Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

piątek, 27 czerwca 2014

Jasna czy ciemna strona mocy? Rimmel 60 seconds by Rita Ora 203, 613, 703, 853

Gwiazdy, gwiazdeczki, gwiazdunie... Pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu namiętnie przeglądałam kolorowe czasopisma, z uwagą śledziłam dokonania rozmaitej maści celebrytów. W tamtym czasie namiętnie słuchałam popularnych stacji radiowych i oglądałam teledyski na Vivie. Potem rozrywek zaczęłam szukać gdzie indziej. Zdarza mi się zajrzeć na Pudla, ale bardzo często zupełnie nie kojarzę osób, o których piszą. Smuteczek :). Gdy na rynku pojawiła się seria lakierów sygnowanych przez Ritę Orę, zastanawiałam się: wszystko pięknie, tylko kim, do jasnej Anielki, jest Rita Ora :D? Wątpliwości odnośnie pani na buteleczce, nie przeszkodziły mi w zakochaniu się w jednym z odcieni - pomimo burzliwego związku z niebieskościami na paznokciach, wiedziałam, że 853 Pillow Talk musi być mój. Miałam jednak pecha, ponieważ półki wiecznie świeciły pustkami. Najpierw w moje ręce wpadł szalenie popularny 203 Lose Your Lingerie. Po jakimś czasie udało mi się zdobyć wymarzony błękit, a niedługo po zakupie otrzymałam przesyłkę od Rimmela z 613 Midnight Rendezvous, 703 White Hot Love oraz 203, który tym sposobem mi się zdublował.


Rita Ora to kolejna celebrytka, obok Kate Moss, która firmuje swoim nazwiskiem linię lakierów. Obie panie reklamują jednak zupełnie inne serie - Kate przypadła w udziale Salon Pro, Ricie - 60 seconds. Lakiery z tej drugiej linii są trochę mniejsze (8 ml; Salon Pro 12 ml) i tańsze. Tym co je wyróżnia jest krycie po jednej warstwie i wysychanie w minutę. Podobno.

Buteleczka jest bardzo prosta. Nakrętka nie jest przekombinowana jak w przypadku perfumowanych lakierów Revlon, "kij"jest klasyczny i wygodnie się nim operuje. Pędzelek także prezentuje się przyjemnie - w porównaniu z lakierami Revlonu jest grubszy i bardziej prosty. Jest odrobinę cieńszy niż aplikator w serii Salon Pro. Teoretycznie wygodny, ale...

... nie do tej konsystencji - przynajmniej w kwestii pasteli. Mam wrażenie, że te jasne odcienie i granatowo-fioletowy 613 to różne produkty, choć z tej samej serii. Pastele są gęste, smużą przeokropnie i właściwie dopiero po trzech warstwach wyglądają dobrze (one-coat nail polishes, jak twierdzi producent). Midnight Rendezvous jest odrobinę rzadszy, lepiej się rozprowadza, równomiernie pokrywa płytkę i po jednej warstwie wygląda naprawdę dobrze.

Kwestia szybkiego wysychania też jest dyskusyjna. Jedna warstwa Midnight Rendezvous schnie około 2-5 minut i po tym czasie można robić wszystko (w zależności o grubości). Przestaje być różowo, gdy złapiemy się za pastele - tutaj trzy warstwy schną dobre pół godziny, a po 2 lakier nadal nie jest utwardzony (rano obudziłam się z odbitą poduszką).

Trwałość tych produktów nie oszałamia. Trzy dni to wynik dobry, choć nie idealny.

Na koniec zostawiłam sobie wykończenie i kolory. Lakiery nie charakteryzują się mocnym połyskiem, jest on dość subtelny, szczególnie pastele wydają się lekko wytarte. Różnice między 613 a kolegami z jasnej strony mocy (przynajmniej kolorystycznej) objawiają się także w tym, że Midnight Rendezvous to lakier kremowy, natomiast do 203, 703 i 783 producent wcisnął delikatną perłę i srebrny shimmer. Te "efekty specjalne" nie są mocno widoczne na paznokciach, ale sprawiają właśnie, że pastele są takie... przykurzone, jakby lekko wyprane?

Na polski rynek wprowadzono 9 odcieni z tej serii. To barwy w sam raz na lato, poza Let's get nude właściwie nie znajdziemy klasycznych kolorów. Ja w swoim zbiorze posiadam trzy całkiem ładne jasne odcienie - gaciowy róż (203), ciepłą biel (703) i niebiański (853). Czarnym koniem okazał się jednak granat z nutą fioletu (613).

Gdyby nie Midnight Rendezvous miałabym złe zdanie o 60 seconds by Rita Ora. Może inne intensywne odcienie również są godne uwagi. Z całą pewnością mogę za to stwierdzić, że te jasne odcienie nie zachwycają. Mierne krycie, smużenie i dość długie wysychanie nijak mają się do obietnic producenta.

Cena: ok. 11-12 zł/8 ml
Dostępność: Rossmann, Hebe, Super-Pharm, Natura
Ocena: 2,5-3/5 (pastele), 4/5 (granat)

P.s. Dwa kupiłam, trzy dostałam od marki Rimmel (w tym jeden taki sam, jak kupiłam). Myśl o tym, co chcesz :).
P.s.2 Wczoraj dostałam trzy kolejne kolory - biały, miętę i wściekły róż.

wtorek, 24 czerwca 2014

Powiedz: mar-mo-la-da! Oriflame Swedish Spa Exfoliating Body Scrub

Kilka lat temu oczy mi się świeciły, gdy w zasięgu wzroku znalazł się jakiś katalog. Wertowałam te kolorowe broszurki bez końca, robiłam dziury w "pachnących stronach". Wielokrotnie miałam ochotę przepuścić wszystkie luźne kwoty na te kosmetyki, które uśmiechały się z obrazków. Piękne wizje rozwiewały się, gdy tylko wychodziłam z domu. Przypadkiem na mojej drodze stawała Natura albo osiedlowa drogeria i w szybkim tempie zostawałam goła i wesoła. Gdy utraciłam kontakt z "dilującymi" znajomymi, przestałam ślinić się do tych, obiecujących tęcze i jednorożce, katalogów. Pewnie nadal nie miałabym z nimi kontaktu, gdyby nie moja ciocia, która na myśl o zakupach w sklepach innych niż te z ubraniami i butami, robi się chora. Po produkty spożywcze wysyła swoich braci, a kosmetyki zamawia z katalogów. Lubi sobie poszaleć i gdy nagle orientuje się, że ma 8 żeli, 5 peelingów i 6 balsamów (oczywiście wszystko zakupione w hiperpromocjach), wciska nadmiar komu popadnie. To właśnie za jej sprawą, w moje ręce wpadł peeling Oriflame.

O ile z Avonu zdarzało mi się coś przytulić, tak Oriflame raczej nie leżało w kręgu moich zainteresowań. Te produkty wydawały mi się odrobinę za drogie na moją kieszeń, a ich promocje nie były aż tak kuszące. I tak właściwie jest nadal, choć obiecałam sobie, że koniecznie muszę sprawdzić kilka hitów tej marki (np. tusz Wonder). Może już skończę te opowieści dziwnej treści i zajmę się najważniejszym, czyli recenzją.

Ten peeling, podobnie jak rzesza innych tego typu produktów, został upchnięty w plastikowy słoiczek. To wygodne rozwiązanie, któremu nie warto poświęcać większej ilości czasu.


Konsystencja peelingu była dla mnie odrobinę zaskoczeniem. Spodziewałam się gęstej pasty, z której da się wręcz coś ulepić (peeling Dax oraz Veroni). Tymczasem scrub Oriflame przypomina taką niezbyt gęstą marmoladę. Przez cały czas używania miałam wrażenie, że ten peeling jest chrzczony, rozrabiany. Na pierwszy rzut oka nie widać w nim nawet drobinek, dostrzegalne są jedynie tycie ciemne ciapki (proszek z migdałów).

Kosmetyk, jak większość peelingów, które testowałam, jest dość tłusty. Wątpię, żeby była to zasługa kompleksu HydraCare+, który według producenta stanowią olej ze słodkich migdałów i witamina E. W tej tłustości swój główny udział ma parafina, która pyszni się na drugim miejscu w składzie. Nawilżenie jakie daje ten składnik chyba jest znane - to substancja, która sprawia wrażenie, że skóra jest zadbana, natomiast specjalnie o nią się nie troszczy.

Skoro już omówiłam kwestie związane ze sprawami technicznymi, to teraz przejdę do najważniejszego, czyli działania. Od peelingu wymagam jedynie, żeby dobrze ścierał, a każde dodatkowe działanie to miły bonus. Nie puszczę więc płazem, gdy scrub nie ściera, a głaszcze skórę. Ta tłusta, lepkawa marmolada wykastrowała te biedne, niewielkie drobinki soli i migdałowy pyłek. Nakładanie tego na mokrą skórę mija się z celem - chyba że mamy zamiar się pogłaskać. Bez zwilżania produkt radzi sobie lepiej, ale tylko pod warunkiem, że włożymy w to sporo siły - mniej więcej tyle, ile wkładały nasze babki w pranie na tarze. Efekt jest niestety niewspółmierny do włożonego wysiłku. 

Oriflame swoim produktem chciało połączyć walory peelingu i produktu pielęgnacyjnego. Niestety, w tej drugiej roli scrub też się nie popisał. Natłuszczał skórę, ale jej nie nawilżał. Gdy użyłam go wieczorem, rano łydki błagały o balsam.

Jakieś plusy? Tak, zapach, bardzo charakterystyczny. Długo zachodziłam w głowę, zastanawiając się co to jest - w tej chwili kojarzy mi się to z lodem i imbirem. Aromat przyjemny, ale nie dość zachęcający, żeby zmazać niedociągnięcia na innych polach.

Peeling Oriflame to dość przeciętny kosmetyk, a w regularnej cenie wręcz fatalny. Nie zamierzam do niego wrócić, używanie go nie sprawiało, że czułam się w jakikolwiek sposób piękniejsza.

Skład: Sodium Chloride, Paraffinum Liquidum, Hydrogenated Polyisobutene, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Sodium Stearoyl Glutamante, Ethylene/Propylene/Styrene Copolymer, Cera Alba, Phenoxyethanol, Prunus Amygdalus Dulcis Shell Powder, Parfum, Aqua, Butylene/Ethylene/Styrene Copolymer, Tocopheryl Acetate, Helianthus Annuus Seed Oil, Zingber Officinalis Extract, Limonene, Methylparaben, Propylparaben, Ethylparaben, Ricinus Communis Oils, Furcellaria Lumbricalis Extract, CI 77492,

Cena: ok. 40 zł/150 ml
Dostępność: konsultantki orfilame
Ocena: 2/5

niedziela, 22 czerwca 2014

Dzień typowej blogerki

Gdy poranek przez okno zagląda,
a na zegarze godzina dziewiąta,
zwleka się z łóżka całkiem zaspana
blogerka, monstrum, kochana!

W ferworze walki z nierównym przeciwnikiem,
czasem zerwie się z łóżka z krzykiem,
gdy zamiast wody termalnej rozpyli,
suchy szampon w oczy, bo się pomyli.

Ze zdumieniem i złością przeciera ślepia,
odgania głodnego kota, który się do nogi przylepia,
pędzi do kuchni jak oszalała,
o kawie nigdy by nie zapomniała.

Gdy wykona toaletę poranną,
gimnastykując się przed brodzikiem lub wanną,
przystępuje do skomplikowanych czynności,
dzięki którym uśmiech na jej licu zagości.

Wciera kremy, serum, oleje,
filtr litrami się zaraz poleje,
nakłada podkład, puder i róż,
jest już gotowa, prawie, tuż-tuż.

Zanim żądna sławy w świat wkroczy,
pawia zaprosi na swoje oczy,
pandę całkiem stamtąd przegoni,
fuksji na ustach też nikt jej nie zabroni.

Paznokcie pomaluje najmodniejszym odcieniem,
majtkowym różem, jak całe plemię.
Żeby umilić sobie czekanie,
wosk rozpali sobie na rozmyślanie.

Przez resztę dnia zajmie się sprawami błahymi,
etatem, szkołą, dziećmi małymi,
po południu kuriera wypatruje,
na paczkę czeka i kotom truje.

Po otrzymaniu pudełka w ręce,
zdjęć zawartości cyka tyle, że ja cię kręcę,
zanim zabierze się za używanie,
na portalach społecznościowych musi zdobyć uznanie.

Dochodzimy do wieczora,
to już bardzo późna pora.
Trzeba zajrzeć, bo się dzieje na świecie
i inne blogerki obgadywać w internecie.

Po spełnieniu przykrych obowiązków,
wklejenia do postu mnóstwa zdjęć bez związku,
zajmuje się blogerka tym, kim najlepiej umie,
samą sobą, jak ma się rozumieć.

Bierze więc dłuto i powoli,
twarz odziera ze szpachli wbrew jej woli,
przemywa płynem micelarnym i żelem,
wzdycha, bo teraz znów jest zerem.

Zanim Morfeusz do akcji się włączy,
a blogerka ze światem marzeń się połączy,
miksturę tajemną dziewczyna rozrobi,
na skórę nałoży, ponoć dobrze to robi.

Jak potwór z bagien będzie zerkała,
na ilość fanów innej, a to zakała!
Zaraz po zmyciu szpetnej mazi,
znowu się na kogoś obrazi.

Wszystkie takie złe, a ona dobra,
zasyczy niczym rozwścieczona kobra
i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku,

będzie śniła o kolejnym łakomym kąsku.


Czy ty jesteś typową blogerką :D?

P.s. Tekst ma wymiar satyryczny, mam nadzieję, że nikt nie poczuje się urażony

piątek, 20 czerwca 2014

Czarna owca. AA Eco Balsam do ciała do skóry suchej wymagającej regeneracji Dynia

Zapewne zdarza wam się zachłysnąć jakąś marką lub jej linią. Czasem po jednym świetnym kosmetyku, mamy ochotę wykupić połowę asortymentu. Po spotkaniu z kilkoma bardzo dobrymi produktami AA Eco, długo chorowałam na pozostałe wyroby z tej linii. Ich cena wydawała mi się jednak dość wygórowana, dlatego odkładałam zakup w czasie. Gdy jednak zobaczyłam balsam do ciała z dynią, na który miałam chyba największą chrapkę, nie zastanawiałam się dwa razy. Zakup kosmetyku za 6 zł, z kończącym się terminem ważności, sprawił, że poczułam się jak wybranka losu. Żałowałam tylko, że tylko ten kosmetyk z linii Eco jest tak przyjemnie przeceniony.

Balsam mieści się w elastycznej tubie, która mimo swej giętkości nie zapewnia pełnego komfortu używania z uwagi na konsystencję produktu. Trzeba się trochę siłować. Opakowanie zwieńczone jest jedną ze znienawidzonych przeze mnie nakrętek.

Konsystencja balsamu nie jest przesadnie gęsta, przeciwnie kosmetyk jest dość lekki. Problemem jest jednak to, że jest produkt jest z zbity, przez co trzeba go długo prosić, żeby łaskawie wypłynął z tubki. Balsam rozprowadza się przyjemnie, ale trzeba go uważnie rozsmarowywać, bo lubi zostawiać białe smugi. Niemal natychmiast się wchłania, nie pozostawiając żadnego filmu na skórze. 

Szybkość, z jaką produkt wnika w ciało, może dać pewien obraz jego walorów pielęgnacyjnych. Te są niestety mierne. Po 10 minutach od aplikacji skóra jest tak sucha, jak przez nałożeniem. Nawilżenie jest chwilowe i to dosłownie. Nie ma mowy o jakiekolwiek regeneracji. Moja skóra na łydkach jest sucha, ale inne obszary określiłabym mianem normalnych. I w tych rejonach balsam też się nie sprawdza. 

Myślałam, że nieciekawą sytuację uda się uratować zapachowi. Dynia nie pachnie zbyt intensywnie, wiec nie spodziewałam się, że uderzy mnie po nosie. W wydaniu AA dynia jest bardzo, bardzo delikatna. Zapach szybko się ulatnia - ale utrzymuje się tak do godziny, czyli więcej niż nawilżenie, które daje.

Niestety AA rozczarowało tym produktem. Walory pielęgnacyjne nie zachęcają, odrzuca także nienajlepsza wydajność. Niedobry kosmetyk w niedobrej cenie.


Skład: Aqua, Dicaprylyl Ether, Parfum, Butyrospermum Parkii butter, Glyceryl Stearate, Cetearyl Alcohol, Theobroma Cacao Seed Butter, Glycerin, Glyceryl Stearate Citrate, Cucurbita Pepo Seed Extract, Vitis Vinifera Seed Oil, Xanthan Gum, Glyceryl Caprylate, Citric Acid

Cena: ok. 35 zł/150 ml
Dostępność: apteki
Ocena: 1,5/5

wtorek, 17 czerwca 2014

Kroplą deszczu... Essence Get big lashes Volume boost Waterproof mascara

Miesiące letnie to okres ślubów. Co sobotę ksiądz w kościele taśmowo wypuszcza parę za parą. Uroczystość podniosła (podobno, nie wiem, nie byłam na żadnym ślubie), wszystkie panie płaczą. I tutaj pojawia się dylemat: jak tu wyć jak bóbr, gdy uprzednio godzinami tworzyło się arcydzieło na twarzy. Szkoda tapety, ale solidarnym trzeba być. Z pomocą przychodzą nam producenci kosmetyków wodoodpornych. Już nie lękajcie się pand, które zamiast ogryzać eukaliptusy w tropikach, chcą zamieszkać pod waszymi oczami! Przynajmniej w teorii.

Uwielbiam produkty wodoodporne, szczególnie te przeznaczone do oczu. Nie jestem specjalnie płaczliwa, ale moje oczy wylewają morze łez niezależnie od pory roku. Słońce czy deszcz, śnieg czy wiatr - płyną prawie w każdą pogodę. I choć spotykam się z opiniami, że tuszę wodoodporne nie wpływają zbyt korzystnie na włoski, to jednak zwykle po nie sięgam. Dają mi większy komfort niż zwyczajne tusze, przy których nie wiem, czy łza na policzku zostawia mi czarną smugę, czy też, w geście dobrej woli, nie pokazuje swojego ciemnego oblicza. Byłoby jednak za dobrze, gdyby obietnice producenta zawsze się sprawdzały. Często tusz wodoodporny jest tylko z nazwy.

Bardzo lubię markę Essence, mam do niej sentyment. Gdy odkryłam, że mają w swojej ofercie tusz wodoodporny, wiedziałam, że muszę go mieć.

Essence Get big lashes
Rimmel Rockin' Curves
Sympatia do marki zwyciężyła niechęć do tego, co czekało na mnie w środku. Ja, miłośniczka silikonu, z pełną świadomością zdecydowałam się na klasycznie włochatą szczoteczkę. Aplikator jest bardzo standardowy, spory, dość gruby i gęsty. O dziwo, całkiem nieźle rozczesuje rzęsy - przynajmniej na początku używania.

Sam tusz jest początkowo dość mokry, po pewnym czasie lekko przysycha. Niestety, dość szybko traci zdatność do użycia i po dwóch miesiącach jest wyschnięta na wiór. Z jednej strony jest to minus, ale z drugiej można to uznać za plus - w ten sposób będziemy pamiętać o wymianie tuszu po 3 miesiącach.

Kwestia wodoodporności to największa zagadka tego produktu. Podobnie, jak tusz z Bell, który miałam jakiś czas temu, ten kosmetyk jest półwodoodporny. Nie wiem, może moje łzy są jakieś bardzo żrące. Uważam jednak, że tusz wodoodporny nie powinien  poddawać się tak łatwo. Co ciekawe, zmyciu jego resztek nie podoła płyn micelarny, wymaga użycia dwufazy. 

O kolorze nie ma się co zbytnio rozpisywać. Czarny tusz, jakich wiele. Czerń nie blaknie w ciągu dnia, nie szarzeje.

Najistotniejszą kwestią w przypadku tuszu, jest efekt, który daje. Pomimo szczoteczki, nad którą trochę kręciłam nosem, efekt nią uzyskiwany jest zadowalający. Nie jest to może tusz, który zapewni wrażenie sztucznych rzęs, ale nieźle radzi sobie z ich wydłużeniem. Nie gwarantuje przy tym efektu pajęczych nóżek. Jedna warstwa wygląda bardzo naturalnie. Nałożenie drugiej nie zmienia wiele, poza tym, że pojawia się delikatne pogrubienie. Całość nadal nie powala na kolana, ale mnie taki efekt odpowiada.


Essence stworzyło dobry, ale nie idealny tusz. Z chęcią przyznałabym mu wyższą notę, gdyby kosmetyk był faktycznie wodoodporny. Nie lubię takiej ruletki, cenię sobie pewność.

Cena: ok. 10 zł/12 ml
Dostępność: Natura, Hebe, wybrane Super-Pharmy i Kauflandy
Ocena: 4/5

sobota, 14 czerwca 2014

Znamy się tylko z widzenia - popularne kosmetyki, z którymi nie miałam do czynienia

Ostatnio jedna z dziewczyn, które z internetowego podwórka znam od dłuższego czasu, zdecydowała się założyć własnego bloga. Anneblush w pierwszym poście wskazała kosmetyk, dzięki któremu załapała kosmetycznego bakcyla - róż Bourjois. Jest to jeden z bardziej popularnych kosmetyków kolorowych, tak naprawdę ciężko jest znaleźć osobę, która nie miała z nim styczności - pomyślałam, po czym spojrzałam w lusterko. Trafiony-zatopiony! Gdy zaczęłam się zastanawiać nad tym, które z popularnych produktów jeszcze nie gościły w mojej kosmetyczce, aż zrobiło mi się wstyd. 

Wielcy nieobecni:

Zdjęcie pochodzi ze strony Revlon
Revlon Colorstay - sama z tym podkładem zetknęłam się raz, może dwa, u ciotki, która go bardzo lubi. Regularnie za to czytam o nim na blogach i forach. "Jaki kolor podkładu X będzie dla mnie dobry? Używam Colorstay 150 Buff" - to pytanie często się przewija. Colorstay jest produktem tak popularnym, że stał się swoistym punktem odniesienia, do niego porównuje się inne podkłady.
Dlaczego nie zdecydowałam się na własny egzemplarz? Z uwagi na dość nieprzyjemną cenę regularną w drogeriach (70 zł), brak pompki oraz mieszane opinie dotyczące krycia i ciężkości podkładu. Mam w głowie malowniczy obraz ciasta na twarzy.
Czy planuję się z nim zaprzyjaźnić? W obecnej chwili nie, krycie wolę budować korektorem, a na resztę twarzy ładuję coś lżejszego. Nie wykluczam, że kiedyś się mu bliżej przyjrzę.

Zdjęcie pochodzi z polskiej strony Bourjois

Bourjois Róż do policzków - to kosmetyk, który natchnął mnie do napisania tej notki. Ponad 1100 recenzji na KWC i łączna nota przekraczająca 4,30 mówią same za siebie. Niewiarygodne, żeby tylu wybrednym osobom podobał się ten produkt.
Dlaczego nie zdecydowałam się na ten produkt? Ponownie - z uwagi na cenę (wąż w kieszeni syczy). Nie do końca przekonują mnie róże wpiekane, jakoś bezpieczniej czuję się przy tych w kamieniu.
Czy planuję się z nim zaprzyjaźnić? Nie wiem, muszę dokładniej przyjrzeć się kolorom, może któryś z nich od mnie przemówi.

Zdjęcie pochodzi ze strony Max Factor

Max Factor Masterpiece MAX - jeden z kultowych, obok koszmarnego 2000 Callories, tuszy marki Max Factor. Podobnie, jak róż Bourjois, zbiera świetne recenzje, swego czasu był niesamowicie popularny. Teraz furorę robią jego bracia z grubymi szczoteczkami, ale Masterpiece nadal ma swoje grono zwolenniczek.
Dlaczego nie zdecydowałam się na ten produkt? Do znudzenia, ale chodzi o jego cenę. Jakoś nie mogę się przekonać do wydawania na tusz większych sum, skoro i tak wymieniam go co 3 miesiące.
Czy planuję się z nim zaprzyjaźnić? Tak, myślę, że kupię go w czasie kolejnej hiperpromocji. W końcu uwielbiam silikonowe szczoteczki.

Zdjęcie pochodzi ze strony Avon
Avon Supershock Żelowa kredka do oczu - zachwalana przez szerokie grono kosmetykoholiczek, dziewczyn z Polski i innych krajów. Ceniona za intensywność koloru i miękkość.
Dlaczego nie zdecydowałam się na ten produkt? Ja i kredki do oczu nie przepadamy za sobą, chyba że mówimy, o cielistym odcieniu na linię wodną. Czernią i jakimkolwiek innym kolorem zrobię sobie krzywdę.
Czy planuję się z nim zaprzyjaźnić? Raczej nie, chyba że nauczę się malować górną linię wodną (jak missglamourazzi) i będę w stanie ładować tam kredkę bez potoku łez i dziwnych tików.

Zdjęcie pochodzi ze strony Seche

Seche Vite Dry Fast Top coat - gdy zaczynałam przygodę z blogowaniem, używała go chyba każda lakieromaniaczka. Dwie warstwy tego, warstwa Seche Vite... Dla wielu to najlepszy wysuszacz na świecie i kupują butelkę za butelką.
Dlaczego nie zdecydowałam się na ten produkt?  Bo ze mnie taka lakieromaniaczka, jak z koziej brody trąba. Paznokcie maluję koślawo (jak wszystko). Do niedawna nie uznawałam czegoś takiego jak wysuszacz. Teraz dopiero poznaję tę kategorię produktów.
Czy planuję się z nim zaprzyjaźnić? Tak, kiedyś na pewno go kupię, choć mam pewne obawy - nie zachwyca mnie lakier ściągnięty na końcówkach.

To wszystkie kultowe produkty, które w tej chwili przychodzą mi do głowy. Czy wy też nie miałyście któregoś z nich? A może wy też nie próbowałyście niektórych popularnych kosmetyków? Jeżeli tak, to jakich?

środa, 11 czerwca 2014

Photoshop w kremie? Catrice Camouflage Cream 010 Ivory

Która z nas nie marzy o tym, żeby pewnego pięknego dnia wstać z łóżka i wyglądać idealnie. Tymczasem, gdy strząśniemy z siebie resztki snu, z przerażeniem stwierdzamy, że z lustra zerka na nas jakieś takie niewyjściowe zombie, któremu gniazdo spadło na głowę. Tu ciapka, tam plamka, tu naczynko, tam przebarwienie... Kto chce być hybrydą zombie i dalmatyńczyka? No właśnie.

Jako osoba, której cera często woła o pomstę do nieba, cenię sobie takie wynalazki jak podkłady i korektory. Szczególnie ten drugi rodzaj kosmetyku bywa dla mnie wybawieniem w dni, gdy zaatakują mnie soczyste plamki.

Kamuflaż z Catrice to jeden z popularniejszych korektorów w ostatnim czasie. O fakcie jego popularności może świadczyć fakt, że ciężko dostać najjaśniejsze odcienie, które znajdują się w obszarze zainteresowania sporej części konsumentek.

Kosmetyk ten znajduje się w niepozornym słoiczku. Opakowaniu nie można niczego zarzucić, jest porządnie wykonane i nie nastręcza jakiś problemów.

Konsystencja może zaskoczyć osoby przyzwyczajone do lekkich formuł. Catrice jest gęsty, bardzo kremowy, tłustawy prawie plastelinowy. Dobrze przyczepia się do skóry i łatwo go rozprowadzić. Nie trzeba go rozgrzewać prze użyciem, można bez zastanawiania walić na twarz. Chociaż nie tak do końca bezrefleksyjnie, o czym za moment. Ze względu na to, że przyczepia się, ale przez swoją tłustość jakby nie wchłania, lubi sobie czasem opuścić miejsce pracy. Szczególnie, gdy są takie afrykańskie upały. Porządnie przypudrowany potrafi siedzieć grzecznie do zmycia makijażu.

Produkt jest dość ryzykownym wyborem, jeżeli chodzi o cerę skłonną do zapychania. Jeżeli macie rozszerzone pory, które lubią produkować makaron, to gwarantuję, że po użyciu tego produktu obiad będzie gotowy :D. Podobnie sprawa się ma w przypadku niezidentyfikowanych małych gulek. Po dniu z tym produktu z małych zgrubień robią się dorodne 100-watowe żarówki. Natomiast zaaplikowany w mało problematyczne rejony na twarzy, na różnego rodzaju plamki i strupki sprawdza się całkiem dobrze i krzywdy nie robi.

Kolorystyka nie pozostawia szerokiego pola do popisu. Zaledwie trzy odcienie nie usatysfakcjonują wszystkich. Kolor, który posiadam, czyli 010 Ivory to dość żółty odcień - nie typowo żółty, ale taki neutralny po cieplejszej stronie mocy. Nie jest to jednak kolor jasny - powiedziałabym, że jest raczej średni. Dla mojej cery był na początku wiosny odrobinę za ciemny, ale wpracowany, dobrze stapiał się z cerą.

Od lewej
Bell BB Concealer 010 Light
Maybelline Dream Lumi Touch 01 Ivory
Catrice Camouflage 010 Ivory

Na koniec zostawiłam najważniejsze, czyli krycie. Nie ma się co czarować, nie jest to produkt, który z najbardziej pokiereszowanej twarzy zrobi cerę piękną i gładką jak jedwab. Cudów nie ma. Jednak nawet z obrazem nędzy i rozpaczy radzi sobie w sposób zadowalający. Dobrze kryje też cienie pod oczami, ale nie polecam stosować go w te rejony, jeżeli macie tam jakieś załamania Catrice wam tam wlezie i postarzy.

Jestem jedyną blogerką, która nie lubi słonecznych dni, bo jej aparat robi ją na szaro
Z ciężkim sercem pisałam recenzję tego produktu. Z jednej strony polubiłam jego niezłe krycie, z drugiej, nie mogę mu przebaczyć tego zapychania.

Skład: RICINUS COMMUNIS (CASTOR) SEED OIL, ISOPROPYL MYRISTATE, BIS-DIGLYCERYL POLYACYLADIPATE- 2, CERA ALBA (BEESWAX), PETROLATUM, SILICA, TALC, PARAFFIN, PROPYLENE GLYCOL STEARATE, OZOKERITE, CANDELILLA (EUPHORBIA CERIFERA) WAX, CARNAUBA (COPERNICIA CERIFERA) WAX, ISOPROPYL ISOSTEARATE, PARAFFINUM LIQUIDUM (MINERAL OIL), ALLANTOIN, PEG-8, TOCOPHEROL, ASCORBYL PALMITATE, CITRIC ACID, ASCORBIC ACID, PHENOXYETHANOL, CI 77491, CI 77492, CI 77499 (IRON OXIDES), CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE

Cena: ok. 12 zł/3 g
Dostępność: Drogerie Natura, Hebe, wybrane Super-Pharmy i markety Kaufland
Ocena: 3,5-4/5

niedziela, 8 czerwca 2014

Ten błysk w... oku. Revlon Lakier do paznokci Gold Goddess oraz 260 Girly

Jako mała dziewczynka byłam sroką. Wszystko, co się chociaż minimalnie świeciło, musiało być moje. Czymże byłaby królewna bez swoich klejnotów (jakkolwiek to zabrzmiało :D). Korony, różdżki, biżuteria wyprowadzana ciotkom ze szkatułek (czasem razem ze szkatułkami :D)... Musiało być bogato i błyszcząco. Potem z tego wyrosłam, ba, wręcz panicznie unikałam biżuterii. Odstręczały mnie nawet niewinne kolczyki.  

Obwieszać się jak choinka nadal nie lubię, ale powoli przekonuję się, że odrobina szaleństwa jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Szczególnie na paznokciach, które w razie potrzeby można upakować w kieszeń i nadal cieszyć się życiem :).

Dzisiaj na tapecie wylądowały dwa brokatowe cudaki marki Revlon. Jeden z nich jest lakierem nawierzchniowym z powołania (Gold Goddess) i wchodzi w skład edycji limitowanej Rio Rush (ostatnio zastanawiałam się, dlaczego Revlon wypuszcza brazylijską limitkę sporo po karnawale, ale potem oświeciło mnie, że przecież teraz jest mundial. No cóż, jestem mentalną blondynką), Girly to natomiast swoisty kryptotopcoat.

W kwestii buteleczek nie można się przyczepić, są proste, eleganckie, charakterystyczne dla marki. Na szczęście, w przeciwieństwie do perfumowanej serii, ta ma zwykły "kij", który leży w dłoniach lepiej niż ta śmieszna kulka. Pędzelki są typowe dla marki, czyli cienkie (Gold Goddess ma minimalnie większy pędzel i jest bardziej wygodny). W kwestiach technicznych lakiery różnią się też tym, że Girly posiada kulkę do mieszania emalii, a w Gold Goddess jej nie odnotowałam.

Konsystencja produktów nie jest może wybitnie rzadka, ale też nie specjalnie gęsta. Lakiery rozprowadzają się dobrze, równomiernie rozkładają się na płytce, nie zachowują się jak woda, ani jak guma.

Krycie jest odmienne w obu przypadkach. Jak już wspomniałam, Gold Goddess to lakier nawierzchniowy, wystarczy więc jedna warstwa na uprzednio nałożoną emalię. Natomiast schody zaczynają się w przypadku Girly. To taki lakier "trochę w ciąży", czy jak kto woli - żelkowy. Do pełnego krycia trzeba niezliczonej ilości warstw (tak mniej więcej 4; 5 jeżeli macie obsesję na punkcie białych końcówek). Można go jednak z powodzeniem stosować na inny lakier, pod warunkiem, że będzie w zbliżonym odcieniu oraz że go dokładnie rozprowadzimy - i w takiej roli podoba mi się dużo bardziej.

Czas wysychania uzależniony jest od ilości nałożonych warstw - Gold Goddess schnie szybko, 5 minut góra, Girly, reprezentowany przez 4 warstwy, radzi sobie słabiej i zajmuje mu to gdzieś 1,5-2 godziny.

Trwałość jest interesującą kwestią - Gold Goddess i Girly (jako brokatowy top coat) potrafią siedzieć na paznokciach nawet 5 dni. Natomiast Girly jako klasyczny lakier utrzymuje się około 3.

Na deser, jak zwykle zresztą, zostawiałam sobie kolory. Gold Goddess to połączenie przezroczystej bazy i złotego brokatu w dwóch odcieniach: żółtego i jeszcze bardziej żółtego złota. Nic odkrywczego, jeśli mam być szczera. Girly składa się z lilioworóżowej bazy oraz brokatu w kilku wielkościach i kolorach - lawendowym, kobaltowym, fuksji, delikatnie koralowym i pudroworóżowym. Byłby to świetny lakier brokatowy, gdyby ta baza była również przezroczysta. 

Od lewej
Girly - 3 warstwy
Girly na dwóch warstwach Colour Alike Danzing
Gold Goddess na dwóch warstwach Colour Alike Typografia L
Gold Goddess - 2 warstwy

Dzięki brokatom Revlonu przekonałam się odrobinę do tego typu wykończeń. Może nie będę ich nosiła na każdym paznokciu, ale myślę, że będą stanowiły przyjemny akcent na jednym, czy dwóch palcach. Nadal najbardziej kocham bezdrobinkowe, kryjące lakiery i to się pewnie przez długi czas nie zmieni.

Cena: ok. 20-22 zł
Dostępność: Rossmann (wybrane, np. we Wrocławiu w Renomie i Koronie), Hebe, Super-Pharm
Ocena: 4/5

P.s. Produkty otrzymałam od firmy Baltic Company, co nie miało w żadnej mierze wpływu na zamieszczoną recenzję.

środa, 4 czerwca 2014

Nieszczęśliwa siódemka - kosmetyczna ślepa uliczka

Początek każdego miesiąca to u wielu dziewczyn czas denek i ulubieńców. Ten pierwszy typ postów pojawia się u mnie cyklicznie, gorzej natomiast z ulubieńcami. Z określeniem czegoś mianem "ulubionego" jest tak jak nazywaniem kogoś "przyjacielem" - w moim przypadku zdarza się rzadko :D. Zdecydowanie częściej trafiam na kosmetyki średnie. Trafiają się także takie, na których myśl cierpnie mi skóra. Niektóre buble mają tak ogromne "zasługi", że dostają własnego posta, inne cierpliwie czekają na swoją kolej. Spokojnie, nie pali się i na te przeciętne buble przyjdzie kiedyś czas - początek tego miesiąca wydał mi się odpowiednią porą. 

Na wstępie zaznaczę jeszcze, że to, że coś dla mnie jest niewypałem, to nie oznacza, że nie sprawdzi się u was. Co więcej, niektóre z tych produktów mogą być waszymi hitami. Każdy ma inne preferencje :).


Niemiecki kosmetyk na miniaturce oznacza większą klikalność (:D), więc prezentację bubli zacznę od samego czubka głowy i maski Alverde (Glanz-haarkur Zitrone Aprikose). To z pewnością byłby świetny produkt, gdyby cokolwiek robił. Tymczasem, nie ma różnicy, czy go nałożę, czy nie - włosy i tak wyglądają jak siano i w dodatku są tak samo suche. Nadawanie blasku włosom to w przypadku tego produktu jakaś kpina - szukam i szukam, i doszukać się nie mogę. Tak się rozpędziłam, że zapomniałam wspomnieć o walorach technicznych - opakowanie jest nieadekwatne do konsystencji, mam wrażenie, że eksploduje podczas wyciskania. Do tego maska pachnie jak proszek do czyszczenia kuchenek/wanny. Nie, nie, nie!

Skład: Aqua, Glycine Soja Oil, Cetearyl Alcohol, Alcohol, Glycerin, Stearamidopropyl Dimethylamine, Lauroyl Sarcosine, Sodium Lactate, Prunus Armeniaca Kernel Oil, Citrus Aurantifolia Fruit Extract, Citrus Medica Limonum Peel Oil, Avena Sativa Straw Extract, Prunus Armeniaca Fruit Extract, Hydrolyzed Corn Protein, Hydrolyzed Wheat Protein, Hydrolyzed Soy Protein, Leuconostoc/Radish Root Ferment Filtrate, Sodium Hyaluronate, Panthenyl Ethyl Ether, Panthenol, Hydroxyethylcellulose, Tocopherol, Helianthus Annuus Seed Oil, Citric Acid, Lactic Acid, Tartaric Acid, Ascorbyl Palmitate, Parfum, Limonene, Citral, Linalool, Geraniol, Citronellol

Cena: ok. 2,50 euro/150 ml
Dostępność: Drogerie DM


Pozostając ciągle w temacie włosów, czas rozprawić się z jednym z blogowych hitów, czyli maską Biovax. Na produkty tej marki czaiłam się od długiego czasu. Zawsze jakoś szkoda mi było 20 zł na maskę, więc odwlekałam zakup w czasie. Gdy w Biedronce pojawiły się małe saszetki tychże masek skusiłam się na dwa warianty. O ile w kwestii tej z keratyną i jedwabiem na razie zdania nie mam, tak ta z naturalnymi olejami wyjątkowo nie przypadła mi do gustu. W przeciwieństwie do maski Alverde, która poza podnoszeniem ciśnienia nie robi nic, maska Biovax całkiem przyjemnie nawilża i zmiękcza włosy. I cóż z tego, skoro po jej użyciu nadal wyglądają jak siano - co prawda nie są suche w dotyku, ale wyglądają jak połamane druty. Cieszę się, że nie połakomiłam się na pełen wymiar, wtedy dopiero byłby płacz.

Skład:  Aqua, Cetyl Alcohol, Glycerin, Cetearyl Alcohol,Ceteareth-20, Quaternium-87, Cetrimonium Chloride, Argania Spinosa Kernel Oil, Macadamia Integrifolia Seed Oil, Cocos Nucifera Oil, BetaineAcetylated Lanolin, Lawsonia InermisLeaf Extract,Parfum, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin,Methylisothiazolinone, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Citric Acid, Triethanolamine, Hexyl Salicylate.

Cena: ok. 20 zł/250 ml
Dostępność: Super-Pharm, Hebe, Drogerie Natura


Kolejny produkt, z którym biorę się za bary, to raczej lubiany suchy szampon Batiste w wersji XXL Volume, czyli połączenie suchego szamponu i produktu utrwalającego. Od razu zaznaczę, że suchego szamponu staram się używać rzadko i tylko w awaryjnych sytuacjach. Tak jak przecieranie twarzy płynem micelarnym, tak pryskanie włosów suchym szamponem to nie jest dla mnie mycie. Wody nic nie zastąpi.
Czym podpadł mi ten kosmetyk? Wychodzę z założenia, że produkt powinien spełniać dobrze swoją funkcję. Gdy producent obiecuje, że coś ma kilkutorowe działanie, to liczę, że kosmetyk sprawdzi się w każdym polu. Ten nie daje rady w żadnej kwestii. Nie odświeża włosów - bo ta zlepiająca warstwa pseudolakieru to chyba nie to? Dodatkowo nie unosi włosów bardziej niż przeciętny Batiste, ba, powiedziałabym, że XXL radzi sobie nawet gorzej niż np. Wild. Gwoździem do trumny tego produktu jest to, że okropnie swędzi po nim skóra głowy. Dziękuję, wolę się myć niż drapać jak oszalała.

Skład: Butane, Isobutane, Propane, Oryza Sativa Starch, Alcohol Denat, Silica, Talc, Parfum, Limonene, Linalool, Distearyldimonium Chloride,Cetrimonium Chloride.

Cena: ok. 17 zł/200 ml
Dostępność: Hebe


Obraziłyście się kiedyś na markę kosmetyczną? Mnie się to zdarzyło kilka razy. Swego czasu podpadł mi Avon i przez długi czas na samą myśl o ich produktach, dostawałam wysypki. Gdy poszukiwałam kremu pod oczy, natknęłam się na pozytywne recenzje żelu z serii Solutions, nagrodzonego przez In Style, dlatego nie zastanawiałam się długo i zamówiłam Truly Radiant Eye Gel. Byłam podekscytowana na samą myśl o jego używaniu i gdy dostałam go w swoje ręce, popędziłam do łazienki, żeby wypróbować to cudo. 
Pierwsza aplikacja przebiegła bez większych komplikacji. Każda kolejna była jednak powodem do łez. I to dosłownie! Wystarczyło, że rozprowadziłam kosmetyk na skórze, a oczy zaczynały piec i łzawić. Co ciekawe, nie wcierałam żelu do oka, a nakładałam w pewnej odległości od gałki. Produkt nie nawilża nawet odrobinkę, rozjaśnienia cieni też nie zauważyłam - dałam sobie spokój z tą nierówną walką i po zużyciu 2/3 opakowania bezceremonialnie wrzuciłam avonowy twór do torby z bublami.

Skład: Aqua, Hamamelis Virginiana Extract, Glycerin, Aluminium Starch Octenylsuccinate, Butylene Glycol, Carbomer, Diazolidinyl Urea, Sodium Hydroxide, Hydroxyethyl Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Allantoin, Ethylenene/Acrylic Acid Copolymer, Panthenol, Tetrasodium EDTA, Squalane, Mica, Silica, PEG-8, Polysorbate 60, Glyceryl Acrylate/Acrylic Acid Copolymer, Bupleurum Falcatum Root Extract, Aronia Melanocarpa Fruit Jucie, Polyurethane-40, Sodium Hyaluronate, Zizyphus Jujuba Fruit Extract, Caffeine, Saccharomyces/Platinum Ferment, Petasites Hybridus Leaf Extract,CI 77891, CI 16035, CI 19140.

Cena: ok. 26 zł/15 ml
Dostępność: konsultantki Avon


Kontynuując temat produktów do okolic twarzy, nie mogłabym zapomnieć o Maybelline Baby Lips Pink Puch. Mój wujek mawia, że im coś szerzej jest reklamowane, tym większe badziewie. Nie lubię się z nim zgadzać - dla zasady, a także dlatego, że sama też w jakimś stopniu jestem częścią tego reklamowego mechanizmu, ale w tym wypadku, to stwierdzenie idealnie odzwierciedla jakość tego produktu. Baby Lips, dla którego zorganizowano dość szeroko zakrojoną kampanię promocyjną, to zwyczajna chała. Może mam jakieś wyjątkowo wymagające usta, a może nastolatki (bo mam wrażenie, że to do nich kierowany jest produkt) nie potrzebują kosmetyków, które zadbają o wargi, tylko coś, żeby poczuć się bardziej dorosłą - w tym wypadku namiastkę szminki. Baby Lips to słaba pomadka pielęgnacyjna, która nie wpływa w żaden pozytywny sposób na kondycję ust. Zastrzeżenia mam także do koloru, Pink Punch to cukierkowy, tandetny, Barbie róż, który nierówno się rozkłada - tutaj mogę jedynie sobie pluć w brodę, nie wiem, jaki diabeł mnie podkusił, żeby zgarnąć z półki tego różowego demona.

Cena: ok. 10 zł
Dostępność: Rossmann, Natura, Super-Pharm, Hebe


Powinnam mieć zakaz spędzania czasu w sklepach. Chyba narzucę sobie 2-minutowy limit, żeby nie namyślać się zbyt długo. Jak mnie weźmie na rozmyślania, to klękajcie narody. Kto normalny medytuje przy półce z antyperspirantami 10 minut? Pewnego razu, zamiast złapać ulubionego Garniera i popędzić do kasy, zaczęłam dumać. W efekcie postanowiłam dać szansę innej marce i innej formule. Do koszyka wpadł Lady Speed Stick 24/7 Invisible Antyperspirant w żelu. Po otwarciu tego kosmetyku zaczęłam żałować, że nie macam w drogeriach. Gdybym wiedziała, jak to pachnie, to w życiu bym tego nie wzięła, co więcej, uciekałabym ze wrzaskiem, machając przy tym rękoma. LSS kojarzy mi się z osobą, która porządnie wyszorowała się mydłem z okazji jakiejś uroczystości, a następnie chlapnęła sobie coś mocniejszego - mydełko i wóda to nie są moje ulubione noty zapachowe. Zapach jest tak mocny i sprawiał, że podczas jego noszenia czułam się tak nieświeżo, że kurczowo zaciskałam pachy. 
Dodatkowo, choć kosmetyk miał być z gatunku tych niebrudzących, pozostawił białe mazy na ubraniach, które ciężko było na szybko usunąć.
Kluczową sprawą, w przypadku antyperspirantu, jest jego działanie. LSS zatrzymuje szaleńcze wydzielanie potu przez godzinę, potem pojawiają się malownicze mokre plamy.

Skład: Aqua, Aluminium Zirconium Tetrachlorohydrex, GLY, Cyclomethicone, Alcohol Denat, Tripropylene Glycol, Dimethicone, Propylene Glycol, Phenyl Trimethicone, Parfum, PEG?PPG-18/18 Dimethicone, Anise Alcohol, Coumarin, Limonene.

Cena: ok. 10 zł/65 g
Dostępność: Kaufland, Tesco, Super-Pharm, Hebe


Zanim zakochałam się na zabój w Garnierze, sięgałam po produkty Rexony. Szukając odmiany, wróciłam do popularnej marki i wybrałam wersję Invisible Diamond. Początkowo nie miałam się do czego przyczepić, kosmetyk nie był może rewelacyjny, ale przyjemnie pachniał i zapewniał kilkugodzinną ochronę. Po pewnym czasie zaobserwowałam, że Rexona mnie dusi. Dochodziło do tego, że musiałam wybiegać z łazienki/pokoju, w którym psikałam, bo robiłam się prawie sina.

Skład: Butane, Isobutane, Propane, Cyclopentasiloxane, Aluminium Chlorohydrate, PPG-14 Butyl Ether, Parfum, Disteardimonium Hectorite, Propylene Carbonate, Alpha-Isomethyl Ionone, Benzyl Alcohol, Benzyl Salicylate, Butylphenyl Methypropional, Citronellol, Hexyl Cinnamal, Hydroxycitronellal, Limoene, Linalool.

Cena: ok. 10 zł/150 ml
Dostępność: Rossman, Natura, Kaufland, Hebe

To już wszystkie kosmetyki, które ostatnio zalazły mi za skórę. Opróżniłam torbę z bublami - już czeka na nowych mieszkańców. Dajcie znać, jak u was sprawdziły się te produkty. Może któryś z moich niewypałów to wasz ulubieniec?

niedziela, 1 czerwca 2014

Monotematycznie schematyczna - zużycia maja

Maj był miesiącem utyskiwań nad tym, że blogosfera toczy się po równi pochyłej. Ciągle te same tematy, zachwyty nad tymi samymi kosmetykami, ten sam schemat pisania notek, te same ich rodzaje. Nuda, nuda, nuda. Nie wiem, czy gorsza jest ta szablonowość, czy te utyskiwania nad tym, jak to jedna inspiruje się drugą, robi podobne zdjęcia, zamieszcza identyczne wpisy. Zero kreatywności, zero. Szkoda tylko, że marudzić potrafi każdy, a o dobry przykład ciężko. Każdy widzi, że jest źle, ale nikt nie ma pomysłu na "lepsze życie". Przydałaby się chyba jakaś afera, żeby rozruszać towarzystwo, bo wesele powoli dogorywa :D.

Skoro zrzuciłam to, co leży mi na wątrobie, przejdę od razu do konkretów.


Było: Yves Rocher Odżywka odbudowująca - średniaczek, przyjemny, ale nadal nie dość dobry, żeby spacyfikować moje włosy. Wiele osób jest z niej zadowolone, dla mnie jej właściwości są ciut zbyt słabe.

Jest: Garnier Natural Beauty Balsam-Spuellung Vanille-Mich und Papayamark - w końcu muszę się wziąć za swój (tu wpisz właściwe słowo)holizm i dobrać się do zapasów. Szczególnie z chomikowaniem odżywek trochę przesadziłam.


Było: Alantandermoline Lekki krem - niedrogi, dość lekki krem ochronny o delikatnym działaniu nawilżającym. Nie powala na kolana, ale jest całkiem niezły i nie wykluczam, że wrócę do niego zimą - pozostawia delikatną warstewkę, która może sprawdzić się w chłodniejsze dni.

Jest Tołpa Dermo Face Strefa T Nawilżający krem matujący - po przygodzie z kremem Nivei o podobnym działaniu, nabrałam dystansu do produktów nawilżająco-matujących. Jakoś gryzą mi się te właściwości ze sobą. Wszystko jednak wskazuje, że z Tołpą się polubimy.


Było: Ziaja Matujący krem do twarzy SPF 50 - może to nie jest zły produkt, ale do szewskiej pasji doprowadzał mnie fakt, że producent łże w żywe oczy. Jak on jest matujący, to ja jestem Heidi Klum. Zostawia świecącą warstwę i jest lepki - ja się tak nie bawię!

Jest: Sun Dance Mattierendes Sonnefluid SPF 30 - ciekawa jestem, czy krem za 3 euro okaże się bardziej matujący niż jego polska koleżanka. Jeżeli nie... Cóż, z pewnością mu nie odpuszczę!


Było: Jonzac Eau Thermale i La Roche-Posay Eau Thermale - woda w psikadle to przyjemny wynalazek, który nie do końca warty jest ceny, którą potrafią za niego wołać. Specjalnej różnicy w działaniu między poszczególnymi wodami nie widzę, wszystkie dobrze koją i nadają się do zniwelowania pudrowości podkładu. Odnośnie tych nie mam więc niczego specjalnego do powiedzenia.

Jest: Uriage Eau Thermale - była w promocji, więc żal było nie wziąć. Latem ją wykorzystam!


Było: Bell BB Concealer 010 Light - ten produkt przyjemnie rozjaśnia cienie pod oczami, choć nie zakrywa ich całkowicie. Spojrzenie wygląda jednak na dużo bardziej wypoczęte i ciemne obwódki aż tak nie rażą. Może nie należy do specjalnie wydajnych produktów, ale przy "normalnej" aplikacji, a nie konturowaniu a'la Kim Kardashian (West :D?) powinien służyć przez minimum 2 miesiące.

Jest: Maybelline Dream Lumi Touch Highlighting Concealer 01 Ivory - z przyzwyczajenia wzięłam odcień o "najniższym numerze". Nie spodziewałam się, że będzie dość pomarańczowy, przy Bell najjaśniejszy Maybelline wypada słabiutko. Na szczęście tej dorodnej pomarańczy nie widać na twarzy. Cenę przemilczę.


Było: Luksja Care Pro Restore Shower Milk Shea Butter - zobaczyłam go z babskim pisemkiem w kiosku, więc stwierdziłam, że za 4 zł można spróbować. Regularna cena waha się w granicach 8 zł i w za taką kwotę bym go nie kupiła, co może wam dać obraz tego, co myślę o tym produkcie. Jest dość średni, mimo kremowości dość suchy i przez to lekko pustoszy skórę. Pachnie ciekawie - jeżeli ktoś lubi zapach masła do ciała z shea z The Body Shopu, to Luksja też mu się spodoba.

La Petit Marseillais Delikatny żel pod prysznic Biała brzoskwinia i nektarynka - nazwa tej marki sprawia mi ogromny problem z pisownią, te "i" mienią mi się przed oczami. Żel wpadł w moje ręce, po przeczytaniu zachwytów na jednym z blogów. Kosmetyk nie zrewolucjonizował mojego życia, ale okazał się całkiem przyjemny. Nie suszył skóry, miał przyjemną, żelową konsystencję. Do tego przepięknie pachniał i to nie był chemiczny aromat. Miłym akcentem było to, że zapach utrzymywał się na skórze przez mniej więcej 2 godziny po prysznicu. W zapasach czeka na mnie wersja z kwiatem pomarańczy, która podobno bardzo się wszystkim podoba - ta sugestia była na tyle silna, że i ja się na niego skusiłam, zupełnie zapominając, że tego zapachu wody po kwiatkach zwyczajnie nie lubię.

Jest: Isana Oel Dusche Melone&Birne - nigdy nie byłam wielką zwolenniczką żeli Isana, ten wpadł mi do koszyka przypadkiem, bo coś przyciągnęło mnie do tej butelki. W promocji kosztował 2,29 zł i to jeden z lepszych żeli pod prysznic, jakie używałam. Z pewnością skuszę się na inne warianty z olejkiem.


Było: Dax Perfecta Spa Masło do miała Wygładzające Marcepan - nie lubię maseł Daxa. Są tłuste, słabe pod względem pielęgnacyjnym i nieszczególnie przyjemnie pachną. To marcepanowe jest bardziej kwiatowe, lekko zjełczałe i raczej nie pobudza ślinianek, jak zapewne robiłoby to, gdyby pachniało marcepanem. Nie, dziękuję, więcej się już nie spotkamy.

Jest: AA Eco Balsam do ciała Dynia - kupiłam ten produkt za 6 zł i, z poczuciem ubicia jednego z interesów życia, zabrałam się za jego używanie. Wiem, że dynie nie pachną zbyt intensywnie, ale ten balsam nie pachnie prawie w ogóle. Wielka szkoda. Działanie też jest takie sobie. Za cenę regularną (40 zł) nie warto.


Było: Avon Planets Spa Fantastically Firming with Colombian Coffee Extract Body cream - krążą legendy, że Avon ma w swojej ofercie kilka genialnych kosmetyków. Ja z całą pewnością mogę stwierdzić, że w ich asortymencie znajduje się rzesza bubli. Spora jest też szara strefa i ten krem do niej należy. Krzywdy nie zrobi, ale nie oszałamia ani zapachem (kawy, ludzie, kawy!), ani działaniem. Nie zaobserwowałam jakiegoś fantastycznego ujędrnienia, ba, żadnego ujędrnienia nie zauważyłam. 

Jest: Soraya Body Diet24 Serum do ciała zapobieganie rozstępom - ale ta cholera mrozi, chyba zacznę nią smarować roztapiające się lody :D. Więcej na razie nie mogę stwierdzić :).


W ogóle nie wiem, co to tu robi, to nie moje :D!


Było: BarbraPro Tonik do zmywania paznokci z olejkiem ze słodkiej pomarańczy - niby zmywacz, jak to zmywacz, powinien dobrze usuwać lakier i właściwie nie ma co wydziwiać. Ten z Barbry spokojnie mogę określić mianem ulubieńca, bo oprócz dobrego zmywania, zapunktował tym, że pachnie w przeważającej mierze pomarańczami i nie wysusza skórek ani płytki. Na pewno do niego wrócę, zwłaszcza, że mam dostęp stacjonarnie. 

Jest: Isana Nagellack Entferner Mandelduft - niedrogi i całkiem dobrze dostępny zmywacz z Rossmanna jest chyba jednym z bardziej popularnych tego typu produktów. Bardzo lubię go za skuteczność. Jeżeli miałabym wybierać, to wolę Barbrę, choć ten w niewielkim stopniu jej ustępuje. W niewielkim, jednakże wystarczającym, żebym za ulubieńca uznała pomarańczowy tonik, a nie migdałowy zmywacz.


Maseczki z Sorayi regularnie lądowały na szyi dekolcie, bo jakoś nie miałam do nich tyle zaufania, żeby uraczyć nimi syfiastą twarz. Poza zapachem nie widziałam specjalnej różnicy między poszczególnymi. Skóra je polubiła, więc skusiłam się na kolejną saszetkę. 
Gdy grzebałam w zapasach, w dłoni zaplątał mi się krem z filtrem La Roche-Posay. Taka trzymilitrowa tubka starczyła na dwa razy, więc nie zdążyłam sobie wyrobić zdania. O dziwo jest to filtr mniej świecący niż "matująca" Ziaja, ale za to bieli - moja twarz wyglądała, jakbym po posmarowaniu się kremem, wytarzała twarz na stolnicy.
Zapachy Elizabeth Arden nigdy nie należały do moich ulubieńców - wydawały mi się płaskie, nieciekawe i oklepane na wszystkie strony. Untold przyjemnie mnie rozczarowało. Kobiecy, trochę cytrusowy zapach, elegancki. Niestety droższy od swoich popularnych braci. Może zdąży pojawić się w Rossmannie do sierpnia - uzbrojona w kupon -40% planuję wtedy napad na półki z zapachami.
Próbkę kremu pod oczy Shiseido otrzymałam przy zakupach w Sephorze. Jako rasowy niedowiarek nie mogłam się przekonać do tego, że krem o dość nieciekawym składzie, może uczynić cokolwiek pozytywnego. Wiecie co? Gdyby nie kosztował tych 300 zł, a 50 zł, to może bym go kupiła :D. 

To już wszystko w tym miesiącu. Jak idą wasze zużycia? A może zarzuciłyście je, bo to mało kreatywne :D?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...