Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

sobota, 31 stycznia 2015

Hit czy kit? Lovely Nude Make-up Kit


Nie należę do mistrzyń makijażu. Ciągle się uczę malować siebie (z różnym skutkiem), czasem operuję pędzlami na kimś innym (ekhem, przemilczmy to). Wierzcie lub nie, ale używanie kosmetyków kolorowych sprawia mi przyjemność. Mniej więcej taką jak jedzenie czekolady (dobra, trochę przesadziłam). W ostatnim czasie upodobałam sobie mazanie oczu, więc często sięgam po cienie do powiek, często też w mojej kosmetyczce pojawiają się nowe. Ostatnio jednak wygrzebałam paletkę, która zagościła w kosmetyczce mniej więcej rok temu, a jakoś do tej pory nie doczekała się nawet małej wzmianki. Panie i Panowie, przed Państwem Biedanaked, czyli paleta, którą możesz wykonać "nudowy" (cytat prosto z opakowania) makijaż oczu i nie wydasz w tym celu milionów monet.

Opakowanie z pewnością nie jest atutem tego produktu (jak zwykle w przypadku Lovely i Wibo). Nie oczekuję bajerów w postaci lusterka, pozytywki i zdobień a'la jajka Faberge, ale producent mógłby zadbać trochę o jakość tworzywa, z którego została wykonana kasetka. Plastik jest naprawdę lichutki, mam wrażenie, że zaraz trzaśnie. Do zestawu dołączona jest pacynka - ta nie przypomina takich badziewnych włochaczy, jest dość porządnie wykonana, choć nie jest takiej jakości jak ta ze Sleeka czy Misslyn. Niestety nie współpracuje z cieniami.


Konsystencja cieni w znakomitej części jest kremowo-pudrowa. Lepiej przyczepiają się do skóry niż cienie z palety Misslyn, przez co pigmentacja nie jest taka najgorsza - szczególnie nieźle radzą sobie te błyszczące cienie. Maty są dość słabo nasycone, nienajlepszej jakości jest też czarny cień z drobinkami. Cienie są dość miałkie, lubią się osypywać. Zanikają przy rozcieraniu, dlatego zabawa z nimi jest dość praco- i czasochłonna (jak ze Sleekami).

Paleta Lovely nie błyszczy pod względem trwałości. Bez bazy cienie blakną, rolują się i znikają w przeciągu godziny. Nie sposób nosić je bez bazy.

Tym, co nie do końca mi się podoba, to dość mocna inspiracja popularną paletą Naked 2. Pozwoliłam sobie więc ochrzcić ten zestaw mianem Biedanaked, co jednym może się podobać, a innych będzie irytowało :D. Co znajdziemy w uboższej kuzynce amerykańskiego wytworu?


waniliowy matowy cień - delikatnie żółtawy, niestety niezbyt dobrze napigmentowany,
chłodny perłowy złoty - jeden z moich ulubionych cieni z tej palety, bardzo ładny, dzienny, złoty kolor, choć bardziej błyszczy niż kryje.
kość słoniową o matowym wykończeniu - taka brudna biel, dość sucha
rudo-czerwony perłowy kolor - jeden z lepiej nasyconych cieni, ale to dość trudny kolor do noszenia
chłodny odcień matowego beżu z nutą fioletu - przypomina mi trochę Inglota 358M, ale jest odrobinę fioletowy; niestety bez szału pod względem intensywności koloru
czekoladowo-złoty matowy brąz ze złotymi drobinkami - kolejny cień, który lubię; mimo drobinek ładowałam go w załamanie. Kolor jest nasycony.
perłowy srebrny z fioletowymi nutami -  zwyczajnie nie mój typ, wyglądam w nim na chorą. Bez szał
perłowy ciemny szary - chłodny odcień, nie pasuje do mnie
perłowe srebro - kolejny z gamy mroźnych kolorów, klasyczne srebro
złoty perłowy brąz - bardzo ciepły odcień, mimo swojego wykończenia bardziej suchy niż inne perłowe kolory
chłodny perłowy brąz - kolejny dobry cień; cechuje się dobrym nasyceniem. 
matowy czarny ze srebrnymi drobinkami - nie przepadam za czernią; tutaj producent próbował uatrakcyjnić nudnego smęta, ładując do niego drobinki. Niestety, cień nie jest najlepszej jakości, wygląda to taka wyblakła, smutna czerń.

Paletę Lovely mam od dość dawna, ale dopiero teraz pokusiłam się o recenzję. Zwyczajnie nie wiem, co myśleć o tych cieniach. To nie jest zły produkt, szczególnie biorąc pod uwagę jego niewygórowaną cenę. Z drugiej strony to nie jest paleta "pewniak", po którą sięgam chętnie i często - znam lepsze cienie do makijażu dziennego. Myślę, że Lovely to dobra opcja dla dziewczyn, które dopiero zaczynają się bawić makijażem - za niecałe 13 zł będą miały możliwość wypróbowania 12 kolorów o różnych wykończeniach i w różnych tonacjach.

Skład: Talc, Mica, Polymethyl Methacrylate, Magnesium Stearate, Kaolin, Polyethylene, Methylparaben, Propylparaben Caprylic/Capric Triglyceride, Dimethicone, Pentaerythirtyl Tetraisostearate, Bis-Diglyceryl Polyacyl Adipate-2, CI 77491, CI 77499, CI 77891, CI 16035, CI 42090, CI 77742.

Cena: 12,40 zł/15,6 g
Dostępność: Rossmann
Ocena: 3,5/5

środa, 28 stycznia 2015

Rozjemczyni. Organique Argan Shine Mask

Ja i moje włosy to dwa zupełnie odrębne byty. Ja w tą, one w tamtą. Nigdy nie jest nam po drodze. Nie chcą wyglądać tak, jakbym sobie tego życzyła. Są falowane, wysokoporowate i zwykle wyglądają jakby trzasnęły w nie wszystkie pioruny krążące w okolicy. Pacyfikuję je gumkami i tak sobie jakoś żyjemy. Czasem jednak miewam ochotę na to, by uwolnić towarzystwo. I tutaj zwykle zaczyna się problem. Jak tu wyjść do ludzi, gdy włosy przypominają skrzyżowanie lwiej grzywy i lekko zużytej miotły? Jakoś mi się to nie widzi.

Nie zwróciłabym uwagi na maskę Argan Shine, gdyby nie Kaśka, która gorąco mi ją polecała. Należę do osób, które zazwyczaj trzy razy obejrzą złotówkę zanim ją wydadzą (pomijam krótkie okresy niepohamowanego zakupoholizmu), dlatego kręciłam nosem nad tym produktem. W owym czasie walczyłam ze skórą głowy; wytłumaczyłam sobie zakup tej maski właśnie szalejącym skalpem. Pierwotnie zamierzałam ją tak zużyć. Nie udało mi się, ponieważ skóra głowy zupełnie ją zignorowała. Postanowiłam więc zużyć maskę na włosy.

Choć producent nazwał maskę Argan Shine, co sugerowałoby przewagę oleju arganowego w składzie, to jednak jest to taka maska z olejem arganowym jak margaryna z dodatkiem masła. Argan jest modny, to go dali na pierwszy plan, choć w składzie pierwsze skrzypce gra olej bawełniany, a tytułowy olej siedzi z tyłu orkiestry. Szczegół.

Maska mieści się w plastikowym słoiczku. Organique bardzo dba o wygląd swoich opakowań, słoik ładnie prezentuje się na wannie. Szkoda tylko, że nie zabezpieczają swoich kosmetyków. Niby sklepy są małe, ekspedientki czuwają, ale uwierzcie mi, nałogowy macant znajdzie sposób.

Zaskoczyła mnie konsystencja tego produktu. Coś, co nazywa się maską, kojarzyło mi się zawsze z taką bardziej gęstą formułą. Tymczasem Argan Shine jest dość rzadka (ale nie płynna), przypomina raczej standardową odżywkę. Dobrze się rozprowadza, nie spływa z włosów. Przyjemnie pachnie; nie jestem w stanie zidentyfikować zapachu, choć kojarzy mi się trochę z bawełnianymi dezodorantami.

Jak maska wpłynęła na moje włosy? Już po pierwszym użyciu zdziwiłam się, że włosy wyglądają jakby trochę inaczej. Takie dziwne były, błyszczały jak głupie. Stałam przed lustrem i patrzyłam się jak cielę na malowane wrota. Kolejne spotkania udowodniły mi, że ten piękny blask nie był tylko wypadkiem przy pracy - z tą maską to standard. Ponadto włosy zaczęły wyglądać na bardziej miękkie, takie "ułożone" i zdrowsze. I takie też były. Stały się niesamowicie miękkie w dotyku. Co ciekawe, maska ich specjalnie nie dociążała - wygładzała, nadawała połysk, ale przy tym włosy nadal były pełne objętości, choć nie były spuszone.

Moje włosy bardzo polubiły tę maskę (oczywiście, nie mogły jakiejś tańszej, musiały drogą). Myślę, że z pewnością do niej wrócę, tylko muszę przyczaić się na jakiś rabat. Dość szybko zużywam kosmetyki do włosów, więc gdybym chciała karmić szopę tylko tą maską, prawdopodobnie szybko poszłabym z (pustymi) torbami

Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Gossypium Herbacetum Seed Oil, Brassicamidopropyl Dimethylamine, Inulin, Glycerin, Lactitol, Xylitol, Parfum, Argania Spinosa Kernel Oil, Benzyl Alcohol, Aspartic Acid, Tetrasodium Glutamate Diacetate, Tocopherol, Helianthus Annuus Seed Oil, Dehydroacetic Acid.

Cena: ok. 45 zł/150 ml
Dostępność: sklepy firmowe Organique
Ocena: 4,5/5

niedziela, 25 stycznia 2015

Dzieło przypadku. Paese Płyn micelarny do demakijażu

Promocje czynią zakupoholika. Dwa razy do roku, wiosną i jesienią, rozmaite czasopisma fundują nam akcje promocyjne. To znakomita okazja, by w końcu zdobyć upragnioną rzecz z rabatem. To także szansa na dokonanie przypadkowego zakupu zupełnie niepotrzebnego przedmiotu, który przypadkiem może okazać się hitem. Tak się miała sprawa z płynem micelarnym Paese. Ta marka w gazetowych akcjach rzuca chyba największym rabatem, bo aż zniżka sięga 40%. Wybrałam się do wrocławskiej Renomy, by zakupić bazę pod cienie dla jednej z ciotek i przy okazji postanowiłam przygarnąć drobiazg dla siebie. Padło na płyn micelarny; kosmetyk tego typu idzie prawie jak woda :D.

Opakowanie nie wyróżnia się niczym szczególnym. Butelka jest przezroczysta, poręczna, a całość zamyka się na klapkę. Pełnia szczęścia :).

Kwestia konsystencji zawsze sprawia mi problem w przypadku płynów micelarnych. Cóż pisać o wodzie? Że mokra? Paese nie pieni się (chyba, że się potrząsało butelką jak szaleniec, żeby zmieszać nieistniejące dwie fazy - patrz: moja mama - myślałam, że padnę :D), nie pozostawia na skórze lepkiej warstwy. Może w uwagi na trochę morski zapach (coś jak stara wersja kosmetyków AA z linii Ultra Nawilżania). Płyn jest przezroczysty - może to głupotka, ale widać, kiedy wacik jest na pewno czysty (miałam zastrzeżenia do brązowego Sylveco - nie byłam pewna, czy twarz jest czysta, bo wacik był zabarwiony).

Najistotniejsze w przypadku kosmetyków do demakijażu jest ich działanie. Paese ma moc! Niby taki niepozorny, taki delikatny dla skóry i oczu (nie pieką, jupi!), a taki bezlitosny dla resztek makijażu. Świetnie zmywa nawet kosmetyki wodoodporne (takie jak turkusowa kredka z Essence). Ma pewne problemy z trwałymi szminkami (Bourjois Rouge Edition Velvet Peach Club), ale jestem w stanie mu to wybaczyć.


W świetle ostatnich dyskusji odnośnie recenzji, zastanawiałam się, czy publikować tę. W końcu powszechnie wiadomo, że pozytywna opinia na pewno jest opłacona. A dobre słowo od marudy? Uwierzcie mi, na czeku doliczyłam się sześciu zer :D. Do tego płynu z Paese wrócę na pewno. Wypróbuję też wersję "arganową", to może być ciekawe doświadczenie.

Skład: Aqua, Propylene Glycol, Polyglyceryl-4 Laurate/Sebacate, Polygyceryl-6 Caprylate/Caprate, Cetrimonium Bromide, D-Panthenol, Sodium Citrate.

Cena: ok. 18 zł/210 ml
Dostępność: stoiska firmowe Paese, sklep internetowy marki
Ocena: 5/5

środa, 21 stycznia 2015

Dobrze dopasowane? Benefit They're real Mascara, Coralista Ultra Plush Lip Gloss, Sun Beam

Baba jaka jest każdy widzi. Jak to w tym starym kawale: Bóg stworzył Adama i krzyknął "jakiś Ty piękny", po czym uformował Ewę i stwierdził "ee, a Ty to będziesz musiała się malować". My kobiety tak mamy, lubimy poprawiać swoją urodę. Głupia kreska eyelinerem potrafi nam poprawić humor. Potrafimy długo debatować nad kosmetykami, godzinami je wybierać, z nabożeństwem testować. Oczywiście generalizuję, każda dziewczyna jest inna :D. Podobnie rzecz ma się z blogerkami; niby każda ma swoje zdanie, ale są pewne prawidłowości. Każda powinna kochać miłością nieskończoną płyn micelarny z Biodermy, zachwycać się pędzlami Zoeva, wzdychać do kosmetyków Benefit... Czy produkty tej kultowej amerykańskiej marki są warte aż takiego uwielbienia? Hexx kilka miesięcy temu umożliwiła mi sprawdzenie tego fenomenu na własnej skórze. Z jakim skutkiem?

Jak na kosmetyki z trochę wyższej półki Benefit zaskakuje stylistyką pin-up, w którą uparcie idzie w promocji marki. Opakowania produktów także nie przypominają eleganckich puzderek, które gnieżdżą się na półkach perfumerii. Zamiast elegancji-Francji jest wesoło i kolorowo. Nie każdemu to odpowiada, ale akurat mnie ta stylistyka zupełnie nie przeszkadza.

Jednym ze sztandarowych kosmetyków Benefit jest tusz They're real (przy okazji zobaczcie reklamę, osoba, która ją tworzyła ma dość specyficzne poczucie humoru - KLIK). Maskara ta ma zapewniać efekt sztucznych rzęs - wydłużać, nadawać objętość, podkręcać i unosić, a przy tym cechować się dobrą trwałością. Niby wszystko pięknie... Ale po kolei, zacznijmy od szczoteczki. Ta w mini wersji nie różni się od tej w standardowej, dlatego pozwolę sobie ją ocenić. Jest silikonowa (tak jak lubię) i spora (nie lubię). Tym, co mnie do niej przekonuje jest to, że wypustki do malowania są także na czubku szczoteczki, dzięki czemu mimo jej rozmiarów można dotrzeć w wewnętrzny kącik. I za to plus. Szczoteczka z racji materiału, z którego jest wykonana powinna dobrze rozczesywać włoski. Może i to robi, ale nie z tą "wkładką".

Konsystencja maskary od początku była dość zwarta. Tusz daje efekt pogrubionych i wydłużonych rzęs, ale przy okazji trochę je zlepia, Co istotne, przez taką formułę, kosmetyk dość szybko przestaje zdatny do użytku (zaobserwowałam to zarówno ja, jak i moja ciotka, która posiada pełnowymiarowy produkt). Tusz jest bardzo trwały, bardzo mocno trzyma się rzęs - do zmywania niezbędny jest konkretny płyn dwufazowy.

Nie jest to zła maskara, ale jak za taką cenę (mini wersja kosztuje w Sephorze 45 zł i mieści 4 g, pełen wymiar kosztuje 125 zł za 8,5 g - ciekawostka: bardziej opłaca się wziąć dwa maluchy niż jeden duży tusz :D) nie jest to kosmetyk wart grzechu. Zwłaszcza, że mnie uczulił, szczoteczka jest trochę za twarda i drapie, a podobny efekt mogę osiągnąć tuszem Wibo Growing Lashes (tylko ten jest mniej trwały niż Benefit). Chyba nie zagości ponownie w moich progach.



Skład: Aqua, Paraffin, Polybutene, Styrene/Acrylates/Ammonium Methacrylate Copolymer, Cera Alba, Bis-Diglyceryl Polyacyladipate-2, C18-36 Acid Tryglyceride, Palmitic Acid, Stearic Acid, Triethanolamine, VP/Eicosense Copolymer, Acacia Senegal Gum, Hydroxyethylcellulose, Phenoxyethanol, Tetrasodium EDTA, Butylene Glycol, Caorylyl Glycol, Tocopheryl Acetate, Sodium Laureth-12 Sulfate, Glycerin, Potassium Sorbate, Sericin, Calcium Chloride, Sodium Hyaluronate, Tila Tomentosa Bud Extract, Citric Acid, BHT, Sorbic Acid, [+/-: CI 77491, CI 77492, CI 77007, CI 77288, CI 77289, CI 77891].

Błyszczyk Ultra Plush w odcieniu Coralista z miejsca kupił mnie swoim odcieniem. Z racji swojej niezbyt wyrazistej urody, lubię intensywne barwy. Aplikacja na dłoń pobudziła apetyt, więc zanurkowałam do kosmetyczki w poszukiwaniu lusterka. Przystępuję do smarowania, a tu... Licho. Koloru tyle, co kot napłakał. Na ustach wygląda bardzo delikatnie, daje zaledwie kropelkę koloru.

Formuła produktu jest dość ciekawa. Nie jest to taki typowy błyszczyk-klejuch. Ma mniej lepiącą, bardziej... aksamitną konsystencję. Bardzo przyjemnie się go nosi, nie obciąża warg. Lekko łapie kąciki, ale nie czyni tego w uciążliwy sposób. Dość szybko "wchłania" się  usta, właściwie po 30 minutach możemy zapomnieć o połysku. Błyszczyk pozostawia usta delikatnie wypielęgnowane, ale nie trwa to więcej niż godzinę. Koszt takiej przyjemności to 79 zł za 15 ml. Zdecydowanie zbyt wygórowany w stosunku do przeciętnej jakości.

Blurmaster :D
Skład: Hydrogenated Polyisobutene, Isononyl Isononanoate, Ethylene/Propylene/Styrene Copolymer, Butylene/Ethylene/Styrene Copolymer, Polyglyceryl-2 Triisostearate, Ethylhexyl Palmitate, Trimethylolpropane Triisostearate, Parfum (Fragrance), Trihydroxystearin, BHT, Butylene Glycol, Caprylyl Glycol, Phenoxyethanol, Propyl Gallate, Sodium Hyaluronate, Hexylene Glycol. [+/- May Contain: CI 12085 (Red 36, Red 36 Lake), CI 15850 (Red 6, Red 7, Red 7 Lake), CI 15985 (Yellow 6, Yellow 6 Lake), CI 19140 (Yellow 5, Yellow 5 Lake), CI 42090 (Blue 1 Lake), CI 45380 (Red 21, Red 21 Lake, Red 22 Lake), CI 45410 (Red 27, Red 27 Lake, Red 28 Lake), CI 73360 (Red 30, Red 30 Lake), CI 77891 (Titanium Dioxide), CI 77163 (Bismuth Oxychloride), CI 77491, CI 77492, CI 77499 (Iron Oxides), CI 77742 (Manganese Violet)].

Z całej trójki najbardziej przypadł mi do gustu rozświetlacz Sun Beam. Kultowym produktem w tej dziedzinie jest jego brat High Beam, ale uważam, że "słonecznej wersji" też warto się przyjrzeć. Szczególnie warto się nim bliżej zainteresować latem. Myślę, że ma szansę spodobać się też dziewczynom z bardziej śniadą cerą. 

Sun Beam to kosmetyk, który delikatnie barwi skórę na złotobrązowy kolor. Na opalonej cerze się ten odcień bardzo dobrze wtapia. Rozświetla dość subtelnie, dlatego może być dobrym kosmetykiem dla osób, które lubią takie lekkie ożywienie skóry. Pomimo płynnej konsystencji, to produkt, z którym można pracować i z którym trudniej jest przesadzić niż z przereklamowaną Mary Lou z The Balm. Ponadto Sun Beam jest trwały, przetrwał kilka dobrych godzin nawet w upały. Jest jednak jedna istotna kwestia, którą warto wziąć pod uwagę przy zakupie (taka przyjemność kosztuje 115 zł za 13 ml) - kosmetyk jest ważny zaledwie 6 miesięcy od otwarcia. Jest przy tym niesamowicie wydajny - moim zdaniem warto zaopatrzyć się w jakiś zestaw, w którym jest miniatura tego produktu. Ceny zestawów są odrobinę wyższe, ale za to można wypróbować większą ilość kosmetyków.


Na każdym zdjęciu
Po prawej: Mary Lou
Po lewej: Sun Beam


Skład: Aqua (Water), Caprylic/Capric/Succinic Triglyceride, Pentylene Glycol, Polymethyl Methacrylate, Mica, CI 77891 (Titanium Dioxide), Dimethicone, Limnanthes Alba (Meadowfoam) Seed Oil, Synthetic Fluorphlogopite, Hydroxyethyl Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Dimethicone Peg-7 Phosphate, Trimethylsiloxysilicate, Phenoxyethanol, Steareth-21, Squalane, CI 77491 (Iron Oxides), Butylene Glycol, Silica, Caprylyl Glycol, Steareth-2, Tocopheryl Acetate, Polysorbate 60, CI 77499 (Iron Oxides), Sodium Stearoyl Glutamate, Sodium Hydroxide.
Ogromnie się cieszę, że miałam możliwość wypróbowania tej trójki. Co prawda, te kosmetyki mnie nie zachwyciły; być może dlatego, że dwa typy z nich (błyszczyk i tusz) ogólnie nie uznaję za produkty, w które warto inwestować. Nie wykluczam jednak, że Benefit dostanie kiedyś kolejną szansę na wykazanie się :).

niedziela, 18 stycznia 2015

Zadanie: korygowanie. Bielenda Super Power Mezo Serum Aktywne serum korygujące

Klient nasz pan - powoli zdaje się, że marki kosmetyczne zaczynają rozumieć sens tych słów. Firmy produkujące kosmetyki kolorowe namiętnie podążają za trendami i wprowadzają nowe, coraz to odważniejsze kolory kredek czy szminek. Dobrze się dzieje także na gruncie pielęgnacji, także tej drogeryjnej. Miło widzieć, że niektóre marki wychodzą na przeciw potrzebom klienta, także temu, który ma problemy skórne. W 2014 pojawiła się nowa seria Ziai, Bielenda także nie pozostała w tyle. Kosmetyki z obu tych linii niemalże od razu stały się hitami. Ziaja mnie nie zachwyciła, czy Bielenda też była nadmuchanym balonikiem?

Choć serum korygujące zdaje się być przeznaczone do skóry problematycznej, to jednak wchodzi w skład linii produktów Anti-age, więc producent wskazał, że można spodziewać się odmłodzenia o 10 lat. 10% kwasu, dekada mniej z twarzy, ale 30 zł z portfela.

Serum znajduje się w szklanym opakowaniu z pipetą. Ryzykowny typ opakowania do trzymania w łazience - odradzam półkę pod lustrem, szczególnie, jeżeli wszystko pali wam się w rękach :). Załączona pipeta chodzi bez zarzutu, można nią nabrać odpowiednią ilość produktu (nie jest to takie oczywiste, w serum Avy trzeba było się bawić dwa razy).

Produkt Bielendy jest kosmetykiem na bazie wody, więc odnośnie konsystencji również nie mam zbyt wiele do napisania - to po prostu woda, nie żel, nie olejek, nie krem. Z uwagi na formułę serum szybko wsiąka w skórę, ale pozostawia delikatną, lekko klejącą (minimalnie, ale jednak) warstwę. Nadaje się pod makijaż. W jego zapachu wyraźnie wybijają się cytrusowo-plastikowe nuty, ale nie są one drażniące - aromat nie jest mocną stroną tego produktu.

Przechodzę do najważniejszego - działania. Producent wskazuje, że serum można używać samodzielnie lub pod krem, codziennie lub 2-3 razy w tygodniu, zostawić na skórze lub zmyć. Opcji stosowania jest sporo, ja zdecydowałam się początkowo na 3 razy w tygodniu, potem wsmarowywałam je codziennie wieczorem. I co? Ciśnie mi się na klawiaturę "jajco", choć to nie do końca prawda.

Zacznę od tego, że najprawdopodobniej zbyt wiele oczekiwałam od tego produktu. Po entuzjastycznych recenzjach spodziewałam się diametralnej i ekspresowej zmiany wyglądu skóry. Początkowo moja cera zareagowała "tak jak powinna": pojawiły się drobne diody na znak oczyszczania. Dobra nasza! Ale ropniaki zniknęły w przeciągu 1,5 tygodnia, po ich wyparowaniu nie widziałam większej różnicy "przed i po". Taki okres czasu nie jest jednak miarodajny do rzetelnej oceny działania, więc używałam serum dalej. Wcierałam, nakładałam, wklepywałam... I tak przez 2,5 miesiąca. Przez ten czas zaobserwowałam jedynie, że serum zaczęło przesuszać skórę. Nie było efektu wow, co nie oznacza, że Bielenda całkowicie poległa. Po skończeniu butelki przeprowadziłam intensywne obserwacje skóry. Nie ma cudownego objawienia jak w przypadku Effacaru Duo, ale cera jest wyraźnie czystsza. Zmniejszyła się ilość makaronu, który beztrosko produkował mój nos. Zwęziły się trochę pory na nosie i policzkach. Rzadko pojawiają się pryszcze, nawet gdy wciągnę tabliczkę czekolady. Skóra wygląda lepiej, trochę mniej się przetłuszcza. Ale przebarwienia są dalej, nie zbladły nawet o pół tonu.

Mam mieszane uczucia w stosunku do tego produktu. Niby coś tam zdziałał, ale jakoś te efekty nie są porywające. Walczę dalej.

Skład: Aqua, Mandelic Acid, Lactobioncic Acid, Niacinamide, Sodium Hyaluronate, Allantoin, Hydroxyethylcellulose, Polysorbate 20, Ethylhexylglycerin, Phenoxyethanol, Parfum, Butylphenyl Methylpropional, Hydroxycitronellal, Limonene, Linalool.

Cena: ok. 30 zł/30 g
Dostępność; Drogerie Natura, Hebe, Rossmann
Ocena: 3,5-4/5

środa, 14 stycznia 2015

Balsam do włosów, miód na serce? Sylveco Balsam myjący z betuliną

Wspominałam już, że markę Sylveco odkryłam dopiero w zeszłym roku. Te polskie kosmetyki cieszą się niesłabnącą popularnością, chociaż od kilku miesięcy obserwuję wzrost niezadowolonych z tych wyrobów. Marka ma ogólnie dobre notowania w blogosferze, dlatego i ja postanowiłam się zaprzyjaźnić z ich produktami - zaczęło się dobrze od płynu micelarnego, potem przyszło małe rozczarowanie chwaloną pomadką z peelingiem, a balsam myjący... No właśnie, a temu co dolega :D?

Balsam dostępny jest tylko w jednej pojemności - 300 ml, mieści się w poręcznej butelce, która nie wyróżnia się szczególnie (chociaż ta nietypowa "roślinna" etykieta jest ładna). Opakowanie wieńczy korek z klapką, dobra nasza.

Producent nazwał swój produkt balsamem. Kosmetyk tego typu kojarzy mi się z dość gęstą, kremową konsystencją. Obawiałam się trochę, że taka formuła może być trochę zbyt ciężka w roli szamponu. Tymczasem balsam w wykonaniu Sylveco w najlepszym razie można nazwać popłuczynami po balsamie, ewentualnie rozwodnionym mleczkiem. Konsystencja jest dość płynna, łatwo rozprowadza się  na włosach. Nie pieni się jakoś szczególnie, trzeba go dość sporo, żeby umyć włosy. Balsam pachnie ziołowo, rozmarynem, na szczęście nie jest to aromat, który mnie drażni.

Podstawowym zadaniem szamponu powinno być oczyszczanie. Z tym Sylveco radzi sobie całkiem nieźle, choć nie daje takich skrzypiących włosów, jak np. szampon pokrzywowy Yves Rocher, czy nawet Hipp i fryzura traci świeżość trochę szybciej. Coś za coś - szampon za to bardzo dobrze odżywia włosy, lekko je dociąża, ale nie zabija objętości. Włosy wyglądają na zdrowsze. Jestem mu wdzięczna za to, że nie zrobił mi krzywdy na skórze głowy - gdy go używałam skalp był w miarę grzeczny, nie swędział i się z niego nie sypał śnieg. 

Jestem całkiem zadowolona z tego produktu. To dobry kosmetyk, choć czegoś mi w nim brakuje. Szukam dalej, nie wykluczam jednak powrotu do Sylveco.

Skład: Aqua, Coco-Glucoside, Decyl Glucoside, Mel Extract, Cocamidopropyl Betaine, Butyrospermum Parkii Butter, Panthenol, Simmondsia Chinesis Seed Oil, Cyamopsis Tetragonoloba Gum, Gyceryl Oleate, Lactic Acid, Betulin, Sodium Benzoate, Rosmarinus Officinalis Leaf Oil.

Cena: 25-30 zł/300 ml
Dostępność: sylveco.pl, iwos.pl, helfy.pl, sklepy zielarskie (np. we Wrocławiu - sklep zielarsko-medyczny "Lawenda" ul. Krupnicza).
Ocena: 4/5

niedziela, 11 stycznia 2015

Zrobiona na szaro. Misslyn High Shine Trio Eyeshadow 02 Revival

Choć nowy rok już się zaczął, część z nas jest jeszcze myślami w tym starym. Gdy zastanawiam się nad tym, co uległo zmianie w 2014 w stosunku do lat poprzednich, to nie mogę pominąć tego, że końcówka ubiegłego roku pod względem kosmetycznym należała do makijażu oczu. Z nieznanych mnie samej powodów ni z tego, ni z owego, złapałam pędzle, odkręciłam bazę i zaczęłam z dziką radością smarować powieki. Zaczęłam zachowawczo od beżów, głaszczę pędzlem róże... Czy szarości Misslyn dołączą do tego grona?

Przyznam, że ilekroć byłam w Hebe, to zerkałam w szafie Misslyn na cienie i róże. Ucieszyłam się, że trafiła do mnie trójka cieni, która była częścią kolekcji Grunge Princess i jest najwyraźniej dostępna także w stałej linii marki.

Opakowanie przypadło mi do gustu od samego początku. Przezroczysty plastik nie jest może szczytem elegancji, ale wygląda estetycznie. Paletka jest wykonana porządnie, wszystko jest odpowiednio przycięte, nic nie odstaje. Zamknięcie jest trochę problematyczne, paznokcie mogą ucierpieć, ale chociaż kasetka nie otwiera się nieproszona. Do cieni dołączona jest pacynka, podobna do tych z paletek Sleek. Niestety, aplikator średnio współpracuje z cieniami, które o wiele lepiej nakłada się pędzlami.

Konsystencja cieni jest przyjemna, pudry są bardzo jedwabiste. Misslyn w niczym nie przypomina kredowych matów Kobo, daleko im też do lekko woskowej konsystencji metalicznych MIYO. Inglotowe perły też nie są takie śliskie. Kolory łatwo się rozcierają. Dobra informacja dla osób wrażliwych na zapachy - cienie są bezzapachowe.

Na opakowaniu i miłej dla skóry formule kończą się mocne strony tego produktu. Cienie mają niezbyt dobrą pigmentację, są wręcz półprzejrzyste. Używanie ich bez bazy nie wchodzi w grę (gdy pomalowałam jedną powiekę tylko tymi cieniami, a na drugą nałożyłam je na bazę Urban Decay, to mama zapytała się, dlaczego wykonałam makijaż tylko na jednym oku...). Na dobrej bazie mają dużo większą intensywność i znacznie lepiej się utrzymują. Trwałość też nie jest ich atutem - nie znikają tak szybko jak ananasy z palety Lovely, ale po 3 godzinach urządzają sobie wiec w załamaniu powieki.

Wariant kolorystyczny Revival to zestawienie cieni o wykończeniu satynowym: srebra, ciemnej szarości i zielonkawej czerni (serio, widzę tam sporą nutę zieleni). Nie ukrywam, że nie są barwy, po które sięgam na co dzień w chwili obecnej (tak z 5 lat temu szalałam za szarością :D). Srebro i ciemna szarość jakoś się bronią przy mojej niebieskiej tęczówce, ale skąd wzięła się tam ta zielona czerń? W każdym razie, nie jest to zestaw, po który sama bym sięgnęła w drogerii.



Jestem odrobinę rozczarowana tymi cieniami. Może inne palety wypadają lepiej (kuszą mnie jeszcze maty w brązach), ale ta z szarościami nie należy do kosmetycznych perełek.

Cena: ok. 30 zł
Dostępność: Drogeria Hebe
Ocena: 3/5

P.s. Produkt otrzymałam od firmy Baltic Company, ale nie miało to wpływu na treść tej recenzji.

czwartek, 8 stycznia 2015

Kilka wisienek na torcie, czyli ulubieńcy roku 2014

Początek każdego miesiąca jest "wyjątkowy" z uwagi na wpisy podsumowujące ten poprzedni. Denka, zakupy, ulubieńcy... Przełom roku jest jednak szczególny, bo wiele z blogerek publikuje wówczas posty podsumowujące minione 12 miesięcy, właściwie jeden typ notki - ulubieńców (całorocznego denka nie widziałam, to mogłoby być ciekawe :D). Sama te wpisy śledzę z dużą uwagą; znacznie bardziej mnie przekonują niż comiesięczne posty z ulubieńcami, w których co rusz pojawia się inny zestaw produktów. Może ja jestem wybitną marudą, a może te wszystkie kosmetyki są tak świetne. Mniejsza z tym, czas na moich ubiegłorocznych ulubieńców. Obiecuję, to już ostatni post na temat tego, co było :D.




Tak jak w przypadku denka, zacznę od głowy. Tutaj serce skradły mi dwa produkty "z polecenia". Na maskę Organique Argan Shine namówiła mnie Kaśka. Nie w smak było mi kupowanie tak drogiego kosmetyku do włosów, ale z racji problemów ze skórą głowy, wytłumaczyłam sobie, że to właśnie ona jej potrzebuje. Organique nie przysłużyła mi się w tym obszarze, ale na włosy... Na włosy działa jak marzenie. Moja szopa, która często wygląda, jakby walnął w nią piorun była dużo gładsza, nawilżona i błyszcząca. Miodzio!

Drugi produkt, czyli Stapiz Acid Balance Maska zakwaszająca do włosów, wpadł do mojej kosmetyczki za sprawą Spooky Nails. Podczas jednej z rozmów nie poleciła mi konkretnie tego (podpowiadała zakup maski Leo), ale zdecydowałam się na Stapiza (bo Leo był tylko w litrowych słojach). Maska Stapiz cudownie domyka łuski, włosy lśnią po niej jak szalone.




W kwestii pielęgnacji twarzy jestem dość wybredna, dlatego w tej kategorii pojawią się tylko 3 kosmetyki, w tym aż 2 płyny micelarne. Lipowy płyn micelarny Sylveco podbił moje serce delikatnością i skutecznością; płyn Paese wcale mu nie ustępuje. Recenzję tego pierwszego przeczytacie TU, o Paese napiszę niebawem.

Eucerin Q10 Active poleciła mi pani konsultantka w Super-Pharm. Krem był jednym z lepszych prezentów na dzień dziecka (proszę nie osądzać), jakie sobie sprawiłam. Na moje obecne potrzeby (czyli autostradą do 30) jest to naprawdę bardzo dobry krem odżywczy. Tylko niech częściej będzie w promocji :D. Więcej na jego temat pisałam TU.




Choć pod koniec roku zaczęłam się lubować w makijażu oczu, to jednak 2014 należał do produktów do ust. Balsam do ust Nuxe to prawdziwy magik, który potrafi świetnie zregenerować pokiereszowane wargi. Nie jest to może produkt bez wad (dość problematyczna aplikacja z uwagi na konieczność wyczucia odpowiedniej ilości), ale jestem mu w stanie wiele wybaczyć. Pełna recenzja TUTAJ.

W kwestii nadawaniu ustom koloru królowała u mnie marka Bourjois. Zaczęło się od Rouge Edition Velvet w odcieniu Nude-ist (potem dołączył tak samo dobry Peach Club), którego nazwa może być nieco myląca, zwłaszcza dla osób, które nude utożsamiają z korektorowym beżem. W gamie Velvet są wyłącznie intensywne odcienie, te dwa, które ja posiadam, są chyba najbardziej stonowane. Lubię te szminki nie tylko za kolory, ale i świetną, ośmiogodzinną trwałość. Końcówka roku należała jednak do Rouge Edition 12 h 33 Peche cocooning, którego formuła jest nawet ciut lepsza niż Velvetów (mniej wysuszająca), a trwałość pozostaje na podobnym poziomie. Minus? W naszym kraju dostępne są zaledwie 4 kolory, więc wybór mizerny.

Błyszczyk Celia Woman nr 5, choć wygląda niepozornie, łączy w sobie atut balsamu do ust i produktu koloryzującego. Zdjęcie ze strony producenta przekłamuje kolor tego kosmetyku - piątka to taki delikatny brudny róż, takie "moje usta tylko lepsze". Uczucie nawilżenia utrzymuje się nawet do 5 godzin, kolor trochę mniej. Posiadam 4 odcienie tego kosmetyku, ale to po ten kolor sięgałam najczęściej, więc nie wiem, czy inne warianty są równie dobre.

Dziesięć produktów... Dużo czy nie? A wy co upodobałyście sobie w ubiegłym roku? Znacie może któryś z tych kosmetyków? Podzielacie moje zdanie na jego temat?

Zdjęcia pochodzą ze stron: Organique, Stapiz, Iwos, Paese, Eucerin, Bourjois, Celia, Feelunique

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Rok nie wyrok - jaki był 2014 r.?


Gdy zaczynałam blogowanie, informacja o tym, że ktoś gdzieś mnie otagował, szalenie mnie cieszyła. W miarę wzrostu popularności tego typu zabaw, zaczęło to być męczące. Mam wrażenie, że wszystkim tagi znudziły się mniej więcej w tym samym czasie, dlatego obecnie nie funkcjonuje ich zbyt wiele na blogach. U Piękności Dnia i Dolly zobaczyłam jednak tag podsumowujący ubiegły rok, dlatego postanowiłam, że zamieszczę go u siebie, tak dla odmiany.

Dominujące uczucie na 2015 r.?
Jeżeli nadzieja to uczucie... 


Co zrobiłaś po raz pierwszy w 2014 r.?
Kosmetycznie - rozpoczęłam znajomość z markami Sylveco i MAC, życiowo - byłam na diecie dłużej niż dwa dni (tak z 2 miesiące zleciały :D) oraz przekonałam się do tego, że lektura na czytniku książek też może być przyjemna.



Co zrobiłaś ponownie w 2014 r, po długiej przerwie?
Poszłam do fryzjera. Co prawda nie porównałabym wizyt u fryzjera z wizytami u dentysty, ale nie przepadam za tym, gdy ktoś majstruje mi przy włosach.

Czego nie zrobiłaś w 2014 r.?
I to jest właśnie urok braku planu -  z tego powodu, że niczego nie planowałam, dzisiaj nie mogę powiedzieć, że czegoś nie zrobiłam. Sasasasa, jestem trollem w życiu :D.

Słowo roku?
Szczerze? Wstyd się przyznać, ale niezbyt piękne. A kiedyś byłam taką grzeczną dziewczynką... Jeżeli chodzi o blog, to chyba "dość" - wszystko było dość twarde, miękkie, interesujące, różowe, intensywne...

Przytyłaś czy schudłaś?
Podobno schudłam, ale się do tego nie przyznaję.



Ekscesy alkoholowe?
Jestem abstynentką. Używałam sobie za to, jeżeli chodzi o czekoladę, znalazłam swoją prawdziwą, nieprzemijającą miłość - Milkę Oreo.

Włosy dłuższe czy krótsze?
Skracałam je w sierpniu, ale dość znacząco urosły, więc pod względem długości są podobne do tych, z którymi zaczynałam rok 2014.

Wydatki większe czy mniejsze?
Większe

Wizyty w szpitalu?
Nie i mam nadzieję, że w tym roku też mnie to ominie. 

Miłość?
Milka Oreo

Zdjęcie pochodzi z milka.com.pl


Osoba, do której dzwoniłaś najczęściej?
Są dwie - mama i ciocia

Z kim spędziłaś najpiękniejsze chwile?
Z mamą!

Z kim spędziłaś najwięcej czasu?
W najlepszym towarzystwie na świecie - ze sobą :D. I z komputerem :).

Piosenka roku?
Niedawno odkryty zespół Bastille i Things we lost in fire.

A wy jak będziecie wspominały ubiegły rok? Czego oczekujecie w tym?

sobota, 3 stycznia 2015

Tym razem dopnę ten cholerny... miesiąc! Zużycia grudnia 2014

Noworoczne dzień dobry! Jak tam samopoczucie? Co wam się nagle zbiegło w praniu przez ten trochę luźniejszy okres stołowo-kanapowy? Korzystając z okazji, że właśnie skończył się miesiąc (rok to tak przy okazji), zapraszam na małe podsumowanie grudnia w sferze zużyć. Jakkolwiek niektórzy nie przepadają za tego typu postami, tak u mnie cieszą się one szaloną popularnością; do tego stopnia, że pojawiają się "ponaglacze". Nie ukrywam, lubię montować te posty, szczególnie, gdy mam w nich trochę do pokazania. No to lecim na Szczecin, bo na Radom nie jadom :)!


Było: Sylveco Balsam myjący z betuliną - produkty Sylveco po raz pierwszy zagościły w mojej kosmetyczce w zeszłym roku. W niewielkich odstępach czasu zdecydowałam się na trzy - cudowny płyn micelarny, średnią pomadką peelingującą i balsam do włosów, którego recenzja pojawi się niedługo.

Jest: Orientana Ajruwedyjski Szampon do włosów Imbir i trawa cytrynowa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...