Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

wtorek, 29 grudnia 2015

Czary-mary, obłok pary. Essence Liquid Lipstick 06 Make a statement

Ten okres świąteczno-noworoczny jest dziwny. Śniegu nie ma, w telewizji mizeria, wyprzedaże cienkie... Nudy na pudy. Wyprałam całą zawartość szafy, posprzątałam i nie wiedziałam, co mam dalej ze sobą zrobić. Usiadłam przy laptopie i postanowiłam odkurzyć swojego bloga. Druga notka w ciągu kilku dni, jestem z siebie prawie dumna. Tym razem zupełnie nieodkrywcza, zachowawcza, o kosmetyku jednej z ulubionych marek. Ulubionych, choć ostatnio raczej za miłe wspomnienia, niż z powodu znakomitych produktów.

Marka Essence dwukrotnie w ciągu roku dokonuje małego odświeżenia asortymentu. Nowości nie podniecają mnie już tak, jak dawniej, ale zdarza mi się buszować w szafach, głównie z sentymentu. Nowe propozycje Essence nie były jak Pokemony, nie chciałam złapać ich wszystkich, ale małej "pamiątki" nie mogłam sobie odmówić. Padło na produkt do ust, bo tych mam naprawdę mało, jedynie pełną szufladę :D. 

Celowo określam ten kosmetyk mianem produktu do ust, bo nie wiem, jak go zakwalifikować. Essence nazwało to szminką w płynie, ale na stronie wrzuciło do kategorii błyszczyków. No i jak to ocenić?

Jeżeli śledzicie poczynania marki Essence od dłuższego czasu, to z pewnością zgodzicie się ze mną, że w kwestii opakowań sporo się zmieniło. Byle jakie "plajzdikowe" opakowania ustąpiły miejsca bardziej porządnym i o niebo bardziej estetycznym tworom. Na szczęście nie tylko "z wierzchu" jest lepiej, poprawiło się również w środku. Przynajmniej w kwestii aplikatora - nie ma tutaj zwykłego, długiego, patyka z odrobiną gąbki, jest wyprofilowany aplikator niewielkich rozmiarów.

Produkt ma bardzo gęstą, delikatnie wazelinową konsystencję. To nie jest mazidło, które można wyjąć z torebki i bezrefleksyjnie przejechać nim po wargach. Aplikacja wymaga uwagi, bo choć kosmetyk świetnie przyczepia się do warg, to jednak bardzo łatwo można się nim pięknie umazać. Błyszczyk jest mocno napigmentowany i nie wybacza nieuważnej dłoni. Nie toleruje też fruwających włosów - przyciąga je jak magnes; próby niedbałego odgarnięcia kończą się artystycznymi mazajami na skórze. Dla porządku: przyjemnie pachnie (trochę jak budyń waniliowy) i nie wysusza ust.

Początkowo miałam nadzieję, że Essence stworzyło coś na kształt Shine Caresse z L'oreala, czyli lekko klejącej szminki, która wgryzała się w usta i długo się utrzymywała. Niestety, Essence jedynie lekko zagęściło swój podstawowy błyszczyk i sypnęło doń hojnie pigmentami. Co z tego wyszło? Dziwoląg niesamowity, szminka dla manekina. Słowo daję (uciąć sobie niczego nie dam), ten produkt po prostu... wyparowuje. Tuż po nałożeniu wygląda świetnie, wargi są mocno podkreślone i soczyste. Jednak po kilku minutach zaczyna się przemieszczać (od kącików do środka), tworzy delikatne prześwity. Przy umiarkowanej gimnastyce twarzy utrzymuje się około dwóch godzin, przy ciut większym "wysiłku" ucieka w godzinę. Kolor nie wnika w usta, po przetarciu chusteczką kosmetyk w całości przenosi się na materiał.

Gdyby nie ta marna trwałość, z pewnością ten błyszczyk zamieszkałby na stałe w mojej torebce. Kolor Make a statement to całkowicie mój odcień, taki brudny, lekko ceglany róż. W połączeniu z błyszczącym wykończeniem przyciąga wzrok i zatrzymuje samochody :D.


Szkoda, że Essence nie popracowało w laboratorium, żeby trochę poprawić trwałość tego produktu. Mogło być dobrze, a wyszło jak zwykle.


Skład: POLYBUTENE, OCTYLDODECANOL, OCTYLDODECYL STEAROYL STEARATE, SILICA DIMETHYL SILYLATE, TRIETHYLHEXANOIN, TRIISODECYL TRIMELLITATE, ISOCETYL STEARATE, PENTAERYTHRITYL TETRAISOSTEARATE, DIISOSTEARYL MALATE, TOCOPHERYL ACETATE, PHENYLPROPYLDIMETHYLSILOXYSILICATE, GLYCERYL BEHENATE/EICOSADIOATE, DIETHYLHEXYL SYRINGYLIDENEMALONATE, SODIUM SACHHARIN, CAPRYLIC/CAPRYLIC TRIGLYCERIDE, AROMA (FLAVOR), CI 15850 (RED 6), CI 19140 (YELLOW 5 LAKE), CI 45410 (RED 28 LAKE), CI 77491 (IRON OXIDES), CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE).

Cena: ok. 11 zł
Dostępność: Drogerie Natura, Super-Pharm, Hebe, wybrane Rossmanny
Ocena: 3/5

sobota, 26 grudnia 2015

Zjeść ciastko i mieć ciastko. Purite Szampon w kostce na bazie mleka kokosowego

Hoł, hoł, hoł! Tak, tak, znowu plany planami, a życie życiem. Miałam powrócić do regularnego blogowania, ale jakoś nie bardzo mi to idzie. Ostatnio doszłam do wniosku, że o kosmetykach potrafię pisać źle albo wcale. Ponieważ ciągle są jeszcze święta, wpiszę się więc w ten klimat i zostanę Grinchem. Nawet jestem trochę podobna.

Markę Purite odkryłam w drugiej połowie tego roku. Nie jestem może wielką znawczynią kosmetyków naturalnych, eko, mineralnych i innych takich, ale staram się śledzić różne nowinki na rynku kosmetycznym. Zaczęłam skromnie, od balsamu do ust (który gdzieś zgubiłam), ale gdy znalazłam kupon zniżkowy, wrzuciłam do parę rzeczy. Raz się żyje (chyba).

Chciałabym zachować porządek i zacząć jak zwykle od opisu opakowania. Tylko tym razem mam problem, bo jakby go nie ma (opakowania, nie problemu). Po pozbyciu się kartonu, nie bardzo wiadomo, co z tym fantem zrobić. Nie ma do tego puszki, jak do mydeł w kostce z Lusha. Jest goło i wesoło. Spokojnie, nie ma bólu, zwykła, swojska mydelniczka daje radę (wiecie jak trudno znaleźć jakąś ładną? Kiedy zaczęli sprzedawać takie szkaradzieństwa?). Szkoda pakować takie ładne ciastko w ohydny plastik, ale cóż poradzić.

Gdy kupowałam ten szampon, nurtowała mnie jedna kwestia: czy to-to się pieni. Powątpiewałam w zdolności pianotwórcze tego cudaka. No i jak się tym posługiwać? Rozetrzeć w dłoniach, czy na włosach? Trochę techniki i człowiek się gubi. Po małych konsultacjach dowiedziałam się, że szampon można aplikować bezpośrednio na włosy, a następnie rozmasować. Wypróbowałam ten sposób i... była piana! Ta kostka (musiałam wymyślić jakąś inną nazwę; ileż można powtarzać "szampon") daje naprawdę solidny obłok na włosach, zupełnie jak "zwykłe" szampony. To jesteśmy w domu.

Zasadniczym zadaniem szamponu jest, uwaga, uwaga, oczyszczanie. I tutaj Purite nie mogę niczego zarzucić. Chociaż po spłukaniu z włosów, miałam poważne wątpliwości co to tej czystości. Włosy niby były skrzypiące, zupełnie jak po silnie oczyszczającym szamponie, ale jednocześnie sprawiały wrażenie... nasmarowanych  płynnym smalcem. Obkleiły głowę i resztę ciała jak czepek/wdzianko z lateksu. Po wyschnięciu zrobiły się z kolei sianowate (ale były świeże). Tak, olej kokosowy nie jest ulubionym olejem mojej czupryny, powinnam była to przewidzieć. Z dobrego źródła wiem jednak, że na włosacg o niskiej porowatości, które uwielbiają ten olej, daje efekt wygładzenia.

Zarówno na opakowaniu, jak i na stronie producenta, można przeczytać o licznych dodatkowych właściwościach tego szamponu, które wynikają z użytych składników. Tę laurkę każdy może sobie doczytać w odpowiednim miejscu (TU); nie będę z nią polemizowała, ponieważ nie używałam tego produktu aż tak długo, żeby zauważyć te bonusy. Przyczyny są dwie: okropne przesuszenie skóry głowy, które zafundował mi ten szampon oraz przeokrutne pieczenie, gdy produkt dostał się do oczu. 

Może i to jest bardzo dobry produkt, tylko niestety bardzo niedobry dla mnie. Trudno.

Skład: Cocos Nucifera Oil, Olea Europaea Fruit Oil, Coconut Milk, Ricinus Communis Seed Oil, Sodium Hydroxide, Aqua, Simmondsia Chinesis Seed Oil, Butyrospermum Parkii Fruit Butter, Theobroma Cacao, Cera Flava, Urtica Dioica Extract, Lavandula Angustifolia, Mentha Piperista Oil, Cymbopogon Schoenanthus Oil, Cucruma Longa, Titanium Dioxide, Mica, Titanium Dioxie, Iron.

Cena: ok. 30 zł/130-140 g
Dostępność: Purite, Minti Shop, Wrocław - Eko Pestka, ul. św. Antoniego
Ocena: 2,5/5

niedziela, 22 listopada 2015

Brzydkie kaczątko. Wibo Eyeshadow Base

Niedawno przeżyłyśmy mały maraton promocyjny. Niektóre z nas na długo zapamiętają dantejskie sceny, które miały miejsce przed szafami. Tłumy kobiet w różnym wieku i kilka marek do wyboru. Każda miała inną taktykę - jedna długo kontemplowała zawartość półek z ulubioną marką, inna zatrzymywała się przy każdej. Albo prawie każdej. Chyba każda z nas ma swoje preferencje i wie, co lubi, a co niekoniecznie trafi w jej gusta. W czasie takich akcji sama zwykle zaglądam do szaf kilku marek, inne omijam szerokim (albo ciut węższym) łukiem. Od dawna po macoszemu traktowałam firmy oferujące kosmetyki w wyjątkowo przystępnych cenach. Z rzadka spoglądałam na produkty Wibo czy Lovely. Ich tandetne opakowania skutecznie mnie odstraszały. Jednakże te marki nie stanęły w miejscu (jak np. Essence) i konsekwentnie podążają za potrzebami rynku - wprowadzenie pudru utrwalającego, bazy pod cienie czy trio do konturowania to odpowiedź na prośby osób szukających niedrogich produktów. Zamysł niezły, a jak wykonanie?


Ten, kto zaprojektował opakowanie bazy pod cienie, powinien smażyć się w piekle na największym ogniu. Ten słoiczek jest tak nieporęczny, że to przechodzi ludzkie pojęcie. Opakowanie jest właściwie napełnione do połowy, a średnica tej dziury ma dwa centymetry. Nie ma mocnych, żeby nie naciapać sobie tej bazy pod paznokcie. Mogliby dołączyć jakąś szpatułkę. Fatalne rozwiązanie.

Słoiczek mnie nieźle zirytował, ale zacisnęłam zęby i dałam Wibo szansę. Konsystencja produktu na szczęście nie wywołała nocnych koszmarów. Baza jest dość gęsta, formuła przypomina tłusty krem. Pod palcami robi się minimalnie silikonowa. Łatwo się rozprowadza, nie trzeba ciągnąć skóry. Baza ma kolor spranego beżu, ale na powiekach jest bezbarwna. Może to być minus dla osób, które oczekują skorygowania koloru skóry (co np. robi baza Zoeva).

Jak działa? Fantastycznie! Naprawdę, nie przesadzam. Wibo znakomicie sprawdziła się w te dzikie upały (która maruda już tęskni :D?) - makijaż oczu był właściwie w stanie nienaruszonym. Maluję się około 5 rano, wracam w granicach 16-17 i powieki wyglądają w dalszym ciągu bardzo dobrze, cienie nie są zrolowane, chociaż  minimalnie bledsze niż w momencie aplikacji. Dzięki temu, że cienie dobrze przyczepiają się do bazy, kolory stają się bardziej intensywne.

Nie sądziłam, że kiedykolwiek będę mogła z czystym sumieniem polecić produkt Wibo (inny niż tusz).  Zaskoczyli mnie. Baza jest naprawdę godna uwagi. Niedroga i dobra - że tak polecę fejsbukiem - lubię to!


Skład: Talc, Mica, Isohexadecane, Isododecane, VP/Hexadecene Copolymer, Cera Microcristallina, Cera Alba, Titanium Dioxide, CI 77163, Tocpheryl Acetate, Alumina, CI 77491, CI 77492, CI 77499, Glycerin, Glyceryl Stearate, Propylparaben, Ricinus Communis Seed Oil.

Cena: ok. 10 zł
Dostępność: Rossmann
Ocena: 4,5/5

środa, 11 listopada 2015

Koktajl - niewypał. Biolaven Szampon do włosów

Do recenzji tego produktu zabieram się od długiego czasu. Nie dlatego, że nie wiem, co o nim myśleć. Zwyczajnie mi smutno, że tym razem intuicja mnie zawiodła i polski produkt, który nie był przypadkowym zakupem, a świadomym wyborem, nie sprostał oczekiwaniom. Może moje są wyjątkowo wyśrubowane, ale i tak uważam, że tak dziwny kosmetyk nie przysporzył chwały Sylveco i ich dziecku spod znaku Biolaven.

Zapewne wiecie, że nie należę do wiernych klakierów marki Sylveco. Nie zakładam z góry, że każda wypuszczona przez nich nowość jest objawieniem na światową skalę. Pojawienie się nowej linii nie wzbudziło we mnie szczególnego entuzjazmu. Po pewnym czasie zdecydowałam się na płyn micelarny i szampon.

O opakowaniu nie można napisać zbyt wiele. Proste, zwieńczone klapką. Na plus należy zaliczyć szafę graficzną - jest estetyczna, przejrzysta i cieszy oko. Szkoda, że butelka nie jest przezroczysta, ale to niezbyt istotny szczegół.

Tym, co mnie lekko zdziwiło, była konsystencja szamponu. Panie dziejku, woda, normalna woda! Szampon jest niesamowicie rzadki, w dodatku "niejednorodny". Kupowałam ze sprawdzonego źródła, a szampon był jakby rozwarstwiony. Niby przezroczysty, a momentami wylatywały jakieś białawe farfocle. Wstrząsałam butelką, żeby go jakoś wymieszać. Nie widziałam jeszcze takiego dziwoląga.

Szampon pieni się zaskakująco dobrze. Czyli jednak nie kupiłam wody, a wodę z detergentem :D. Bardzo dobrze myje, chociaż aplikowanie go jest średnio przyjemne. Gdy rozprowadzałam go na włosach, miałam wrażenie, że stawiają mi opór, wydawały się takie tępe, usztywnione. Piana, którą tworzy ten szampon jest taka nieprzyjemnie sucha. 

Efekty specjalne? Cóż, to kolejny szampon, który nawet polubiły moje włosy - po jego zastosowaniu ładnie się błyszczały i były lekko wygładzone, ich faktura nie przypominała połamanego druta. Niestety, skóra głowy się z nim nie dogadała - śnieg toleruję tylko zimą, niekoniecznie na swoich barkach.

Na koniec zostawiłam sprawę zapachu. Nie jest to może kluczowa kwestia, ale nieco zaskakuje mnie fakt, że producent namalował na etykiecie lawendę, z której olejek pałęta się na końcu składu, a szampon w ogóle nią nie pachnie. Sugerowałabym zmianę obrazka na winogrona. Chociaż nie, bardziej adekwatna byłaby tu butelka z napojem winogronowym. Niestety, jest chemicznie i niezbyt przyjemnie dla nosa.

Szampon Biolaven okazał się niesamowicie dziwnym produktem. Przymknęłabym oko na moją skórę głowy i chętnie poleciłabym osobom, które lubią subtelny połysk i wygładzenie, ale jakoś nie potrafię. Wiem, powtórzę się, ale to dziwoląg. 

Sklad: Aqua, Lauryl Glucoside, Cocamidopropyl Betaine, Coco-glucoside, Vitis Vinifera Seed Oil, Panthenol, Hydrolyzed Oats, Lactic Acid, Sodium Benzoate, Cyamopsis Tetragongloba Gum, Lavandula Angustifolia Oil, Parfum.

Cena: ok. 16 zł/300 ml
Dostępność: sklepy zielarskie (np. we Wrocławiu przy ul. Krupniczej), Auchan
Ocena: 3/5

sobota, 7 listopada 2015

Zostań ze mną! Astor Perfect Stay 24h+Perfect Skin Primer Concealer 002 Sand


Hoł, hoł, hoł! Aaa, nie to jeszcze nie ten czas, zagalopowałam się. Chociaż już niedługo ciężarówka Coca-Coli wyruszy w trasę, a z głośników wypłynie "Last Christmas". Chciałam się jakoś przywitać po tej (kolejnej) małej przerwie. Myślałam o dowaleniu z grubej rury i opisaniu bubli. Po namyśle zdecydowałam, że wpiszę się w trend "co warto kupić w Rossmannie" i napiszę o czymś na co warto zwrócić uwagę. I będzie miło. Doceńcie to :D.

Marka Astor jest raczej niedoceniania (np. w moim Hebe w ogóle wyleciała na rzecz P2), sama też niespecjalnie buszuję w jej szafie, dlatego o mały włos ten korektor uszedłby mojej uwadze. Nie chcę pisać laurki pod tytułem "Omujborze, jak mogłam bez niego żyć". ale chyba nie mam wyboru. Chociaż pewnie bym się jakoś bez niego obyła. Żaden dramat. Chyba kupię na zapas. Tak w razie czego :D.



Standardowo właściwy opis zacznę od opakowania. Proste (plus za trwałość napisów - estetki będą zachwyconej), bardzo typowe dla korektorów i błyszczków z oczywistym gąbeczkowym aplikatorem. Bez udziwnień, ale porządne i wygodne. Do aplikatora nie można się przyczepić, jest nieduży, nie drapie i "wybiera" odpowiednią ilość produktu.

Astor twierdzi, że jego produkt łączy w sobie korektor i bazę. Coś chyba w tym jest, bo jest on bardziej "mokry" niż taki typowy korektor, który zwykle ma w sobie jakąś dozę pudrowości. Astor sprawia wrażenie wymieszanego z kremem, nie wysusza skóry. Zastyga i gęstnieje na skórze, ale nie na tępą skorupę jak True Match. Mam wrażenie, że zdecydowanie lepiej wtapia się w skórę, częściowo się w nią wchłaniając, więc właściwie minimalnie zbiera się w załamaniach. Dobrze się trzyma, może nie 24 godziny, ale dobrych kilka na pewno. Lubię go mimo wszystko przypudrować - zupełnie nie szkodzi to właściwościom tego korektora, a przedłuża trwałość. Przyjemnie pachnie - jak podkład Rimmel w słoiczku, który kochało tak wiele dziewczyn (teoria spiskowa: może ten podkład został korektorem? W końcu na obu markach łapkę trzyma Coty).

Od lewej: L'oreal True Match Concealer 02 Vanilla
Astor Perfect Stay Concealer 002 Sand
Catrice Liquid Camouflage 020 Light Beige
Producent oferuje jedynie dwa odcienie. Marny wybór kolorystyczny to duże utrapienie dla klientek drogerii, które poszukują kosmetyków kolorowych do twarzy. Szczególnie blade osoby mają problem ze znalezieniem czegoś dla siebie. Astor wyszedł naprzeciw oczekiwaniom bladziochów, bo odcień 001 Ivory jest bieluchny. Ponieważ obawiałam się efektu pandy albinoski, zdecydowałam się na kolor 002 Sand. Lubię żółte korektory, ten wydał mi się z początku trochę prosiaczkowy, ale okazał przyjemnym beżowym odcieniem, którego z powodzeniem mogę używać w okolicach oczu. Nie zauważyłam, żeby zmieniał fundował dodatkowe atrakcje, np. niespodziewanie zmieniał kolor.


Na deser zostawiłam sobie krycie. Produkt nie maskuje specjalnie niedoskonałości, jakoś niezbyt daje radę nawet małym paskudom (sprawdzałam na swoich pryszczolach). Ale pod oczami działa cuda. Znakomicie rozświetla i w jakiś magiczny sposób ukrywa nawet najbardziej paskudne cienie. Magia!

Jeżeli szukacie dobrego korektora pod oczy, gorąco polecam wam ten z Astora. Warto dać szansę tej marce!

Cena: ok. 31 zł/6,5 ml
Dostępność: Rossmann, Natura, Dayli, Super-Pharm
Ocena: 5/5

niedziela, 18 października 2015

Chusteczkowa sprawa. Shiseido Pureness Oil-Control Blotting Paper


Dla niektórych pobudka przed 7 rano to zbrodnia na ludzkości. Co mają wobec tego powiedzieć osoby, których dzień zaczyna się w okolicach piątej albo i wcześniej? Tych, które jesienną porą robią makijaż po ciemku i biegną w tej ciemnicy do pracy/szkoły? Tych, dla których godzina ósma to nie jest moment na leniwe malowanie kreski i popijanie kawki, ale pierwszy dzwonek na szybkie poprawki w makijażu?

Tak, wstaję o 5. Maluję się i pędzę do pracy. Kiedy moja cera i makijaż ze sobą współgrają, o 8 wyglądam jeszcze jak człowiek. Kiedy nie... Cóż, wówczas chwytam za coś, co pomoże mi zdjąć ten okropny błysk z twarzy. Kiedyś w ruch szedł puder, ale ile warstw można nakładać? I wtedy odkryłam bibułki matujące. Przerobiłam już kilka popularnych marek, zarówno z dolnej, jak i z wyższej półki, Do tej pory tylko produkt z Inglota mnie zadowalał. Miałam do niego wrócić, ale buszowałam po stronie jednej z perfumerii internetowych i w ten sposób do koszyka wpadły bibułki Shiseido, które dużo dziewczyn uznaje za papierki idealne.

Standardowo zacznę od opakowania. W przypadku bibułek zwykle nie ma się o czym rozpisywać, bo producenci pakują je w papierowe koperty o mniejszej, bądź większej wytrzymałości. Po jakimś czasie każdy z tych kartoników wygląda jakby pies go przeżuł i wypluł. Shiseido wyróżnia się w tym temacie - zamiast papierowej koperty mamy plastikową, wytrzymałą, która nie przedziera się na rogach, nie rysuje i nie "łamie". Nie wstyd pokazać się z nim w damskiej łazience :D. 

Opakowanie nie nastręcza problemów przy wyciąganiu bibułek, z łatwością można wyjąć jeden papierek. Rozwiązanie widoczne na załączonym obrazku spotkałam wcześniej w Bobbi Brown i Essence. 

Bibułki Shiseido mają wymiary 9 cm na 7,3 cm. Nie mogę się przyczepić odnośnie rozmiaru, chociaż nieco dłuższe Bobbi Brown były wygodniejsze. Shiseido są cienkie, ale nie przypominają śliskiego papieru śniadaniowego jak Bobbi. Bibułki sprawiają wrażenie "przypudrowanych", są tępe w dotyku. Sądziłam, że dzięki dodatkowi glinki usuną nadmiar sebum i zmatowią twarz. Cóż... Bibułki nieźle chłoną tłustą warstwę, ale trzeba je trochę mocniej przycisnąć (Inglot właściwie sam się przyczepiał). Po ich zastosowaniu twarz jest matowa (dokładnie widać, gdzie nie przyłożyłam papierka :D), niestety na krótko. Po okołu 2 godzinach trzeba ponownie sięgnąć do koperty. Niestety, razem z sebum ściągają też trochę podkładu.

Miało być świetnie, wyszło przeciętnie. Nie są to złe bibułki, ale zdecydowanie nie warto się na nie łakomić za cenę, którą wołają za nie w perfumeriach. 100 zł za trochę makulatury? Chyba kogoś potentegowało.

Skład: Kaolin, Polysorbate 80, Cellulose Gum, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Trisodium EDTA, Butylene Glycol, Aqua, Sodium Dehydroacetate, Parfum, Zinc Oxide (CI 77497), Ultramarined (CI 77007).

Cena: 55-95 zł/100 sztuk
Dostępność: perfumesco.pl, tagomago.pl, iperfumy.pl, Sephora, Douglas
Ocena: 3/5

piątek, 16 października 2015

Najlepsze na koniec? Weekend zniżek z Avanti (17-18 października)


Gdyby konieczność wyjęcia cieplejszych ubrań z dna szafy, nagła potrzeba wymiany fleków w botkach i "pociągający" ludzie w środkach komunikacji miejskiej, jakoś wam umknęły, to informuję, że tak, już jest jesień. W sklepach są już znicze, pojawiły się także mikołaje. Zaraz będzie listopad i zrobi się bardziej parszywie (dobra, dzisiaj nie było tak źle; musiałam zdjąć szalik). Avanti też to wie, więc w ramach swojej akcji zniżkowej, która będzie miała miejsce już w ten weekend, proponuje kosmetyczne rabaty, które w większości nie wymagają opuszczania bazy z koców i poduszek :D.

Stacjonarnie

Bath&Body Works - oczywiście 30% zniżki przy zakupie minimum 2 produktów.

Drogerie Natura - popularna sieć drogerii proponuje 20% rabatu na asortyment marki Kobo Professional.

Stacjonarnie i online

Clochee - 20% rabatu na cały asortyment w sklepie internetowym i salonie w Szczecinie. Kod do sklepu internetowego: CLO20.

Golden Rose - 20% mniej zapłacimy za całe zakupy na stronie i w punktach firmowych (już bez wyłączeń), Kod do sklepu internetowego: PE6TNMB9.

Paese - marka uraczyła nas rabatem w wysokości 30%. Obowiązuje on zarówno na stoiskach firmowych, jak i w sklepie online, ale nie obejmuje akcesoriów. Kod do sklepu internetowego: aVwO2015.

Online

Avebio - rabat w wysokości 20% na kosmetyki naturalne Avebio. Dodatkowo darmowa dostawa przy zakupach powyżej 100 zł. Hasło do sklepu internetowego: AV15.

BeeYes - 20% na kosmetyki oparte na produktach pszczelich. Rabat obowiązuje do 31 października 2015 r. Kod: Bee10.

BeGlossy - 25% zniżki na pierwsze pudełko w subskrypcji. Kod to: SHOP25OFF.

BingoSpa - marka, która reklamowała się w bardzo interesujący sposób (marketingowca nauczono, że seks się zawsze sprzedaje) proponuje, aby dopieścić się ich kosmetykami tańszymi o 50 zł. Aby bon zadziałał, konieczne jest załadowanie koszyka na 109 zł. Z oferty można skorzystać do 30 listopada. Kod: BINGOSPA654.

Biolaven - robiąc dowolne zakupy w sklepie marki, otrzymamy płyn micelarny gratis.

Bodyland - przy zakupach za minimum 125 zł możemy skorzystać z kodu uprawniającego do zniżki w wysokości 20 zł. Promocja trwa do 31 października 2015. Hasło: AVANTI.

Cherry Beauty - 20%  na "luksusowy krem na bazie oleju arganowego". Luksus tańszy aż do 30 października. Kod: CHERRY.

Cocolita - 10% zniżki na cały asortyment sklepu do 19 października 2015 r. Kod: Avanti10.

Hair2Go - 20% na marki Kevin Murphy, Alterna, Living Proof i Olaplex, jak w każdej poprzedniej akcji zniżkowej. Kod do sklepu internetowego: Avanti20.

Hairstore - zniżka w wysokości 25 zł uruchomi się przy zakupach za minimum 125 zł. Oferta ważna do 31 października 2015 r. Kod: AVANTI.

Let's Beauty - rabat w wysokości 10% na cały asortyment do 31 października 2015 r. Kod: BEBEAUTY.

Marsylskie.pl - komuś mydełko? 20% zniżki piechotą nie chodzi. Kod: avanti2.

Matique - ten sklep z kosmetykami ekologicznymi oferuje rabat w wysokości 20%. Kod: MATIQUE.

Naturativ - młodsza siostra Pat&Rub kusi zniżką w wysokości 25%. Kod: Avanti15.

Pat&Rub -  popularna marka, którą swoim nazwiskiem sygnuje Kinga Rusin oferuje rabat w wysokości 25%. Kod: Avanti15.

Pell - rabat na wszystkie kosmetyki dostępne na stronie. Kod: 102015.

Całkiem przyjemne te rabaty. Znane sklepy internetowe, marki przystępne cenowo. No i rabat do Natury! Kupię sobie wkład do paletki cieni, a co!

niedziela, 4 października 2015

Stare - nowe śmieci. Zużycia września

Po krótkiej przerwie w zbieraniu śmieci, czas na powrót do starych, dobrych nawyków. Nie ma to jak porcja pustych opakowań walających się pod biurkiem (teraz już toaletką, białą, jak na blogerkę przystało). Oto moje skromne pozostałości ubiegłego miesiąca:


Było: Yves Rocher Low Shampoo - odkrycie ostatnich miesięcy. Gdyby był odrobinę mniej uciążliwy w stosowaniu i bardziej wydajny, z pewnością kupowałabym butlę za butlą (i tak zużyłam już 5). Jednak jest to szampon, który z pewnością jeszcze wiele razy pojawi się w denku.

Jest: Biolaven Szampon do włosów - dziwaczny szampon. Zaskoczyła mnie ta wodnista konsystencja. Moje włosy go lubią, skóra głowy mniej.



Było: Avene Cleanance Żel oczyszczający - to moje drugie pełnowymiarowe opakowanie. Uwielbiam ten żel za kremową pianę, którą tworzy i za uczucie czystej skóry bez jej ściągnięcia. Z chęcią do niego wrócę.

Jest: Sylveco Rumiankowy żel do twarzy - założę sobie klamerkę na nos, zacisnę zęby i jakoś spróbuję nie oceniać go przez pryzmat zapachu. Tak, tak, to kosmetyk naturalny, one cuchnąć MOGO, jak chcesz paniusiu pachnący, to idź sobie kup chemię z marketu.



Było: Dermika Pure Łagodzący płyn micelarny z różą do cery suchej i normalnej - urzekło mnie to opakowanie - po przyłożeniu wacika na szczyt butelki płyn grzecznie na niego wypływa, nigdzie się nie rozbryzguje. Sam kosmetyk okazał się niezłym płynem, chociaż raczej do przemywania twarzy rano niż do usuwania makijażu w postaci tuszu i spółki. Nie podrażniał (oczu także) i nie wysuszał. Nie jest wart swojej regularnej ceny (ok. 30 zł), ale za dychę można wziąć.

Jest: Biały Jeleń, Hipoalergiczny płyn micelarny - kupiłam w zestawie z mydłem za jakieś zawrotne 9 zł. Jedyne, co mogę o nim teraz napisać to to, że to najprzyjemniej pachnący płyn micelarny, który przewinął się przez moją łazienkę.


Było: Nacomi Olej z czarnuszki - oleje dominowały w mojej pielęgnacji wieczornej przez całe lato. Najpierw używałam pachnotki, potem przerzuciłam się na ten. Muszę przyznać, że od dawna moja cera tak dobrze nie wyglądała. Poprawiła się sytuacja na moim nosie, który stał się wyraźnie czystszy. Gdyby jeszcze doszło do tego zwężenie porów, to byłby cud, miód i orzeszki. Olej z czarnuszki odrobinę drażnił swoim intensywnym zapachem (tak pachnie jak smakują nasiona :D), ale z czasem się przyzwyczaiłam.

Jest: Acne-Derm Krem - efekty u Idalii były powalające. Mam nadzieję, że i u mnie zdziała cuda.


Było: L'oreal True Match Concealer - krzyżyk na drogę! Tak mi obrzydło jego używanie, że najchętniej wyrzuciłabym recenzję do kosza. Paskudny pod oczy, na dłuższą metę średni także na niedoskonałości. Zgiń, przepadnij!

Jest: Astor Perfect Stay Concealer - typowy korektor pod oczy. Jeżeli szukacie uniwersalnego produktu do tuszowania wszelkich niedoskonałości cery na dowolnie wybranym fragmencie cery, to nie będziecie zadowolone. Jednak w okolicach oczu sprawdza się naprawdę nieźle.
Estee Lauder Double Wear Maximum Cover - podkład i korektor w jednym. Nadaje się zarówno do nałożenia na całą twarz, jak i punktowo na niedoskonałości. Fenomenalne krycie, chcę całą tubę!


Było: L'oreal Volume Million Lashes So Couture - fantastyczny tusz, szczególnie wart uwagi, gdy jest w promocji. Wygodna szczoteczka, która pięknie rozdziela, a przy tym umiejętnie nanosi tusz na rzęsy. Romans do powrórzenia.

Jest: Maybelline Lash Sensational Waterproof Mascara - wersja klasyczna zyskała sobie spore grono zwolenniczek, wariant wodoodporny cieszy się mniejszym uznaniem. Chociaż maskara mnie nie powaliła, to daje całkiem zadowalający efekt. To pierwsza maskara Maybelline od długiego czasu, która mnie nie uczuliła, sukces!

Było: Tołpa Botanic Czarna Róża Odżywczy Żel pod prysznic - jak takie rzadkie cuś, które spływa ze skóry w 5 sekund, odżywia, to ja jestem gwiazdą filmową. Szału nie robi, z uwagi na konsystencję szybko się zużywa. To mój czwarty kosmetyk z tej linii zapachowej i drugi, z którego zapachem coś jest nie tak. Niby jest słodko, ale czuć taką proszkową nutę, której nie było ani w peelingu, ani w balsamie do ust. Żegnam bez żalu i nie wrócę więcej.

Palmolive Feel Glamourous Pampering Shower Scrub - pani w Naturze wciskała jakieś produkty, więc postanowiłam ją wesprzeć (w końcu też musiałam kiedyś namawiać na zakup takich pierdół, których nikt nie chciał brać) i wzięłam to "różowe". Różowe okazało się żelem pod prysznic (z drobinkami, zupełnie zbędnymi) o obłędnym, dość słodkim zapachu. Według producenta ten aromat to połączenie pitaji, wanilii burbon i jeżyny. Niech mu będzie :). 

Jest: Rituals Yogi Flow Indian Rose&Sweet Almond Oil- miałam do czynienia z tą pianką u cioci, więc ucieszyłam się z własnego egzemplarza. Formuła żelu zmieniającego się w chmury kremowej piany nadal mnie zachwyca, ale nie zadowolił mnie zapach. Yogi Flow pachnie szamponem :D.


Było: Wellness&Beauty Korperoel Kirchbluete&Rosen-Extract- zobaczyłam go kiedyś u Atqi, która zachwalała jego zapach, więc jako osoba, która pamięta o pielęgnacji ciała tylko wówczas, gdy ma coś, co zadowala zmysł węchu, musiałam go mieć. Olejek ma delikatny kwiatowy zapach, dość kobiecy, nie przeładowany różanymi nutami. Miło go się nosi, chociaż ulatnia się po 2 godzinach. Olejek dość długo się wchłania i niespecjalnie powala walorami pielęgnacyjnymi - 

Jest: Dove Purely Pampering Nourishing Body Oil Pistachio Cream&Magnolia - w pierwotnej wersji cena tego cudaka oscylowała w granicach 40 zł. To dość wygórowana cena jak na produkt do ciała i śmieszna, biorąc pod uwagę markę, która go wypuściła. Jednak pod względem zapachu jest to jedna z lepszych drogeryjnych linii, dlatego zaszalałam i kupiłam olejek, gdy cena spadła do 15 zł. Chociaż w dalszym ciągu widnieje na stronie producenta, w Rossmannie pojawiły się już inne olejki Dove, Derma Spa.


Było: Zara Textures EDT - przyjemny, wodno-jabłkowo-cytrusowy zapach, w guście Light Blue. To moje drugie opakowanie; mam nadzieję, że Zara go nie wycofa, bo z chęcią bym sobie sprawiła kolejną butelkę w przyszłe lato.

Jest: Tommy Hilfiger Tommy Girl EDT - ach te przeceny w Rossmannie. Nie mogłam się oprzeć i, po przeczytaniu kilku recenzji, pobiegłam kupić ten zapach. Muszę przyznać, że gdyby był tester, to chyba bym się nie zdecydowała. To nie jest śmierdziel, ale też nie jest to woda, która zachwyciła mój nos. To taki różano-miętowy-dżinsowy zapach, który spokojnie mógłby wypuścić jakiś Adidas.


Krem Tołpa Biały Hibiskus wykończyłam, bo moja mama nie chciała go już używać, a mnie wkurzają walające się resztki. Lubię ten krem, kilka miesięcy temu zużyłam sama opakowanie, ale jakoś zupełnie zapomniałam go zrecenzować.

Seria Multimodeling zastąpiła moją ulubioną Rebuild. Masło jest równie dobre, jak poprzednie. Szkoda tylko, że aby uzyskać jakieś efekty trzeba wcierać to tonami.

Po skończeniu soli z Farmony (uwielbiam), skusiłam się na równie wysoko oceniany produkt Online. O ile widziałam sens moczenia stóp w Nivelazione, tak zupełnie nie czułam potrzeby używania tego kosmetyku.

A jak wasze zużywanie? Ups, pardon, teraz się chyba "dąży do minimalizmu". Albo czegoś w tym guście :).

piątek, 2 października 2015

Człowiek po pierwszym. Szaleństwo zakupów 3 i 4 października


Uwielbiam akcje rabatowe. Nie tylko dlatego, że pozwalają na pewne oszczędności (kwestia dyskusyjna; niektórych rzeczy nie kupiłabym, gdyby nie były tańsze, bo zazwyczaj nie są one niezbędne do życia), ale i za to, że jest ich kilka w przeciągu kilku tygodni. Każdy znajdzie jakąś dla siebie w dogodnym terminie (wypłaty :D). Już w ten weekend z Elle, Glamour, InStyle i Galą (Elle -  8,99 zł, Glamour - 4,50 zł, InStyle - 4,90 zł, Gala - 2,99 zł), będzie można wyprowadzić portfel na spacer i trochę go przewietrzyć. Czy porządnie? To już musicie ocenić same.

Stacjonarne:

Super - Pharm - w tej sieci taniej o 40% zapłacimy za produkty marki Auriga, a połowę ceny za Lumene. 20% mniej będą kosztowały także produkty Le'Maadr - ten rabat będzie można wykorzystać do końca miesiąca. Warto tam wpaść, bo oprócz akcji z czasopismami, SP zaproponował całkiem ciekawy katalog na październik.

The Body Shop - marka zaproponowała 20% na cały asortyment.

Yves Rocher - rabat w wysokości 40% otrzymamy przy zakupie minimum 2 kosmetyków. Z akcji wyłączone są oczywiście produkty z Zielonym Punktem.

Stacjonarne i online:

Aromatella - 20% rabatu na kosmetyki Bomb Cosmetics w sklepie internetowym na hasło SZ2015 oraz w sklepie stacjonarnym w Warszawie po okazaniu kuponu.

Bikor Makeup - marka znana z ziemi egipskiej oferuje 20% zarówno w swoim sklepie w Gdańsku, jak i online. Hasło do sklepu internetowego to szalenstwo.

Clochee - rabat 20% obowiązuje na cały asortyment dzięki wpisaniu CLO20. W Elle zaznaczono, że zniżka będzie aktywna stacjonarnie i w sklepie internetowym, ale nie mam pewności, co do tego, czy rabat zadziała w sklepach partnerskich, które sprzedają Clochee

Clinique - przy zakupach za co najmniej 149 zł marka dorzuca gratis kosmetyczkę z 4 miniaturami. Promocja obowiązuje w punkcie w Złotych Tarasach, jak i w sieci na polskiej stronie marki. Kod do sklepu internetowego to OFERTAVIP.

Stenders - zniżkę 20% na cały asortyment otrzymamy zarówno w sklepach stacjonarnych (haaalo, chcę we Wrocławiu), jak i online na hasło SZ15.

Warsztat Piękna - 20% rabatu na produkty m.in John Masters Organics, Purles czy SeSDERMA w sklepie stacjonarnym w Warszawie oraz w sklepie internetowym z kodem BONM3B.

Online:

BeeYes - naturalne kosmetyki oparte na "produktach pszczelich" (cokolwiek by to nie było :D), taniej o 20% z kodem BeeYes.

Costasy - 15% zniżki ucieszy fanki marek Lily Lolo, Lulu&Boo i I Love Soap. Kod rabatowy: SNZC3415.

Estee Lauder - przy zakupach za minimum 360 zł otrzymamy kosmetyczkę z 7 miniaturami najlepiej sprzedających się kosmetyków marki. Hasło rabatowe to VIP.

Hair2Go - 20% rabatu na marki Kevin Murphy, Living Proof, Olaplex i Alterna na hasło szalenstwo2015.

InspiredBy - rabat w wysokości 20% na pierwsze pudełko z kodem SZ20-IB.

Inveo - odżywki do rzęs, a także płyn micelarny będzie można kupić aż 50% taniej. Kod: Inveo15.

Kosmetykomania - 20% na kosmetyki Makeup Revolution, Freedom Makeup, BrushEgg i Scottish Fine Soaps z kodem SZ20. Kod obowiązuje od 2 do 9 października.

LadyMakeup - dzięki hasłu szalenstwo2015 otrzymamy 20% rabatu na kosmetyki Kryolan, Glazel, Maestro, Sleek, Freedom Makeup, Makeup Revolution.

Love Me Green - eko kosmetyki tej marki od 2 do 9 października będą tańsze o 20% dzięki hasłu: eko20SZ.

MintiShop - także i w tym sklepie w weekend będzie można kupić taniej o 20% kosmetyki MUR i Freedom Makeup. Hasło rabatowe to SZALZAKUPOW. Zniżka obowiązuje od 2 do 7 października.

MomMe Baby Natural Care - przy zakupach za minimum 150 zł otrzymamy żel do mycia w prezencie. Hasło to szalenstwozakupow.

ShinyBox - 20% na pudełko - w gazecie, ani na stronie akcji nie wspominają o tym, że jest to kod na pierwsze pudełko w subskrypcji, ale niestety po wprowadzeniu hasła zniżkowego okazuje się, że automatycznie włącza się subskrypcja. Kod SZ20-SB będzie aktywny od 2 do 9 października.

Najbardziej podobają mi się zniżki do Super-Pharmu. Reszta nie prezentuje się zbyt zachęcająco. A jakie jest wasze zdanie?

środa, 23 września 2015

A Ty, po ilu opakowaniach wyrobisz sobie opinię? Yves Rocher Low Shampoo Delicate Cleansing Cream

Chyba się starzeję. Taak, mam refleks szachisty. Nie podniecają mnie już nowości kosmetyczne, nie wypatruję z niecierpliwością nowych, wspaniałych wynalazków, nie czekam na edycje limitowane ulubionych marek. Najchętniej używałabym kilku tych samych, sprawdzonych produktów. Sęk w tym, że o ile w kilku kategoriach mam swoich ulubieńców (tak, tak, w liczbie mnogiej), tak z niektórymi gamami produktów jest mi nie po drodze. Do takiego typu kosmetyków należą szampony do włosów - od wieków to, co sprawdzało się na moje siano, nie odpowiadało skórze głowy i na odwrót. Gdy w sieci mignął mi szampon w kremie z Yves Rocher, stwierdziłam, że raz się żyje. I kupiłam tubkę. A potem cztery kolejne.

Jeśli słyszycie "krem", to o jakim typie opakowania myślicie? Słoik albo tubka, prawda (albo saszetka, jeżeli ktoś pomyślał o kremie do tortów :D)? Yves Rocher trochę niezbyt szczęśliwie umieściło swój kremowy szampon w tubce. Nie jest to najwygodniejsze rozwiązanie, bo mniej więcej już od połowy opakowania trzeba się siłować z plastikiem, żeby wypluł jakąś ilość produktu (podczas takich zabaw trudno cokolwiek dozować). Płakać jednak nie będę.

Szampon ma gęstą konsystencję, którą porównałabym do balsamu do ciała albo jakiejś porządnej odżywki do włosów. Nie ma najlepszego poślizgu, nie spływa z włosów. Pieni się dość słabo, szczególnie podczas pierwszego mycia - wtedy można wsmarować we włosy solidną porcję i cały będzie się wydawało, że niczego nie nałożyłyśmy na włosy. Po spłukaniu i kolejnej aplikacji krem zaczyna się lekko pienić, tworzy taką kremową piankę. W dalszym ciągu nie jest to chmura, jaką tworzą drogeryjne szampony, ale podczas masowania głowy nie ma się już wrażenia wykonywania masażu na mokrych włosach, które nie zaznały szamponu :D. Niestety, przez taką formułę krem z Yves Rocher jest zupełnie niewydajny - tubka o pojemności 200 ml wystarczy na zaledwie dwa tygodnie używania co drugi, czasem trzeci dzień.

Działanie? Dla mojej skóry głowy ten produkt to objawienie. Nic mnie nie szczypało, nie pojawiły się suche placki, nie było śnieżycy. Miodzio. Co z włosami? Nieźle, o dziwo. Ten produkt nie jest szamponem mocno oczyszczającym, ale dość nieźle odświeża włosy - nie są może czyste, że aż skrzypią, ale Yves Rocher radzi sobie z lekko "wczorajszą" fryzurą. Nie wiem, czy sprawdziłby się przy zmywaniu oleju, od dawna nie nakładałam żadnego. Po użyciu szamponu włosy są miękkie, nie są spuszone ani splątane, chociaż nie zaryzykowałabym odstawienia odżywki - moja lwia grzywa lepiej współpracuje, gdy ma dodatkowe wspomaganie.

Szampon z Yves Rocher bardzo przyjemnie mnie zaskoczył. Z pewnością jeszcze do niego wrócę. Dlaczego nie dostał najwyższej noty? Nie do końca odpowiada mi ta słaba wydajność (przy codziennym myciu używanie tego produktu to będzie odrobinę kosztowna impreza) i niewygodne opakowanie. Mimo tego polecam ten kosmetyk, szczególnie, jeżeli wasza skóra głowy lubi zachowywać się jak primadonna.

Skład: Aqua, Stearyl Alcohol, Cetyl Alcohol, Lauryl Glucoside, Behentrimonium Chloride, Crataegus Monogyna Flower Extract, Isopropyl Alcohol, Glycerin, Sodium Benzoate, Citric Acid, Panthenol, Parfum, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Ethylhexyl Salicylate, Tocopherol, Glycine Soja Oil, Potassium Sorbate.

Cena; ok. 15 zł/200 ml
Dostępność: sklepy firmowe Yves Rocher, sklep internetowy
Ocena: 4,5/5

niedziela, 20 września 2015

Creme de la creme? Maybelline Color Tattoo Creamy Mattes 91 Creme de rose, 93 Creme de nude

Pojawienie się Color Tattoo w Polsce było małą sensacją w naszym kosmetycznym światku. Do tej pory cienie w kremie oferowały marki z wyższej półki, taka formuła jedynie okazjonalnie gościła na drogeryjnych regałach (cienie w kremie przez jakiś czas były w asortymencie Catrice i Essence). Zapowiedź wprowadzenia takiego typu produktu przez markę tak szalenie popularną jak Maybelline (dostępną nawet w hipermarketach) ucieszyła sporą część dziewczyn, która miała ochotę na małą odmianę w makijażu, a nie do końca uśmiechało im się wydawać na tę fanaberię kwotę większą niż 50 zł. Po dwóch latach Maybelline postanowiło poszerzyć ofertę Color Tattoo w naszym kraju i wprowadzić cienie matowe w kolorach, po które spora część z nas sięga w codziennym makijażu (róż, żółty beż, przykurzony fiolet i brąz). Zamysł niezły, Maybelline wykorzystało istniejącą niszę, ale wykonanie nie do końca udane.

O opakowaniu Color Tattoo już pisałam, dlatego nie będę się powtarzała. Nowa seria zamknięta jest w takich samych porządnych słoiczkach ze szkła.

Formuła Creamy Mattes odbiega od pierwowzoru, a właściwie pierwowzorów, bo konsystencja klasycznych CT różniła się w zależności od wykończenia. On and on bronze (złotobrązowa perła) był zbity, dość żelowy, ale fantastycznie rozprowadzał się na skórze (pigment dobrze się przyczepiał, rozkładał się równomiernie) natomiast Permanent Taupe (matowy szarobury fiolet) to plastelinowa masakra (jeżeli w dzieciństwie próbowałyście rozprowadzić plastelinę po kartce, to mniej więcej będziecie wiedziały, jak ten produkt się zachowywał - żeby go jako tako nałożyć, trzeba było dość mocno działać). Creamy Mattes są zupełnie inne - ich konsystencja jest kremowa, zbita, ale nie żelowa. Są lekko tłustawe w dotyku. Tak jak On and on bronze dobrze przyczepiają się do skóry. Rozprowadzają się lepiej niż Permanent Taupe, chociaż Creme de Nude ma tendencję do robienia prześwitów podczas nakładania, zupełnie jak jego starszy kolega (co ciekawe, Creme de Rose jest grzecznt).

Zaletą, którą często wskazywały dziewczyny zakochane w CT, była ich fantastyczna trwałość. U mnie produkt był trwały jeżeli zaaplikowałam go przy pomocy syntetycznego pędzla. Nakładany palcem przemieszczał się w załamanie powieki w około 2 godziny. Bawiłam się z Creamy Mattes na oba te sposoby, podczas różnych warunków pogodowych, nakładałam różną ilość produktu, rozcierałam, jednakże za każdym razem po 2-3 godzinach cienie się zbierały. Creamy Mattes nadają się do noszenia jedynie na bazie - tylko przy dodatkowym wspomaganiu nie były niesforne na mojej tłustej powiece. Szkoda, liczyłam, że same będą tą bazą. Marnie sprawdzają się w kwestii przedłużenia trwałości innych produktów, nie wspomnę już o tym, że nie ułatwiają pracy przy cieniowaniu (Agnieszka z Dressed in mint ma inne zdanie w tym temacie, polecam obejrzeć jej film). 

Chociaż kolory prezentują się na skórze dość intensywnie, na oku są dużo delikatniejsze - uzyskanie dużego nasycenia koloru jest trudne z uwagi na tę migrację w załamanie (większa ilość oznacza większą linię :D). Pomimo tego, że mam ciepłą karnację, dobrze czułam się także w różowym Creme de Rose, który na powiece był jedynie lekko różowy. Creme de Nude to fantastyczny odcień jasnej żółci, która dobrze koryguje kolor powieki i tuszuje różnego rodzaju niedoskonałości. Kolorystycznie te cienie to petardy. Szkoda, że jakościowo nie dla tłustej powieki (w suchą skórę mojej dłoni wżarły się za to dość mocno),

Miało być pięknie, wyszło jak zwykle, czyli średnio. 

Cena: ok. 25 zł
Dostępność: Rossmann, Natura, Super-Pharm, Hebe
Ocena: 3/5

piątek, 18 września 2015

Coś miłego dla kupującego. Stylowe zakupy z Grazią i Twoim Stylem 25-27 września


Sezon zniżek w gazetach trwa w najlepsze. O ile część z nich była zapowiadana ze sporym wyprzedzeniem, tak o terminie akcji rabatowej z Twoim Stylem (cena ok. 10 zł) i Grazią (szok, teraz miesięcznikiem, nie dwutygodnikiem - 4,50 zł) dowiedziałam się właściwie kilka dni przed pojawieniem się czasopism w kioskach. Nie ukrywam, że była to akcja, na którą najbardziej czekałam. Po części kupony zaspokajają mój apetyt, ale jest mały niedosyt - w tej odsłonie nie pojawił się rabat do Organique, na który ostrzyłam sobie zęby (a zniżka do O. pojawiała się w poprzednich latach). A wy widzicie tu coś dla siebie? Z której zniżki skorzystacie? 

Stacjonarnie

Bath&Body Works - przy zakupie minimum 2 produktów marka oferuje 30% rabatu na zakupy. Aż chce się zaśpiewać "ale to już było...". Było i najprawdopodobniej jeszcze się pojawi, bo od kilku akcji rabatowych BBW serwuje właśnie taką zniżkę.

Drogerie Natura - słuchajta, rabat w Naturze, nawet konkretny (30%), ale tylko na jedną markę - Dermikę.

Kiko Milano - 20% zniżki na cały asortyment dostępny w salonach firmowych.

MAC - przy zakupach za minimum 150 zł otrzymamy szminkę o wartości 86 zł. Podobno nie dowolnie wybraną spośród dostępnych odcieni (jak w akcji Back2Mac), ale jedną z wyznaczonej odgórnie gamy.

Perfumeria MADA - 30% rabatu na cały asortyment perfumerii i zabiegi w Salonie Urody.

Super-Pharm - 30% na zakup jednego i 40% przy wrzuceniu do koszyka minimum dwóch dermokosmetyków. Promocją nie jest objęta marka Cetaphil, a rabat liczony będzie od ceny regularnej.

The Body Shop - promocja jak ta w BBW, czyli 30% przy zakupie co najmniej dwóch kosmetyków.

Yves Rocher - marka oferuje 40% zniżki, jeżeli zdecydujemy się na zakup dwóch lub większej ilości produktów. Standardowo z promocji są wyłączone produkty oznaczone zielonym punktem.

ZikoDermo - ta sieć aptek proponuje 20% rabatu przy zakupach powyżej 50 zł.

Stacjonarnie i online

Bandi - 20% zniżki na stronie internetowej po wpisaniu Grazia2015. Taka zniżka obowiązuje także w salonach firmowych - w tym przypadku skorzystać z niej można do 4 października.

Clinique - przy zakupie na kwotę większą niż 139 zł otrzymamy kosmetyczkę z 3 miniaturami. Kod do sklepu internetowego: Grazia2015.

Dayli - 20% zniżki na całe zakupy. Rabatowi nie podlegają towary  objęte akcyzą. Kod do sklepu internetowego: Zakupy05

Denique - 10% na kosmetyki z wyłączeniem marek Kerastase i Revitalash. Kod do sklepu internetowego: Grazia2015. Rabat obowiązuje do 4 października.

Douglas - bon o wartości 20 zł przy zakupie za minimum 249 zł (kod: GRAZIA2015) lub 50 zł przy zakupie za minimum 499 zł (kod: GRAZIA0515).

Golden Rose - 20% na kosmetyki do makijażu. Zniżka nie obejmuje sztandarowych wyrobów tej marki, czyli lakierów. Kod do sklepu internetowego: Grazia15

Hair2Go - 20% zniżki na marki Kevin Murphy, Alterna, Living Proof, Olaplex w wybranych salonach i online. Kod do sklepu internetowego: Grazia2015

Inglot - 20% rabatu na produkty dostępne dostępne w punktach firmowych. Zniżka nie zadziała na perfumy sygnowane przez Anję Rubik oraz na akcesoria. Kod do sklepu internetowego: Grazia2015

L'occitane - poza kosmetykami z linii Divine i Shea wszystkie inne można będzie kupić z 15% rabatu. Kod do sklepu internetowego: Grazia2015

Mydlarnia u Franicszka - mydła, oleje i inne cuda będą tańsze o 20%. Kod do sklepu internetowego: Grazia2015

Paese - marka hojnie ofiarowała rabat w wysokości 35% (w zeszłym roku było 40%) i wyłączyła z promocji akcesoria. Kod do sklepu internetowego: PaeseSZ_2015. Mam nadzieję, że tym razem hasło zadziała w ich firmowym sklepie online, ostatnio niestety były problemy.

Stenders - 20% zniżki na cały asortyment. Kod do sklepu internetowego: Grazia2015

Online

Estee Lauder - 3 dodatkowe miniatury przy zakupie za minimum 300 zł po wpisaniu hasła Grazia2015.

Naturativ - coś dla wielbicielek kosmetyków naturalnych. Marka jest mi zupełnie nieznana, ale teraz można ją poznać w cenach o 20% niższych. Kod: Grazia2015

Pat&Rub - 20% z pewnością kogoś ucieszy. W Pat&Rub rabaty i promocje zawsze się łączyły, pewnie i tym razem tak jest. Kod: Grazia2015

Thalgo - przy zakupach w tym sklepie zniżka w wysokości 50 zł przysługuje na każde 250 zł. Kod: Grazia2015

Yonelle - rabat na linie H20 Infusion oraz Progresive, a także zestawy do Mikronakłuwania Inwazyjnego. Kod: GR2015

Wibo - wątpię, czy komukolwiek będzie się opłacało zrobić zakupy z tym 25% rabatem :D. Kod: GRAZIA15

piątek, 4 września 2015

Pierwszy milion z przeceny. L'oreal Volume Million Lashes So Couture

Powiadają, że pierwszy milion trzeba ukraść. Po co, skoro można wejść do sklepu i kupić? W promocji :D. 

Prawdopodobnie mogłabym sobie darować notkę o tym produkcie, nikt by na tym nie stracił. Ilość recenzji przytłacza, tony lukru wylewają się z ekranu (zasadniczo; są wyjątki, które nie pieją z zachwytu). Ponieważ skończyły się wakacje i sporą część osób czekało bolesne spotkanie z kończącymi się terminami/korkami/zepsutymi albo wyskakującymi z szyn tramwajami/otwarciami nowych szpitali, które zostały usytuowane w pobliżu ulic, przez które sznurek samochodów ciągnie się nawet w nocy (chyba)/szkołą/ciemnościami o 5 rano, pomyślałam, że na razie na blogu będzie słodziutko. Człowiek siądzie sobie i chce się zrelaksować, wchodzi na ulubiony blog (taak, schlebiam sobie :D), a tu ilość jadu przekracza wszelkie dopuszczalne normy. Siostro, trochę cukru!

Nie będę się już powtarzać w kwestii mojego (do niedawna) podejścia do marki L'oreal. Chociaż przeprosiłam się z ich produktami, uważam, że ich ceny są trochę wysokie. Tusz do rzęs, za który trzeba zapłacić więcej niż 50 zł? Średnio mi się to podoba, zwłaszcza, że należę do tej grupy, która wbiła sobie do głowy, że kosmetyk tego typu przydałoby się wymieniać co kilka miesięcy, żeby się nic nie zalęgło. Na szczęście zdarzają się promocje (duże).

Od lewej: Celia Lashes on top
L'oreal VML So Couture
Lovely Curling Pump Up
Postaram się sprawnie przemknąć po kwestii opakowania. Na pewno jest porządne - mimo kilku miesięcy (sprawdziłam denko - maluję się L'orealem od końca kwietnia, co zaskakuje mnie samą) używania nie wygląda jakby ktoś je przeżuł i wypluł (i ponownie przeżuł). Czy jest ładne? Kwestia gustu, ale to chyba niezbyt istotny szczegół.

Podstawą tuszu jest szczoteczka. Ta z L'oreala wydawała mi się jakaś taka... mała. Nic dziwnego, przy tej "szczocie" z Celii L'oreal wygląda niewinnie :). Aplikator jest silikonowy (tak jak lubię) i ma kształt, który kojarzy mi się z... kabaczkiem. U góry jest trochę węższy, rozszerza się ku dołowi. Ma dużo drobnych wypustek, które dobrze nakładają tusz i jednocześnie wyczesują grudki. Dzięki krótkim igiełkom mogę dotrzeć do linii rzęs bez drapania i "smołowania" powiek przy okazji.

Tuż po zakupie tusz lekko zniechęcał swoją mokrą formułą, po aplikacji miałam wrażenie oblepionych, "schłodzonych" (nie potrafię tego inaczej wytłumaczyć) rzęs. Po lekkim podeschnięciu nie było żadnego dyskomfortu, nie czułam go na włoskach. Nie robił też z rzęs nieprzyjemnie kłujących, twardych szpilek.

Tusz występuje w jedynym słusznym kolorze: czarnym. A właściwie to w dwóch: czarnym i czarniejszym :D. Podobno wersja So Black nie jest już tak udana.

Efekt? Naprawdę świetny. Tusz znakomicie rozdziela rzęsy (nawet po 4 miesiącach), zarówno przy jednej, jak i przy dwóch warstwach, obywa się bez irytujących grudek. L'oreal wydłuża, podnosi rzęsy, ale też lekko je podkręca. Nie zapewnia mocnego pogrubienia, ale rzęsy wydają się bardziej gęste. Chociaż nie jest to produkt wodoodporny, trochę tak się zachowuje, szczególnie w kwestii zmywania (no i tego podkręcenia). Uwielbiam kosmetyki, które nie spłyną mi z pierwszą łzą i So Couture do nich należy. Coś za coś - do jego zmywania trzeba zaprzęgnąć płyn dwufazowy; twardy z niego zawodnik.



Maskara So Couture to w ostatnim czasie jeden z moich ulubieńców. Wiem, że grzebię już w prawie pustym opakowaniu, ale żal rozstawać się z tym tuszem. Zapasowe Maybelline i Eveline oraz planowany Gosh mają wysoko postawioną poprzeczkę.

Cena: ok. 60 zł
Dostępność: Natura, Hebe, Super-Pharm, Rossmann
Ocena: 5/5

wtorek, 1 września 2015

Mały, a może wiele. Tołpa Green Nawilżanie Nawilżający krem łagodzący pod oczy

Po kilkuletnim stażu blogowania mogę zaryzykować stwierdzenie, że pisanie i czytanie o kosmetykach zmieniło moje podejście do kwestii związanych z dbaniem o siebie, Zaczynałam blogować jako studentka, dla której kupowanie pewnych grup produktów wydawało się bezsensownym wydatkiem. Do codziennej pielęgnacji wystarczały mi trzy kosmetyki i ze zdumieniem odkrywałam, że dziewczyny używają większej ilości mazideł, co więcej, różnią się one w zależności od pory dnia czy roku.

Jedną z moich pierwszych "świadomych" decyzji kosmetycznych było włączenie kremu pod oczy do łazienkowego arsenału. Nie jakiegoś tam żeliku na opuchliznę używanego raz na jakiś czas, ale małego cudotwórcy na wszystkie bolączki. I się zaczęło... Od lat szukam idealnego kremu pod oczy. Chociaż właściwie powinnam napisać, że rozglądam się za "idealnymi kremami" - tak, w liczbie mnogiej, bo potrzeby mojej skóry ulegają zmianom. W chłodniejsze miesiące preferuję coś ciężkiego, latem obiektem zainteresowania stają się lekkie formuły. Z uwagi na dużą obniżkę, postanowiłam dać szansę kremowi pod oczy z Tołpy. Do zakupu nie byłam przekonana, bo chociaż markę bardzo lubię, tak w pamięci mam ciągle okropnypseudoożywczy krem pod oczy, który napsuł mi trochę krwi.

Ta pierwsza od pewnego czasu recenzja musi się zacząć jak wszystkie dotychczasowe. Opakowaniu nie przepuszczę, nie ma mowy :). Nie jestem największą fanką słoiczków, ale temu zgrabnemu maluchowi z dużym otworem nie mogę niczego zarzucić. Jedyna pierdoła, do której można się przyczepić, to odłażąca etykietka (jak w wielu kosmetykach Tołpy).

Krem ma dość lekką formułę, jednak nadal pozostaje po kremowej stronie mocy, nie leje się jak jakieś pierwsze lepsze mleczko. Lubię taką konsystencję, która nie ucieka mi spod palców, więc tutaj Tołpa zapunktowała. Green błyskawicznie się wchłania (właściwie od razu można nakładać makijaż), jednak nie pozostawia skóry "gołej", wyraźnie czuć delikatną nawilżającą warstwę - takie wrażenie utrzymuje się przez długie godziny; dyskomfortu nie powoduje nawet nałożenie wysuszającego korektora (np. True Matcha z L'oreala). 

Jak działa? Zaskakująco. Moja skóra pod oczami bardzo lubi skwalan, więc miałam nadzieję, że i z tym kremem się zaprzyjaźni. Nie myliłam się. Krem doskonale nawilża i lekko odżywia. Skóra po jego zastosowaniu jest miękka i gładka. Tołpa nie podrażnia, nie powoduje łzawienia nawet przy przypadkowej aplikacji prosto do oka (zagapiłam się kilka razy :D). 

Na koniec zostawiłam sobie wisienkę na torcie. Producent obiecuje, że krem wpłynie na redukcję cieni pod oczami. Rzadko wierzę w takie bajki, ale już raz jedna z marek zrobiła mi takiego  miłego "psikusa". Tołpa Green to kolejny krem, przy którym, po mniej więcej miesiącu stosowania ,zaobserwowałam wyraźnie rozjaśnienie cieni. Pozwolę sobie polecieć Facebookiem - Lubię to :D!

Krem Tołpa Green bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Myślę, że do niego wrócę. Niech no tylko nie próbują wycofać!

Skład: Aqua, Squalane, Glycerin, Propylene Glycol, C12-15 Alkyl Benzoate, Caprylic/Capric Triglyceride, Cetearyl Oleate, Peat Extract, Sorbitan Olivate, Aluminium Starch Octenylsuccinate, Gossypium Herbaceum Seed Extract, Iris Florentina Root Extract, Equsetum Arvense Extract, Ginko Biloba Leaf Extract, Glycyriza Glabra Root Extract, Panax Ginseng Root Extract, Hammamelis Virginiana Leaf Extract, Tetrasodium EDTA, Sodium Polyacrylate, Carbomer, Sodium Hydroxide, Sodium Acrylate/Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Isohexadecane, Polysorbate 80, Benzyl Alcohol, Salicylic Acid, Sotbic Acid.

Cena: ok. 23 zł/17 ml
Dostępność: Rossmann (dział dermo), Biedronka
Ocena: 5/5

piątek, 28 sierpnia 2015

Dzień jak co dzień, weekend jak weekend - wrześniowe akcje rabatowe


Po krótkiej przerwie (tylko lub aż miesięcznej) wracam, tak dla odmiany, z dobrymi wiadomościami (spokojnie, spokojnie, maruda nie była na urlopie, już przebiera paluchami po klawiaturze). Wrzesień nigdy nie był moim ulubionym miesiącem, ale od pewnego czasu zaczynam darzyć go większą sympatią. Nie tylko z tego względu, że miło kojarzy mi się ze studencką labą, ale także z rozpoczynającego się sezonu na kupony w czasopismach. Już 5 i 6 września pierwsza tura promojożerców powinna wyruszyć uzbrojona w Joy, Hot lub Cosmopolitan (ceny tych pisemek wahają się w granicach 5 zł), zaś w następny weekend (12 i 13) w Zwierciadło albo Sens (te czasopisma są już droższe, taka przyjemność to koszt 10 zł).

5 i 6 września


Sklepy stacjonarne

Bath&Body Works- standardowe już 30% przy zakupie minimum dwóch produktów.

Dayli - 20% na kosmetyki do twarzy i ciała.

The Body Shop - również 30% przy zakupie co najmniej dwóch kosmetyków.

Yves Rocher - 30% rabatu na jeden kosmetyk, a przy zakupie dwóch dodatkowo zniżka 50% na ten drugi. Zielone pryszcze się nie łapią.

Stacjonarnie i online

Bandi - 20% zniżki na zakup kosmetyków oraz zabiegi firmowe w salonach partnerskich oraz na bandi.pl (tu po wpisaniu kodu: iloveshopping).

Denique - 10% na produkty z wyłączeniem marek Kerastase oraz Revitalash (kod do sklepu online: Joy2015)

Zakupy online

Alledrogeria.pl - w tej drogerii z kodem LOVEMUR o 15% taniej będzie można kupić kosmetyki marki Makeup Revolution. Po wpisaniu LOVE79 otrzymamy rabat 15% na Skin79, a dzięki LOVESLEEK o 15% niższa będzie cena produktów marki Sleek. 

Beautikon - sklep oferuje 15% rabatu na kosmetyki oraz akcesoria. Kod:  BTKC-LOVESHOPPING.

BeeYes - kosmetyki marek Propolia i BeePure tańsze o 20% po wpisaniu BeeTak. Rabat jest ważny nie tylko w weekend zniżek, ale od 1 do 13 września.

Cocolita - 20% na nieprzecenione produkty po wpisaniu SHOPPING.

hair2go.pl- po wpisaniu hasła wlosy20 o 20% mniej zapłacimy za kosmetyki marek Alterna, Kevin Murphy, Living Proof oraz Olaplex.

Matique - 20% na asortyment nieprzeceniony dzięki MATIQUE.

Minti Shop - lepszy rydz niż nic - 10% w tym sklepie internetowym ucieszy wiele osób. Zniżka nie obejmuje jednak produktów specjalnych, w tym marki Zoeva. Kod ILOVESHOPPING uprawia do rabatu w dniach 1-6 września.

Pat&Rub - 20% na wszystkie produkty po wprowadzeniu ECOSHOPPING.

Purles - 15% mniej za sprawą hasła pu9070.

strefaurody.pl - rabat w wysokości 15% obejmuje cały asortyment. Wystarczy wpisać kod WEEKEND15.

Thalgo - dzięki COSMO otrzymamy 50 zł zniżki przy zakupach za min. 250 zł

Urodomania - kod Urodomania10 uprawnia do 10% rabatu

Wibo - 20% (w zeszłym roku marka Wibo poczęstowała rabatem w wysokości 40%...) po wprowadzeniu COSMO15.

12 i 13 września


Nigdy wcześniej nie kupowałam Zwierciadła z uwagi na zniżki, czy dodatki (jak Cosmo, Joye i Glamoury). Nie żałuję, że skusiłam się w kiosku na to czasopismo, ale wybrałam je do czytania, a nie w celu szybkiego wrzucenia do makulatury po uprzednim wycięciu kuponów. W Zwierciadle akcja rabatowa jest dość skromna.

Ponownie czeka Bath&Body Works z 30% zniżki przy zakupie minimum 2 produktów. 25 zł mniej zapłacimy w Super-Pharmie, gdy suma na rachunku przekroczy 100 zł. W The Body Shop otrzymamy 20% rabatu na cały asortyment. Yves Rocher zaoferowało 40% zniżki przy zakupie co najmniej dwóch kosmetyków (bez zielonych kropek).

Jednocześnie w ramach akcji "Kocham, nie truję" od 12 do 23 września taniej o 20% będzie można nabyć produkty marki Clochee (po wpisaniu CLO20), a także mydła z Ministerstwa Dobrego Mydła (kod: Slow). Nieco wyższy rabat, w wysokości 25% (hasło: kochampurite), będzie można uzyskać na kosmetyki z manufaktury Purite.

Początki są dość skromne, ale myślę, że coś wykorzystam (po głowie chodzi mi masło do demakijażu z The Body Shop). Może 4 i 5 października z Glamour będzie więcej (albo chociaż mniej, ale ciekawszych) kosmetycznych rabatów :)?

sobota, 25 lipca 2015

Układanie puzzli. L'oreal True Match Concealer 02 Vanilla

Może z uwagi na to, że niedługo miną mi cztery lata blogowania (taak, tak długo przynudzam na ten sam temat), wzięło mnie na wspominki. Gdy powstawały pierwsze notki byłam studentką, której nie uśmiechało się kupowanie drogich kosmetyków kolorowych (właściwie jakichkolwiek droższych). Szminka za 60 zł? No kto to widział! Tusz do rzęs, w cenie którego mogłam mieć 5 innych? Pfff. Konsekwentnie omijałam w drogerii segment z tymi produktami, za które firmy liczyły sobie większe kwoty niż 30 zł. Max Factor, Bourjois, L'oreal nie pojawiały się w mojej kosmetyczce zbyt często. Jednak nie tylko cena miała na to wpływ - wcześniejsze doświadczenia z kosmetykami tych marek (z naciskiem na MF i L'oreal) sprawiły, że nie uważałam ich za rzeczy warte swoich cen. Marki te ewoluowały, zaczęły się pojawiać chwalone perełki, dlatego postanowiłam zweryfikować swoje poglądy. Czy korektor True Match zapisał się po jasnej stronie mocy?

Opakowanie wydaje się być standardowe jak dla korektora w płynie. Niby jest błyszczykowy , niedrapiący, aplikator, wszystko pięknie, tylko rozmiar się nie zgadza. Weźcie z półki dowolny korektor w płynie - L'oreal z pewnością jest od niego mniejszy. Co ciekawe, dość nieduże opakowanie kryje w sobie 5 ml produktu, czyli więcej niż to z Misslyn.

Formuła korektora wydawała mi się na pierwszy rzut oka całkiem przyjemna, taki w sam raz pod oczy. True Match jest dość kremowy (nie tłusty, nie silikonowy, nie ciężki), mocno nasycony pigmentem. Niestety zastyga w taką pudrową suchawą skorupkę, która osadza się na wszelkich nierównościach skóry, podkreśla pory i zmarszczki i, co gorsza, włazi w niewidoczne dla oka linie (efekt starszej uśmiechniętej pani i rysy od oka na policzek). I przez takie zachowanie idealne dopasowywanie się do struktury skóry diabli wzięli. Jednak muszę mu przyznać, jest trwały - jak przyczepi się do skóry, to siedzi do zmycia (chyba że akurat go zetrę chusteczką).

Bardzo żałuję, że ten kosmetyk nie współgra z moją skórą - ani tą suchą pod oczami, ani tłustą na pozostałej części twarzy, bo krycie ma naprawdę zadowalające. Rozjaśnia cienia pod oczami i tak odbija światło, że zaciemnione obszary nie są zbytnio widoczne. Kryje niedoskonałości, ale nie zalepia ich klajstrem.


Może dużą rolę w tym, że podoba mi się maskowanie jakie oferuje ten kosmetyk, miał dobór koloru. Odcień 02 Vanilla ma wyraźne żółte tony, które dobrze neutralizują zaczerwienienia oraz zasinienia.

Od lewej: Astor Perfect Stay Concealer 002 Sand
L'oreal True Match Concealer 02 Vanilla
Bourjois Healthy Mix (podkład) 51 Vanilla

Ten korektor byłby moim ulubieńcem, gdyby się jakoś zachowywał. Niestety jest niepasującym kawałkiem makijażowej układanki, moja skóra go po prostu nie lubi.

Cena: 30-35 zł/5 ml
Dostępność: Natura, Hebe, Super-Pharm, Rossmann, sklepy internetowe: ezebra.pl, cocolita.pl, kosmetykizameryki,pl
Ocena: 3/5
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...