Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

wtorek, 25 lutego 2014

Dodaj gazu! Rimmel Lash Accelerator

Na temat tego, jak ciężkie jest życie blogera, niedługo powstaną rozprawy naukowe. Jednak nawet dziecko wie, że tekst się sam nie napisze, a zdjęcia się same nie zrobią. Nie ma lekko :D... Ostatnio Jamapi wypowiedziała się na temat tego, co lubi, a za czym nie przepada przy okazji blogowania (KLIK). Po przeczytaniu jej notki, zaczęłam zastanawiać się, czy mnie też coś uwiera. Już miałam napisać, że właściwie nie, nic nie doprowadza mnie do szału, ale wtedy mój wzrok padł na "artystyczny nieład" vel. bajzel na biurku i kątem oka wychwyciłam kawałek żółtego opakowania... Daję słowo, żółtko posyłało mi szeroki, słoneczny uśmiech. Wyjątkowo złośliwy. I wtedy właśnie zdałam sobie sprawę, że naprawdę czegoś szczerze nie znoszę - robienia zdjęć efektu tuszu do rzęs. Maskary są mi wyjątkowo nieżyczliwe. Mogę tysiąc razy malować rzęsy i milion razy je fotografować, a za każdym razem jest to samo. Płacz i zgrzytanie zębami :). Cóż, może odkryję w sobie jakiś inny talent, zabawy z rzęsami nie będą moim powołaniem.

Pomimo braku umiejętności machania szczotką, tuszy ci u mnie dostatek. "Winę" w tym zakresie ponosi Rimmel, który lubi przysyłać swoje nowe wytwory. Jak dotąd uczucia w stosunku do maskar tej marki były raczej dość chłodnawe. Czy Lash Accelerator to  w jakikolwiek sposób zmienił?

Tradycyjnie zacznę od opakowania. Rimmel ostatnimi czasy stawia na wręcz odblaskową szatę graficzną tuszy - Scandaleyes znajduje się w zielonej butelce, Scandaleyes Rockin' Curves w czerwonej, a Lash Accelerator jest żółciutki. Niby pierdoła, ale jakoś te wyraziste kolory bardziej rzucają się w oczy i łatwiej znaleźć takiego gagatka. Ale mniejsza z tym.

Kluczem w przypadku maskary jest jej aplikator. Lash Accelerator zapunktował na wstępie, ponieważ ma silikonową szczoteczkę, która całkiem nieźle rozdziela rzęsy (gdy tusz jest świeży; pod koniec używania to święty Boże nie pomoże :D). Początkowo wydawało mi się, że szczoteczka jest jakaś taka duża. Porównałam ją jednak z innymi i nie różnią się znacząco długością. Może  wydała mi się większa niż jest, dlatego że jest dość "łysa" - w porównaniu z niektórymi wygląda biednie, ot, taki chudy patyk z krótkimi wypustkami. Pomimo tego, że szczoteczka nie wyróżnia się znacząco rozmiarem, to jednak operuje się nią jakoś gorzej. Mam wrażenie, że jest taka nieporęczna i ciężko dotrzeć nią w wewnętrzny i zewnętrzny kącik oka bez umazania się tuszem.

Nie sądziłam, że uda mi się cokolwiek wykrzesać z tego tuszu. Raz, że tusze Rimmela mnie nie do końca przekonywały, a dwa - nie oczarował mnie ten aplikator. Zostałam mile zaskoczona, ponieważ produkt naprawdę się spisał. Ładnie wydłuża rzęsy, bez robienia z nich pajęczych nóżek. Nawet po dwóch warstwach włoski wyglądają na rozczesane. Tusz nie splata ich w warkocze i nie sprawia, że finalnie mamy trzy kikuty. Jednokrotna aplikacja daje przyjemny, naturalny efekt w postaci lekkiego podkreślenia i wydłużenia. Po dołożeniu kolejnej porcji, maskara jeszcze trochę wydłuża, a dodatkowo pogrubia. Jedna warstwa zupełnie wystarczała mi na co dzień, dwie dawały lepszy efekt, ale włoski zahaczały mi o okulary :D.

Zadanie domowe: policz rzęsy :D:D

Uważam, że Lash Accelerator to wyjątkowo udane dziecko Rimmela. Efekt mnie zadowala (choć pewnie dla części będzie stanowczo zbyt słaby, jak to zwykle w przypadku tuszy bywa), nie wykluczam, że pomimo niewygodnej szczotki, jeszcze kiedyś zaproszę tego pana na przejażdżkę :).

Cena: ok. 30 zł/10 ml
Dostępność: Natura, Hebe, Rossmann, Super-Pharm, Jasmin, Tesco
Ocena: 4/5

piątek, 21 lutego 2014

Pozytywne zaskoczenie zawsze w cenie. Essence 24h Hand Protection Balm Repair

Mam gorącą głowę i jestem kiepskim sportowcem. Jest jednak dyscyplina długodystansowa, w której miałabym szansę na zdobycie medalu. Samozwańczo przyznaję sobie laur za szwendanie po mieście. Mogę łazić i oglądać dopóki nogi mi nie odpadną. Spaceruję i rejestruję szczegóły. Szczególnie upodobałam sobie łażenie po sklepach, lubię wiedzieć, gdzie co i za ile. Jedni składają origami, inni znajdują przyjemność w buszowaniu wśród półek, każdy jest świrem na swój sposób :D. Dziwną moc przyciągania odczuwam w czasie rozmaitych promocji. Prawie zawsze układam plan dnia tak, aby zajrzeć choć na chwilę. 

Podczas jednej ze sporych obniżek zakręciłam się koło Super-Pharmu. Skoro już tam byłam, to dlaczego by nie wejść :D. Właściwie niczego nie potrzebowałam, ale skoro okazało się, że kolorówką w rozumieniu SP jest też pielęgnacja w wydaniu producentów kosmetyków kolorowych dostępna w ich szafach, to porwałam krem Essence "na pamiątkę" :D. Krem do rąk to w porze jesienno-zimowej kosmetyk niezbędny w mojej kosmetyczce, podobnie zresztą jak balsam do ciała. O ile w ciepłe miesiące czasem udaje mi się migać od smarowideł, tak gdy temperatura spada, moja skóra dostaje kręćka.

Krem znajduje się w tubie z grubego, ale elastycznego plastiku. Ma klapkę, nie korek, więc nic "nie ucieknie" podczas stosowania takim fajtłapom jak ja. Trochę trudno wyciska się produkt pod koniec opakowania, ale przez większą część czasu tuba działa bez większych problemów. 

Produkt charakteryzuje się średnio gęstą konsystencją. Nie jest tak rzadki jak Ziaja Kozie Mleko, ale nie stawia oporu przy rozsmarowaniu - nadal ma konsystencję kremu nie maści. Spodziewałam się, że krem będzie należał do drużyny tłuścioszków. Nie pomyliłam się, Essence zostawia lekko tłustawy filtr (w porównaniu do np. malinowego kremu AA), ale nie jest to tak śliska i prawie lepka warstwa jaką daje krem Palmer's. Essence tworzy swego rodzaju rękawiczki, które przez jakiś czas otulają dłonie - można w tym czasie pisać, ale nie odkręcimy butelki z wodą.

Działanie pozytywnie mnie zaskoczyło. Podobnie jak AA, nie jest to może skoncentrowany krem naprawczy, ale ujarzmia podrażnioną skórę w kryzysowych sytuacjach. Specjalnie nie nacierałam niczym dłoni przez kilka dni, żeby sprawdzić, jak się spisze. W tym czasie na knykciach powstał mi suchy placek, a między palcami zaczęły się tworzyć skórki. Essence nie naprawił zniszczeń po jednej aplikacji, ale przyniósł wyraźną ulgę, szczególnie odczuwalną między palcami. Przy regularnym stosowaniu stan dłoni znacząco się poprawił, a skóra przestała być taka ściągnięta i zrobiła się bardziej gładka. Krem daje uczucie "dopieszczenia" dłoni, skóra jest nawilżona.

Największym minusem tego produktu jest jego zapach. Ciężki do opisania, nie potrafię powiedzieć, jakie komponenty składają się na ten aromat. Natomiast mogę stwierdzić, że ten krem pachnie identycznie jak lubiany przez wiele osób zielony krem z Biedronki. W pierwszej chwili myślałam nawet, że może to ten sam produkt (krem Essence również został wyprodukowany w Polsce), ale składy kosmetyków się różnią.

Jestem całkiem zadowolona z tego kremu i mam ochotę na wypróbowanie innych z tej serii.

Skład: Aqua, Butyrospermum Parkii Extract, Cocos Nucifera Oil, Cetearyl Alcohol, Petrolatum, Stearic Acid, Glycerin, Glyceryl Stearate, PEG-100 Stearate, Sodium Hyroxide, Ceteareth-20, Magnesium Sulfate, Polyacrylic Acid, Disodium EDTA, PEG-8, Tocopherol, Citric Acid, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Parfum.

Cena: ok. 6 zł/75 ml
Dostępność: Super-Pharm, Drogerie Natura
Ocena: 4/5

poniedziałek, 17 lutego 2014

Złapać Boga za nogi. Fitomed Płyn oczarowy do twarzy z kwiatem pomarańczy

Przyczepiłam się do kosmetyków Fitomed jak rzep do psiego ogona. Krem, żel, tonik, a teraz płyn oczarowy. Konsekwentnie "odstrzelam" kolejne propozycje tej marki, przeznaczone do pielęgnacji twarzy, dostępne na szerszą (w założeniu) skalę. Do tej pory przetestowałam wszystko do swojego rodzaju cery, ale z tyłu głowy siedzi mi myśl, żeby dobrać się do innych produktów. Kupię tonik do cery suchej, a co!

Płyn oczarowy pojawił się w mojej kosmetyczce tego samego dnia, co tonik oczyszczający. Jakoś tak wyszło, że po załatwieniu kilku spraw, miałam ochotę na spacer. Odwiedziłam więc dwa sklepy zielarskie w mieście - z jednego przytargałam tonik, z drugiego, na pamiątkę, płyn. Tonik, bo potrzebowałam, płyn, bo jest z atomizerem (mam dziwną słabość do psikadeł). Moce przerobowe mam niezłe, więc nic się nie zmarnuje.

Płyn, jak już wspomniałam, posiada atomizer. To rozwiązanie początkowo mnie zachwyciło. Do czasu, aż rozpoczęłam używanie. Psikadło okazało się mało przydatne jeżeli chodzi o stosowanie płynu w roli toniku. Opryskiwanie wacika albo twarzy było czasochłonne, dlatego ukradłam korek od jego oczyszczającego brata. Atomizer "sika" kroplami zamiast mgiełką, co też nie do końca sprawdziło się przy psikaniu zasychającej maseczki z glinki.

W kwestii konsystencji nie ma czego opisywać, bo to woda jak każda inna. Miło, że płyn jest mniej zabarwiony niż tonik - dokładnie widać, że coś się zmyło. 

Zanim przejdę do opisu działania, zatrzymam się przez chwilę na zapachu - cóż, cudów nie ma. Po hydrolacie z kwiatu pomarańczy mogłam domyślać się, czym będzie pachniał płyn nim aromatyzowany. Mokra ziemia i odrobina pomarańczy, żadne perfumy :).

Gdy przeczytałam recenzje na KWC, złapałam się za głowę. Nie mogłam się doczekać jego stosowania, poważnie zastanawiałam się nad przyspieszeniem zużywania toniku oczyszczającego (rozważałam nawet mały wypadek z umywalką i niezamkniętą klapką). Recenzentki opisywały jego cudowność, a mnie ślina mimowolnie ciekła. Te laurki porządnie namąciły mi w głowie i być może dlatego początkowo nie zakochałam się w tym produkcie.

Płyn świetnie sprawdza się do przemywania twarzy rano i wieczorem. Bardzo przyjemnie odświeża cerę. Usuwa zanieczyszczenia i pozostałości po makijażu. W przeciwieństwie do toniku nie ściąga cery, a wręcz ją lekko nawilża - doskonale obrazuje to. Gdy rozrabiałam błoto ze zwykłą wodą, skóra była bardzo napięta, co nie do końca sprawiało przyjemność - miałam momentami wrażenie, że jeśli się uśmiechnę, to mi coś pęknie :D. Natomiast jeżeli wodę zamieniłam na ten płyn, cera sprawiała wrażenie miękkiej i nie takiej "zwartej". Zdecydowanym plusem tego produktu jest też łagodzenie zaczerwienień i lekkie obkurczanie naczynek - nie jest to może tak spektakularny efekt jak po serum z witaminą C, niemniej można dostrzec zmiany w tym zakresie. Nie zaobserwowałam, co mnie odrobinę smuci, obiecanego zwężenia porów.

Fitomed po raz kolejny mile mnie zaskoczył. Miałabym ochotę na inne płyn z tej serii, gdyby, jak na złość, nie pachniały tym, czego nie znoszę: różą i lawendą. Do ziemistej pomarańczy z pewnością jeszcze wrócę. I koniecznie muszę sprawdzić działanie hydrolatu oczarowego w wersji "czystej".

Skład: Aqua, Hamamelis Virginiana Leaf Water, Glycerin, Panthenol, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Allantoin, Cytric Acid, Phenoxyethanol(and)Ethylhexylglycerin, Parfum (Linalool, Limonene, Geraniol, Citral), CI 19140.

Cena: ok. 15 zł/200 ml
Dostępność: sklepy zielarskie (we Wrocławiu - stoisko Maciejka na Hali Targowej)
Ocena: 4,5-5/5

piątek, 14 lutego 2014

Stacja: pistacja. Balea Creme-Öl Bodylotion Pistazie

Zawsze po cichu dziwiłam się starszym, którzy często snuli wspomnienia przy każdej możliwej okazji. "Za czasów mojej młodości...", "gdy byłem mały...", "20 lat temu było inaczej..." - każda okazja była dobra do tego, żeby cofnąć się myślami w czasie. Chyba się starzeję, bo ostatnio też często wracam do tego, co był i z rozrzewnieniem wspominam minione radosne chwile. Czasem obrazy pojawiają się w mojej głowie ot, tak sobie, innym razem wracają z jakiegoś konkretnego powodu np. zapachu albo smaku. Dzięki balsamowi Balea wróciłam myślami do czasów dzieciństwa, gdy z niecierpliwością czekałam na powrót mojej cioci z zakupów w Czechach. Dla każdego przywoziła coś miłego - rodzice dostawali piwo i masło czosnkowe, a dzieciaki nieśmiertelne Lentilky. Dodatkowo zawsze pojawiało się coś, co cieszyło wszystkich, niezależnie od wieku i preferencji - pistacje z ogromnego worka wyłuskiwała cała rodzina.

Nawet nie ośmielałam się marzyć o produktach z aromatem ulubionego orzecha (ulubiony, bo to jedyny, który jem chętnie). Gdzieś tam mi mignęły w recenzji jednej dziewczyny pistacjowe perfumy oraz masło do ciała. Mogłam jednak tylko do nich powzdychać. Gdy w czasie małej wycieczki trafiłam do drogerii DM i zobaczyłam na półce ten balsam, nie wahałam się ani chwili. Niemal od razu po zakupie wzięłam go "w obroty".

Kosmetyk zamknięty jest w tubie z cienkiego, ale wytrzymałego plastiku. Opakowanie "pracuje", jest dość elastyczne i łatwo wydobyć z niego produkt.

Pistacjowy balsam to właściwie mleczko. Jego konsystencja jest zdradliwie rzadka i łatwo przesadzić z ilością. Co za dużo to nie zdrowo - jeżeli zaaplikujemy go za dużo, to tworzą się białe mazy. Z pozoru niewinne mleczko nie jest tak lekkie jak się wydaje - zostawia na ciele tłustawą warstewkę, która dość wolno się wchłania - na łydkach jest to średnio 20 minut.

Co z działaniem? Jest nieźle, ale nie idealnie. Balsam nawilża, ale nie daje uczucia takiej dogłębnej pielęgnacji skóry. Radzi sobie z suchymi partiami ciała, ale nie "naprawia" całkowicie. Powiedziałabym raczej, że to raczej produkt do codziennej, systematycznej pielęgnacji niż cudotwórca w tubce. Tym, czym ten balsam mnie zaskoczył, to niesamowita gładkość, którą nadaje.

Na koniec zostawiłam zapach, który odrobinkę rozczarował, ale tylko troszeczkę. Aromat pistacji jest dość delikatny, przypomina mi trochę orzechowe masło Isany (tylko nie jest aż tak mocno mleczny). Nie jest to czysty zapach tego orzecha, to raczej taki pistacjowy krem. Przyjemny, ale jak dla mnie jest za mało "cukru w cukrze". Plusem jest trwałość tego zapachu, na skórze wyczuwalny jest bardzo długo - nawet 4 godziny.

Balea stworzyła smakowicie pachnący balsam, o niezłych właściwościach. Jest miło, ale temu kosmetykowi brak "pazura", dzięki któremu zapadłby w pamięci na dłużej i wzbudził chęć robienia zapasów.

Skład: Aqua, Ethylhexyl Stearate, Helianthus Annuus Hybrid Oil, Isopropyl Palmitate, Glycerin, Caprylic/Capric Triglyceride, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate Citrate, Vitis Vinifera Seed Oil, Phenoxyethanol, Sodium Benzoate, Carbomer, Tocopheryl Acetate, Allantoin, Potassium Sorbate, Parfum. Benzyl Alcohol, Benzyl Benzoate, Benzyl Salicylate, Hexyl Cinnamal, Sodium Hydroxide, Limonene, Linalool.

Cena: 1,75 euro/200 ml (11 zł)
Dostępność: drogerie DM, Kokardi,
Ocena: 4/5

wtorek, 11 lutego 2014

Witaminki, witaminki! GlySkinCare Intense C Serum 7,5% L-Ascorbic Acid

Minimalizm w każdej dziedzinie życia stał się ostatnio szalenie popularny. Mniej tego, mniej tamtego... Ogranicz zasoby swojej szafy, wyrzuć bibeloty, zredukuj ilość używanych kosmetyków do minimum. Moda, jak każda moda, pewnie szybko przeminie (nie licząc tych osób, dla których maksymalne hamowanie zapędów stanie się trwałym nawykiem). Ta obecna tendencja zmusiła mnie do pewnych przemyśleń i małych podsumowań. Mogę powiedzieć, że byłam minimalistką w kwestiach pielęgnacji, zanim to stało się modne :D. Dwa lata temu używałam żelu do twarzy, kremu nawilżającego i płynu micelarnego. Nie potrafiłam zrozumieć po co komu dwa kremy, tonik, krem pod oczy, nie wspominając o takim zbytku, jakim są maseczki. Wraz z upływem czasu zaczęłam lepiej rozumieć swoją skórę i jej potrzeby. W moim przypadku sprawdza się stopniowe włączanie kolejnych produktów. Gdybyście spytali mnie dwa lata temu, czy zamierzam sięgnąć po jakieś serum, pewnie spojrzałabym na was jak na przybyszów z innej planety. Serum? A po co to komu?

Słyszałam o dobroczynnym działaniu witaminy C na naszą skórę, ale nigdy nie kusiło mnie sprawdzenie tego na własnej skórze. Dopiero, gdy Kasia napomknęła, że jej promienna cera jest m. in. efektem nacierania się witaminą C, zapragnęłam wypróbować jej działanie (C, nie Kasi) na sobie. Z zapasów wygrzebałam więc produkt GlySkinCare przyniesiony z jednego ze spotkań.

Opakowanie tego produktu było dla mnie wyzwaniem. Wszystko pali mi się w rękach, dlatego wszelkie szklane butelki są zagrożone. Tym razem obyło się bez ofiar, zużyłam serum do ostatniej kropelki, nie podzieliwszy się nim z podłogą albo zlewem. Odnośnie butelki nie mam żadnych zastrzeżeń, ale trochę przyczepię się do pipety, która mogłaby być trochę dłuższa (kończy się ok. 0,5 cm nad dnem).

W kwestii konsystencji nie mam zbyt wiele do opisywania. Nie wiem dlaczego, ale ubzdurałam sobie, że to serum będzie olejowe. Nic bardziej mylnego, jest jak najbardziej "wodne". Na twarzy tworzy taką świecącą, ale nie tłustą warstwę. Nie nawilża, ani też nie zapycha. W czasie mrozów (dużych różnic temperatur między  powietrzem w mieszkaniu i tym na dworze) warto połączyć serum z kremem nawilżającym.

Czy witamina C przysłużyła się mojej cerze? Choć czytałam, że takie serum daje dość szybkie efekty, to jakoś nie zauważyłam tego ekspresowego działania u siebie. Byłam jednak cierpliwa i ten anielski spokój popłacił. W ciągu dwóch miesięcy (na tyle wystarczyła mi ta buteleczka) moja skóra nie przeszła może całkowitej metamorfozy, ale zmieniła się wyraźnie. Serum zadziałało rozjaśniająco na przebarwienia, które pojawiły mi się na skroni - wyraźne czerwone placki są teraz praktycznie niewidoczne. Pozytywne wyniki osiągnęło też w pacyfikowaniu moich naczynek na nosie. Czerwona pajęczyna wyraźnie straciła rezon i jakby się zmniejszyła. Poza tym "działaniem punktowym" produkt sprawił też, że moja cera, która w miesiącach zimowych nie grzeszy świeżością i często robi mnie na szaro, zaczęła wyglądać bardziej promiennie. Ewentualne niewyspanie zdradzały tylko cienie pod oczami (tam się nie odważyłam zastosować produktu).

Produkt GlySkinCare pokazał mi, że szprycowanie się witaminami może przynieść sporo dobrego. Z pewnością zaprzyjaźnię się z witaminą C i być może jeszcze wrócę do tego kosmetyku. Polecam!

Skład: Propylene Glycol, Ascorbic Acid, Lecithin, Polyacrylamide, C13-14 Isoparaffin, Laureth-7.

Cena: ok. 60-80 zł/15 ml
Dostępność: apteki (np. Gemini), sklepy internetowe (np. bio-med)
Ocena: 4,5-5/5

sobota, 8 lutego 2014

Za, a nawet przeciw. Alverde Nutri-Care Shampoo Mandel Argan

Przy recenzji każdego szamponu zwykle wspominam o tym, że znalezienie odpowiedniego to nie lada wyzwanie. Szczególnie, gdy skóra głowy jest bardziej uparta od całej reszty. Takiej to trudno dogodzić. Dodawszy do tego przetłuszczające się kłaki, naprawdę trudne jest odkrycie złotego środka.

Kosmetyki marek własnych drogerii i marketów zyskały w ostatnich latach sporą popularność. Wiele osób, podążając trochę ślepo za etykietkami, panicznie bało się zakupu czegoś "niemarkowego". Sama tak miałam. Wolałam chwycić żel Nivea niż żel z Biedronki. Wmówiłam sobie irracjonalne uprzedzenia do tych wyrobów. Zupełnie niesłusznie. Marki własne udowodniły mi, że w ich asortymencie można znaleźć świetne produkty, często z lepszymi składami i bardziej przystępne cenowo niż wytwory międzynarodowych koncernów. Isana, Alverde, Cien, Blanchette, Sephora, czy BeBeauty na stałe zagościły na wielu łazienkowych półkach. Jednak zgodnie z zasadą, że to, co trudniej dostępne, bardziej kusi, rzesze kosmetykoholiczek marzą dniem i nocą o produktach dostępnych poza granicami kraju. Alverde, Balea, Ebelin, p2... Chcąc nie chcąc, każdy gdzieś coś o nich słyszał (niektórzy wręcz mają alergię :D:D). Czy te kosmetyki są warte wypłakiwania oczu? To zależy. Dziś na tapecie wylądował jeden z produktów, którego zakup warto rozważyć.

Migdałowo - arganowy szampon Alverde wylądował na liście produktów, które koniecznie muszę nabyć w DM, po bardzo pozytywnych recenzjach innych blogerek. Oczyma wyobraźni już widziałam, jak moje włosy stają się dopieszczone, a skóra głowy spacyfikowana. A jak było?

Szampon znajduje się w prostej butelce. Opakowanie jest solidne, płaska klapka chodzi bez zarzutu. Nie ma się czego czepiać, więc nie będę marudzić.

Produkt ma dość gęstą, lekko żelową konsystencję, trochę taką kisielowatą. Pieni się całkiem nieźle, choć mam wrażenie, że aby uzyskać pianę, trzeba go użyć więcej niż "normalnego" szamponu. Dobrze oczyszcza włosy, są po jego użyciu skrzypiące, chociaż nie tak jak po Barwie. Pomimo uczucia czystości włosy są jednocześnie odżywione. Nawet bez aplikacji odżywki nie przypominają suchych drutów. Po dokarmieniu czupryny dodatkowym specyfikiem efekt jest naprawdę świetny. Włosy są miękkie, wygładzone, ale nie przeładowane. Przynajmniej jeżeli chodzi o dolną część, mniej więcej 3/5 długości. Trochę gorzej jest w przypadku nasady. Szampon w żaden sposób nie uczula mojej skóry głowy, za co jestem mu wdzięczna. W dniu umycia włosy na całej długości wyglądają dobrze. Ale już nazajutrz przetłuszczają się u nasady i są oklapnięte. Pozostała część nadal wygląda dobrze, ale ten błyszczący czepek nie prezentuje się zbyt atrakcyjnie.

Uważam, że szampon Alverde ma szansę zauroczyć osoby, których włosy są na całej długości suche. Jeżeli natomiast przetłuszczają się u nasady, konieczne będzie zaprzyjaźnienie się z częstym myciem. Raczej ponownie się nie zdecyduję na ten produkt, bo wolę produkty, które tak szybko nie wejdą w komitywę z produkowanym przez moją skórę głowy smalcem.

Skład: Aqua, Sodium Coco-Sulfate, Lauryl Glucoside, Sodium Lactate, Maris Sal, Betaine, Argania Spinosa Kernel Oil, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Sodium Cocoyl Glutamate, Disodium Cocoyl Glutamate, Xanthan Gum, Alcohol, Huydrogenated Lecithin, Hydrolyzed Corn Protein, Hydrolyzed Wheat Protein, Hydrolyzed Soy Protein, Caramel, Sodium Phytate, Leuconostoc/Radish Root Ferment Filtrate, Parfum, Linalool.

Cena: 1,95 euro/200 ml
Dostępność: drogerie DM
Ocena: 3,5-4/5

środa, 5 lutego 2014

Bramy raju są wąskie... AA Technologia Wieku Maseczka zwężająca pory

W kwestii maseczek byłam zawsze mniej więcej takim samym niedowiarkiem jak w przypadku toników. Zupełnie nie widziałam sensu ich używania, do czasu aż nie poznałam, wręcz zbawiennego, działania zielonej glinki. Od tamtego czasu nakładanie błota na twarz weszło mi w krew. Zabawa z glinką to trochę brudna robota, a ja nie przepadam za nadmiernym utrudnianiem sobie życia. Od czego są gotowce :D. Pozytywnie zaskoczyła mnie maseczka z ogórkiem i glinką białą z serii AA Eco. Gdy się skończyła, trochę ociągałam się z wyciągnięciem kolejnego błotka instant z zapasów. Przeczytałam u Let's talk beauty post o maseczkach i zdałam sobie sprawę, że w czeluściach szafy mam jedną z tych zachwalanych. Aż podskoczyłam z radości i czym prędzej rozpoczęłam używanie.

Bardzo ubolewam, że maseczka występuje "w przyrodzie" tylko w postaci saszetek. Tego typu opakowanie jest dobrą opcją na wyjazdy, ale do użytku domowego mogłaby też pojawić się wersja w bardziej poręcznej tubce.

Maseczka ma postać tłustawego kremu o lekko różanym zapachu. Jakoś nie grało mi z moimi doświadczeniami dotyczącymi produktów dla "syfiarzy", które zwykle lekko wysuszały. Ta maseczka nie wykazuje takiego działania (miła odmiana). Producent zaleca stosowanie jej po peelingu (z serii Technologia Wieku). Niezależenie od tego, czy potraktowałam swoją skórę zdzierakiem (Yoskine), czy też nie ścierałam, skóra mnie piekła zaraz po aplikacji maski (po peelingu mocniej, bez niego lżej). To uczucie przechodziło po chwili, ale nie było zbyt przyjemne i osoby bardziej wrażliwe niż ja (mam smoczą skórę) powinny uważać. 

Produkt w założeniu miał zwężać pory. Nie liczyłam na to, że zamknie mi kratery całkowicie, ale liczyłam po cichu, że lekko zmniejszy ich widoczność. Niestety, ale w moim przypadku nic takiego się nie stało. Nie widziałam różnicy w wyglądzie nosa i policzków. Pory ani drgnęły. Jakieś efekty uboczne? Tak, skóra na drugi dzień była gładka i przyjemna w dotyku.

Nie jestem zadowolona z tej maseczki. Dałam jej duży kredyt zaufania i pomimo, że pierwsza saszetka nie spełniła pokładanych nadziei, kupiłam kolejne trzy. Niestety, ale nie potrafię sobie wmówić miłości do niej.

Skład: Aqua, Ethylhexyl Stearate, Propylene Glycol, Kaolin, Cetearyl Alcohol, Steareth-2, Tristearyl Citrate, Hydrogenated Polydecene, Steareth-21, Triisonananoin, Zinc Oxide, Paraffinum Liquidum, Dicaprylyl Ether, Magnesium Aluminium Silicate, Xylitylgucoside, Rosa Multiflora Fruit Extract, Glycerin, Xylitol, Ceramide NP, Panthenol, Squalane, Borago Officinalis Seed Oil, Hydrogenated Palm Oil, Anhydroxylitol, Glyceryl Stearate Citrate, Cholesterol, Allantoin, Glyceryl Behenate, Butylene Glycol, Methylisothiazolinone, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Pafrum.

Cena ok. 4 zł/10 ml
Dostępność: Super-Pharm
Ocena: 2/5

P.s. Pierwszą saszetkę otrzymałam od firmy Oceanic.

niedziela, 2 lutego 2014

Dobry start. Zużycia stycznia

Ze względu na zaskakująco niewielką liczbę postów informujących o nadejściu lutego (może dlatego, że nie wiadomo jaki obrazek dołączyć do napisu "Hello February": śnieg, serduszka czy wiosenny pejzażyk), spieszę donieść, że drugi miesiąc roku właśnie się zaczął. Choć rok dopiero raczkuje, można się pokusić o pierwsze podsumowania. Szczególnie, że miesiąc bez denka to miesiąc stracony. Bez dalszych kwiecistych wstępów, przejdę więc do właściwego tematu tej notki.


Było: DeBa BioVital Repair Conditioner - choć jej zakup nie był do końca przemyślany, to okazał się całkiem udany. Co prawda nie do końca odpowiadała mi jej wodnista konsystencja, ale moje włosy polubiły ją za działanie. Jeżeli Biedronka ponownie "rzuci" kosmetyki DeBa, polecam przytulić ją do piersi. Więcej na jej temat przeczytacie TU.

Jest: Alterra Haarkur Granatapfel&Aloe Vera oraz L'oreal Professionel Liss Unlimited - ilość kosmetyków w łazience zaczęła mnie przerażać, więc pozbierałam resztki i zabrałam się za ich zużywanie. Obie maski wyglądają dość obiecująco.


Było: Yves Rocher Pure System Głęboko oczyszczający żel do mycia twarzy - słabiutki żel z ozdobnymi granulkami. Nie pachnie przyjemnie, oczyszcza średnio, ściera tak sobie. Nie dla mnie.

Jest: Iwostin Purritin Pianka oczyszczająca - miałam ochotę na małe szaleństwo i zdecydowałam się na produkt do oczyszczania twarzy o formule, jaka jeszcze nie pojawiła się w mojej kosmetyczce. Mam nadzieję, że uprzyjemni mi toaletę :).


Było: Fitomed Tonik oczyszczający - nie jest to może produkt, który diametralnie odmienia pielęgnację twarzy, jest jednak dobrym jej uzupełnieniem. Z pewnością jeszcze nie raz do niego wrócę. Obszerną recenzję znajdziecie TU.

Jest: Fitomed Płyn oczarowy do twarzy - w mojej kosmetyczce pojawił się razem z tonikiem, ale odłożyłam jego używanie na czas stosowania toniku. Płyn spisuje się całkiem nieźle, choć ma kilka minusów. Jednym z nich jest "psikadło", dlatego też brat tonik użyczył mu korka. Nie do końca zadowala mnie też jego zapach - no cóż, wiedziałam przecież, że zapach kwiatów pomarańczy oznacza raczej aromat mokrej ziemi, a nie słodycz pomarańczy.


\Było: Uriage Woda termalna - produkt, który warto mieć w swojej kosmetyczce, choć nie jest on niezbędny do życia. Woda termalna to niby tylko woda, ale zauważyłam pewne różnice między Uriage, a wcześniej używanymi Vichy i Avene. Mam wrażenie, że Uriage wykazywała działanie delikatnie nawilżające. Poza tym świetnie koiła podrażnioną i poranioną skórę. Myślę, że przy okazji jakiejś promocji przygarnę jeszcze jedną butelkę.

Jest: La Roche-Posay Woda termalna - taaak, zamierzam zostać ekspertem w laniu wody... A właściwie w jej wypsikiwaniu :D.


Było SVR Lysalpha Active Creme - dziwnym trafem tak się składa, że ostatnimi czasy, gdy potrzebuję kremu do twarzy, jest promocja na ten. Muszę przyznać, że jestem zadowolona z jego działania, choć muszę jeszcze trochę poużywać, żeby wydać ostateczny werdykt.

Jest: To samo :).


Było: GlySkinCare Intense C Serum - serum z witaminą C kusiło mnie od dawna. Zastanawiam się teraz, dlaczego tak długo zwlekałam z dokarmieniem skóry... Za kilka dni pomęczę was zachwytami nad zbawiennym działaniem witaminy C na moją cerę. 

Jest: Bomba samoróbka :D.


Było: AA Technologia wieku Maseczka zwężająca pory - po kilku opakowaniach wyrobiłam sobie zdanie na jej temat i niebawem się nim podzielę,

Jest: To samo :).


Było: Bingo Spa Krem na szyję i dekolt z olejem arganowym - to dziwne, ale to działa :D. Smarowanie nim szyi było przyjemnością. Radził sobie z nawilżaniem skóry, ale niespecjalnie ją ujędrnił. Pełną recenzję znajdziecie TU.

Jest: Zrób Sobie Krem Naturalny olej awokado - gdy poszukiwałam kolejnego specyfiku do szyi, w oko wpadł mi olej awokado z marki Planeta Organica. Nie udało mi się go dostać stacjonarnie (a za przesyłki, które stanowią połowę ceny produktu płacić nie lubię), więc wzięłam to, co było dostępne od ręki.


Było: Avon Pretty Glamorous - dowód na to, że nie zawsze warto sugerować się opakowaniem. Etykietka sugeruje mało elegancki zapach dla dzieci. Faktycznie, Pretty Glamorous jest młodzieńczy i lekki, ale nie banalny. Ciekawy zapach na co dzień.

Jest: To samo :).


Było: Garnier Mineral InvisiCalm - ulubieniec od dwóch lat, na jego temat napisałam już wszystko.

Jest: Rexona Invisible Diamond - może okazać się czarnym koniem mojego antyperspirantowego rankingu. Pozytywnie mnie zaskoczył.


Było: Nivea Supreme Touch oraz Palmolive Delikate Care z olejkiem migdałowym - myją i ładnie pachną (choć do zapachu Palmolive początkowo nie byłam przekonana). Kremowa Nivea bardziej odpowiada potrzebom suchej skóry, ale i Palmolive nie narobił wielkich szkód.

Jest: Lirene Kusząca gruszka - od czasu, gdy Lirene wprowadziło do swojej oferty żele o apetycznych zapachach, miałam ochotę na gruszkowy. Podczas jednej z biedronkowych promocji zrobiłam solidne zapasy żeli pod prysznic i miałam nie kupować kolejnych. Postanowienia postanowieniami, a życie życiem :).


Było: AA Ciało wrażliwe Odżywczy krem do rąk i paznokci Zmysłowa Malina - dobrze nawilżający krem, którego dodatkowym atutem jest zapach. Sięgałam po niego chętnie i często w styczniu, gdy moja skóra zbuntowała się przeciwko mrozom i zaczęła stroić fochy. Więcej o nim TU.

Jest: Essence 24h hand protection balm Repair


Bez następcy: Balea Szampon głęboko oczyszczający - woda, która mocno zirytowała moją skórę głowy. Jestem na nie. Tymczasowo zostałam bez "silnego" szamponu. Trudno, będę chodzić niedomyta :D:D. Recenzję tego gagatka przejrzycie TU.

Uważam początek roku za udany, przynajmniej w kwestii zużyć. A wam jak poszło? 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...