Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

środa, 30 lipca 2014

Upał studzi zapał. Zużycia lipca

Nie chcę zapeszać, ale to jak na razie najładniejszy lipiec od kilku lat. Słoneczko przyświeca, pogoda dopisuje, więc kto tylko może rusza wykorzystać ją jak najlepiej. Mało kto gnije przed komputerem, o czym może świadczyć obniżona aktywność blogerek i mniejszy wysyp wakacyjnych blogów niż zazwyczaj. W pełni rozumiem - w upały komputer wydaje się rozgrzanym piecem. A kto chce się ogrzać jeszcze bardziej, skoro bardziej pożądane jest coś dla ochłody? Cóż, jeżeli znajdą się jakieś wytrwałe, tylko wpół rozpuszczone jednostki, które lubią czytać o kosmetykach, to zapraszam na lipcowe denko.


Było: Garnier Natural Beauty Balsam-Spuellung Vanille-Milch und Papayamark - taka sobie, dość przeciętna odżywka. Nie spisała się zbytnio na moich włosach, zawiódł też zapach - przed zakupem miałam wizje produktu o rajskim aromacie. Mój raj nie powinien pachnieć aż tak chemicznie. Link do pełnej recenzji KLIK.

Jest: Balea Oil Repair Spuellung - jak na razie też mi niczego nie urwała, a zużycie jest już dość spore. No cóż, chyba miłości z tego nie będzie.


Było: Garnier Płyn micelarny - to dobry produkt, choć te hymny pochwalne na jego temat mogą trochę namieszać w głowie i wywindować oczekiwania do nieba. Ten płyn robi to, co powinien - nieźle zmywa i nie podrażnia. Jest idealny? Nie, ale na pewno do niego wrócę, bo go nawet polubiłam. Recenzja znajduje się TU.

Jest: Green Pharmacy Płyn micelarny 3w1 Owies - pomimo tego, że marka Green Pharmacy niezbyt dobrze mi się kojarzy, ostatnio dziwnym trafem sięgam po ich produkty. Stosunek ceny do pojemności tego płynu micelarnego mnie powalił - za 500 ml płacimy 12 zł. Do niedawna Garnier wydawał mi się hiperokazją. Zobaczę, czy ten produkt go przebije. Na razie się na to nie zanosi.



Było: Yoskine Mikrodermabrazja Szafirowy peeling przeciwzmarszczkowy - byłby cudowny, gdyby nie dwie kwestie: mocny zapach i cena. Nie przepadam za mocno perfumowanymi kosmetykami do twarzy, a tutaj aż mnie wierciło w nosie. Cena też nie należy do przystępnych. 30 zł to może nie jest kwota zaporowa, ale bardziej opłaca się kupić korund. Jeżeli nie widać różnicy, to po co przepłacać :D? O peelingu Yoskine pisałam TU.

Jest: Ziaja Liście Manuka Pasta do głębokiego oczyszczania twarzy - zaskoczył mnie ten produkt. Sądziłam, że pasta będzie punktowym żelem na wypryski, ewentualnie maseczką, tymczasem to... peeling. Całkiem niezły, z dość dużymi ziarenkami. Ma jeden minus, który jak na razie zaobserwowałam w obu aktualnie używanych produktach z tej serii - pachnie jak kostka leśna do toalety zmiksowana z pastą do zębów.


Było: Uriage Woda termalna - przydatny gadżet, szczególnie latem. Świetnie odświeża, koi skórę, nie wysuszając przy tym skóry. Lubię ją także do zwilżania glinki, ale tutaj jej właściwości nie mają większego znaczenia - moczy przecież każda woda :D.

Jest: Avene Woda termalna.


Było: Tołpa Dermo Face Strefa T Matujący krem nawilżający - długo nie wiedziałam, co myśleć o tym kremie. Nie mogłam się zdecydować, czy go lubię, czy też nie. Dopiero gdy zniknął z mojej łazienki, doceniłam go. Niedługo napiszę za co.

Jest: Ziaja Liście manuka Krem nawilżający balans korygujący SPF 10 - czuję w kościach, że się nie polubimy.


Było: Apis Proffesional Serum do twarzy z wit. C i białymi winogronami - to kolejny kosmetyk, w stosunku do którego moje uczucia były dość mieszane. Powoli układam sobie w głowie jego recenzję.

Jest: Balea Dunkle Flecken Aufheller Nachtpflege - pożyjemy, zobaczymy...


Było: Nuxe Body Fondant Shower Gel - przyjemny, gęsty żel o pięknym, ciężkim do określenia zapachu. Nie do końca odpowiadało mi jego opakowanie, które nie pozwalało zużyć produktu do końca - siłowałam się trochę z tubą i wydawało mi się, że niczego już nie ma.. Po przecięciu opakowania okazało się, że całkiem sporo schowało się przy samej zakrętce. Nie jest to żel, który na stałe zagości w mojej łazience, ale jeżeli trafi się w promocji, to chyba się skuszę.

Jest: The Body Shop Almond Shower Gel - cudo! Gęsty, prawdziwie żelowy. Nie potrzeba wielkiej ilości produktu, żeby uzyskać pianę. Nie wysusza skóry, pięknie pachnie... Jest bardzo wydajny - zazwyczaj żel starcza mi na 2 tygodnie, ale tego używam już prawie miesiąc. Aż mam ochotę na inne warianty zapachowe - szkoda tylko, że regularna cena żeli TBS to 25 zł.


Zastępców nie doczekały się dwa zużyte produkty. Olejek Babydream jest moim ukochanym kosmetykiem na czerwone rozstępy. Ponieważ już mi poznikały, a innych mazideł do ciała mam dość, nie zastąpiłam tego olejku innym kosmetykiem o podobnym działaniu. Plastry na nos Purederm są świetne (planuję o nich napisać więcej), ale uzależniają - mam je ochotę robić co 2 dni, a to nie wpłynie zbyt dobrze na mój portfel. Spróbuję zaprzyjaźnić się z łyżeczką unny, którą  rzuciłam w kąt po jednym razi.


Staram się zredukować ilość saszetek, które wiecznie wpadają mi w ręce, gdy szukam czegoś innego.

Jak wam poszło w tym miesiącu? Odkryłyście coś ciekawego?

niedziela, 27 lipca 2014

Z pamiętnika letnika: Catrice Waterproof Top Coat

Lato to chyba jedna z bardziej lubianych pór roku. Jedynie nieliczne marudy popiskują z niechęcią w tym okresie. Większość się cieszy, gdy liże kolejną porcję lodów, modląc się w duchu, żeby tyłek wciąż mieścił się w szorty. Na zasłużony urlop wyjeżdżają dżinsy, szare swetry i czarne żakiety, a pierwsze skrzypce zaczynają grać wesołe barwy. Maniaczki kosmetyków pozwalają sobie na odrobinkę szaleństwa i na ich paznokciach lądują neonowe lakiery, na powiekach tęczowe kreski, a na ustach koralowe szminki. Jak szaleć, to szaleć! Wszystko pięknie, tylko czasem piękny makijaż szlag trafia, gdy podczas największych upałów pod oczami z leżaczkiem rozłoży się panda i jeszcze dodatkowo wywali łapki na policzki, żeby się równo opaliły. Bezczelna. Oczywiście można zapobiec inwazji tych przemiłych stworzeń zaprzyjaźniając się z tuszem wodoodpornym. Gdyby tylko znalezienie dobrego byłoby proste, to byłabym całkiem szczęśliwa. Na szczęście z każdym kosmetycznym kryzysem można sobie jakoś poradzić.

Choć od lat przyglądam się markom firmy Cosnova, to muszę przyznać, że wprowadzenie wodoodpornego top coatu do rzęs (!) jakoś mi umknęło. Rzucił mi się w oczy, gdy pojawił się przeceniony o ponad połowę w jednej z gazetek Natury. Postanowiłam zaryzykować, w końcu kosztował wówczas tylko dychę.

Po prawej: Essence Get Big Lashes
Opakowanie nie jest specjalnie wymyślne, nie ma żadnych wodotrysków, dlatego od razu przejdę do tego, co kryje się w środku. Średniej wielkości szczoteczka nabiera białawy, lekko żelowy płyn o dość charakterystycznym zapachu. Zdziwił mnie kolor produktu, byłam przekonana, że będzie przezroczysty. Obawiałam się, że będzie bielił rzęsy. Nic takiego nie ma miejsca - owszem, gdy nie ściągniemy nadmiaru płynu z końcówki i nieopatrznie dotkniemy nią rzęs to wtedy produkt jest widoczny. Wystarczy jednak kilka ruchów ręką i po małej wpadce nie ma śladu. Trzeba go uważnie aplikować, żeby dokładnie pokryć wszystkie włoski. 

Jak działa ten kosmetyk? Faktycznie sprawia, że tusz staje się wodoodporny. Nie skraca przy tym jego trwałości, nie zlepia też rzęs. Lekko je usztywnia, ale nie ma tragedii - dużo bardziej kłujące były po niewodoodpornym tuszu Hean. Nie "kradnie" koloru rzęsom, włoski nie są szare ani wyblakłe. 

Właściwie nie ma się do czego przyczepić. To niesamowicie przydatny gadżet. Myślę, że może spodobać się osobom, które mają swój ulubiony tusz, który nie posiada wersji wodoodpornej. Spotkałam się też z opiniami, że sprawdza się do utrwalania brwi - tego akurat nie próbowałam. Jeżeli chciałybyście stosować go w taki sposób dwutorowo, to radzę kupić dwa opakowania - mój produkt jest już trochę czarny od tuszu, nie zaryzykowałabym maziania nim po brwiach.

Niestety, bardzo martwi mnie fakt, że Catrice postanowiło go wycofać w najbliższych miesiącach. Na pewno zrobię zapas. Już teraz jest przeceniony w Naturze (2 zł, wielkie rzeczy), ale poczekam do obniżek w innych sieciach, które wyprzedają produkty po cenie sugerowanej przez producenta (7,99 zł) i wam polecam wtedy na niego polować. 

Skład: ISODODECANE, CERA ALBA (BEESWAX), DISTEARDIMONIUM HECTORITE, HYDROGENATED POLYCYCLOPENTADIENE, PROPYLENE CARBONATE, ETHYLENE / PROPYLENE / STYRENE COPOLYMER, TOCOPHERYL ACETATE, BUTYLENE / ETHYLENE / STYRENE COPOLYMER, BHT, ETHYLHEXYLGLYCERIN, PHENOXYETHANOL

Cena: ok. 19 zł/6 ml
Dostępność: Drogerie Natura, Hebe, wybrane Super-Pharmy, Tesco i Kauflandy
Ocena: 4,5/5

czwartek, 24 lipca 2014

Dużo, tanio, dobrze? Garnier Płyn micelarny 3w1

Temat płynów micelarnych, choć od dłuższego czasu cieszy się sporą popularnością, to od kilku miesięcy wylądował na ustach wszystkich maniaczek kosmetyków. Duża w tym rola zagranicznych blogerek i vlogerek, które nagle dostały szansę sprawdzenia dobrodziejstw niedrogich płynów micelarnych na własnej skórze. Zakochane w Biodermie (którą i tak zwykle musiały sprowadzać :D) jak wygłodniałe rzuciły się na L'oreal, a potem na Garniera. Choć w Polsce płyny micelarne aż takim objawieniem nie są (chociaż w tym przypadku nie jesteśmy sto lat za cywilizacją), to Polki szybko załapały bakcyla miłości do obu wytworów koncernu L'oreal.

Płyn Garnier spodobał mi się na pierwszy rzut oka na opakowanie. Duża, przezroczysta butla z klapką. Mój klapkofilizm został należycie ugłaskany :).

O konsystencji też nie można zbyt wiele napisać - woda to przecież woda. Ta jest dodatkowo "wzbogacona", co czuć, ale tylko odrobinę. Płyn nie zostawia mocno klejącej warstwy, jednak przez chwilę po przetarciu czuć go na skórze. Nie pieni się na waciku, chyba że wcześniej nam upadnie :). Choć producent twierdzi, że produkt jest bezzapachowy, to mój nos czuje w nim białego grejpfruta, aromat nie jest podkręcony w cytrusową stronę.

Jak płyn działa na skórę? Całkiem dobrze. Nie powoduje zapychania, nie uczula. Jest dość delikatny zarówno dla cery, jak i oczu (choć tutaj mnie kilka razy delikatnie szczypał, ale nie spowodował dotkliwego pieczenia, jak niektóre). Ze zmywaniem radzi sobie świetnie w przypadku twarzy i przeciętnie w okolicach oczu. Lubiłam nim przemywać rano twarz, czasem dziwiłam się, że wacik może być aż tak brudny. Radzi sobie ze zwykłym tuszem (ale trzeba kilku nasączonych wacików), ale płyn dwufazowy jest bardziej skuteczny, przez to zapewnia większy komfort.


Polubiłam ten produkt, to dobry płyn micelarny. Może po tych wszystkich zachwytach liczyłam na niewiadomo jakie cuda na kiju, dlatego odrobinkę jestem rozczarowana. Garnierowi udało się stworzyć bardzo przyzwoity płyn do demakijażu i doczyszczania twarzy. W kwestii oczu ustępuje dwufazowym specyfikom.

Skład: Aqua, Hexylene Glycol, Glycerin, Disodium Cocoamphodiacetate, Disodium EDTA, Poloxamer 184, Polyaminopropyl Biguanide. 

Cena: ok. 20 zł/400 ml
Dostępność: Super-Pharm, Rossmann, Natura, Tesco, Carrefour
Ocena: 4/5

poniedziałek, 21 lipca 2014

Diament wśród szafirów? Yoskine Mikrodermabrazja Szafirowy peeling przeciwzmarszczkowy

Choć, tak jak spora część maniaczek kosmetyków, trzęsę się nad prawie każdym produktem, dbając o to, żeby był jak najbardziej delikatny, to zdarzają się wyjątki od tej reguły. Jednym z tym odstępstw jest daleko posunięta miłość do ostrych ziarenek. Nie ma to jak porządny peeling, bez względu na to, czy potraktujemy nim twarz, brzuch, czy stopy. Lubię taką dawkę mocnych wrażeń, po dokładnym starciu naskórka czuję się jak nowa :).

Peeling Yoskine wpadł w moje ręce za sprawą ubiegłorocznego spotkania blogerek, co bardzo mnie ucieszyło, bo przymierzałam się do jego zakupu od dłuższego czasu. Nie będę ukrywała - szkoda mi było 30 zł na peeling. Czy nadal tak jest? I tak, i nie :).

Choć lubię rozkładać opakowanie produktu na czynniki pierwsze, to w tym przypadku nie mam czego. Prosta, przezroczysta tuba z nakrętką (klapki, klapki, proszę) to wygodne rozwiązanie.

Konsystencja produktu nie zdradza na pierwszy rzut oka jego mocy. Zazwyczaj w bazie (kremowej albo żelowej) peelingu zatopione są widoczne drobinki, które czasem, niestety, są jedynie elementem ozdobnym. Tutaj drobinki nie wybijają się na pierwszy plan; trzeba wytężyć wzrok, żeby dostrzec je w niebieskawym kremie. Są niewielkie, ale jest ich bardzo dużo. Jeżeli ktoś, w dalszym ciągu, miałby wątpliwości w kwestii obecności drobin w tym produkcie, powinien przejechać nim po skórze. Wtedy wszystko stanie się jasne, wszelkie wątpliwości rozwieją się. Peeling ma dobry poślizg, baza nie jest zbyt tłusta i drobinki trą, a nie tylko głaszczą skórę.

Ten produkt będzie świetny dla osób, które lubią mocne zdzieraki, nawet do swojej drogocennej twarzy. Korund, na którym opiera się ten produkt, nawet przy niewielkim użyciu siły jest dość ostry. Ściera jak marzenie, cera po jego użyciu jest oczyszczona ze wszystkich odstających skórek, przyjemnie gładka i wydaje się być bardziej jędrna. Efekt jak najbardziej pożądany, ale czy naprawdę konieczny jest nam ten kosmetyk?

Peeling Yoskine, jak już wspominałam, bazuje na korundzie. Ten drobny biały proszek można kupić w sklepach z półproduktami (np. Zrób Sobie Krem) i za 200 g zapłacimy w granicach 10 zł. Można go rozprowadzać po zmieszaniu z aktualnie używanym żelem do mycia twarzy (np. micelarnym z Biedronki za 5 zł) albo np. żelem hialuronowym. Działanie ścierające będzie takie samo, koszt (jeżeli użyjemy żelu do mycia twarzy, a korund uda nam się zdobyć bez płacenia za koszty przesyłki) niższy. Do korundu możemy dobrać produkt myjący, który odpowiada naszym preferencjom, np. ze względu na zapach. Ten niestety jest minusem kosmetyku Yoskine - mocny, proszkowo-perfumowy, wierci w nosie.

Peeling marki Yoskine będzie dobrą opcją dla osób ceniących sobie siłę korundu, lubujących się w mocnych zapachach i odrobinę zbyt wygodnych, żeby babrać się w zmieszanie proszku z żelem. Myślę, że ja sama do niego wrócę, bo bywam leniwa - nie sądzę jednak, żebym porwała się na niego bez promocji.

Skład: Aqua, Alumina, Polyvinyl Chloride, Glycerin, Paraffinum Liquidum, Cephalins, Disodium Cocoamphodiacetate, Hyaluronic Acid, Isopropyl Myristate, Dimethicone, Glyceryl Stearate, Ammonium Acryloyldimethyltaurate/VP Copolymer, Butylene Glycol, Enantia Chlorantha Extract, Oleanolic Acid, Sapphire Powder,  Sodium Hyaluronate, Stearyl Alcohol, Ceteareth-25, Steareth-20, Disodium EDTA, Ethylparaben, Methylparaben, DMDM Hydrantoin, BHA, Benzyl Salicylate, Linalool, Butyhylphenyl Methylpropional, Parfum, CI  42090.

Cena: ok. 30 zł/75 ml
Dostępność: Super-Pharm, Rossmann, Drogerie Natura
Ocena: 4-4,5/5

piątek, 18 lipca 2014

Deser dla włosów? Garnier Natural Beauty Balsam-Spuellung Vanille-Milch und Papayamark

Po czym poznać kosmetykoholiczkę? Po tym, że gdy przychodzi jej wybierać kierunek urlopu, ustala taką trasę lub bukuje nocleg w takim miejscu, żeby oprócz naładowania akumulatorów "psychicznych" załadować kosmetyczkę po sam zamek. Dlaczego nie? Przecież nie trzeba łączyć przyjemnego z pożytecznym, można przyjemne połączyć z... przyjemniejszym :)!

Kierunki wakacyjnych podróży są różne, jedni jadą do Egiptu, inni zwiedzają europejskie stolice, jeszcze inni wędrują po kraju albo jadą do rodziny. Byle tylko się gdzieś wyrwać. 

Zachodzę w głowę, gdzie po raz pierwszy zobaczyłam tę odżywkę, ale nie potrafię sobie tego przypomnieć. Pamiętam jednak, że z miejsca jej zapragnęłam - kocham wanilię i nie mogłam przejść obok takiego smaczku obojętnie. Gdy udało mi się dotrzeć do DM, pierwsze kroki skierowałam na dział z produktami do włosów. Klienci sklepu mieli zapewne ubaw, gdy zobaczyli pączka, który stał na palcach i od czasu do czasu wzbogacał występ nieudolnymi podskokami, żeby z końca najwyższej półki wydobyć jedno z ostatnich opakowań tej odżywki. Czy okazała się warta tych cyrkowych akrobacji?

Zanim odpowiem na to pytanie, skupię się na opakowaniu. Klasyczne, typowe dla odżywek Garnier z serii Ultra Doux. Jest wytrzymałe i dobrze dozuje produkt. Nie jestem do końca przekonana do umiejscowienia korka i tego, że odżywka "stoi na głowie" z uwagi na konsystencję kosmetyku.

Produkt jest dość rzadki, przypomina odżywki Isany. Nie przecieka przez palce, niby nie płynie, ale czasem zdarza się mu przesączyć przez klapkę. Łatwo się rozprowadza na włosach.

Zapach, czyli magnes, który przyciągnął mnie do tego produktu, odrobinę rozczarowuje chemicznością. Wyczuwam nuty wanilii oraz bardziej kwaskowaty owocowy aromat (może to papaja, nie wiem, nie znam tego owocu). Nie jest to nieprzyjemne połączenie, ale trochę świdruje w nosie. Zapach utrzymuje się na włosach; na drugi dzień ciągle czuć delikatnie wanilię, drugi komponent traci swoją "żrącą" moc.

Na deser zostawiłam sobie działanie. Nie spodziewałam się po tej odżywce zbyt wiele i to było dobre nastawienie. Nie jest to specjalistyczna kuracja odbudowująca, nie naprawi włosów w kilka magicznych chwil. Garnier stworzył miłą w stosowaniu odżywkę, która delikatnie nawilża, zmiękcza i ułatwia rozczesywanie. Lekko wygładza włosy, przez co wydają się odrobinę dociążone (ale to takie dociążenie w wersji light). Nie tworzy strąków, nie ulizuje. 

Mój puch nie zareagował na nią tak, jak bym tego chciała, ale nie było bardzo źle. Sądzę jednak, że ta odżywką może pasować bardziej osobom z cięższymi, lejącymi włosami. Posiadaczki lwiej grzywy nie będą specjalnie usatysfakcjonowane działaniem.

Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Dipalmitoethyl Hydroxylethylmonium Methosulfate, Quaternium-80, Glyceryl Stearate, Limonene, Linalool, Vanilla Planifolia Extract, Propylene Glycol, Carica Papaya Extract, Cetrimonium Chloride, Citric Acid, Citronellol, Hexyl Cinnamal, Glycerin, Parfum.

Cena: ok. 2 euro/200 ml
Dostępność: Niemcy (drogerie DM), Wielka Brytania
Ocena: 3,5/5

wtorek, 15 lipca 2014

Czterej pancerni i bies. L'oreal Infaillible Ultra concentrated colour eyeshadow 002, 004, 005, 012, 016

Choć tytuł tej notki pojawił się w mojej głowie niemal od razu, jakiś czas zastanawiałam się nad jego zmianą. Chciałam napisać taki nagłówek, który da obraz tego, że to była miłość nie od pierwszego, ale od n-tego wejrzenia. Te cienie widziałam już w tylu miejscach, tak wiele osób je polecało, a ja nawet nie zaszczyciłam ich spojrzeniem. Ba, nawet w czasie promocji -49% jakoś powieka mi nie drgnęła. Nie wiem co się stało, ale po poście Agu, w którym zaprezentowała przepięknie mieniący się Hourglass Beige, zapragnęłam mieć choć jedno takie cacko. Dodatkową zachętą była przecena tych cieni w Rossmannie. Ubrałam człapaki i poleciałam do najbliższego przybytku na osiedlu. Gdy dopadłam szafy L'oreal byłam niepocieszona - pięknego beżu nie było. Nie chciałam wyjść z gołymi rękami, dlatego "na próbę" wzięłam równie sympatyczny 004 Forever Pink. I  całkowicie przepadłam...

Zanim zacznę się rozpływać nad samym cieniem, zajmę się jego opakowaniem. Wyższa szkoła jazdy dla fajtłap, tutaj są aż dwa zabezpieczenia do zgubienia - jednym jest odkręcana nakrętka, drugim plastikowe zabezpieczenie. Warto nie gubić tej czarnej pokrywy, ona trzyma cień "w kupie", dzięki czemu nie rozpadnie się przy upadkach (za którymś razem pewnie i tak trzaśnie :D).

Takie podwójne zabezpieczenie konieczne jest ze względu na konsystencję cienia. Formuła jest dość ciekawa, produkt robi wrażenie nie do końca sprasowanego. Nie jest tak zbity jak np. prasowane cienie Inglota. Tak jakby poszczególne drobinki proszku nie były ze sobą mocno związane. Jednocześnie sam cień jest przyjemnie kremowy, trochę kojarzy mi się z perłami Sleeka, jest taki maślany (nawet matowy 016), dobrze przyczepia się do skóry i co więcej, całkiem długo na niej pozostaje. Ta seria lubi być aplikowana palcami albo syntetycznym pędzelkiem - przy włochatych lubi się sypać. Za wyjątkiem fioletowego 005 (który nie współpracuje w ogóle) cienie dobrze się rozcierają i syntetykiem, i kozą.

Trwałość tego produktu to atut tego produktu. To właśnie dlatego mam tych cieni aż 5, chociaż wcale nie były mi do szczęścia potrzebne, wszak mam paletkę z Inglota, Lovely, cienie Maybelline, Rimmela... Jednak z jakiś przyczyn od ponad miesiąca sięgam wyłącznie po L'oreal. Lubię długotrwałe produkty, a te cienie właśnie takie są. Na moich tłustych powiekach, w czasie upałów trzymały się w nienaruszonym stanie 4 godziny, po 6 były wyblakłe, ale ciągle widoczne. Przy wsparciu bazy świetnie wyglądają przez 8 godzin, po 10 nadal trzymają się nieźle, choć są już dość spłowiałe i trochę zrolowane. 

Na deser zostawiłam sobie kolory. Nigdy nie widziałam sensu w recenzowaniu pojedynczych odcieni osobno, ale po spotkaniu z tą serią dostrzegłam w tym pewną rację. Mam też nauczkę, żeby nie oceniać całej linii po jednym produkcie - na 10 dziewięć może być świetnych, ale trafi się ten jeden paskudny. Tak właśnie było w tym przypadku.

W mojej kosmetyce mieszkają bohaterscy czterej pancerni (002, 004, 012, 016) i bies (005):

002 Hourglass Beige - bardzo mocno perłowy odcień beżu, chłodniejszy niż rozświetlacz Mary Lou-Manizer, która jest przy nim żółta
004 Forever Pink - również dość wyrazista perła tym razem w kolorze ciepłego, trochę nawet miedzianego różu
005 Purple Obsession - satyna/lekka perła. Ładny odcień fioletu, który niestety rozciera się na sino. Nawet najmniejsza  próba ujarzmiana tego cienia kończy się źle - on po prostu nie chce wyglądać dobrze na skórze. Porażka na całej linii.
012 Endless Chocolate - satyna/lekka perła. Kilka razy oglądałam ten cień przed zakupem. I najprawdopodobniej bym go nie wzięła, gdybym nie miała kuponu rabatowego, który obniżał cenę nawet produktów wyprzedawanych. Ten kolor potwierdza regułę, że kolor w opakowaniu a odcień na skórze niekoniecznie mogą iść ze sobą w parze. W opakowaniu to taki "jelonkowy" brąz (jak byłam mała to zawsze trafiały mi się kredki z dwoma odcieniami brązu: chłodnym, prawie bordowym i ciepłym, lekko rudym - na ten ostatni zawsze mówiłam "jelonkowy"), byłam pewna, że nie będę wyglądała w nim dobrze. Tymczasem zaskoczenie, kolor nie jest zbyt ciepły, to raczej neutralny odcień brązu, taka mleczna czekolada Wedla. Ukochany ostatnio do podkreślania załamania.
016 Coconut Shake - mat. Neutralny beż, idealny na całą powiekę. Jest bardzo jasny, dlatego miałam pewne obawy, czy nie będzie wyglądał u mnie zbyt biało, ale w towarzystwie czekoladowego brata prezentuje się całkiem nieźle.

Jakieś minusy? Zasadniczym dla wielu będzie cena. W drogeriach za jeden cień wołają 37 zł. W sklepach internetowych widziałam je po 10-12 zł - za taką kwotę warto je dorzucić do koszyka. Ja swoje kupiłam w Rossmannie, gdzie są w "Cenie na do widzenia" za ok. 18 zł (większość odcieni kupiłam jeszcze ze zniżką 30%). Podobno obniżka na nie obowiązuje także w Naturze. Choć na razie widnieją na polskiej, niemieckiej i angielskiej stronie L'oreal, chodzą słuchy, że mają być wycofywane. Wielka szkoda, to naprawdę ciekawa linia. Za cenę regularną raczej nie polecam, ale jeżeli wyhaczycie promocję, to bierzcie. Tych 20 zł są warte.

Cena: 10-37 zł/3,5 g
Dostępność: Super-Pharm, Hebe, Rossmann, Natura, sklepy internetowe, Allegro
Ocena: 4,5/5 (odcienie 002, 004, 012 i 016), 2/5 (odcień 005)

sobota, 12 lipca 2014

Laurka i bukiet chabrów. Yves Rocher Pur Bleuet Dwufazowy płyn do demakijażu oczu


Każda marka ma w swojej ofercie rozmaite kosmetyki - zarówno pod względem różnorodności, jak i jakości. Są kosmetyki cudowne, są i buble. Nie inaczej rzecz ma się z Yves Rocher. Wydaje się, że w tym przypadku więcej jest hitów niż bubli. Przynajmniej tak wnioskuję z ilości recenzji, które roszeromaniaczki produkują w każdym możliwym miejscu. Nie ukrywam, że do tej marki przyciągnęła mnie spora ilość pozytywnych opinii na temat ich produktów. Kilka od razu wpadło mi w oko i zdecydowałam się na ich sukcesywne testy. Płyn dwufazowy to właśnie jeden z nich.

Yves Rocher nie jest marką, która ułatwia konsumentom życie w kwestii opakowań kosmetyków. Mistrzostwem świata są te ich klapki, na których niejeden pieczołowicie hodowany paznokieć się złamał. Nie przemyśleli także buteleczki płukanki malinowej, która znacznie lepiej sprawdziłaby się w formie mgiełki. Ja, nakrętkofob, przyczepię się też do opakowania tego płynu - klapkę poproszę! Samej butelce nie mogę niczego zarzucić, jest porządnie wykonana.

Odnośnie formuły nie mam zbyt wiele do napisania. Płyn Yves Rocher jest jak każda inna dwufaza - po zmieszaniu jest dość tłusty. Jednakże ta warstewka nie jest uciążliwa, powieka nie wygląda jak posmarowana smalcem. Nie czuć tego filmu na skórze. Gdy dotykam palcem to czuję lekką tłusto-silikonową powłoczkę, ale jest ona delikatna i nie denerwuje mnie. Płyn nie podrażnia moich oczu, za co ogromny plus.

Kwestią kluczową w przypadku tego typu kosmetyków jest skuteczność. Tutaj jest naprawdę wyśmienita. Yves Rocher dobrze radzi sobie z nasyconymi ciemnymi barwami, jak i z produktami wodoodpornymi. Przy upartych produktach warto dołożyć odrobinę siły, ale bez obaw, płyn jest na tyle skuteczny, że nie musimy sobie wydłubywać oka podczas energicznego pocierania.



Za jedyny mankament tego produktu można uznać jego cenę. Na szczęście ten kosmetyk nie jest oznaczony Zielonym punktem, więc można na niego wykorzystać różne zniżki, które YR przyznaje swoim klientom. Osoby, które mają jego zakup w planach, powinny się pospieszyć - chodzą słuchy, że ten produkt jest wycofywany. 

Skład: Aqua, Cyclopentasiloxane, Cyclohexasiloxane, Isohexadecane, Cetaurea Cyanus Flower Water, Methylpropanediol, Propylene Glycol, Hexyl Laurate, Sodium Chloride, Magnesium Chloride, Caprylyl/Capryl Glucoside, Methylparaben, Tetrasodium EDTA, Ethylparaben, Potassium Sorbate, CI 61565.

Cena: 24 zł/125 ml
Dostępność: salony Yves Rocher, sklep internetowy
Ocena: 5/5

środa, 9 lipca 2014

Jestem wężem? Purederm Botanical Choice Exfoliating Foot Mask [Stopofobki - wchodzicie na własną odpowiedzialność!]

Skarpetki złuszczające to jeden z najczęściej przewijających się kosmetyków w zeszłym roku. Zalały blogi, opanowały Youtube i spowodowały, że niejednej kosmetykoholiczce zaświeciły się oczy. Mina rzedła, gdy docierała informacja o cenie. Marki, które rozreklamowały się w internecie, za parę skarpetek wołały 100 zł. Sprytniejsze i bardziej obcykane szukały tego typu produktów na ebay - z powodzeniem zamawiały skarpetki za 20-30 zł. Minus? Oczywiście dość długi czas oczekiwania. Na szczęście są sklepy, które uważnie śledzą trendy i starają się wprowadzać ciekawe produkty na swoje półki. Chyba najbardziej postępową wśród sieciówek jest drogeria Hebe - to tutaj dostaniemy szampony Batiste, maski Kallos, szczotki Tangle Teezer. I to właśnie oni, jako pierwsi, dali szansę skarpetkom złuszczającym. To była chyba dobra decyzja, skoro prawie zawsze zostaje po nich tylko puste miejsce na półce.

Jeżeli będziecie polowały w Hebe, w Biedronce (albo na ebay) na te skarpetki, to zwróćcie uwagę na znaczek przy tej stopie na opakowaniu, podana jest tam wielkość. Dostępne są dwa rozmiary - regular (dla stóp krótszych niż 27 cm) i large (powyżej 27 cm). 

Skarpetki znajdują się w saszetce, która przypomina opakowania maseczek. Bałam się rozcięcia tej folii, bo wydawało mi się, że mi coś wyleci i będzie po skarpetkach. Te, na szczęście, są zabezpieczone. Żeby władować do tych woreczków stopę, trzeba je przeciąć (wzdłuż linii, żadna filozofia).

Skarpetki wykonane są z takiego celofanu, w którym znajduje się nasączona "chusteczka", tak waląca alkoholem, że od samego wąchania człowiekowi zwiększają się promile we krwi. Ponieważ dostępne są tylko dwa rozmiary, skarpetki nie będą idealnie przylegały do każdej stopy. Dlatego warto na woreczki nałożyć jeszcze zwyczajne skarpetki, które sprawią, że produkt będzie lepiej przylegał.

Cały zabieg powinien trwać od godziny do 90 minut. Ja skarpetki trzymałam trochę dłużej, bo zagapiłam się w telewizor. Po zdjęciu woreczków skóra robi wrażenie idealnie napiętej i gładkiej. Wyjątkiem są zrogowacenia, które z kolei stają się bardziej "ostre".

Producent wskazuje, że skóra powinna zacząć schodzić między 4 a 7 dniem od zabiegu. W moim przypadku dokładnie 4 dnia zaczęła się łuszczyć skóra na dużym palcu oraz na śródstopiu. Piątego dnia obszar łuszczenia się powiększyć i objął pozostałe palce. Szósty dzień przywitał mnie oskubanymi piętami, które systematycznie zaczęły się sypać z dnia na dzień. Około 8 dnia zaczęło się coś dziać na wierzchu stopy.

niedziela, 6 lipca 2014

Obudź w sobie instynkt łowcy, czyli magia wyprzedaży

Początek lata bywa ekscytujący nie tylko ze względu na rozpoczynające się dla wielu wakacje, ale także z uwagi na sezonowe obniżki. Armie kobiet (zazwyczaj, choć i panowie się zdarzają) okupują wszystkie galerie handlowe, wyrywają sobie ubrania, wzdychają znacząco, stojąc z naręczem fatałaszków w kolejce do przebieralni. Mówiąc krótko - jest wesoło. Choć okres wyprzedaży to, dla sporej części osób, czas na uzupełnienie braków garderoby (albo spełnienie zachcianek), warto pamiętać, że przeceniane bywają inne rzeczy. Zapewne część z was słyszała o szalonych wyprzedażach w Empiku - ramki, kubki i inne pierdoły za parę złotych przyciągnęły rzesze łowców okazji. Ogromnymi szyldami "sale" (swojska "wyprzedaż" pojawia się rzadziej albo dopisywana jest na plakacie małymi literami) przyciągają też drogerie. Dzisiaj chciałabym podszepnąć, gdzie warto szukać przecen kosmetyków w okresie sezonowych wyprzedaży, a także (!) poza nimi.

1. Sephora

Zacznę od sklepu, który wystartował z obniżkami niedawno. Od kilku dni, w poszukiwaniu apetycznych kąsków, można szturmować perfumerie Sephora. Znajdą tam dla siebie nie tylko osoby, które lubią sobie wysokopółkowe marki i doceniają możliwość oszczędzenia kilkudziesięciu złotych na szmince czy podkładzie (które to nawet po przecenie kosztują kilkadziesiąt złotych :D), ale i osoby z lekko kąsającym wężem w kieszeni. Sephora przecenia dość znacznie produkty marki własnej. Można kupić lakier do paznokci nawet za 3 zł (zdarzają się nawet nierozwarstwione). Leniuchy mogą skorzystać w wyprzedaży online (http://www.sephora.pl/), jednak co ciekawsze kąski, zostały szybko wybrane.


Moja zdobycz: Sephora Mineral Loose Powder Foundation 10 light (12,90 zł/3,2 g, poprzednia cena: 55 zł) - od dawna miałam na niego chrapkę, podobno był wcześniej przeceniany. Cóż, nie u mnie :D.

2. The Body Shop

The Body Shop, poza stałymi liniami zapachowymi, wypuszcza od czasu do czasu (dwa razy w roku?) nowe, limitowane serie. W czasie obniżek można nabyć produkty między innymi z tych partii. W sklepie firmowym widziałam przecenione cztery linie zapachowe - żurawinową (rzuciły mi się balsamy do ust za 9,90 zł), migdałową (żel pod prysznic za 9,90 zł i masło do ciała za 29,90 zł), malinową  i brzoskwiniową (żel -12,50 zł, mgiełka - 29,50 zł, masło - 29 zł). Tyle udało mi się zapamiętać :).

Moja zdobycz: The Body Shop Almond Shower Gel (9,90 zł/250 ml, poprzednia cena: 25 zł) - kupowałam mgiełkę, a on stał przy kasie :).

Czas trwania: do 12 lipca


3. Hebe

Mogę się mylić, ale to chyba jedyna sieciowa drogeria, która urządza wyprzedaż. Skorzystałam z przecen w zeszłym roku, nie mogłam sobie odpuścić także w tym. Obniżone ceny obowiązują na całkiem pokaźną część asortymentu, ale paradoksalnie nie znaczy to, że jest w czym wybierać. Hebe przeceniło buty, które pojawiały się w gazetkach, słodycze, zabawki... Jeżeli chodzi o kosmetyki, to w moim Hebe (Wrocław, ul. Borowska) nie było specjalnej rewelacji - dla przykładu: limitowane lakiery Essie za 23 zł, pachnąco-brokatowe lakiery Revlon za 13 zł, balsam do ciała AA z serii jubileuszowej za 4,99 zł, zapachy Star Nature (wiśnia i ciasto z owocami) za ok. 8 zł, perfumy Halle Berry Reveal za 38,99 zł (chyba 30 ml, ale nie dam sobie ręki obciąć). Śledziłam wypowiedzi na wątku o Hebe i zieleniałam z zazdrości - dziewczynom udawało się kupić balsam do ust Uriage za 10 zł, czy krem SVR Lysalpha Active i maskę z kwasami AHA marki Uriage za 15 zł. Warto się przejść, może wam się bardziej poszczęści.

Moja zdobycz: Sally Hansen Fast Acting Polish Remover with Vitamin E&Chamomile (5,99 zł/236,5 ml, poprzednia cena: 19,99 zł) - dużo dobrego czytałam o zmywaczach SH, a kończy mi się powoli Isana. Ten produkt jest podobno przeceniony z tego powodu, że marka zmienia opakowanie.

Czas trwania: do 14 lipca

Chciałabym jeszcze wspomnieć o sklepach, gdzie wyprzedaże trwają cały rok. Trzeba tylko chodzić, śledzić różne fora i molestować czytniki.

4. Rossmann

Wiele razy coś wydawało mi się na tyle oczywiste, że nie widziałam sensu w skrupulatnym objaśnianiu tej kwestii, jednakże czas pokazał, że to, co mnie się wydaje jasne jak słońce, dla niektórych jest nowością. Mam nadzieję, że osoby obeznane w temacie wybaczą mi szersze ujęcie tematu wyprzedaży w Rossmannie, popularnych "Cen na do widzenia" lub, w żargonie internetowym, "CND".

Rossmann niemal co tydzień coś przecenia. Powodem takiej wyprzedaży może być:
a) wycofanie produktu z rynku - zazwyczaj tak jest w przypadku marek własnych Rossmanna,
b) rebranding jakiejś marki,
c) wycofanie się Rossmanna ze sprzedaży danego produktu/linii - np. kremu pod oczy AA Wrażliwa Natura 20+.
Taki delikwent jest zwykle oznaczany na półce zieloną nakładką na panelu cen. Obniżka sięga zwykle kilku złotych, czasem jest obcinana aż o połowę.
Warto chodzić i przyglądać się półkom w Rossmannie, gorąco zachęcam też do śledzenia wątku o tej sieci na Wizażu - wiem, że nie każdy lubi ten portal, jest on jednak bardzo cennym źródłem informacji. Podczytywanie z ukrycia może przynieść pożytek. Choć chwilę wcześniej pisałam, że CND są oznaczane zielonymi plakietkami, to jednak nie każda drogeria na bieżąco zmienia cenówki - czasem prawidłowa cena jest w systemie i wychodzi pod czytnikiem albo na kasie. Warto wiedzieć z czym lecieć do skanera, a Wizażanki często o tym piszą :).

Moje zdobycze: Ziaja Rebuild Reduktor Cellulitu Serum Drenujące (ok. 9 zł/150 ml, poprzednia cena: 16 zł), Green Pharmacy Masło do ciała Drzewo herbaciane i zielona glinka (ok. 5 zł/200 ml, poprzednia cena: 12 zł) - sprzed jakiegoś czasu, wątpię, żeby były jeszcze dostępne w R.
Z aktualnej wyprzedaży (przecena trwa już dobry miesiąc) - L'oreal Infaillible Ultra concentrated eyeshadow (18,39 zł/3,5 g, poprzednia cena: ok. 37 zł).

5. Biedronka

Ze świecą trzeba szukać osoby w Polsce, która nigdy, przenigdy nie weszła do Biedronki. Dla sporej części mieszkańców naszego kraju ten dyskont jest podstawowym miejscem zaopatrywania się w produkty spożywcze. Nic dziwnego, Biedronka, prawie jak Żabka we wrocławskim centrum, zaczyna straszyć z każdego rogu. Można tego sklepu nie lubić, ale nie można odmówić im atrakcyjnych ofert. Widać, że śledzą rynek i starają się wprowadzić produkty, które przyciągną klientów. Kosmetykoholiczki też, dlatego od czasu do czasu, Biedronka wypuszcza, mniej lub bardziej interesujące, foldery kosmetyczne.  Wiele osób poluje na gazetkowe produkty w okresie obowiązywania akcji, jednak część czeka do przecen. Ryzyk-fizyk, jeżeli upatrzymy sobie chodliwy towar, to szczerze wątpię, żeby doczekał się on obniżki ceny. Warto regularnie odwiedzać ten sklep i molestować przy okazji czytnik :). Przy tej okazji również wizażowy wątek się kłania :).

Moje zdobycze (wszystko ciągle do dostania): Celia Nude Matujący Fluid Korygujący 01 Ecru (4,99 zł/30 ml, poprzednia cena: ok. 7-8 zł), Celia Róż nr 4 (4,39 zł, poprzednia cena: ok. 7 zł), Ladycode by Bell Puder rozświetlający (obecna cena: 4 zł, ja kupowałam za 10 zł, pierwotnie kosztował 12 zł), Eveline Argan+Keratin Arganowa maska 8w1 (obecnie: 10,39 zł, ja kupowałam za 11,99 zł, pierwotnie: ok. 16-17 zł).

Jeżeli jesteście z Wrocławia i mieszkacie w południowej części miasta to polecam Biedronkę na Krynickiej - mają porządek w kosmetykach :).

To oczywiście tylko mały przegląd wyprzedaży, z których sama skorzystałam/korzystam, nie kompleksowy przewdonik po nich. W zestawieniu nie znalazło się popularne Bath&Body Works, bo zwyczajnie nie mam do nich dostępu. Nie ma tutaj też drogerii Natura, ponieważ nie mam zaufania do przecen tej sieci - nie interesują mnie pogryzione szminki, wypalcowane do dna cienie, butelki szamponów pełne w połowie (wersja optymistyczna; pesymistycznie: w połowie puste), puste puszki po antyperspirantach. 

Choć w notce jest tylko jeden market, dział kosmetyczny warto oglądać w każdym - trzeba się jednak dobrze orientować w cenach, bo np. Carrefour lubi robić wyprzedaże, na których sprzedawane są produkty w cenie regularnej. Ostrożnie ze wszystkimi obniżkami "do" - zwykle tego "do" nie dostrzegamy :).

Mam nadzieję, że ktoś znajdzie tutaj informacje, które pomogą mu ułożyć plan zakupów. Jeżeli wiecie o innych atrakcyjnych ofertach, koniecznie dajcie znać!

piątek, 4 lipca 2014

Miękki jak aksamit, twardy jak... satyna. My Secret Satin Touch Kohl nr 19 Nude


Jako osoba, która często nie poświęca zbyt dużo czasu na sen, często muszę oglądać o poranku prawdziwy obraz nędzy i rozpaczy w lustrze. Często zerka na mnie jakieś takie nieszczęśliwe stworzenie, z ciemnymi obwódkami wokół oczu. Szczypanie się nie pomaga, bo zawsze niechętnie muszę stwierdzić, że to nie żadna naklejka, którą bracia dla żartu przykleili w łazience, ale ja we własnej osobie. Mówi się trudno i działa się dalej.

Po serii skomplikowanych zabiegów kosmetycznych połączonych z wygibasami w wannie, zwykle przystępuję do ratowania tego, co się da produktami kolorowymi. Jedną z tajnych broni w nierównej walce z oznakami zmęczenia jest cielista kredka na linii wodnej.

Tutaj nie wygląda tak źle, bo malowałam pięć minut :D
Do niedawna znalezienie jasnego, beżowego bądź brzoskwiniowego odcienia, można było wręcz ze świecą szukać. Po wycofaniu się z rynku Schleckera i tym samym utracie do kosmetyków Basic, zniknęła szansa na niedrogiego cielaka. Jedyną drogeryjną marką, która taki produkt oferowała, był Max Factor. Ich produkt jest świetny, ale nie każdy ma ochotę od razu wyskakiwać z 30 zł. Na szczęście popyt na niedrogie jasne kredki doczekał się reakcji firm i w obecnej chwili możemy przyozdobić linię wodną kosmetykami z My Secret, Lovely, Catrice i Essence.

Kredka z My Secret nie była mi potrzebna do szczęścia, ale postanowiłam, że wypróbuję ją, gdy trafi się promocja. 40% obniżki piechotą nie chodzą, dlatego, gdy nadarzyła się okazja, ruszyłam na łowy.

Nad opakowaniem kredki nie ma co się rozwodzić - drewniany trzonek i plastikowa zatyczka. Kredka ma standardowy rozmiar, dlatego wchodzi do zwyczajnej temperówki.

Konsystencja tej kredki to sprawa bardzo ciekawa. Zupełnie inne wrażenie na jej temat mam, gdy mażę nią po dłoni, a całkowicie odmiennie patrzę na nią, gdy przychodzi do nałożenia na linię wodną. Gdy przesuwam nią po skórze, mam wrażenie że jest dość miękka i rysuje ładną linię. Kiedy jednak zabieram się do aplikacji na linię wodną, kredka mnie kłuje, jest zbyt twarda i maluje z prześwitami. Może wynika to ze specyfiki tych dwóch rożnych obszarów, ale różnica w używaniu ciągle jest dla mnie sporym zaskoczeniem.

Od lewej: Basic, Max Factor, Lovely, My Secret
Kredka miałaby niezłą pigmentację, gdyby kolor rozkładał się równomiernie. Tymczasem linia, która maluje, jest przerywana i kreska wygląda na nieumiejętnie nałożoną. Sam odcień jest bardzo udany, stoi w opozycji do brzoskwiniowego Max Factora, który niektórym może wydawać się zbyt różowy. Jasna, neutralnie beżowa My Secret może przypaść do gustu sporej części osób.

Na koniec zostawiłam sobie trwałość. Nie lubię stwierdzeń, że za kilka złotych nie ma co oczekiwać cudów, dlatego niechętnie przyznam, że w tym wypadku tak jest. My Secret nie jest specjalnie wytrzymała, właściwie po 3 godzinach nie ma już po niej śladu.

My Secret się nie popisało. Choć dużo dobrego czytałam o ich kredkach, to jednak spotkanie z cielistą jakoś nie zachęciło do dalszych eksperymentów. Kredka jest zbyt twarda do stosowania w okolice oczu. Zaraz po nałożeniu wygląda jak by była noszona już przez jakiś czas i zaczynała schodzić. Nie jest ponadto specjalnie trwała. Zakopię ją gdzieś w szufladzie i zapomnę. 


Skład: RICINUS COMMUNIS SEED OIL,  HYDROGENATED VEGETABLE OIL, COPERNICIA CERIFERA CERA, CANDELILLA CERA, CAPRYLIC/CAPRIC TRIGLYCERIDE, CERA ALBA, HYDROGENATED PALM KERNEL GLYCERIDES (AND) HYDROGENATED PALM GLYCERIDES, MICA, ISOPROPYL MYRISTATE, PARAFFINUM LIQUIDUM, CERESIN, TALC, PVP/HEXADECENE COPOLYMER, TOCOPHERYL ACETATE, PROPYLPARABEN, BHT, (+/- CI 77499, CI 77492, CI 77491, CI 77288, CI 77891, CI 77007, CI 15850, CI 77510)

Cena: ok. 7,50 zł/1,14 g
Dostępność: Drogerie Natura
Ocena: 2,5/5

wtorek, 1 lipca 2014

Bum-cyk-cyk i tralalala, czerwcowe śmieci na blog(a) wywalam


Bam! Czerwiec już się skończył (jakby ktoś, mimo dość późnej pory jeszcze nie do końca kontaktował), więc czas zajrzeć do torby ze śmieciami, która z dnia na dzień zaczyna mi zawadzać coraz bardziej. Ponieważ ostatnio potykam się o wszystko, o co tylko można, postanowiłam się szybko i sprawnie rozprawić z torbą z pustymi opakowaniami, bo jak znam życie, to i ona spróbowałaby mnie w końcu zabić. Bez dalszych wstępów, przejdę do konkretów.


Było: Yves Rocher Delikatny szampon z wyciągiem z hamamelisu - dostałam ten szampon w prezencie gwiazdkowym (na zasadzie, masz kasę, idź sobie coś kup :D), zaczęłam używać jakoś w marcu, a skończył się w połowie czerwca. Całkiem niezła wydajność była w dużej mierze zasługą pompki, którą dokupiłam. Ogromnie żałuję, że ten produkt już mi się skończył, moja skóra głowy go lubiła - nic mnie po nim nie swędziało, skóra nie śnieżyła wszystkiego dookoła. Panie w sklepie stacjonarnym twierdzą, że ten kosmetyk został wycofany, natomiast w e-sklepie nadal można go kupić, w dodatku został oznaczony jako "nowość". Przy okazji zakupów w YR warto wrzucić go do koszyka.

Jest: Yves Rocher Szampon oczyszczający z wyciągiem z pokrzywy - śmierdzi zielskiem, a na dodatek ten zapach utrzymuje się na włosach. Może uda mi się go zabić mocniej perfumowanymi odżywkami, bo to będą ciężkie miesiące.


Było: Iwostin Purritin Pianka oczyszczająca - kolejny z produktów, który towarzyszył mi przez dłuższy czas - dobrałam się do niego pod koniec stycznia (aż musiałam sięgnąć do notki z denkiem), a skończył mi się w połowie czerwca. Pianki używało się bardzo przyjemnie, kosmetyk dobrze oczyszcza twarz, a jednocześnie nie ściąga cery. Ciężko jest mi stwierdzić, czy wpłynął jakoś pozytywnie na stan cery, ale z pewnością jej nie zaszkodził. Z pewnością jeszcze do niego wrócę!

Jest: Pharmaceris A Łagodząca pianka myjąca - z kosmetykami produkowanymi przez marki Ireny Eris jakoś nigdy nie było mi po drodze. Czułam głęboką niechęć do Lirene i Pharmaceris, miałam wrażenie, że te produkty wyskoczą mi z lodówki i pogryzą w ręce, gdy będę chciała sięgnąć po serek wiejski. Postanowiłam sprawdzić fenomen tych marek na własnej skórze i z Lirene przytuliłam balsam brązujący (o stosowaniu którego nigdy nie pamiętam), a z Pharmaceris tę piankę. Na razie ją lubię, jest rzadsza od Iwostinu, który przypominał bardziej ubite na sztywno białka i jest bardzo łagodna - mogę sobie ją ładować do oczu wedle upodobania.


Było: Rimmel Rockin' Curves i Essence Get Big Lashes Volume Boost Waterproof - jeden i drugi specjalnie się nie wykazał. Obsługa Rimmela była katorgą, pogięta szczoteczka, wbrew intencjom producenta, wcale nie okazała się idealną parą dla rzęs. Nie dla moich. Essence spisał się lepiej, klasyczna, prosta szczotka to zawsze mniejsze zło niż takie jakieś połamane wymysły. Niestety, również nie spełnił obietnic jego twórców, bo okazał się nie do końca wodoodporny.
Recenzja Rimmela: KLIK
Recenzja Essence: KLIK

Jest; The Balm Cheater Mascara i Catrice Waterproof Top Coat - urocze, pomysłowe opakowania tuszu The Balm skrywa mało ciekawy produkt. Ot, tusz jak tusz, efektu wow nie ma. Szczególnie za taką cenę. Top Coat z Catrice to interesujący wynalazek - poszukiwania dobrego tuszu wodoodpornego jak na razie nie przyniosły większych rezultatów, więc postanowiłam "uwodoodpornić" zwykłe tusze. Na razie nie chcę się wypowiadać na jego temat, myślę, że napiszę o nim coś więcej za jakiś czas.


Było Isana Duch Gel Violet Passion i Ol Dusche Melone&Birne - ciągle nie mogę wyjść z szoku po zetknięciu się z tymi produktami. Niepojęte jest dla mnie to, jak marka mogła stworzyć tak skrajne produkty. Z jednej strony mamy fiołkowo-porzeczkowy żel, który koszmarnie wysusza skórę, a przez swoja konsystencję sprawia wrażenie popłuczyn po jakimś żelu. Natomiast po drugiej stronie ringu staje konkretny zawodnik - "żelowy" żel z dodatkiem olejków, który cudnie się rozprowadza i całkiem przyjemnie pachnie. Wynik? Melon i gruszka wygrywają przez nokaut. Pozostałym żelom Isany mówią stanowcze nie.

Jest: Nuxe Kremowy żel pod prysznic - ładnie pachnie, ma "żelową" konsystencję, czego chcieć więcej? Niższej ceny :).


Było: Oriflame Swedish Spa Exfoliating Body Scrub i Bielenda Fruit Bomb Arbruz Peeling do ciała - marmolada Oriflame z mikrymi drobinkami w środku nie zachwyciła mnie tak, jak oczarowała recenzentki na stronie Oriflame (kliku klik klikędy). Słaby peeling w dość wygórowanej cenie. Po Bielendzie z Biedronki cudów się nie spodziewałam. I rewelacji  nie było - moc cukrowych drobinek także została ugłaskana ślizgającą się parafiną. Szkoda.

Jest: Joanna Peeling do ciała gruboziarnisty Dojrzała marakuja - nie mam przekonania do czegoś w rodzaju żelu z peelingiem, ale mam cichą nadzieję, że to okaże się bardziej peelingiem :).


I co, zatkało kakao :D? Tym razem postawiłam na inną wersję (bo jest większa i była w promocji).


Było: AA Eco Balsam do ciała Dynia - cieniutki balsam w tłuściutkiej cenie. Gdybym kupiła go za tyle, ile wołają za niego w aptece, byłabym wściekła. Za 6 zł ten zawód aż tak nie bolał. Pełna recenzja do przeczytania TU.

Jest: BalneoKosmetyki Malinowe Masło do ciała - 100% masła w maśle, konsystencja jest fantastyczna! Zapach trochę mniej, bo bardziej niż malinę przypomina jeżynę, a tak naprawdę najbliżej mu do proszku do prania.


Było: Soraya Serum do ciała zapobieganie rozstępom - zarzucić mu niczego nie mogę, ale specjalnie pochwalić też nie. W każdym razie rozstępy na brzuchu mi się nie pojawiły w czasie jego stosowania :).

Jest: Ziaja Rebuild Reduktor cellulitu serum drenujące - moja mama jest fanką tej serii, mam nadzieję, że i u mnie jakiś efekt będzie.


Było: Purederm Exfoliating Foot Mask - ciekawy zabieg złuszczania skóry na stopach. Po kuracji myślę jednak, że jest z nim więcej zachodu niż to wszystko warte. Nie jestem przekonana. Notka powinna ukazać się niebawem.

Jest: BeBeauty Peeling do stóp i Avon Foot Works Intensive Callus Cream


Garść próbek, saszetek i miniaturek. Do kremu aloesowego z Exclusive wrócę zimą, bo zostawia taką warstwę ochronną, która sprawdzi się w chłody, a dodatkowo pachnie żelkami. Godna uwagi okazała się pro-regenerująca maseczka żelowa do twarzy, szyi i dekoltu z Eveline - cudnie nawilżyła skórę szyi. Szczególnie zalazł mi za skórę punktowy koncentrat korygujący z Tołpy, który cuchnął okropnie, rolował się i niczego nie zdziałał.

W czerwcu nie byłam może mistrzynią zużyć, ale udało mi się choć trochę zdziesiątkować próbkowe zapasy. A wam jak poszło?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...