Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

niedziela, 30 marca 2014

Odrobina wolnej przestrzeni. Zużycia marca

Czy dzisiejszego poranka wy też czuliście się okradzeni? Kto mi ukradł tę godzinę snu, ja się pytam, no kto :D? Zmiana czasu zawsze krzyżuje mi szyki i przez kilka dni chodzę lekko zakręcona. Jednak nie jest w stanie całkowicie wybić mnie z równowagi i pewne kwestie pozostają niezmienne, m.in. prezentacja zużyć na koniec miesiąca. Choćby się waliło i paliło "brudy" trzeba wywlec :D!


Było: Alverde Sensitivshampoo Birke Salbei - używałam tego produktu przez cały marzec, a tak na dobrą sprawę, niewiele jestem w stanie na jego temat napisać. Aż ciśnie się na klawiaturę, że to szampon jak szampon. Muszę się jeszcze zastanowić nad swoimi uczuciami do niego.

Jest. Yves Rocher Delikatny szampon z wyciągiem z hamamelisu.


Było: L'oreal Liss Unlimited - profesjonalne produkty marki L'oreal są mi od dawna znane, ponieważ moje ciotki używają ich namiętnie. Podczas jednej z ostatnich wizyt u rodziny podprowadziłam małą maskę wygładzającą, która zachwyciła mnie po pierwszym użyciu. Bywa jednak w życiu tak, że po gwałtownej miłości od pierwszego wejrzenia, dochodzi do szybkiego rozstanie. Tak się sprawa miała z tą maską; początkowo byłam nią oczarowana, ale z czasem przestała mi się podobać. 
Powodem takie obrotu sprawy może być to, że ten produkt jedynie obciąża włosy, dając wrażenie ich wygładzenia. O ile wygląda to nawet nieźle w przypadku, gdy maska ląduje na włosach po nawilżającej odżywce, tak samodzielnie nie radzi sobie najlepiej. Włosy są suche, choć gładkie. Szkoda.

Jest: Alverde Glanzhaarkur Zitrone Aprikose.


Było: BarbraPro Płyn micelarny - dobry kosmetyk o niezbyt korzystnej relacji ceny do pojemności. Poświęciłam mu całą poprzednią notkę - jeżeli ktoś jest zainteresowany jego recenzją to zapraszam.

Jest: Celia Kolagen Tonik do oczyszczania i odświeżania cery.


Było: Vichy Capital Soleil Spf 50 - chroni i nie zostawia tłustej warstwy na twarzy. Dobrze współpracuje z makijażem. Będę na niego polowała! Recenzja znajduje się TU.

Jest: Ziaja Matujący krem do twarzy Spf 50 - jak on jest matujący, to ja jestem Kleopatrą :D.


Było: Fitokosmetik Błękitna glinka wałdajska - muszę przyznać, że nie dostrzegłam istotnej różnicy w działaniu między glinką zieloną a błękitną (która też ma zielony kolor, ale to szczegół). Błękitne błotko miało regenerować i ujędrniać, ale nie zauważyłam działania tego rodzaju. Glinka wałdajska oczyszcza równie dobrze jak kambryjska zielona, pozostawia skórę czystą, zwęża pory, ale jest od swojej koleżanki mniej ściągająca.

Jest: Organique Ghassoul Clay Powder.


Było: DermoPharma+ Deep Cleansing Nose Pore Strips - niezłe plastry oczyszczające, wydaje mi się, że są lepsze od Purederm i wyciągają trochę więcej. Niestety ich zakup jest mniej opłacalny, bo za 2 sztuki płacimy 7 zł, podczas gdy 6 sztuk tych z Purederm można dostać w Hebe za 13 zł (w biedronkowej promocji były po 7 zł za kartonik)

Jest: Purederm Botanical Clinic Nose Pore Strips.


Było: Zrób Sobie Krem Naturalny Olej Awokado - moja szyja pokochała olej awokado. Odkąd go używam, skóra w tym rejonie jest miękka i dużo gładsza. Jestem na tak!

Jest: Aromaoils Naturalny Olej Awokado.


Było: Nivea Double Effect, Hawaiian Flower&Oil - żele Nivea to pewniaki w mojej łazience. Pięknie pachną i nie wysuszają skóry. 

Jest: Palmoliwe Aroma Therapy Sensual.


Było: Stara Mydlarnia Salt Peeling Spa&Wellness - agresywny zawodnik, wykrywacz podrażnień i wszelkich uszkodzeń skóry. Nie pachniał zbyt przyjemnie, ale ścierał nieźle, a dodatkowo rewelacyjnie pielęgnował skórę. Kuszą mnie inne warianty zapachowe, więc być może Stara Mydlarnia ponownie zawita w moje progi. Pełną recenzję peelingu solnego znajdziecie TU.

Jest: Oriflame Swedish Spa Exfoliating Body Scrub - tej marmoladzie nie wróżę kariery w roli peelingu.


Było: Wellness&Beauty Badesalz Mohn&Organgebluete - mak i apetyczna pomarańcza uśmiechały się z opakowania, więc wrzuciłam tę sól do koszyka. W łazience się rozczarowałam. Rozwodniony zapach wody po kwiatkach to nie moja bajka. Plus za barwienie wody na kolor pomidorówki. Nie kupię ponownie.

Jest: BeBeauty Spa Energizująca sól do kąpieli Bursztyn - kupiłam dwie sole z Biedronki kilka miesięcy temu i ciągle o nich zapominam. Muszę się zaopatrzyć w jakąś lecytynę albo coś :D...


Bez niego zużycia nie byłyby kompletne :D.

W tym miesiącu nie dostanę najwyższej oceny za prezentację zużyć. Może nie jest tego zbyt dużo, ale powoli wychodzę z zapasów pielęgnacyjnych. Byle do przodu! A wam jak poszło?

czwartek, 27 marca 2014

Dokładkę mizerii? BarbraPro Płyn micelarny do demakijażu oczu i twarzy

Mawiają, że "co się odwlecze to nie uciecze". Zawsze zadziwia mnie fakt, że wszelkie przysłowia i porzekadła tak często się sprawdzają. Fascynujące, prawda :D?

Gdy pierwszy raz, kilka lat temu, spotkałam się z marką Colour Alike, zaśliniłam się na widok ich lakierów. Choć kolory były niesamowicie kuszące, to jednak nie uległam ich czarowi. Z prostej przyczyny: można było je zamówić tylko przez internet. Nie lubię kupowania w sieci z prostej przyczyny, którą są koszty wysyłki. Zamawiać lakier i płacić za transport więcej niż on kosztuje? W życiu!

Po pewnym czasie odkryłam, że firma produkująca lakiery CA ma w swojej ofercie drugą, pielęgnacyjną markę. BarbraPro była dla mnie bardziej dostępna, bo mogłam ją zamówić w jednej z sieci aptek. Po przeanalizowaniu asortymentu wybrałam kilka produktów (tonik do paznokci, balsam do ust i odżywkę do paznokci). Wybór był trudny, zwłaszcza, że miałam ochotę na jeszcze jeden kosmetyk. Jednak zwyciężyło skąpstwo i zrezygnowałam z zakupu maleńkiego płynu micelarnego za kwotę ok. 12 zł. W takiej cenie mogłam nabyć dwa razy większy płyn Bourjois. Micelarny wytwór Barbry cały czas siedział mi w głowie. Gdy "ochota" nabrała mocy urzędowej i zdecydowałam się wyskoczyć z kilkunastu złotych na tego malucha, to okazało się, że apteka zrezygnowała ze sprzedaży tej marki. Cóż, często zdarza się tak, że gdy czegoś chcę to zmienia to formułę/zostaje wycofane/jest niedostępne. 

Pewnie nie nabyłabym tego płynu, gdyby nie wigilijna promocja w sklepie Colorowo, który na gwiazdkę podarował swoim klientom 40% rabatu. Nooo, to ja rozumiem. Załadowałam koszyk różnymi pierdołami i przy tej okazji wpadł też ON, płyn micelarny.

Produkt znajduje się w niewielkiej, przezroczystej, zakręcanej butelce. Klapka byłaby lepsza, ale dramatu nie ma, z korkiem też da się żyć :). Dziurka, przez którą dozuje się produkt jest nieduża, przez co zmniejsza się ryzyko wylania połowy kosmetyku na wacik.

O konsystencji też nie ma się co rozpisywać. Woda to woda :D. Ta w tej butelce, jeżeli opakowanie spadnie, to trochę się s(w)pienia. Na szczęście płyn sam z siebie nie pieni się na twarzy. Nie pozostawia też na niej klejącej warstwy. Sprawia, że skóra jest odświeżona. Nie podrażnia cery. Zmywa naprawdę dobrze, świetnie sprawdza się do oczyszczania twarzy o poranku (w nocy moje alter ego chyba pracuje w kopalni). Radzi sobie z makijażem twarzy, nie ma problemów z usunięciem podkładu, pudru i różu. 

Kredki, eyeliner, ciemna szminka, tusz

Trochę zawodzi w przypadku oczu - producent obiecuje usuwanie tuszy wodoodpornych, a płyn nie do końca daje sobie radę z maskarami tego rodzaju. Z niewodoodpornymi produktami dogaduje się bez większych problemów. Mam też małe zastrzeżenia odnośnie delikatności w przypadku oczu - początkowo trochę szczypał, w późniejszym okresie też kilka razy mi dopiekł.

Wodoodporny tusz, tint
Na koniec zostawiłam to, co mnie urzekło w tym produkcie: zapach. Do niedawna nie przepadałam za ogórkiem, a teraz pochłaniam to warzywo w ilościach hurtowych. Z uwagi na swoje uprzedzenia smakowe, nie byłam wcześniej fanką zapachu ogórka, a obecnie go uwielbiam. Ten płyn pachnie świeżymi ogórkami. Uwaga! Ten aromat pobudza apetyt, więc warto zmyć makijaż/oczyścić twarz przed kolacją/śniadaniem :D.

Marka BarbraPro stworzyła naprawdę dobry płyn micelarny. Z chęcią bym do niego wróciła, gdyby kosztował mniej lub w obecnej cenie była większa pojemność. Szkoda też, że kosmetyki Barbry i CA nie są bardziej dostępne (choć we Wrocławiu lakiery CA i tonik do paznokci Barbry można dostać w Mydlarni Wrocławskiej).

Skład: Aqua, Propylene Glycol, PEG-6 Caprylic/Capric Glycerides, Betaine, Cucumis Sativus Fruit Water, Cucumis Sativus Juice, Panthenol, Allantoin, Cetrimonium Bromide, Disodium EDTA.

Cena: ok. 14 zł/125 ml
Dostępność: colorowo.pl
Ocena: 4/5

niedziela, 23 marca 2014

Skóra w formie. SVR Lysalpha Active Creme

Gdyby ktoś powiedział mi rok temu, że moim ulubionym działem Super-Pharmu stanie się dział z demokosmetykami, chyba kazałabym mu się popukać w głowę. Mocno. Tymczasem od kilku miesięcy potrafię oglądać półki z tymi produktami przez dłuższą chwilę. Panie konsultantki nie dadzą człowiekowi pomedytować w spokoju i zawsze jakaś spieszy z pomocą. Zdecydowałam się na udzielenie kredytu zaufania jednej z nich i zamiast Effaclaru DUO, popędziłam do kasy z kremem SVR.

Spotkałam się z opiniami, że SVR produkuje świetne kosmetyki, ale jest marką niedocenianą. I coś w tym jest, bo nawet podczas promocji - 40%, konsumenci chętniej sięgają po Vichy, Biodermę i LRP. Za to półka SVR zwykle ugina się pod naporem opakowań. Czy warto dać tej marce szansę?

Spośród gamy kosmetyków do cery zanieczyszczonej wybrałam, za namową pani konsultantki, krem aktywny. Ponieważ przedstawiła go ona jako konkurenta Effaclaru DUO, więc musiałam go wypróbować.

Produkt ten znajduje się w prostej tubie z grubego plastiku, o której nie warto się rozpisywać. To opakowanie świata nie zmieni.

Krem ma przyjemną, kremowo-żelową konsystencję, z naciskiem na tej pierwszy człon. Ma więcej "kremu w kremie" niż dość rzadki, żelowy Effaclar. Rozprowadza się bez większych problemów. Nie zostawia na skórze oblepiającej warstwy, wchłania się do matu. Dobrze współpracuje z podkładami, można na niego bez problemu nałożyć produkty w formie płynnej i sypkiej.

W kwestii działania, choć zużyłam dwie tubki tego kremu, nie mogę ogłosić się ekspertem. Proszę czytelników o wzięcie pod uwagę tego, że po SVR sięgnęłam, gdy moja cera była jako tako ustawiona, bowiem po kuracji Effaclarem DUO. Nie wiem więc, jak sprawdzi się ten produkt w pierwszej linii ataku na zaminowaną twarz.

Kosmetyk ze stajni SVR poradził się świetnie, jeżeli chodzi o "utrzymanie pokoju" na skórze. Przez cały okres jego stosowania na czole nie wyskoczyła mi ani jedna krosta, nie pojawiło się też syfiaste bindi między brwiami. Byłam zachwycona stanem cery w tym rejonie. Zapomniałam też o wulkanach na brodzie i większej części policzków. Czasem potrafiło mi wyskoczyć coś w okolicach oka, ale to było sporadyczne zjawisko. Natomiast krem poległ w walce ze skórą na nosie - zaskórniki i rozszerzone pory nie dały za wygraną (choć były trochę spacyfikowane). Podobało mi się, że pomimo widocznego działania antypaskudowego, kosmetyk nie był agresywny dla skóry. Nie podrażnił cery, ani jej nie wysuszył; wręcz lekko ją nawilżał.

Minusy? Oprócz ceny, która jest wadą wszystkich kosmetyków aptecznych, ogromnym problemem jest zapach tego produktu. Nos jak nos, każdy czuje inaczej, ale gdy czytam, że ten krem ładnie pachnie, to coś mi się przewraca w żołądku. Po jakimś czasie człowiek przyzwyczaja się do zapachów i nie wyczuwa ich aż tak, ale pierwszy tydzień z SVR był dla mnie ciężki. Ten krem pachnie nieprzyjemnie, trochę plastikowo, Effaclar DUO to przy nim perfumy...

Myślę, że wrócę jeszcze do tego produktu. Może nie jest idealny, ale potrafił utrzymać moją cerę w ryzach. Syndrom odstawienia nie jest przyjemny :(.

Skład: Aqua, Gluconolactone, Ethylhexyl Stearate, Myristyl Alcohol, Glycerin, Glyceryl Stearate, Cetyl Alcohol, Sodium Hydroxide, Salicylic Acid, Butylene Glycol, Methyl Methacylate Crosspolymer, Dicaprylyl Carbonate, Cyclopentasiloxane, PEG-75 Stearate, Zinc PCA, Myristyl Glucoside, Tephrosia Purpurea Seed Extract, Silica DimethylSilylate, Dextrin Palmitate, Xanthan Gum, Squalana, Palmitic Acid, Steareth-2-, Ceteth-20, Phanoxyethanol, Parfum.

Cena: ok. 31-56 zł/40 ml
Dostępność: Super-Pharm, apteki (np. internetowe: Gemini, Słonik, Melissa, Ziko)
Ocena: 4-4,5/5

niedziela, 16 marca 2014

Szatański plan - kupuj taniej!


Przełom zimy i wiosny oraz lata i jesieni to ulubione chwile każdej zakupoholiczki. Od jakiegoś czasu, w tym właśnie okresie, rozmaite czasopisma zamieszczają kupony zniżkowe na zakupy. Akcje te cieszą się ogromnym powodzeniem, o czym świadczy obłożenie centrów handlowych w tych dniach. Tłumy, dzikie tłumy wszędzie. W tym roku z rabatami pierwszy ruszył Hot, do dzisiaj obowiązują kupony zamieszczone w Joyu. "Pierwsze koty za płoty" - promocje oferowane przez te wydawnictwa były dość skromne, ale już w najbliższym czasie szykują się "grubsze" akcje, podczas których coś dla siebie znajdą także maniaczki kosmetyków.

Już w przyszły weekend (22-23 marca) zaopatrzeni w magazyn Flesz (albo Viva) możemy uderzyć na:

ZikoDermo
Tutaj czeka na nas rabat w postaci 20 zł, jeżeli zakupy przekroczą 120 zł. Skromnie, ale zawsze coś. Zniżka obowiązuje też na e-zikodermo.pl (kod: 464484586724)

Bandi
Stacjonarnie napad mogą zaplanować Warszawianki, reszta Polski musi zadowolić się zakupami przez internet - zniżka wynosi 25% (kod: Flesz25)

Bath&Body Works
Kolejny przejaw dyskryminacji mieszkanek innych części kraju, BBW jest tylko w Warszawie. Kupon z Flesza uprawnia do zakupu 2 kosmetyków za grosz, jeżeli kupimy 2 w pełnej cenie. Promocją objęta jest linia Signature, a za grosz są najtańsze z wybranych przez nas produktów.

Dayli
20% zniżki na całe zakupy.

Eveline
Po wpisaniu kodu EVELINE otrzymamy 10% zniżki (kod obowiązuje od 17 do 23 marca).

Farmona
Kod VIVA obniża ceny o 20% (sklep.farmona.pl).

Flos-lek
Po wpisaniu kodu FLESZ kremy do twarzy będą tańsze o 25% (do 10 do 23 marca).

Glossybox
Pudełko za połowę ceny? Czemu nie. Szkoda, że 50% zniżki na pierwsze pudełko ważne jest tylko przy zakupie subskrypcji i pakietów (kod: GLOSSYflesz, od 21 do 23 marca).

Hean 
Atak warto przypuścić na stoiska firmowe oraz sklep internetowy marki. Jeżeli komuś uśmiecha się 20% rabatu to powinien zaopatrzyć się w ten dwutygodnik albo podczas zakupów w sklepie internetowym wpisać FLESZ (zakupy z kodem można robić już teraz, bo obowiązuje od 10 do 23 marca :).

MAC 
Tutaj niestety rabatu jako takiego nie ma (a szkoda), za to przy zakupie kosmetyków do makijażu za 150 zł, otrzymamy usługę w postaci makijażu, wartą 250 zł.

Paese 
40% to już jest coś, dlatego warto poszukać stoiska Paese w swojej okolicy (paese.pl/stoiska).

Pat&Rub 
Zniżka w wysokości 20% łączy się z innymi promocjami na patandrub.pl (kod: FLESZ)

Sephora 
Perfumeria ta oferuje 20% rabatu na kosmetyki do pielęgnacji marek na wyłączność (np. Sephora, Pat&Rub, Yes to...). Jeżeli ktoś będzie wolał zostać w przyszły weekend pod kocem, to z rabatu może skorzystać w e-sklepie (kod: FLESZ314).

ShinyBox 
15% na jedno, dowolne pudełko (kod: SHINYBOX4FLESZ).

Stenders 
Dezemka od dawna kusi ich wyrobami. Po wpisaniu kodu VF2014 będzie można je kupić 15% taniej.

Super-Pharm 
Jeżeli ktoś potrzebuje farby albo produktów do stylizacji włosów, może uzupełnić zapasy oszczędzając 25% ceny.

The Body Shop 
Przy zakupie jednego produktu, drugi, tańszy mamy za połowę ceny.

Vipera 
Punkty firmowe zapraszają do skorzystania z 20% rabatu.

12 i 13 kwietnia z Twoim Stylem (albo Grazią, w sprzedaży od 3 kwietnia) pod pachą, możemy wybrać się na spacer w poszukiwaniu:

Bandi
Identycznie jak przypadku Flesza, tylko kod do e-sklepu inny: TwojStyl2014.

Bath&Body Works
Jeżeli zakupimy minimum 2 produkty, "aktywujemy" zniżkę 40% na całe zakupy.

Dayli 
Zakupy w sieci tych drogerii będą 25% tańsze.

Koliber Drogerie
Tutaj zapłacimy 15% mniej.

Golden Rose
20% rabatu na całe zakupy na stoiskach firmowych i na goldenrose.pl (kod: TwojStyl2014)

Inglot
Poza akcesoriami zniżka (20%) obejmuje cały asortyment marki. Można z niej skorzystać także w sklepie internetowym (inglot.pl) po wpisaniu TwojStyl2014

L'occitane
Może któryś przedsiębiorczy króliczek oszczędzi na prezentach 15% :).

Mydlarnia u Franciszka
Za mydło bez powidła 20% mniej.

Organique 
Kosmetyki tej popularnej marki będą objęte rabatem w wysokości 20%. 

Phenome
W sklepach stacjonarnych (stolnica :D i Poznań) kosmetyki uwielbiane przez blogerki będą tańsze o 25%. Reszta towarzystwa może wklepać TwojStyl2014 i cieszyć się z takiej samej zniżki na phenome.pl

Stenders
25% przy zakupie minimum dwóch produktów w sklepach stacjonarnych, oraz 20% w e-sklepie (kod: TwojStyl2014).

Super-Pharm
Za dermokosmetyki zapłacimy 25% mniej.

The Body Shop
40% przy zakupie 2 maseł do ciała o pojemności 200 ml.

Yves Rocher
30% na jeden kosmetyk (bez zielonych punktów), przy zakupach od 59 zł tusz w prezencie - sklepy stacjonarne i e-sklep (STYL04).



Chyba skorzystam podczas obu zakupowych weekendów i napadnę na Paese oraz Super-Pharm. A które rabaty wam wpadły w oko? Co sądzicie o takich promocyjnych akcjach? Bierzecie w nich udział?

piątek, 14 marca 2014

Bieg długodystansowy czy sprint? Essence Longlasting Lipstick 06 Barely There

Jestem szminkomaniaczką. Choć moje usta raczej nie są specjalnie "reprezentatywną" częścią twarzy i nie mam się czym szczycić, przepadam za kolorowymi sztyftami. Kolekcjonuję je namiętnie, szczególnie te "grzeczne" odcienie na co dzień. Postawiłam sobie za cel znalezienie idealnego koloru, w którym nie będę czuła się "pomalowana". Grzebię z lubością wśród ciemnych róży i od czasu do czasu przyniosę jeden z nich do domu. Czasem udaje mi się nie ulec pokusie, ale bardzo często znajduję kilka powodów, dla których kolejna szminka musi znaleźć ciepły kąt akurat u mnie. Na ten produkt Essence zdecydowałam się podczas nalotu na drogerię w celu sprawdzenia nowego asortymentu tejże marki. Jakoś tak głupio było wyjść z pustymi rękami...

Seria Longlasting to jedna z zeszłorocznych nowości w ofercie Essence. Marka oferowała wcześniej szminki, ale raczej nie były one zawodnikami długodystansowymi. Z wielką radością przyjęłam wprowadzenie przez Essence bardziej trwałych pomadek. 

Opakowanie, jak na tę markę, jest dość stonowane. Czarny plastik jest odpowiedniej grubości i sprawia, że szminka wygląda porządne. Minimalistyczne wzornictwo, bez jednorożców i wodotrysków, sprawia, że całość prezentuje się elegancko. Miły akcentem jest wytłoczone logo marki na sztyfcie i pasek obrazujący kolor.

Szminka ma dość ciekawą konsystencję. Nie przypomina maślanych pomadek z Catrice czy Bell Royal Glam. Jest też mniej kremowa niż Rimmel Lasting Finish, sprawia wrażenie bardziej zbitej. Po ustach sunie jednak bez większych problemów. Nie pachnie zbyt wyraźnie, a smakuje lekko "szminkowo".

Czy Essence udało się stworzyć produkt długotrwały? I tak, i nie. Z jednej strony szminka robi to, z czego pomadki longlasting są znane - pustoszy usta. Nie wysusza ich dramatycznie, ale ściąga skórę, sprawiając, że wargi są nieprzyjemnie pomarszczone. Z drugiej strony zawodzi na polu, na którym powinna się przykładnie wykazywać. Długotrwała szminka, która pozostaje na ustach przez dwie godziny? To jakieś żarty?

Niewesołą sytuację ratuje trochę kolor. Barely There to odcień z gatunku "moje usta tylko trochę lepsze (i ciemniejsze". Dobrze czuję się w takim neutralnym odcieniu ciemnego różu.




Choć kolory w serii longlasting zachęcają do zakupu, to radzę kupić jeden "na próbę", zanim przyniesiecie do domu połowę sklepu. Można się trochę rozczarować.

Skład: RICINUS COMMUNIS (CASTOR) SEED OIL, ETHYLHEXYL PALMITATE, POLYBUTENE, OCTYLDODECANOL, CANDELILLA (EUPHORBIA CERIFERA) WAX, POLYETHYLENE, MICA, DISTEARDIMONIUM HECTORITE, PENTAERYTHRITYL TETRA-DI-T-BUTYL HYDROXYHYDROCINNAMATE, TIN OXIDE, PARFUM (FRAGRANCE), MAY CONTAIN: CI 15850 (RED 6/RED 7 LAKE), CI 19140 (YELLOW 5 LAKE), CI 42090 (BLUE 1 LAKE), CI 45410 (RED 28 LAKE), CI 77491, CI 77492 (IRON OXIDES), CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE).

Cena: ok. 10 zł
Dostępność: Drogeria Natura, Hebe, wybrane Super-Pharmy i Tesco
Ocena: 3-3,5/5

poniedziałek, 10 marca 2014

W stronę słońca. Vichy Capital Soleil SPF 50 Mattifying face fluid

"Dziecko, wyjdź trochę na słońce, wystaw plecy, nabierz koloru" - każdego lata mama powtarzała to zdanie jak mantrę. Kręciła głową, gdy dziecko, siedziało w wodzie, a zaraz po wyjściu z niej zwiewało w poszukiwaniu cienia. Dziecko uparte, ale słońce bardziej cwane. Koniec końców dziecko wracało do domu z białymi nogami (może je nasmarować olejem, a one i tak się nie opalą) oraz brązową twarzą i dekoltem. Jak dziecko było małe, to nie widziało w tym problemu, ale jak trochę podrosło i się naczytało...

Nigdy nie czułam specjalnej potrzeby używania filtrów, ale w czasie niedawnego szału na zabezpieczanie skóry przed promieniami słonecznym i modą na "porcelanę", zdecydowałam się zaznajomić z tym tematem. W międzyczasie postanowiłam też zabawić z kwasami, więc filtrowa fanaberia stała się wręcz koniecznością. Po wypróbowaniu w okresie letnim smalcu z Dermedic, zdecydowałam się poszukać czegoś, co nie sprawi, że moja twarz będzie wyglądała jak, smażona na podwójnej porcji tłuszczu, frytka. Padło na zbiorowo uwielbiany filtr marki Vichy.

W przeciwieństwie do Dermedic, kosmetyk Vichy nie jest tłusty. Z pozoru wydaje się zwyczajny, ani taki, ani owaki, ot zwykły krem. Jednakże po rozsmarowaniu pokazuje swoje prawdziwe oblicze - "gumuje" na twarzy, trzeba go szybko rozprowadzać, żeby nie zastygł. Nie ma problemów z jego rozsmarowywaniem, ale czuć lekki opór. Zastyga do ładnego matu, ale nie wysusza przy tym. Mam wrażenie, że dzięki temu jest całkiem niezłą bazą pod makijaż - zauważyłam, że róż lepiej rozprowadza się i lepiej "przyczepia", gdy mam na twarzy ten produkt. Vichy nie bieli, nie daje efektu trupiej twarzy. Nie zapycha.

A jak z ochroną? Zeszłoroczna jesień i ciągle jeszcze trwająca zima były wyjątkowo łagodne. Słońce nas rozpieszczało. Praktycznie za każdym razem, gdy wychodziłam, musiałam aplikować ten kosmetyk. Dzięki niemu moja twarz, po zrzuceniu koloru, którego nabrała trochę latem, swobodnie sobie bladła. Mimo stosowania kwasów, nie wyskoczyły mi też żadne dodatkowe plamy (zrobiły się od czego innego :D).To działa!

Jako tako nie mogę się przyczepić do samego produktu. Niestety jest on dostępny jedynie "w sezonie" (maj-sierpień), więc w pozostałe miesiące trzeba za nim latać z wywieszonym jęzorem i z uporem maniaka przeczesywać sklepy internetowe. Ponadto jest dość drogi. Jakość wynagradza jednak wszystkie niedogodności. Polecam gorąco!

Skład: Aqua, Homosalate, Silica, Ethylhexyl Salicylate, Ethylhexyl Triazone, C12-15 Alkyl Benzoate, Bis-Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, Drometrizole Trisoloxane, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Aluminium Starch Octenylsuccinate, Octocrylenr, Glycerin, Pentylene Glycol, Styrene/Acrylates Copolymer, Potassium Cetyl Phosphate, Parfum, Caprylyl Methicone, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Alumiium Hydroxide, Caprylyl Glycol, Cinnnamomum Cassia Bark Extract, Dimethicone, Disodium EDTA, Inulin Lauryl Carbamate, PEG-8 Laurate, Phenoxyethanol, Poterum Officinale Root Extract, Stearic Acid, Stearyl Alcohol, Terephthalylidene Dicamphor Sulfonic Acid, Titanium Dioxide, Tocopherol, Triethanolamine, Xanthan Gum, Zingber Officinale Root Extract.

Cena: ok. 53 zł/50 ml
Dostepność: Super-Pharm, apteki
Ocena: 5/5

środa, 5 marca 2014

Posolić? Stara Mydlarnia Salt peeling Spa&wellness

Praktycznie każdego dnia obchodzone jest mniejsze lub większe "święto lasu". Nie każdy pamięta o każdym, ale zwykle zainteresowani pamiętają o odpowiedniej okazji. Lekarze świętują 7 kwietnia, koty dostają dodatkowe puszki 17 lutego, 9 lutego możemy bezkarnie obżerać się pizzą, 30 maja wolność świętuje biust, a 30 października trzeba pozbyć się buszu z nóg, żeby założyć spódnicę. Zakupoholicy też mają swoje święto. Ten dzień, określony dość niewinnie, mianem Dnia Darmowej Dostawy, zrujnował już niejeden portfel. Dałam się ponieść zbiorowemu podnieceniu i wyszukiwałam interesujących ofert. W jednym ze sklepów wpadł mi w oko sporo przeceniony peeling arbuzowy. Zaczaiłam się przy komputerze i z bojowym okrzykiem, tuż po północy, zaczęłam walczyć ze złośliwymi serwerami. Jak na złość, jakaś małpa sprzątnęła mi arbuza sprzed nosa. Nie zastanawiałam się długo i do koszyka powędrowała wersja "morska". 

Peeling "mieszka" w klasycznym, plastikowym słoiku - nie jest to typ opakowania, o którym można by było pisać epopeje.

Po otwarciu słoika, moim oczom ukazała się płynna warstwa z jakimiś farfoclami. Nie wiedziałam, co mam z tym fantem zrobić. Wylać? Wymieszać łychą z resztą? Do dziś nie wiem, jakie miało być prawidłowe rozwiązanie :D. Pod tą warstwą znajdowała się kolejna, już stała - bardzo zbita sól.

Ze względu na mały rozmiar kryształków soli, byłam pewna, że peeling będzie słabeuszem. Nic bardziej mylnego. Może i sól nie jest duża, ale potrafi podrapać. Nie ściera tak świetnie jak cukier, czy kawa, ale jest całkiem dobrze - radzi sobie z suchą skórą, ale grubszy naskórek (np. na piętach) stawia opór.. Niestety, peeling dość szybko się rozpuszcza, dlatego należy szybko działać. Trzeba się wykazywać nie tylko sprawnością, ale i refleksem - sól jest bezwzględna dla wszelkiego rodzaju podrażnień i działa jak ich wykrywacz. Nawet jeżeli wcześniej nie czułaś dyskomfortu związanego z uszkodzoną skórą, nie wiedziałaś, że gdzieś coś nie gra, to gwarantuję, że peeling ci o tym doniesie. W bolesny sposób.

Dzięki temu, że peeling zawiera w sobie oleje, możemy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Za jednym zamachem ścieramy i jednocześnie nawilżamy skórę. Peeling pozostawia na skórze delikatną tłustą warstwę, która częściowo wnika w skórę (reszta w ręcznik :D:D). 

Na koniec zostawiłam sobie to, czego najbardziej obawiałam się w tym produkcie, czyli jego zapach. Jak ognia unikam wszelkiego rodzaju morskich aromatów. Kojarzą mi się z chemią gospodarczą (podobnie jak leśne i cytrynowe). Peeling ze Starej Mydlarni nie pachnie oceaniczną świeżością kostki WC. Jego zapach przypomina mi powietrze nad Bałtykiem, to morze jest takie swojskie i delikatne. Mimo wszystko nie jest to mój typ. Co prawda mnie nie drażni, ale nie wzbudza szybszego bicia serca. Na skórze utrzymuje się przez około 2 godziny.

Ten produkt, choć nie powala na łopatki, z pewnością mogę zaliczyć do grona tych "dobrych". Nie wykluczam zakupu innego wariantu zapachowego - Stara Mydlarnia ma sporą ofertę peelingów, zarówno solnych, jak i cukrowych. Na myśl o niektórych z nich, cieknie mi ślinka :).

Skład: Sodium Chloride, Salt Form Dead Sea, Glycine Soya Oil, Helianthus Annuus Seed Oil, Parfum, b-ter-Butyl-alpha Methylhydrocinnamal, Hexylcinnamaldehyde, Linalool, Isomethyl-alpha-ionone, BHT.

Cena: ok. 30 zł/250 ml
Dostępność: sklepy Stara Mydlarnia (np. Wrocław, ul. Odrzańska), drogerie Natura
Ocena: 4/5

niedziela, 2 marca 2014

Zmiana warty. Zużycia lutego

Tak, tak, minął kolejny miesiąc (jakby się ktoś jeszcze nie zdążył zorientował). Nawet jeżeli ukradli wam kalendarz, blogerki spieszą z pomocą i, niczym grzyby po deszczu, wyrastają notki o ulubieńcach, denku, podsumowaniach z perspektywy telefonu. Tak, tak, to już marzec, czas obudzić się z zimowego snu i jakoś zebrać się w sobie - pochować koce do szafy, rozpocząć akcję "uwolnić orkę" (x dni do bikini :D) i posprzątać. Warto zacząć już dziś :). 

Choć nie dopadła mnie jeszcze mania porządkowania, to jak co miesiąc, zdecydowałam się zajrzeć do torby z pustymi opakowaniami, która wydała mi się podejrzanie napchana... Chyba muszę skołować większą torbę, moce przerobowe mi się zwiększyły :).


Było: Alverde Nutri-Care Shampoo Mandel Argan - odnośnie tego szamponu mam mieszane uczucia, bo o ile końcówki go polubiły, tak włosy u nasady urządziły tłusty strajk. Pisałam o nim TU.

Jest: Alverde Sensitiv Shampoo Birke Salbei - jak na razie nie zrobił mi krzywdy, mam nadzieję, że nie odstawie później takiego numeru jak Alterra migdałowa i nie postanowi, że przerzedzi mi czuprynę.


Było: Balea Colorglanz Shampoo Cocos+Tiarebluete - właściwie nie ja zużyłam ten szampon (w sensie na włosy), tylko jajko Ebelin. Ale jajko nie ma swojego bloga, więc butelka kokosowego szamponu wpadła na moje konto :D. Żeby nie było - próbowałam kilka razy myć nim włosy, ale robił mi okropny czepek na głowie. Mojej mamie też nie odpowiadał, więc kilka miesięcy kurzył się w łazience. Do czasu, aż zdesperowana zaczęłam szukać czegoś co dopierze gąbkę Ebelin. Mydła, żele antybakteryjne i mydło malarskie poległy. Nieoczekiwanie jajko odpuściło, gdy potraktowałam je szamponem Balea.

Jest: Balea Jeden Tag Shampoo Blaubeere - ten szampon akurat lubię (recenzja), ale mam jeszcze inne w zapasach, więc ostatecznie mogę poświęcić jagody. Może pojawią się inne, godne pożądania, szampony "codzienne".


Było: Alverde Haarkur Granatapfel+Aloe Vera - o tej masce napisano już tomy. I ja ją bardzo polubiłam, choć ze względu na to, że stosowałam ją na zmianę z innymi produktami, nie czuję się kompetentna do smarowania posta na jej temat. Może kupię kolejne opakowanie, przyłożę się do testów i wtedy definitywnie zakocham na amen.
L'biotica Biovax Maska Naturalne Oleje Argan+Makadamia+Kokos - takie małe pojemności są idealne, aby nie zostać z pełnowymiarowym opakowaniem produktu, który zalezie nam za skórę. Maski Biovax kusiły mnie od dłuższego czasu, ale jakoś nie mogłam zdecydować się na jedną. Cieszę się, że w Biedronce pojawiły się saszetki z dwiema maskami, na które miałam ochotę - w przypadku tego produktu uniknęłam wyrzucenia kilkunastu złotych w błoto.

Jest: Alverde Glanz Haarkur Zitrone Aprikose - chyba miłości z tego nie będzie. Na razie jestem bardzo rozczarowana tym kosmetykiem, efekty są właściwie żadne.


Było: Fitomed Płyn oczarowy do twarzy z kwiatem pomarańczy - ostatnio w kwestii oczyszczania twarzy królował u mnie Fitomed. Aż dziwne, ale wszystkie wypróbowane kosmetyki się sprawdziły i wiem, że do nich wrócę, gdy znudzą mi się eksperymenty. O płynie pisałam TU.

Jest: BarbraPro Płyn micelarny - od dawna miałam ochotę na ten płyn. Kiedy wreszcie się na niego zdecydowałam, zniknął z DOZu i tym sposobem stał się dla mnie nieosiągalny. W Wigilię na Colorowo był rabat na zakupy i dlatego płyn w końcu powędrował do koszyka. Ubolewam nad tym, że jest tak słabo dostępny i drogi w stosunku do swojej pojemności... Więcej niebawem.


Było: SVR Lysalpha Active Creme - z chwilą skończenia tej tubki robię sobie urlop od kwasów. O kremie SVR napiszę niebawem.

Jest: Organic Theraphy Serum zwężające pory - czekało prawie rok na premierę, niech to będzie Oskar, a nie Złota Malina!


Było: Serum z witaminą C (olej z pestek malin+palmitynian askorbylu) - gdy czytałam proporcje, zmontowanie serum wydawało mi się łatwe. Przepis przepisem, życie życiem. Chciałam "po taniości" to miałam. Nie powinnam była łączyć palmitynianu, który lubi być rozpuszczany w wysokiej temperaturze, z olejem z pestek malin, którego nie powinno się zbyt mocno rozgrzewać. Coś mi nie wyszło. No cóż, następnym razem będę mądrzejsza i nie będę kombinować. Chemik ze mnie marny.

Jest: Apis Serum do twarzy z wit. C i białymi winogronami - wróciłam w bezpieczną strefę "gotowców".


Było: Purederm Botanical Choice Nose Pore Strips Oczyszczające plastry na nos - jakiś czas temu namiętnie używałam plastrów na nos, ale nie znalazłam idealnych, więc zarzuciłam poszukiwania. Biedronka uraczyła nas niedawno ofertą kosmetyczną, w której wypatrzyłam te plasterki. Kupiłam na spróbowanie i... wróciłam po kolejne opakowanie. Myślę, że recenzja powinna pojawić się w tym miesiącu.

Jest: To samo

A cóż to za dżinn w butelce :D?
Było: Avon Pretty Glamourous EDT - początkowo męczący i taki ostro-ulepkowy, z czasem łagodnieje. Taki zapach na co dzień, do psikania bez opamiętania :).

Jest: Playboy Play it pin-up EDT - dość słodki, ale niezbyt intensywny, przez co miło się go nosi. Ma kiepskie opinie, a mnie się wyjątkowo podoba.


Było: Rexona Invisible Diamond - z tym panem muszę się policzyć... W denku nie otrzymałby odpowiedniej ilości "czasu antenowego", więc swoje pięć minut będzie miał za jakiś czas.

Jest: Ekhem, to co zwykle.


Było: Lirene Żel pod prysznic Kusząca gruszka - pachnąca rewelacja. Cudowny zapach słodkich, dojrzałych gruszek (producent pisze jeszcze o jabłku i melonie, ale dla mnie ten żel jest po prostu gruszkowy). Nie wykazywał się specjalnymi właściwościami pielęgnacyjnymi, ale mycie się nim było prawdziwą przyjemnością. Proszę, niech Lirene zrobi taki balsam, żebym mogła się dłużej cieszyć tym zapachem!

Jest: Nivea Hawaiian Flower&Oil - żele Nivea od lat należą do moich ulubieńców pod prysznic, ale ta wersja wyjątkowo mnie zauroczyła. Może nie tyle zapachem, ale konsystencją (gęsty, treściwy żel) i tym, że nie wysusza skóry. 


Było: Balea Creme-Öl Bodylotion Pistazie - tak szczerze powiedziawszy, to nie jest smarowidło, które odmieni życie. Ładnie pachnie, nieźle nawilża, ale koszmarnie długo schnie. Nie jest to produkt, który wart byłby stawania na głowie, są inne, równie dobre i bardziej dostępne - recenzja.

Jest: Organique Coconut Oil - już raz się do niego zabierałam, ale w łapy wpadła Balea, więc kokos został wysłany na przymusowe wakacje do szafy :).


Był: L'biotica Evolet Krem na blizny i rozstępy - świetny produkt, cudnie zadziałał na rozstępy na biodrach. Niestety, cena nie urządza mnie na tyle, żeby do niego natychmiast wrócić. Nie wykluczam, że kiedyś jeszcze się spotkamy.

Jest: Babydream fur Mama Pflegeol - sprawdzony i niezastąpiony :).


Było: Essence 24h hand protection balm Repair - warto dać się zaskoczyć. Essence, oprócz różnych jakościowo kosmetyków kolorowych, tworzy także (zapewne równie nierówną) pielęgnację. Ten krem im się nawet udał - recenzja.

Jest: Cien Moisturizing Hand Cream with almond oil&shea butter -"pamiątka" z Lidla, zamiast czekolady.


Było: Isana Nagellack Entferner Mandelduft - tani, skuteczny i ogólnodostępny. Po prostu pewna lokata kapitału :).

Jest: BarbraPro Tonik do zmywania paznokci z olejkiem ze słodkiej pomarańczy - miło wrócić do tego produktu po pewnym czasie i przekonać się, że nic w nim nie zepsuli (recenzja).


Było: Pixie Cosmetics Reviving Under Eye Concealer Vanilla - przyjemny korektor, zarówno pod oczy, jak i na syfki. Szkoda, że zniknął z oferty marki.

Jest: Bell BB Cream Lightening 7in1 Eye Concealer - ten produkt, podobnie jak serum Organic Therpy, odleżał swoje. Krem BB z tej linii mnie zauroczył. Muszę przyznać, że korektor też całkiem nieźle sobie poczyna.


Było: Rimmel Lash Accelerator - dla moich rzęs silikonowa szczoteczka to jedyne słuszne rozwiązanie. Dobry tusz, jak na Rimmela wręcz genialny. Może jeszcze do niego wrócę.

Jest: Rimmel Scandaleyes Rockin' Curves - przeraża mnie ta "pogięta w locie" szczota, na razie kiepsko idzie mi zaprzyjaźnianie się z nią.


"Niezastąpieni":
Oriflame Swedish Spa Anti-cellulite cream - gwiazdkowy prezent od cioci. Niewiele mogę o nim napisać, bo właściwie niczego nie zauważyłam. Krem ma postać gęstego żelu, który zamknięty jest w tubie z dość małym otworem (bałam się, że pęknie przy wyciskaniu). Wykazuje działanie chłodzące, przy czym chłodzi, a nie mrozi i wręcz szczypie, jak wytwory Eveline. Przyjemnie pachnie. I to właściwie byłoby tyle :).

La Roche-Posay Woda termalna - wypsikałam całe opakowanie na maseczki z glinki, więc nie wiem, czy działa na skórze odmiennie niż Uriage :). Woda jak woda.

Luty nie był specjalnie długim miesiącem, więc trzeba było się spiąć. Uważam, że nieźle mi poszło. A jak realizacja waszego projektu denko? Meldujecie wykonanie zadania?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...