Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

czwartek, 28 maja 2015

Mały szkopuł. Fitomed Mój krem nr 10 Krem pod oczy

Jednym z moich ostatnich pielęgnacyjnych bzików są kremy pod oczy. Wiecie, młodość nie wieczność i takie tam. Po cienkiej skórze pod oczami najszybciej widać upływ czasu. Żeby ją trochę obłaskawić, trzeba ją dobrze dokarmiać. Z tego względu, namiętnie spoglądam na produktami pod oczy, które mają bogaty skład. Gdy rozglądałam się za nowym ideałem, rzucił mi się w oczy (chyba będę odmieniać te nieszczęsne "oko" przez wszystkie liczby i przypadki :D) kosmetyk marki Fitomed. Zainteresował mnie bogaty w "tłustości" skład, a decyzja o zakupie przypieczętowana została po przeczytaniu pozytywnych recenzji.

Zanim dobiorę się do tego ancymona, poświęcę chwilę opakowaniu. Mały słoiczek z pozoru wygląda niewinnie i wydaje się niewarty mrugnięcia okiem. Niestety, proste rozwiązanie, z pozoru wygodne, okazało się koncertowo spartolone przez nienajlepsze wykonanie. Już pominę etykietę, z której wszystko złazi w ekspresowym tempie. Bardziej irytujące jest to, że nakrętka nie chodzi gładko, przez co ma się permanentne wrażenie niedokręcenia.

Konsystencja? Czyż ten krem nie wygląda doprawdy uroczo? Gęsty, gładki, tłustawy, ale nie nieprzyjemnie ciężki. Nie sprawia problemów przy rozprowadzaniu. Po wklepaniu zostawia na skórze film, który jest "komfortowy w noszeniu", zupełnie niewyczuwalny. Krem nadaje się pod makijaż, bez obaw można nakładać na niego korektor, nic się nie zwałkuje ani nie oberwiemy ciastem.

Działanie również jest cudowne. Krem znakomicie odżywia skórę. sprawia, że jest miękka i gładka przez długie godziny. Na chwilę obecną, nie wymagam niczego więcej.

Ale, ale... Obwołałabym ten krem swoim ulubieńcem, gdyby nie jedna, taka właściwie marginalna kwestia. Czy ten produkt był badany oftamologicznie? Biorąc pod uwagę reakcję moich gruczołów łzowych, to byłabym skłonna w to wątpić. Uwierzcie mi, nie smaruję sobie kremem gałki ocznej, nie podnoszę powiek i nie ciapię go na rzęsy, a za każdym razem, gdy zaaplikowałam ten krem, zaczynałam płakać. Łzy leciały jak opętane, odczuwałam nieprzyjemne pieczenie. Po jakimś czasie kurki się zakręcały. Dobrze, że krem jest tłusty, to chociaż te wodospady go nie zmywały :D. Nie widzę w składzie substancji zapachowych, więc pojęcia nie mam, co mogło wywoływać takie "wzruszenie".

Krem Fitomed byłby idealnym produktem, z uwagi na działanie, skład i cenę. Nie wybaczę mu jednak tego, że paskudny z niego wyciskacz łez.

Skład:  Aqua, Camellia Sinensis Leaf Extract, Argania Spinosa Oil, Persea Gratissima Oil, Theobroma Cacao Seed Butter, Butyrospermum Parkii Butter, Hydroxyethyl Acrylate, Sodium Hyaluronate, Glycerin, Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, D-Panthenol, Trilaureth-4-Phosphate Caprylic/Capric Triglyceride, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin.

Cena: ok. 19 zł/20 ml
Dostępność: fitoteka.pl, ekobieca.pl, we Wrocławiu - Marzanka na Hali Targowej
Ocena: 3,5/5

poniedziałek, 25 maja 2015

Test białej rękawiczki. Balea Augen Make-up Entferner Waterproof

Jestem okropnym konsumentem. Nienawidzę cackania się z produktami, dużo od nich oczekuję. Zazwyczaj nie daję też sobie wcisnąć steku bzdur, który serwuje mi sprzedawca. Płacę, więc wymagam. Nawet jeżeli z portfela wytacza się tylko kilka monet.

Na płyn dwufazowy Balea nikt mnie nie musiał namawiać. Uwielbiam kosmetyki tego typu, dlatego przy okazji wizyty w drogerii DM musiałam spróbować ich dwukolorowego specyfiku. Zużyłam dwa opakowania, więc czuję się w pełni upoważniona do jego zrecenzowania.

Opakowanie? Proste z nakrętką. Wolałabym klapkę, ale nie będę płakać z powodu innego typu zamknięcia. Dziurka jest odpowiedniej wielkości, butelka nie wyrzuca długich "strzał", więc, koniec końców, tę kwestią oceniam na plus.

Płyn składa się z dwóch faz, wodnej i olejowej. Po zmieszaniu całość jest dość tłusta, ale nie jest to roztopiony smalec. Co ciekawe, na powiekach ta tłustość szybko się ulatnia, pozostawiając po sobie jedynie wspomnienie i delikatną, silikonową warstwę. Balea nie szczypie i nie podrażnia oczu.

Na razie płyn nie wypada najgorzej, prawda? Przejdźmy jednak do kwestii najistotniejszej, czyli zmywania. Tutaj jest tak średnio na jeża. Płyn wykazuje się niezłą skutecznością, podobną do niektórych płynów micelarnych, ale ja po taki produkt sięgam, żeby usunąć absolutnie wszystko. Nie interesują mnie resztki tuszu na rzęsach, czy szminki na ustach. A Balea tego niestety nie domywa.


Pamiątka z zagranicy okazała się produktem niezłym, choć gdyby była uczestniczką Perfekcyjnej Pani Domu nie przeszłaby testu białej rękawiczki :).

Skład: Aqua, Cyclopentasiloxane, Isohexadecane, Isopropyl Palmitate, Panthenol, Sodium Chloride, Potassium Phosphate, Sodium Benzoate, Levulinic Acid, Glycerin, Sodium Levulinate, CI 61565.

Cena: 1,45 euro/100 ml
Dostępność: drogerie DM
Ocena: 3,5/5

piątek, 22 maja 2015

Tusz jak chleb. Celia Lashes on top! 100% rozdzielenia i objętości

Po czym poznać dobry chleb? Po tym, że nie jest napompowany powietrzem i nie traci świeżości po kilku godzinach. Po czym poznać dobry tusz? Trzeba go zbadać pod tymi samymi kryteriami, tylko godziny zastąpić tygodniami (w wersji optymistycznej nawet miesiącami). 

Tusz marki Celia trafił do mnie przypadkiem. Przeglądałam Instagram i w oczy rzuciła mi się informacja, że dołączony jest do jednej z babskich gazetek. Jestem łasa na kosmetyczne dodatki, więc mimo niechęci do samego tytułu (i okładki czasopisma z parką, która w lutym wyskakiwała z lodówki), wybrałam się do kiosku. Na wstępie od razu ponarzekam - Celia niby polska, a tak słabo dostępna. Żeby człowiek musiał gazetę dla tuszu kupować :D.

W serii Lashes on Top znajdują się trzy maskary, które najłatwiej rozróżnić po kolorach opakowań. Żółta i niebieska mają klasyczne włochate szczoteczki i zapewniają odpowiednio efekt ekstremalnej czerni (żółta) oraz 100% pogrubienia (niebieska). Zielona i różowa otrzymały silikonowe szczoteczki i za zadanie mają zwiększyć o 60% (tylko?!) objętość (zielona) oraz w 100% rozdzielić i dodać objętości (różowa). Gdy szukałam gazety z dodatkiem, od razu wiedziałam, że postawię na zieleń lub róż. Akurat nawinęła się pod rękę ta różowa. Kupujemy, próbujemy :).

Po lewej: Celia
Po prawej: Lovely Curling Pump Up
Tym, co wyróżnia tę wersję Lashes on Top wśród innych tuszy, jest nietypowa szczoteczka. Nie spotkałam się jeszcze z takim aplikatorem, który byłby z jednej strony miał dość długie igiełki, a z drugiej zupełnie króciutkie. Te krótsze wypustki do świetna opcja do dolnych rzęs. Aplikator jest jednak dość sztywny i drapiący, przez co nieco spada komfort jego użytkowania.

Tusz od samego początku miał taką "akuratną" formułę. A to niestety nie jest dobry znak. Chociaż z reguły cenię kosmetyki, który od razu działa tak jak producent przykazał, jednak tusze są wyjątkiem. Takie "zdatne do użytku" od pierwszej chwili, zazwyczaj szybko wysychają. Nie inaczej było w tym przypadku. Nacieszyłam się nim dwa miesiące, przy czym właściwie po miesiącu rozpoczęły się gwałtowne opady czarnych grudek. Szkoda.

Jaki efekt uzyska się tuszem Celia? Przyjemne rozdzielenie i wydłużenie bez spektakularnego pogrubienia (ach ten reklamowy żargon, jakoś wchodzi w krew :)). Tusz dobrze rozczesuje rzęsy, przez co makijaż oka wygląda dość schludnie (nienawidzę pięciu kilogramów maskary na rzęsach - pozdrawiam D., moją koleżankę z liceum). Wydłużenie jest subtelne, z pewnością nie w stylu owadzich odnóży - może z uwagi na to lekkie działanie pogrubiające. W sam raz na co dzień.


Tusz Celia to niezły produkt, który ma szansę trafić w gust wielbicielek delikatnego podkreślenia rzęs. Jedna krótka żywotność tuszu niespecjalnie zachęca do zakupu. Z tej mąki chyba nie będzie dobrego chleba :).

Cena: ok. 11 zł
Dostępność: drogerie Jasmin
Ocena: 3,5/5

wtorek, 19 maja 2015

Opuszczona przyłbica. Yves Rocher Anti-ageing Redensifying Mask (Maska zwiększająca gęstość włosów)

Gdy dwa lata temu zaczynałam swoją przygodę z Yves Rocher, byłam pełna entuzjazmu. Roszerowa "sekta" początkowo pochłonęła mnie bez reszty - codziennie sprawdzałam skrzynkę mailową w poszukiwaniu korzystnej oferty, co miesiąc czaiłam się na listonosza. Po chwilowym zachłyśnięciu marką, przyszedł czas rozczarowań. Może trochę przesadziłam z tym rozczarowaniem. W każdym razie kosmetyki YR przestały na mnie robić wrażenie. Na bohaterkę dzisiejszej notki w ogóle nie zwróciłabym uwagi, gdyby nie promocja. Nazwa kosmetyku jakoś skojarzyła mi się z chwaloną maską Organique, więc stwierdziłam, że spróbuję.

Maska Yves Rocher mieści się w niedużym, porządnie wykonanym, plastikowym słoiczku. W opakowaniu nie ma niczego nadzwyczajnego, więc bez wyrzutów sumienia przechodzę dalej.

Konsystencja? Dość gęsta, ale nie betonowa. Produkt nie sprawia trudności podczas aplikacji, dobrze się rozprowadza i nie spływa z włosów.

Zanim przejdę do opisu działania, pochylę się nad zapachem. Niby to szczegół, ale jakoś tak dziwnie się poczułam, że maska z kwiatami na wieczku pachnie... świeżymi liśćmi. 

Co maska zrobiła z moimi włosami (dla przypomnienia: wysokoporowata, lwia grzywa)? Hełm z nich zrobiła, ot co! Słowo daję, to chyba jakaś zakamuflowana opcja lakierowa. Włosy sprawiały co prawda wrażenie gęstszych, ale były w dotyku jak tektura. Co ciekawe, maska je trochę wygładziła, ale jednocześnie pozbawiła blasku. Moja szopa była sztywna; zwykle włosy żyją swoim życiem, tym razem wyglądały jakby trafił je jakiś promień paraliżujący. Dziwaczne uczucie.

Wydawało mi się, że żadna maska do włosów nie zaskoczy mnie działaniem, że widziałam już wszystko. A to psikus.

Skład: Aqua, Cetyl Alcohol, Stearyl Alcohol, Ethylhexyl Palmitate, Behenyl Alcohol, Beentrimonium Chloride, Camellia Oleifera Seed Oil, Vitis Vinifera Leaf Extract, Propylene Glycol, Pafum, Sodium Benzoate, Panthenol, Gura Hydroxypropyltrimonium Chloride, Hydroxypropyltrimonium Hydrolyzed Wheat Protein, Citric Acid, Tocopheryl Acetate, Phenoxyethanol.

Cena: 32 zł/150 ml
Dostępność: salony firmowe Yves Rocher, sklep internetowy
Ocena: 2/5

sobota, 16 maja 2015

Biała flaga na maszcie. Sephora Prep&Perfect Smoothing&Brightening Powder

Od pewnego czasu odważyłam się na krok do przodu i dziarsko zaczęłam rozglądać się po asortymencie perfumerii. Sephory i Douglasy, strzeżcie się, nadchodzę ;). Co prawda zakupy w tych przybytkach są dość irytujące - przestaję wyrabiać na zakrętach, bo zza każdego wyskakuje ktoś, kto koniecznie chce mi pomóc (może dlatego, że wyglądam na taką niemotę :D). Z tego względu zwykle upatruję sobie coś w sieci, a w sklepie szybko pędzę z tym do kasy. Nie inaczej było z tym pudrem; zobaczyłam go w sieci i poleciałam do sklepu po swój egzemplarz.

Opakowanie nie należy do jakoś szczególnie wymyślnych. Prosta plastikowa puderniczka, bez atrakcji w postaci lusterka czy aplikatora. Minimalistycznie.

Puder jest bardzo drobno zmielony i ma jedwabistą konsystencję. Bardzo łatwo przyczepia się do skóry, gąbeczki, czy pędzla. Nie radzę kręcić w nim młynków, pył gwarantowany.

W ofercie dostępny jest tylko jeden odcień, czyli biały. Na szczęście śnieg jest w opakowaniu, a na twarzy po ok. 10 minutach stapia się ze skórą. 

Przechodzimy do najważniejszego, czyli działania. Gdy kupowałam ten produkt, na KWC widniała jedna recenzja. Niedługo potem została dodana druga. I szlag mnie trafił. Obie panie oceniły produkt na maksymalną ilość gwiazdek, bo nałożony na inny puder zmatowił na 2 godziny. To tak jakby stwierdzić, że balsam w połączeniu z innym znakomicie regeneruje skórę. Taka ocena w żadnym stopniu nie jest miarodajna i, co gorsza, wprowadza w błąd. Panie wystawiły mu 5, ja dam 3. Bo to przeciętny puder. Producent obiecuje działanie matujące i puder faktycznie takie wykazuje. Przez jakieś 1,5 godziny. To jakaś kpina. 

Poza matowieniem, Sephora miała być fotoszopem w pudrze. Tak, kosmetyk naprawdę sprawia, że pory są mniej widoczne i nie podkreśla zmarszczek, dlatego nadaje się do utrwalania korektora pod oczy. Niestety, na całej twarze wygląda dobrze przez tyle, ile matuje, czyli godzinę z okładem. 

Jestem rozczarowana tym kosmetykiem. Za drogi i za słaby na całą twarz, znośny jedynie pod oczy.

Skład: Talc, Zinc Stearate, Dimethicone, Zea Mays Corn Starch, Silica, Phenyl Trimethicone, Polymethylsilsquioxane, Dimethicone/Vinyl Dimethicone Crosspolymer, Caprylyl Glycol, Synthetic Fluorphlogopite, Phenoxyethanol, Dimethiconol, Hexylene Glycol, Methicone, Ethylhexyl Palmitate, Isoceteth-10, Silica, Dimethyl Silyate, Butylene Glycol, Sodium Hyaluronate.

Cena: 59 zł/8 g
Dostępność: perfumerie Sephora, sephora.pl
Ocena: 2,5-3/5

środa, 13 maja 2015

Mycie kontra mazanie. Alverde Sensitiv Reinigungsemulsion Hamamelis Kamille

Nie wiem, jak to jest w waszym przypadku, ale im bardziej jestem zmęczona, tym "prostsze" mam marzenia. Dla przykładu - o poranku chcę zdobyć świat, wieczorem myślę tylko o tym, żeby zdjąć buty, wskoczyć w coś wygodnego i wytarzać się na łóżku... Wróć, po zmianie ubrań a przed kanapowym lenistwem, pragnę zmyć z twarzy trudy tego dnia. Znaczy się, szpachlę :). Nie wyobrażam sobie mycia twarzy bez wody, dlatego w łazience zawsze muszę mieć coś, czego mogę użyć ze zwykłą kranówą.

Przed gościnnymi występami w drogerii DM zazwyczaj przeglądam sieć i sprawdzam opinie i oceny, które zbierają interesujące mnie produkty. W przypadku tego kosmetyku zdecydowało co innego - jakiś czas temu używałam podobnej emulsji z Rossmanna, więc pomyślałam, że Alverde równie zachwyci. No cóż, miało być pięknie, wyszło jak zwykle.

Ostatnio nie mam szczęścia do opakowań; trafiają mi się takie o budowie prostej jak konstrukcja cepa i właściwie nie ma się nad czym rozwodzić. Tak jest i w tym przypadku. Tuba z klapką jest wygodnym rozwiązaniem, ale nie jest niczym innowacyjnym.

Konsystencja zaskoczy każdą miłośniczkę żeli do mycia twarzy, ale nie wzruszy fanek mleczek do twarzy. Emulsja Alverde ma gęstą, ale dość płynną konsystencję, zupełnie jak mleczko do demakijażu. Produkt ma dobry poślizg, nie pieni się. Jest delikatny dla skóry, nie powoduje podrażnień ani przesuszeń (nie zaognia już istniejących katastrof).

Wszystko (no prawie) pięknie (no prawie), ale jak z działaniem? Porażka, porażka na całej linii. Zwykle nie używam podkładów, które są trwałe jak tatuaż, ale to-to i z takim prawie ześlizgującym się sobie nie radzi. Producent obiecuje natomiast oczyszczenie z zabrudzeń i makijażu. Po zastosowaniu tego kosmetyku czuję się ewidentnie niedomyta, co potwierdzają tony brudnych wacików i, co gorsza, zwiększone zanieczyszczenie cery. To jakaś kpina.

Tym razem przygodę z Alverde oceniam wyjątkowo negatywnie. Nie wiem po co komu produkt myjący, który zupełnie nie spełnia podstawowego zadania. 

Skład: Aqua, Helianthus Annuus Seed Oil, Glycerin, Alcohol, Glyceryl Stearate Citrate , Cetearyl Alcohol, Butyrospermum Parkii Butter, Cetearyl Glucoside, Olea Europaea Fruit Oil, Levulinic Acid, Xanthan Gum, Palmitic Acid, p-Anisic Acid, Stearic Acid, Sodium Levulinate, Tocopherol, Parfum, Limonene, Sodium Hydroxide, Linalool, Bisabolol, Chamomilla Recutita Flower Extract, Hamamelis Virginiana Leaf Extract

Cena: 2,25 euro/150 ml
Dostępność: drogerie DM (Niemcy, Czechy, Chorwacja)
Ocena: 2/5

niedziela, 10 maja 2015

Gruszki na wierzbie? Tołpa Botanic Biała Wierzba Głęboko oczyszczający szampon-maska normalizujący

Prosty przepis na wyprowadzenie Twoich oszczędności z portfela 
(nie, wbrew obiegowej opinii one nie uciekają same!)


Składniki:

portfel/kieszeń
monety/plastik
Rossmann w pobliżu
promocja

Wszystko razem zmiksować i.... Można płakać nad swoim losem :D.

Pewnego pięknego dnia wybrałam się do drogerii w celu zakupu patyczków do uszu. Na moje nieszczęście trafił się Rossmann. Weszłam z zamiarem zakupu tylko tego, co było potrzebne. Plan spalił na panewce, tzn. na szamponach. Zielona plakietka "cena na do widzenia" działa na mnie jak płachta na byka. Pobudzająco. Szybki rzut oka na skład,  markę (tołpofilia :D), obietnice producenta i cenę... I tyle mnie widzieli przy półce, już stałam przy kasie ;).

Produkt zamknięty jest w dość nietypowym dla szamponu (ale typowym dla odżywki/maski) opakowaniu w postaci tuby. Tubka jest dość sztywna, nie łamie się, więc narzekać nie będę. Plastik nie jest specjalnie giętki, dlatego pod koniec trzeba rozciąć opakowanie. Idziemy dalej.

Dochodzimy do konsystencji. I tu robi się ciekawie. Zapomnijcie o kremowych, wodnistych i żelowych szamponach, to dla leszczy. Prawdziwy pstrąg używa szamponu, który konsystencją przypomina trochę własnoręcznie robioną maseczkę z glinki. Nawet ma taki kolor (brudnozielony)! 

Osobny akapit poświęcę pienieniu się. Producent zaleca myć tym włosy dwa razy, przy czym za drugim pozostawić to-to na włosach na chwilę. Pierwsza aplikacja jest bolesna; nawet po zmieszaniu z wodą szampon się nie pieni i trzeba sporo go nałożyć, żeby dobrze pokryć włosy. Drugi raz jest zdecydowanie bardziej przyjazny użytkownikowi - maź zaczyna się trochę pienić.

Jak to cudo działa? Choć w założeniu jest to szampon-maska, obsadziłam ten kosmetyk w roli szamponu. Moja skóra głowy go pokochała. Nie pojawiał się żaden śnieg, nic nie swędziało. Sielanka! Włosy także nie strajkowały, chociaż preferują wygładzającą Orientanę. Niestety, choć producent twierdzi, że jest to produkt głęboko oczyszczający, nie mogę się z nim zgodzić. Myje włosy, ale nie sprawia, że są takie odświeżone i czyste dłużej- właściwie już na drugi dzień są lekko przyklapnięte. Nie wiem, może to moje uczucie "niedomycia" wynika z tego, że źle go aplikowałam? Przy takiej konsystencji wszystko jest możliwe.

Na deser zostawiłam sobie wydajność. Będzie to raczej spalona szarlotka niż puszysty serniczek, bo szampon jest pod tym względem koszmarny. Taka tuba wystarcza na góra 4-5 razy. Luudzie no, z pustymi torbami pójdę przy takim układzie.

Tym razem Tołpa mnie nie zachwyciła. Po dwóch opakowaniach tego kosmetyku stwierdzam, że to nie to.

Skład: Aqua, Disodium Cocoaphdiacetate, Magnesium Aluminium Silicate, Cetearyl Alcohol, Hectorite, Methylpropanediol, Parfum, 4-Terpineol, Salicylic Acid, Salix Alba Bark Extract, Acetum, Sodium Caroyl/Lauroyl Lactylate, Prunus Armeniaca Fruit Extract, Orunus Persica Fruit Extract, Pyrus Malus Fruit Extract, Mentha Piperita Leaf Juce, Polysorbate 80, Coco-Glucoside, Sodium Polyacrylate, Peat Extract, Glycerin, Phenoxyethanol, Caprylyl Gycol, Disodium EDTA, Chlorphenesin, CI 75810.

Cena: ok. 30 zł/125 ml
Dostępność: tolpa.pl
Ocena: 3/5

czwartek, 7 maja 2015

Granice tolerancji. Mixa Płyn Micelarny Optymalna Tolerancja

Gdybym miała wybrać się na bezludną wyspę z jedną małą kosmetyczką, to, choćby nie wiem co, upchnęłabym do niej butelkę płynu micelarnego. Nie wyobrażam sobie demakijażu bez niego. Dzięki produktowi tego typu chcę mieć pewność, że moja twarz jest czysta. Dlatego chociaż używam dodatkowo żelu do mycia twarzy, od płynu micelarnego oczekuję dobrych właściwości oczyszczających. Czy Mixa spełniła wymagania?

Zacznę od tego, co urzekło mnie w tym płynie. Z racji umiejscowienia tych "peanów", możecie się już domyślać, że chodzi o opakowanie, konkretnie o pompkę. Było miło do pierwszego użycia. Pompka tak sika tym płynem, że z celowaniem w wacik jest jak z rzucaniem strzałek do tarczy z bliskiej odległości, ale pod wpływem płynów rozchwiewających wewnętrzną równowagę. Tym razem, z wielkim żalem, nie pochwalam zastosowania pompki. Przynajmniej nie tej.

Konsystencja? Pomińmy. Dodam, że płyn się nie lepi i zasadniczo się nie pieni, chyba że przeżył jakieś upadki albo wstrząsy. Mixa jest niesamowicie delikatna dla skóry oraz oczu - nie podrażnia i nie przesusza. Odpukać, ale powoli zaczynam zapominać czym jet piekący płyn micelarny, bo od kilku miesięcy trafiam na takie przyjemne delikatesy (oprócz Mixy także Tołpa Białe Kwiaty i Sylveco).

Przechodzimy do najważniejszego, czyli do zmywania. Tutaj jest niestety nad wyraz przeciętnie. Płyn zupełnie nie radzi sobie z kosmetykami wodoodpornymi, ale ma także problem ze zwykłymi produktami w mocniejszych odcieniach. Makijaż twarzy też zmywa średnio, trzeba kilku porządnie nasączonych wacików, żeby ściągnąć wszystko. Do domywania cery po zastosowaniu żelu obleci, ale i tak wypada dość blado.


Pierwsze spotkanie z marką Mixa uważam w efekcie za niezbyt satysfakcjonujące, choć płyn nie jest całkowitym bublem i początkowo wzbudził moje zaufanie. Pierwsze koty za płoty, może następny raz okaże się bardziej owocny.

Skład: Aqua, Hexylene Glycol,Glycerin, Poloxamer 184, Dihydrochleth - 30, Disodium Cocoamphodiacetatem, Disodium EDTA, Panthenol, Polyaminopropyl Biguanide, Rosa Galica Extract, Parfum.

Cena: ok. 16 zł/200 ml
Dostępność: Hebe, Rossmann, Super-Pharm
Ocena: 3-3,5/5

poniedziałek, 4 maja 2015

Potwór z Krainy Cieni. Misslyn Concealer nr 14 Wheat

Wstajesz i.... Jeżeli masz w pokoju lustro, najpewniej przyklejasz się do przeciwległej ściany. Nie masz? Nic straconego, "odrzut" gwarantowany w łazience. Ten opis brzmi podejrzanie znajomo? Nie martw się, nie jesteś sama, właśnie znalazłaś towarzyszkę niedoli, która uwielbia walczyć z cieniami. Na powiekach, pod powiekami, jestem w stanie regularnej wojny z każdymi. Jednych nie potrafię opanować, nad drugimi nie umiem zapanować. Czy ten korektor pomógł w okiełznaniu jednego z koszmarów?

Kosmetyki marki Misslyn stają się obiektem mojego zainteresowania za każdym razem, gdy zawędruję do Hebe. Jakiś czas temu upatrzyłam sobie róż (w czasie promocji i tak obchodzę się smakiem, bo wymiata wszystkie kolory), niedługo potem przeczytałam pozytywne opinie o korektorze pod oczy. Gdy wchłonęłam te wszystkie peany, nie było innej możliwości, musiałam go mieć. 

Korektor, jak większość tego typu mazideł pod oczy, mieści się w "błyszczykowym" opakowaniu z  niedużym gąbkowym aplikatorem. Proste rozwiązania często są najlepsze, i tak jest tym razem. 

Misslyn bardzo łatwo się rozprowadza, ma delikatną kremową formułę. Niestety, jest przy tym odrobinkę suchy i podkreśla trochę zmarszczki oraz jakieś inne nierówności. Po aplikacji zbiera się w załamaniach (ostatnio każdy korektor to u mnie robi - słynny True Match również), ale wybaczam i rozcieram.

Dlaczego jestem taka łaskawa i nie zieję ogniem? Bo ten korektor podbił moje serce tym, jak pięknie niweluje cienie pod oczami. Nie wymazuje ich, ale tak umiejętnie rozjaśnia, że człowiek wygląda jak człowiek, a nie jakieś zombie. Dowód? Ależ proszę bardzo:


Na koniec zostawiłam sobie kolor. Choć ten posiadany przeze mnie ma najdalszy numer, to jednakże jest najjaśniejszy z dostępnych odcieni. Do wyboru mamy ich cztery, wszystkie raczej neutralne i beżowe. Kolory ciemniały mi na dłoni, ale nie zauważyłam, żeby ten przytargany do domu oksydował po oczami.

L'oreal True Match 2 Vanille
Misslyn Concealer 14 Wheat
Alverde Camoufage 002 Beige
Pomyślałam, że opublikuję tę recenzję przed rozpoczęciem promocji na tę markę w Hebe (8 i 9 maja). To naprawdę dobry korektor pod oczy, w cenie po zniżce wręcz świetny. Tylko błagam, zostawcie mi chociaż jeden egzemplarz (koniecznie dziewiczy), chcę kupić na zapas :D!

Cena: ok. 29 zł/4 ml
Dostępność: drogerie Hebe, ladymakeup.pl, nocanka.pl
Ocena: 4-4,5/5

piątek, 1 maja 2015

Kończy kwiecień, więc plecie. Zużycia kwietnia

Piątek, piąteczek piątunio! Dzisiejszy dzień smakuje wyjątkowo słodko, bo piątkowe lenistwo wiele z nas może świętować od rana. A dzień święty należy święcić, najlepiej w łóżku z kocykiem. Pogoda nie zachęca do grillowania, więc wszyscy siedzą przed kompami, statystyki rosną :D. Korzystając z okazji, zaprezentuję dzisiaj garść (właściwie torbę) produktów zużytych w kwietniu.



Było: Tołpa Botanic Biała Wierzba Głęboko oczyszczający szampon - maska do włosów - dzwiwoląg pierwszej klasy. Trudny w obsłudze, ale dobry dla mojej skóry głowy. Recenzja ukaże się niedługo.
Orientana Ajruwedyjski szampon do włosów Imbir i trawa cytrynowa - ten szampon okazał się idealny dla mojej puszącej się szopy, ale skalp nie przyjął go entuzjastycznie. Więcej przeczytacie TU.

Jest: Organique Sensitive Hair Shampoo - ojej, jaki on jest rzadki! Będzie szedł jak woda. Droga woda.


Było: Mixa Płyn micelarny Optymalna Tolerancja - mam mieszane uczucia. Płyn jest przyjemny dla skóry, ale równie łagodnie obchodzi się z makijażem. Recenzja jeszcze w maju.

Jest: Tołpa Botanic Białe kwiaty Delikatny płyn micelarny - delikatny dla skóry i oczu, warty uwagi. Recenzję znajdziecie TU.


Było: Alverde Sensitiv Reinigungsemulsion Hamamelis Kamille - kosmetyki marki Alverde są obiektu wielu westchnień. Ten nie jest wart nawet splunięcia. Niedługo napiszę więcej.

Jest: Avene Cleanance Żel oczyszczający - jakiś czas temu zachwyciła mnie próbka, kupiłam pełnowymiarowe opakowanie, teraz czas na opcję powiększoną. Cenię ten żel za kremową pianę, którą tworzy i dobre oczyszczanie cery.


Było: Evree Magic Rose - cuda słyszałam i czytałam o tym olejku. Cudotwórca z niego żaden, ale to dobry kosmetyk, szczególnie na zimę. Więcej przeczytacie TU.

Jest: Tołpa Botanic Biały Hibiskus Rewitalizujący krem uelastyczniający - do 30+ trochę mi brakuje, ale gdyby człowiek sugerował się cyferkami wypisywanymi przez producentów (np. 92-godzinna skuteczność antyperspirantu), to mógłby się zdziwić. Jak na razie krem sprawuje się całkiem nieźle. 


Było i jest: La Roche-Posay Effaclar Duo + - moja cera kochała poprzednią wersję Effaclaru, polubiła i tę. Tylko mój portfel go nie lubi :D.


Było: Sylveco Łagodzący krem pod oczy - ogromne rozczarowanie, to pierwszy produkt Sylveco, który tak mnie zawiódł. Niezależnie od nałożonej ilości efekt był mierny. Dla niewymagającej nastoletniej skóry może być w porządku, ja oczekuję już trochę więcej. Pisałam o nim TU.

Jest: Fitomed Mój krem nr 10 Krem pod oczy - gorąco polecany na KWC, łaziłam za nim kilka dni. Czy było warto? Nie chcę zapeszać, testuję dalej.


Było: Celia Lashes on top - słyszałam trochę dobrego o maskarach Celii, więc ucieszyłam się, gdy pojawiły się jako dodatek do jednego z czasopism. Miłości z tego nie było.

Jest: L'oreal Volume Million Lashes So Couture - nie jestem zwolenniczką wydawania dużych sum na tusz, ale dziewczyny chwalą ten, więc w końcu zagościł i u mnie,


Było: Nuxe Fondant Shower Gel - miałam kiedyś pełnowymiarowe opakowanie. Byłam z niego zadowolona, jedyne, co mi w nim nie odpowiadało to cena. Nie zwykłam wydawać na żel do mycia kwot większych niż 20 zł.
Yves Rocher Les Plaisirs des Nature Organic Vanilla - cudowny, słodki zapach wanilii. Z pewnością zagości w mojej łazience jeszcze wiele razy. Koniecznie muszę kupić resztę kosmetyków z tej linii.

Jest: Yves Rocher Pear Caramel - żel z limitowanej zimowej edycji. Pachnie słodko, lubię takie cukierki pod prysznicem, ale to wersja waniliowa bez reszty podbiła moje serce.


Było: Garnier Mineral InvisiCool - delikatny, świeży i "zimny" zapach, ale chroni krócej niż mój dotychczasowy ulubieniec, czyli Calm.

Jest: Vichy 48hr Anti-perspirant treatment - NIECH MI KTOŚ POWIE, DLACZEGO JA TEGO WCZEŚNIEJ NIE KUPIŁAM? 


Było: Zara Textures EDT - wielbicielki Light Blue i I love love będą zadowolone. Lubię takie zapachy latem, w zapasach mam jeszcze jedną butelkę.

Jest: Lanvin Me L'eau EDT - nie ma to jak pomylić się przy zakupie zapachu. Z uwagi na źle postawiony tester, zdziwiłam się, gdy poczułam coś innego, niż w perfumerii. Początkowo byłam do niego nastawiona jak pies do jeża, ale... Może nie jest to miłość mojego życia, ale Lanvin Me L'eau nosi się całkiem przyjemnie i na dłuższą metę nie pachnie jak Cerutti 1881 :).


Było i jest: Fusswohl Intensic Creme - krem za piątkę na prawie piątkę. Nie działa cudów, ale do codziennej pielęgnacji jest naprawdę dobry. Dużo lepszy niż Lirene z większą zawartością mocznika, który miał być taki cudowny.


Było: Sally Hansen Fast Acting Polish Remover with Vitamin E&Chamomile - pamiątka z zeszłorocznych wyprzedaży w Hebe. Za 5 zł żal było nie wziąć. To niezły produkt, chociaż z mocnymi kolorami miał pewne problemy. Myślę, że przyczaję się na inną wersję podczas promocji w Rossmannie; 20 zł za zmywacz to przesada i to nawet nie lekka :).

Jest: Ebelin Nagellackentferner Acetonfrei - tak się złożyło, że o kończącym się zmywaczu przypomniałam sobie w DM :).

I skończyłam. Bolało? Mam nadzieję, że nie. A wam jak poszło w kwietniu? Używałyście któregoś z tych produktów? Co o nim sądzicie?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...