Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

sobota, 28 lutego 2015

Od siebie dla siebie. Weekend zniżek 7 - 8 marca z Cosmopolitan, Joy oraz Hot



Po czym poznać, że nadchodzi wiosna? Nie tylko po pojawiających się gdzieniegdzie przebiśniegach, rękawiczkach walających się po torebce i głowie bez czapki, ale także po rozpoczynającym się sezonie zniżek w gazetach. W tym roku pierwszy weekend z rabatami zafundowały nam czasopisma Cosmopolitan, Joy i Hot. Idealnie trafiły, bo wybrały termin, w którym przypada Dzień Kobiet. Można iść na zakupy i czuć się zupełnie rozgrzeszoną - w końcu jakiś prezent się należy, prawda :)?

Stacjonarnie

Bath&Body Works - rabat w wysokości 30% zostanie przyznany przy zakupie co najmniej 2 produktów.

Dayli - uzbrojone w jedną z gazet, możemy sobie sprawić jakiś prezent w tej sieci drogerii - ta przyjemność będzie kosztowała 20% mniej.

Super-Pharm - tym razem SP proponuje ofertę, w ramach której przy zakupie dwóch dowolnych lakierów marki Life, drugi otrzymamy za połowę ceny. Słabo.

The Body Shop - 20% na cały asortyment to propozycja godna rozważenia.


Stacjonarnie i online

Kevin.Murphy - 20% na wszystkie kosmetyki marek Kevin.Murphy, Living Proof, Alterna na stronie hair2go.pl oraz w wybranych salonach fryzjerskich


Online

Alledrogeria  - po wpisaniu kodu 20SKIN79 otrzymamy 20% rabatu na produkty marki Skin79, natomiast jeżeli wprowadzimy hasło 15SLEEK, to kosmetyki Sleek kupimy z 15% upustem.

Barwa - magiczne BC25iii15 wprowadzone na stronie marki sprawi, że za produkty w koszyku zapłacimy 25% mniej.

Beautyblender - cudaczna gąbka (wraz z innymi zabawkami do jej oporządzania) będzie tańsza o 10% po wpisaniu kodu weekendBB

BeeYes - pszczoły bzyczą, że z kodem Bee03 kupimy produkty marek Propolia i BeePure taniej o 20%.

Joy Box - grudniowe pudełko tańsze o 20%? Czemu nie, może kogoś skusi kod BOXOFJOY.

Matique - ten sklep, oferujący kosmetyki ekologiczne oferuje zniżkę w wysokości 20% po wpisaniu MATIQUE. Co ciekawe, kod łączy się z innymi promocjami obwiązującymi na stronie.

MaxDrogeria.pl - skromne 10% na kosmetyki damskie dzięki kodowi weekend.

MintiShop - cuda owinięte w bibułkę można będzie nabyć z rabatem w postaci 10% na cały asortyment. Kod SHOPPING10 będzie obowiązywał do 7 do 11 marca.

Pat&Rub - marka oferuje 15% za wszystkie produkty i zestawy. Ponadto zniżka łączy się z innymi promocjami na stronie. Wystarczy wprowadzić kod WIOSNA15.

Thalgo - 50 zł mniej przy zakupach za min. 250 zł to propozycja marki Thalgo (kod COSMO),

Wibo - popularna i niedroga marka, którą część z nas kojarzy z Rossmannów wystartowała z własnym sklepem internetowym. Na hasło COSMO2015/ otrzymamy aż 40% zniżki.


Widzicie coś dla siebie? Kilka ofert wpadło mi w oko, może się na coś zdecyduję. Szkoda, że nie ma Paese albo Inglota.

środa, 25 lutego 2015

Dwa bieguny. Rimmel Lasting Finish Colour Rush 500 The redder, the better, 710 Drive me nude

Wstyd się przyznać, ile czasu spędziłam z otwartym edytorem Bloggera, obrobionymi i wrzuconymi zdjęciami. Kursor migał, migał i migał, a litery jakoś nie chciały układać się w słowa. Napisanie więcej niż trzech zdań stało się nie lada wyzwaniem. Dzisiaj otworzyłam zakładkę bez większego przekonania; liczę, że jakoś to pójdzie, gdy już się wyżalę. Uzbrojona w kubek kawy przystępuję więc do zrecenzowania produktów, które mnie przyjemnie zaskoczyły (spokojnie, pazurki nadal ostre; marudzenie o bublach jest przewidziane w marcowym repertuarze). 

Muszę wyznać, że choć uwielbiam produkty do ust, do mazideł w formie kredek podchodziłam raczej sceptycznie. Nie do końca wiedziałam, jak ugryźć kosmetyk tego typu, czyt. z której strony mogę się uczepić jak rzep psiego ogona. Zwykle jednej było bliżej trwałości szminki, druga marka celowała w błyszczykowy połysk, a trzecia na piedestale stawiała właściwości pielęgnacyjne. Rimmelowi udało się stworzyć produkt, który te trzy cechy w znacznym stopniu godzi.

Nad opakowaniem nie będę się rozwodzić. Kredka jest wysuwana, nie trzeba jej więc temperować. Plastik, w którym znajduje się sztyft jest porządny, mimo wędrówek w torebce, nic nie stało się z opakowaniem. Jednym małym minusem jest nietrwałość napisów, które dość szybko zaczynają się ścierać. To jednak drobnostka.

Kredka ma przyjemną, delikatnie maślaną konsystencję. Nie jest zbyt zbita, ale jednocześnie się nie rozciapuje. Gładko sunie, nie wylewa się mocno za kontur warg. Dobrze przylega do ust, może dlatego cechuje ją naprawdę dobra trwałość, choć różni się ona w zależności od odcienia  czerwień pozostaje na ustach około 8 godzin (trzy szklanki wody, dwie kawy, sałatka i 4 cukierki), "nude" około 4-5 godzin. Czerwona zjada się równomiernie, pseudonude od środka. Pigmentacja odcieni także się różni - czerwień jest bardzo intensywna i kryjąca, lżejsza wersja delikatniej barwi. Wykończenie tych dwóch odcieni też nie jest identyczne - czerwień jest mniej połyskująca, nude bardziej błyszczykowa.

Wspomnę jeszcze o właściwościach pielęgnacyjnych. Rimmel nie stworzył może kolorowego odżywczego balsamu do ust, ale kredki delikatnie nawilżają i wargi długo są miękkie i gładkie w dotyku. Cudów nie ma, ale muszę oddać temu produktowi to, że w pewnym stopniu dba o usta.

W swojej kolekcji posiadam w tej chwili dwie wersje kolorystyczne (miałam cztery, ale dwie jakoś mi nie pasowały, plastikowe róże to nie moja bajka). Czerwień jest absolutnie piękna - na moje oko neutralna, dość naturalna i świetna nawet na co dzień. Nosi się ją komfortowo. Gorzej jest z odcieniem nude, który może bardzo rozczarować fanki korektora na ustach (uparcie odmawiam określania mianem "nagich ust" beżowych szkaradzieństw; nie znam nikogo z wargami w kolorze MAC NC20 czy innego Max Factora). O ile po aplikacji usta wydają się delikatnie różowe z fioletową nutą, tak po mniej więcej 30 minutach noszenia kolor zmienia się na ładny, ciemniejszy żywy róż. Mnie to pasuje, ale uważam, że coś takiego nie powinno mieć miejsca, zwłaszcza, że producent nie zaznaczył wyraźnie, że jest to kosmetyk, którego docelowy kolor ma być inny z uwagi na utlenianie się.


Kredki Rimmel uważam za udaną odsłonę marki. Z pewnością sprawdzę jeszcze inne odcienie. Miałyście przyjemność z tymi kredkami? A może znacie inne, które mogłybyście polecić?

Cena: ok. 18 - 24 zł
Dostępność: Hebe (najtaniej), Natura, Super-Pharm, Rossmann
Ocena: 5/5 (czerwień) 4/5 ("nude")

P.s. The redder, the better otrzymałam od marki Rimmel.

wtorek, 17 lutego 2015

Deser idealny? Farmona Sweet Secret Szarlotkowe masło do ciała

Pewnie wspominałam już, że z warzyw i owoców najbardziej lubię czekoladę (mój brat lubi żółty ser). Na nic wysiłki wychowawcze mojej mamy, od dziecka nie pałałam miłością do owoców. Dość wyraziście demonstrowałam to, co sądzę o pieczołowicie tartym jabłuszku. Mama się nie poddała i w końcu udało jej się przekonać mnie do jabłek. Częściowo, ponieważ jabłka uznaję tylko w tej jednej formie, pod postacią szarlotki.

Szarlotkowe masło do ciała trafiło do mnie przypadkiem (na który złożyło się kilka czynników, ale mniejsza z tym). Choć uwielbiam ciasto mojej mamy, nie byłam przekonana do tego kosmetyku - bałam się, że producent przesadzi i albo masło będzie pachniało chemicznym jabłkiem, albo torebką sproszkowanego cynamonu. I tak źle, i tak niedobrze. Po kolei.

Seria Sweet Secret od dawno uśmiechała się do mnie ze sklepowych półek. Jak na łasucha przystało, na widok apetycznych etykiet zaczynało mi burczeć w brzuchu. Farmona wiedziała, co robi :). Jeżeli chodzi o opakowanie, to nie ma o czym się rozpisywać. Prosty słoik zabezpieczony sreberkiem, ot tyle zabawy.

Konsystencja masła naprawdę przyjemnie mnie zaskoczyła. Spodziewałam się raczej balsamu w słoiku (czyli czegoś w guście maseł Joanny czy Isany), tymczasem konsystencja tego kosmetyku okazała się bardziej gęsta i zbita (trochę mniej niż masła shea The Body Shop). Produkt mimo tego łatwo się rozprowadza, dobrze sunie po skórze. Nie zostawia smug. Wchłania się zadziwiająco szybko - po 5-10 minutach można zakładać ubranie. Nie wsiąka jednak całkowicie, czuć delikatnie tłustawą warstwę na skórze (nie jest ona ekstremalnie tłusta i ciężka; po prostu czuć, że coś na ciele jest).

Jak działa? Nie jest geniuszem pielęgnacji. Dobrze natłuszcza skórę i delikatnie ją odżywia. Masło zostało zaakceptowane przez moje łydki i ramiona. Z pewnością nie jest to kosmetyk na duże spustoszenie, jakie czasem pojawia się na łokciach i kolanach, ale to dobry krem do codziennej pielęgnacji.

Na koniec, niejako na deser, zostawiłam sobie opis zapachu. Jeżeli mimo wszystko nie przekonują was właściwości pielęgnacyjne, macie jakieś zastrzeżenia odnośnie składu, to jeżeli jesteście fanami szarlotki, to zapomnicie o obiekcjach, gdy tylko wsadzicie nos do słoika. Farmona idealnie odtworzyła zapach kwaskowatych jabłek z nutą cynamonu. Mniam, zgłodniałam :D. Zapach nie utrzymuje się może specjalnie długo, bo w granicach 3 godzin, ale przez ten czas skutecznie cieszy zmysł węchu. Przynajmniej mój.

Przypadkowy zakup okazał się tym razem bardzo udany. Myślę, że jeszcze wrócę do tego kosmetyku, przyjemnie używa się kosmetyku, który tak ładnie pachnie i całkiem nieźle działa.

Skład: Aqua, Butyrospermum Parkii Butter, Ethylhexyl Stearate, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Paraffinum Liquidum, Glyceryl Stearate, Sodium Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Isohexadecane, Polysorbate 80, Cera Alba, Cyclopentasiloxane, Cyclohexasiloxane, Dimethicone, Parfum, Propylene Glycol, Pyrus Malus Fruit Extract, Hydrolyzed Milk Protein, Lactose, Cinnamomum Zeylanicum Bark Oil, Inulin Lauryl Carbamate, Xanthan Gum, Disodium EDTA, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, BHA, E150C, CI 16255, Cinnamal.

Cena: ok. 15 - 17 zł/225 g
Dostępność: Drogerie Natura, Hebe, Douglas
Ocena: 4/5

czwartek, 12 lutego 2015

Mała-wielka różnica. Inglot Chusteczki Matujące

Myślałam, myślałam i wymyśliłam! O czym można pisać w dniu, w którym musi być choć odrobinę tłusto (ile pączków na liczniku, przyznawać się)? Oczywiście, że o tłuszczu! Do wyboru miałam oponkę na brzuchu albo smalec na twarzy. Wybrałam tę drugą opcję. 

Zawsze fascynowała mnie idea bibułek matujących. Po co mi to, skoro można dołożyć pudru, gdy zajdzie taka potrzeba? Może zabrzmi to głupio, gdy wyjdzie to spod klawiatury całkiem młodej jeszcze osoby (ekhem, zależy od punktu siedzenia), ale w wiekiem skóra się zmienia. To, co znosiła kilka lat temu, niekoniecznie odpowiada jej dzisiaj. Obecnie nie przepada za zbyt ciężkimi podkładami i kolejnymi warstwami pudru. Staram się ją możliwie jak najbardziej odciążyć, więc ograniczam ilość szpachli. Dodatkowe porcje pudru (chociaż puderniczkę i tak noszę ze sobą) zastąpiłam bibułkami matującymi.

Mam pewien problem z produktami tego typu. Bo one właściwie nie matują (przynajmniej nie w ten sposób, który ja rozumiem pod pojęciem "matowienia"), a "odtłuszczają" skórę. Mniejsza z tym.

Bibułki Inglota były na mojej liście od długiego czasu, pamiętam, że polecała je jedna z dziewczyn (Hexx?). Byłam dość sceptycznie nastawiona po papierkach z Wibo, więc trochę się ociągałam z zakupem. W końcu się zdecydowałam i... DLACZEGO TAK DŁUGO ZWLEKAŁAM?

Zacznę, tradycyjnie już, od opakowania. Kartonowa, niezbyt wytrzymała koperta. W środku ma pasek taśmy, która chyba ma ułatwiać wydobywanie arkusików. Nie wiem, czy to działa, odkleiłam ten pasek po zużyciu wszystkich bibułek. Może gdybym się wcześniej mu przyjrzała, to klęłabym upychając na powrót nadmiar w kopercie :D.


Bibułki są wykonane z dość ciekawego materiału. Wibo i Theatric są bliższe szkolnej prasowanej bibule, a Inglot jest trochę inny. Tworzywo jest dość śliskie, takie lejące. Gdy się je zegnie, to z łatwością można rozprostować (widać miejsca zagięcia, ale nie są one takie głębokie jak w przypadku Wibo/bibuły). Są bardzo wytrzymałe, nie rozrywają się.

Jak działa taka niepozorna kartka? Jak widać na załączonym obrazku, bibułka z Inglota jest całkowicie biała i nieprzezroczysta (Wibo i Theatric są różowe i prześwitują). Po przyłożeniu do twarzy, Inglot z białej robi się przezroczysta. Jest bardzo chłonna, jedna bibułka wystarcza na całą twarz. Twarz po zastosowaniu tego niepozornego cudaka staje się na powrót matowa.

Bardzo żałuję, że postanowiłam zdradzić Inglota. Za karę zużyję te bibułki, które mam, a potem lecę po te. Wątpię, żebym w podobnej cenie znalazła coś równie dobrego. Polecam!

Skład: Polypropylene, Mineral Oil, Dimethyldibenzylidene Sorbitol.

Cena: ok. 22 zł/50 sztuk
Dostępność: salony i punkty firmowe Inglota, Douglas
Ocena: 5/5

poniedziałek, 9 lutego 2015

Piękna i... bestyjka. Bell 2skin Pocket Pressed Powder Mat 041 Translucent

Puder to jeden z tych produktów, które muszę mieć w swoim podręcznym kosmetycznym zestawie ratunkowym. Nie zawsze jest mi potrzebny, ale wolę mieć go na podorędziu (tak jak np. lek przeciwbólowy). Nigdy nie wiesz, co się danego dnia stanie, lepiej być przygotowanym na każdą ewentualność (np. taką, że w ciągu dnia rozwalą się Twoje okulary - mały śrubokręt jest zawsze w cenie :D).  

Lubię kosmetyki, które są "wielofunkcyjne". Cenię sobie wygodę i oszczędność, dlatego lubię, gdy puder, który nakładam na twarz rano, mogę z powodzeniem zabrać na spacer. Czy ten kosmetyk okazał się takim wielozadaniowym (właściwie to dwuzadaniowym) produktem? Spokojnie, powściągnijcie swe konie, nie wszystko od razu. Czas na rozbiór pudru od podstaw, czyli zaczynamy od opakowania.

Puderniczka 2skin pocket to jeden z dużych atutów tego produktu. Solidnie wykonana; to opakowanie, które można otworzyć bez łamania paznokci, a przy tym posiada lusterko i gąbeczkę (to ostatnie jest w tym przypadku zbędne, ale o tym za chwilę). Takie opakowanie jest wręcz stworzone do torebki. Bell udowadnia, że można sprzedać niedrogo kosmetyk w porządnym opakowaniu (Wibo powinno wziąć korki u Bell - podobnie jak Maybelline i Rimmel).

Puder ma przyjemną konsystencję, jest jedwabisty, choć trochę suchy w dotyku. Nie jest sprasowany na kamień, ale też nie jest jakoś maślany. Bell dobrze zmieliło swój produkt. Puder nie powoduje pogorszenia stanu cery. Pachnie dość specyficznie, delikatnie jakby wapnem (owocowy puder Borujois mnie trochę rozpieścił).

Chciałabym napisać, że z nakładaniem nie ma problemów, ale nie do końca tak jest. Puder nie lubi się z załączoną gąbeczką. Nie przepada też za puszkiem i płatkiem kosmetycznym. Przykro mi, ale jeżeli jesteście posiadaczkami rozszerzonych porów i nie chcecie wyglądać jak świeżo wypieczony biszkopt, to warto zaopatrzyć się w pędzel. Coś wybredne te pudry z mojej kosmetyczki; ten nie lubi się z puszkiem, ryżowy z Paese na odwrót... Nie dogodzisz.


Najważniejszą kwestią w przypadku pudru matującego jest jednak jego działanie. Cóż, Bell z pewnością nie będzie moim ulubionym pudrem. W lecie dawał ciała na całej linii (na filtrze i podkładzie), bo matowił twarz na jakąś godzinę w porywach do półtorej. Zdecydowanie lepiej sprawował się w chłodnych miesiącach - jednak wynik 3 godzin w dalszym ciągu mnie nie satysfakcjonuje. W końcu się zdenerwowałam i zaczęłam go używać tylko pod oczy - o dziwo, do zagruntowania korektora sprawdził się świetnie (mam suchą skórę pod oczami). Tak sobie myślę, że to świetny puder matujący, ale... dla cery suchej!

Góra: puder Bell
Dół: puder Yves Rocher Porcelanowy
Na koniec zostawiłam kolor. Wybrałam odcień transparentny, który jest jednocześnie najjaśniejszym z całej gamy. Puder jest minimalnie żółtawy w opakowaniu, ale na skórze wydaje się bardziej neutralny. Na szczęście nie zmienia koloru podkładu, dobrze współpracuje i z klasycznymi fluidami, i z minerałami.

Szkoda, że tym razem nie mogę triumfalnie zakrzyknąć "dobre, bo polskie". Puder Bell okazał się nad wyraz przeciętny. Moja cera się z nim nie polubiła, szybko zaczynała pyskować. Tłuścioszki, odpuście go sobie.

Skład: Talc, Aluminium Starch Octenylsuccinate, Mica, Titanium Dioxide, Isocetyl Stearoyl Stearate, Octyldodecyl Stearate, Kaolin, Methyl Methacrylate Crosspolymer, Methylparaben, Propylparaben, PEG-8, Tocopherol, Dimethicone, Ascorbyl Palmitate [+/- CI 77491, CI 77492, CI 77499]

Cena: ok. 13 - 20 zł/9 g
Dostępność: Biedronka, Drogerie Hebe, Natura, Jasmin
Ocena: 3-3,5/5

piątek, 6 lutego 2015

Muesli na śniadanie. Yves Rocher Culture Bio Odżywczy krem do rąk

Jeszcze kilka lat temu o poranku do szczęścia wystarczyła mi tylko kawa. Teraz jednak nie wyjdę z domu (albo wyjdę, gdy wyciągają mnie za uszy) bez czegoś bardziej pożywnego w żołądku. Czasem jednak nie mam czasu na przygotowywanie posiłku w domu, dlatego ratuję się gotową sałatką albo kupuję jogurt i muesli. Jajecznicy to nie zastąpi, ale z braku laku zjem trawę albo trociny. Moje dłonie też jakiś czas temu zaczęły dostawać śniadanie w postaci kremu do rąk Yves Rocher. Czy sprostał ich oczekiwaniom?

Seria Culture Bio (w odświeżonej wersji) była swego czasu popularna w wizażowym wątku YR. Dziewczyny rozpływały się nad zapachem muesli i miodu, szczególnie w przypadku żelu pod prysznic. Ale i krem zyskał grono fanek. Tak, kupiłam ten produkt wyłącznie z uwagi na pozytywne opinie. Tak, żałuję.

Zanim wyleję wszystkie żale, chwilę uwagi poświęcę opakowaniu. Tubka z klapką jest bardzo poręczna. Z uwagi na niewielkie rozmiary łatwo wsunąć ją do torebki.

Konsystencję kremu określiłabym mianem standardowej. Nie jest zbyt rzadka, ale nie przypomina też maści. Porównałabym ten produkt do kremu Isana z mocznikiem, ale Yves Rocher jest odrobinę bardziej "zbity", skoncentrowany, cięższy. Ten ciężar spowodowany jest tym, że krem jest zwyczajnie tłusty. Obietnicę "aksamitnej, nietłustej konsystencji" można włożyć między bajki. Dla pewności przeprowadziłam test w autobusie - po 40 minutach podróży, przy wysiadaniu wykonałam pełen obrót na rurze połączony z efektownym siadem :D. To jest smalec, koniec i kropka.

Dobra, pal licho tłustość, mogłabym mu to wybaczyć, gdyby za taką formułą szło cudowne działanie (wylądowałby przy lampce i ładowałabym go na noc). Niestety tak nie jest. Krem właściwie powierzchownie koi suchą skórę. Wystarczy chwilę poprzerzucać papiery albo umyć dłonie, by skóra wróciła do stanu sprzed aplikacji - zaawansowanego stadium zimowego sucharka. Mam w związku z tym pewne podejrzenia:
1. moja skóra zwyczajnie nie trawi masła shea w dużym stężeniu - nie sprawdziło mi się czyste pod oczy, nie daje rady w rozmaitych kremach do rąk (np. słynnym L'occitane); ta teoria jednak pada, ponieważ z balsamem shea z Organique się polubiłam.
2. Yves Rocher nie potrafi robić kosmetyków odżywczych - ich odżywczy krem do stóp to zawodnik wagi piórkowej, podobnie jak super odżywcze mleczko do ciała, równie odżywczy balsam do ust, czy bohater tej notki właśnie. Przeciętne to, aż boli.

Jakieś plusy? Tak, całkiem przyjemny zapach, faktycznie czuję muesli z miodem (ale bez mleka - szkoda, wtedy zapach nie byłby taki papierowy).

Chyba potrzebny mi odwyk od Yves Rocher. Ostatnio kosmetyki tej marki rozczarowują mnie na całej linii.

Skład: Aqua, Isopropyl Myristate, Butyrospermum Parkii Butter, Glycerin, Glyceryl Stearate Citrate, Acer Saccharium Extract, Caprylic/Capric Triglyceride, Ricinus Communis Seed Oil, Stearyl Alcohol, Mel, Hordeum Vulgare Stem Water, Helianthus Annuus Seed Oil, Glyceryl Stearate SE, Benzyl Alcohol, Cetyl Alcohol, Xanthan Gum, Parfum, Hudrogenated Castor Oil, Avena Sativa Kernel Extract, Sodium Benzoate, Zea Mays Starch, Alcohol, Salicylic Acid, Castanea Sativa Seed Extract, Citric Acid, Potassium Sorbate, Sodium Hydroxide.

Cena: ok. 20 zł/75 ml
Dostępność: sklepy firmowe Yves Rocher, sklep internetowy
Ocena: 2/5

wtorek, 3 lutego 2015

Mistrzyni w kategorii żółwi. Zużycia stycznia

Taaak, styczeń już za nami! Dla przypomnienia: to ten paskudny miesiąc, gdy trzeba jeszcze udawać, że realizuje się postanowienia noworoczne, a każdy dzień to Blue Monday. Na szczęście jest już luty i bez wyrzutów sumienia można walnąć się na kanapę i obłożyć pączkami.

Początek roku był mizerny w moim wykonaniu, także w przypadku zużyć. Wystartowałam z tym projektem powoli, jak na żółwia lub ślimaka przystało. Dlatego śmieci ze stycznia będzie mało. Odkuję się! Kiedyś :D.


Ryba psuje się od głowy, a ja od niej zaczynam prezentację zużyć. Tym razem nie wpadło nic do włosów, dlatego od razu przejdę do pielęgnacji twarzy.

Było: Yves Rocher Peeling z pudrem z moreli - głaszczący, drogi bubelek (20 zł za takie maleństwo to zdzierstwo w porównaniu z 15 zł za 150 ml morelowej Sorayi). Nie mam zastrzeżeń jedynie do jego zapachu. Od peelingu oczekuję jednak konkretnych działań, a nie tylko apetycznych nut zapachowych.

Jest: Sylveco Oczyszczający peeling do twarzy - ten kwiatkami nie pachnie, ale ma korund, więc jestem wstępnie ugłaskana.



Było: Yves Rocher Sebo Vegetal Maseczka oczyszczająca - ach, ten YR i ich zniżki... Muszę w końcu oduczyć się biegania tam z wywieszonym językiem i dużą zniżką pod pachą. Kosmetyki tej marki są dość drogie, co więcej, nawet po obcięciu połowy ceny nieczęsto warte uwagi. Nie zauważyłam jakichś spektakularnych efektów po tej maseczce. Skóra była przez chwilę odarta z sebum i to na tyle. Ponadto denerwował mnie jej alkoholowy zapach. Nie skuszę się ponownie.

Jest: Nacomi Glinka Ghassoul - zaniedbałam ostatnio glinkę. Dlaczego? Jestem najzwyczajniej w świecie leniwa i wolałam sięgać po gotowe rozwiązania. Obiecuję poprawę.



Było: Bell 2skin Pocket Pressed Powder Mat - kilka miesięcy temu był szał na ten puder. Zupełnie nie potrafię zrozumieć dlaczego. Z serii 2skin zachwycił mnie róż, ale puder na kolana nie powala. Spodziewajcie się recenzji w najbliższych dniach.

Jest: Yves Rocher Coleurs Nature Puder Matujący - gdy kończyłam drugi poziom na karcie klienta, postanowiłam wziąć właśnie ten kosmetyk, bo cieszył się dobrymi opiniami. Teraz można dostać go za mniej niż połowę ceny, ponieważ zmieniają opakowanie (ciekawa jestem, czy coś "odświeżą" także w składzie - YR lubi wycofywać albo psuć dobre kosmetyki).



Było: Inglot Bibułki matujące - po przygodzie z Wibo zastanowiałam się, czy produkt tego typu jest mi w ogóle potrzebny. Dzięki Inglotowi wiem, że absolutnie tak! Skrobnę więcej jeszcze w tym miesiącu.

Jest: Theatric Professional Bibułki Matujące Super Absorbujące - na razie pochłonęły moje pieniądze i cierpliwość.


Było: Lirene Miodowy nektar do mycia ciała - sernikiem pomarańczowym nigdy nie pogardzę. Zapach jest genialny, opakowanie mniej. Bardzo irytuje mnie ta maleńka dziurka, przez którą trzeba wyciskać produkt.
Yves Rocher Fresh Rose Shower Gel - dawali na urodziny, to wzięłam. Zaskoczyłam tym samą siebie, ponieważ, ze wszystkich dostępnych wersji, mój nos zaakceptował jedynie różaną. Żel pachnie naprawdę przyjemnie, ta róża nie jest za słodka i nie przytłacza. Poważnie zastanawiam się nad zakupem balsamu z tej serii - jeżeli miałyście, to dajcie znać!

Jest: Nivea Harmony Time Kremowy żel pod prysznic - zapomniałam już, jak bardzo lubię żele Nivea. Postanowiłam odświeżyć sobie pamięć. Co jak co, ale kremowe żele tej marki są świetne; lubię je do tego stopnia, że kupuję chętnie nawet różę w ich wydaniu :).


Było: Yves Rocher Expert Reparation Mleczko odbudowujące do skóry bardzo suchej - może jestem uprzedzona, ale mnie się formula mleczka nie kojarzy z regeneracją i skórą suchą. Uważam, że takie piórkowe konsystencje nie mają odpowiedniej mocy. I tym razem się nie pomyliłam. Mleczko pięknie pachnie (aromat kojarzy mi się z kosmetykami dla dzieci), szybko się wchłania, ale nie przynosi wybitnej ulgi suchej skórze.
Isana Body Creme Sheabutter&Kakao - gigantyczne masło w niskiej cenie. Świetne smarowidło do codziennego stosowania.

Jest: Farmona Sweet Secret Szarlotkowe masło do ciała - pachnie jak ciasto mojej mamy i to wystarczy, żebym je pokochała.


Było: Wellness&Beauty Badeoel mit vertvollem Sesamoel&Vanille-Extract - w dalszym ciągu uważam, że cuda do wanny to strata pieniędzy (chociaż nie odmówiłabym zestawu do kąpieli w ramach prezentu - ot, taki paradoks). Zdecydowałam się jednak na ten olejek, bo Angel podpowiedziała, że to świetne smarowidło do ciała. Uwielbiam wanilię, więc musiałam mieć tę małą buteleczkę, Zużyłam z dużą przyjemnością, w zapasie czeka kolejna.

Jest: Wellness&Beauty Badeoel mit Provence-Lavendel&Olivenoel - nie przepadam za lawendą, ale uwielbiam kolor fioletowy. Gdy wybrałam się po waniliowy olejek, lawendowy sam wskoczył mi do koszyka. I nie żałuję, bo zapach pozbawiony jest tej świdrującej lawendowej nuty, która tak  bardzo mnie drażni.


Było: Yves Rocher Culure Bio Odżywczy krem do rąk Miód i Muesli - nie chcę się tu rozpisywać, ten pan zasłużył osobną notkę.
L'occitane Hand Cream 20% Shea - postanowiłam dać kolejną szansę L'occitane. Miałam kiedyś trzy miniaturki kremów do rąk tej marki i nie byłam tak zachwycona jak powinnam. Niestety, nadal podtrzymuję swoje zdanie - to nie jest rewelacyjny krem. Moja skóra chyba nie lubi masła shea.

Jest: p2 Ultra Moisturizing Hand Sorbet - prosiłam mamę o zakup kremu do skórek, ale pomyliła się i wzięła krem do rąk. Kosmetyki do dłoni schodzą u mnie jak woda (przynajmniej w zimie), dlatego nie ma płaczu, wyciapie się.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...