapomnieć. Delikatnie zmiękcza włosy (co na dobrą sprawę potrafi szampon). Nie zauważyłam, żeby wpływała pozytywnie na rozczesywanie włosów. Nawet do golenia nóg średnio się nadaje, bo zatyka maszynkę; trudno ją potem domyć. Tej pani dziękujemy!

Skład: Aqua, Musa Paradisica Fruit, Cetearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Phenoxyethanol, Hydroxyethylcellulose, Lecithin, Mel, Panthenol, Propylene Glycol, Parfum, Benzyl Alcohol, Ascorbic Acid, Citric Acid, Sodium Chloride, Sodium Hydroxide, CI 15 985, CI 19140.

Cena: 25 zł/250 zł
Dostępność: sklepy The Body Shop (np. Wrocław Magnolia)


Hipp Szampon Pielęgnacyjny - ten kosmetyk potwierdza tezę, że kosmetyki dla dzieci wcale nie muszą być delikatne. Mnie, starej krowie, mył włosy jak przeciętny szampon z SLS i wysuszał zarówno włosy, jak i skórę głowy. Do tego okropnie je plątał. Powinna mi się zapalić czerwona lampka, gdy powąchałam ten produkt - dzieciaczkowy aromat nie do końca przykrył zapach proszku do prania. Po jego użyciu czułam się jak biedny, głupi kojot, któremu struś pędziwiatr spuścił kowadło na głowę - ten szampon jest właśnie tak delikatny.

Skład: Aqua, Hydrogenated Starch Hydrolysate, Cocamidopropyl Betaine, Lauryl Glucoside, Sodium Chloride, Coco-Glucoside, Glyceryl Oleate, Prunus Amygdalus Dylcis Seed Extract, Glycerin, Parfum, Hydrogenated Palm Glycerides Citrate, Tocopherol, Citric Acidm Lactic Acid, p-Ansic Acid.

Cena: ok. 15 zł/200 ml
Dostępność: Tesco


Theatric Professional Shine Control Tissues i Essence All about Matt! Oil control paper - papiery śniadaniowe w wersji w 100% papierowej i namiętnie rozpadającej się na części (Theatric) oraz cieńszej, ale jakby bardziej luksusowej, z dodatkiem śliskiego elementu (Essence). Działanie? Podobnie beznadziejne. Theatric chłonął trochę lepiej, ale i tak nie było to działanie zadowalające. Zamiast kupować te bibułki można użyć chusteczki higienicznej, która też "wypije" trochę sebum, a przy tym paczka chustek kosztuje znacznie mniej.

Cena: ok. 8 zł/50 sztuk
Dostępność: Hebe; same Theatric są też w Rossmannie, Essence można spotkać w Kauflandzie, Naturze i Super-Pharmie


Farmona Sweet Secret Waniliowy krem do rąk i paznokci - tym kremem do rąk uszczęśliwiła mnie Biedronka. Zestaw, w którym znajdował się ten produkt, żel pod prysznic oraz masło do ciała, na które miałam ochotę, kosztował mniej niż samo masło. Więcej nie zawsze znaczy lepiej. Producent spaprał ten produkt na całej linii, poczynając od zapachu. Uwielbiam wanilię i ubolewam nad tym, że Farmonie wyszła ona taka trochę stearynowa. Sam krem jest dość tłustą mazią, która jedynie powleka dłonie parafinową otoczką, a za którą nie idzie żadna pielęgnacja skóry.

Skład: Aqua, Paraffinum Liquidum, Petrolatum, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Ethylhexyl Stearate, Propylene Glycol, Butyrospermum Parkii Butter, Cera Alba, Cocos Nucifera Oil, Tamaryndus Indica Extract, Dimethicone, Cyclopentasiloxane, Cyclohexasiloxane, Glyceryl Stearate, Vanilla Planifolia Fruit Extract, Helianthus Annuus Seed Oil, PEG-60 Hydrogenated Castor Oil, Phanthenol, Inulin Lauryl Carbamate, Xanthan Gum, Disodium EDTA, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, 2-Bromo-2-Nitropropane, 1,3-Diol, Parfum, BHA.

Cena: ok. 8 zł/100 ml
Dostępność: Douglas, Hebe


Fa Pink Passion Deodorant 48 h fresh - to było różowe i w promocji kosztowało 5 zł, a mnie właśnie skończyło się psikadło pod pachy. Zapamiętałam tę różową butelkę kryjącą równie różowy zapach z torebki ciotki ("weź wyciągnij mi ten telefon"). Postanowiłam zdradzić antyperspirant Garniera z dezodorantem Fa, nie bacząc na fatalne wspomnienia ze stosowania innego sprayu tejże marki. Początek był niezły: psiknęłam, poczułam przyjemną woń, wciągnęłam na siebie koszulkę i wyszłam z domu. Czułam dyskomfort pod pachami, ale myślałam, że uwierają mnie jakieś złośliwe szwy. Po powrocie zaobserwowałam zaognioną skórę. Zrobiłam kilkudniową przerwę i dałam kolejną szansę Fa. Skóra nie była świeżo po depilacji, a paliła żywym ogniem. Oj nieee. tak się nie bawimy. Dodam jeszcze do tego, że dezodorant nie odświeża na zbyt długo, nie bardzo wychodzi mu maskowanie nieprzyjemnego zapachu. Został obsadzony w roli odświeżacza do WC i tak zakończył swój żywot. Nigdy więcej psikadeł z Fu!

Skład: Butane, Alcohol Denat, Propane, Isobutane, Triethyl Citrate, Parfum, Linalool, Hexyl Cinnamate, Limonene, 1,2 Hexanediol, Caprylyl Glycol, 2-Benzylheptanol, Butylphenyl Methylproional, Cocamidopropyl PG-Dimonium Chloride Phosphate, Phenoxyethanol, Hexyl Salicylate, Citronellol, Coumarin.

Cena: ok. 8 zł/150 ml
Dostępność: Hebe, Natura, Rossmann, Super-Pharm, Tesco

Znacie któryś z tych produktów? A co Wam ostatnio podpadło?

niedziela, 21 czerwca 2015

Definicja dobrego różu. Catrice Defining Blush 080 Sunrose Avenue

Ciotki dobre rady... Kobiety w mojej rodzinie zawsze przewracały oczami na wzmiankę o różach do policzków. "Po co ci to", "będziesz wyglądała jak matrioszka", "bronzer nie lepszy?"... Słuchałam jak zgaszonego radia i robiłam swoje :). I co? A to, że teraz wszystkie namiętnie nakładają róż. Jednak znalezienie takiego, którego aplikacja będzie przyjemnością, a nie męką, wcale nie jest takie łatwe.

Marka Catrice, starsza siostra popularnego Essence, nie cieszy się równie dużym zainteresowaniem. Dziewczyny co prawda szaleją za kryjącym korektorembłyszczykami z gąbką, zestawem i kredką do brwi - te kosmetyki są wykupowane szybko i chętnie, ale reszta asortymentu nie wzbudza aż takich emocji. Podczas buszowania po drogerii warto się jednak pochylić i wsadzić rękę w tester różu - ten kosmetyk ma szansę rozkochać w sobie od pierwszego "macania"!

Opakowanie jest dość standardowe dla Catrice - porządne, z grubego plastiku. To większa wersja tego, w co zapakowane są ich cienie. Proste, minimalistyczne, nie jest biżuteryjnym puzderkiem, ale to zupełnie nie gra roli. Liczy się wnętrze, a to ma doskonałe.

Zachwyciła mnie konsystencja różu. Po betonowym okropieństwie MAC Catrice wydał się wręcz kremowy. Róż jest drobno zmielony, bardzo jedwabisty, świetnie przyczepia się do skóry oraz do pędzli (wystarczy dotknąć powierzchni kosmetyku). Dzięki takiej formule kolor jest nasycony, nie trzeba się namachać, żeby osiągnąć wyrazisty efekt. Łatwo go nałożyć, rozprowadza się bez plam. Trwałość też jest bez zarzutu, trzyma mi się do zmycia (12 godzin), po kilku godzinach kolor delikatnie blednie, ale równomiernie, nie schodzi "puzzlami".

Kolor, który wpadł mi w ręce, to 080 Sunrose Avenue (swoją drogą uwielbiam te gry słów w nazwach odcieni kosmetyków Catrice). Ten średni, neutralny róż spodobał mi się w opakowaniu, jednak tester ostudził mój zapał. Sunrose Avenue ma mikrodrobinki w srebrnym odcieniu i jest delikatnie perłowy (nie jest to mocna biała perła, a kolor kilka tonów jaśniejszy od bazowego). Na dłoni dość mocno połyskiwał, bałam się świecących placków na policzkach. Moje obawy były jednak nieuzasadnione, róż pięknie wtapia się w skórę, drobinki są zupełnie niewidoczne. Perła też się "wydelikaca", dając subtelną satynową głębię koloru, nie zaś połyskującą taflę. Takie wykończenie bardzo odświeża, wyglądam od razu na bardziej wypoczętą.

Na każdym ze zdjęć po lewej jest Catrice 080 Sunrose Avenue, a po prawej podrapany MAC Mocha

Idźcie i macajcie te róże wszyscy :D. Warto przyjrzeć się kolorom w ofercie, może znajdziecie coś dla siebie. Jakościowo cud, miód i maliny (10 zł za niewielki kartonowy koszyk, zwariowali).

Skład: TALC, MICA, MAGNESIUM STEARATE, ISOCETYL STEAROYL STEARATE, PEG-8, TOCOPHEROL, ASCORBYL PALMITATE, ASCORBIC ACID, CITRIC ACID, METHYLPARABEN, PROYLPARABEN, CI 15850 (RED 7 LAKE), CI 42090 (BLUE 1 LAKE), CI 77491 (IRON OXIDES), CI 77742 (MANGANESE VIOLET), CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE). 

Cena: ok. 15 zł/5 g
Dostępność: Hebe, Natura, wybrane Super-Pharmy i Kauflandy
Ocena: 5/5

środa, 17 czerwca 2015

Dlaczego Sylveco wzbudza w nas zachwyt i miłość? Sylveco Oczyszczający Peeling do twarzy

"Dlaczego Słowacki wzbudza w nas zachwyt i miłość? (...) Słowacki wielkim poetą był!" ("Ferdydurke" Gombrowicza, gdyby ktoś nie wiedział). Pozwoliłam sobie na tę mała literacką parafrazę w tytule, mam nadzieję, że poloniści nie zjedzą mnie żywcem. Dlaczego Sylveco zachwyca? Bo wielką firmą jest! Dobra, przesadziłam. Wielką to może nie, ale popularną już tak. W dodatku ma swoje grono wiernych przyklaskiwaczy, którzy chętnie głoszą cudowność każdego kolejnego produktu, który pojawi się w asortymencie marki. Nie zrozumcie mnie źle, nie żywię urazy do Sylveco, sama chętnie kupuję ich produkty, ale zwyczajnie mi się w głowie nie mieści, że wszystko jest takie cudowne i wspaniałe, zwłaszcza, że mam odmienne doświadczenia w tym temacie.  Naturalne nie zawsze oznacza idealne.

Korund to moje wielkie odkrycie ostatnich lat (Is, jeśli czytasz, jeszcze raz: dzięki!). W głowie mi się nie mieści, że coś tak drobnego, może być takim drapiącym diabłem wcielonym. Gdy tylko zobaczyłam, że firma, ku której ostatnio często zerkam, wypuściła peelingi z korundem, wiedziałam, że muszę mieć choć jeden z nich. Postawiłam na wersję z drzewem herbacianym, przeznaczoną do syfiących się cer.

Zanim opiszę działanie tego kosmetyku, zrobię mały postój na stacji "opakowanie". Peeling mieści się w plastikowym słoiczku, który pozwala na wykorzystanie produktu do końca bez zaprzęgania nożyczek do roboty. Zasadniczo nie ma się do czego doczepić, może tylko trzeba poświęcić trochę uwagi, żeby jakoś zamocować nakrętkę po użyciu.

Konsystencja mnie zaskoczyła. Spodziewałam się gęstej pasty, tymczasem Sylveco zafundowało coś, co kojarzy mi się z odrobinę za mocno "podlaną" glinką z dodatkiem jakiegoś oleju. Gdybym nie wiedziała, co to jest, to pewnie pomyślałabym, że to właśnie maseczka (mój nos także), Jednak z pewnością zadziwiłyby mnie maleńkie ziarenka piasku zatopione w mazi. Korundu nie widać na pierwszy rzut oka, nie czuć go także po rozprowadzeniu na skórze "lekką ręką". Dopiero gdy zaczniemy mocniej działać dłońmi, da się poczuć delikatne drapanie. Zbyt delikatne. Mam wrażenie, że tych drobinek jest tam po prostu zbyt mało, a do tego "faza olejowa" skutecznie pozbawia je mocy.

Działanie? Po mieszance korundu i żelu do twarzy moja twarz była bardzo czysta i gładka jak pupcia niemowlaka, bez suchych skórek i innych farfocli. Peeling Sylveco działa na znacznie mniejszą skalę. Nad pozbyciem się antenek trzeba się trochę napracować, a efekt czystości jest łagodzony delikatną warstwą pielęgnacyjną. Takie "2w1" uważam za miły akcent przy scrubach do ciała, nie jest mi zupełnie potrzebny w przypadku twarzy.

Sylveco tym razem mnie nie zachwyciło. Obezwładnili korund, zakneblowali i wrzucili do olejowej , kąpieli, tak się nie bawię.

Skład: Aqua, Alumina, Glycine Soya Oil, Butyrospermum Parkii Butter, Glycerin, Caprylic/Capric Trigyceride, Glyceryl Stearate, Sorbitan Stearate, Sucrose Cocoate, Vitis Vinifera Seed Oil, Equisetum Arvense Extract, Cera Alba, Cetyl Alcohol, Benzyl Alcohol, Xanthan Gum, Dehydroacetic Acid, Melaleuca Alternifolia Leaf Extract.

Cena: ok. 17-20 zł/75 ml
Dostępność: iwos.pl, sylveco.pl, mintishop.pl, ekobieca.pl, helfy.pl; we Wrocławiu: Lawenda na Krupniczej, Pachnący Domek na Ruskiej, Helfy (św. Mikołaja, Piłsudskiego, Hallera), Green Story w D.H, Podwale
Ocena: 2,5-3/5

niedziela, 14 czerwca 2015

Wariacje pogodowe. Organique Sensitive Hair Shampoo

Puk, puk, to ja, wasza szamponowa maruda na tropie kolejnej sensacji.

Weekendy zniżek to wspaniały/zły pomysł. Niby kilka złotych taniej, a pieniądze jakoś same wytaczają się z portfela. Człowiek często jest zadowolony, bo kupił taniej... Chociaż tak jak w reklamie ING nie powinien być przesadnie radosny, bo koniec końców może okazać się, że niczego nie oszczędził, ba, nawet stracił.

Organique nie jest mi tak bliskie jak Tołpa, chociaż podobnie jak firma z Kątów Wrocławskich, jest to dla mnie marka lokalna, więc z założenia taka, którą warto wspierać. Jednak to Tołpa, a nie Organique, zawojowała moją łazienkę. Powód? Bardzo prosty - ceny. Wysokie oczywiście. Nawet po zniżce bolesne. Ale czego się nie robi dla skóry głowy w typie primadonny?

Zacznę tradycyjnie od opakowania. Prosta butelka zwieńczona wyskakującym dzióbkiem. Żadnych bajerów.

Szampon zaskoczył mnie swoją konsystencją. Wcześniej używałam pastowatej Tołpy i gęstej Orientany, a więc produktów, które trzeba było właściwie wyciskać. Jakież było moje zdumienie, gdy zabrałam się do Organique, odbezpieczyłam klapkę i chlupnęłam szamponem na rękę. Woda, panie dobrodzieju, kupiłam wodę za cztery dychy. Ten wodospad okazał się jednak zaskakująco pianotwórczy, więc trochę techniki i człowiek już się nie gubił.

Jeszcze chwilę zatrzymam się nad zapachem i już przechodzę do rzeczy. Aromat jest naprawdę miły dla nosa, kwiatowo (czyżby magnolia? Nie wiem, zanim zdążyłam wsadzić nos w jakąś magnolię, to opadły kwiaty :D) - proszkowy.

Działanie... Hmmm.... Na dwoje babka wróżyła. Jeżeli wrzucić Organique do wora z szamponami oczyszczającymi, to powinien dostać dobrą notę, bo daje efekt skrzypiących włosów. Chwila moment, przecież to miał być szampon dla wrażliwców, że tak zacytuję producenta "jest niezwykle łagodny zarówno dla włosów jak i skłonnej do podrażnień skóry głowy". Dalej były jeszcze jakieś opowieści o nadawaniu połysku i ułatwianiu rozczesywania. Powtórzę to, co napisałam w pierwszym sensownym zdaniu tego akapitu - ten szampon działa jak przeciętny szampon oczyszczający. Na włosy oddziałuje jak klasyczny Babydream (czystość i puch), na skórę głowy jak wściekła Barwa (susza, świąd i śnieg). Dziękuję, postoję.

Szampon w założeniu delikatny, do częstego stosowania... Farbowany Domestos!

Skład: Aqua, Sodium Cocoampoacetate, Cocoamidopropyl Betaine, Glycerin, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Echinacea Purpurea Extract, Triticum Vulgare Germ Extract, Saccharomyces Cervisiae Extract, Sodium Hyaluronate, Centella Asiatica Extract, Hydrolyzed Silk, Urea, Ceramide 3, Ceramide 6 II, Ceramide 1, Phytosphingosine, Cholesterol, Sodium Lauroyl Lactylate, Carbomer, Xanthan Gum, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Parfum.

Cena: 42 zł/250 ml
Dostępność: sklepy firmowe Organique, sklep internetowy
Ocena: 2/5

czwartek, 11 czerwca 2015

Z tarczą czy na tarczy? Rimmel Scandaleyes Eyeshadow Stick 002 Bulletproof Beige


Marka Rimmel stale się rozwija i co jakiś czas odświeża swój asortyment. Kredki Scandaleyes zajęły miejsce cieni w formie błyszczykowej, które miały grono swoich zwolenniczek (sama polubiłam odzień Rich Russet). Sądziłam, że producent będzie chciał rozszerzać gamę dostępnych kolorów, bo produkt był dość popularny. Jednak Rimmel zdecydował się na zamianę płynnej formuły na stałą i tym sposobem pojawiły się w ofercie kredki "z nadwagą" :). Ulokowano je w miejscu poprzedniczek. Nie otrzymały specjalnie dużego "metrażu", z tego względu gama odcieni jest ponownie uboga, składa się z 5 odcieni. Przy okazji promocji w Rossmannie, w moje ręce wpadł 002 Bulletproof Beige.

Opakowanie? Kredka jak kredka, Rimmel to typowy grubasek, chociaż z gatunku tych z lekką nadwagą, a nie chorobliwie otyłych (jak np. rozświetlające kredki Essence). Zmieści się do większej dziurki w temperówce.

Rimmel ma taką "akuratną" (przynajmniej moim zdaniem) konsystencję. Rysik nie jest ani zbyt ciapowaty, ani zbyt twardy. Można nim bez problemu malować po powiece, a także spróbować wypełnić linię wodną. Produkt dobrze przyczepia się do skóry, najlepiej do suchej - na dłoni pozostaje na naprawdę długo. A na oku? Mam tłuste powieki i niestety Rimmel dał ciała. Początkowo myślałam, że to może taki ewenement jak jego błyszczykowy poprzednik, który nie lubił się z kremami pod oczy.. Niestety, kredka niezależnie od tego jaki krem aplikowałam (i czy w ogóle to robiłam) zbierał się w załamaniach. Nie pomogły bazy (Zoeva i Hean), kredka utrzymywała się ładnie od 2 godzin (na sucho) do maksymalnie 4-5 (z bazą). Wynik rozczarowujący jak na kosmetyk w założeniu trwały i wodoodporny.

Wspominałam już o ubogiej gamie kolorystycznej. Mnie w oko wpadł odcień beżowy, który jest takim delikatnym karmelowym brązem. Kolor niczego sobie, ale bez szału - nie jest szczególnie brzydki, ale nie zachwyca na tyle, żeby po niego ciągle sięgać. 

Od lewej: Rimmel Scandaleyes 002 Bulletproof Beige
L'oreal Infaillible 002 Hourglass Beige
My Secret Star Dust nr 4

Rimmel tym razem mnie rozczarował. Spodziewałam się kolejnego dobrego kosmetyku, tym razem mam jednak wrażenie, że producent zamienił dobre na "lepsze".

Cena: ok. 20 zł/3,25 g
Dostępność: Hebe, Natura, Super-Pharm, Rossmann
Ocena: 2,5/5

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Śniadanie w kosmetyczce. Bobbi Brown Blotting Papers

Są takie produkty, których sens istnienia podważa wiele osób. Po co komu zalotka; kto to widział tak sobie rzęsy niszczyć? A dlaczego używasz peelingu do ust? Tonik? Ale o co chodzi. Jednym z takich "upiększaczy", na które część kosmetykoholiczek zupełnie nie zwraca uwagi, są bibułki matujące. Zgoda, zasadniczo nie jest to produkt niezastąpiony. Jednak warto mieć go w swojej kosmetyczce, gdy cera ma tendencję do przetłuszczania. 

Bibułki Bobbi Brown, to chyba szóste bibułki, które do mnie trafiły. Najdroższe, ale też jest ich najwięcej - w opakowaniu znajduje się aż 100 sztuk (Essence, Theatric i Inglot zawierają 50 arkusików).

Kwestia opakowania powinna zostać w ogóle pominięta, gdyż to, co zakupiłam to tak zwany "refill". Nie wiem, czy w Douglasie można kupić oryginalne opakowanie przeznaczone na bibułki. Chcę jednak wspomnieć o tej teczce z uwagi na ciekawy "mechanizm" wydobywania arkuszy. Jest to tak pomyślane, żeby wyciągać bibułki pojedynczo - za to naprawdę należą się brawa (podobne rozwiązanie zastosowało Essence).

Bibułki Bobbi Brown są chwalone równie mocno jak te z Inglota. Nie wiem, dlaczego, ale spodziewałam się, że będą wykonane z podobnego tworzywa jak te polskiej marki. Spotkał mnie drobny zawód, gdyż Bobbi Brown przypominają trochę papier śniadaniowy - nie są tak śliskie jak Essence, ani tak "papierowe" jak Theatric, dzięki czemu nie rozrywają się podczas stosowania.

Wspomniałam, że jest ich najwięcej w opakowaniu. Są też największe, mają wymiary 9,7 cm na 7,1 cm (dla porównania bibułki Essence to prostokąt 9,3 cm na 5,9 cm). Zapewne w założeniu większy arkusz miał sprawić, że zużyje się mniej do ściągnięcia sebum z całej twarzy. Cel szczytny, wykonanie gorsze.

Bobbi Brown są dość cienkimi bibułkami i niestety dość słabo chłoną sebum. Trzeba ich naprawdę sporo (4-5 sztuk), żeby dobrze "odsączyć" twarz. A jak ktoś jest skąpy (ja :D) i szkoda mu takiej ilości, to chodzi taki trochę tłusty i za chwilę znów musi poprawiać.

Renomowana marka nie zawsze jest gwarancją jakości, o czym przekonałam się tym razem. Czuję się rozczarowana tym produktem, chyba czas wrócić do bardziej chłonnych bibułek Inglot.

Cena: 36 zł/100 sztuk
Dostępność: Douglas
Ocena: 2,5/5

piątek, 5 czerwca 2015

Towar o charakterze zbytkownym. Tołpa Botanic Czarna Róża Regenerujący peeling-masaż do ciała

Tołpomania trwa. Jak opętana testuję kolejne kosmetyki tej lokalnej dla mnie marki. Nikt mi za to nie płaci, wyobraźcie sobie, że sama muszę realizować swoje zachcianki. Świat się kończy! Realizacja niektórych marzeń bywa dość kosztowna i nie zawsze daje tyle satysfakcji, ile oczekujemy. Cóż, zawsze warto próbować. 

Do zakupu tego peelingu przymierzałam się od długiego czasu. Jedno mnie jednak odstraszało - cena. Umówmy się, prawie cztery dychy za peeling na kilka razy to dość znaczący wydatek.

Zanim zacznę roztrząsać kwestię, czy Tołpa warta jest utraty trzeźwości myślenia, skupię się przez moment na opakowaniu. Chociaż właściwie nie ma się nad czym pochylać. Prosty słoiczek z uroczymi etykietami, które odłażą na potęgę.

Formuła kosmetyku jest dość ciekawa. Jako że najlepiej wychodzą mi kulinarne porównania, i tym razem spróbuję takiego poszukać. Peeling Tołpy kojarzy mi się trochę ze skrzyżowaniem galaretki w cukrze z marmoladą. Ma strukturę marmolady, ale jest trochę bardziej zbity jak galaretka. Przy rozprowadzaniu czuć pod palcami dość duże grudki, trochę jak cukier na galaretce (w składzie próżno szukać cukru, to peeling solny). Granulki szybko się rozpuszczają, gdy stosujemy peeling na mokre ciało. Wystarczy chwilka i już jest po sprawie. Co innego na sucho.

Działanie jest zależne od tego, czy peeling ląduje na naszej skórze przed wejściem do wody, czy w trakcie namaczania. Jeżeli zabierzemy się do masażu przed kąpielą, to efekt jest fantastyczny. Peeling dobrze ściera, granulki stawiają opór, są dość ostre, ale jednocześnie nie sprawiają bólu. Po spłukaniu na skórze pozostaje olejowa warstwa, która odżywia skórę - po użyciu peelingu ekstremalnie suche łydki, na których mogłam rysować szlaczki paznokciem, stają się gładkie i przyjemne w dotyku. Jeżeli zdecydujecie się na masaż przed odkręceniem kurka, to dobrze radzę, wejdźcie do wanny lub brodzika. Peeling lubi osypywać się ze skóry, a chyba nikomu nie uśmiecha się latanie ze szczotką :D.

Jak Tołpa działa na mokro? Delikatnie. Drobinki szybko się rozpuszczają i po skórze przesuwa się tylko ta olejowa warstwa. Skóra po zastosowaniu w ten sposób też jest odrobinkę dopieszczona, jednak nie jest to tak imponujący efekt, jak w przypadku zastosowania na sucho.

Na deser zostawiłam sobie opis zapachu. Czarna Róża to chyba jedna z bardziej udanych linii zapachowych Tołpy. Peeling pachnie po prostu obłędnie, chociaż woń nie ma nic wspólnego z różami (na całe szczęście). Ten aromat kojarzy mi się trochę z arbuzem, truskawką i kremem. Tego nie da się opisać, to trzeba powąchać!

Czy peeling Tołpy to kosmetyk niezbędny? Nie, powiedziałabym raczej, że to produkt na szczególne okazje - zarówno w przypadku używania, jak i kupowania. To kosmetyk dobry na prezent - miło go dostać, dobrze komuś sprezentować.

SkładEthylhexyl Stearate, Sea Salt, Salt, Silica, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Polysorbate 20, Parfum, Peat Extract, Rosa Hybrid Flower Extract, Propylene Glycol, Aqua.

Cena: ok. 40 zł/180 g
Dostępność: Drogerie Hebe, tolpa.pl, merlin.pl
Ocena: 4/5
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...