Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

środa, 30 kwietnia 2014

Agent Jej Królewskiej Mości, Max, Max Factor! Max Factor Kohl Pencil 090 Natural Glaze

Zapewne wiele z was chciałoby, aby doba miała co najmniej 48 godzin (optymalne byłyby 72 godziny, ale nie będę wybrzydzała). Sen jest dla słabych! Szkoda tylko, że po naszej skórze szybko widać efekty zarwanych nocy. Najbardziej "zdradzieckie" są oczy i skóra pod nimi. Mój organizm "odwdzięcza" się zwykle pieruńsko ciemnymi obwódkami pod oczami. Czasem budzę się też z zaczerwienioną linią wodną. Na szczęście istnieją różne magiczne przybory, które pozwolą stworzyć iluzję szczęśliwego, wypoczętego człowieka. Zasinienia tuszuję korektorem, na linię wodną ładuję jasną kredkę i gotowe! +100 do dobrego samopoczucia i to jeszcze przed poranną kawą :).

W kwestii malowania oczu jestem żałosną siermięgą. Wychodzi mi to, delikatnie mówiąc, średnio. Zazwyczaj poprzestawałam na jako takim wytuszowaniu rzęs. Kredki? Owszem, miałam zawsze kilka, ale sięgałam po nie raczej rzadko. W moich zbiorach przewinął się też cielisty odcień na linię wodną, ale po jakimś czasie gdzieś go posiałam (znalazłam niedawno). Zapałałam nieposkromioną chęcią posiadania kredki marki Max Factor po tym, jak zobaczyłam ją na kilku blogach, a na jednym z wizażowych wątków zapanował na nią szał. Jak kolejna owca, rzuciłam się w pogoń za 090 Natural Glaze.


Myślę, że w przypadku tego produktu nie będę się dłużej zatrzymywała nad jego opakowaniem. Klasyczna kredka, którą trzeba strugać od czasu do czasu, nic wielkiego :).

Pod względem konsystencji Max Factor nie przypomina kredek ołówkowych (:D), jest od nich bardziej miękki. Nie jest tak woskowy jak kredka do brwi Catrice, rysik jest bardziej kremowy. Kreskę rysuje się bez problemu, nie trzeba wkładać siły w operowanie kredką. Kosmetyk jest dobrze napigmentowany, kryjący, już po aplikacji jednej warstwy spojrzenie jest odświeżone.

Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie trwałość. Kreska trzyma się na linii wodnej praktycznie od nałożenia do zmycia (zwykle noszę makijaż około 8 godzin, czasem 10 - Max Factor cały czas jest na warcie). W międzyczasie odrobinę blaknie, ale schodzi równomiernie, bez prześwitów. Produkt jest w pewnym zakresie łzoodporny, ale kontakt z wodą skraca jego trwałość (szybciej traci intensywność). Nie podrażnia oka.

Początkowo obawiałam się koloru tego kosmetyku. Kredka ma dość różowy odcień, sądziłam więc, że nie będzie dobrze pasował do mojej odrobinę żółtawej karnacji. Na szczęście całkiem nieźle się komponuje, więc noszę ją bez obaw.
Po lewej: kredka cielista Basic
Po prawej: kredka Max Factor


Nie wyobrażam sobie porannego makijażu bez tej cielistej kredki. Chwila roboty, a oczy od razu wyglądają lepiej!

Cena: ok. 30 zł
Dostępność: Rossmann, Hebe, Super-Pharm
Ocena: 5/5

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Szarość, szarość widzę! Rival de Loop Clean&Care Augen Make-up Entferner

Obecny czas to idealny okres, aby opisać ten produkt. Spokojnie, już spieszę z wyjaśnieniami. Raz, że pojawił się w mojej kosmetyczce przy okazji podobnego festiwalu rozpusty, z jakim mamy do czynienia teraz (tylko zniżka była mniejsza, ale za to "pole działania" szersze), a dwa, że wiele z nas dokupiło gipsy i inne bejce, więc warto pomyśleć o tym, czym można je zmyć (najlepsze w kosmetykach kolorowych jest to, że można się ich pozbyć :D).

Marka Rival de Loop, choć jest jedną z marek własnyc drogerii Rossmann, nie cieszy się aż takim wzięciem jak Isana, Babydream czy Alterra. Produkty RdL sporadycznie goszczą w blogosferze, daleko im do statusu kultowych (no, może jedne kapsułki są szerzej znane). Nigdy nie czułam ciągot do tej marki, raczej przeskakiwałam je wzrokiem. W zeszłym roku wrzuciłam do koszyka płyn do demakijażu oczu Rival de Loop właściwie bez głębszego zastanawiania się nad sensem tego zakupu. Kosztował tyle, co czekolada, bo tylko 3 zł. Po cichu liczyłam, że uda mi się odnaleźć tanią perełkę. Aż ciśnie mi się na klawiaturę, że miało być pięknie, a wyszło jak zwykle :).

Tym razem nie będę marudziła w kwestii opakowania. Pewnie bym to zrobiła, ale wygląd buteleczki trochę się zmienił. Producent pomyślał też o fankach klapek i uraczył takową (nie lubię nakrętek, nie i już!). Opakowanie wygląda teraz TAK.

O konsystencji też nie można się zbyt dużo rozwodzić, woda jak woda, mokra :D. Płyn nie pieni się na waciku (trochę się wpienia, gdy spadnie). Nie zostawia żadnej warstwy na skórze. Ma neutralny zapach.

Jakkolwiek by nie wyglądał i jakkolwiek by nie był mokry, najważniejsze jest przecież działanie. Liczyłam, że na tym polu RdL pokaże swoje możliwości. Niestety, płyn poległ na całej linii. Skubany, przeokropnie szczypie w oczy, dodatkowo sprawia, że zachodzą mgłą. Po jego użyciu często wyglądałam jak królik. Może byłabym w stanie to jakoś wybaczyć, gdyby chociaż błyskawicznie i bezproblemowo zmywał makijaż. Cóż, płyn radzi sobie jako tako, chociaż też nie rewelacyjnie. Potrafi częściowo rozpuścić nawet kosmetyki wodoodporne, ale i z tymi "zwykłymi" radzi sobie tylko w pewnym stopniu. Oczy są niedomyte, wyraźnie zostaje na skórze szarawa chmura (na zdjęciu akurat w tym miejscu odbija się światło, ale widać trochę), którą trzeba usunąć innym specyfikiem.


Pierwsze spotkanie z Rival de Loop uważam za średnio udany początek znajomości. Liczę, że truskawkowo-waniliowa maseczka tej marki bardziej przypadnie mi do gustu. Ogromnie ubolewam nad tym, że w Polsce niedostępna jest linia kosmetyków kolorowych RdL.

Skład: Aqua, Butylene Glycol, Cocamidopropyl Betaine, Panthenol, Glycerin, Sodium Lactate, Sodium PCA, Methylparaben, Sodium Chloride, Cucumis Sativus Fruit Extract, Ginko Biloba Leaf Extract, Propylparaben, Pantolactone, Sodium Benzoate, Fructose, Glycine, Inositol, Lacitc Acid, Niacinamide, Urea, Citric Acid.

Cena: ok. 5 zł/100 ml
Dostępność: drogerie Rossmann
Ocena: 2,5/5

czwartek, 24 kwietnia 2014

Nie ufaj lolitkom. L'oreal Shine Caresse 101 Lolita

Nowości i promocje... Która kosmetykoholiczka ich nie kocha, szczególnie, gdy jedno z drugim idzie w parze. Wtedy zazwyczaj rozsądek przywiązujemy do kaloryfera i ruszamy z portfelem w bój. Wiele z nas zapewne wzięło lub/i ma zamiar wziąć udział w festiwalu rozpusty, jaki zafundowały nam sieciowe drogerie (Rossmann, Natura, a ptaszki ćwierkają coś o majowym -40% w Hebe). W tym czasie z chęcią sięgamy po marki, które normalnie nie znajdują się w centrum naszego zainteresowania - ładujemy do koszyków tanie pierdoły, wrzucamy też kosmetyki, których regularne ceny są ciut wyższe. Gdyby nie zeszłoroczna promocja w Rossmannie, zapewne nie sięgnęłabym po bohatera tej notki. 

Hitem początku minionego roku były lakiery do ust. Konsumentki pokochały produkty tego typu dzięki markom selektywnym - YSL i Shiseido. Jednak trend szybko podłapały firmy drogeryjne i na półkach pojawiły się tańsze wersje (m.in. Rimmel i L'oreal). Produkt Rimmela nie do końca mi odpowiadał, dlatego też zdecydowałam się na wypróbowanie porównywanego z YSL L'oreala.

Opakowanie, jakie jest, każdy widzi :D. Złote, eleganckie, wygląda dość luksusowo. Dzięki przezroczystym elementom można zobaczyć kolor kosmetyku - jednakże barwa zza szybki nie do końca odpowiada tej rzeczywistej :).

Aplikator nie wygląda jak zwykły błyszczykowy "kij" (takie proste patyki są chyba coraz rzadziej stosowane, producenci gimnastykują się, jak mogą). Kształtem przypomina trochę serce (powiedzmy :D). Nie jest specjalnie duży, ale sprawia trochę problemów przy wąskich ustach, trudno nim precyzyjnie zaaplikować produkt.

Konsystencja lakieru jest interesująca. Mam wrażenie, że jest bardziej lepka niż przeciętnego błyszczyka, przez co znacznie lepiej przyczepia się do ust. Wbrew obawom nie skleja aż tak mocno kącików, natomiast "łapie" wszystko co może: przy rozpuszczonych włosach, a także podczas jedzenia kruchych ciastek można się odrobinę zdenerwować. Może dzięki tej "czepliwej" konsystencji produkt jest długotrwały. Przez 5-6 godzin potrafi siedzieć na ustach - jeżeli jemy i pijemy to utrzymuje się trochę krócej, bo mniej więcej 4-5 godzin. Wynik jest imponujący, jak na coś błyszczykopodobnego, prawda? Myślałam, że takie cuda to tylko w reklamach :). Nie wpływa jakoś szczególnie pozytywnie na kondycję ust - nie nawilża ich, ale i nie przesusza.

Shine Caresse przyjemnie pachnie (tak jak inne błyszczyki marki L'oreal) i niestety (albo stety) okropnie smakuje.

Na deser zostawiłam kolor. Jakokolwiek moim zdjęciom bardzo daleko do ideału, tak na tych dwóch powyżej da się zauważyć, że Lolita to bezsprzecznie kolor różowy. Średni, ciepły odcień różu z delikatnym złotym pyłkiem (tu musicie mi uwierzyć na słowo) w sobie. Tymczasem na ustach Lolita pokazuje pazurki i okazuje się barwą, która spoufaliła się po drodze z czerwienią. Kolor jest przepiękny i bardzo mi odpowiada (sięgam po niego, gdy nie wiem, co będzie pasowało do danej "stylizacji"), ale niewiele ma wspólnego z tym, co zadeklarował producent. Zmieniają kolor podkłady, szaleją i błyszczyki... Ostrzegam przed zakupem w ciemno!


Shine Caresse to świetny produkt, cechujący się szałową trwałością i mniej atrakcyjną ceną regularną. Po Lolitę sięgam już właściwie odruchowo, moja ręka sama ją wyławia ze sterty mazideł. Mam nadzieję, że wybaczy mi ona to, że nie została ujęta w ubiegłorocznych ulubieńcach. Nie wykluczam, że przygarnę jeszcze inne kolory, oczywiście, po ich uprzednim, bardzo dokładnym sprawdzeniu. 

Cena: ok. 39 zł
Dostępność: Rossmann, Hebe, Natura, Super-Pharm
Ocena: 4,5/5

czwartek, 17 kwietnia 2014

Pozytywnie zakręcony? Rimmel Scandaleyes Rockin' Curves

Czasem naprawdę trudno jest mi zrozumieć pewne działania firm kosmetycznych. Wycofują świetne produkty, "ulepszają" już istniejące kosmetyki o określonej renomie, wprowadzają innowacyjne-a-właściwie-zupełnie-takie-same-jak-już-istniejące produkty do określonej linii. Dlaczego i dla kogo?

Marka Rimmel od jakiegoś czasu bardzo promuje gamę Scandaleyes. Co jakiś czas na rynku pojawia się kolejny "skandaliczny" produkt. Jako, że jest to linia przeznaczona do makijażu oczu, znajdziemy w niej pokaźną ilość tuszy do rzęs. Zwykły, wodoodporny, ekstra czarny, nadający rzęsom elastyczność, jeden podkręcający, drugi podkręcający, dwa z efektem sztucznych rzęs... Do koloru, do wyboru. A tak naprawdę, różnica między poszczególnymi wariantami (miałam trzy, więc nie wiem jak reszta), jest niewielka, żeby nie powiedzieć, że żadna.

Pod względem wizualnym Rockin' Curves jest chyba najbardziej ciekawą odsłoną tuszu Scandaleyes. Przykuwający kolor i tłoczona wężowa skóra zdecydowanie zwracają uwagę. Wygląd to jednak nie wszystko, wszak ogromne znaczenie powinno mieć wnętrze. A co jest w środku? Standardowo, gigantyczna dziura, która nie odsącza zbyt dobrze nadmiaru tuszu oraz równie gigantyczna szczota. Jej kształt, w założeniu, miał być innowacyjny. Dzięki temu "połamaniu z poplątaniem" szczotka miała sprawić, że rzęsy zakręcą się, jak runo baranka. Producent zapewnia, że dzięki kształtowi złamanego serca, aplikator dopasowuje się do kształtu oka. Wizja piękna, wyszło jak zwykle. Szczotka jest niesamowicie niewygodna w obsłudze. O ile prostym gigantem Scandaleyes można było jakoś pracować, tak z tym dziwolągiem trudno jest się dogadać. Szczotka nie dopasowuje się do oka, jedyny obszar rzęs, który maluje się nią w miarę wygodnie, to te pośrodku. Dotarcie węższym końcem w wewnętrzny, jak i szerszym w zewnętrzny kącik (na odwrót tym bardziej :D) nie wygląda zbyt różowo. Szeroko rozstawione włoski nabierają duże ilości tuszu, który zlepia rzęsy - ciężko je potem rozczesać.

Może byłabym skłonna wybaczyć te niedogodności podcza aplikacji, gdyby efekt spełniał zapewnienia producenta. Tusz miał pogrubiać, unosić i podkręcać rzęsy. Początkowo wydawało mi się, że coś tam kręci. Dla porównania pomalowałam jedno oko tuszem Essence, drugie Rimmelem - różnica w "podkręceniu" była niewielka. Rzęsy nie są też specjalnie uniesione, wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że wyglądają ciężko i są oblepione tuszem. Właściwie jedyną obietnicą, którą spełnia ten kosmetyk jest pogrubienie. Tusz nie wykazuje jednak takiego działania, które sprawiłoby, że polecałabym wszystkim fankom efektu większej objętości włosków zakup tego produktu. Pogrubienie jest raczej nieznaczne, przez co końcowy rezultat wygląda mizernie. I piszę to ja, zwolenniczka delikatnego malowania rzęs.


Kolejną próbę zaprzyjaźnienia się z linią Scandaleyes uważam za nieudaną. Nie leżą mi te tusze (z Rimmelowych wolę Lash Accelerator), nie odpowiada mi kredka... Może cienie, na które mam ogromną ochotę, uratują trochę sytuację?

Cena: ok. 30 zł
Dostępność: Rossmann, Hebe, Natura, Super-Pharm
Ocena: 2,5/5


P.s. Produkt otrzymałam od marki Rimmel - nie miało to w jakimkolwiek stopniu wpływu na recenzję.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Młodość nie wieczność. Tołpa Botanic Czerwony Ryż 40+ Regenerujący krem-maska do rąk

Zawsze mądry Polak po szkodzie. Trzeba sobie napytać jakiejś biedy, żeby skierować uwagę na potencjalne niebezpieczeństwa. Przez ostatnich kilka tygodni miałam jakąś wyjątkowo złą passę, prześladujący mnie pech przeszedł sam siebie. W końcu nie może być zbyt nudno i od czasu do czasu potrzebna jest jakaś odmiana :). Marzec był miesiącem psucia sobie dłoni - poważnej awarii uległa lewa, ale ramię w ramię schły obie. Trzeba było jakoś temu zaradzić. Nie byłam pewna przyczyn takiej Sahary na skórze, dlatego odstawiłam prawie wszystko, co miało styczność z dłońmi (miałam wolne od mycia talerzy :D) i wyruszyłam do drogerii w poszukiwaniu kremu, który będzie rycerzem na białym koniu. Jakiś czas temu upatrzyłam sobie jeden z kremów Tołpy, ale jego regularna cena (14 zł) nie przekonała mnie do zakupu. Jednak w czasie mojego polowania produkty do rąk z serii Botanic były w promocji, więc bez długich rozważań poleciałam po krem. Nie udało mi się dorwać wariantu, który wpadł mi w oko, ale nie wyszłam z pustymi rękoma. Jako że powoli zaczynam się sypać (i to dosłownie!), postawiłam na wersję z czerwonym ryżem, dedykowaną skórze dojrzałej.

Krem znajduje się w plastikowej, porządnie wykonanej tubie z klapką. Klapka nie nakrętka, nie ucieknie, więc w pełni satysfakcjonuje mnie to rozwiązanie. Opakowanie produktu nie jest innowacyjne, więc nie widzę sensu poświęcać mu większej uwagi.

Nie ukrywam, że czynnikiem, który sprawił, że do koszyka wpadł właśnie ten produkt, było określenie go przez producenta mianem kremu-maski. Uroiłam sobie, że wobec tego konsystencja kosmetyku będzie bardziej treściwa niż standardowego kremu do rąk. Ubzdurałam sobie, że Tołpa będzie gęsta, może nawet pozostawiająca tłustawy film (coś jak parafinowa maska Bielendy). Tymczasem z tubki wypłynął najzwyczajniejszy w świecie krem. W dodatku rzadszy i lżejszy niż używany wcześniej przeze mnie Essence. Tego się nie spodziewałam. Co więcej, krem nie zostawia tłustej warstwy i właściwie błyskawicznie się wchłania. Lekkość formuły wzbudziła we mnie wątpliwości odnośnie obiecywanego regenerowania. Dość ciekawie pachnie, trochę ryżem, trochę ziemią, ale nie jest to nieprzyjemny aromat.

Moje obawy okazały się zupełnie nieuzasadnione. Pomimo swojej lekkości, krem działa (jak natura chciała :D). W trzy dni doprowadził moje pokancerowane dłonie do stanu używalności (okazało się, że uczulił mnie proszek). Świetnie zregenerował skórę w tamtym czasie. Nie podrażnia, nie zaognia już podrażnionej skóry. Ponadto bardzo dobrze nawilża dłonie i sprawia, że skóra jest odczuwalnie bardziej elastyczna. Nie spodziewałam się, że takie mleczko może mieć aż tak dobre właściwości. Efekt gładkich dłoni jest całkiem długotrwały, choć obawiam się, że jedna aplikacja na dobę to może być za mało :).

Niby chuchro (pod względem konsystencji), a ma siłę rażenia. Z przyjemnością sięgam po tę uroczą tubkę, która wypluwa już resztki kremu. Szkoda, że nie jest trochę tańszy - 15 zł to dla mnie trochę dużo, jak na krem do rąk. Jeżeli trafię na promocję, to chyba zrobię solidny zapas.

Skład: Aqua, Coco-Caprylate, Glycerin, Butyrospermum Parkii, Cetearyl Alcohol, Stearic Acid, Ceteareth-20, Peat Extract, Disodium EDTA, Carbomer, Ozonized Oryza Sativa Callus Culture Extract, Sodium Polyacrylate, Sodium Hydroxide, Parfum, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol, Chlorphenesin.

Cena: ok. 14 zł/75 ml
Dostępność: Rossmann, Hebe
Ocena: 4,5/5

czwartek, 10 kwietnia 2014

Piękna czy Bestia? Bell BB Cream Lightening 7in1 Eye Concealer 010 Light

Korektor to magiczny przedmiot. Wiedziałam to już w podstawówce, gdy z radością zamazywałam wszystko białą, śmierdzącą farbą. Gdy trochę podrosłam i odkryłam, że istnieją korektory, które służą do tuszowania niedoskonałości, nie są białe (zazwyczaj) i nawet nie cuchną, to byłam wniebowzięta. Początkowo zaczęłam niewinnie od antybakteryjnych sztyftów na wypryski (tych od zawsze u mnie nie brakowało), a potem przeszłam na kolejny poziom wtajemniczenia i zaczęłam używać także korektorów pod oczy. Te to dopiero robią czary-mary. Niewyspane zombie w kilka chwil zamienia się w wyspane zombie :).

Korektor Bell trafił w moje ręce właściwie przypadkiem, prawie rok temu. Spacerując po miasteczku, z którego pochodzi moja rodzina, właziłam do wszystkich interesujących miejsc (czytaj: głównie drogerii). W jednym z niepozornych przybytków kosmetycznych trafiłam na promocję - 25 zł za zestaw krem BB i korektor wydawało mi się wyjątkowo atrakcyjną ceną, więc nie zastanawiałam się dwa razy. Z pochwalnymi pieśniami na temat kremu BB spotkałam się wcześniej, ale na korektor wszyscy rzucili się kilka miesięcy temu, gdy pokazała go Hania (digitalgirl3).

O ile krem BB bardzo mi się spodobał, tak do korektora BB podchodziłam jak pies do jeża. Zasadniczym powodem tego stanu rzeczy był fakt, że produkt znajduje się w pędzelku. Mam niemiłe doświadczenia z wydobywaniem tego typu kosmetyków, więc spodziewałam się, że i Bell nastręczy problemów. Na szczęście korektor potrzebował tylko kilku chwil "na rozruch" i od tej pory po jednym ruchu na pędzelku znajduje się odpowiednia ilość produktu. Sam aplikator jest syntetyczny, miękki i przyjemny dla skóry (nie drapie). Pędzelek dobrze rozprowadza  produkt. Szkoda, że opakowanie tego typu nie pozwala na kontrolę zużycia; można się ciężko zdziwić któregoś mniej pięknego poranka.

Korektor ma dość lekką konsystencję, ale wbrew pozorom nie jest zbyt rzadki. Na skórze zostawia zdecydowane plamy koloru, nie żadne prześwitujące placki. Łatwo się nim pracuje, nie trzeba się namachać, żeby go rozprowadzić. Jego formuła nie jest nawilżająca, dlatego warto zadbać o odpowiednie przygotowanie skóry przed jego nałożeniem. W innym wypadku podkreśli suche miejsca.

Jak korektor radzi sobie z podstawowym zdaniem, czyli niwelowaniem cieni pod oczami? Całkiem nieźle. Na uwadze należy mieć fakt, że to produkt który ma rozjaśnić zasinienia i odświeżyć skórę, a nie zakamuflować ciemne podkówki. Korektor więc rozjaśnia, ale niespecjalnie kryje. Skóra pod oczami wygląda po nim lepiej, człowiek wydaje się być bardziej wypoczęty niż w rzeczywistości jest.

Za Chiny nie zrobię dwóch zdjęć w jednej pozycji :)

Na deser zostawiłam sobie kolor. Przez długi czas byłam święcie przekonana, że dostępny jest tylko jeden odcień, czyli posiadany przez mnie 010 Light. Strona internetowa Bell uświadomiła mnie, że w ofercie mają jeszcze jeden odcień, ciemniejszy 011 Sand. Człowiek uczy się przez całe życie :D:D.

010 Light z pewnością nie jest odcieniem bardzo jasnym. Podczas pierwszej aplikacji zdziwiłam się, że na skórze mam jasny odcień beżu z bardzo wyraźnymi żółtymi tonami (w sumie jest bardziej żółty niż beżowy). Wydaje mi się, że nie będzie to odpowiedni kolor dla tych dziewczyn, które mają wyraźnie chłodną karnację. Złotolice powinny być zaś usatysfakcjonowane.

Po lewej: korektor Pixie
Po prawej: korektor Bell

Korektor Bell to całkiem przyjemny kosmetyk. Sprawdza się do rozjaśniania okolic pod oczami, skóra wygląda na bardziej wypoczętą. Niestety, nie spełnia zapewnień producenta w kwestii pielęgnacji (a miał łączyć właściwości korektora i kremu pod oczy), dlatego warto zadbać o odpowiednie przygotowanie skóry na własną rękę. Może jeszcze kiedyś do niego wrócę.

Skład: Aqua, Cyclopentasiloxane, Cyclohexasiloxane, PEG/PPG-18/18 Dimethicone, Zinc Oxide, Titanium Dioxide, Glycerin, Silica, Sodium Chloride, Stearoyl Inulin, Dimethicone Crosspolymer, Acrylates/Dimethicone Copolymer, Hydrogen Dimethicone, PEG-100 Dimethicone, Polysorbate 80, Hydrated Silica, Tocpheryl Acetate, Sodium Hyaluronate, Aluminium Hydroxide, Ethylhexylglycerin, Triethoxycaprylylsilane, Trimethoxycaprylylsilane, Parfum, Alpha-isomehtyl Ionone, Benzyl Salicylate, Buthylphenyl Methylpropional, Hexyl Cinnamal, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Phenoxyethanol, Mica, Tin Oxide, CI 77491, CI 77492, CI 77499, CI 77891.

Cena: ok. 15-20 zł
Dostępność: drogerie Natura, Jasmin
Ocena: 4/5

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Po dobroci? Alverde Sensitivshampoo Birke Salbei

Wydawać by się mogło, że produkty myjące, które nie zostają zbyt długo na naszej skórze, nie powinny zbyt długo zaprzątać nam myśli. Szampony, żele (pod prysznic i do twarzy) i mydła mają za zadanie oczyszczać i już. Tylko za dobrze by było, gdyby to faktycznie było takie proste. O tym, że wybór "czyścików" wcale nie jest taki łatwy, może świadczyć spora ilość recenzji każdego z tych typów produktów. Trudności w znalezieniu odpowiedniego kosmetyku rosną, gdy nasza skóra z jakiegoś powodu (albo i bez niego) się buntuje. Chuchamy na nią jak na jajko i przekopujemy drogeryjne półki w poszukiwaniu czegoś, co nie sprawi, że pewne partie ciała zapłoną żywym ogniem lub sypną śniegiem. O ile ze skórą ciała nie ma specjalnych problemów i zwykle wymagam tylko tego, żeby żel nie przesuszał jej nadmiernie, tak w przypadku skóry głowy sprawy mają się zgoła odmiennie. Sukcesem jest, jeżeli po szamponie nie drapię się jak oszalała i nie sypią mi się jakieś farfocle. Ostatnimi czasy udawało mi się znajdować szampony, które nie "denerwowały" skóry i były przez nią jakoś tolerowane, przynajmniej przez tę jedną butelkę. Podczas ostatniej małej wizyty w Niemczech postanowiłam zgarnąć z półki kosmetyk, który wydawał się być stworzony dla mnie.

Nie mam specjalnego doświadczenia w kwestii szamponów do wrażliwej skóry głowy, bo dotychczas miałam tylko dwa, a moje uczucia odnośnie nich są dość mieszane. Udało mi się trafić na całkowity bubel (Alterra Migdałowa), jaki i całkiem niezły, choć nie idealny szampon neutralny (Natura Siberica). Jak poradził sobie produkt modnej, wśród fanek kosmetyków bardziej naturalnych, marki Alverde?

Z uwagi na fakt, że jest to kolejny szampon tej marki na moim blogu, postanowiłam nie rozwodzić się nad jego opakowaniem i od razu przejść do rzeczy.

Konsystencja produktu nie odbiega w znaczący sposób od innych szamponów Alverde. Wersja z brzozą i szałwią ma konsystencję dość gęstą, żelową. Pieni się zaskakująco dobrze, jak zwykły to robić przeciętne, drogeryjne szampony. Całkiem przyjemnie pachnie - po aptecznym zapachu odbudowującego i nijakim aromacie odżywczego, lekko liściasty szampon dla wrażliwych wypada nieźle.

Kwestie techniczne mamy za sobą, więc czas na opis działania. Ta wersja świetnie oczyszcza włosy, po jego użyciu aż skrzypią. Obawiałam się, że tak silne właściwości myjące przełożą się na obiecywaną delikatność tego szamponu. I tak, i nie. Szampon nie podrażnia skóry głowy, ale też nie daje wrażenia delikatnego traktowania. Po produkcie z Natura Siberica miałam wrażenie, że skalp (tak, wiem, że niektórzy nie przepadają za tym słowem :D) jest złagodzony. Tymczasem po Alverde czuję wyłącznie czystość. Powiem szczerze, że trochę mnie to zbiło z tropu. Ciekawa jestem, jak ten kosmetyk zachowałby się u osób z jeszcze większymi problemami. Myślę, że mogłoby nie być aż tak różowo.

Szampon Alverde namącił mi trochę w głowie. Nie jest to zły produkt, ale mam poważne wątpliwości w kwestii jego działania na trudną skórę głowy. Za dobrze oczyszcza :D.

Skład: Aqua, Coco-Glucoside, Sodium Coco-Sulfate, Sodium Chloride, Sodium Lactate, Betaine, Sodium Cocoyl Glutamate, Disodium Cocoyl Glutamate, Alcohol, Betula Alba Leaf Extract, Salvia Officinalis Leaf Water, Sodium Phytate, Hydrolyzed Corn Protein, Hydrolyzed Wheat Protein, Hydrolyzed Soy Protein, Leuconostoc/Radish Root Ferment Filtrate, Parfum, Limonene, Linalool, Citral.

Cena: 1,95 euro/200 ml (ok. 12-16 zł)
Dostępność: Drogerie DM; Cytrynowa, Allegro
Ocena: 4/5

piątek, 4 kwietnia 2014

Okrycie wierzchnie. Sally Hansen Insta-dri Anti-chip Top Coat

Nigdy nie byłam wielką fanką malowania paznokci. Owszem, lakiery kupowałam, ale właściwie dla ich kolorów. Moja płytka do niczego się nie nadaje, więc zwykle pozostawiałam ją samej sobie. W zeszłym roku pozazdrościłam blogowym koleżankom, których paznokcie zawsze mnie zachwycały. Zaśliniona przeglądałam lakierowe blogi, oglądałam idealnie opiłowane paznokcie perfekcyjnie pociągnięte emaliami rozmaitej maści. Też tak chciałam! Postanowiłam więc zainteresować się bliżej nielubianą częścią ciała (jedną z wielu) i zaczęłam majstrować przy paznokciach. Nadal nie są idealne, zawsze coś pokręcę przy piłowaniu :D. Niemniej, od prawie roku, praktycznie codziennie noszę jakiś lakier. Nie przepadam za samą czynnością malowania, do szału doprowadza mnie czas oczekiwania aż jaśnie lakier wyschnie. Na szczęście istnieją różnego rodzaju produkty, które sprawiają, że uparty lakier na paznokciach schnie szybciej. Po małym rekonesansie (a także dlatego, że znalazłam promocję), popędziłam po Insta-Dri marki Sally Hansen. Wpadłam jak śliwka w kompot, gdy zobaczyłam obietnicę wysuszania w 30 sekund.

Kosmetyk znajduje się w przezroczystym opakowaniu, które pozwala na kontrolę zużycia. Insta-Dri wyposażony jest w wygodny pędzelek, który rozkłada się w dość szeroki wachlarz i pozwala na aplikację produktu właściwie za jednym pociągnięciem.

Schody zaczynają się przy konsystencji. Początkowo wysuszacz ma postać dość rzadkiego lakieru, który można szybko nałożyć bez obaw o to, że zrobi smugi. Sally Hansen właściwie sam rozkłada się na paznokciach. Niestety, wraz z upływem czasu preparat gęstnieje i po kilku miesiącach jest glutem, którego nie sposób nałożyć bez katastrofy. A termin przydatności do użycia ma wynosić aż 24 miesiące od otwarcia...

W kwestii działania też nie jest zbyt różowo. Podoba mi się to, że Insta-dri zostawia na mocny połysk, przez co paznokcie przez cały czas noszenia wyglądają jak świeżo malowane. Nie ściąga lakieru z końcówek. Niestety, na tym jego zalety się kończą. Kosmetyk nie spełnia obietnic producenta. O wysuszaniu w 30 sekund można zapomnieć, lakier wysycha po 10 minutach, a dopiero po kolejnych 20 jest utwardzony. Nie urządza mnie to, przeciętny lakier "zastyga" po takim samym czasie. Insta-dri nie przedłuża też trwałości lakieru.

Pierwsze śliwki robaczywki - może następne spotkania z popularnymi "top coatami" okażą się bardziej owocne. W tym przypadku nie jestem usatysfakcjonowana.

Skład: Ethyl Acetate, Alcohol Denat, Butyl Acetate Cellulose Acetate Butyrate, Acrylates Copolymer, Trimethyl Pentanyl Diisobutyrate, Sucrose Benzoate, Triphenyl Phosphate, Nitrocellulose Etrocrylene, Isopropyl Alcohol, Benzophenone-1, Dimethicone, Tocopheryl Acetate, Carthamus Tinctorius Seed Oil, Hydrolyzed Rice Protein, PPG-2 Dimethicone, Saccharide Isomerate, Algae Extract, Lavandula Angustifolia Flower/Leaf/Stem Extract, D&C Violet no. 2 (CI 60725).

Cena: ok. 30 zł/13,3 ml
Dostępność: Hebe, Natura, wybrane Rossmanny, Super-Pharm
Ocena: 2,5-3/5
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...