Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

czwartek, 29 maja 2014

Jak to na (od)budowie. Yves Rocher Nutri-Repair Conditioner

O tym, że zakupy w Yves Rocher to nałóg, który firma pieczołowicie pielęgnuje i zapewnia "towar" w postaci częstych promocji, chyba nie muszę nikomu przypominać. Gwarantuję, że raz kupisz i wsiąkniesz. Portfel będzie gryzł i drapał, a ty i tak pójdziesz wykorzystać ostatni newsletter w sklepie stacjonarnym lub internetowym. Pewnego dnia wyłowiłam ze skrzynki świstek, który był łaskawy poinformować mnie, że przy dowolnym zakupie dostanę gratis szampon do włosów. Jako że szampon z oczarem wirginijskim zrobił na mnie spore wrażenie (a raczej na odrębnym bycie, jakim jest moja skóra głowy), postanowiłam zrobić zapas tego produktu. Okazało się, że firma wycofała się z jego produkcji. Niepocieszona, postawiłam na inny produkt. Tak długo modliłam się przy tym regale, że przy okazji przytuliłam też odżywkę. To nic, że w domu zapasy wysypują się z szafy...

Tym razem Yves Rocher nie utrudniło konsumentowi życia i nie zamontowało tej swojej parszywej klapki, którą namiętnie praktykuje w szamponach i balsamach do ciała. Opakowanie jest miękkie, częściowo przezroczyste, więc widać, gdy dobijamy do dna. Większej filozofii w tym nie ma, więc pozwólcie, że przejdę dalej.

Konsystencja także nie spędza snu z powiek. Odżywka przypomina mi konsystencją balsam do ciała, tylko ma większy "poślizg". Rozprowadza się ją przyjemnie, a czynność tę umila przepiękny zapach. Nie wiem, jak pachnie jojoba, ale aromat tego produktu przypomina mi kosmetyki z jojobą, które znam (niektóre kosmetyki z linii Skin So Soft z Avonu tak pachną. Piękny zapach, którego nie potrafię opisać. Aromat utrzymuje się w następny dzień po myciu,

Nie formuła i nie zapach powinny grać pierwsze skrzypce, tylko działanie, a to jest odrobinę rozczarowujące. Po odżywce odbudowującej spodziewałam się konkretów - po cichu liczyłam nawet, że mi przeciąży włosy. Nie twierdzę, że jest beznadziejna, ale na moje potrzeby odrobinę zbyt słaba. Dobrze sprawdza się w duecie z olejem Alterra brzoza i pomarańcza - olej noszę przez kilka godzin, a następnie tę odżywkę stosuję jak maskę i nakładam na pół godziny. W takim układzie funkcjonuje satysfakcjonująco, ale wsmarowana i pozostawiona na 10 minut nie radzi sobie zbyt szałowo. Przyjemnie nawilża włosy, odrobinę je dyscyplinuje. Nie zauważyłam natomiast, żeby jakoś wyraźnie je wygładzała czy nabłyszczała. Włosy są lekkie i miłe w dotyku, ale w dalszym ciągu nie wyglądają na tak lejące, jak bym sobie tego życzyła. Cudownej naprawy drutów nie zauważyłam.

Odżywka Yves Rocher to produkt, który krzywdy nie zrobi, ale którego nie można też obwołać cudotwórcą. Średnia odżywka dla moich, przypuszczalnie wysokoporowatych, włosów, być może sprawdzi się lepiej u osób, których kłaki porządnie się zachowują.

Skład: Aqua, Cetyl Alcohol, Stearyl Alcohol, Behentrimonium Chloride, Simmondsia Chinesis Seed Oil, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Isopropyl Alcohol, Sodium Benzoate, Pafrum, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Citric Acid, Panthenol

Cena: 11,90 zł/150 ml
Dostępność: stacjonarne sklepy Yves Rocher, sklep internetowy
Ocena: 3,5/5

poniedziałek, 26 maja 2014

Sekrety maminej kosmetyczki

Większość dziewczynek swoją przygodę z kosmetykami rozpoczęło od podkradania mazideł mamie. W maminych obcasach i, ciągnącej się po podłodze spódnicy, wkradałyśmy się do łazienki, żeby usmarować się szminkami, różami, podkładami... Wymazane jak klauny rozbawiałyśmy całą rodzinę. Nam często wesoło nie było, bo po chwili znów lądowałyśmy w łazience, gdzie mamy szorowały nasze buzie mydłem.

Dziś wiele z nas ma potężny arsenał kosmetyków i role się trochę odwróciły - to mamy podpatrują i podkradają. Moja zagląda za każdym razem, gdy przyniosę coś do domu. Czasem nie zdążę dobrać się do siatek/paczek, a ona już pokazuje jakiś kosmetyk i z miną kota ze Shreka powtarza jak mewy z "Gdzie jest Nemo": dajdajdajdajdajdaj :).

Moja mama jest najlepsza na świecie. Wiem, że prawie każde dziecko tak myśli o swojej rodzicielce, ale moja mama jest naprawdę wyjątkowa. Tej kobiety nie da się nie lubić. Zawsze ma dobry humor, swoim nastrojem zaraża otoczenie. Jest anielsko cierpliwa - nie zwraca uwagi na humory (szczególnie moje i taty, ale i moich braci, którzy czasem zachowują się jakby mieli zespół napięcia przedmiesiączkowego). Wie jak pocieszyć i jest najlepszą przyjaciółką. Koleżanki z pracy, które czasem przysłuchują się naszym telefonicznym rozmowom, dziwią się, że z córki można zrobić najlepszą kumpelę. Chociaż ja taka dobra wcale nie jestem :).

Z pomysłem wycieczki po kosmetyczce mamy noszę się od jakiegoś czasu. Pomyślałam, że Dzień Matki będzie idealną chwilą na tego typu posta. Natchnęła mnie mama, która bardzo często przylatuje z jakimś produktem i domaga się, żebym opisała go tutaj. "Napisz na blogu, że fajny!", to refren, który często pojawia się w codziennej rozmowie. Bronię się przed tym i tłumaczę, że nie mogę polecać czegoś, czego na dobrą sprawę nie znam. Gdy podzieliłam się z nią pomysłem, żeby pokazać zawartość jej kosmetyczki, zareagowała bardzo entuzjastycznie. Komu w drogę, temu kopa, jedziemy z tym :)!


Moja mama nie malowała się przez długi czas. Miała co prawda kilka kosmetyków, ale używała ich rzadko - nie miała czasu na zabawy przed lustrem. Sięgała jedynie po perłoworóżową pomadkę i smoliście czarną kredkę - z tym upodobaniem walczyłam przez kilka lat, aż w końcu się poddała. Odnośnie mamy w rodzinie krąży taka mała anegdota, która wiąże się częściowo z makijażem. Gdy mama wróciła do domu po urodzeniu mojego brata, wybrała się do fryzjera. Był początek lat 90., więc domyślcie się, jakie fryzury wtedy królowały. Fryzjerka zrobiła jej trwałą, mama się wystroiła i wymalowała, po czym z bratem wyszła na spacer. W tym czasie bawiłam się na podwórku z ciocią, która, gdy zobaczyła nadchodzącą siostrę zakrzyknęła radośnie "Zobacz, twoja mama idzie!". Rzuciłam się więc na ślepo we wskazanym kierunku, żeby wyściskać rodzicielkę. Nie minęła chwila, a już biegłam z rykiem w ramiona ciotki - "to nie jest moja mama, to baba jaga!" :D.

W każdym razie kosmetyki kolorowe wróciły do łazienki całkiem niedawno. Obecnie kosmetyczkę zamieszkują:

L'oreal Glam Bronze Podwójny puder brązujący dla blondynek (nr 101) - namówiłam mamę na niego w czasie promocji -49%. Jego poprzednik, puder Joko, był już dawno po terminie i skamieniał. Mama ceni L'oreala za lusterko, dołączony aplikator (chociaż woli pędzelek p2, który wyprowadziła z mojej kosmetyczce :D) i mały rozświetlajacy prostokąt, które to dodatki w jej ocenie są całkiem miłymi akcentami. Brązowy fragment lubi, ma on dość ciepły, biszkoptowy kolor i dobrze komponuje się z jej śniadą karnacją. Puder dobrze się rozprowadza, nie tworzy placków. Jest nieźle napigmentowany i nie trzeba go dużo, żeby był widoczny na twarzy.

Max Factor False Lash Effect Mascara - to też stosunkowo świeży nabytek. Rzęsy mamy były do niedawna bardzo mizerne, więc potrzebowała tuszu cudotwórcy. Max Factor nie dał wówczas takiego efektu, jakiego oczekiwała (czyli dłuższych, gęstych rzęs), ale obecnie jest z niego zadowolona. Tusz dobrze rozczesuje rzęsy, pogrubia je znacznie i trochę wydłuża. Nie tworzy nieestetycznych grud - mama miała tendencję do nakładania kilku warstw maskary na swoje resztki rzęs, żeby były bardziej widoczne. Silikonowa szczoteczka Max Factora zniwelowała ryzyko wystąpienia kołtunów na rzęsach.

Misslyn Rich Color Gloss 176 Naked Truth - kupiłam ten błyszczyk w prezencie na Dzień Matki, ale nie mogłam się powstrzymać i wręczyłam go od razu po zakupie. Mama zakochała się w kolorze, delikatnym różowo-brzoskwiniowym odcieniu, w przylegającej do ust konsystencji i apetycznym waniliowo-karmelowym zapachu. Podoba jej się, że pomimo iż produkt jest błyszczykiem, nie zlepia nieestetycznie ust i nie daje efektu karpia.

Isadora Twist-up Gloss Stick Moisturizing Lip Filler Lovely Lavender - kredka początkowo była w moim posiadaniu i nawet chętnie jej używałam. Gdy jednak zobaczyłam, że mamie na jej widok świecą się oczy, przekazłam ją w lepsze ręce. Kredka zamieszkała w torebce, mama sięga po nią w pracy. Według niej taka forma produktu do ust jest wygodna, a sama kredka jest wyjątkowo poręczna. Mama lubi ją za delikatny kolor, subtelne nabłyszczenie i nawilżanie ust.

Catrice Eye brow Stylist  040 Don't Let Me Brow'n - przez kilka lat mama regularnie fundowała sobie ciemną hennę, ale dała się przekonać do podkreślania brwi w inny sposób i przy użyciu jaśniejszego odcienia, który bardziej pasuje prawie blondynce niż krucza czerń. To druga kredka Catrice w rękach mamy, poprzednio operowała odcieniem 030. Jest zadowolona z tego produktu, lubi go za szybkość aplikacji i trwałość. Nawet gdy się bardzo spieszy, zawsze sięga po tę kredkę.

Rimmel Waterproof Gel Eyeliner 002 Brown - moja mama ma trudną powiekę, która właściwie nie jest opadająca, tylko opadnięta, więc nie podkreśla swoich oczu ani cieniami ani eyelinerami. Tego z Rimmela używa do brwi, gdy ma trochę więcej czasu. Nakładanie go wymaga lekkiej ręki, bo łatwo z nim przedobrzyć. Ale namalowane nim włoski wyglądają na bardziej staranne niż brwi pociągnięte na szybko kredką. 

Oceanic, 4 Long Lashes, Serum do rzęs - gdy koleżanki blogerki zaczęły zachwycać się tym produktem, zawołałam mamę przed monitor i pokazałam efekty, jakie można osiągnąć przy jej udziale i poinformowałam, że produkt jest w promocji, rodzicielka zapragnęła ją mieć. Nie zważając na protesty, zwlokła mnie z łóżka w jedną niedzielę i zaciągnęła po serum. Zdziałało u niej cuda.
Kilka lat temu mama załatwiła sobie rzęsy na własne życzenie. Brała od ciotek tusze, które im się znudziły, zakopywała w łazienkowym koszyku i zadowolona odgrzebywała pod kilku latach. Kiedyś wydobyła dwuczęściowy tusz L'oreal (baza+maskara).i zaczęła go intensywnie eksploatować w efekcie czego rzęsy jej się po prostu wykruszyły. Włoski miały nie więcej niż dwa milimetry, praktycznie nie miała czego malować tuszem. Zaczęła stosowanie odżywek, w ruch poszła L'biotica - rzęsy odrosły, ale minimalnie. Po 3 miesiącach używania tego kosmetyku rzęsy mojej mamy mają długość 1 cm, jest ich dużo więcej, a jak Muminek pomaluje je tuszem Max Factor to zahaczają o sufit. 

L'oreal Lumi Magique Korektor rozświetlający 3 Dark - ten okaz też pojawił się w maminej kosmetyczce niedawno. Bawiłyśmy się kosmetykami i na próbę położyłam jej korektor pod oczy. Efekt spodobał jej się tak bardzo, że postanowiła zaopatrzyć się we własny egzemplarz, w bardziej odpowiednim kolorze.  Lumi Magique jest w ciemniejszym odcieniu beżu, nie tworzy białej pandy pod okiem. Lekko kryje zasinienie, rozświetla i odświeża spojrzenie.

Yves Rocher Podkład Zero niedoskonałości 200 Beige - gdy mama ma rano więcej czasu, łapie za ten podkład. Jest lekki i dobrze wyrównuje koloryt. Nie kryje specjalnie, ale moja mama tego nie potrzebuje. Mama nosi go bez przypudrowania i trzyma się jej cały dzień. Zapowiedziała, że chyba zacznie wstawać wcześniej, żeby go nałożyć - zakochała się w nim na nowo, gdy na wesele koleżanki z pracy nałożyłam go (tak ja, makijażowa sierota, to nie żaden żart :D) jej jajkiem Ebelin. Twarz wyglądała tak nieskazitelnie, jak potraktowana programem graficznym. Podkład nie jest suchy, nie zbiera się w załamaniach skóry, nie tworzy dodatkowych zmarszczek.


Garnier Essentials Płyn do demakijażu 2w1 - mama nie przykłada dużej wagi do demakijażu, do jego wykonania, jak i higieny twarzy wystarcza jej mydło i woda. Oczy zmywa płynem dwufazowym, bo mydło szczypie i rozmazuje tusz. Z Garniera jest bardzo zadowolona, szybko i bezproblemowo usuwa tusz, nie sprawia, że oczy zachodzą mgłą.

Dax Cashmere Rozświetlający krem liftingujący - w czasie żałoby po serii Cure Solutions zaczęłyśmy szukać zamiennika ulubionych produktów. Ze swoich zapasów wygrzebałam krem Dax. Krem bardzo pozytywnie zaskoczył moją mamę, uważa ona, że jego działanie "upiększające" jest trochę podobne do ulubionej zieleniny, ale to nie do końca "to".

Yves Rocher Cure Solutions Krem do twarzy oraz krem pod oczy - ten zielony duet rozkochał w sobie mamę w zeszłym roku. Krem do twarzy sprawił, że jej dość ziemista cera zaczęła wyglądać dużo bardziej promienie, nie jest szara, a rodzicielka czuje się młodziej. Krem pod oczy dość wyraźnie rozjaśnił cienie, Czarna rozpacz zapanowała, gdy okazało się, że YR zastąpiło serię Cure Solutions linią Elixir 7.9. Płacz i zgrzytanie zębami. Mama ma jeszcze mały zapas, ale już się niepokoi o przyszłość swojej skóry. Jeżeli któraś z was ma porównanie CS z Elixirem to dajcie koniecznie znać!


Palmolive Nieodpara miękkość Żel pod prysznic - ulubiony żel, mama kupuje go od lat i jest mu wierna. Uważa, że ładnie pachnie, odpowiadają jej te kwiaty.

Yves Rocher So Elixir Mleczko do ciała - perfumowane mleczka z Yves Rocher to prawdziwi zabójcy. Zapach jest tak intensywny, że unosi się w całym mieszkaniu. Mamę zaskoczył tego typu produkt z linii Moment De Bonheur, dlatego w ramach prezentu urodzinowego zażądała podobnego specyfiku z ulubionej linii zapachowej. Minusem jest opakowanie - butelka jest z grubego plastiku i ciężko wyciska się z niej produkt.

Ziaja Rebuild Reduktor cellulitu Serum drenujące - o tym, że czerń wyszczupla, wiadomo nie od dziś ;). Kosmetyki z serii Rebuild goszczą w łazience od dłuższego czasu. To serum dobrze się rozprowadza, nie zostawia tłustej warstwy. Mama twierdzi, że po dłuższym stosowaniu widzi znaczące ujędrnienie.

Yves Rocher Culture Bio Odżywczy krem do rąk Miód&Muesli Bio - niepozorna tubka skrywa pachnący marcepanem specyfik, po który mama chętnie sięga. Nawilża dłonie, nie otacza ich zbędnym tłustym filmem.


Yves Rocher So Elixir EDP - w zeszłym roku założyłam kartę klienta w stacjonarnym sklepie Yves Rocher i z tej okazji zostałam obdarowana pakietem próbek. Większość z nich zagarnęła mama. Jedna z saszetek skrywała zapachową chusteczkę, po powąchaniu której mama przepadła. Od ponad roku So Elixir to jej "firmowy" zapach i na razie nie planuje się z nim rozstać. Jest niesamowicie trwały, wyczuwalny na skórze po 12 godzinach od aplikacji. Dość intensywny, ale nie migrenogenny, kobiecy, elegancki, różano-drzewny. Oby tylko go nie wycofali.

Rexona Clear Diamond - ja z Rexoną mam na pieńku, moja mama lubi te antyperspiranty. Najbardziej męskie sztyfty, które w jej ocenie lepiej chronią, ale i damską kulką czy psikadłem nie pogardzi. Czasem podbiera mi mojego Garniera, z którego też jest zadowolona.


Balea Blond Szampon i odżywka - przywiozłyśmy ten duet jako pamiątkę z Niemiec. Tuby wyglądają na sfatygowane, bo są w ciągłym użyciu. Mama jest z tych produktów bardzo zadowolona, twierdzi, że dzięki nimi blond nie żółknie.


Nivea Styling Mousse Volume Sensation - niezmierzone pokłady cierpliwości mojej mamy objawiają się też w tym, do czego ja serca nie mam, a mianowicie stylizacji włosów. Okrągłe szczotki i wałki to jej przyjaciele. Lubi też produkty do stylizacji. Przez lata była wierna piankom Wella, jakiś czas temu dała się namówić na Niveę. Ta pianka ją oczarowała. Świetnie unosi włosy, nie usztywniając ich przy tym. Nie skleja, nie obciąża. Efekt uniesienia utrzymuje się całkiem długo - mama myje i stylizuje włosy wieczorem, a na drugi dzień po pracy nadal "stoją na baczność".

Got2be Powder'ful Volumiznig Styling Powder - to kosmetyk, w stosunku do którego mama ma mieszane uczucia. Polubiła go za to, że unosi włosy, ale nie przepada za tą jego tępą, trochę lepiącą konsystencją i matowieniem fryzury.

Zaprezentowane produkty to te, które najczęściej idą w ruch. Mama ma więcej kosmetyków, namiętnie otwiera balsamy i odżywki, ale z racji i tak sporych rozmiarów tej notki, zdecydowałam się ograniczyć trochę wycieczkę po zakamarkach jej kosmetyczki. Dajcie znać, czy używałyście, któregoś z tych kosmetyków. A może korzystają z nich i wasze mamy? Co stosują wasze mamy?

sobota, 24 maja 2014

Ceń się, ale nie przeceniaj. Organique Coconut Oil

Gdyby dbanie o siebie było kierunkiem studiów, którego byłabym słuchaczką, to na sto procent miałabym warunek na warunku z pielęgnacji ciała. Koncertowo oblałabym ćwiczenia z peelingu i wykład z nakładania balsamu. Cóż, w końcu wytatuowałam sobie "leń" na czole. Ponieważ za odsłanianiem ciała nie przepadam i najchętniej przez życie przeszłabym w worku pokutnym, ja i skóra mamy różne wyobrażenia na temat pielęgnacji. Czasem ciało da mi do zrozumienia, że ono się na takie traktowanie nie zgadza i w tym związku to ja powinnam stawać na rzęsach. Potrafi mi tak dać do wiwatu, że nie mogę się zebrać przez jakiś czas. Zwykle wtedy zaczynam szukać ratunku na wszelkie możliwe sposoby i z czeluści szaf i szuflad na światło dzienne wychodzą różne specyfiki. W czasie jednej z takich katastrof dobrałam się do oleju kokosowego Organique.

Wiele dziewczyn sięga po ten apetycznie pachnący olej (kokosanki, mniam, nie żaden kokosowy Ludwik jak Vatika) w celu nacierania nim włosów - stosowanie go w takiej postaci jest bardziej popularne. Moje włosy nie przepadają za kokosem, dostają wręcz białej gorączki, dlatego rzeczonym kosmetykiem namiętnie nacierałam ciało.

Organique upchało olej kokosowy w słoiczek. To rozwiązanie, które jest jednocześnie dobre i złe. Odpowiednie z tego powodu, że prawie zawsze jesteśmy w stanie wydobyć produkt. Natomiast nie do końca trafione z tego względu, że gdy olej przybierze właściwą formę (czyli płynną), to bardzo łatwo go wylać. Nie dogodzisz :).

Olej koksowy ma to do siebie, że rozpuszcza się w ok. 23-26 stopniach. W niższej temperaturze ma formę stałą, która nie chce współpracować. Gdy olej zrobi się płynny rozprowadzanie go nie stanowi najmniejszego problemu, ślizga się po skórze jak każda oliwka. Z racji swojej tłustości wchłania się wieki - czasem nie wystarczył odcinek serialu na to, żeby moja skóra go wypiła. To nie jest kosmetyk, który można radośnie zaaplikować tuż przed założeniem ubrań. 

Czy to długie czekanie na wchłonięcie produktu jest warte efektów? Jak najbardziej. Olej kokosowy znakomicie sprawdził się na moich łydkach, które stroiły fochy i z których wręcz sypała się skóra. Po zastosowaniu tego kosmetyku skóra stała się gładka, przyjemna w dotyku i taka... mięsista. Co więcej, taki stan utrzymywał się także na drugi dzień po aplikacji - osładzało to trochę nielubianą czynność. Łydki zaczęły wyglądać normalnie, a nie jak ser, który jest w zmowie z tarką.

Tym razem na koniec zostawiłam sobie małe dywagacje na temat ceny. Wiem, wiem, nie powinno się patrzeć na kosmetyk głównie przez pryzmat ceny, ale w tym wypadku marudzenie na jej temat uważam za wskazane. Za 100 ml tego specyfiku Organique woła aż 42 zł (200 ml kosztuje ponad 70 zł). Kosmetyk posiada certyfikat Ecoceret, ale mimo wszystko cenę uważam za dość wygórowaną - w sklepach z półproduktami olej kokosowy nierafinowany można znaleźć za około 15 zł (200 g),  markowy olej (Khadi) kosztuje 40 zł za 270 g, a za 89 zł kupimy 823 g organicznego nierafinowanego oleju kokosowego z pierwszego tłoczenia (Nutiva). Cena Organique, w odniesieniu do pojemności, jest więc, w moim odczuciu, trochę przesadzona. Mam nieodparte wrażenie, że w tym przypadku płaci się za markę. A może za ten certyfikat (w końcu uzyskanie go podobno nie jest tanie)? Dajcie znać, co o tym myślicie.

Przygodę z olejem kokosowym uważam za udaną. Z pewnością ją jeszcze kiedyś powtórzę. Moja skóra polubiła jego działanie, a ja może kiedyś przyzwyczaję się do jego oswajania.

Cena: 42 (72) zł/100 (200) ml
Dostępność: salony Organique
Ocena: 4/5

czwartek, 22 maja 2014

Zawodnik wagi piórkowej? Alantandermoline Lekki krem

Spotkałam się kiedyś z artykułem, którego autor dowodził, że blogi i vlogi mają niewielki wpływ na decyzje konsumentów i firmy powinny raczej inwestować w inne kierunki reklamy (zapewne w portalu, w którym pracuje ten redaktor), bo blogo- i vlogosfera to margines. Choć spora część z nas to płotki, są osoby, które naprawdę inicjują modę na dane produkty. W tym zakresie najbardziej mogą popisać się popularne vlogerki, ale także kilka blogerek. Wystarczy, że jedna z rzeszą widzów/czytelników coś napomknie, druga podchwyci, a reszta pójdzie w ich ślady. 

Jakiś czas temu głośno zrobiło się o kremie Alantandermoline. Poleciła go jedna z dziewczyn kręcących filmy, za jakiś czas pokazała go kolejna i lawina ruszyła. Choć do internetowych hitów staram się podchodzić ostrożnie, to jednak tym razem ciekawość zwyciężyła i grzecznie podreptałam do apteki po to cudo.

Krem nie robi piorunującego wrażenia na wstępie. Nie uwodzi kolorowym kartonikiem, nie kusi uroczym słoiczkiem. Produkt znajduje się w, oszczędnej w ozdoby, miękkiej tubie, nad którą nie ma się co dłużej pochylać.

Kosmetyk miał być w założeniu lekkim kremem. Nie jestem pewna, do czego to ma się odnosić. Jeżeli w założeniu producenta ta lekkość miała odnosić się do formuły, to nie do końca mu się udało. Może i ten krem jest lżejszy niż jego tłusty i półtułsty brat, ale taki całkiem light to on nie jest (coś jak majonez light - niby trochę odtłuszczony, ale to nadal majonez :D). Krem ma konsystencję jak balsam do ciała - łatwo go rozprowadzić, ale nie znika od razu ze skóry. Nie wchłania się do matu, pozostawia takie satynowe wykończenie. Mam wrażenie, że tworzy taką delikatną, ochronną warstwę - nie jest to jakiś uparty film, ale czuję go, gdy dotykam skóry. Nie podrażnia ani nie zapycha, nie roluje się pod makijażem.

Czy jego działanie faktycznie powala na kolana? Nie. To przyjemny krem, choć nie idealny. Po pierwszej aplikacji myślałam, że złapałam Boga za nogi - policzki sprawiały wrażenie tak nawilżonych, że myślałam, że zaraz zaczną pryskać wodą. Jednakże Alantandermoline to nie jest krem głęboko nawilżający - po pewnym czasie uczucie porządnego "nasycenia" cery mija. Nie twierdzę, że skóra jest sucha, ale z pewnością nie tak przyjemnie nawilżona. 

Myślę, że byłabym zachwycona tym kremem, gdybym miała 18-20 lat. Teraz potrzeby mojej cery są trochę inne - nadal sprawia mi syfiaste problemy, ale jest jednocześnie bardziej "spragniona". Wydaje mi się, że będzie to dobry krem dla osób z cerą mieszaną i tłustą, których skóra nie jest nadmiernie odwodniona i poszukują one produktu nawilżająco-ochronnego. Czytałam jednak też opinie, w których pieśni pochwalne tworzyły "sucharki". Za taką cenę warto spróbować na sobie.

Skład: Aqua, Panthenol and Propylene Glycol, Cetearyl Alcohol and Polysorbate 60, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Octyldodekanol. Caprylic/Capric Triglyceride, PEG-8, Allantoin, Dimethicone, Ethylparaben, Methylparaben, Propylparaben, Citric Acid.


Cena: 7-10 zł/50 g
Dostępność: apteki
Ocena: 3,5-4/5

niedziela, 18 maja 2014

Rudy to nie kolor... Revlon Colorburst Lacquer Balm 130 Tease

Swoją przygodę czytelniczą rozpoczęłam w towarzystwie "Ani z Zielonego Wzgórza". Łapczywie pochłaniałam kolejne książki z tej serii, a po każdej z nich byłam pod coraz większym wrażeniem rudowłosej panny Shirley. Chciałam być taką Anią. Niestety, coś poszło nie tak. Natura spłatała mi figla i odbiegam od swojego dziecięcego ideału tak daleko, jak to tylko możliwe.

Ponieważ włosy nie zmieniły koloru na marchewkową rudość, a ja sama nie mam odwagi na tego typu zmianę (poza tym chyba jednak ten kolor nie pasowałby do mojej, powiedzmy, "urody"), trzeba sobie inaczej radzić. Nie zaprzyjaźniłam się z pomarańczami w ubiorze, ale za to pokochałam je na swoich ustach. Choć nie jestem zwolenniczką przypisywania kolorów kolejnym porom roku (po co się ograniczać :D), to jednak dziś chciałabym zaprezentować kolor, który jak żaden inny, kojarzy mi się z jesienią.

Produkty do ust w formie kredek na dobre rozpanoszyły się na rynku. Oferują je zarówno droższe, jak i tańsze marki, kusząc różnymi wykończeniami i rozmaitymi walorami pielęgnacyjnymi. Przyznam szczerze, że mam problem z tego typu kosmetykami, bo nie do końca wiem, jakie kryteria przyjąć przy ich ocenie, czego mogę od nich wymagać.

Ogromnym plusem grubasów do ust jest to, że w większości nie trzeba ich temperować. W przeciwieństwie do anorektycznych sióstr (konturówek), wiele z nich wyposażonych jest w mechanizm wysuwający, jak w szminkach i balsamach do ust. Rozwiązanie to uważam za wygodne - nigdy nie musimy bać się o brak temperówki. Mechanizm kredki Revlon chodzi bez zarzutu, dlatego bez obaw wrzucam ją do torebki.

Konsystencja kosmetyku jest podobna, jak w przypadku podobnego produktu marki IsaDora - bardzo przyjemne, gładkie masełko, które łatwo sunie po ustach, dość równomiernie pokrywając je kolorem. Kredka nie migruje w zmarszczki ust, nie wędruje także poza ich kontur - dobrze przyczepia się w odpowiednie miejsca i równomiernie się zjada. Nie jest to jednak kosmetyk, który można aplikować bez lusterka. Wykończenie, które miał nadawać produkt, wydawało mi się bardzo kuszące, ale jednocześnie się go obawiałam. Miałam do czynienia z lakierowym połyskiem w kosmetykach do ust i zastanawiałam się, czy nie będzie ono zbyt krzykliwe w przypadku tego konkretnego odcienia. Na szczęście (albo i nie, zależy dla kogo), wykończenie nie jest nachalne; połysk jest dość delikatny, nie tak lustrzany, jak w przypadku lakierów do ust w formie płynnej. 

Kredki do ust to z reguły produkty, które mają łączyć kolor i pielęgnację. W przypadku Revlonu kolor jest na szóstkę, ale walory pielęgnacyjne nie wybijają się ponad przeciętną. Kosmetyk delikatnie nawilża usta, kiedy się na nich znajduje. Gdy z nich zniknie (co następuje po około 2 godzinach bez jedzenia i picia), wraz z nim ulatnia się nawilżenie i usta są na powrót suche. Trochę szkoda.

Choć Revlon nie jest prymusem pod każdym względem, to jednak muszę przyznać, że w jednej dziedzinie całkiem nieźle sobie poczyna. Kolor, bo o nim mowa, jest zdecydowanym atutem tego kosmetyku. Bardzo intensywny, żywy odcień pomarańczu z czerwonymi nutami jest charakterny i adekwatny do swojej nazwy. Dobrze się w nim czuję i z chęcią ponawiam aplikację w ciągu dnia.


Kredka Revlon to przyjemny produkt, choć nie zaliczyłabym go do miana ulubieńców. Ma ładny kolor, pachnie miętową gumą Orbit i nie robi ustom krzywdy. Szkoda, że nie jest bardziej trwały.

Skład: Polybutene, Disopropyl Dimer Dilnoleate, Bis-Diglyceryl Polyacyladipate-2 Octyldodecyl Neopentanonate, Polyethylene, Hydrogenated Polyisobutene, Tridecyl Trimelliate, Ozokerite, Synthetic Wax, Isononyl Isononanoate, Calcium Sodium Borosilicate, Synthetic Fluorphlogopite, Mangifera Indica Seed Butter, Butyrospermum Parkii, Cocos Nucifera Oil, C12-15 Alkyl Benzoate, Octyldodecanol, Nylon-12, Calcium Aluminium Borosilicate, Silica, Stearlokonium Bentonite, Aluminium Calcium Sodium Silicate, Mentha Piperita Oil, Cera Alba, Propylene Carbonate, BHT, Benzoic Acid
Może zawierać: Mica, Titanium Dioxide, CI 77491, CI 77492, CI 77499, CI 19140, CI 15850, CI 15850:1, CI 42090, CI 45410, CI 15985, CI 17200.

Cena: ok. 50 zł/2,7 g
Dostępność: Hebe, Super-Pharm, Douglas
Ocena: 3,5/5

P.s. Produkt otrzymałam od firmy Baltic Company - nie miało to wpływu na treść recenzji.

środa, 14 maja 2014

(Nie)idealny podkład dla (nie)idealnych cer. Amilie Coverage Foundation Sesame

Nigdy nie ukrywałam tego, że jestem łasa na nowości i właściwie ciągle wypatruję jakichś na horyzoncie. Nie zawsze rzucam się na nie, czasem daję sobie na wstrzymanie i śledzę opinie innych. Kupowanie kota w worku to nie do końca dla mnie. Czasami jednak dam się złapać na haczyk i z dziką radością odkrywam nowe, ciekawe i wspaniałe. Przynajmniej w założeniu.

Amilie Mineral Cosmetics pojawiło się w zeszłym roku i zachwyciło oprawą graficzną strony. Sporo dziewczyn zdecydowało się na zamówienie próbek, a część z nich, w tym ja, połakomiło się na pełnowymiarowe opakowania. Lily Lolo nie do końca sprostały moim oczekiwaniom, więc stwierdziłam, że produkt nowej, polskiej marki będzie miał u mnie pole do popisu.

Strona marki wygląda jak cukiereczek, czego nie można powiedzieć o opakowaniach samych kosmetyków. Po takiej uroczej oprawie, spodziewałam się puzderka z stylu Pixie, tymczasem otrzymałam prosty słoiczek, z nakrętką, która sprawia wrażenie dość lichej (w porównaniu z resztą opakowania). Całość okazała się jednak wytrzymała i pomimo upływu czasu nadal jest w dobrym stanie.

Amilie zadbało o komfort użytkownika (psychiczny :D) i zamontowało zamykane sitko, które wydaje się być równie liche, co nakrętka, ale spełnia swoją rolę od ponad roku. 

Pozostawiając kwestie związanie z opakowaniem, czas zająć się tym, co najistotniejsze, czyli wnętrzem. Podkład Amilie, jak każdy szanujący się podkład mineralny, jest w postaci sypkiej. Proszek jak proszek, niby wielkiej różnicy nie powinno być, ale jednak każdy podkład mineralny, z którym miałam do czynienia, zachowuje się na skórze trochę inaczej. Amilie jest koszmarnie suchy, w ogóle nie ma w sobie "kremowości", dlatego średnio się go rozprowadza - właściwie przykleja się do skóry i ciężko go rozprowadzić przy użyciu rozsądnej ilości (spróbujcie nałożyć na tłustawy filtr, to dopiero doznania). Może ze względu na suchą formułę produkt nie prezentuje się na mojej twarzy zbyt dobrze. Podkreśla każde załamanie skóry (nawet takie, o którym nie wiedziałam, magik), osadza się na włoskach. Ponadto tworzy "podkładowe zaskórniki" - jeżeli wasza cera ma fakturę sera z dziurami, to Amilie w każdej z nich się pięknie osadzi i stworzy takiego beżowego wągra. Wygląda to co najmniej dość interesująco (a właściwie to dość obrzydliwie). Nie daje całkowicie matowego wykończenia, ale takie tępe - widać go na twarzy.

Podkład tytułuje się mianem kryjącego, co dla mnie jest kwestią dyskusyjną. Krycie jest trochę gorsze niż Lily Lolo, czyli raczej dość lekkie. Większe właściwości maskujące zaobserwowałam, gdy postanowiłam nałożyć go punktowo, jak korektor. Wtedy naprawdę świetnie pokrył niedoskonałości. Niestety, okazał się bardzo nietrwały w tej roli - po 2 godzinach wszystko wychodziło na wierzch. Zastosowany zgodnie z przeznaczeniem (czyli jako podkład) również nie grzeszy trwałością - po 4 godzinach praktycznie go nie było.

Było gorzko, więc na koniec trochę posłodzę. Amilie ma 6 linii kolorystycznych (Honey, Beige, Golden, Olive, Natral i Cool), a w ramach każdej z nich oferuje 5 odcieni. Bladziochy będą usatysfakcjonowane, bo firma ma w swoim asortymencie też naprawdę jasne kolory. Należy jednak uważać, ponieważ między poszczególnymi odcieniami w danej linii mogą być dość duże przeskoki (np. w odcieniach naturalnych po Cashmere jest Summer Sand, a przepaść między kolorami jest znaczna). Ja używałam drugiego z poziomu Golden, Sesame, który jest dość żółty i całkiem jasny, odpowiadał mi zimą. Gama kolorystyczna to właściwie jedyna zaleta, jaką widzę w Amilie.


Chciałabym zakrzyknąć "Dobre, bo polskie". Niestety, zgadzać się będzie tylko część tego hasła. Polskie, ale niedobre. Być może zainteresuję się Amilie, gdy pojawi się kolejna formuła, ale tej kryjącej mówię stanowcze "nie".

Skład: Mica (CI 77019)
May contain: Titanium Dioxide (CI 77891), Zinc Oxide (CI 77947), Iron Oxides (CI 77491, CI 77492, CI 77499), Chromium Oxide Green (CI 77288), Ultramarines (CI 77007), Calcium Carbonate

Cena: 36 zł/5 g
Dostępność: strona producenta, sklep Kosmetyki Mineralne
Ocena: 2/5

poniedziałek, 12 maja 2014

Prawie robi wielką różnicę. Ziaja Med Matujący krem do twarzy SPF 50+

Slogan z reklamy piwa Żywiec naprawdę udał się marketingowcom. Może dlatego, że jest bardzo prawdziwy. Czasem lubimy być bardziej cwani niż ustawa przewiduje (jak mawia mój tata) i wydaje nam się, że możemy mieć więcej, taniej i w ogóle lepiej. Wąż w kieszeni syczy radośnie, gdy planowana kwota wydatków w efekcie jest mniejsza. Choć drożej nie zawsze oznacza lepiej, to taniej często nie jest wystarczająco dobrze, o czym tym razem przekonałam się na własnej skórze.

Hitem zeszłorocznych wakacji był dla wielu matujący filtr marki Vichy. Mnóstwo osób przekonało się wówczas, że ochrona przeciwsłoneczna nie musi wiązać się z bieleniem i tłustą warstwą, co do tej pory zniechęcało szerokie grono do używania filtrów. Krem był wyprzedawany niemal na pniu, rozchodził się jak ciepłe bułki, pomimo dość wygórowanej ceny (w zeszłym roku ok. 54 zł, teraz kilka złotych więcej). W czasie jakiejkolwiek promocji, nawet niewielkiej obniżki zostawały tylko puste półki w zaledwie kilka godzin od otwarcia sklepu.

Wiele niepocieszonych ciągłymi brakami, a także kwotą, jaką trzeba wyłożyć na ten kosmetyk, zaczęło się rozglądać za alternatywnym rozwiązaniem. Marka Ziaja zdecydowała się na wypuszczenie swojej serii kremów z filtrem - matującej, przeciwzmarszczkowej i tonującej. Przez blogi przewinęła się fala zachwytów nad posunięciem marki i dziewczyny zaczęły polować na matujący produkt rodzimej marki. Ziaja szybko stała się bardzo popularna, a część osób porównywała ten krem do francuskiego kolegi. Też sobie pozwolę zrobić takie zestawienie - Ziaja do Vichy ma się jak (nie chcę tutaj nikogo urazić, w szczególności miłośników aut) maluch do Lexusa. Ale po kolei.

Krem mieści się w dość miękkiej tubie z zakrętką (klapka byłaby lepsza, ale dramatu nie ma). Opakowanie jest dość miękkie, przez co łatwo wydobyć produkt. Wpływ na "wypływ" kosmetyku ma też konsystencja kosmetyku. Ziaja jest dość lejąca, kremowa, łatwa w aplikacji. Ma dość ciekawy kolor - taki żółtawy, na szczęście nie zostaje on na twarzy. Produkt absolutnie nie bieli. Na razie jest nieźle, prawda?

Schody zaczynają się, gdy zaczniemy łapać producenta za słówka. Złapię za pierwsze, które wpadło mi w oko, i które jest w tym wypadku kluczowe. Ziaja zaoferowała mi filtr "matujący, dodatkowo obiecując przy tym na odwrocie opakowania, że kosmetyk "skutecznie absorbuje nadmiar sebum" oraz "pozostawia na skórze niewidoczną warstwę matującą". Brzmi pięknie. Czepiałam się Dermedic, że adresując swój krem do cery tłustej i trądzikowej, mogliby pomyśleć o tym, że jej posiadacze nie szukają ciężkich i tłustych produktów. W porządku, to była moja luźna uwaga, przecież firma nie obiecała produktu matującego. W przeciwieństwie do Ziaji. Nie będę ukrywała, że szlag mnie trafił, gdy rozpoczęłam przygodę z tym produktem. Matujący? Phi! Może nie jest ciężki, może sprawia wrażenie lżejszego, ale świecącą warstwę, która dodatkowo się lepi to pozostawia naprawdę konkretną. KOSZMAR, koszmar w kalesonach (ze słownika mojej cioci). Tłuściocha można okiełznać przy pomocy mocno matującego pudru (u mnie to akurat ryżowy Paese) albo spacyfikować bazą (nie chcę zapeszać, ale Rimmel Stay Matte Primer ma spore szanse na zostanie ulubieńcem).

Gdyby producent nie strzelił sobie w kolano i nie naobiecywał konsumentowi z tłustą cerą właściwości idealnych, to nie ciskałabym się aż tak, bo to... nie jest zły produkt. Nie zapycha, nie podrażnia (co więcej, można go stosować na podrażnione miejsca i w okolice ranek), dobrze chroni (nie zmieniłam koloru, mimo że zima w tym roku była dość słoneczna), przyjemnie pachnie (tak... kremowo, nie gryzie w nos). Ale obiecanego matu jak nie było, tak nie ma.

Może trafił mi się kosmetyk z felernej partii i dlatego moje odczucia są takie, a nie inne. A może to osobom, które przyrównują Ziaję do Vichy wpadł w ręce gorszy sort tej drugiej marki i dlatego uważają Ziaję za dobry odpowiednik droższego produktu. 

Skład: Aqua, Diethylamino Hydroxybenzoyl Hexyl Benzoate, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Bis-Ethylhexyloxphenol Methoxyphenyl Triazine, Polymethyl Methacrylate, C12-15 Alkyl Benzoate, Cyclomethicone, Glycerin, Triethylhexanoin, Ethylhexyl Triazone, Dimethicone, Potassium Cetyl Phosphate, Cetyl Alcohol, Aluminium Starch Octenylosuccinate, Glyceryl Stearate, PEG-100 Stearate, Hydrogenated Dimer Dilinoleyl/Dimpethylcarbonate Copolymer, Panthenol, Tocpheryl Acetate, Xanthan Gum, Carbomer, DMDM Hydantoin, Metylparaben, Ethylparaben, Parfum, Citronellol, Limonene.

Cena: ok. 20 zł/50 ml
Dostępność: Super-Pharm, apteki
Ocena: 3/5

piątek, 9 maja 2014

Dla chcącego coś pachnącego. Revlon Parfumerie Bordeaux, African Tea Rose, Moonlit Woods

Lubimy ładne zapachy. Chętniej zjemy coś, czego aromat wierci nam dziury w brzuchach, milej jest przytulić się do ładnie pachnącego koca, prędzej wybierzemy mydło o zapachu pomarańczy niż zwykłe, szare. Producenci kosmetyków świetnie o tym wiedzą, dlatego i w tym zakresie starają się zadowolić konsumenta (noo, może nie wszyscy, szminka Bourjois Rouge Velvet śmierdzi tak, że skarpetki mi z nóg spadły). Nie dziwią więc waniliowe błyszczyki, pistacjowe kremy, gruszkowe żele pod prysznic czy jagodowe szampony. Ostatnio, firmy wkroczyły na teren, który wydawał się zastrzeżony dla śmierdziuchów. Lakiery do paznokci miały to do siebie, że kwiatkami raczej nie pachniały. Ale w sumie, dlaczego by nie miały tego robić?

Dwa lata temu w Rossmannie królowała edycja limitowana marki Wibo, w której większość kosmetyków pachniała różami. Nikt się na nie specjalnie nie rzucał, do czasu aż nie przecenili tych produktów. I ja się wtedy zdecydowałam sprawdzić pachnące lakiery. Po tej przygodzie nie byłam specjalnie usatysfakcjonowana i nie planowałam kolejnych podejść do emalii z "prądem".

Kiedy pierwszy raz zetknęłam się z recenzjami lakierów Revlon z serii Parfumerie, byłam oczarowana ich butelkami. Pod względem opakowania, te lakiery prezentują się naprawdę uroczo, zupełnie inaczej niż wszystkie inne. Niestety, uroda nie idzie w parze z funkcjonalnością. Kulka, która wygląda jak zatyczka od perfum, jest odrobinę nieporęczna przy aplikacji lakieru. Zdecydowanie łatwiej operuje się klasycznymi "kijami" - coś za coś, standardowe nakrętki lakierów nie prezentują się tak ciekawie. 

Pędzelek jest dość wąski, wachlarzowy. Obecnie zaobserwowałam tendencję do umieszczania szerokich aplikatorów (Rimmel Salon Pro, Essie, Golden Rose Rich Color), które cieszą się popularnością, więc nie każdemu przypadnie do gustu ten patyczek. Nie operuje się nim źle, jest odpowiedni do konsystencji lakierów.

Emalie same w sobie są dość rzadkie, ale jednocześnie dobrze przyczepiają się do paznokci. Taka lejąca konsystencja to coś co łączy wszystkie trzy kolory, po pod względem krycia każdy zachowuje się inaczej. Prymusem w tej dziedzinie jest African Tea Rose, który najlepiej rozkłada się na płytce paznokcia i który kryje po dwóch warstwach (choć wystarczyłaby nawet jedna, gdyby się uprzeć). Nieco gorzej wypada Bordeaux, który z kolei kryje nieźle, ale nakłada się nierówno (trzeba go aplikować cienkimi warstwami, uważnie). Nie do końca udany pod tym względem jest Moonlit Woods - może ze względu na wykończenie jest trochę mniej kryjący niż koledzy i tu dla pewności lepiej pokryć paznokcie trzema warstwami. 

Drobne różnice w formule nie przekładają się na schnięcie i trwałość lakierów. Wszystkie trzy zachowują się w tych kwestiach tak samo. Dwie warstwy schną około 20 minut, utwardzone są po około trzech kwadransach. Niestety, nie chcą zbyt długo siedzieć na moich paznokciach, 1,5 dnia to maksymalny czas bez startych końcówek i odprysków. Lakiery zostawiają minimalny połysk. Nad wykończeniem i trwałością można pomajstrować przy użyciu lakierów nawierzchniowych.

Kolory w tej serii są dość przyjemne. Z posiadanego przeze mnie trio, do gustu przypadł mi ostry, energetyzujący róż African Tea Rose (róży w tak wściekłym kolorze jeszcze nie widziałam) oraz winny odcień Bordeaux - piękny, klasyczny odcień dla elegantek. Oba lakiery są na paznokciach jednolite, pomimo że African Tea Rose w buteleczce ma widoczny niebieski shimmer. Nie polubiłam się z Moonlit Woods - brudnoniebieski kolor sam w sobie ma potencjał, ale to perłowe wykończenie przyprawia mnie o drgawki (mojej mamie się z kolei niesamowicie podoba - kwestia gustu). W Revlonowej "perfumerii" takich "perełek" znajdziemy więcej - dla mnie o minus, bo wolę kremowe wykończenie, ale marka zdaje się wychodzić na przeciw upodobaniom większej rzeszy klientek, są więc i kremy i perły, a nawet perła z drobinkami. Nie każdemu przecież musi się podobać to samo.

Na deser zostawiłam sobie wisienkę na torcie, czyli zapach. Aromaty są trochę acetonowe, ale ta nuta dość szybko traci na intensywności, pozostawiając pole do popisu innym akordom. African Tea Rose naprawdę pachnie różami, Bordeaux winem (ale nie siarką), a Moonlit Woods... Moonlit Woods jest najciekawszy - drzewami nie pachnie na pewno, księżyca nie wąchałam, więc nie wiem (księżycowych drzew tym bardziej). Ten aromat kojarzy mi się z... dzieciństwem. Ten lakier pachnie jak takie lodowe cukierki, które kiedyś pochłaniałam tonami (Ice'y? Nie pamiętam, jak się nazywały). Zapach jest najbardziej intensywny, gdy emalia schnie, ale delikatny aromat utrzymuje się przez cały czas noszenia.

Lakiery Revlon Parfumerie to całkiem sympatyczna ciekawostka kosmetyczna. Posiadana trójka nie rozbudziła apetytu na inne odcienie (choć początkowo, po zdjęciach u Obs, miałam ochotę na Pink Pineapple). Zamieniłabym z chęcią ich zapachy na lepszą trwałość. Za 51% (Rossmann do końca tygodnia) albo za 60% (Hebe, dzisiaj) ceny regularnej można spróbować.

Cena: ok. 20 zł/11,7 ml
Dostępność: Hebe, Douglas, Super-Pharm, wybrane Rossmanny (Wrocław - Galeria Dominikańska, Korona)
Ocena: 3/5

P.s. Produkty otrzymałam od firmy Baltic Company - nie miało to wpływu na treść tej recenzji

środa, 7 maja 2014

Miał swoje pięć minut. 5 Minut Express Effect Żel zmniejszający cienie i obrzęki pod oczami

My Polacy tak mamy, lubimy dużo i tanio. Im więcej i im taniej, tym lepiej... A przynajmniej tak nam się wydaje. Kupujemy na tony, przychodzimy szczęśliwi do domu (przecież ubiliśmy właśnie świetny interes) i... rzadko kiedy jesteśmy zadowoleni z zakupów. Często zostajemy z niesmacznymi makaronami w szafkach, bluzkami, które po pierwszym praniu wyglądają gorzej niż zużyte ścierki do podłogi oraz z ogromnymi butlami kiepskich szamponów do włosów czy żeli pod prysznic. Tanio i dużo nie zawsze znaczy dobrze. Szkoda, więcej za mniej zawsze podnosi na duchu. Nie dziwcie się więc, że gdy zobaczyłam, że za 30 zł mogę mieć 40 ml kremu pod oczy (dla porównania: 10 ml specyfiku tego samego rodzaju z Tołpy kosztuje też 30 zł), nie zastanawiałam się długo.

Zanim zacznę właściwą recenzję, pozwolę sobie na małe ostrzeżenie. Pytajcie o daty ważności, gdy zamawiacie kosmetyk przez internet. Moje zakupy w jednym ze sklepów okazały się dużym rozczarowaniem, gdy kosmetyki przyszły - jeden krem miał termin do lutego 2014, a ważność tego kremu pod oczy datowana była czerwiec 2014 (oba kosmetyki zamawiałam pod koniec listopada). Fatalna niespodzianka, myślę, że ktoś, komu zużycie 15 ml kremu pod oczy zajmuje pół roku, mógłby być naprawdę wściekły.

Skoro już się wyżaliłam, to czas na standardowe marudzenie. Krem znajduje się w dość sporej (logiczne, przecież jest go dużo), wysokiej tubie. Szkoda, że korek, na którym stawia się produkt, nie jest szerszy, opakowanie jest mało stabilne - kosmetyk wielokrotnie fiknął mi z półki prosto do umywalki. Tuba jest miękka, ale wytrzymała, nie ma problemu z wydobyciem.

Choć opakowanie podpowiada, że produkt ma mieć żelową formułę, to jednak w tym przypadku mija się to z prawdą. Krem jest po prostu kremowy, dość lekki, z pewnością nie ma w sobie niczego z żelu. Nie jest tłusty, łatwo się rozprowadza i szybko wchłania. Nie podrażnił ani nie uczulił mojej skóry.

Błahostki, błahostkami, grunt, żeby kosmetyk działał. A z tym oszałamiającym wpływem na skórę jakoś w tym przypadku krucho. Spodziewałam się cudów po przeczytaniu składu i przeanalizowaniu obietnic producenta (w tłumaczeniu dystrybutora, tych krzesełek to nie umiem rozkodować). Kilka recenzji, na które trafiłam, utwierdziło mnie w przekonaniu, że to produkt dla mnie. Miało być pięknie, dzięki kremowi-udającemu-żel; obiecywano zmniejszenie cieni i worków pod oczami, poprawę kolorytu, wygładzenie zmarszczek... Jak było naprawdę? Zamiast cudotwórcy w tubce otrzymałam całkiem przeciętny krem o lekkim działaniu nawilżającym. Cieni nie ruszył, zmarszczek nie wyprasował (raczej mało możliwe do wykonania, ale skoro obiecywali, to egzekwuję), jakiejś poprawy koloru skóry nie zauważyłam. Problemy, które miał rozwiązać ten produkt, pozostały. Nawilżenie też nie jest jakieś specjalne, krem nie sprawdzi się przy wymagającej skórze. Nie jest tak fatalny jak odżywcza Tołpa, ale plasuje się niewiele wyżej.

Gra w rosyjską ruletkę jest dość ryzykowna i tym razem średnio mi się poszczęściło. Powrotu nie planuję.

Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Organic Coffea Robusta Seed Oil, Coffeine, Dicaprylyl Ether, Ptychopetalum Olaciodes Bark/Stern Extract, Pfaffia Paniculata Root Extract, Lilium Candidum Flower Extract, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Butylene Glycol, Kojic Acid, Sodium Hyaluronate, Arginine PCA, Phaeodactylum Tricornutum Extract, Hydrolyzed Rice Bran Protein, Glycine Soja Protein, Oxido Reductases, Ubiquinine Bisabolol, Sodium Polyacrylate, Organic Querus Alba Bark Extract, Sodium Stearoyl Glutamate, Organic Arctostaphylos Uva Ursi Leaf Extract, Ascorbic Acid, Organic Angelica Archangelica Root Extractm Benozic Acid, Benzyl Alcohol, Sorbic Acid, Parfum.

Cena: ok. 30 zł/40 ml
Dostępność: Kalina, Bioarp, Aroma Perfumy
Ocena: 3/5

niedziela, 4 maja 2014

Czy czuje Pani sambę, czy sambę Pani zna? Revlon Super Lustrous Lipstick Matte 014 Sultry Samba

Weekend powoli dobiega końca, więc spora część z nas myślami jest już w nadchodzącym tygodniu. Poniedziałki takie bolesne, łóżko takie ciepłe, praca/szkoła taka okropna... Nikt nie powiedział, że w życiu będzie łatwo, prawda :D? Zapewne wiele z nas ma ochotę zamordować budzik z zimną krwią, przewrócić się na drugi bok i odpłynąć gdzieś, gdzie jest ciepło, przyjemnie i można dobrze wypocząć. Jedni poleżeliby na plaży, inni wędrowaliby po górach, jeszcze inni poszaleli by za wszystkie czasy na jakiejś imprezie... Skoro można podróżować palcem po mapie, to dlaczego by nie odbyć kosmetycznej podróży bez wyściubiania nosa z łazienki? Co zaszkodzi nałożenie lakieru w odcieniu wina prosto z francuskiej winnicy, narzucenie na policzki promyków słońca prosto z Egiptu (tylko w pudrze) czy namiętna, brazylijska samba przy malowaniu ust? Podróż dookoła świata przed lustrem? Czemu nie! Nawet znienawidzony przez wielu poniedziałek od razu stanie się piękniejszy.

Co prawda mam dwie lewe nogi (i ręce), a dodatkowo słoń nadepnął mi na ucho, więc tancerka ze mnie bardzo marna. Jednak od pewnego czasu z wielką chęcią tańczę sambę przy lustrze. Dziko podrygując, nakładam kosmetyk marki Revlon na usta.

Super-lśniąca-ale-matowa-szminka to produkt, na który raczej bym się nie zdecydowała. Po pierwsze dlatego, że nie zwróciłabym większej uwagi na proste opakowanie (skoro obok są takie pikowane :D), a po drugie, z uwagi na matowe wykończenie. Podobają mi się usta pokryte kolorem bez żadnego połysku, ale sama dość niepewnie czuję się w macie (uroki wąskich ust i chomiczych policzków), dlatego mam pewne opory.

Z racji tego, że nad opakowaniem nie ma się co długo modlić (proste, eleganckie), przejdę od razu do konsystencji. Formuła jest dość ciekawa. Revlon wydaje się być całkowicie "odtłuszczony", przez co nie migruje poza kontur (chyba, że go tam rozmażemy przy nakładaniu, albo podczas poprawek :D). Sztyft jest dość zbity, ale nie twardy. Szminka nie jest kremowa, pomimo tego dobrze rozprowadza się na ustach, pozostawiając intensywny kolor. Tuż po aplikacji można zaobserwować delikatną warstwę odbijającą lekko światło, ale dość szybko się ona wchłania. Produkt wydaje się wnikać w usta, jak modne jakiś czas temu tinty. Może dlatego szminka utrzymuje się naprawdę długo - 5 godzin to standard. Kosmetyk zjada się trochę w ciągu dnia, puszcza lekko kolor, gdy zwilżymy wargi, a po bardziej tłustym jedzeniu dość znacznie schodzi.

Może z uwagi na właściwości kosmetyku, szminka należy do dość wymagających osobników. Przed aplikacją trzeba zadbać o odpowiednie przygotowanie ust. Revlon jest bezlitosny i wyłapuje wszelkie suche skórki i zbiera się w głębokich zmarszczkach. W ciągu dnia też warto czasem chwycić za nawilżający balsam. Nie mają sobie w krzty współczucia matowe szminki, oj nie mają.

Ewentualne niedogodności związane z nakładaniem kosmetyku wynagradza kolor. Sultry Samba to bardzo żywy, wręcz żarówiasty odcień różu (miłośniczki cielistych odcieni pewnikiem teraz się wachlują z wrażenia :D). W opakowaniu wydaje się być bardzo różowy (może ocieplają go te złote elementy), ale na ustach wychodzą z niego delikatne fioletowe tony, przez co kolor zaliczyłabym raczej do tych z chłodniejszej strony mocy. Nie sądziłam, że mnie, fankę ciepłych odcieni różowo-brązowo-czerwonych rozkocha w sobie taka żarówka, tak różowy róż. Ale miłość nie wybiera, prawda :D?


Choć Sultry Samba to odcień dla odważnych i nie każdemu przypadnie do gustu na tyle, żeby dumnie paradować w nim po ulicach, to myślę, że warto zerknąć do szafy Revlonu i zrobić małe rozeznanie, zwłaszcza w czasie trwających promocji. Może za połowę ceny jakiś odcień do was przemówi? 

(Sama wybieram się jutro do Rossmanna, żeby mi tylko jakaś małpa nie wykupiła wszystkich kolorów! A, i łapy precz od kosmetyków przeznaczonych do sprzedaży, bo przetrącę, jak złapię!)

Skład: Isononyl Isononanoate, Trioctyldocecyl Citrate, Ozo..erte, Silica, Bis-Diglyceryl Polyacyladpate-2-Paraffin, Cera Microcrystallina, C10-30 Cholestherolanosterol Esters, Ascorbyl Palmitate, Tocopheryl Acetate, Pentaerythirtyl, Tetraehtlhexylhexanoate, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Synthetic Wax, Polyethylene, Ethylene/Propylene Copolymer, Palmitic Acid, Hydrogenated Polyisobutene, BHT, Benzoic Acid
Może zawierać: Mica,  CI 77891, CI 19140, CI 15850, CI 77491, CI 77492, CI 77499, CI 45410, CI 17200, CI 15895, CI 75740, CI 42090, CI 45410.

Cena: ok. 30 zł/4,2 g
Dostępność: Hebe, Super-Pharm, wybrane drogerie Rossmann (np. Wrocław, Galeria Dominikańska)
Ocena: 4,5/5

P.s. Szminkę otrzymałam od firmy Baltic Company - nie miało to wpływu na treść opinii.

piątek, 2 maja 2014

(Zu)żyj i daj (zu)żyć innym! Kwietniowe śmieci

Niedobrze... Bardzo niedobrze... Już jest maj, więc chyba nie uda mi się zostać super-ekstra-git-laską-w-bikini. Trudno, spróbuję za rok. Albo za dwa lata :D. No dobra, plan pięcioletni też nie jest zły :).

W kwestii robienia z zera bohatera jestem bardzo słaba, ale za to coś mi wychodzi na innych polach. Jak co miesiąc, przybywam z porcją "śmieci". 


Było: Batiste Dry Shampoo XXL Volume - zgniń, przepadnij, siło nieczysta! Najgorszy suchy szampon Batiste, z jakim miałam do czynienia. Na pewno niedługo napiszę więcej, grupa bubli do odstrzału jest już prawie gotowa.

Jest: Batiste Dry Shampoo Wild


Było: Celia Tonik do oczyszczania i odświeżania skóry Kolagen+nagietek - to byłby niesamowicie przyjemny produkt, gdyby nie jego zapach, stanowczo zbyt intensywny, jak na produkt do twarzy. Dodatkowo, aromat nie jest zbyt przyjemny - taki chemiczny, proszkowy zapach w połączeniu z pałętającym się nagietkiem. Szkoda, tonik naprawdę dobrze działa, nie podrażnia, nie zostawia mocno klejącej warstwy, a przede wszystkim świetnie usuwa zanieczyszczenia.

Jest: Garnier Płyn micelarny - mam masło, nie wolę i jestem łasa na blogowe hity... Choć zazwyczaj kupuję je z przekory, z zamiarem dokopania, to jednak muszę przyznać, że ten płyn całkiem nieźle sobie poczyna.


Było: Rival de Loop Clean&Care Augen Make-up Entferner - poświęciłam mu całą poprzednią notkę, więc zainteresowanych odsyłam właśnie tam. Nie odpowiadał mi ze względu na podrażnianie i zostawianie czarnych chmur.

Jest: Yves Rocher Pure Bleuet Płyn dwufazowy - ta nakrętka doprowadza mnie do białej gorączki...


Było: 5 Minut Express Effect Żel zmniejszający cienie i obrzęki pod oczami - z niego taki żel, jak ze mnie balerina. Niebawem napiszę więcej, ale zdradzę, że nie zachwycił mnie ten produkt.

Jest: Avon Solutions Truly Radiant - ma zaskakująco dobre opinie na KWC, odznaczyło go In Style... Ciekawość wzięła górę nad niechęcią do marki :).


Chyba nie ma pytań :D?


Było: Playboy Play it pin-up - dotychczas za najbardziej udaną wersję wód toaletowych Playboy uważałam wariant Spicy. Za namową Kataryny zdecydowałam się sprawdzić Pin-up. I to był strzał w 10! Podobno to zapach, który stał obok Flowebomb Viktor&Rolf, ale jako, że nie znam tego zapachu, to się nie wypowiem. Pin-up to świetny zapach na wiosnę - słodkawy, kobiecy, ale nie oblepiający, raczej dość lekki. Muszę zrobić zapasy, ponieważ Playboy "odświeżył" wariant Pin-up, całkowicie zmieniając zapach...

Jest: To samo


Było: Original Source Coconut Shower - żele OS to jedne z tych produktów, którego popularności nie rozumiem. To mój czwarty żel z tej serii i dalej nie ma motyli w brzuchu. Kokos w wykonaniu Original Soure jest bardzo słodki i bardzo sztuczny. Szkoda. Żel jest bardzo rzadki, lejący, przez co dużo się go zużywa. Uważam, że marka zrobiła duży błąd, rezygnując z silikonwej "uszczelki" w żelach i dorabiając do tego proekologiczną teorię.
Palmolive Aromatherapy Sensual - gęstszy niż OS, bardziej żelowy o różanym zapachu. Przyjemny, ale nie wybitny.

Jest: Le Petit Marseillais Biała brzoskwinia i nektarynka - na nazwie marki można sobie połamać paznokcie na klawiaturze. Nigdy nie byłam wielką fanką brzoskwiń, ale ten zapach jest zniewalający i taki prawdziwy. Żadne mydliny, żaden sztuczny, przesłodzony kokos, po prostu dojrzała brzoskwinia. Bajka!


Było: Eveline Dermapharm Slim Extreme 4-D Professional Wyszczuplający krem-serum kuracja przeciw rozstępom - do marki Eveline podchodzę jak pies do jeża. Odrzuca mnie od tych bajkopisarzy. Czego to oni nie obiecują na tych etykietach... Zwykle jestem twarda, ale czasem daję się ugłaskać i sięgam po coś ze stajni Eveline. "Wyszczuplacz w kremie" dorwałam za niecałe 11 zł (wyprzedawano go w R.), normalnie jego cena waha się w granicach 25 zł. Akurat w tamtym czasie zapragnęłam ujędrniającego smarowidła, więc w związku z atrakcyjną ceną, padło na ten. Wiele się po nim nie spodziewałam... I może dobrze, bo zawsze lepiej być mile zaskoczonym. Produkt jest naprawdę świetny. Co prawda nie wiem, jak wpływa na rozstępy (bo nie stosowałam go na uda), ale brzuch ujędrnił naprawdę dobrze! Spisał się lepiej niż jego bracia w kolorowych tubkach. Podobnie, jak kosmetyki z tańszej linii wyszczuplającej, krem-serum jest z efektem :"termicznym", w tym przypadku - chłodzenia. W przeciwieństwie do swoich pobratymców nie mrozi powierzchniowo, ale jakby straszy chłodem głębiej. Kilka razy aż trzepało mnie po jego użyciu. Produkt godny uwagi - może uchował się jeszcze w jakimś R., na pewno zrobię zapas :)! Przyjrzę się też innym kosmetykom z tej linii.

Jest: Avon Planet Spa Fantastically Firming - ogromne rozczarowanie pod względem zapachu. Jak można pisać o ekstrakcie z kawy na opakowaniu, ładować krem w brązowe opakowanie i nie dodać do produktu kawowego zapachu? No jak :D? Efektów na razie nie widzę, przy Eveline Avon wypada blado.


Było: Tołpa Botanic Czerwony Ryż 40+ Regenerujący krem-maska do rąk - pokochałam ten krem za to, że w kilka dni uratował moje dłonie. Mam w planach wypróbowanie wersji z czarną różą. Czerwony ryż gorąco polecam - recenzja jest TU.

Jest: Isana Handcreme Intensiv 5% - chyba już rozumiem, o co tyle szumu :)...


Było: Bell CC Cream - smalec, nie smalec, miał w miarę dobry kolor i dlatego często po niego sięgałam. Nie planuję powrotu, odcień to właściwie jedyne, co mi w nim odpowiadało. CC jest tłusty i nie kryje zbyt dobrze, dlatego nie polecam go osobą z cerą wymagającą jakiegoś krycia, a już wybitnie nie tym z tłustą skórą. Z recenzją możecie zapoznać się TU.

Jest: Bourjois 123 Perfect CC Cream oraz Annabelle Minerals Podkład matujący


Było: Sally Hansen Insta-Dri Anti-Chip Top Coat - umieszczenie tego produktu w zużytych kosmetykach to małe oszustwo z mojej strony. Zostało jeszcze pół opakowania. Niestety, wysuszacz z Sally Hansen nie nadaje się do użytku, bo zgluciał niemiłosiernie. Płakać za nim nie będę, wręcz przeciwnie, z ulgą próbuję nowości. Pełna recenzja Insta-Dri do przeczytania TU.

Jest: Essence Studio Nails Better Than Gel Nails Top Sealer


Było: Organique Coconut Oil - nie ma go na zdjęciu, bo brat wyrzucił mi resztkę podczas przedświątecznych porządków. Świnia! Olej kokosowy bardzo służył mojej skórze zimą, pomógł mi z niesfornymi łydkami. Planuję post o tym kosmetyku, zobaczymy, co mi wyjdzie.

Jest: Dax Perfecta Masło do ciała Marcepan Wygładzające - nie pałam szczególną miłością do maseł Daxa, są tłuste i niewiele dobrego robią. Marcepanowa wersja niewiele wspólnego ma z tym smakołykiem, za to sporo z kwiatkami. Zużywam, bo kończy się termin, ale zachwycona tym nie jestem.


Dwa produkty bez swoich następców:

Purederm Botanical Choice Nose Pore Strips - plastry, które równie dużo wyciągają, co przyciągają. Płatek jest solidnie upstrzony paskudztwem, a drugie tyle wyłazi, gdy tylko dotkniemy nosa. 

The Body Shop Tea Tree Oil - kupiłam z myślą o zastosowaniu w parówkach (z musztardą, omnomnom :D), ale zszedł mi na zasmarowywanie syfów. Przydatna rzecz, choć olejek TBS jest dość drogi (25 zł), w zielarskich i aptekach można dostać olejek z drzewa herbacianego za ok. 10-15 zł.

Jak wam poszło  kwietniu? Czego się pozbyłyście (a co przyniosłyście; myślę, że tego będzie więcej)?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...