Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

środa, 29 kwietnia 2015

Goło i wesoło? Lovely Nude eye pencil


Kolejna odsłona promocji w Rossmannie przed nami. Tym razem żądne krwi kosmetykoholiczki rzucą się na produkty do makijażu oczu. Tuszomacanie, kredkomazanie, cienipalcowanie - tak, te dantejskie sceny pewnie będą rozgrywały się w każdym Rossmannie. Czy warto uruchomić łokcie przy szafie Lovely? Polecam wyciągnąć rękę po tusz Pump Up Curling Mascara. A czy przy okazji wsunąć ją głębiej po tę kredkę? 

Gdyby kilka lat temu ktoś szukał taniej cielistej kredki, miałby nie lada problem. Poza dostępną w Schleckerze kredką marki Basic nie było niczego. Biała? Proszę bardzo. Czarna? Ależ oczywiście, nawet na bazarze. Cielista? Eeee, yyyyy... Najtańsza była z Max Factora, za 30 zł. A teraz? Drogeryjne marki zareagowały na potrzeby rynku i "cielęcinę" można znaleźć w kilku szafach. Nawet wydając na nią tylko kilka monet. 

Kredka Lovely jest jedną z tych w korzystnej cenie. Czy z dobrą ceną idzie w parze jakość? Jakaś jakość idzie, niekoniecznie najlepsza.

Lovely, w przeciwieństwie do My Secret, pomyślało o tym, że zamierzają przeznaczyć kredkę do stosowania w okolicach oczu, a nie do pisania po kartonie. Rysik jest miękki, co ma swoje zalety i wady. Z uwagi na konsystencję kredka nie drapie, nie podrażnia, ale za to szybko traci czubek i bardzo łatwo uciapać rzęsy i dolną powiekę. 

Kredką operuje się przyjemnie, ale nie zmienia to faktu, że byłoby znacznie milej, gdyby jedno pociągnięcie wystarczyło do pokrycia linii wodnej. Niestety Lovely rysuje przerywaną linię i trzeba ją przynajmniej raz poprawić.

Jak z trwałością? Cóż, doskonałość roku to nie jest. Trzy, maksymalnie cztery, godziny to wszystko, na co stać tę kredkę. 

Na koniec zostawiłam opis koloru. Ten jest wyjątkowo udany. Lovely ma ładny, taki waniliowy odcień. Jest cieplejsza od My Secret, ma wyraźnie żółte nuty. Może spodobać się osobom, dla których Max Factor jest zbyt różowy.

Od lewej:
Basic
Max Factor
My Secret
Lovely
Kredka Lovely to nie jest kosmetyk mojego życia. Uważam jednak, że dla osób, które chcą spróbować odświeżenia oka jasną linią, może to być dobra opcja. Zwłaszcza w promocji :).

Cena: ok. 6 zł
Dostępność: Drogerie Rossmann
Ocena: 3/5

niedziela, 26 kwietnia 2015

Strefa komfortu. Hean Stay On Eyeshadow Base

Nie chcę zapeszać, ale jak na razie udaje mi się zrealizować plan miesiąca z polskimi kosmetykami. Pierwsza część kwietnia należała do pielęgnacji, ale w końcówce królować będzie kolorówka. Kilka dni temu zaprezentowałam wam naprawdę świetne błyszczyki Celia, a dzisiaj, żeby zakończyć weekend w dobrym humorze, napiszę kilka słów o kosmetyku, który choć nie rzuca się w oczy, bije o głowę droższego rywala (w postaci bazy Urban Decay). Czasem porównywanie drogiego kosmetyku z tanim jest jak zestawienie porsche z maluchem (blachara, blachara :D!). Tym razem ten za miliony monet okazał się maluchem, bo Hean to porsche (może trochę używane) w kategorii baz pod cienie.

Bazy pod cienie w słoiczkach są dość kłopotliwe w aplikacji, z uwagi na wielkość opakowania, w którym się znajdują. Hean nie zapakował produktu w takie maleństwa jak Artdeco i Paese, ale i tak korzystanie z tego o średnicy 3,5 cm może sprawiać problemy osobom z dłuższymi paznokciami. Zdecydowanie bardziej niż słoiczki wolę tubki. Plus dla Hean za zabezpieczenie opakowania sreberkiem - mamy pewność, że dostajemy produkt "niewietrzony" i niemacany,

Konsystencję bazy porównałabym do tej z Bell, z tą różnicą, że Bell jest bardziej gumowa. Hean przypomina trochę mus, ale właśnie taki lekko ciągnący. Trzeba włożyć trochę pracy w nakładanie tej bazy, należy ją dokładnie rozsmarować, inaczej nałożony makijaż nie będzie prezentował się zbyt estetycznie.

Hean ma delikatny liliowofioletowy kolor, ale po roztarciu na skórze jest prawie niewidoczna (można zaobserwować jedynie lekkie rozjaśnienie skóry). Jeżeli ktoś ma ciemne powieki i ceni w bazie korygowanie ich kolorytu, raczej nie będzie zachwycony tym kosmetykiem. Hean nie ma drobinek.

Dobra, koniec tego marudzenia, czas na konkrety, czyli działanie. Chociaż baza wydaje się niepozorna, działa właściwie bez zarzutu. Podbija kolor cieni (na zdjęciu w roli głównej cień z palety Zoeva Naturally Yours o nazwie Soft&Sexy) i przedłuża ich trwałość na powiekach (do 10 godzin, potem niestety makijaż się roluje).  Lubię to!


Baza Hean to naprawdę udany kosmetyk, który daje gwarancję udanego makijażu oczu przez długie godziny. Szkoda, że produktów tej marki trzeba się trochę naszukać. Uważam jednak, że warto uzbroić się w cierpliwość (oraz butelkę z wodą, batonika i kanapkę) i wyruszyć na poszukiwanie bazy Hean :).

Cena: ok. 15 zł/14 g
Dostępność: sklep Hean, Drogerie Jasmin (np. Wrocław, Feniks), małe drogerie (Wrocław - Tanyo w Pasażu Zielińskiego, Drogeria Żaczek w Hali Kupców Perła)
Ocena: 4,5/5

czwartek, 23 kwietnia 2015

Cukiereczki. Celia Woman Błyszczyk nr 4, 5, 6, 7

Gdyby ktoś nie zauważył (jak na przykład mój brat, który całymi dniami pisze jakieś programy), trawa zrobiła się bardziej zielona, zakwitły drzewa, obudziły się wstrętne osomuchy (brrr). Wiosna, ludzie kochani, wiosna! Czarne rajty zostawiamy w szafie (słabo mi, gdy widzę te wdowie nóżki), wyciągamy paskudnie pastelowe krótkie portki (kto wyciąga, ten wyciąga), zmieniamy opony z zimowych na letnie (na siłowni i w warsztacie :D)... Rezygnujemy z matowych szminek na rzecz błysku?! Nie żebym namawiała do porzucenia wszystkich szminek, ale dla błyszczyków Celii warto zdradzić sprawdzone formuły. 

Żeby nie było za słodko, na początek trochę gorzkich żali. Opakowanie to bardzo słaby punkt tego kosmetyku. Na pierwszy rzut oka wygląda nieźle. Niestety, jest koszmarnie nietrwałe. O ile jeden z tych błyszczyków noszę ciągle w torebce i jestem  w stanie zrozumieć te pęknięcia, które się pojawiły, tak zupełnie nie wiem, skąd wzięły się te rysy na opakowaniu w innych, trzymanych grzecznie w kubku. Zastrzeżenia mam też do farby, którą został namalowany czarny pasek - po dwóch otwarciach widać wyraźne przetarcia. To szczegóły, ale bardzo irytujące. Na plus muszę za to zaliczyć aplikator, chociaż wiem, że nie każdy lubi takie maleństwa. Jednak takie niewielkie gąbki sprawdzą się u osób z wąskimi wargami, które nie lubią długich, syfiących wszystko drągów. A posiadaczki pełnych ust? Cóż, jesteście wybrankami losu, możecie dla odmiany trochę pocierpieć :D.

Dość już tego marudzenia o opakowaniu, czas na zanurkowanie do środka. Przecież liczy się wnętrze, prawda? A to w przypadku Celii jest naprawdę udane. Błyszczyk ma dość gęstą konsystencję. Jest trochę klejący, dobrze przyczepia się do ust i nie wylewa poza kontury. Ta "kleistość" ma niestety swoje wady - błyszczyk lekko zlepia kąciki i działa jak magnes na rozpuszczone włosy.

Tym, co mnie bez reszty zachwyciło to działanie tego błyszczyku. Nie wiem, jak oni to zrobili, ale ten produkt działa na moje usta jak balsam. Wargi po jego zastosowaniu są miękkie i gładkie, nawet gdy kosmetyk zniknie z ust.  Celia koi lekko spierzchnięte usta, zalepia nierówności. Jest to o tyle dziwne, że skład nie jest specjalny. Ciekawa sprawa.

Skoro już wspominałam o znikaniu kosmetyku, napomknę o jego trwałości. Cóż, błyszczyki nigdy nią nie grzeszyły. Celia nie wyróżnia się na tym tle, chociaż te 3 godziny to efekt niezły, Dłużej trwa działanie pielęgnacyjne - nawet do 5 godzin. Ponowna aplikacja jest jednak przyjemna z uwagi na formułę i apetyczny zapach, który mnie kojarzy się z trójkolorowymi lodami w wafelku.

Na koniec zostawiłam sobie kolory. Ten błyszczyk jest jak Pokemony - chciałam złapać wszystkie odcienie. Dobrze, może nie wszystkie, przynajmniej te, które nie były dzidzioróżowe. W moje ręce wpadły następujące kolory:

4 - brzoskwinia; daje delikatny kolor na ustach, ten odcień nie ma w sobie dużo pigmentu,

5 - ciepły, zgaszony róż; takie "moje usta, tylko lepsze", mój ulubieniec, pasuje do wszystkiego,

6 - żywy róż; ma więcej koloru niż dwa poprzednie numery, widać go na wargach. Wesoły odcień, w sam raz na wiosnę.

7 - ciemny dość chłodny róż; piękny, taki trochę buraczkowo - malinowy. Dobrze napigmentowany, ale kolor potrafi się czasem nierówno rozłożyć.


Celia rozkochała w sobie pomadkami - błyszczykami. Jednak nie tylko je warto mieć w swojej kosmetyczce. Błyszczyki Woman to też przyjemne produkty, warto skusić się chociaż na jeden odcień.

P.s. Do InStyle i Gali (cena 5,99 zł) są dołączone błyszczyki z serii Delice, która jest równie udana, jak ta :).

Skład: Polybutene, Petrolatum, Paraffinum Liquidum, Hydrogenated Polyisobutene, Candelilla Cera, Lauryl PEG/PPG-18/18 Methicone, Tocopheryl Acetate, Sodium Saccharin, Propylene Glycol, Ethylhexyl Palmitate, Tribehenin, Sorbitan Isostearate, Palmitoyl Oligopeptide, Propylparaben, Parfum, Benzyl Alcohol, Cinnamal, Benzyl Benzoate +/- [Titanium Dioxide, Alumina, Glycerin, CI 19140, CI 15850, CI 16035, CI 42090, CI 77491, CI 17200, CI 45410].

Cena: ok. 8 -10 zł
Dostępność: Tesco
Ocena: 4,5/5

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Bilet do Indii. Orientana Ajruwedyjski Szampon do włosów Trawa Cytrynowa i Imbir


Jeżeli miałabym wskazać te kosmetyki, których wybieranie przyprawia mnie o ból głowy, to byłyby to zdecydowanie produkty do włosów. Od lat toczę wojnę ze swoją szopą i skórą głowy. Zawsze coś którejś nie pasuje. Tym razem na półce w łazience wylądował chwalony przez włosomaniaczki szampon marki Orientana. Czego to ja o nim nie czytałam, ohohoho! Taki cud przemysłu kosmetycznego musiał trafić w moje skromne progi.

Standardowo zacznę od opakowania. Prosta plastikowa butelka, zamknięcie z klapką. Zasadniczo nie mogę się przyczepić. Jednak przypnę się do zamknięcia. Moim zdaniem dziurka w nakrętce jest stanowczo za mała, co rodzi pewne problemy z wydobywaniem szamponu z opakowania.

Niedogodności związane z wyciskaniem produktu wiążą się z jego konsystencją. Dziurka jest maleńka, a marchewkowo-perłowy szampon dość gęsty, przypomina trochę kisiel. Pomimo konkretnej formuły i braku SLS, szampon znakomicie się pieni. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się tego. Niewielka ilość produktu w połączeniu z wodą powoduje, że na głowie mam baranki piany.

Odrębną kwestią, na którą chciałabym zwrócić uwagę, jest zapach. Jest to o tyle istotne, że nie każdemu przypadnie on do gustu. Choć producent wspomina o imbirze i trawie cytrynowej, to jednak  nie można się nastawiać na aromat cytrynowej świeżości. Szampon pachnie "po indyjsku", ziołami i kadzidłem. Jeżeli kiedykolwiek zdarzyło wam się wstąpić do sklepu indyjskiego, to z pewnością znacie ten aromat. Ja za nim nie przepadam, więc nie mdleję z zachwytu.

Działanie? Cóż, tu jak zwykle zaczynają się schody. Tradycyjnie, włosy i skóra głowy mają na jego temat własne zdanie. Szampon nieźle oczyszcza, ale nie sprawia, że lwia grzywa jest szeleszcąca i skrzypiąca. Wręcz przeciwnie, Orientana głaszcze lwa i sprawia, że siano staje się dużo gładsze, miękkie i błyszczące. Cudownie domyka łuski włosów. Jest idealną parą dla każdej, nawet dość przeciętnej odżywki. Dla moich puszących włosów to szampon doskonały. Jest też druga strona medalu - moja skóra głowy za nim nie szaleje. Szampon ją trochę przesusza, pojawia się śnieg. Znam gorsze szampony pod tym względem, niemniej Orientana rozczarowała mnie odrobinę takim działaniem.

Długo przymierzałam się do tej recenzji i pisałam ją z ciężkim sercem. Byłabym całkowicie zakochana w tym szamponie, gdyby moja skóra głowy bardziej go lubiła. Szukam dalej.

Skład: Aqua, Lauryl Glucoside, Palm Kernel/Coco Glucoside, Emblica Officinalis Fruit Powder, Cocamidopropyl Betaine, Glyceryl Oleate, Sapindus Mukrossi Fruit Powder, Sodium Cocoyl Glutamate, Rosa Damascena Flower Oil, Glycerin, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Sodium PCA, Hydrolyzed Wheat Protein,Oryza Sativa Bran Oil, Acacia Concinna Fruit Powder, Symplocos Racemosa Bark Extract, Sepicontrol A5, Polyquaternim-10, Cymbopogon Schoenanthus Oil, Oramix NS, Hydrolyzed Sweet Almond Protein, Menthol, Xanthan Gum, Zingber Officinale Oil, Citric Acid, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate.

Cena: ok. 34 zł/210 ml
Dostępność: Super-Pharm, Drogerie Natura, merlin.pl, empik.com
Ocena: 4/5

piątek, 17 kwietnia 2015

Kraina mle(cz)kiem i miodem płynąca? Sylveco Łagodzący krem pod oczy

Miałam w głowie myśl, by kwiecień w całości poświęcić polskim kosmetykom. Zrezygnowałam jednak z tego pomysłu, ale dziwnym trafem wyszło, że dzisiaj na dywaniku wylądował trzeci z kolei produkt polskiej marki. Tym razem zabrałam się za kosmetyk Sylveco, firmy, która od kilku miesięcy szturmem zdobyła blogerskie serca. Moje zmiękczył na razie tylko jeden produkt, ale nadal przychylnie patrzę na resztę. Gdy zbieram się do zakupu kosmetyku pielęgnacyjnego, to w pierwszym momencie robię małe rozeznanie wśród produktów Sylveo (i Tołpy). Poszukiwania kremu pod oczy zaczęłam od przejrzenia strony Sylveco - zobaczyłam ten kosmetyk i wiedziałam, że muszę go mieć. Dlaczego?

Standardowo zacznę od opisu opakowania. Popatrzcie na zdjęcie obok. Już wiecie, dlaczego wybrałam ten krem? Tak, pompkofilia kwitnie i ma się dobrze. Sylveco urzekło mnie opakowaniem typu air less, które jest bardzo higienicznym rozwiązaniem. Szkoda tylko, że pojemnik jest nieprzezroczysty - na szczęście pod światło widać dokładne zużycie. Zasadniczo jednak nie mogę się do niczego przyczepić.

Zaskakujące jest to, co wypływa z tej pompki. Jak na krem to jakieś to dziwne. Jakieś to rzadkie. Sylveco ma wyjątkowo lejącą konsystencję, bardziej przypomina mleczko niż krem. Niesamowicie lekki produkt, szybko się wchłania. Można nałożyć go hojną (nawet bardzo) ręką, skóra przyjmie każdą ilość. 

Działanie? Konsystencja była niestety zapowiedzią tego, co mnie czekało. Lekka formuła oznaczała w tym przypadku lekkie działanie. Krem jest przeciętnym smarowidłem. Nie jest co prawda tak fatalny jak odżywcza Tołpa, ale na kolana nie powala. Bardzo delikatnie nawilża. I to właściwie na tyle. 

Myślę, że nastolatki, dopiero zaczynające swoją przygodę z pielęgnacją mogą być z niego zadowolone. Dziewczyny z dowodem w dłoni już mniej. Jako posiadaczka kawałka plastiku nie mogę polecić tego produktu. Słabizna, choć niedroga, duża (30 ml to jak na krem pod oczy naprawdę sporo) i w ładnym opakowaniu.

Skład: Aqua, Vitis Vinifera Seed Oil, Glycine Soja Oil, Sorbitan Stearate, Butyrospermum Parkii Butter, Sucrose Cocoate, Squalane, Caprylic/Capric Triglyceride, Glyceryl Stearate, Argania Spinosa Kernel Oil, Stearic Acid, Cetearyl Alcohol, Euphrasia Officinalis Extract, Centaurea Cyanus Flower Extract, Benzyl Alcohol, Xanthan Gum, Dehydroacetic Acid.

Cena: ok. 25-30 zł/30 ml
Dostępność: sklepy zielarskie (np. we Wrocławiu przy ul. Krupniczej, Helfy), helfy.pl, iwos.pl, zdrowekosmetyki.com.pl, Drogerie Natura
Ocena: 2,5/5

wtorek, 14 kwietnia 2015

Kropla magii? Evree Magic Rose


Zaledwie kilka dni temu pisałam o kwiatowym płynie Tołpy, pozostanę więc w temacie roślin i dzisiaj zajmę się produktem, któremu można powoli przypiąć miano kultowego. Kilka miesięcy zachwycała się nim cała blogosfera, teraz kilka kropel oleju działa cuda, niszczy krosty i wszelkie inne problemy vlogerek. Planowałam, że opublikuję swoją recenzję, gdy przebrzmią już wszystkie zachwyty. Niestety, nie udało mi się wstrzelić między jedną a drugą falę ochów i achów. Trudno. Wsadzę kij w mrowisko i trochę nim pokręcę. Lubię ten sport :D.

Olejek Evree Magic Rose, a właściwie cała marka Evree, szturmem zdobył serca rzeszy dziewczyn.  Sama nigdy nie należałam do miłośniczek olejków, a zwłaszcza do fanek namaszczania smalcem twarzy, ale zdecydowałam się, że coś musi być w tym Evree skoro wszystkie takie zakochane.

Zacznę od tego, nad czym najbardziej lubię się rozwodzić, czyli od opakowania. Szklane butelki nie sprzyjają ciapom, ale nie można odmówić im waloru solidności. Produkt nabiera się za pomocą pipety, która jest również porządna i mimo 3,5 miesiąca codziennego stosowania nadal działa bez zarzutu. 

Od jakiegoś czasu mam problemy z opisywaniem konsystencji. A to proszek, a to woda... Teraz zagadka: jaka może być mieszanka olejów (z dodatkami)? .................... Tłusta! Oczywiście, że olejek Evree jest tłusty. Nie jest to smalcowata, ciężka tłustość, nie jest to też kaliber oliwy z oliwek, Kujawskiego, czy olejku dla mam Babydream. Z drugiej strony daleko mu do suchej formuły olejku Nuxe. Taka średniotłusta konsystencja sprawia, że Evree daje uczucie kontroli nad rozprowadzaniem i dobrze sunie po skórze. Nie jestem jednak przekonana, czy tak powinien zachowywać się olejek, który dedykowany jest mieszanej cerze. Po rozprowadzeniu widoczna jest powłoka, która wyraźnie odbija światło. Ten film wchłania się częściowo po jakimś czasie. Po kilku minutach można nakładać makijaż.

Magic Rose to w założeniu produkt wielofunkcyjny, do stosowania o każdej porze dnia, jednak moim zdaniem nie w każdej porze roku. Zaczęłam przygodę z Evree na początku roku. Chociaż zima przebiegła łagodnie, to jednak zauważyłam, że kosmetyk lepiej sprawował się przy lekkim mrozie niż temperaturze kilku stopni na plusie. Przy mniej sprzyjającej aurze dobrze zabezpieczał skórę przed utratą wilgoci, działał trochę jak krem ochronny. Gdy słupek rtęci poszedł do góry, cera zaczynała stroić fochy. Moja skóra twarzy dość mocno przetłuszcza się w strefie T i jest ma tendencję do przesuszania na policzkach. Nie zauważyłam, żeby Evree znacząco wpłynął na ograniczenie produkcji sebum. Nie zniwelował także przebarwień i nie zmniejszył naczynek na nosie (to wszystko  prędzejbyłabym skłonna przypisać Effaclarowi Duo+, który włączyłam do pielęgnacji 1,5 miesiąca temu). Co w takim razie zrobił Evree? Dobrze odżywił skórę i ją zregenerował. Moja cera sprawia wrażenie bardziej "gęstej", takiej "najedzonej". Pomimo tego odżywczego działania olejek nie spowodował zanieczyszczenia skóry.

Czy polecam ten olejek, pachnący jak nadzienie różane? Tak. Nie sądzę jednak, że jest to produkt o właściwościach cudotwórczych, który w kilka dni zmieni oblicze skóry, a na niebie pojawi się tęcza i różowe obłoczki. Wręcz przeciwnie, uważam, że dopiero po kilku tygodniach można zaobserwować jego pozytywne działanie. Myślę, że sama do niego wrócę zimą, bo lato z tym produktem byłoby katorgą.

Skład: Rosa Canina Fruit Oil, Caprylic/Capric Triglyceride, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Vitis Vinifera Seed Oil, Helianthus Annuus Seed Oil, Oryza Sativa Bran Oil, Tocopheryl Acetate, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, BHA, Benzyl Salicylate, Citronellol, Eugenol, Geraniol, Hydroxycitranellal, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Parfum, Linalool.

Cena: ok. 30 zł/30 ml
Dostępność: Hebe, Natura, Super-Pharm, Rossmann
Ocena: 4/5

sobota, 11 kwietnia 2015

Zgrabny bukiet. Tołpa Botanic Białe kwiaty Delikatny płyn micelarny

Jeżeli miałabym wskazać markę, która ostatnio zawładnęła moim sercem, wybór byłby tylko jeden. Tołpa. Wiecie, patriotyzm lokalny i tego typu sprawy. Nie jestem w stanie tego racjonalnie uzasadnić, ale ostatnio buszowanie po półkach rozpoczynam od szukania znajomych etykiet z roślinami. Gdy rozglądałam się za nowym płynem micelarnym, Monika (Blog Moniszona) wspomniała o tym. Dwa razy nie musiała powtarzać.

Początkowo byłam dość sceptycznie nastawiona do tego produktu. Miałam już (nie)przyjemność używania płynu Tołpy z serii Hydrativ i tego produkowanego dla Biedronki pod marką BeBeauty. Miałam wrażenie, że wypali mi oczy. Czy Białe Kwiaty okazały się tak delikatne, jak obiecuje producent?

Zanim poddałam działanie płynu próbom ognia, musiałam zmierzyć się z opakowaniem, które. Kwestia wizualna jest mocną stroną "roślinnych" etykiet Tołpy, gorzej z samymi pojemnikami (kremy w metalowych tubach, ratuunku!). Płyn micelarny mieści się w prostej białej butelce (przyznałabym punkt za przezroczystą) zwieńczonej klapką, która po przyciśnięciu ujawnia dzióbek. Korzystanie z takiego rozwiązania, gdy butelka jest napełniona w znacznym stopniu, dostarcza wielu wrażeń - czasem można nie trafić w płatek, za to opryskać niczego niespodziewające się kafelki (albo mamę, która właśnie wpada do łazienki/pokoju).

Konsystencja? Nie będę się kompromitować, ileż można :D. Nadmienię tylko, że płyn się nie pieni (nie zaobserwowałam skwierczenia na waciku). Nie zostawia lepiącej warstwy na twarzy. Jest delikatny zarówno dla cery, jak i oczu - nic nie piecze, nie podrażnia i nie przesusza. Dodatkowym atutem jest zapach - delikatny, prawdziwe białe kwiaty, taki zwiewny i świeży (bałam się trochę jaśminu, od którego boli mnie głowa, ale w tej mieszance jego ostre nuty się gdzieś chowają).

Podstawowym działaniem płynu micelarnego powinno być usuwanie makijażu i zanieczyszczeń. Są różne płyny, jedne bardziej skuteczne, inne trochę mniej. Tołpa jest pośrodku. Nie jest to tak znakomity płyn jak Sylveco, ale radzi sobie z usuwaniem mniej odpornych kosmetyków. Makijaż twarzy nie stanowi dla niego problemu, delikatne szminki, błyszczyki, cienie i tusz także. Schody zaczynają się przy intensywnych kolorach i kosmetykach trwałych (co widać na załączonym obrazku). Tołpa rozpuści w sporej części makijaż tego typu, ale nie usunie go w całości. 


Pomimo tego, że Tołpa nie spełnia wszystkich moich oczekiwań, bardzo lubię ten płyn micelarny. Cenię jego piękny zapach, delikatne obchodzenie się ze skórą i oczami oraz zadowalającą skuteczność. Mogę go polecić, może nie gorąco, ale na pewno ciepło. Szczególnie w promocji (do końca kwietnia z kartą Lifestyle w Super-Pharmie jest 40% zniżki, bez karty 30%).

Skład: Aqua, Poloxamer 184, Disodium Cocoamphodiscetate, Polysorbate 20, Propylene Glycol, Sodium Hydroxide, Glycerin, Disodium EDTA, Sodium Citrat, Peat Extract, Sodium Chloride, Citric Acid, Rosa Centifolia Flower Extract, Jasminum Officinale Flower Extract, Bellis Perennis Flower Extractm Xanthan Gum, Parfum, Benzyl Alcohol, Salicylic Acic, Sorbic Acid.

Cena: ok. 22-23 zł/200 ml
Dostępność: Hebe, Super-Pharm, tolpa.pl
Ocena: 4/5

środa, 8 kwietnia 2015

Mały poślizg. Zużycia marca

Zwykle tak starałam się planować notki, by ta ze zużyciami pojawiła się w końcówce jednego miesiąca lub początku kolejnego. Tym razem, z uwagi na dość gorący czas (nie sugerujcie się termometrem za oknem), dopiero teraz znalazłam kilka chwil na przegląd pustych opakowań. Ostatnio zaliczyłam kilka różnych poślizgów (ten najlepszy zdarzył mi się w zeszły piątek, na pasach - nie pytajcie, puśćcie wodze fantazji :D).


Było: Tołpa Botanic Biała Wierzba Głęboko oczyszczający szampon-maska normalizujący - od pewnego czasu moje nogi niosą mnie do półek, na których stoją kosmetyki Tołpa. Gdy zobaczyłam w Rossmannie zieloną plakietkę przy tym kosmetyku, postanowiłam się na niego skusić. Jak żyję, nie używałam takiego dziwoląga. Moja skóra głowy to też dziwadło, więc ona i szampono-maska zadają się lubić, dlatego kupiłam kolejne opakowanie. Recenzja na pewno się pojawi, tylko muszę sobie wszystko poukładać w głowie.

Jest: To samo i Orientana Ajruwedyjski szampon do włosów Imbir i trawa cytrynowa.


Było: Yves Rocher Anti-age Redensifying Mask - produkty do włosów Yves Rocher jak dotąd mnie nie zachwyciły. Nie planowałam zakupu kolejnego, ale skusiła mnie spora promocja na tę maskę. Od dawna ostrzę sobie zęby na maskę Anti-Age z Organique, więc stwierdziłam, że może ta będzie jej odpowiednikiem. Recenzja niebawem, to dziwny produkt.
Eveline Arganowa maska 8w1 - kolejny dowód na to (po Kallosie Latte), że nie powinnam kupować odżywek/masek do włosów od pojemności większej niż 200 ml. Ta maska mnie pokonała. A początkowo byłam z niej zadowolona, wydawała się wykazywać działanie podobne do Organique Argan Shine (odżywienie, wygładzenie i połysk). Jednak droższa koleżanka wypadła dużo lepiej. Może Eveline zyskałaby we mnie większą fankę, gdyby ten pseudobudyniowy zapach (i kolor) nie był tak chemiczny i intensywny. Po jakimś czasie robiło mi się niedobrze na samą myśl o odkręceniu słoika.

Jest: The Body Shop Banana Conditioner - ostatnio nie jest o niej tak głośno, jak kilka lat temu, więc stwierdziłam, że to dobry moment, żeby w końcu trafiła do mnie (nooo i była promocja 2 w cenie 1... Taaak, znowu mam pół litra tego samego kosmetyku pielęgnacyjnego, głupia ja).


Było: Avene Cleanance Cleansing Gel - zaczęło się od zachwytu próbką, skończyło się na pełnowymiarowym opakowaniu i... powiększonej wersji (czeka grzecznie w zapasach)! Naprawdę polubiłam ten żel, głównie za jego gęstą konsystencję, która w połączeniu z wodą daje na skórze kremową pianę. I za dobre oczyszczanie skóry bez przesuszania.

Jest: Alverde Sensitiv Reinigungsemulsion Hamamelis Kamille - używałam kiedyś podobnego produktu z Rossmanna, dlatego postanowiłam dać szansę konkurencyjnemu kosmetykowi Alverde z DM. Mam mieszane uczucia.


Było: Tołpa Botanic Białe Kwiaty Delikatny płyn micelarny - ostatnio mam jakieś szczęście (odpukać!) do płynów micelarnych. Zachwycił Sylveco, zadowalał Paese... Tołpie też tym razem się udało. Więcej skrobnę już niebawem.
Nuxe Woda micelarna do demakijażu - jakiś czas temu sprawiłam sobie podróżny zestaw marki Nuxe, w skład którego wchodził między innymi ten krem. Zamierzam zafundować mu małą recenzję przy okazji wzmianki o reszcie miniatur. Zachwytu jednak nie było.

Jest: Mixa Płyn micelarny Optymalna Tolerancja - to moje pierwsze spotkanie z tą marką i jak na razie udane. Na tyle, że zdecydowałam się udzielić kredytu zaufania także produktowi dufazowemu.


Było: Avon Clearskin Pore Penetrating Mask - dobra maska do twarzy, na Avon kosmetyk wręcz wybitny. Nie tak skuteczna jak czyste glinki, ale całkiem nieźle oczyszcza. Maskę recenzowałam TU.
Dax Perfecta No Problem - nie wiem, co to, ale wiem skąd to (po cenie). Takie nic.

Jest: Avon Planet Spa Perfectly Purifying - chociaż ta maseczka jest równie wysoko oceniania, co jej poprzedniczka, to jak na razie nie polubiłyśmy się zbytnio. Mam wrażenie, że zupełnie nie działa na moją skórę.


Było: Tołpa Botanic Czarna Róża Odżywczy balsam-miód do ust - mały przyjemniaczek. Może nie idealny, ale całkiem dobry balsam do ust. Recenzja jest TUTAJ.

Jest: Bonnie Bell Lip Smacker Sprite - ojojoj....


Było: Yves Rocher Jardins du Monde Coffee Beans Żel pod prysznic - od dawna krążyły legendy o kawowym żelu YR. Oczywiście jestem sto lat za wszystkimi innymi, więc w mojej łazience zagościł dopiero niedawno. Cudo, cudo dla kawoholików. Budzi przed pierwszym łykiem kawy. Z pewnością jeszcze do niego wrócę.
Yves Rocher Organic Vanilla Shower Gel - uwielbiam zapach wanilii, dlatego przy realizacji jednej z ulotek w sklepie firmowym, zdecydowałam się na wybór prezentu w postaci tego żelu. O mamusiu. Pachnie obłędnie, takim waniliowo-karmelowym syropem, że wybaczam mu brak pompki (można sobie dokupić; dobrze, że YR nie sprzedaje żeli w workach i nie każe dopłacać za butelkę). Dodatkowo zapach bardzo długo utrzymuje się na ciele - biorę prysznic rano, a wieczorem, gdy ćwiczę i moja skóra jest rozgrzana jeszcze go czuję. Chyba będę wracała po kolejne butle. Może sprawię sobie też mleczko do ciała z tej serii. I wodę toaletową! Chcę wszyyyyyyystko!

Jest: to samo waniliowe cudo :).


Było: Intimelle Kremowy płyn do higieny intymnej Róża - biłam się z myślami w kwestii tego produktu. Niby to żadne tabu, ale jakoś wcześniej nie prezentowałam żeli do higieny intymnej. Doszłam jednak do wniosku, że warto wspomnieć o tym kosmetyku, bo jest naprawdę godny polecenia. Nie podrażnia, nie wysusza i odświeża. Do tego bardzo przyjemnie pachnie, ta róża nie jest nachalna. Do tego jest niedrogi. Do Natury marsz!

Jest: Lactacyd Emulsja do higieny intymnej Hydro Balance


Było: Ziaja Kakaowe masło do ciała - przy okazji ostatniego denka wspomniałam, że z zapachem tej serii mam dość skomplikowane relacje. Niestety, stało się to, czego się trochę obawiałam - po kilku użyciach ten kakaowo - cukrowy aromat zaczął mnie drażnić. A jak Ziaja wypadła pod innymi względami? Masło okazało się całkiem lekkie, właściwie nazwałabym ten kosmetyk balsamem. Moja skóra ładnie go piła. Jednak nie wszystkie partie mojego ciała się z nim zaprzyjaźniły - na ramionach, na biuście i na dekolcie pojawiły się piękne żółte diody. Nie planuję powrotu do tego produktu.

Jest: Dove Body Lotion Magnolia i Pistacja - ten zapach zachwycił mnie, gdy moja mama kupiła sobie żel pod prysznic. Gdy trafiła się promocja na duże pojemności balsamów, wiedziałam, że musiałam mieć to smarowidło.


Było: To co zwykle.

Jest: Ha! Garnier InvisiCool - też całkiem niezły :)


Było: Lolita Lempicka Forbidden Flower Edp- najbardziej klasyczna i szalenie popularna wersja Lolity nie bardzo mi się podoba. Za to fankom oryginalnej odsłony zwykle nie podoba się Forbidden Flower. Równowaga w przyrodzie musi być :D. Forbidden Flower to nie do końca kwiatowy zapach. Powiedziałabym raczej, że kremowo - migdałowy z delikatnym bukietem fiołków gdzieś z tyłu.

Jest: Zara Textures Edt - od dłuższego czasu słyszałam, że ta hiszpańska sieć ma w swojej ofercie godne uwagi zapachy. Textures to psikadło w sam raz dla fanek "niebieskich" zapachów z gatunku Light Blue i I love love. Drugą butelkę mam już w zapasach.


Było: BeBeauty Krem do rąk z masłem mango - ten krem pojawił się w ofercie Biedronki na Dzień Kobiet. Właśnie skończył mi się produkt, który nosiłam ze sobą w torebce, a ten miał różowe opakowanie i pompkę. Wystarczyło. Krem nie powalił mnie na kolana, był dość tłusty i mało odżywczy, ale nie zalazł mi zbytnio za skórę.

Jest: Nuxe Hand and nail cream


Było: Farmona Nivelazione Ziołowa Sól do kąpieli stóp - chociaż pogoda na razie na to nie wskazuje, już niedługo będzie można obudzić sandały z zimowego snu. Moje stopy po sezonie skarpetkowym zwykle stanowią obraz nędzy i rozpaczy, dlatego gdy temperatura zaczyna niebezpiecznie rosnąć, to pędzę do drogerii w poszukiwaniu kosmetyków do stóp. W tym roku zaczęłam przygodę od soli. Postawiłam na Farmonę, która świetnie zmiękcza naskórek i odświeża stopy. Bardzo polubiłam ten kosmetyk, zaprzyjaźniła się z nim także moja mama.

Jest: To samo :).


Było: Yves Rocher Beaute des Pieds Krem do stóp - ten krem utwierdził mnie w przekonaniu, że Yves Rocher nie potrafi stworzyć kosmetyków odżywczych. Ten krem miał być ratunkiem dla suchych stóp. No chyba dla stóp niemowlęcia. Jakieś plusy? Zapach - nie jestem fanką lawendy, ale w tym wypadku to największy atut tego produktu.
Lirene Stop Rogowaceniu Krem-maska 2w1 30% Urea - gdy wybierałam jakiś czas temu krem do stóp, to przez kilka minut stałam zdezorientowana przy półce. Nie wiedziałam, na co się zdecydować. Coś mi dzwoniło, że Lirene ma dobre kremy do stóp, więc postawiłam na tę markę. Ubzdurałam sobie, że im więcej mocznika, tym lepiej. Okazało się, że niekoniecznie. Po użyciu tego kremu moja skóra przypominała podeszwę. Zrogowacenia były wygładzone, ale cała stopa sprawiała wrażenie... sztywnej. Mogłam iść na spacer bez butów :D. Nigdy więcej!

Jest: Fusswohl Intensiv Creme - znalazłam w maminym koszyku z rzeczami zapomnianymi. Po kilku użyciach nie jestem w stanie go ocenić, ale jedno już wiem: w porównaniu z Lirene i YR jest genialny :).


Było: Debby What Lashes! Mascara - pierwsze koty za płoty. Początki z marką Debby były niezbyt udane, ale liczę, że więcej koszmarków w guście tego tuszu już się nie trafi. Więcej o tej maskarze przeczytacie TU.

Jest: Celia Lashes on top 100% rozdzielenia i objętości - lubię Celię, dobrze mi się kojarzy, więc gdy przeczytałam o tym, że w jednym z kobiecych czasopism dodatkiem są tuszem tej marki, popędziłam do kiosku. Zdecydowałam się na tę wersję, w głównej mierze z uwagi na nietypową szczoteczkę, która ma ząbki różnej długości.


Było: Catrice Waterproof Top Coat - przez lata szukałam wodoodpornego tuszu idealnego. Do tej pory nie udała mi się ta sztuka. Znalazłam za to coś, dzięki czemu odwlekłam trochę swoją mękę - z wodoodpornym topem Catrice mogłam używać dowolnego tuszu bez obaw o łzawą pandę. Szkoda, że producent postanowił wycofać ten produkt. Może jeszcze pojawi się w letniej edycji limitowanej.

Jest: To samo.

Marcowe porządki uważam za udane. Okna umyte, zapasy zredukowane. Alleluja i do przodu :D!

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Dla spóźnionych zajęcy. Stylowe zakupy z Twoim Stylem i Grazią (10-12 kwietnia)



Witam, witam i o zdrowie pytam. Zapewne część z was trzęsie się z zimna pod kocem. Tradycja w końcu zobowiązuje, w Lany Poniedziałek nie wypada mieć suchych ubrań w szafie :D. Pogoda też taka "smarkata", łatwo o przeziębienie. Spokojnie, już spieszę w pomocą! Co może być lepszym lekarstwem dla maniaczki kosmetyków niż rabaty, duuuuuużo rabatów? No właśnie. Już od tego piątku (pewna nowość w akcjach z kuponami) z Twoim Stylem (7,99 zł) oraz Grazią (2,99 zł) będzie można poszaleć. Tak w ramach spóźnionego zajączka. Jakie zniżki przygotowano tym razem? Zapraszam do lektury!

Stacjonarnie

Bath&Body Works - 30% zapłacimy za zakupy, jeżeli zdecydujemy się na co najmniej 2 produkty.

Dayli - 20% zapłacimy za całe zakupy. Ze zniżki wyłączone są produkty objęte akcyzą.

Hebe - 50% rabatu na drugi tańszy dermokosmetyk. Promocja nie obejmuje zestawów.

Organique - produkty Organique kupimy w sklepach stacjonarnych 20% taniej.

MAC - przy zakupach za min. 150 zł prezent - zaproszenie na makijaż o wartości 250 zł

Super-Pharm - 30% rabatu otrzymamy na 1 dermokosmetyk, natomiast 40% mniej zapłacimy przy zakupie min. dwóch. Z oferty wyłączone są produkty marki Cetaphil i zestawy.

The Body Shop - 20% rabatu na cały asortyment.

Yves Rocher - 30% na jeden kosmetyk (zniżce oczywiście nie podlegają kosmetyki oznaczone Zielonym Punktem), a dodatkowo przy zakupach za min. 59 zł tusz do rzęs w prezencie.

Online

Bandi - 20% rabatu na kosmetyki Bandi dzięki kodowi twojstyl20

cosmo24 - 20% po wprowadzeniu TwojStyl2015. Dodatkowo darmowa przesyłka, W ofercie sklepu znajdziemy m.in. Joico, Inikę, Thalgo i John Masters Organic.

Farmona - 20% na produkty do pielęgnacji twarzy, ciała i włosów (TwojStyl2015). Rabat jest ważny do 30 kwietnia.

Pat&Rub - kosmetyki tej marki będą 20% tańsze (TwojStyl2015).

Thalgo - od zakupów za kwotę 250 zł zostanie odjęte 50 zł (TwojStyl2015).

Wibo - aż 40% w sklepie internetowym marki. Kod: TS2015,

Stacjonarnie i w sieci

Alterna, Kevin Murphy, Living Proof - 20% na kosmetyki tych marek w wybranych salonach fryzjerskich i na hair2go.pl po wpisaniu TwojStyl2015

Braun - depilatory Braun Silk-epil 9 i zestawy Braun Face w wybranych sklepach RTV Euro Agd oraz na euro.com.pl można będzie kupić taniej o 20% (kod do sklepu internetowego: TwojStyl2015).

Douglas - zapachy 20% taniej w perfumeriach stacjonarnych i na douglas.pl (TWOJSTYL2015).

Golden Rose - 20% na cały asortyment na stoiskach stacjonarnych i na goldenrose.pl (TwojStyl2015).

Inglot - 20% na produkty poza akcesoriami i perfumami Oryginal by Anja Rubik. Zniżka obowiązuje zarówno w sklepach stacjonarnych, jak i online na inglot.pl (TwojStyl2015).

L'occitane - marka oferuje 15% na zakupy w salonach stacjonarnych (wyłączona jest linia Divine), a także w sieci na pl.loccitane.com (TwojStyl2015).

Mydlarnia u Franciszka - 20% na zakupy stacjonarnie i online na ufranciszka.pl (TwojStyl2015).

Paese - tym razem nie 40%, a 30% rabatu otrzymamy na stoiskach Paese i na sklep.paese.pl (TwojStyl2015).

Phenome - 25% mniej zapłacimy z kuponem w butikach marki, a dzięki kodowi TwojStyl2015 na phenome.pl

Stenders - w kilku butikach marki (Łódź, Warszawa, Katowice, Kraków, Poznań) oraz na stenders-cosmetics.pl (TwojStyl2015) zakupy będą 20% tańsze. Zniżką nie są objęte towary już przecenione.


Jak na razie to najlepsza akcja rabatowa pod względem kosmetycznym. Myślę, że zrealizuję kilka kuponów. A wam wpadło coś w oko?

piątek, 3 kwietnia 2015

Wybielona. Paese Puder ryżowy

Wiem, jestem okrutna. Pewnie wiele z was właśnie usiadło przy komputerze z kawą, by odpocząć po całym dniu biegania, załatwiania, gotowania, malowania... Pieczenia :D. Proszku do pieczenia i mąki macie zapewne po dziurki w nosie, a ja zamierzam was jeszcze pozadręczać białym pyłem. 

Puder ryżowy Paese kupiłam dość dawno, bo blisko rok temu. Skorzystałam z korzystnej zniżki w czasie akcji rabatowej, więc postanowiłam, że przed kolejną taką promocją zamieszczę recenzję pudru. Zniżka do Paese (30%) szykuje się już od 10 do 12 kwietnia, więc to dobra okazja, żeby zacząć sporządzać listę zakupów na te dni. Czy powinien się na niej znaleźć ten produkt?


Na wstępie zaznaczę, że posiadam ten kosmetyk w starej szacie graficznej (nowa prezentuje się TAK). Postanowiłam jednak opisać opakowanie starszej odsłony, bo chociaż opakowanie przeszło pewne przeobrażenia dłuższy czas temu (ponad pół roku), to jednak w sprzedaży zdarzają się takie egzemplarze, jaki ja posiadam. A opakowanie tej wersji jest przeokropne. Słoiczek jest wykonany niechlujnie, z plastiku kiepskiej jakości. Nic do siebie nie pasuje, nakrętka się nie dokręca w całości, sitko wypada (a razem z sitkiem cały produkt). Sitko nie jest w żaden sposób zabezpieczone. Niesamowicie mnie to irytowało, więc przesypałam produkt do porządnego słoiczka po podkładzie Lily Lolo.

Do pudru dołączony jest koszmarny pseudopuszek (właściwie gąbeczka), który rozwala się po pierwszym praniu. Gdybym sądziła produkt tylko po opakowaniu, to Paese dostało by jedynkę z wykrzyknikiem. Mam nadzieję, że następnym razem uda mi się złapać nowe opakowanie. "Następnym razem" - w ostatecznym rozrachunku puder nie wypadł tak źle. Właściwie, to okazał się całkiem dobry.

Puder Paese jest drobniutko zmielony (jak cukier puder). Proszek jest dość suchy i lubi podkreślać załamania skóry - zupełnie nie spisuje się pod oczy (i na pokiereszowany katarem nos). Został wzbogacony o delikatną pudrową nutę zapachową, która nie sprawia, że kosmetyk wierci w nosie. Pomimo swojego białego koloru, nie tworzy długotrwałego efektu twarzy posypanej mąką - kilka minut po aplikacji twarz jest lekko rozjaśniona, ale po jakimś czasie puder stapia się z podkładem.

Na koniec zostawiłam opis działania. To może być różne, w zależności od użytego narzędzia. Przy zastosowaniu pędzla puder matuje na krótko (maksymalnie 2 godziny). Sytuacja zmienia się, gdy w ruch pójdzie puszek (ja używam z Inglota) - po dokładnym wklepaniu kosmetyku w skórę zapewnia on mat nawet na 6-7 godzin (4-5, gdy użyję trochę tłustawego kremu z filtrem). 

Paese stworzyło naprawdę dobry kosmetyk, który może spodobać posiadaczkom tłustej cery. To konkretny zawodnik w walce z niepożądanym błyskiem. Zdecydowanie warto rozważyć jego zakup :).

Skład: Oryza Sativa Powder, Magnesium Setarate, Parfum, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin

Cena:  ok. 40/30 ml (15 g)
Dostępność: wyspy firmowe Paese (np. Wrocław Renoma), sklep internetowy producenta, Lady Makeup, Nocanka
Ocena: 4,5/5
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...