Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

niedziela, 31 sierpnia 2014

Jesień za pas(ki)em? Zużycia sierpnia

Kto się cieszy, że sierpień już się kończy ręka do góry! Widzę las rąk. Smutno jest nie tylko tym, którzy jutro zakładają tornistry i po miesiącach błogiej laby przekroczą szkolne mury, ale także wszystkim tym, którzy kochają lato. Dni już są trochę krótsze, powietrze pachnie liśćmi... Mam nieodparte wrażenie, że już intensywnie szykujemy się na jesień. Każda pora roku ma swój urok. Tegoroczny sierpień będę miło wspominała, zwłaszcza jeżeli chodzi o zużycia, które dzisiaj prezentuję.


Było: Schauma Kids Szampon i odżywka - produkty firmy Schwarzkopf nie cieszą się najlepszą sławą, szczególny popłoch budzą farby Palette. Miałam tę myśl w głowie, gdy szukałam delikatnego szamponu na dziale dziecięcym. Nie mogłam się jednak oprzeć tej różowej butelce. 
Shauma to teoretycznie szampon z odżywką, jednakże to odżywka to jest chyba tylko w nazwie. Dość przeciętny produkt myjący, o chemicznym malinowym zapachu. Trochę wysusza skórę głowy.

Jest: Bobini Baby Hypoaergiczny Żel do mycia ciała i włosów dla niemowląt i dzieci.

piątek, 29 sierpnia 2014

Zakupoholizm ściśle (nie)kontrolowany. Weekend zniżek z Joy, Hot i Cosmopolitan


Jak zapewne spora część z was się orientuje, dwa razy do roku, wiosną i jesienią, babskie pisma raczą nas super-turbo-hiper akcjami promocyjnymi. Wystarczy kupić jeden z tytułów danego wydawnictwa (najlepiej najtańszy; jak oszczędzać to na całego :D!) i w określonym terminie założyć kolczugę, wziąć miecz, dosiąść swego rumaka i ruszać do boju!

Jesienny maraton zniżkowy otwiera weekend rabatów z Joy, Hot i Cosmopolitan - tłumy ruszą do sklepów 6 i 7 września. W żadnej z tych pozycji nie znajdziecie niczego ciekawego "dla ducha" (Joy i Cosmo serwują artykuły godne gorących 13, a Hot skupia się na prezentacji ubrań i dodatków), ale chociaż dzięki aktualnym numerom odziejecie ciało i kupicie upiększacze różnego rodzaju. Z racji wiodącej tematyki, którą poruszam na tym blogu, skupię się na tym, co może zainteresować kosmetykoholiczki.

Sklepy stacjonarne

Bath&Body Works - informacja ta z pewnością zainteresuje Warszawianki i raczej nie spowoduje dreszczyku emocji u mieszkanek innych części kraju. Przy zakupie minimum dwóch produktów suma na paragonie będzie niższa o 40%.

MAC - to nie do końca jest zniżka, a raczej gratis. Zazwyczaj w kuponach MAC oferował zaproszenie na makijaż przy zakupach za 250 zł, tym razem po wyskoczeniu z takiej sumy w salonach MAC otrzymamy szminkę (wartość: 86 zł). MACocholiczki, śpieszcie się, oferta ważna do wyczerpania zapasów.
(Nic nie napisali, czy szminka będzie do wyboru, czy też będą mieli określoną pulę gratisów).

Super-Pharm - 30% na dermokosmetyki zawsze się przyda. Rabat nie obejmie zestawów.

The Body Shop - 20% mniej zapłacimy za jeden produkt.

Sklepy stacjonarne i internetowe

Bandi - 25% na zakupy na stronie bandi.pl. Taki sam rabat obowiązuje na zabiegi pielęgnacyjne i zakupy w Instytucie Bandi w Warszawie.

Paese - bardzo kusząca zniżka, aż 40%. Do zrealizowania na stoiskach firmowych i na sklep.paese.pl
Kod do sklepu internetowego: cjh_paese2014

Yves Rocher - 30% na 1 kosmetyk i 40% na drugi. Standardowo nie dotyczy zielonych kropek.
Kod do sklepu internetowego: JOY14 (na yves-rocher.pl)

Sklepy internetowe

Beautyblender - gąbeczki i wszystkie zabawki do ich oporządzania taniej o 12%. Rabat niezależny od wysokości zamówienia na beautyblender.net.pl
Kod do sklepu internetowego: beautyblender

beGlossy - 20% na pierwsze pudełko w subskrypcji lub pakiecie na 3 i 6 miesięcy. Zniżka do 14 września na beglossy.pl.
Kod do sklepu internetowego: JOY20

Pat&Rub - 20% na wszystkie kosmetyki, także zestawy. Promocja łączy się z innymi. Obowiązuje na stronie patandrub.pl
Kod do sklepu internetowego: WEEKEND

Perhapsme - zapewne sporo z was kojarzy ten sklep z ubraniami. Mają jednak także kosmetyki np. produkty Lumene i pędzle Bdelium Tools. W przyszły weekend taniej o 20% na perhapsme.com
Kod do sklepu internetowego - joy20

Nouba - 15% na mascary w sklepie noubacosmetics.pl

proto-col - 15% zniżki otrzymamy na kosmetyki mineralne, kolagen naturalny i akcesoria do makijażu na stronie proto-col.pl
Kod do sklepu internetowego: proto-col

Skin79 - 15% na kosmetyki tej marki (w tym popularne BB kremy) w sklepie alledrogeria.pl. Oferta nie łączy się z innymi.
Kod do sklepu internetowego: 15SKIN79

Sleek - Alledrogeria proponuje także 15% na Sleeka. Oferta nie łączy się z innymi.
Kod do sklepu internetowego: 15SLEEK

Thalgo - 50 zł przy zakupach za 350 zł. Rabat ważny do 13 września na thalgo.pl
Kod do sklepu internetowego: JOY

Missha - 20% na cały asortyment sklepu online missha.com.pl. Niezła opcja dla tych, którzy nie lubią zamawiać z Korei albo nie mają konta na Ebay. 


Co sądzicie o zniżkach zaplanowanych na przyszły weekend? Widzicie coś dla siebie? Ja z pewnością zastanowię się nad Paese, wysokość zniżki jest kusząca :).

środa, 27 sierpnia 2014

Plaster... bynajmniej nie szynki. Purederm Botanical Choice Nose Pore Strips [Notka nie dla wrażliwych]

Jestem okropnym żarłokiem, do czego przyznaję się bez bicia. Nie potrafię liczyć kalorii, odmawiać sobie małych przyjemności... Może dlatego, że tak bardzo lubię jedzenie, wszystko mi się z nim kojarzy. Często porównuję proszkowe produkty kosmetyczne do mąki, sebum do smalcu, a to, co jest zmorą osób z zapchanymi porami do... makaronu. Jeżeli jesteś "obrzydliwa", to nie czytaj dalej tej notki, bo zamierzam opisać w niej produkt, który wyciąga na wierzch to, co najgorsze. Dosłownie.

Produkty Purederm zyskały sporą popularność dzięki gazetkom kosmetycznym Biedronki. W Hebe mało kto zwracał na nie uwagę, do czasu, gdy tysiące osób nie poznało ich działania za sprawą biedronkowych promocji - plastry na nos i skarpetki złuszczające zyskały rzesze fanów. 

Sama "instytucja" plastrów na nos jest dość kontrowersyjna. Wiele osób uważa, że one po prostu nie działają i nie ma sensu ich kupować. Miałam do czynienia z różnymi plastrami oczyszczającymi i niektóre z nich działały dobrze, inne nieźle, a niektóre raz coś wyciągały, a innym razem nic. Loteria. Muszę przyznać, że Purederm, choć nieidealne, to są jednymi z lepszych.

Kwestie opakowania tym razem całkiem odsunę na bok. Zajmę się samym plastrem. Pamiętam, że nawet kiedyś go mierzyłam, jednak wyrzuciłam gdzieś kartkę z pomiarami (coś kojarzy mi się, że jest długi na około 10 cm i szeroki na około 3 cm, ale nie dam za to głowy). Wielkość średnia, na mój nos jest w porządku, obejmuje nawet mały kawałek policzka, ale np. u moich braci ledwie zakrywa skrzydełka. Wykonany jest z papieru i cuchnie klejem. Dobrze przyczepia się do mokrej, ale nie ociekającej wodą, skóry (nie trzyma się dobrze suchej), może dlatego często są problemy z odklejaniem. Wówczas wystarczy go lekko zwilżyć, żeby razem z plastrem nie zerwać sobie skóry.

Działanie bywa bardzo dobre, co nie oznacza, że zawsze plaster wyciąga porażającą ilość "makaronu". Zwykle na papierku zostaje sporo paskudztwa, czasami jednak po bliższym spotkaniu nosa z palcami okazuje się, że ilość dzikich lokatorów nadal przekracza dopuszczalne normy. Plaster często wyciąga satysfakcjonującą ilość (choć nigdy nie pozbył się wszystkiego). Po jego użyciu pory są oczyszczone i sprawiają wrażenie lekko zwężonych - skóra wygląda na czystszą... Czego nie można powiedzieć o plastrze.

sobota, 23 sierpnia 2014

Dyskretny. Tołpa Dermo Face Strefa T Matujący krem nawilżający

Znalezienie idealnego kremu do twarzy to nie lada wyzwanie. Takie sformułowanie może śmieszyć, zwłaszcza gdy spojrzy się na dowolny dział z produktami do twarzy w drogerii lub markecie. Rzędy regałów, tony kosmetyków, a nie ma w czym wybierać. Czasami mam ochotę stanąć na środku sklepu i się rozpłakać (żartuję :D). Tłuste cery żalą się, że wszystkie kremy są za tłuste, sucholce płaczą, bo trafiają na kremy zbyt lekkie do ich potrzeb. Wszystko jest, tylko nie ma niczego dla nikogo :D.

Do serii T z Tołpy robiłam przymiarki od dłuższego czasu. W swoich planach nie miałam żadnego kremu; w pierwszej kolejności chciałam dać szansę żelowi do mycia twarzy. Na ubiegłorocznym spotkaniu blogerek wpadł mi w ręce ten krem. Trochę czasu upłynęło zanim wygrzebałam go z torby z z zapasami.

Recenzja bez opisu opakowania to nie recenzja (jak kto woli recka - od tego słowa włosy mi dęba stają). Tołpa uparcie pakuje swoje kremy w te aluminiowe tubki, które niezmiennie kojarzą mi się z klejem szkolnym. Nie jest to mój ulubiony typ opakowania, ale muszę przyznać, że pozwala na wykorzystanie produktu w większym zakresie niż plastikowe tuby i jest bardziej higieniczne od słoiczka.

Krem w założeniu miał mieć lekką formułę. I rzeczywiście, konsystencja jest lżejsza, baza jest bardziej wodna, krem sprawia wrażenie odrobinę żelowego. Ekspresowo się wchłania, nie pozostawia tłustej warstwy (jak Ziaja Liście Manuka) ani nie świeci się na buzi. Nadaje się pod makijaż, nie roluje się.

Przez długi czas nie wiedziałam, co myśleć o jego działaniu. Miałam wrażenie, że to taki krem-widmo. Doceniłam go dopiero wtedy, gdy zastąpiłam go kremem Ziai. Nigdy nie ufałam wynalazkom matująco-nawilżającym, bo zazwyczaj ani nie matowiły, ani nie nawilżały. Z Tołpą nie jest tak źle, bo choć niespecjalnie nawilża, to jednak jako tako cerę normalizuje na kilka godzin. Nie jest to tępy mat, jaki potrafią dać kremy antybakteryjne; miałam wrażenie, że skóra jest uspokojona, a smalec został czasowo spacyfikowany. Nie zapchał, ale też nie mogę z całą pewnością stwierdzić, że odblokował pory i je zwęził. Muszę jednak przyznać, że gdy stosowałam ten krem do spółki z serum Apis to nie miałam dużego problemu z wypryskami ani wzmożoną produkcją makaronu na nosie.Kremu 

Tołpa po raz kolejny nie rzuciła mnie na kolana, chociaż źle nie było. Nie jest to jednak produkt, do którego będę namiętnie wracała - na lato był niezły, ale sądzę, że w zimie, gdy moja cera potrzebuje solidnej dawki nawilżenia, raczej by sobie nie poradził.

Skład: Aqua, Glycerin, Cyclomethicone, Peat Extract, Cetyl Alcohol, Cetearyl Olivate, Propylene Glycol, Sorbitian Olivate, Biosaccharide Gum-1, Arctium Majus Root Extract, Capryloyl Glycine, Sarcosine, Cinnamonium Zeylanicum Bark Extract, Xantham Gum, Tetrasodium Edta, Allantolin, Panthenol, Carbomer, Sodium Hydroxide, Parfum.

Cena: ok. 30 zł/40 ml
Dostępność: Rossmann, Super-Pharm, Hebe
Ocena: 3,5/5

wtorek, 19 sierpnia 2014

Mój ssssssssskarbie. Essence Silky Touch Blush 50 Sweetheart

Witaj zagubiony wędrowcze! Jeżeli trafiłeś do mnie przypadkiem, to wiedz, że przekroczyłeś granice krainy marudzenia i wiecznego narzekania. Kraju, w którym na tronie zalega wszechwładny Pech, a czasami zza chmur, niczym słońce, przebija Okazja. Pewnego pięknego dnia, gdy Okazja świeciła na niebie, podrygująca wesoło wieśniaczka wpadła do jednego z przydrożnych kramów (Tesco, gdyby się ktoś pytał). Przeglądając wystawiony towar, dostrzegła małe urocze puzderko (dobra, umówmy się, że takie jest). Czuła, że Okazja jej sprzyja, więc bez zastanowienia uiściła należność i wróciła do swojej chatynki nacieszyć się zdobyczą. Gdy zły Pech dowiedział się o skarbie odkrytym przez wieśniaczkę, w te pędy postanowił, że nikomu więcej w całym królestwie nie będzie dane rozkoszowanie się tą przyjemnością...

Niczego dzisiaj nie brałam, słowo :D. Po prostu nie chciałam po raz kolejny w ten sam sposób wałkować tematu wycofywanych produktów. W ocenie Em (klik) Essence wycofuje teraz rzeszę bubli. Niestety, na wylocie znalazł się też odcień różu, który pokochałam od pierwszego użycia.

Róże Silky Touch są dostępne w ofercie marki chyba od początku. Pamiętam zachwyty sprzed kilku lat nad odcieniami Babydoll i Adorable. Sama nigdy nie odczuwałam potrzeby posiadania jednego z nich. Sytuacja zmieniła się, gdy przypadkiem trafiłam na promocję odcienia Sweetheart, o którym wcześniej nie słyszałam.

Nie przejdę do porządku dziennego, dopóki nie roztrząsnę wszystkich błahostek. Opakowanie produktu nie należy do najpiękniejszych. Sprawia wrażenie dość lichego, jednak od kilku miesięcy z powodzeniem mi służy. Pudełko jest pozbawione bonusów w postaci lusterek czy pędzelków.

Sam róż jest dość mocno sprasowany. Nie robi wrażenia kremowego (jak Celia), ale nie jest też tak twardy jak wypiekany Bourjois. Nie pyli się. W miarę nieźle przyczepia się skóry i dobrze do pędzla. Łatwo się nakłada i rozciera. Pigmentacja jest w sam raz - kosmetyk nie jest za mocny, ale też nie trzeba się specjalnie namachać, żeby dostrzec go na policzku. Nie zapycha.

Od lewej:
Essence 50 Sweetheart
Celia Róż nr 4
Wibo Róż z jedwabiem i wit. E nr 2
Trwałość jest fantastyczna, potrafi utrzymać się nawet 12 godzin. Nie schodzi plackami, tylko delikatnie blednie.

Ekspresowo przebiegłam przez tę nudniejszą część dystansu, dlaczego teraz pozwolę sobie na rozwlekły poemat na temat koloru. Jasny, ciepły odcień różu fantastycznie komponuje się z moją ciepłą karnacją. Mimo, że kolor nie uderza po oczach, to jest widoczny na skórze. Znakomicie ożywia policzki. Nie jest całkowicie matowy, posiada delikatne drobinki, ale są one subtelne i nie rażą w świetle.

Cudowny kolor, świetny kosmetyk! Ubolewam nad tym, idealnym dla mnie, odcieniem, ale myślę, że kiedyś skuszę się na inny wariat z tej serii. Tani i dobry, w sam raz na oswojenie różowego potwora przez początkujących.

Skład: Talc, Mica, Magnesium Carbonate, Octyldodecyl Stearoyl Stearate, Isostearyl Neopentanoate, Zinc Stearate, Tocopheryl Acetate, Glyceryl Caprylate, P-Ansisic Acid, Alumina, Tin Oxide, Phenoxyethanol, CI 15850, CI 77491, CI 77492, CI 77499, CI 77891.

Cena: ok. 11 zł/5g
Dostępność: Drogerie Natura, Hebe, wybrane Tesco, Super-Pharmy i Kauflandy
Ocena: 5/5

piątek, 15 sierpnia 2014

Słonko ty moje! Sundance Mattierendes Sonnenfluid spf 30

Są pewne mody w blogosferze, które można wręcz określić mianem religii. Naczelną "sektą" są włosomaniaczki. Jednak "maniaczek" jest więcej - Sleekomaniaczki, ekomaniaczki, lakieroholiczki, minerałoholiczki, maniaczki kosmetyków rosyjskich, koreańskich, niemieckich... O zgrozo, nic nie stoi na przeszkodzie temu, aby jedna dziewczyna była fanką całego tego kramu. Od jakiegoś czasu coraz głośniej o uwagę dopominają się kosmetyki z filtrami. Boom na szeroką skalę związany jest zapewne z kosmetykami koreańskimi i tamtejszymi standardami pielęgnacyjnymi, które za sprawą darmowych przesyłek i korzystnych cen produktów przyfrunęły do Polski. Coraz więcej osób decyduje się na flirt z filtrem nie tylko latem i nie tylko do ciała.

Krem Sundance znalazł się w mojej kosmetyczce trochę przypadkowo. Wędrowałam sobie jakiś czas temu po Mekce kosmetykoholiczek, czyli drogerii DM i rozglądałam się po półkach. Niby listę zakupów miałam w głowie, ale na miejscu została ona gruntownie zrewidowana i tym sposobem przybytek rozpusty opuściłam z tym kremem. W głowie kiełkował niecny plan porównania go z dużo droższym Vichy Capital Soleil...

Tradycyjnie już, dobiorę się do kosmetyku, zaczynając od opakowania. To wykonane jest z cienkiego, ale twardego plastiku. Nie jest to może szczyt marzeń, ale plastyczna tuba nie sprawdziłaby się w przypadku tej formuły. 

Sundance ma konsystencję mleczka, nie kremu (w przeciwieństwie do Vichy). Jest bardzo lejący, cieknie przez palce. Łatwo się rozprowadza, nie zastyga tak szybko jak Capital Soleil. W żadnej mierze nie jest tłusty, nie zostawia uciążliwej warstwy. Pomimo swojej wodnistości należy do produktów "suchych", być może z uwagi na "denata" wysoko w składzie - nie wykazuje żadnego działania pielęgnacyjnego, a skórę inną niż tłusta może wysuszyć na całkowity wiór. Nie klei się, nie roluje. Skóra się nim nie poci (jak np. Sunbrellą z Dermedic). Po nałożeniu delikatnie bieli, ale bałwanek szybko się wchłania i cera nabiera ludzkiego odcienia. Nie zauważyłam, żeby pogorszył stan mojej skóry. 

W kwestii matowienia mam mieszane uczucia. Muszę przyznać, że ten filtr nie daje gratisowej warstwy smalcu, ale nie nie zostawia też twarzy bez połysku. Cera wyraźnie odbija światło.

Producent twierdzi, że jest to kosmetyk fotostabilny. Choć chemik ze mnie marny, to zdecydowałam się trochę poszperać. Jeżeli coś pokręciłam, to proszę bardziej kompetentne osoby o nakierowanie na właściwe tory. Sundance posiada Parasol 1789, który jest filtrem chemicznym i chroni przed UVA. Są spory odnośnie jego stabilności, niektórzy wskazują, że "ujarzmiają" go niektóre filtry UVB, np. zastosowany w Sundance oktokrylen. Oprócz tych dwóch gagatków, w składzie znajdziemy także filtr mineralny - dwutlenek tytanu. Spotkałam się z twierdzeniami, że miks filtrów chemicznych i mineralnych daje porządną ochronę przecwisłoneczną. Ja narzekać nie mogę - Sundance się u mnie sprawdził w tym obszarze. Twarz i szyja są dużo jaśniejsze od dekoltu - często zapominałam nałożyć produkt także tam. Nie pojawiły się żadne oparzenia, nowe przebarwienia, skóra wygląda całkiem dobrze. 

Myślę, że jeszcze kiedyś wrócę do tego produktu. Dobrze chroni i jest niedrogi. Niestety trochę zbyt mocno suszy, stanowczo zbyt intensywnie pachnie (wódczana nuta jest w nim silna) i nie jest u nas dostępny. Warto się za nim rozejrzeć podczas eskapad za granicę.

Skład: Aqua, Octocrylene, Alcohol Denat, Glycerin, C-12-15 Alkyl Benzoate, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Ethylhexyl Salicylate, Titanium Dioxide (Nano), Distarch Phosphate, Dicaprylyl Carbonate, Dimethicone, VP/Hexadecene Copolymer, Panthenol, Tocopheryl Acetate, Silica, Parfum, Ethylhexylglycerin, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, 1,2-Hexanediol, Caprylyl Glycol, Disodim EDTA, Sodium Hydroxide, Carbomer, Xanthan Gum, Limonene, Alphaisomethylionone, Benzyl Alcohol, Tocpherol.

Cena: ok. 3 euro/50 ml
Dostępność: drogerie DM (m.in. Austria, Niemcy)
Ocena: 4/5

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Danie dnia. Catrice Intensif'eye Wet&dry shadow 030 Lunch at Tiffany's

Nie mam ostatnio szczęścia w przypadku kosmetyków. Czego nie wrzucę to koszyka, to szybko zostaje wycofane (módlcie się, żebym nie zaczęła się kręcić obok waszych ulubieńców :D). Ukochane L'oreal Infaillible zniknęły już z półek, Cosnova postanowiła wycofać się z produkcji wodoodpornego top coatu do rzęs.... Nie chcę się rozklejać, choć rozstania z lubianymi produktami bywają trudne. Dziś o kolejnym produkcie, który zniknie niebawem z półek. Czy tym razem jest czego żałować?

Z wypiekanymi produktami nigdy nie było mi po drodze. Raz miałam róż (teraz oswajam tego typu kosmetyk po raz drugi), po drodze zaplątał się też jakiś puder, którego użyłam dwa razy. Nigdy nie testowałam tego typu cienia. Po niewielkich doświadczeniach z kosmetykami w tej formie, które nie zachwycały pigmentacją i przyczepnością do skóry, nie spodziewałam się zbyt wiele po cieniu Catrice.

Opakowanie jest porządnie wykonane, ten przezroczysty plastik wygląda bardzo porządnie. Nie wiem dlaczego, ale bawi mnie ta kopułka na wybrzuszenie :).

Na każdym zdjęciu od lewej:
bez bazy na sucho, z bazą, na mokro bez bazy
Konsystencja cienia mnie zaskoczyła. Spodziewałam się, że będzie dość twardy (jak np. róż Bourjois). Choć paznokieć nie wchodzi w niego tak łatwo, jak w produkty pudrowe, tego jednak nie jest on całkiem skamieniały. Catrice bardzo dobrze przyczepia się do skóry. Współpracuje z pędzlami naturalnymi, choć lepsze krycie osiąga się przy użyciu palca albo pędzla syntetycznego.

W założeniu jest to produkt do stosowania na sucho i mokro. Muszę przyznać, że cień wygląda znacznie lepiej, gdy zaaplikujemy go na mokro. Nie osypuje się wtedy i ma lepszą pigmentację. Przy nałożeniu na sucho jest półtransparentny, bardziej daje błysk niż jakikolwiek kolor.

Niestety, ten cień nie cieszy zbyt długo oka. Bez bazy wytrzymuje w dobrym stanie mniej więcej 3 godziny (po 6 miałam  brązowe krechy w załamaniach). Nałożony na mokro wykazuje się podobną trwałością. Na bazie radzi sobie w niezmienionym stanie przez 8 godzin.

Na deser zostawiłam sobie odcień. Lunch at Tiffany's to taki odcień kawy z mlekiem, ale przez dużą dozę perły i sporo maleńkich srebrnych drobinek jest dość chłodny (jakby ta kawa była jakąś szarą lurą). Na powiece bardziej połyskuje niż nadaje wyrazisty kolor, dzięki temu pięknie rozświetla spojrzenie. Przez perłowe wykończenie sprawia wrażenie "mokrego", jednak nie wygląda to w żadnym razie tandetnie.

Ładny, ale... "Ale" jest tu słowem kluczowym. Przyjemny odcień, jednak nie zachwycający. Szkoda, że producent nie postawił na większą koncentrację koloru kosztem tej perły i drobinek. Trwałość też nie jest na tyle powalająca, żebym z miejsca zakochała się w tym cieniu i zapragnęła skompletować całą rodzinkę. Mimo wszystko miło jest go mieć w kosmetyczce :). Płakać za nim nie będę, liczę, że pojawią się nowe interesujące cacka.

Cena: ok. 17 zł/0,8 g (w Kauflandzie teraz za 9,99 zł)
Dostępność: Drogerie Hebe, Natura, wybrane Super-Pharmy, Tesco i Kauflandy
Ocena: 3,5-4/5

czwartek, 7 sierpnia 2014

Grunt to równowaga. Bourjois Healthy Balance 52 Vanille

Gdy ponad miesiąc temu planowałam tę recenzję, widziałam ją w zupełnie innym kształcie. Miałam jęczeć i ze łzami w oczach pisać o tym, jak to beznadziejny puder kupiłam. Chciałam pastwić się nad Healthy Balance, który zbiera dobre recenzje na Wizażu i w blogosferze. Chciałam wreszcie napisać z pretensjami do osoby, która mi go poleciła (oczywiście żartuję :)). Jednak dzięki temu, że postanowiłam dać mu kolejną szansę poprzez zmianę sposobu nakładania, dziś uważam puder Bourjois za dobry produkt, a nie za bubel,.

Kosmetyk wchodzi w skład linii Healthy Mix, co potwierdza malinowy kolor opakowania - akcenty w tym odcieniu przewijają się na każdym produkcie. Puderniczka wykonana jest z grubego, wytrzymałego plastiku. Pomimo kilku upadków nadal wygląda dobrze. Opakowanie zawiera lusterko, nie ma za to puszka. Nie poczytuję braku aplikatora za minus (bo zazwyczaj te dołączone puszki można rozbić o kant stołu), ale uważam za wadę fakt, że puderniczka jest dość płaska i nie można tam wsadzić swojego puszka (jak puszek lata mi luzem po torebce, to za Chiny nie znajdę go wtedy, gdy potrzebuję).


Puder jest bardzo drobniutko zmielony, przez co ma delikatną, aksamitną konsystencję. Bardzo dobrze przyczepia się do skóry, równie dobrze łapie go pędzel. Ale przy nabieraniu na pędzel trzeba bardzo uważać, bo jeżeli zaczniemy kręcić młynek, to zrobimy burzę pudrową. Może z uwagi na tą miałkość kosmetyk potrafi się mocno pylić, jeżeli nie obchodzimy się z nim delikatnie. Puder całkiem ładnie pachnie, odrobinę owocowo. Nie jet to jest to wiercący w nosie aromat.

Z jego działania nie byłam początkowo zadowolona. Za jedyny atut uznawałam to, że był lekki i niewidoczny na twarzy. Gdy nałożyłam go pędzlem nie spisywał się zbyt dobrze - matowił może na 2 godziny, a gdy dołożyłam filtr, to po 30 minutach na policzkach miałam dyskotekę. Rozczarowanie wyparowało, gdy wzięłam puszek. Wstemplowałam Healthy Balance w skórę, wcale sobie go nie żałowałam. Nie stworzyłam sobie mimo tego maski (mimo że uzyskałam dodatkowo lekkie krycie), a zyskałam mat (nie taki tępy, płaski, ale zdrowy, lekko satynowy, choć nie odbijający mocno światła), który utrzymał się na twarzy przez 6 godzin (i to w upał; na filtrze około 3-4). Diametralna różnica! 

Na dole: Bell 2skin Pocket Mat 041 Transparent
Na górze: Bourjois Healthy Balance 52 Vanilla
Na koniec zostawiłam sobie kolory. Jasne osoby z chłodną karnacją nie mają tu czego szukać. Odcień najjaśniejszy, 52 Vanilla, jest dość żółtawy (i moim zdaniem wcale nie jest to odcień jasny). Kolejny, 53 Beige Clair, jest już wyraźnie pomarańczowy, a kolejne (54 i 55) będą bardziej odpowiednie dla ciemniejszych karnacji (też mają w sobie pomarańczowe nuty).

W ostatecznym rozrachunku muszę przyznać, że Healthy Balance może być dobrym produktem, jeżeli odnajdziemy odpowiedni sposób aplikacji. Nie polecam omiatania twarzy pędzlem, uważam, że w tym przypadku warto przytulić do serca puszek.



Skład: Talc, Nylon-12, Octyldodecyl Stearoyl Stearate, Kaolin, Isostrearyl Neopentanonate, Diphenyl Dimethicone/Vinyl Diphenyl Dimethicone/Silesquioxane Crosspolymer, ZINC PCA, Methylparaben, Parfum, Tocopheryl Acetate, Zinc Stearste, Aqua, Butylene Glycol, Propylparaben, Diqspyros Kaki Fruit Extract, Citrus Junos Fruit Extract
Może zawierać: CI 77007, CI 77019, CI 77491, CO 77492, CI 77499, CI 77891.

Cena: ok. 40-45 zł/9 g
Dostępność: Rossmann, Super-Pharm, Hebe
Ocena: 4/5

niedziela, 3 sierpnia 2014

Profesjonalny popis? Apis Professional Vitamin Balance Serum do twarzy z wit. C i białymi winogronami

Choć mówi się, że my, kobiety, lubimy zmiany, ciągle eksperymentujemy na wielu polach życia, to tak paradoksalnie bardzo cenimy sobie stałość. Czujemy się bezpiecznie w naszych skorupach i czasem problem sprawia nam wyjście nam wyjść poza ich ramy. Niby szalejemy, ale w "bezpiecznych granicach" - blondynki często farbują się na delikatnie odmienny odcień blondu, fanki delikatnych ust w chwili szaleństwa pozwalają sobie na transparentny koralowy błyszczyk... Oczywiście generalizuję, ale zapewne wiele z was zgodzi się, że mamy taką strefę komfortu, którą niechętnie opuszczamy. Moją "skorupką" była pielęgnacja cery. Nie wyobrażałam sobie, że kiedykolwiek włączę do niej coś innego niż preparaty antysyfowe i kremy nawilżające. Nieufnie podchodziłam do innych pomysłów-wymysłów. Do czasu, gdy poznałam działanie witaminy C. Dopiero po spotkaniu z serum GlySkinCare dostrzegłam, że uprzedzenie do "nieznanego" było całkowicie niezasadne. Czasem warto się przełamać i dać szansę "czemuś innemu". Choć dopiero poznaję działanie serum z witaminą C, to czuję, że włączę je do swojego pielęgnacyjnego repertuaru. Nudziary, może wy chwycicie koralowe szminki, a wy blondynki zaszalejecie z czernią, brązem lub rudością?

Na recenzję serum Apis trafiłam kiedyś u Siempre. Zainteresowało mnie, ale myśl o nim nie zaczęła mi wiercić dziury w brzuchu. Przypominałam sobie o nim dzięki zakładce "Perły polskie" u Angel - jako że wydłubywałam już resztki GlySkinCare, postanowiłam spróbować z Apisem.

Nie będę ukrywała, że duży wpływ na decyzję o wyborze tego produktu miało jego opakowanie. Mam niezdrowego hopla na punkcie pompek, ta chodzi bez zarzutu, nie zatyka się ani nie zacina. Sama buteleczka jest dość twarda i bardzo ciężko ją rozciąć - trochę produktu może się zmarnować, chyba, że spróbujemy go jakoś wygrzebywać.

Serum ma konsystencję kremu. To pewna odskocznia po wodnym GlySkinCare. Może właśnie dlatego nie traktowałam tego kosmetyku jak serum, ale jak krem na noc - właściwie takie dwa w jednym. Rozprowadza się bardzo przyjemnie, nie smuży, nie roluje się na twarzy. Nie zostawia tłustej warstwy, ale wyraźnie widać, że po jego aplikacji skóra odbija światło.

Działanie? Chciałabym napisać, że fantastyczne, ale Apis nie powalił mnie na kolana. Serum jest przyjemne, dobrze odżywia cerę, poprawia jej koloryt i rozświetla (twarz wygląda na wypoczętą). U mnie nie spowodowało wysypu, dlatego stosowałam je codziennie (wystarczyło na ok. 4,5 miesiąca, należy je zużyć w ciągu 6 miesięcy od otwarcia). Dlaczego nie jestem przekonana? Może zbyt wiele oczekiwałam - myślałam, że w kwestii naczynek i przebarwień to będzie taka petarda jak GlySkinCare . Tymczasem działanie serum Apis jest mniej intensywne, co nie oznacza, że niezauważalne. Delikatnie zwęża rozszerzone naczynka i lekko pacyfikuje przebarwienia. Nie jest to jednak efekt piorunujący.

Uważam, że to naprawdę dobry produkt z małym minusem w postaci zapachu. Dla mnie te winogrona są chemiczne i zbyt mocne, ale to już kwestia indywidualnych preferencji zapachowych. Sądzę jednak, że warto dać szansę temu niedrogiemu (w porównaniu do innych produktów z witaminą C) i polskiemu kosmetykowi.

Skład: Aqua, Grape Seed OIl, Ascorbyl Palmitate, Grape Extract, Rutin, Silk Protein, Sodium Hyaluronate, Ginko Biloba Extract, Mango Fruit Powder, Amino Acid Complex, Allantoin, Carbomer, Triethanoloamine, Cetearyl Alcohol&Ceteareth-20, Alcohol&Tocopherol&Vegetable Oil&Ascorbyl Palmitate&Ascorbic Acid&Citric Acid, Methylchloroisothazolinone, Mehtylisothiazolinone, Benzyl Alcohol, Parfum.

Cena: ok. 30-35 zł/100 ml
Dostępność: sklepy internetowe - ja swoje serum kupiłam na Nocance
Ocena: 4,5/5
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...