Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

środa, 25 marca 2015

Złoty chłopiec. Annabelle Minerals Podkład matujący Golden Fairest

Ciekawa jestem, ilu recenzji doczekał się ten podkład. Słyszała o nim chyba każda blogerka, pewnie znaczna część czytających ten post nawet go miała. Znany, lubiany, doceniany... Jeżeli myślicie, że się wyłamię, to jesteście w błędzie. Annabelle Minerals stworzyło po prostu dobry produkt i nawet przy szczerych chęciach, dużej dozie samozaparcia i kilkumiesięcznych testach nie potrafię (i nie chcę!) mu porządnie zepsuć opinii. Dziś słów kilka(-dziesiąt albo -set, wyjdzie w praniu) o takim Colorstayu wśród podkładów mineralnych (pod względem popularności; nie jestem w stanie porównać działania :D).

Jakiś czas temu zetknęłam się z kosmetykami Annabelle Minerals. W tamtym czasie bardziej pasowała mi wersja kryjąca. Nie odpowiadał natomiast żaden kolor. Na pełnowymiarowe opakowanie zdecydowałam się dopiero wtedy, gdy firma wprowadziła jaśniejsze warianty w ramach już istniejących linii. Z pewnymi obawami postawiłam na odcień z gamy złotej - Golden Fairest. Na rozgrzewkę wybrałam mniejszą, czterogramową wersję (Annabelle oferuje jeszcze 10 g proszku).


Cała zabawa z podkładami mineralnymi polega na tym, że z reguły są to kosmetyki sypkie. Trzeba się więc przyzwyczaić do tego, że to-to w słoiczku z sitkiem to nie puder wykańczający. Annabelle zadbało o komfort psychiczny użytkownika i odpowiednio zabezpieczyło swój słoiczek. Wieczko można przekręcić, dzięki czemu przy kolejnej próbie aplikacji nie zaatakuje nas chmura pyłu, gdy zabierzemy kosmetyk w podróż albo po prostu nam spadnie (jak to był w starszej wersji podkładu Pixie). Opakowanie jest na tyle porządne, że ciężko dobrać się do jego środka - aby wygrzebać resztkę, musiałam podważyć denko, co wcale nie było łatwym zadaniem.

Ostatnio mało pisałam o opakowaniu, a więcej o formule. Tym razem proporcje się zmienią, bo co pisać o sypkim podkładzie mineralnym? Podkład jest nieźle zmielony, chociaż bardziej przypomina mąkę pszenną niż cukier puder (głodna jestem :D). Nie ma w sobie grama kremowości, chociaż nie jest kredowo suchy. Ot, taki tam proszek.

Mam nadzieję, że wybaczycie mi zaburzenie dotychczasowego schematu. Zawsze na deser zostawiałam sobie kolor, tym razem chcę się nim zająć w tym miejscu. Wybrałam odcień Golden Fairest, najjaśniejszy wśród "złotek". Nie wiem, jak inne odcienie z tej gamy, ale Golden Fairest nie określiłabym mianem typowego złotka. Jest żółtawy, to taki żółty beż. Nie obraziłabym się także, gdyby był odcień odrobinę ciemniejszy i bardziej żółty, Czytałam jednak, że kolejny stopień w tej serii jest już wyraźnie pomarańczowy. Szkoda. Kurczaczkom zawsze wiatr w oczy.

Tym razem zakończę recenzję opisem działania. Każdy ma inne oczekiwania w stosunku do podkładu. Wskazania producenta mają nam podpowiedzieć odpowiedni kierunek. Twórca kosmetyku jednak nie zawsze trafia. Annabelle zaproponowało nam podkład matujący. Nie zgodzę się, co do tego, że jest to produkt matujący. Matowy owszem, ale nie działa aktywnie na skórę. Twarz po jego zastosowaniu się nie błyszczy jak bombka, ale nie jest też całkiem płaska. Powiedziałabym raczej, że to kosmetyk, który ma naturalne wykończenie i sprawia, że skóra wygląda zdrowo. Nie tworzy podkładowych zaskórników.

A jak z kryciem? Podkład ujednolica koloryt, dlatego samodzielnie sprawdzi się u osób, które poszukują wyrównania cery. Żółty pigment sprawia, że Annabelle neutralizuje zaczerwienienia. Nie ma się jednak co czarować, podkład samodzielnie nie da sobie rady, gdy na skórze pojawi się obraz nędzy i rozpaczy. Tutaj konieczna będzie ingerencja korektora.

Chała i prawie chwała
Annabelle Minerals stworzyło naprawdę dobry kosmetyk. Podkład, który nie wygląda na skórze jak ciasto, nieźle kryje i komfortowo się nosi. Myślę, że jeszcze do niego wrócę.

Skład: Mica, Titanium Dioxide, Zinc Oxide, Iron Oxide, Ultramarines.

Cena: 34,90 zł (59,90 zł)/4 g (10g)
Dostępność: strona producenta, sklep stacjonarny (Warszawa, ul. Mokotowska 51/53), Mintishop, Mineral Cosmetics
Ocena 4,5/5

niedziela, 22 marca 2015

Czarno to widzę? Avon Clearskin Pore Penetrating Black Mineral Mask

Niby zwierzęta budzą się z zimowego snu, zatwardziałe gospodynie domowe zawzięcie myją okna, a młodzież zaczyna okupować ławki w parkach z piwem w rękach. Dziewczyny zakładają spódnice, niedługo zapewne zobaczymy panów w skarpetkach i sandałach. Mówiąc krótko: dzieje się. Ludzie są pełni zapału, w końcu zdejmują ozdoby choinkowe i wyrzucają drzewka... Każdy coś robi. Tylko mi się nic nie chce. Dopadł mnie leń-gigant, klawiatura się zastała i pisanie postów idzie mi mozolnie. Czarno widzę swoją blogową karierę :D.

Dziś chciałam napomnkąć kilka (taaa) słów o maseczce, którą zamówiłam skuszona dobrymi opiniami. Domyślam się, że często autorkami laurek są konsultantki, które chcą zarobić, ale dałam wiarę temu, że nie tylko one używają kosmetyków, które sprzedają i mają o nich dobre zdanie (jeżeli się mylę, to wyprowadźcie mnie z błędu :D).

Kwestię opakowania potraktuję po macoszemu. Po raz kolejny nie bardzo jest o czym pisać.Standardowa tubka, półprzezroczyste opakowanie z klapką. Rozwiązanie proste i wygodne.

Maseczka ma ciekawą formułę. Jej konsystencja jest dość gęsta. Jednocześnie produkt nie jest tępy; przeciwnie, łatwo się rozprowadza, dobrze sunie po skórze. Ta "smarowność" jest spowodowana pewnie tym, że maseczka jest jakby lekko tłusta. Co ciekawe, na skórze zasycha na beton (nawet jest szara :D!) jak maseczki z glinki (podobnie opornie się zmywa i identycznie syfi wszystko dookoła). Jednak każde zwilżenie wydobywa z niej tę tłustawość (co można zaobserwować podczas zmywania). Może przez taką formułę, kosmetyk nie zostawia skóry nieprzyjemnie suchej i jakby zupełnie odartej z sebum.

Jak działa? Prawie magicznie. Taaak, sama dziwię się, że piszę to o kosmetyku marki Avon. Ale maska naprawdę działa! Efekt nie jest może długofalowy, ale przez mniej więcej pół dnia cieszę się widocznie czystszą skórą. Nawet mój okropny nos wygląda trochę lepiej - maska nie likwiduje czarnych kropek, ale delikatnie zwęża pory, przez co twarz jest gładsza. Ponadto skóra się nie przetłuszcza, jest matowa, ale nie jest to tępy, kredowy mat. 

Maska Clearskin przyjemnie mnie zaskoczyła. Nie wykluczam kolejnych opakowań, chociaż wydaje mi się, że efekt po maseczce z czystej glinki utrzymuje się dłużej. Ten kosmetyk będzie dobrą opcją dla leniuszków, którym nie chce się rozrabiać proszku.

Skład: Aqua, Hydrated Silica, Ethylhexyl Palmitate, Propylene Glycol, Glycerin, Bentonite, PEG-8, Isoceteht-20, Polysorbate 20, Xanthan Gum, Sodium Methyl Cocoyl Taurate, Butylene Gycol, Salicylic Acid, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Phenoxyethanol, Hamamelis Virginiana Extract, Simethicone, Parfum, Sodium Chloride, Disodium EDTA, Hydroxyethylcellulose, Magnesium Aluminium Silicate, Camellia Sinesis Leaf Extract, Eucalyptus Globulus Leaf Extract, Saccharomyces/Copper Ferment, Saccharomyces/Zinc Ferment, Saccharomyces/Magnesium Ferment, Saccharomyces/Manganese Ferment, Saccharomyces/Iron Ferment, Saccharomyces/Silicon Ferment, CI 77491, CI 77492, CI 77499.

Cena: 16 zł/75 ml
Dostępność: za pośrednictwem konsultantek Avon
Ocena: 4/5

poniedziałek, 16 marca 2015

Gorzka słodycz. Catrice Beautyfying Lip Smoother 030 Cake Pop

Stali bywalcy pewnie wiedzą, że dużym sentymentem darzę marki niemieckiej firmy Cosnova, swego czasu szalenie popularne Essence i Catrice (ich "gwiazda" w ostatnich latach nieco przygasa, ale wciąż mają rzeszę wiernych fanek, gotowych na maraton po mieście za nowymi edycjami limitowanymi). Sama coraz rzadziej zerkam w stronę Essence, ale czasem zdarza mi się majstrować przy Catrice. Podczas ostatniej promocji w Hebe, do koszyka wpadł mi produkt, który cieszy się dobrymi opiniami - błyszczyko-balsam inspirowany kosmetykiem Clarins uwiódł niejedną maniaczkę kosmetyków. Czy ze mną poszło mu tak łatwo? Zapraszam do dalszej lektury, którą jak zwykle rozpocznę od opisu opakowania.

Aplikator jest dość nietypowy jak dla produktu do ust w tubce. Zapewne każda z nas kojarzy te ścięte (albo zaokrąglone) końcówki z dziurką. Tymczasem Catrice również postawiło na "skosy", ale zamiast twardego, gołego plastiku zdecydowali się na bonus w postaci przyjemnej dla ust gąbki. Rozwiązanie nietypowe, ciekawe, ale chyba trochę mniej higieniczne niż to klasyczne, z dziurką. Gąbki nie można zdjąć, a raz na jakiś czas wypada ją umyć (tymczasem plastik wystarczyło lekko przetrzeć). Warto to zrobić, ponieważ gdy nagromadzi się na niej produkt, to nie wygląda (i nie pachnie) zbyt przyjemnie.

Formułę błyszczyko-balsamu też mogę zaliczyć do atutów tego produktu. Nie jest to typowy klejuch, Catrice rozprowadza się na ustach jak balsam (mniej więcej jak taki Carmex w tubce minus chłodzenie). Chociaż producent oszczędził nam efektu Kropelki, nie oznacza to jednak, że błyszczyk jest obojętny dla kącików ust (lekko je łapie) i włosów (też lubi je "przytulić"). Kosmetyk jest słodki w smaku i równie apetycznie pachnie, dzięki czemu jakoś tak miło się go stosuje. Na razie nie jest źle, prawda? To jedziemy dalej.

Uparcie nazywam ten kosmetyk błyszczyko-balsamem, chociaż producent twierdzi, że to "upiększający wygładzający balsam do ust". Balsam do ust, pfffffffff, też mi coś. Co prawda każdy ma inne preferencje, ale wydaje mi się, że większość osób, która marzy o balsamie do ust, będzie miała na myśli kosmetyk, który będzie pielęgnował wargi (nawilżał albo odżywiał, albo jedno i drugie). Zgadza się? Tymczasem Catrice WYSUSZA. Chyba nie to tygryski lubią najbardziej, prawda?

Minusem jest też trwałość tego produktu. Nie linczujcie mnie, wiem, że to nie tint, ale chyba godzina na ustach bez jakichkolwiek atrakcji w postaci rozmów, jedzenia i picia, to chyba trochę mało. Wybaczyłabym, gdyby ta marna trwałość była rekompensowana świetnymi walorami pielęgnacyjnymi. Tymczasem po tej godzinie jestem szczęśliwa, że to dziadostwo zniknęło i mogę przystąpić do akcji ratunkowej.

Na deser zostawiłam sobie kolor. Cała seria inspirowana jest "french manicure", więc wszystkie trzy odcienie są dość przejrzyste. Ja wybrałam ten najbardziej intensywny, różowy 030 Cake Pop. Kolor jest naprawdę ładny, bardzo delikatny, nie sposób mu odmówić uroku. 



Miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle. Nie wszystko będzie dobre dla każdego. Chociaż na temat tego produktu pojawiło się wiele pieśni pochwalnych, ja mu laurki nie wystawiam i gorąco odradzam.

Skład: POLYBUTENE, PARAFFINUM LIQUIDUM (MINERAL OIL), OCTYLDODECANOL, SORBITAN OLIVATE, C12-15 ALKYL BENZOATE, SILICA DIMETHYL SILYLATE, MICA, SILICA, BUTYROSPERMUM PARKII (SHEA BUTTER), MYRISTYL LACTATE, SIMMONDSIA CHINENSIS (JOJOBA) SEED OIL, TOCOPHERYL ACETATE, ZEA MAYS (CORN) STARCH, SODIUM POTASSIUM ALUMINUM SILICATE, SACCHARIN, BHT, ALUMINA, ALUMINUM HYDROXIDE, TIN OXIDE, AROMA (FLAVOR), PHENOXYETHANOL, CI 15850 (RED 7 LAKE), CI 73360 (RED 30 LAKE), CI 77491, CI 77492, CI 77499 (IRON OXIDES), CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE).

Cena: 14,99 zł/9 ml
Dostępność: Drogerie Natura, Hebe, wybrane Super-Pharmy i Kauflandy
Ocena: 2/5

środa, 11 marca 2015

Przez żołądek na rzęsy. Debby What Lashes! Fiber Volumizing Mascara

Muszę się do czegoś przyznać. Po raz kolejny zresztą. Jak facet bywa psem na baby, tak ja jestem psem na promocje. Lubię zniżki. Szczególnie takie dużego kalibru. 40%, 50%, 70%...  Niestety, duża przecena nie zawsze oznacza świetną okazję, o czym już kilkukrotnie się przekonałam. Tak, tak, niby mądry Polak po szkodzie, ale tuszu za dychę to żal było nie wziąć :).

Dzięki korzystnej przecenie w Super-Pharmie w moje ręce trafiła maskara włoskiej marki Debby. Włochy do tej pory kojarzyły mi się wyłącznie ze smakołykami natury kulinarnej, więc postanowiłam udzielić kredytu zaufania ich produktom kosmetycznym. Na pierwszy ogień poszedł tusz młodszej siostry Deborah, Debby.

Nad opakowaniem produktu nie ma się sensu dłużej zatrzymywać, ponieważ nie wybija się ono w jakiś szczególny sposób. Za to chwilę poświęcę wnętrzu. Tusz Debby niemalże od razu skojarzył mi się z maskarami Scandaleyes marki Rimmel. Identyczna gigantyczna włochata szczota (nie lubię) i ogromny otwór, dzięki któremu na aplikatorze zawsze znajduje się o pięć kilogramów tuszu za dużo (nienawidzę). Zawsze sobie ufajdam tym powiekę.

Taki typ szczotki nie należy do moich ulubionych, ale postanowiłam się nie zrażać i optymistycznie wyobrażałam sobie owocną współpracę. Zapał ostudziła konsystencja. Tusz jest niesamowicie gęsty. Jeżeli wziąć pod uwagę to, że nabiera się go dużo... Resztę dopowiedzcie sobie sami. Albo nie, ja to zrobię. Rozczesanie rzęs włochaczem z dużą ilością ciągnącego się jak ser na pizzy tuszu jest prawie niewykonalne. Macham i macham, a na rzęsach coraz więcej produktu, a samych rzęs jakby coraz mniej. Pogrubienie jest więc naprawdę konkretne (zlepienie raczej, ale kto by się czepiał szczegółów). Producent wskazuje, że tusz ma też wydłużać - tutaj się nie mogę przyczepić, widzę dość interesujący efekt. Może z uwagi na te szalone ilości, jakie lądują na włoskach, rzęsy nie są w stanie utrzymać tego tuszu - Debby lubi się trochę osypać w ciągu dnia. Nie pamiętam, kiedy ostatnio zdarzyło mi się coś takiego. A to ci psikus, czegoś takiego to się nie spodziewałam.


Pierwsze spotkanie z włoską Debby uważam za średnio udaną przygodę. Nie zrażam się jednak, mam jeszcze dwa upatrzone produkty; może one wypadną lepiej.


Skład: Aqua, Paraffin, VP/Hexadecene Copolymer, Copernicia Cerifera Cera, Cera Microcristallina, Cera Alba, Propylene Glycol, Triethanolamine, Acacia Senegal, Hydroxypropyl Methylcellulose, Candelila Cera, Palmitic Acid, Stearic Acid, Glyceryl Stearate, PEG-75 Stearate, Trimethylpentanediol/Adipic Acid/Glycerin Crosspolymer, Ricinus Communis Oil, Polyamide-5, Nylon-6, Hydrolyzed Wheat Protein, PG- Propyl Silanetriol, Hydroxyethylcellulose, Sodium Dehydroacetate, Decylene Glycol, Triethoxycaprylylsilane, Disodium EDTA, Sodium Chloride, Silica, Phenoxyethanol, CI 7499, CI 77268.

Cena: ok. 32 zł/14 ml
Dostępność: Super-Pharm
Ocena: 3/5

niedziela, 8 marca 2015

Jeszcze więcej, jeszcze taniej? Weekend zniżek 14 i 15 marca z Avanti i Wysokimi Obcasami



Jeszcze dzisiaj można szaleć z Joy, Cosmopolitan i Hot, a to nie koniec. Łowczynie zniżek mogą ostrzyć pazurki już na kolejny weekend, bowiem 14 i 15 marca będzie można kupować taniej z Avanti (cena bez dodatku to 4,99 zł, z peelingiem albo balsamem Dax to 6,99 zł) i Wysokimi Obcasami (bez dodatku kosztują 7,99 zł, z filmem "Zimowa opowieść" 29,99 zł) . Czy i tym razem maniaczki kosmetyków znajdą coś dla siebie?

Sklepy stacjonarne

Bath&Body Works - powtórka z rozrywki; -30% przy zakupie dwóch dowolnych produktów.

Super-Pharm - popularna sieć oferuje kupon rabatowy w wysokości 50% na drugie perfumy (tańsze lub w tej samej cenie).


Stacjonarnie i online

Golden Rose - fanki tej marki ucieszą się z rabatu w wysokości 20%. Kuszą mnie lakiery z wiosennej kolekcji, więc może i ja ruszę z kuponem w świat. Kod na goldenrose.pl: OAKTHMBM

Sklepy internetowe

Aromatella - cały nieprzeceniony asortyment (w tym kosmetyki) po wpisaniu Avanti będzie tańszy o 20%

BeautyPlanet - 25% zniżki na urządzenia do pielęgnacji, liftingu i odmładzania twarzy i ciała w domu dzięki kodowi AVANTI2015

BeeYes - pszczoły znowu o 20% tańsze za sprawą Bee20.

beGlossy - 20% na pierwsze pudło w subskrypcji lub pakiecie po wpisaniu GLOSSY20OFF.

Cocolita - 10% na wszystkie nieprzecenione produkty z oferty po wprowadzeniu Cocolita10
;
Hean - w następny weekend wysyłka gratis!

MintiShop - kto nie upolował wymarzonych produktów dziś, ma szansę niedługo; od 14 do 20 marca obowiązuje kod MINTISHOP10, który uprawnia do 10% zniżki.

Pat&Rub - 20% na wszystkie produkty i zestawy dzięki EKOZAKUPY.

Wibo - tak jak i dzisiaj, kosmetyki tej marki można będzie kupić 40% taniej. Kod to AVANTI2015.

Na razie czasopisma nie rozpieszczają kosmetykoholiczek zniżkami. Ciągle czekam na Inglota, Organique i Paese. A wy widzicie coś dla siebie?

piątek, 6 marca 2015

Czarny koń w pielęgnacji ust? Tołpa Botanic Czarna Róża Odżywczy balsam-miód do ust

Wielokrotnie napomykałam, że uwielbiam kosmetyki do ust, choć te moje dwie kreski nie są wielkim atutami (nie są ani wielkie, ani nie są atutami; taki skrót myślowy). Uważam jednak, że nawet o takie cudaki natury (nie mylić z cudami) trzeba jakoś zadbać.

Gdy jestem na zakupach, zawsze zerkam na wieszaki z produktami do ust. Chwytam i oglądam każdą nowość, w nadziei, że znajdę coś dla siebie. Do tej pory udało mi się trafić na świetny balsam Nuxe i masę innych, przeciętnych mazideł-smarowideł. Jakiś czas temu przeczytałam pozytywną opinię Hexx o balsamie z Tołpy, więc przy kompletowaniu prezentu gwiazdkowego dla siebie postanowiłam wcisnąć do paczki ten kosmetyk.

Seria Botanic cechuje się naprawdę piękną szatą graficzną. Jak nie lubię kwiatków (chyba że są z czekolady i znajdują się na torcie), tak przyznaję, że te kosmetyki cieszą oko. I to byłoby na tyle w kwestii zalet związanych z opakowaniem. Balsam znajduje się z prostym plastikowym słoiczku, który nie jest specjalnie piękny. Kosmetyk nie należy do najtańszych, dlatego uważam, że producent mógłby się postarać bardziej - nie twierdzę, że słoiczek powinien być puzderkiem, ale mógłby być choć odrobinę bardziej porządny (mnie pękła nakrętka).

Konsystencja kosmetyku jest początkowo dość zbita, przypomina zimne masło. W miarę używania produkt robi się coraz bardziej smarowny (jak stopione masło), dobrze sunie po wargach. Można zaaplikować grubszą warstwę; Tołpa w przeciwieństwie do Nuxe się nie roluje. Formuła jest delikatnie oleista, balsam zostawia delikatny połysk. Produkt ma żółty kolor, jednak nie barwi ust.

Zanim przejdę do działania, zajmę się jeszcze dwiema kwestiami. Pierwszą z nich jest zapach. Myślałam, że kosmetyki z tej samej linii będą podobnie pachniały. Tymczasem widzę różnicę między zapachem peelingu a tego balsamu do ust. Peeling pachnie arbuzem z kwiatową nutą, natomiast w przypadku balsamu wyczuwam zielonego banana. Niestety, zapach zmienia się z czasem; w obecnej chwili czuję... wazelinę. Być może takie zachowanie jest spowodowane drugą sprawą, o której chcę wspomnieć, czyli przydatności do używania. Producent wskazał, że balsamu powinno się używać zaledwie przez trzy miesiące od otwarcia.

Początkowo nie przekonywało mnie działanie tego produktu. Wydawało mi się, że przez lżejszą formułę jest słabszy niż Nuxe. Okazało się, że Tołpa wcale nie ustępuje koledze z Francji. Miód świetnie sprawdzał się na noc (z racji mało higienicznego opakowania mieszkał w domu) - po każdej aplikacji budziłam się z idealnie gładkimi i miękkimi ustami. Początkowe obiekcje wynikały chyba z tego, że po Nuxe czułam jeszcze produkt na ustach rano, natomiast po zastosowaniu Tołpy usta były zadbane, ale suchutkie. Nie suche, nie przesuszone, ale po prostu "gołe". Musiałam się do tego przyzwyczaić.

Tołpie udało się stworzyć całkiem dobry balsam do ust. Nie jest to może produkt idealny, ale całkiem porządny.

Skład: Cera Alba, Isopropyl Myristate, Olea Europaea Fruit Oil, Lanolin Alcohol, Polyglyceryl-3 Diisostearate, Aqua, Persea Gratissima, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Cetyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Butyrospermum Parkii, Cetearyl Alcohol, Honey Extract, Rosa Hybrid Flower Extract, Propylene Glycol, C10-30 Cholesterol/Lanosterol Esters, Garcina Indica Seed Butter, Peat Extract, Sodium Saccharin, Xanthan Gum, Disodium EDTA, Aroma.

Cena: ok. 20 zł/8 g
Dostępność: wybrane drogerie Rossmann, merlin.pl, tolpa.pl
Ocena: 4/5

wtorek, 3 marca 2015

Długo, ale na temat. Zużycia lutego

Najkrótszy miesiąc w roku za nami, jeeeeeeej! Faktycznie, jest się z czego cieszyć. Zwłaszcza, że marzec zapowiada się bardzo obiecująco. Zabierają nam godzinę snu, zaczną się podmuchy wiatru urywające głowę, nie wiadomo będzie, czy zabrać kożuch, czy może poprzestać na pantofelkach. Więcej osób przejdzie na dietę glutenową (zawsze w marcu jest najwięcej "smarkaczy"). Cudownie, po prostu re-we-la-cja. Chyba zapadnę w sen przedwiosenny. Jednak zanim to zrobię, zajmę się sprawami przyjemnymi, związanymi z poprzednim miesiącem. Panie i... Panie, czas na prezentację zużyć!


Było: Hipp Szampon pielęgnacyjny - jesteś mamą i kochasz swoje dziecko? A może lubisz siebie? Jeżeli na którekolwiek pytanie odpowiedziałaś twierdząco, to ten produkt powinnaś omijać szerokim łukiem. Zamierzam napisać więcej, o ile wcześniej coś mnie nie trafi.

Jest: Orientana Ajruwedyjski szampon do włosów - moje włosy go lubią, skóra głowy i nos nie przepadają. Ciągle nie mam wyrobionego zdania.


Było: Sylveco Lipowy płyn micelarny - butelkę numer 2 zużyłam z równie wielką przyjemnością, jak pierwszą. W dalszym ciągu twierdzę, że to świetny produkt i z pewnością nie raz jeszcze u mnie zagości. Recenzję można przeczytać TUTAJ.

Jest: Tołpa Botanic Białe kwiaty Delikatny płyn micelarny - do tej pory nie pasowały mi płyny micelarne tej marki (bądź produkowane przez Tołpę), więc do tego podchodziłam ostrożnie. Dramatu nie ma, odpukać, na razie jest dobrze.


Było: Balea Augen Make-up Entferner oelhaltig - niedroga i całkiem skuteczna dwufazówka. Ale dla utwierdzenia się w tym przekonaniu kupiłam kolejną sztukę :).

Jest: To samo.


Było: Avene CleananceK Cream Gel - jakiś czas temu seria Cleanance przeszła mały lifting. Producent zrezygnował z tego kosmetyku. I miał w tym względzie całkowitą rację, po co sprzedawać krem, który nie robi nic?

Jest: La Roche-Posay Effaclar Duo+ - lubiłam wcześniejszą wersję, mam nadzieję, że i ta u mnie zaplusuje.


Patrzcie, patrzcie i płaczcie. Taka ze mnie tapeciara.

Było: Bourjois 123Perfect CC Cream - dobry, choć dziwny produkt. Lejąca konsystencja i dość dziwna kolorystyka nie każdemu przypadną do gustu. W moim przypadku wymagał porządnego przyklepania pudrem, inaczej chyba by mi po prostu zjechał. Więcej na jego temat znajdziecie TU.
Annabelle Minerals Podkład matujący - wbrew nazwie nie jest może mistrzem matowienia, ale polubiłam jego krycie i naturalny wygląd na twarzy. Zamierzam napisać o nim więcej, zasłużył sobie.

Jest: Bourjois Healthy Mix - podkład, którego wstyd nie znać. Często chwalony, ulubieniec wielu. Nie powiem, korci mnie, żeby mu dokopać. Na razie jednak mi nie podpadł. Szkoda :D.


Było: Nivea Harmony Time Kremowy żel pod prysznic - uwielbiam kremowe żele Nivea tak bardzo, że przełknę i różę w ich wydaniu. Nie znalazłam lepszych.
Farmona Szarlotkowy żel pod prysznic - szczerze mówiąc, nie spodziewałam się zbyt wiele po tym produkcie. Oczekiwałam popłuczyn w stylu Isany, tymczasem Farmona uraczyła mnie prawdziwie żelową gęstą konsystencją. Zapach również był przyjemny, ale bardziej odpowiadał mi w postaci masła. Może jednak rozejrzę się za innymi wariantami żelu.

Jest; Yves Rocher Jardins du Monde Coffee Beans Żel pod prysznic - kaaaaaaaaaaaaaawaaaaaaa! I tyle w temacie :D.


Było: Dax Perfecta Miss Marine Perfumowany peeling do ciała - taki tam głaskacz o zapachu morskiej kostki do WC. Gdyby ktoś czuł się zachęcony, to za 6,99 zł można go obecnie złapać z czasopismem Avanti (a w Avanti są kupony na 14 i 15 marca).

Jest: Tołpa Botanic Czarna Róża Regenerujący peeling-masaż do ciała - ostatnio mam chyba jakąś fazę na Tołpę :).


Było: Farmona Sweet Secret Szarlotkowe masło do ciała - czy coś co pachnie jak ciasto mojej mamy może być złe? Oczywiście, że nie. Masło z Farmony umilało mi ostatnie tygodnie nie tylko apetycznym zapachem, ale i niezłym działaniem. Pisałam o nim TU.

Jest: Ziaja Kakaowe masło do ciała - zapach tej serii jest mi świetnie znany, kojarzy mi się z latem po maturze. Raz go lubię, innym razem nie znoszę. Zdecydowałam się na masło, bo jakiś czas temu trafiła się ta "lepsza" faza.


Ktoś, coś :D?


Było: Avon Femme EDP - z tą marką rzadko jest mi po drodze (kilka razy przeżyłam "szok kolorystyczny" - tak duża była rozbieżność między odcieniem w katalogu a rzeczywistym kolorem). Jakiś czas temu w jednym z katalogów wpadła mi w oko kampania promocyjna nowego zapachu z Weroniką Rosati w roli głównej. Jakiś czas później zaczęło być o Femme głośno także w blogosferze. Popularność minęła i wtedy na zapach zdecydowałam się ja. Był niedrogi (16 zł), więc zaryzykowałam. Opłaciło się. Femme to naprawdę przyjemny zapach. Nie jest ciekawy (co nie oznacza, że jest nieciekawy :D), określiłabym go mianem bezpiecznego i biurowego. Nie potrafię stwierdzić, co w nim czuję - w każdym razie żadną z wyłuszczonych not zapachowych. Jeżeli będziecie miały okazję, to niuchnijcie :)!
Yves Rocher Pear Caramel EDT - zakopałam gdzieś w szufladzie buteleczkę z resztką gruszkowo-karmelowej wody z YR. To był deser dla nosa, chociaż może odrobinkę zbyt słodki.

Jest: Lolita Lempicka Forbidden Flower - przyjemny, lekko mydlany, kwiatowo-świeży zapach. Lubię go na sobie, ale nie każdemu przypadnie do gustu.


Było: For Your Beauty Peeling szklany - moje początki z tego typu pilnikami były dość burzliwe, ale koniec końców udało mi się przekonać do szklanego ścieraka z Rossmanna. W tej chwili nie wróciłabym do papierowych ani bananów, które kiedyś tak bardzo lubiłam. Szklany nie szarpie, daje większą kontrolę nad spiłowywanym obszarem (można oglądać serial i człowiek nie zorientuje się, że właśnie pozbawił się połowy paznokcia). Lubię to!

Jest: To samo.

To już wszystkie produkty, z którymi rozprawiłam się w lutym. Cieszy mnie zużycie podkładów, muszę zredukować swoje zapasy w tym zakresie. Kusi mnie zakup jakiegoś cud-fluidu z wyższej półki (mile widziane wasze typy). A wam jak poszło?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...