Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

środa, 29 stycznia 2014

Parasolkę w dłoń! Sunshade Minerals Pędzel typu flat top

Nie potrafię się malować. Fakt przykry, ale prawdziwy. Już dawno pogodziłam się z tym, że mistrzynią pędzla nie zostanę. Trudno, może znajdzie się jakaś inna dziedzina, w której okażę się asem. Niepowodzenia na gruncie makijażowym nie przeszkadzają mi jednak w ciągłym próbowaniu nowości i kultywowaniu zbieractwa. Gdy postanowiłam spróbować zabawy z podkładem mineralnym, zorientowałam się, że konieczne jest zakupienie na tę imprezę odpowiedniego pędzla. Ceny tych akcesoriów potrafią skutecznie położyć na łopatki, więc rozpoczęłam poszukiwania czegoś, co nie zrujnuje mojego budżetu. Na początku przygody z minerałami ciężko mi było stwierdzić, czy i jak długo będę ją kontynuowała. Szkoda mi było 60 zł na pędzel, więc zdecydowałam się na opcję trzy razy tańszą.

Z perspektywy czasu (pędzel towarzyszy mi grubo ponad rok) śmiem wysunąć tezę, że zakup produktu Sunshade Minerals (ciekawa jestem, dlaczego akurat parasol od słońca :D?) to było jedno z najlepiej wydanych 20 zł w życiu.

O ile wielu osobom nie podoba się opisywanie opakowań w recenzjach, tak w przypadku akcesoriów do makijażu, to właśnie wygląd ma spore znaczenie :). Sunshade jest pędzlem z gatunku krótkotrzonkowców, jego "kij" mierzy 7 cm. Całkowita długość pędzla wynosi 10 cm. Mięciutkie włosie (syntetyczne, nie z kociego ogona) ma 3 cm średnicy. Pędzel jest porządnie wykonany. Pomimo wielokrotnego prania nie wypadł ani jeden włosek. Metalowa skuwka i drewniana rączka ciągle idą ze sobą w parze :).

Wybrałam pędzel ze ściętym na płasko włosiem, ponieważ jakoś nie do końca miałam przekonanie do kabuki. Spotkałam się też z poglądami, jakoby flat top zapewniał lepsze krycie nakładanych produktów. Nie mam porównania, więc się nie mogę stwierdzić, czy tak faktycznie jest. Z całą pewnością mogę napisać, że Sunshade spełnił pokładane w nim nadzieje. Znakomicie sprawdza się na nakładania podkładu mineralnego, świetnie radzie sobie także z rozprowadzaniem płynnych formuł. Ze względu na kształt ciężko jest nim jednak dotrzeć w okolice skrzydełek nosa bez nienaturalnych grymasów. Ładnie wpracowuje podkład w skórę. Fluidy rozporowadzone za jego pomocą prezentują się na cerze lepiej niż nałożone palcami. Jednakże trzeba wziąć pod uwagę to, że pędzel trochę pije podkład, przez co trzeba go zużyć więcej niż przy aplikacji dłońmi, ale to raczej normalne zjawisko.

Tani i dobry, oby więcej takich!

Cena: ok. 20 zł
Dostępność: Wizazysci.pl
Ocena: 5/5

niedziela, 26 stycznia 2014

Taki myk - tonik. Fitomed Tonik oczyszczający

Tonik? A po co to komu? Do czego to? Przez długi okres czasu nie potrafiłam zrozumieć fenomenu tego typu kosmetyków. Nie trafiały do mnie gadki o przywracaniu skórze odpowiedniego pH. Lubię produkty, które zapewniają efekty zauważalne gołym okiem. Należę do niedowiarków, którzy wszystko muszą mieć podane na tacy pod sam nos. Zawsze z chęcią łapałam płyny micelarne, nie zaszczycając toników spojrzeniem dłużej niż ułamek sekundy. Moje podejście w tej kwestii zmienił trochę tonik AA z serii Trądzik. Po świetnym wrażeniu, jakie zrobił żel do mycia twarzy Fitomed, postanowiłam, że zaszaleję i sprawdzę na własnej skórze tonik z tej serii. 

Nad opakowaniem produktu nie będę się rozwodzić. Prosta, przezroczysta butelka to nie jest coś, nad czym warto się dłużej zatrzymywać. 

Podobnie rzecz ma się z konsystencją. Bo jak tu opisywać wodę? Jest mokra :D.

Zatrzymam się za to trochę na... kolorze. Jeżeli pomyśleliście, że zbizikowałam do reszty i właśnie chcecie opuścić to miejsce, trzaskając z hukiem drzwiami, to radzę się chwilę wstrzymać. Zastrzeżenia do koloru mam z tego względu, że początkowo tak naprawdę ciężko było mi stwierdzić, czy ten produkt domywa. Gdy przetrę twarz wacikiem nasączonym przezroczystym płynem micelarnym, to wiem, że jeżeli będzie pomarańczowy, to znaczy, że coś zmył. Natomiast w tym przypadku wacik jest zabarwiony już na starcie. W ramach eksperymentu, dla sprawdzenia mocy czyszczącej "poprawiałam" innym specyfikiem do demakijażu. Test wypadł pomyślnie dla toniku, domywa dobrze. Buzia po jego zastosowaniu sprawia wrażenie czystej. Kosmetyk sprawia, że skóra dodatkowo jest taka "odtłuszczona" - uczucie przyjemne, choć na granicy ściągnięcia cery (w moim przypadku raczej nie sprawdziłoby się łączenie go z żelem z tej samej serii, który działał podobnie). Tonik nie zapewnia jakichś ekstra efektów specjalnych, nie zmienia diametralnie stanu cery.

Jego stosowanie uprzyjemnia zapach. W przeciwieństwie do żelu z tej serii, nie pachnie zielskiem. Czuć lekko ziołowy zapach, ale mi aromat tego produktu kojarzy się raczej z herbatą z cytryną, dość orzeźwiającą.

Fitomed zapunktował po raz kolejny. Szkoda, że kosmetyki tej firmy nie są zbyt dobrze dostępne. Tanie i dobre, oby więcej takich było na rynku.

Skład: Aqua, Salvia Officinalis Extract, Hamamelis Virginiana Leaf Extract, Melissa Officinalis Extract, Calendula Officinalis Extract, Panthenol, Glycerin, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Lactic Acid, Parfum, Phenoxyethanol (and) Ethylhexylglycerin.

Cena: ok. 10 zł/200 ml
Dostępność: apteki DOZ, we Wrocławiu także: sklep zielarsko - medyczny przy ul. Krupniczej, stoisko Maciejka na Hali Targowej
Ocena: 4-4,5/5

niedziela, 19 stycznia 2014

Gładko lecę po alfabecie. Bell CC Cream 020 Nude

Ostatnio wspominałam, że jeżeli się co czegoś zrażę, to dość długo chowam urazę. Podobnie mam z zachwytami - gdy coś mi się spodoba, to z radością rzucam się na każdy kolejny produkt danej marki. Jakiś czas temu zauroczył mnie krem BB z Bell, który okazał się bardzo przyjemnym, lekkim fluidem o dość dobrym kryciu. Stopniowo traciłam kolor (na przyszłość zafunduję sobie mniej filtrów, a więcej marchewki :D) i BB okazał się być po pewnym czasie dla mnie za ciemny. Akurat tak się złożyło (Przypadek? Nie sądzę.), że dryfowałam w pobliżu Hebe, w którym właśnie trwała promocja -40%. Wyszłam z drogerii lżejsza o 11 zł i bogatsza o krem CC (Bell dla Biedronki wyprodukował właśnie DD, więc widać, że alfabet mają obcykany).

Pod względem opakowania, CC nie różni się od BB. Wygodna tubka z dzióbkiem ułatwiającym dozowanie. Bez większej filozofii, nie ma się więc w co specjalnie zagłębiać.

Kosmetyk różni się od swojego kolegi konsystencją. Mam wrażenie, że jest rzadszy, dużo bardziej przypomina krem tonujący Ziaja Nuno niż BB z Bell. Przez to też dużo słabiej kryje. Formuła wydaje się być za to zdecydowanie bardziej nawilżająca. CC nie powoduje zapychania cery.

Rozprowadzony na twarzy wygląda całkiem lekko. Podkreśla trochę suche skórki. Kryje nieźle, choć z BB byłam bardziej zadowolona. Ten ładnie wyrównuje koloryt oraz świetnie przykrywa rozszerzone pory, nie podkreślając dziur i czarnych głów. Słabo radzi sobie z zaczerwienianiami, naczynkami, o większych dramatach nawet nie wspomnę. Bez korektora raczej się nie obejdzie. Trwałość nie jest powalająca, produkt zaczyna znikać po 5-6 godzinach. Nie matuje, daje raczej mokre wykończenie i połysk, więc tłuścioszki z obsesją na punkcie świecenia będą trochę kręcić nosem.

Głównym powodem, dla którego właściwie nie zastanawiałam się nad zakupem tego produktu jest jego kolor. O ile najjaśniejszy odcień w gamie BB wydawał mi się różowy, tak Nude w wersji CC okazał się całkiem przyjemnym, jasnym odcieniem z żółtej strony mocy. W tej chwili ten odcień jest dla mnie idealny. Jednak czasem dzieją się z nim dziwne rzeczy - potrafi nabrać pomarańczowego odcienia i ściemieć do tego. Szczególnie dobrze widać to, gdy obok dołożymy produktu prosto z tubki. Na twarzy też kilka razy zrobił mi taki numer. Niemniej, zazwyczaj wygląda tak, jak powinien.

Od lewej: Bell BB Cream 11 Natural, Rimmel Stay Matte 103 True Ivory, Bell CC Cream 020 Nude

Po kilku minutach/świeżo nałożony
Kolejna litera alfabetu w wykonaniu Bell nie okazała się tak udana, jak jej poprzedniczka. Dużym atutem tego produktu jest jego kolor. Myślę, że CC może przypaść do gustu dziewczynom z trochę bardziej suchą cerą, które nie szukają kosmetyku, który wyrówna koloryt cery.

Skład: Aqua, Cyclopentasiloxane, Cyclohexasiloxane, Glycerin, PEG/PPG-18/18 Dimethicone, Titanium Dioxide (nano), Ethylhexyl Methoxycinnamate (Octinoxate), Zinc Oxide, Sodium Chloride, Stearoyl Inulin, Dimethicone Crosspolymer,  Methyl Methacrylate Crosspolymer, Panax Ginseng Root Extract, Tilia Cordata Wood Extract, Aesculus Hippocastanum Seed Extract, Hydrolyzed Wheat Protein, Mannitol, Glycogen, Yeast Extract, Biotin, Calcium Panthotenate, Aluminium Hydroxide, Hydrated Silica, Propylene Glycol, Ethylhexyl Glycerin, Polysorabete 80, Hydrogen Dimethicone, PEG-10 Dimethicone, Trimethoxycaprylylsilane, Phenoxyethanol, Chlorphenesin, Methylparaben, BHT, Parfum, Alpha-isomethyl Ionone, Benzyl Salicylate, Butylphenyl Methylpropional, Hexyl Cinnamal, Hydroxyisohexyl, 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, CI 77491, CI 77492, CI 77499, CI 77891.

Cena: ok. 17-20 zł/30 g
Dostępność: Hebe, Jasmin
Ocena: 3,5/5

środa, 15 stycznia 2014

Partyjkę bingo? Bingo Spa Krem na szyję i dekolt z olejem arganowym

Bywam uparta jak osioł. Jak się do czegoś przyczepię, to nie ma zmiłuj. Jeżeli się na coś obrażę, to nie daję się łatwo przebłagać. Staram się jednak zachowywać "otwarty umysł" i przymykać oko na wcześniejsze przewinienia. Przychodzi mi to o tyle łatwiej, o ile bardziej poczuję się skuszona. Dlatego też mimo niechęci wobec Bingo Spa, wrzuciłam do koszyka ten oto krem. Pielęgnacja szyi to dość nowy konik w mojej stajni :D.

Nie wiem o co chodzi z kosmetykami tej marki, ale spotkałam się z negatywnymi opiniami na temat ważności ich produktów zakupionych w firmowym sklepie internetowym. Swój krem nabyłam w innym przybytku online (z którego usług na pewno już nie skorzystam) i data również była dramatycznie krótka (krem kupowałam w grudniu z datą do lutego). Nie są to produkty naturalne, zawierają konserwanty, a mimo to trochę osób nacięło się na takie "krótkoterminowe" romanse. Dziwne.

Krem mieści się w prostym słoiku z przydymionego szkła, które pozwala na kontrolę zużycia. Opakowanie jest porządne i nieźle się prezentuje. Na szczęście jeszcze udało mi się je zachować w całości, nie skończyło marnie na kafelkach albo umywalce (te szklane słoiki zawsze jakieś takie skoczne są :D).

Produkt ma trochę zaskakującą konsystencję. Jest bardzo lekki, wodnisty, coś w guście kremu Pollena Eva z melisą. Ze względu na taką formułę, łatwość w rozsmarowywaniu, często używałam więcej kremu, niż faktycznie było to koniecznie. Wchłania się błyskawicznie, pozostawiając taki delikatny silikonowy film. Pachnie przyjemnie; ten aromat ma w sobie coś z pasty do zębów.

Jeżeli chodzi o działanie to krem sprawia, że skóra jest gładka w dotyku. Zapewnia też niezłe nawilżenie, w zupełności wystarczające skórze mojej szyi, choć raczej nie sprawdziłoby się np. na łydkach :D:D. Nie zauważyłam natomiast wyraźnego ujędrnienia - większe zasługi w tym obszarze miało serum Yoskine.

Uważam, że Bingo stworzyło niezły produkt. Najbardziej nie podoba mi się w tym kosmetyku nie tyle sama jego formuła i działanie, co uznanie za "osnowę" produktu oleju arganowego, który pałęta się gdzieś pod koniec składu. Serio?

Skład: Aqua, Isopropyl Mirystate, Glyceryl Stearate (and) Ceteareth 20 (and) Cetearyl Alcohol (and) Cetyl Palmitate, Paraffinum Liquidum, Cyclopentasiloxane (and) Cyclohexasiloxane, Cetyl Alcohol, Soluble Collagene, Propylene Glycol, Aloe Extract, Linum Usitatissimum Seed Extract, Matricaria Extract, Argania Spinosa Nut Oil, Hydrolized Algin, Tocopheryl Acetate, DMDM-Hydantoin, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Butylparaben, Isobutyparaben, Parfum.


Cena: ok. 35 zł/50 g
Dostępność: sklep producenta
Ocena: 4/5

niedziela, 12 stycznia 2014

Słodkie miny maliny. AA Ciało Wrażliwe Odżywczy krem do rąk i paznokci Zmysłowa Malina

"Chcesz być piękna? Cierp." - niektóre czynności związane z robieniem z zera bohatera są przyjemne i przychodzą w miarę naturalnie, do innych zaś musimy się odrobinę zmuszać. Jestem ogromnym leniem w kwestii pielęgnacji ciała. Nacieranie się balsamami nie może wejść mi w krew. Podobnie wygląda w moim przypadku dbanie o dłonie. Za krem do rąk łapię najczęściej wtedy, gdy skóra na knykciach jest zdolna do przecięcia chleba albo starcia naskórka na piętach. Nie mogę wyrobić nawyku prewencyjnego sięgania po tubkę z kremem. Jednak, podobnie jak w przypadku reszty ciała, do częstszych spotkań z kosmetykami pielęgnacyjnymi do dłoni przekonuje mnie zapach. Dlatego nigdy nie pogardzę kremem do rąk o smakowitym zapachu.

Ten produkt wpadł mi w oko u 9th Princess. Uwielbiam wszystko, co malinowe (kokosowe, waniliowe, jagodowe... czyli jakieś :D), więc krem szybko wylądował w folderze z listą kosmetycznych marzeń do realizacji :).

Krem mieści się w dość sporej tubce. Nie jest to może gigantyczne opakowanie, ale w porównaniu z np. Ziają Kozie Mleko, czy Czterema Porami Roku wydaje się być dość spore. Plastik jest dość gruby, wytrzymały, ale nie ma problemów z wydobywaniem kosmetyku. Klapka też spisuje się bez zarzutu. Estetki może trochę rozdrażnić naklejka, która pęka i się odkleja, ale to szczegół.

W kwestii konsystencji AA zadbało o to, żeby krem był faktycznie "kremowy". Nie ma mowy o żadnym lejącym mleczku, żelu, czy czymś w guście silikonowej bazy pod makijaż. Krem jest odpowiednio gęsty, nie spływa z dłoni. Rozsmarowuje się dobrze, choć wydaje się lekko tłustawy. Wchłania się jednak błyskawicznie (po minucie, góra dwóch, mogę bez obaw chwytać za długopis), nie pozostawia irytującego filmu - powłoka, którą tworzy, nie jest ani nieprzyjemnie tłusta, ani zbyt silikonowa. Po jego zastosowaniu wydaje mi się, że skóra jest taka, jak być powinna.

Krem sprostał moim oczekiwaniom także pod względem nawilżenia dłoni. Zaznaczę jednak, że nie jest to silnie skoncentrowany krem, który po jednej aplikacji zdziała cuda. Kluczem do sukcesu w tym przypadku jest częste stosowanie. Nakładany kilka razy w ciągu dnia sprawia, że skóra staje gładka, miękka, a skórki przestają być bardzo twarde (choć krem wybitnie sobie z nimi nie radzi). Biorąc pod uwagę skład - to aż dziwne :).

Dużym atutem tego produktu, który zdecydowanie uprzyjemnia nawet częste aplikacje jest jego zapach. Z początku trochę mnie rozczarował - liczyłam na bardziej intensywną i bardziej malinową nutę. Aromat jest mimo wszystko bardzo przyjemny, może nie wibruje w nosie, ale jest wyczuwalny przez chwilę. Malina w wykonaniu AA jest delikatna i dość naturalna, nie wyczuwam ukrytego romansu z proszkiem do prania :).

Bardzo spodobał mi się ten produkt. Powoli kończę to opakowanie, ale mam w planach zakup następnego (gdy tylko zużyję zapasy). Uważam, że ten produkt świetnie sprawdzi się w roli rezydenta torebki. Nie będą z niego zadowolone osoby, które szukają cudotwórców w tubkach :).

Skład: Aqua, Cyclopentasiloxane, Paraffinum Liquidum, Cetearyl Alcohol, Ethylhexyl Stearate, Gylcerin, Glyceryl Stearate, Dimethicone, Glyceryl Stearate Citrate, Octyldodecanol, Dimethiconol, Rubus Idaeus Fruit Extract, Acrylamide/Sodium Acrylate Copolymer, Trideceth-6, Propylene Glycol, Parfum, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin.

Cena: 10 zł/100 ml
Dostępność: Super-Pharm, Rossmann
Ocena: 4-4,5/5

P.s. Produkt otrzymałam od firmy Oceanic - nie miało to wpływu na treść tej recenzji.

czwartek, 9 stycznia 2014

Odrobinę lukru? Essence Stays no matter what Eyepencil&shadow 07 Whipped White Frosting


Essence to marka, którą darzę dużym sentymentem. Choć nie wzbudza już takich emocji, jak 3-4 lata temu, to jednak nadal uważnie śledzę kolejne zmiany asortymentu i zapowiedzi nowych edycji limitowanych. Taki nawyk. I nie byłabym sobą, gdybym od czasu do czasu nie dała omamić jakiejś nowince. Cieniem w takiej formie Essence Ameryki nie odkryło, ale kredki "Plus Size" do tej pory nie występowały w tak korzystnych cenowo markach (najtańszą do tej pory miał NYX). Wcześniej nie miałam do czynienia z taką formułą, a lubię odmianę, więc gdy ukazała się nowa odsłona oferty Essence poleciałam po "grubasa".

Pomimo swoich gabarytów, kredka, w porównaniu do klasycznych ołówków, ma zaledwie lekką nadwagę. Nie jest tak chorobliwie otyła jak kredka do ust z p2 (KLIK) i mieści się do większego oczka standardowej temperówki (np. tej FYB z Rossmanna). Temperuje się ją dość ciężko, drewno stawia opór, a śliska powierzchnia nie ułatwia "kręcenia". Uważam, że ze względu na gabaryty kredki, lepiej sprawdzi się stosowanie jej na całą powiekę w roli cienia. Jest mało precyzyjna i nie nadaje się do perfekcyjnego podkreślania spojrzenia, ciężko ją wcisnąć na linie wodną (rysik większy od oka i wiecznie uciapane dolne rzęsy :D:D).

"Wkład", czyli właściwy produkt ma kremową konsystencję. Produkt jest dość miękki i nie trzeba wkładać siły, aby pozostał na skórze. Ma ciekawą formułę. W przeciwieństwie do cieni w kremie trudno się z nim pracuje, zachowuje się bardziej jak klasyczna kredka. Kosmetyk pozostaje na miejscu, w którym namalujemy nim linię. Ciężko się go rozciera, ponieważ szybko zastyga, a ponadto w trakcie machania pędzlem bardzo traci na intensywności. Nieco lepiej ten proces przebiega na bazie, kredka tak szybko nie blaknie. Nie wiem dlaczego, ale formuła tego produktu przypomina mi trochę plastelinę.

Essence rzuciło się z motyką na Księżyc i zdecydowało się stworzyć gamę produktów długotrwałych. Ta kredka to jeden z nich. I faktycznie, mogłabym ją zaliczyć do gamy produktów longlasting, gdybym poprzestała na testach na dłoni, na suchej skórze. Gdy kredka tam zastygła to była właściwie nie do zdarcia. Zetrzeć jej się nie dało, była odporna na działanie wody i diabelnie trwała (zapomniałam zmyć po zrobieniu zdjęć i rano obudziłam się z nią)... Dopiero po wkroczeniu ciężkiego sprzętu kreska schodziła. Jednak powieka to nie ręka i nawet największe sucharki miewają problem z tłustszą skórą w tym obszarze, a co dopiero takie osoby, których twarz ocieka smalcem, jak ja :). Kredka nie radzi sobie aż tak dobrze, jak na dłoni. Nałożona samodzielnie utrzymuje się w nienaruszonym stanie ok. 2 -3 godziny, po tym czasie zaczyna się rolować i znikać. Na bazie cieszy oko trochę dłużej - zaczyna kaprysić po 5-6 godzinach; blaknie, zbiera się po około 7. Nie jest to może powalający wynik, ale jak na Essence, którego kosmetyki nie wykazywały nigdy specjalnej trwałości, jest rewelacyjnie.

Na deser zostawiłam sobie kolor. Nazwa sugeruje, że jest to odcień z gamy bieli. Nie jest to jednak intensywna, śnieżna biel, ten kolor określiłabym mianem kremowego albo szampańskiego. Bardzo ładnie prezentuje się w duecie z brązami. Na bazie jest intensywny i z przy mojej żółtawej karnacji wygląda dość krzykliwie, jeżeli pozwalam mu grać pierwsze skrzypce w makijażu. Porcelanowe lale i Królewny Śnieżki powinny być za to zachwycone.

Góra: światło dzienne
Dół: światło sztuczne
Od lewej: Lovely Nude Makeup Kit (drugi od lewej), Essence, The Balm Mary-Lou Manizer, Inglot 393P

Essence pozytywnie zaskoczyło mnie tym produktem. Choć nie jest to kosmetyk idealny, to uważam, że warto zwrócić na niego uwagę. Sama zastanawiam się nad zakupem kolejnego odcienia, po głowie chodzi mi zieleń :).

Cena: ok. 11 zł/1,65 g
Dostępność: Drogerie Natura (druga szafa)
Ocena: 4/5

wtorek, 7 stycznia 2014

Zapisane w genach, czyli historia pewnego wyjazdu

Nie przepadam za określaniem kogoś mianem przyjaciela. To słowo wydaje mi się jakieś takie "duże". Mam raczej bliższych i dalszych znajomych/kolegów. Ale przyjaciółkę tylko jedną - mamę. Nie ma lepszego kompana niż moja mama. Anielsko cierpliwa, sympatyczna i zawsze uśmiechnięta. Nie to, co jej mrukowata, obrażalska córunia z wiecznie skrzywioną miną. Pod pewnymi względami jesteśmy jednak podobne. Uwielbiamy robić zakupy. Zazwyczaj nie czynimy tego razem, bo każda biegnie w innym kierunku, ale w przypadku kosmetyków mama pozwala na to, żebym przejęła kontrolę, nie interesując się specjalnie tymi tematami :). W zeszłym roku, podczas krótkiej rodzinnej wizyty, zaciągnęłam ją do DM. Sądziłam, że będę musiała ją długo namawiać na kolejną wizytę. O dziwo, mama sama zaproponowała wyjazd w zeszły weekend, co więcej, musiała mnie przekonywać. Zakupoholizm jest dziedziczny :).

Skoro uzupełniałyśmy zapasy męskich kosmetyków, nie mogłam się powstrzymać i nie złapać czegoś dla siebie. Zapasy topnieją w niewielkim stopniu, ale coś jeszcze się w szafie zmieści. Nie miałam czasu na roztrząsanie każdego punktu małej listy, dlatego kupiłam wszystko, co włożyłam do koszyka, mimo że nad zakupem kilku produktów miałam się jeszcze zastanowić. Wymaże się :).

Zapraszam na małą prezentację:


Alverde Sensitivshampoo Birke Salbei 1,95 euro/200 ml 
Moja skóra głowy przypomina trochę pole minowe. Nigdy nie wiadomo, gdzie w danej chwili coś zacznie swędzieć lub się sypać (albo jedno i drugie). Staram się więc szukać w miarę delikatnych szamponów. Mam nadzieję, że ten nie skrzywdzi mnie tak, jak jego odpowiednik z Alterry.


Balea Feuchtigkeits Haarmilch Mango+Aloe Vera  1,95 euro/200 ml
Nakręciłam się na ten kosmetyk po entuzjastycznej recenzji xbebe. Gdy w lipcu buszowałam po półkach w DM, udało mi się znaleźć tylko metkę z ceną. Tym razem mleczko grzecznie czekało, schowane w głębi regału. Trochę obawiam się produktów bez spłukiwania, ale może uda mi się odpowiednio dobrać ilość do potrzeb moich włosów i uniknę smętnych strąków.


Garnier Natural Beauty Balsam-spülung Vanille-Milch und Papayamark 1,65 euro/200 ml
Uwielbiam kosmetyki o pięknych zapachach i kocham wanilię. Gdy trafiłam na recenzję Moniki z La vida es mi pasion, już czułam motyle w brzuchu. Dlatego w drogerii zrobiłam z siebie głupka, gdy podskakiwałam i sięgałam ręką po ostatnią butelkę. Ręce i nogi mam krótkie, więc wyglądało to zapewne dość komicznie. Szkoda, że tego wariantu nie ma w Polsce, miłośniczki wanilii z pewnością by nie pogardziły kolejnym ciastkiem do kolekcji :).


Alverde Nutri-care Haaröl Mandel Argan 2,95 euro/50 ml
Olejki Alverde to hity blogosfery. Dużą popularnością wśród włosomaniaczek cieszył się olejek porzeczkowy, którego pierwotnym obszarem działania miało być ciało. Marka dostrzegła niszę i stworzyła tłuściutką mieszankę dedykowaną włosom. Nie wiem jeszcze, czy ten produkt będzie mi służył do olejowania włosów przed ich umyciem, czy też będę go stosowała "po", jako alternatywę dla silikonowego serum. Z pewnością będę eksperymentować :).


Balea Augen Make-up Entferner Waterproof 1,45 euro/100 ml
Nie planowałam zakupu tego produkty. Zapadło mi w pamięć, że ktoś go mocno polecał, ale nie czułam potrzeby zdobycia go za wszelką cenę. Jednak ponieważ w tej chwili nie mam "dwufazowego pewniaka" do zmywania makijażu oczu, a nie do końca ufam płynowi Rival de Loop, adoptowałam tego malucha.


Alverde Lippenbalsam Cranberry Kirsche, Calendula 1,15 euro/4,8 g
Sztyfty Alverde będą chyba stanowiły stały punkt listy zakupów w DM. Polubiłam wersję mandarynkową, obecnie używam nagietkowej. Wrzuciłam do koszyka kolejny balsam z nagietkiem, a także nowość, żurawinę z wiśnią. Zastanawia mnie tylko, czy ten "Schimmereffect" to nie będzie przypadkiem błysk zapewniany przez soczyste i gigantyczne drobiny brokatu. Pożyjemy, zobaczymy :).


Ebelin Präzisions Make Up Ei 2,45 euro
Akcesoria do makijażu nie stanowią w moim przypadku dobrze zbadanego obszaru. Mniej więcej się orientuję, ale nie czuję potrzeby posiadania armii pędzli i innych pacynek. I tak pewnie nie umiałabym się nimi posługiwać (nadal nie opanowałam rozcierania za pomocą pędzli Hakuro). Z zainteresowaniem śledzę jednak wszystkie recenzje, które się nawiną i chętnie przyglądam się innowacyjnym rozwiązaniom. Nie zrozumiałam fenomenu gąbki Beauty Blender, ale wiele osób zachwycało się aplikacją kosmetyków za pomocą jajka. Popularne różowe "narzędzie zbrodni" ma dość wygórowaną cenę, która nie zachęca do wypróbowania tego cudownego działania. I choć nie jestem przekonana do zamienników, to jednak w tym wypadku ciekawość była silniejsza.


Essence Like the party of my life 2,45 euro/10 ml
Kosmetyki Essence cieszą się na co dzień sporą popularnością. Szafy tej marki przeżywają jednak prawdziwe oblężenie, gdy pojawia się nowa edycja limitowana. Ostatnimi czasy limitki nie wzbudzają aż takiego szału jak jeszcze rok, czy dwa lata temu. Pozostaje więc wypłakiwać oczy za tym, co było :). 
Essence zdaje się wychodzić na przeciw oczekiwaniom klientów. Kilka "smaczków" trafiło z edycji limitowanych prosto do stałej oferty. Tak było m. in. z transparentnym pudrem i bazą peel off, tak jest też z wodą toaletową Vampire's Love. Uwielbiam ten zapach, mimo że zwykle od takich stroniłam (słodki, mocny, kobiecy - niby nie moja bajka) i starałam się oszczędnie go rozpylać. Teraz już nie muszę się pohamowywać :).


Balea Creme-öl Bodylotion mit Traubenkernöl und Pistazienduft 1,75 euro/200 ml
Pistacje to jedyne orzechy, które pochłaniam na tony. Uwielbiam ich smak i energetyzujący zielony kolor. Długo szukałam kosmetyku, który będzie miał aromat mojej ulubionej przekąski. Nasłuchałam się u katOsu o pistacjowych delicjach i koniecznie chciałam mieć takie cudo w swojej łazience. Mniam!

Zakupy, choć niepoprzedzone długą kontemplacją półek uważam za udane :). Miałyście któryś z tych produktów? Jaka jest wasza opinia na jego temat?

niedziela, 5 stycznia 2014

Pachnę i... pachnę. Bath&Body Works Pink Chiffon Body Lotion

Spośród całej gamy ksywek, którą określa mnie rodzina, jedna jest wyjątkowo trafna. "Wąchaczka" woła tato, ilekroć ja i mój nos robimy mały rekonesans. Nic na to nie poradzę, lubię zapachy, choć w ich określaniu jestem kiepska. Kocham obwąchiwać nowe książki, kawę, jedzenie, skórzane ubrania... Może to dziwne, ale tak mam i już :D. Cenię więc rzeczy, które wyróżniają się aromatem - raczej w pozytywnym znaczeniu tego sformułowania. Zapach jest jednym z tych aspektów, które potrafią mnie przekonać do nielubianych czynności. Pomimo, że moja skóra w sezonie grzewczym szaleje, często trudno jest mi się przemóc i odpowiednio zadbać o dobre nawilżenie. Dlatego w produktach do pielęgnacji ciała tak istotną rolę odgrywa dla mnie zapach. Choć nawet najpiękniejszy aromat nie odbiera mi zdolności dostrzegania mankamentów na innym polu...

Balsam znajduje się w niewyszukanym opakowaniu, które jest wyprofilowane, co ułatwia trzymanie butelki. Produkt dozuje się za pomocą korka z klapką. Niestety, nie można postawić butelki "na głowie", co wydłuża odrobinę czas potrzebny na wydostanie balsamu, gdy sięga on dna. Nowa wersja opakowania wydaje się być bardziej praktyczna pod tym względem (do obejrzenia TU).

Kosmetyk ma dość typową dla balsamu konsystencję - nie jest zbity, ale nie wykazuje się taką płynną formułą jak mleczko. Łatwo się rozprowadza, nie ma problemów z rozcieraniem. Balsam praktycznie od razu się wchłania, nie pozostawia w żadnej mierze tłustej warstwy.

Tym, co stanowi główny atut tego produktu, jest zapach. O ile w przypadku mgiełki mnie nie zachwycił, tak w balsamie całkowicie mnie urzekł. Nie wiem dlaczego, może spowodowane to jest tym, że od zapachu do ciała wymagam sporo, zdecydowanie mniej zaś od pachnącego balsamu :). To pokręcone, wiem. Możliwe, że na moje pozytywne odczucia miała wpływ trwałość - zapach balsamu utrzymuje się na skórze przez około 4-5 godzin, podczas gdy mgiełka z tej samej linii pozostawała na ciele zaledwie pół godziny. Cieszę się, że balsam pozwala się cieszyć tym dziewczęcym aromatem, który kojarzy mi się z kwitnącym sadem.

Dość długotrwały zapach nie jest w stanie przysłonić mankamentów tego produktu. Balsam zawodzi na całej linii w kwestii, w której powinien się spisywać na medal, czyli pielęgnacji ciała. Gdy się wchłonie, poza zapachem, nie pozostawia niczego. Nawilżenie jest tak słabe, że prawie niewyczuwalne. Moje łydki nadal mają fakturę papieru ściernego, są nieprzyjemnie suche. Niezależnie od ilości balsamu, jaką nakładam, efekt jest identyczny.

Ten kosmetyk to idealna opcja dla osób, które poszukują zapachu, który mogą nanieść na całe ciało. Nie sprawdzi się natomiast u tych z was, które oprócz zapachu chciałby się cieszyć gładką i nawilżoną skórą. Pink Chiffon nie podbił mojego serca, choć nie wykluczam, że skuszę się na jakiś balsam BBW podczas wyprzedaży - ceny regularnej nie jest wart.

Skład: Aqua, Glycerin, Petrolatum, Cetyl Alcohol, Cetearyl Alcohol, Parfum, Dimethicone, Ceteareth-20, Butyrospermum Parkii Butter, Simmondsia Chinesis Seed Oil, Tocpherol Acetate, Neophentyl Glycol Diheptatonate, Carbomer, Isodecane, Tetrasodium EDTA, Disodium EDTA, Butylene Glycol, Isopropyl Alcohol, Sodium Hydroxide, BHT, Diazolindyl Urea, Methylparaben, Benzyl Alcohol, Propylparaben, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Linalool, CI 16035, CI, 17200, CI 42090.

Cena: 49 zł/236 ml
Dostępność: sklepy BBW (Warszawa: Galeria Mokotów, Złote Tarasy)
Ocena: 3/5

czwartek, 2 stycznia 2014

Nowy rok na starych śmieciach... Zużycia grudniowe

Pewnie wiele z nas zmienia kalendarz na nowy model z myślą o tym, że początek kolejnego roku oznacza czystą kartę. Tworzymy plany, postanowienia, wieszamy zdjęcia szczupłych dziewczyn na lodówkach, składamy sobie samym rozmaite obietnice... Byłoby cudownie, gdyby 1 stycznia każdego roku każdy budził się w magiczny sposób lepszy, bardziej szczęśliwy, bez problemów na karku i bez żadnych obowiązków. Marzenia ściętej głowy, prawda :D? Tak dobrze nie ma (i nie będzie), pewne kwestie nadal będą nam wierciły dziury w brzuchach. Życie, życie :D. 

Koniec roku był czasem podsumowań w blogosferze. Ulubieńcy i postanowienia zagościły na blogach. I ja się pokusiłam o mały bilans. Myślałam nad tamtą notką dość długo i z tego powodu zupełnie zapomniałam pochwalić się denkiem. Nic straconego, zrobię to dzisiaj :).


Było: Alverde Intensiv-Aufbau Shampoo - o tej serii Alverde słyszałam wiele dobrego, dlatego zdecydowałam się na spróbowanie, czy warta jest tego szumu i kupiłam szampon. Żałuję, że nie wzięłam odżywki przy okazji. Szampon okazał się rewelacyjny - świetnie oczyszczał, a przy tym nie podrażniał. Dodatkowo sprawiał, że włosy nie były aż tak bardzo napuszone. Alverde zapowiedziało na początku listopada, że ta linia zostanie wycofana. Na razie jednak ciągle wisi na stronie DM - jeżeli będę w najbliższym czasie i jeszcze zastanę jakieś resztki, to się skuszę na intensywnie odbudowujący duet.

Jest: Alverde Nutri-Care Shampoo - z tym panem chyba aż tak się nie polubimy...


Było: Fitomed Żel do mycia twarzy do cery tłustej i trądzikowej (RECENZJA) - żel, który świetnie oczyszcza syfiącą się cerę, bez zrobienia z niej Sahary.

Jest: Yves Rocher Pure System Daily Exfoliating Cleanser - niby gały widziały, co brały, ale jakoś nie zauważyły, że żel ma mieć działanie złuszczające. A może przyswoiły ten fakt, tylko ja nie wpadłam na to, że produkt oczyszczający pory będzie z drobinkami. No cóż...


Było: L'oreal Ideal Soft Oczyszczający płyn micelarny (RECENZJA) - nie do końca dał radę jako płyn do demakijażu, więc obsadziłam go w roli toniku. Sprawował się nieźle w tej roli, ale nie podbił mojego serca na tyle, żebym popędziła po kolejne opakowanie.

Jest: Fitomed Tonik oczyszczający do cery tłustej - tonik, podobnie jak jego brat żel, jest fantastyczny. Zanosi się na to, że niedługo twarz będę oczyszczała wyłącznie produktami Fitomed :).


Było: Bourjois Express Eye Makeup Remover (RECENZJA) - całkiem niezły płyn dwufazowy, choć chyba już do niego nie wrócę. Zdecydowanie bardziej ufam Garnierowi.

Jest: Rival de Loop Clean&Care Augen Make-up Entferner - kupiłam go w czerwcu, więc w końcu wypadałoby go zacząć używać, prawda? Odleżał chyba swoje :D.


Było: AA Cera Mieszana Starter Matujący pod makijaż - z bazami pod makijaż nie mam dużego doświadczenia. Ale ten krem to nie do końca baza. Poddaję w wątpliwość jego "bazowatość", bo nie robi tego, z czym wszelkiego rodzaju bazy się kojarzą - nie przedłuża trwałości makijażu. Stosowałam ten krem sumiennie każdego poranka przez kilka miesięcy i byłam wręcz szczęśliwa, kiedy się skończył. Owszem pozostawia twarz matową i gładką, nie ściągając i nie wysuszając przy tym skóry. Niestety po około 2 godzinach cera się świeci gorzej niż w przypadku, gdybym niczego na nią nie nakładała. W zapasach mam jeszcze wersję nawilżającą, może ona nie zrobi takich numerów.

Jest: SVR Lysalpha Active creme - ten krem miałam stosować w miejsce Effaclaru Duo na noc. Ale jakoś tak uśmiechało się do mnie serum z witaminą C, że zdecydowałam się przemodelować pielęgnację twarzy i upchnęłam SVR na "pierwszej zmianie", czyli rano.


Było: Tołpa Dermo Face Lipidro Odżywczy krem regenerujący pod oczy (RECENZJA) - Koszmar. Dramat. Masakra.

Jest: 5 Minut Express Effect Żel zmniejszający cieni i obrzęki pod oczami - tubka ma pojemność aż 40 ml, Tołpa wygląda tutaj wyjątkowo biednie. A cena taka sama :D.


Było i jest: AA Technologia wieku Maseczka zwężająca pory - chyba próbuję zaklinać rzeczywistość i naprawdę chcę, żeby ten produkt się u mnie sprawdził. To moje trzecie opakowanie (w zapasach jest jeszcze czwarta saszetka), a nadal nie rzucił mnie na kolana. Chyba zacznę szukać efektów z lupą :D.


Było: Alverde Lippebalsam Vanille Mandarine - ten produkt był kilka miesięcy temu prawdziwym hitem. Skoro wszyscy chwalili, to musiałam go mieć (z wanilią? Biorę!). Trochę rozczarował pod względem zapachu (ziołowo-mandarynkowy bez szczypty wanilii), ale działał świetnie. Został wycofany, ale nie będę płakała, bo wersja nagietkowa działa równie dobrze, a pachnie zdecydowanie lepiej.

Jest: Nuxe Reve de Miel Balsam do ust (w domu) i Alverde Lippenbalsam Calendula (mieszkaniec torebki)


Było: Yves Rocher Culture Bio Miód i muesli oraz Palmolive Aromatherapy Warm Vanilla - płynne, przezroczyste formuły nie sprzyjają mojej skórze zimą. Na te produkty zareagowały wzmożoną produkcją ochronnego, suchego pancerza. 
Maluch z YR zaskoczył mnie swoim zapachem, który bardziej przypomina marcepan niż miód (którego nienawidzę) i płatki muesli. Palmolive też wyobrażałam sobie inaczej, w tym przypadku rzeczywistość okazała się niezbyt różowa. Uwielbiam wanilię, a w tym żelu otrzymałam jej karykaturę, w której pierwsze skrzypce grały mydliny.

Jest: Nivea Supereme Touch Kremowy żel pod prysznic - żele Nivea to chyba jedyne kosmetyki tej marki, które cenię, i które od lat mieszkają w mojej łazience. Kremowe formuły okazują się idealne w sezonie grzewczym, bo nie wysuszają.


Było: Bath&Body Works Pink Chiffon Body Lotion - z oceną tego kosmetyku miałam ogromny problem, bo nie bardzo wiedziałam, do jakiej kategorii go zaklasyfikować. Ale skoro producent twierdzi, że to balsam do ciała, właśnie tak ten produkt potraktowałam. Więcej już w weekend.

Jest: Organique Coconut Oil - moje włosy nie lubią oleju kokosowego, ale zanosi się na to, że łydki pokochają.


Było: Jardins Żel ślimaczy pielęgnująco-regenerujący - dużo słyszałam o zbawiennym wpływie ekstraktu ze śluzu ślimaka na blizny, w szczególności te po trądziku. Doczytałam jednak, że ten składnik świetnie sprawdza się także na rozstępy. Produkty na zebrę to zdecydowanie moja bajka, więc musiałam przetestować to na sobie. I co? Właściwie nic, nie zauważyłam jakiegoś spektakularnego działania. Żelowa formuła niekoniecznie sprawdziła się na ciele - produktu trzeba było dużo, bo wnikał w skórę szybko, przez co był niewydajny (moje odczucia mogą być spowodowane zbyt krótkim czasem używania). Pozostawiał taką przyjemną, gładką otoczkę (mmm, silikoniki). Jednak, jeżeli po aplikacji nieopatrznie przejechałam dłonią po nasmarowanych miejscach, to zbierałam frędzle z żelu. Sądzę więc, że nie będzie dobry do twarzy, jeżeli ktoś będzie chciał nałożyć makijaż.

Jest: L'biotica Evolet Blizny&rozstępy


Tymczasowo niezastapiony: Balea Rasiergel Caribbean Dreams (RECENZJA) - ułatwiał i uprzyjemniał depilację, ale nie jest to produkt, bez którego nie mogę się obejść, żel pod prysznic też zdaje egzamin. Jeżeli będę miała okazję, z pewnością zaopatrzę się w wersję maślankowo-cytrynową :).

Na finiszu 2013 r. nie popisałam się może wybitną ilością zużytych kosmetyków, ale cały czas nad tym pracuję. W 2014 r. będzie lepiej (taką mam nadzieję)!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...