Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

wtorek, 30 grudnia 2014

Za grosze to gorsze? Wibo Growing Lashes Mascara

Kiedy zaczynałam blogowanie byłam studentką. Może nie taką stereotypową z dowcipów, która gotuje zdobyczne parówki w ukradzionym współlokatorowi czajniku elektrycznym, a na śniadanie wsuwa kromkę chleba z serkiem topionym i keczupem, ale fundusze na swoje kosmetyczne fanaberie miałam dość ograniczone. W studenckich czasach niechętnie spoglądałam na marki drogeryjne, w których tusz kosztował 30 zł. Za 30 zł to ja miałam tusz, podkład i nawet na pomadkę ochronną starczyło :D. Teraz mogę pozwolić sobie na trochę więcej, ale dalej buszowanie w drogerii zaczynam od przeglądu asortymentu tych najtańszych marek. Podczas jednej z ostatnich promocji na kolorówkę (dzięki ci Matko Boska Marketingowa)  zdecydowałam się na zakup kilku niedrogich zabawek - w moje ręce wpadła wówczas ta maskara. "Zielony" Wibo to obok "żółtego" Lovely tusz wręcz kultowy. Poleca go tak dużo osób, że aż wstyd go nie znać. Jak odwrócisz tabelę, to zoila będzie na czele - mnie się nigdy do niczego nie spieszy :D.

Od lewej: Wibo,
Lovely Curling Pump Up
Przy okazji recenzji jednego z tuszów Rimmel zwróciłam uwagę na jego wściekłozielone opakowanie, dzięki któremu łatwo znaleźć maskarę w kosmetyczce. W przypadku Wibo jest podobnie (uwierzcie mi, to duże ułatwienie po zerwaniu się z łóżka o 5 rano :D). Mam jednak na uwadze, że najbardziej powinno się liczyć wnętrze. Jeżeli chodzi o szczoteczkę, to Wibo mnie  z miejsca kupiło . Po przygodach z gigantami w guście Rimmela i Benefitu, szczoteczka Growing Lashes wydaje się tyciusieńka. I to jest cudowna odmiana! Małym silikonowym patyczkiem można bez problemu wszędzie dotrzeć, szczególnie dobrze sprawdza się do dolnych rzęs. 

Zaskoczyła mnie konsystencja tuszu. W ostatnich miesiącach przywykłam do kosmetyków tak świeżych, że prawie lejących. Tymczasem Wibo był od razu bardziej gęsty, co niestety przełożyło się na krótką, bo zaledwie trzytygodniową, żywotność maskary. I to właśnie jest dla mnie największy minus tego kosmetyku.

Pozytywnym zaskoczeniem okazało się działanie. Nie oczekiwałam, że tym maleńkim aplikatorem wyczaruję na rzęsach cokolwiek godnego uwagi. Tymczasem.... wow, brakuje mi słów. Tusz cudownie wydłuża rzęsy i delikatnie je wtedy pogrubia. Dopóki jest świeży cudnie je rozdziela. Niestety, z czasem zaczyna zlepiać włoski i się osypuje. Szkoda.



Efekt na rzęsach spodobał mi się na tyle, że mimo zastrzeżeń zamierzam jeszcze wrócić do tego tuszu. To naprawdę dobry kosmetyk za niewielkie pieniądze.


Cena: ok. 10 zł
Dostępność: Drogerie Rossmann
Ocena: 4/5

sobota, 27 grudnia 2014

Raz, dwa, trzy, Baba Jaga (nie) patrzy! Bourjois 123 Perfect CC Cream 31 Ivory

Z niewiadomych przyczyn od zawsze lubię ten okres między Świętami a Sylwestrem. Ten czas, gdy kobiety sięgają po najbardziej upstrzone cekinami kreacje, wybierają zdobione kolorowymi szkiełkami torebki, niebotycznie wysokie szpile, a po błyszczących szalach boa zostaje w sklepie tylko smętny haczyk. Dla niektórych z nas bal (względnie impreza) sylwestrowy to jedna z niewielu okazji w roku, żeby się trochę odstrzelić. Zainteresowanie kosmetykami kolorowymi w owym czasie też niebezpiecznie wzrasta (może ze względu na poświąteczne rabaty, e, drobny szczegół). Szczególnym powodzeniem cieszą się mieniące się lakiery czy cienie... Warto jednak pamiętać, że istotne są nie tylko świetlne efekty specjalne, ale i dbałość o podstawowe elementy makijażu. A z tymi bywa krucho. Nawet bardzo. Czasami zamiast się upiększyć robimy z siebie maszkary. Dzisiaj, tak trochę z przekorą, nie doradzę wam, który kosmetyk sprawdzi się w czasie sylwestrowych szaleństw, ale który może być całkiem miłym towarzyszem pozostałych dni w roku.

Marka Bourjois to moje tegoroczne odkrycie. Dotychczas szerokim łukiem omijałam szafy, w których ceny kosmetyków zaczynały się od 20 zł. Zażarta walka o konsumenta wymogła wejścia na wyższy poziom i sieci kosmetyczne zaczęły kusić dużymi obniżkami, Właśnie w ramach tego typu akcji odżałowałam dwadzieścia parę złotych i przyniosłam do domu krem CC, który w owym czasie szybko zyskiwał duże grono zwolenniczek.

Nie mam pojęcia, z czego to wynika, ale krem CC/BB w europejskim wydaniu zawsze znajduje się w tubce. Czy jest to tańszy Bell, czy droższy Max Factor, tubeczka musi być. Wolałabym opakowanie z pompką. Tak, marudzę, w końcu nie to jest najważniejsze.

Burżujski CC ma dość lejącą konsystencję. Jest zdecydowanie rzadszy niż flagowy fluid tej marki, Healthy Mix. Bardzo łatwo się rozprowadza. W przeciwieństwie do Healthy Mix nie jest kremowy; sprawia wrażenie silikonowego. Nie wchłania się w skórę, tylko tworzy na niej taką warstewkę. Właśnie przez to, że nie osiada, nie wtapia się, lubi się odbijać na wszystkim (bez opamiętania romansuje z ekranem telefonu) i łatwo się ściera Wymaga naprawdę mocnego zagruntowania (sprawdza się z pudrem ryżowym z Paese), inaczej nie popisuje się trwałością.

CC nie powoduje powstawania pryszczy, ale niestety dla skrzydełek nosa jest dobrą pożywką, która wspomaga trochę produkcję makaronu (ale tylko tam, na czole i policzkach jest spokój).

Tym, co mnie zaskoczyło jest krycie tego produktu. Wydawało mi się, że coś tak lejącego i raczej lekkiego będzie mizernie ujednolicało cerę. Tymczasem CC kryje naprawdę nieźle - wydaje mi się, że lepiej niż Healthy Mix. Radzi sobie z zaczerwienieniami, niezidentyfikowanymi ciapkami i naczynkami. Ale prawdziwe cuda robi na nosie. Nie wiem, jak oni to zrobili, ale gdy machnę trochę CC na tą swoją pokancerowaną rozszerzonymi porami i zaskórnikami skórę na nosie, to jest ona gładka jak nigdy. Magia. Miła odmiana po podkładach, które tworzyły beżowe zaskórniki.

Długo dumałam w drogerii nad odpowiednim odcieniem. O ile zawsze podobała mi się gama Healthy Mix ze względu na żółte tony w najjaśniejszych wariantach, tak tutaj tonacja jest trochę inna. 31 Ivory to taki dość brzoskwiniowy odcień, niektórzy twierdzą wręcz, że różowy. Nie byłam do niego przekonana, ale uparłam się na ten fluid. Kolejny kolor, 32, wydawał mi się bardziej żółtawy, ale już zdecydowanie za ciemny jak na moje potrzeby. Zaryzykowałam i wzięłam 31. Na szczęście kolor się w miarę dopasowuje, po przypudrowaniu wygląda dobrze.

Od lewej na każdym zdjęciu: CC nr 31, HM nr 51

Choć nie jest to podkład idealny, to jednak w ostatnich tygodniach sięgałam po niego bez ustanku. Podoba mi się jego krycie, lekkość i wygląd na skórze. Myślę, że nie skończy się na tym jednym opakowaniu.

Cena: ok. 45 zł/30 ml
Dostępność: Hebe, Super-Pharm, Rossmann
Ocena: 4-4,5/5

czwartek, 25 grudnia 2014

Fatalna czwórka - AA, Dermedic, Yves Rocher


Brzuchy pełne? Szwy w spodniach już się rozeszły? Rozmowa z ciotkami zaliczona (Kiedy znajdziesz sobie chłopaka na stałe? W Twoim wieku byłam już matką. Zegar tyka!)? Prezenty odpakowane? Taak? To świetnie. Wskakuj w rozwleczony dres, wyjmij wsuwki w włosów, właź pod koc i zakończ te Święta. Ileż można! W "ten wyjątkowy czas" (pewne środowiska by się zburzyły na to wyrażenie - reklama Lidla z tym sformułowaniem była im wyjątkowo nie w smak) zapraszam na post, który zupełnie nie wpisuje się w ideę tych dni. Powinno być słodko, miło i przyjemnie. Byłam grzeczna przez dobę, wystarczy? W pierwszy dzień Świąt zapraszam na notkę o kosmetykach, które niekoniecznie podbiły moje serce... Na szczęście nie podbiły oka :D.


Suchar dla suchara, czyli Dermedic HydraIn3 Hialuro Krem pod oczy

Pewnie nie zwróciłabym uwagi na ten kosmetyk, gdyby nie blogosfera. W kręgu blogujących był on swego czasu dość popularny. Tym sposobem znalazł się na mojej liście "do wypróbowania". Kilkukrotnie przymierzałam się do jego zakupu. Kiedyś zdradziłam się z tym zamiarem, ale wówczas jedna z dziewczyn gorąco mi go odradzała. Oczywiście musiałam być mądrzejsza niż wszyscy inni i, pomimo dobrej rady, kupiłam ten krem pod oczy. Zdecydowałam się na niego, gdy był w promocji, ostatecznie jednak przeznaczyłam na niego uciułane punkty na karcie klienta i w efekcie wyskoczyłam przy kasie tylko z symbolicznego grosika. Wiecie co? Nie żal mi grosików, które wiecznie są mi dłużne panie w sklepach, ale nad startą tego grosza wyjątkowo ubolewam.

Przejdźmy do zasadniczej części tej mini-recenzji, czyli opisu działania. Chociaż właściwie nie ma o czym pisać, bo krem nie robi niczego. Odżywczy krem z Tołpy pewnie się ucieszy, bo właśnie znalazłam jego zaginionego bliźniaka. Dermedic wchłania się błyskawicznie, po chwili obszar pod oczami jest równie suchy, co przed aplikacją. Niezależnie od nałożonej efekt jest taki sam, czyli żaden. Dziękuję, dobranoc.

Skład: Aqua, Prunus Aygdalus Dulcis Oil, Silica, Titanium Dioxide, Iron Oxides, Glycerin, Sodium Hyaluronate, Betaine, Propylene Glycol, Chlorella Vulgaris Extract, Cetyl Alcohol, Tocopheryl Acetate, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Truethanolaine, DMDM Hydantoin, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Allantoin, Parfum.

Cena: ok. 30 zł/15 ml


Mmmmmorelki - Yves Rocher Peeling do twarzy z pudrem z moreli

Marka Yves Rocher była moim zeszłorocznym odkryciem. Niestety, dobrze żarło i zdechło, w 2014 francuskie wyroby jakoś nie powaliły mnie na kolana. Miałam wyjątkowego pecha, bo trafiałam prawie na same średniaki lub, tak jak w tym przypadku, małe-wielki bubelki. Małe, bo o niewielkiej pojemności (i sporej cenie, jak to w YR), a wielkie - cóż, tak złe peelingi nie zdarzają się często.

W notce dotyczącej peelingu Ziaja Manuka wspomniałam, że pod względem działania te kosmetyki są porównywalne. Nie lubię bić się w piersi, ale w tym przypadku byłabym trochę niesprawiedliwa w stosunku do Ziai. Manuka wydawała mi się tłusta, jednak Yves Rocher to przy niej prawdziwa ślizgawka w tubce. Ten tłuścioszek pachnie naprawdę ładnie, ale jeżeli ktoś zdecyduje się na niego z uwagi na miłe wspomnienia związane z morelową Sorayą, może się trochę rozczarować. Te peelingi znajdują się po dwóch stronach mocy. Jeżeli ktoś z terminem "peeling/scrub" wiąże głaskanie, to jest to produkt w sam raz dla niego. 

Skład: Aqua, Stearic Acid, Methylpropanediol, Prunus Armeniaca Seed Powder, Glycerin, Potassium Hydroxide, Anthemis Nobilis Flower Waterm Xanthan Gum, Phenoxyethanol, Cetearyl Alchol, Disodium Lauryl Sufosuccinate, Hydrogenated Castor Oil, Sodium CocoylIsethionate, Zea Mays Starch, Pardum, Panthenol, Tetrasodium EDTA, Limonene, Sodium Benzoate, Citric Acid, Potassium Sorbate, CI 14700, CI 19140, CI 77891.

Cena: 21 zł/50 ml


Dwie fazy na mazy - AA Technologia Wieku Ultra Nawilżania Dwufazowy płyn do demakijażu oczu

Nie ukrywam, że jestem beksą. Łzy lecą mi z oczu prawie cały czas, niezależnie od warunków pogodowych. Dlatego też upodobałam sobie wodoodporne tusze, których nie trafi szlag przy pierwszej "mokrej" okazji. Niestety, ale wytrzymałość na rzęsach związana jest z utrudnionym usuwaniem firan. Z tego względu upodobałam sobie płyny dwufazowe, które w założeniu mają szybko i bezboleśnie usunąć odporne kosmetyki. Idea zacna, z wykonaniem bywa gorzej.

Na płyn z AA zdecydowałam się w sierpniu, przy okazji dość znacznej promocji. Wcześniej zetknęłam się z zaledwie jedną opinią, w dodatku pochlebną, więc postanowiłam dać mu szansę. Miałam małe wyrzuty sumienia, gdy robiłam zdjęcia do tej notki, ponieważ jakoś tak mi go żal się zrobiło. Nie zrozumcie mnie źle; to nie jest dobry kosmetyk, ale umiejscowiłabym go na granicy średni/kiepski. Średnio zmywa makijaż, ewidentnie nie radzi sobie całkowicie z trwałymi kosmetykami tak jak powinien. Po jego użyciu trzeba poprawiać innym specyfikiem. Tym, co przelało czarę goryczy i sprawiło, że płyn z AA znalazł się właśnie w tym poście, to dodatkowe atrakcje, które funduje - szczypanie i bardzo tłusta warstwa na skórze (może to jest powłoka nawilżająca, a ja się nie znam :D?). Więcej się na niego już nie skuszę.



Skład: Aqua, Isododecane, Isopropyl Palmitate, Panthenol, Allantoin, Sodium Chloride, Decyl Glucoside, Polyaminopropyl Biguanide, Tetrasodium EDTA.

Cena: ok. 11 zł/125 ml


Łyżka miodu w beczce dziegciu. Yves Rocher Culture Bio Odżywczy balsam do ust

.... i wracamy do Yves Rocher. Z uwagi na korzystne promocje, które serwuje ta marka, czasami ciężko jest się oprzeć zniżce. A produkt do ust zawsze się przyda, prawda? Szczególnie odżywczy, na zimę jak znalazł. Jak ja się cieszę, że na razie zimy nie widać, bo chyba bym się załamała, gdybym miała Yves Rocher w kieszeni płaszcza.

Ostatnimi czasy ratunek dla warg znajdowałam w kosmetykach w słoiczkach, których nie zabierałam ze sobą z uwagi na mało higieniczną aplikację. Ucieszyłam się, że YR zamknęło swój specbalsam w wygodnej tubce. Opakowanie to jedyny atut tego produktu. 

Odżywczy balsam Yves Rocher przypomina mi trochę wazelinę. Zostawia na ustach taką delikatną warstwę ochronną, pod którą nie dzieje się nic ciekawego. Balsam tymczasowo wyrównuje wargi, jednakże po zniknięciu usta są bardziej spierzchnięte niż były. Szkoda.

Skład: producent zapewnia, że w kosmetyku znajduje się 99,9% składników pochodzenia naturalnego. Tylko nie wiadomo jakich konkretnie :D.

Cena: ok. 20 zł/10 ml

Tym produktom nie udało się zachwycić. Mam nadzieję, że żadnego z nich nie znalazłyście pod choinką. A co was rozczarowało w ostatnich tygodniach?

sobota, 20 grudnia 2014

Pogoda na dziś: burzowo. Misslyn Waterproof Color Liner 241 Smoky Blue


O swoich przygodach z kosmetykami do podkreślania oczu mogłabym napisać wielotomową powieść. Kredki i eyelinery z niewiadomych przyczyn są ze mną w stanie wojny, przerywanej krótkimi chwilami pokoju. Nie potrafię dogadać się z tymi cudakami. Chociaż nie, czasem coś mi wyjdzie na jednym oku, bym po chwili zamazała sobie całą powiekę na drugim. Dlatego też tego typu kosmetyki goszczą u mnie niezwykle rzadko. Czasem się coś trafi i zwykle potem zbiera kurz w pojemniku z przyborami do pisania. Czy kredkę Misslyn spotka ten sam los? Istnieją szanse na to, że nie.

Marka Misslyn posiada w swojej ofercie dwie linie kredek - zwykłą (co za zaskoczenie :D) i wodoodporną. Właśnie z tej drugiej pochodzi mój egzemplarz. Paleta kolorów jest dość standardowa dla kredek do oczu - jest i czerń, i zieleń, i niebieski, a także biel i cielisty (przynajmniej według niemieckiej strony; w tym miejscu muszę się pożalić - pobiegłam do Hebe po cielaka, a tam cielista była tylko z klasycznej serii. Na pocieszenie wzięłam kredkę do brwi. Też w założeniu wodoodporną.)

Nie będę się rozpisywała na temat opakowania, bo nie ma o czym pisać. Kredka jak tysiące innych, nie posiada dodatkowych bajerów w postaci temperówki, nie jest wysuwana... Taka zwyczajna. I w tej prostocie nie ma nic złego :).

Jeżeli chodzi o konsystencję, to, moim zdaniem, Misslyn trafiło w punkt. Nie popada w żadną skrajność, choć jest trochę bliżej "miękkiej strony mocy" niż kredka z Max Factor i trochę mniej niż Rimmel Scandaleyes i Essence Gel Eyeliner. Operuje się nią bez najmniejszego problemu, nie trzeba sobie drapać powieki ani wydłubywać oka (jak np. kredką My Secret). Niestety, przez taką formułę, szybko traci czubek i trudno jest nią namalować cieniutką linię bez ciągłego sięgania po temperówkę. Przy okazji formuły wspomnę jeszcze, że kredka cechuje się dobrym kryciem (jest minimalnie gorsza od kredki z Essence) i świetnym nasyceniem koloru. Nie podrażnia spojówek.

W kwestii trwałości też nie jest na szarym końcu. Na linii wodnej siedzi około 6 godzin. Na "gołej" tłustej powiece mniej więcej 2 godziny, na samym cieniu - 4-6 godzin, na bazie i cieniu - do zmycia (czasem nawet 12 godzin). Wynik przyzwoity. W tym momencie powinnam wspomnieć też o wodoodporności. Tak, Misslyn jest wodoodporna, co nie znaczy, że jest nie do ruszenia - wyjaśnia to jej krótkotrwały romans z tłustą powieką. Kredka ma jednak bardziej trwałą formułę, co wyraża się m.in. w tym, że nie można jej rozetrzeć (zastyga w ekspresowym tempie; przy rozcieraniu na powiece zostaje tylko taki bury ślad - pędzel ściera kolor, nie naruszając ciemnej bazy). 

Od lewej: Lancome, Misslyn, Essence


Na deser zostawiłam sobie kolor. Bez bicia przyznam się, że nigdy bym takiego nie kupiła, ponieważ jako posiadaczka niebieskiej tęczówki unikam takich odcieni jak ognia (efekt Kleczkowskiej :D). Smoky Blue to kolor z rodziny niebieskawych, choć z tej gałęzi, w której romansowano intensywnie z szarością. Ten kolor przypomina mi trochę burzowe niebo. I, o dziwo, nawet nie wygląda źle z niebieskimi oczami - "kradnie" trochę ich kolor i sprawia, że wydają się mniej niebieskie. Podoba mi się ten efekt, zmiana koloru oczu bez soczewek :).

Misslyn udała się ta kredka. To porządny kosmetyk i myślę, że osoby, które lubią podkreślać oczy kredkami, mogą się za nią rozejrzeć.

Cena: ok. 30 zł/1,2 g
Dostępność: Drogerie Hebe
Ocena: 4/5

P.s. Produkt otrzymałam od Baltic Company, ale nie miało to wpływu na treść tej recenzji, ani wysokość oceny.

środa, 17 grudnia 2014

Prezenty na ostatnią chwilę? Edycje świąteczne w Yves Rocher

Coraz bliżej Święta, coraz bliżej Święta... Choć przez nieodpowiednią pogodę (dawać śnieg!!!), część z nas nie czuje jeszcze tego klimatu, to kalendarz (i zatrzęsienie vlogmasów i blogmasów)  podpowiada, że maraton w kuchni i mistrzostwa świata w zjadaniu smakołyków na kanapie zbliżają się wielkimi krokami. W wielu domach święta to jedna z niewielu okazji w roku, żeby spokojnie przeżyć chwile w gronie bliskich. Część z nas umila sobie ten czas nie tylko rozmaitymi rozrywkami, ale i małymi podarunkami. Te warto zawsze przygotować wcześniej (ja już mam od początku miesiąca; u mnie w domu obdarowujemy się drobiazgami na Mikołajki i na Święta), żeby uniknąć gorączki w sklepach. Niektórzy lubią jednak ten sport i na kilka dni przed wigilią latają z obłędem w oczach i zastanawiają się intensywnie nad tym, co położyć pod choinkę. Spokojnie, bez nerwów, Ciocie (i Wujkowie) Dobre Rady są w sieci na każdym kroku!

Nie czuję się uprawniona do tworzenia list prezentów idealnych. Takich po prostu nie ma. Zapoznałam się z kilkoma produkcjami odnoszących się do upominków. Wszystkie noże mi się w kieszeniach otwierały, gdy słuchałam/czytałam o tym, jak to każda kobieta uwielbia biżuterię, a każdy facet - piwo. W życiu pewne są dwie rzeczy - śmierć i podatki. Na pewno nie to, że każda dziewczyna zachwyci się sznurkiem z Lilou, a facet beczką piwa Heineken. Powinniśmy pamiętać, że prezenty zazwyczaj robimy osobom BLISKIM - to my znamy ich lepiej niż Cioteczki :).

Wstęp trochę przydługi, a biorąc pod uwagę to, o czym będę pisała za chwilę, można stwierdzić, że uprawiam hipokryzję. Niekoniecznie. Chciałabym zaprezentować dwa produkty, które być może mają szansę się spodobać (lub nie) osobom, które lubią Yves Rocher i/lub przepadają za kosmetykami o takich zapachach. Nie zagwarantuję, że Twoja mama będzie zachwycona. To Ty znasz ją lepiej i zapewne wiesz, czy bardziej ucieszy ją krem do rąk, czy nowa patelnia.

Choć jestem stosunkowo nowym klientem Yves Rocher, zdążyłam się zorientować, że marka lubi wypuszczać na święta limitowane linie produktów. W tym roku uraczyli konsumentów czterema seriami - z czarnymi owocami, z czerwonymi owocami, z pomarańczą i czekoladą oraz z karmelizowaną gruszką. W swoich zbiorach mam dwa kosmetyki z dwóch linii, więc postanowiłam je zaprezentować zanim znikną ze sklepów. Czy warto wrzucić je pod choinkę?

Krem do rąk czarne owoce - uwielbiam YR za to, że często robi różnego rodzaje promocje, za skorzystanie z mailingów/ulotek dorzuca gratisy. Ta miniatura kremu (30 ml; oryginalna pojemność to 75 ml) trafiła do mnie właśnie za sprawą zachomikowanej ulotki. I bardzo cieszę się, że miałam szansę spróbować tego produktu zanim zdecydowałam się na zakup - a po powąchaniu testera z pewnością bym to zrobiła. Zapach jest cudowny, taki cudownie jeżynowy. Jeżyna z podstawowej linii to przy nim cienias. Niestety aromat (swoją drogą długotrwały), to jedyny atut tego produktu.

Producent twierdzi, że to krem intensywnie nawilżający. Intensywnie to on pachnie. "Nawilżający" musiało się tu znaleźć przez pomyłkę.

Krem ma leciutką konsystencję mleczka, wchłania się ekspresowo. Można go wcierać w dłonie co 3 minuty, skóra przyjmie każdą ilość. Poza nadawaniem zapachu krem nie robi niczego. Cóż, dla mnie krem do rąk ma przede wszystkim dbać o dłonie. Miło, jeżeli dba także o usatysfakcjonowanie nosa, ale to nie jest jego podstawowe zadanie. Bubelek.

Skład: Aqua, Methylpropanediol, Glycerin. Glyceryl Stearate Citrate, Isopropyl Palmitate, Caprylic/Capric Triglyceride, Stearyl Alcohol, Cetyl Alcohol, Centaurea Cyanus Flower Water, Dimethicone, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Phenoxyethanol, Parfum, Carbomer, Sodium Hyrodxide, Tetrasodium EDTA, Limonene, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Citric Acid.

Cena: ok. 12 zł/75 ml
Ocena: 1,5-2/5

Woda toaletowa Karmelizowana gruszka - właściwie od niej powinnam zacząć, bo to ten produkt trafił do mnie jako pierwszy. Nie interesowałam się w ogóle edycjami świątecznym YR, dopóki Hexx nie wspomniała o tej gruszce. A że trafił mi się zły dzień, a YR było po drodze padło na małą wodę toaletową.

O ile w miarę radzę sobie z opisem zapachu kosmetyków, tak przy jakichkolwiek wodach toaletowych/kolońskich/ perfumowanych/ perfumach głupieję. Nos mam czuły, ale niewyspecjalizowany. Na szczęście YR nie zrobiło mi pod górkę i ta woda pachnie tym, co jest w nazwie, czyli gruszkami i karmelem. Połączenie dość ryzykowne - lubię aromat gruszek, pod warunkiem że "jest świeży". Natomiast tutaj bałam się, że ta gruszka będzie już taka "kompotowa" i w efekcie cały zapach stanie się taki płąski i ulepkowy. Jest dość słodko, ale to połączenie nie mdli. Bardziej czuć karmel niż gruszkę, choć przez cały czas noszenia na skórze przewijają się świeże akordy tego owocu. Woda nie jest może mistrzem trwałości, ale w porównaniu z wersją jeżynową, która znikała po 2 godzinach, te 4-6 godzin wydaje się przyzwoitym wynikiem. Przyjemniaczek.

Cena: ok. 20(40) zł/20(100)ml
Ocena: 3,5-4/5

Zdawanie się na świąteczne linie Yves Rocher przy planowaniu prezentów to nie jest najlepszy pomysł. Zapachy są powalające, jakość trochę mniej.

Jak wasze przygotowania do Świąt? 

czwartek, 11 grudnia 2014

Mocna pozycja. Ava Eco Linea Rewitalizujący krem pod oczy

Dobry krem pod oczy nie jest zły. Szczególnie, gdy lat przybywa. Nie wiem, jak to było w waszym przypadku, ale u mnie zmiany na twarzy zaczęły się od okolic oczu. Wcześniej nie potrzebowały one większej uwagi, wystarczał im żel Flosleku i były zupełnie szczęśliwy. Jednakże od jakiegoś czasu zaobserwowałam, że skóra pod oczami stała się kapryśna i żąda większego zainteresowania. Lubuję się teraz w kremach pod oczy i chętnie próbuję coraz to nowe. Do tej pory najbardziej polubiłam lekki AA Wrażliwa Natura 20+, AA Eco Dzika Róża i produkt nieco większego kalibru - Eucerin Q10 Active. Jak między nimi wypada Ava? Cenowo jest mniej więcej w połowie drogi między AA 20+ a Eucerinem. A działanie? O tym za chwilę.

Marka Ava nie należy do firm szczególnie popularnych. Jej produkty nie wypadają z każdej półki, niektóre linie są naprawdę trudne do zdobycia. Ava, jak chyba każda polska marka tworząca kosmetyki pielęgnacyjne, przeszła fascynację trendem eko i wyprodukowała linię Eco Linea, której składnikiem jest ten właśnie krem.

Zanim zacznę się rozpisywać o efektach, trzeba dobrać się do kosmetyku od zewnątrz. Muszę przyznać, że początkowo byłam zachwycona opakowaniem. Stali czytelnicy wiedzą o mojej niezdrowej fascynacji pompkami i opakowaniami z klapką. Przezroczysta szklana (uwaga ciapy!) butelka z dozownikiem wydawała mi się prawie ideałem. Do czasu. Po zużyciu mniej więcej 2/3 opakowania pompka przestała wydobywać produkt. Okazało się, że rurka jest trochę przykrótka i nie jest w stanie wybrać tej 1/3 kosmetyku. Co gorsza, trzeba się trochę nagłowić nad wydostaniem tej resztki - od razu uprzedzam, palec się raczej tam nie zmieści. Angel podrzuciła patent z przełożeniem opakowania do słoiczka. Z uwagi na konsystencję kremu, nie chciało mi się czekać aż jaśnie pan spłynie, więc wygrzebywałam go patyczkiem kosmetycznym. Trochę szkoda, że producent nie pomyślał o trochę dłuższym "kijku".

Formuła kremu nie należy do najlżejszych, ale też nie jest przytłaczająca. Przyjemna kremowa konsystencja, dużo bardziej bogata niż np. AA 20+ czy kremu Dermedic Hydrain3 Hialuro. Jest trochę mniej tłusty niż Eucerin. Rozprowadza się bez problemu, nie zostawia smug. Nie obciąża skóry, nie roluje się pod makijażem. 

Jeszcze przed daniem głównym mała przystawka: zapach. Moim zdaniem krem Ava ma dość neutralny, choć ziołowy zapach. Na szczęście nie jest on na tyle intensywny, żeby wyciskał łzy. Nie rani też nosa.

Trochę ociągałam się z recenzją działania, ponieważ do końca nie byłam pewna, co o nim sądzić. Niby niezły, ale bez efektu wow... No taki jakiś. Dopiero przygoda z kremem Dermedic sprawiła, że bardziej cenię Avę. Krem Eco Linea świetnie nawilża okolice pod oczami. Bardzo przyjemnie wygładza skórę. Podczas jego stosowania linie pod oczami faktycznie wydawały się mniej widoczne. Nie podziałał na cienie (nie mam problemu z obrzękami, więc się nie wypowiem). 

Działanie jest jak najbardziej satysfakcjonujące, choć zabrakło "tego czegoś", co sprawiłoby, że piałabym z zachwytu. Niemniej, muszę przyznać, że jestem zadowolona i nie wykluczam kolejnego opakowania. Tylko poczekam na promocję, bo cena nie jest zbyt przyjazna.

Skład: Aqua, Lavandula Angustifolia Flower Water, Phytosqualan, Olea Europaea Fruit Oil (and) Olea Europaea Oil Unsaponifables (and) Hydrogenated Vegetabe Oil (and) Glyceryl Stearate (and) Glycine Soja Sterols (and) Beta-sitosterol (and) Tocopherol, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate, Olive Oil Eco, Zea Mays Starch, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Althea Officinalis Root Extract, Camellia Sinesis Leaf Extract, Chaomilla Recutita Flower Extract, Sodium Dehydroacetate, Xanthan Gum, Zingber Officinalis Root Extract, Lavandula Officinalis, Cymbopogon Schoenanthus, Dehydroacetic acid, Benzyl Alcohol, Potassium Sorbate, Soidum Benzoate.

Cena: ok. 38-42 zł/15 ml
Dostępność: wybrane drogerie Rossmann (we Wrocławiu np. Factory, Galeria Dominikańska, Renoma, Arkady Wrocławskie), Jasmin, merlin.pl
Ocena: 4/5

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Oczekiwania kontra rzeczywistość. Ziaja Liście Manuka Pasta do głębokiego oczyszczania twarzy przeciw zaskórnikom

Produkty z serii Liście Manuka od kilku miesięcy ciągle są na świeczniku. Wprowadzenie tej gamy wzbudziło spore poruszenie wśród osób z syfiącą się cerą. Ziaja trafiła w 10, wiele osób ma przeboje ze skórą twarzy - prawdziwe albo urojone. 

Gdy trafiłam na zapowiedzi kosmetyków z tej serii, od razu w oko wpadła mi bohaterka dzisiejszej notki. Z jakiegoś powodu wydawało mi się, że pasta będzie preparatem punktowym na niedoskonałości. Jakież było moje zaskoczenie, gdy gęsta maź okazała się... czymś peelingopodobnym!

Opakowanie pasty pozbawione jest wszelkich ozdobników, dlatego właściwie nie powinnam się nad nim dłużej zatrzymywać. Nie mogę jednak przemilczeć klapki, którą ciężko się domyka, a gdy kosmetyk zatka dozownik, to nie można jej w ogóle zamknąć. Za krótki ten bolec.

Kosmetyk, jak już wspominałam, jest dość gęsty. Konsystencją przypomina trochę pastę do zębów, z tym że, w przeciwieństwie do niej, ma w sobie wyraźnie szorujące drobinki. Choć jest to peeling gruboziarnisty i wydawać by się mogło, że dość ostry, to jednak nie zapewnia "mocnych wrażeń". Ziaja chyba smalcem stoi, bo baza pasty jest też tłusta, przez co drobiny tracą swoją siłę. A że jest ich niewiele, to trzeba się trochę namachać, żeby dokładnie dopieścić całą twarz. W roli peelingu nie sprawdza się najlepiej. Nie warto obsadzać go także w roli żelu do mycia twarzy, bo nie zmywa zanieczyszczeń. Jedna z was wskazała, że pasty powinno używać się codziennie, już po umyciu twarzy. Niestety i w tym przypadku nie wpłynęła znacząco na ilość czarnych kropek - kolonia na nosie w dalszym ciągu miała się nieźle.

Pasty nie ratuje nawet zapach. Ni to kostka do WC, ni to pasta do zębów. Zdecydowanie bardziej w tym obszarze wolę peelingi morelowe porównywalne działaniem (np. morelowy głaskacz z Yves Rocher).

Ni to peeling, ni to żel, ni to coś ekstra po oczyszczeniu skóry... Bez fajnerwerków,  efektów nie zauważyłam, raczej do tego już nie powrócę. 

Skład: Aqua, Hydrated Silica, Glycerin, Polyethylene, Sodium Laureth Sulfate, Titanium Dioxide, Cellulose Gum, Panthenol, Illite, Propylene Glycol, Leptospermum Scoparium Leaf Extract, Hydroxyethyl Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Diazolidinyl Urea, Methylparaben, Propylparaben, Parfum, Benzyl Salicylate, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool.

Cena: ok. 10 zł/75 ml
Dostępność: sklepy firmowe Ziaja dla Ciebie, Hebe, Natura, Rossmann
Ocena: 2,5/5

piątek, 5 grudnia 2014

Mąka, oleje i cukier, czyli przepis na peeling. Sylveco Odżywcza pomadka z peelingiem

Wielokrotnie wspominałam, że uwielbiam kosmetyki do ust. Choć wargi nie są moim atutem (bo takich nie posiadam), lubię się na nich bawić. Kosmetyki do ust to jedna z najbardziej lubianych przeze mnie grup produktów. Gdy rozpoczynałam przygodę z marką Sylveco, to właśnie na tego typu kosmetyki zwróciłam uwagę w pierwszej chwili. Do domu przyniosłam jeden z nowszych wyrobów - odżywczą pomadkę z peelingiem.

Plastic is fantastic - aż zakuła mnie w oczy jakość tego surowca, gdy wyłowiłam opakowanie z kartonika. Koszmarny, taki bylejaki plastik rodem z opakowań bazarowych szminek ochronnych za 2 zł. Mechanizm wysuwający też pozostawia wiele do życzenia, często się zacina. Bardzo dobrze, Sylveco, jedynka!

Ucieszyło mnie to, że sztyft jest dość długi. Niestety, mieszanka olei i cukru dość szybko się zużywa. Kosmetyk niesamowicie łatwo się topi, a żeby wykonać peeling, trzeba trochę chwilę pojeździć. Właściwie po 2 tygodniach jest już po ptakach.


Producent nazwał ten produkt odżywczą pomadką z peelingiem, co moim zdaniem jest w pewnym sensie mylące. Z pewnością nie jest to kosmetyk, który możemy ze sobą nosić w torebce i aplikować, gdy tylko przyjdzie nam na to ochota. Raz, z tego względu, że brązowe wałki wychodzą poza kontury ust, a dwa, że na wargach zostają cukrowe drobinki. To bardziej peeling niż pielęgnacyjna pomadka. Sylveco przyjemnie ściera martwy naskórek, ale niestety dłuższy masaż jest zgubny dla wydajności. Zawsze można zaaplikować trochę na usta i do boju wysłać palce - wydaje mi się, że jednak nie taki sposób zastosowania przyświecał twórcom tego kosmetyku. Działanie peelingujące jest trochę słabsze niż peelingu z Pat&Rub. Za to Sylveco zostawia na ustach przyjemną olejową warstwę, która całkiem nieźle odżywia usta (choć balsam Nuxe działał lepiej w tym zakresie).

Rozczarował mnie trochę zapach. Czytałam o tym, że pomadka ma aromat migdałowy, dlatego zdziwiłam się, gdy do mojego nosa dotarły nuty ciasta z mąki pszennej pełnoziarnistej. Kosmetyk bardzo przyjemnie smakuje, to po prostu 100% cukru w cukrze, jest słodko.

Peeling z Sylveco nie jest złym produktem, niemniej nie jest to rzecz doskonała. Uważam, że znacznie lepiej jest kupić peeling z Pat&Rub - jest drogi, ale w czasie potrzebnym do jego zużycia,wykończy się z 50 takich pomadek, więc w gruncie rzeczy z Syleco będzie to droższa impreza.

Skład: Glycine Soja Oil, Cera Alba, Sucrose, Lanolin, Oenothera Biennis Oil, Copernicia Cerifera (Carnauba) Wax, Theobroma Cacao Seed Butter, Butyrospermum Parkii Seed Butter, Betulin, Prunus Amygdalus Amara Oil.

Cena: ok. 10 zł
Dostępność: sklepy zielarskie (Wrocław - Lawenda na Krupniczej, Helfy)
Ocena: 3,5/5

czwartek, 4 grudnia 2014

Raz na wozie, raz bez wozu... czy jakoś tak. Zużycia listopada

Wielokrotnie wspominałam, że lubię zamknąć poprzedni miesiąc (to chyba po cioci - księgowej :D) i od dłuższego czasu czynię to przy pomocy denka. Z racji zawirowań życiowych muszę dokonać kilku zmian w dotychczasowym trybie funkcjonowania (mówiąc krótko i węzłowato przy użyciu słowa, którego strzegę się jak diabeł święconej wody: ogarnąć temat). Mam nadzieję, że wybaczycie mi to, że listopad zakończę 4 grudnia, Ludzie żyją według różnych kalendarzy, prawda? Ktoś pierwszego grudnia wrzuca obrazek z napisem "Hello December", ja mogę to zrobić dzisiaj :D.

Gdy jakiś czas temu zerknęłam do torby z denkiem, byłam bardzo niepocieszona. Jakoś tak to nędznie wyglądało. Kilka butelek, jakieś smętne saszetki... Biednie. Cholewka, że też nie pomyślałam, mogłam coś wylać do kranu :D. Trudno, musztarda po obiedzie :).



Było: Sylveco Lipowy płyn micelarny - chyba najlepszy płyn micelarny jakiego używałam, a już na pewno jedno z największych odkryć tego roku - bardzo dobrze zmywa makijaż, nie lepi się, nie podrażnia skóry. Sylveco miało u mnie dobry start, ciekawa jestem, czy kolejne spotkania z marką będą tak owocne. Głodnych większej ilości informacji o płynie micelarnym zapraszam TU.

Jest: Paese Płyn micelarny - kupiłam go przy okazji dość sporej zniżki w ramach weekendu rabatowego z jakimś czasopismem. Też daje radę, ale pełną opinię wydam za jakiś czas.


Było: Ava Laboratorium Eco Linea Rewitalizujący krem pod oczy - nagrzałam się na niego po przeczytaniu kilku opinii i z uporem maniaka polowałam na promocję. Kiedy w końcu dorwałam go w swoje łapy, z balonika trochę zeszło powietrze. To nie jest zły krem, przeciwnie, nawet całkiem niezły, ale bez rewelacji. W grudniu skrobnę więcej na jego temat,

Jest; Dermedic Hydrain3 Hialuro Krem pod oczy - złapałam go w czasie zniżek w Super-Pharmie (kosztował wtedy chyba 18 zł), a pani przy kasie zapytała się mnie, czy nie chcę wymienić swoich punktów na niego. Tak się składa, że chciałam, więc krem nabyłam za symbolicznego grosika. Tak sobie teraz myślę, że on chyba nawet tego grosza nie jest wart.


Było: Sylveco Odżywcza pomadka z peelingiem - bardzo interesujący wynalazek. Pozwoliłam się nie zgodzić z producentem, który nazwał ten produkt w taki, a nie inny sposób. Recenzja pojawi się już w ten weekend, cierpliwości mój młody padawanie.

Jest (do dobica): Yves Rocher Culture Bio Odżywczy balsam do ust - marka lansuje ten kosmetyk na super-hiper-turbo-ekstra produkt do ust. Pfff - tyle mam do powiedzenia.
Alverde Lippenbalsam Calendula - do działania tej pomadki nie dużych zastrzeżeń. Chcę ją w końcu wykończyć, bo już od wieków tuła się po moich torebkach (nigdy nie mogę jej znaleźć, gdy potrzebuję; kiedy poszukuję czegoś innego, uparcie pcha się w ręce :D).


Było: Ziaja Liście Manuka Pasta do głębokiego oczyszczania twarzy - używałam jako peelingu, maski, żelu do mycia twarzy... Skończyły mi się pomysły i skończyła się pasta. Nie będę tęskniła. Więcej napiszę niebawem.

Jest: Yves Rocher Peeling do twarzy z pudrem z pestek moreli - lubię morelowe peelingi, ale baza tego jest dla mnie za śliska, na mokrej skórze to on jedynie głaszcze, a nie ściera.


Było: Alterra Cremedusche Bio-Orange&Bio-Vanille i Duschgel Bio-Pink Grapefriut&Bio-Orangebluete - najbardziej w tych żelach podoba mi się szata graficzna. Waniliowo-pomarańczowy ma przyjemną konsystencję mleczka, a grejpfrutowy jest trochę rzadszym żelem. Oba pienią się słabo, są lejące i szybko się zużywają. Do zalet nie można także zaliczyć zapachów - oba mają taką dziwną nutę, charakterystyczną dla produktów myjących Alterry, która przebija inne aromaty.
Lirene Miodowy nektar do mycia ciała - słodki, otulający zapach sernika z pomarańczami - pod tym względem to ulubieniec roku wśród żeli. Muszę go poszukać w jakiejś Biedronce, bo ich cena (9 zł), podoba mi się bardziej niż ta, której życzą sobie drogerie (15 zł).

Jest: Yves Rocher Jardins du Monde Żel pod prysznic Fioletowy ryż - ja im dam fioletowy ryż. Ale marketing rządzi się swoimi prawami; nikt pewnie nie kupił by żelu Ogrody Świata o zapachu brudnych skarpet. Chociaż... Gusta są różne :D.

To zdjęcie potrzebuje Rutinoscorinu
Było: Bielenda Masło do ciała Arbuz - podobno uboższa siostra profesjonalnego arbuza z linii Home Care specjalnie dla Biedronki. Zapachowo naprawdę bieda... Wróć, cukru i jakiegoś skisłego arbuza tam nie pożałowali. Ulepkowaty zapach lekko nadpsutej "dyni" (to arbuz w słowniku mojej babci), który utrzymuje się mniej więcej 2 godziny na ciele. Nie mój klimat. Pod względem pielęgnacyjnym nie było tak najgorzej, masło  nawilżało ciało i pozostawiało na nim delikatną "mięsistą" warstwę.

Jest: Wellness&Beauty Badeoel mit wertvollem Sesameoel&Vanille Extract - spokojnie, nic mi się nie pomerdało, ten olejek do kąpieli znalazł się we właściwym miejscu i czasie. Angel podszepnęła, żeby spróbować smarować nim ciało. Odnośnie działąnia nie wyrobiłam sobie zdania, ale zapach.., Jeżeli ktoś lubi waniliowe Wunderbaumy (te choinki do auta), to będzie skakać ze szczęścia :D.
Isana Bodycreme Sheautter&Kakao - porządne, niedrogie smarowidło. Warto sprawdzić na własnej skórze,


Było: Garnier Neo Antyperspirant w kremie Soft Cotton - antyperspirant ma mi zapewniać komfort, nie fundować dodatkowych atrakcji w postaci mokrych kulek pod pachami. Ten tego nie robił, więc żegnam (nie)czule. Więcej na jego temat przeczytacie TU.

Jest:  Mój :D


Moja mama uwielbiam nowe kosmetyki. Ubóstwia je otwierać i o nich zapominać. Potem zostają jakieś smętne resztki, które tylko zagracają niewielką łazienkę. Postanowiłam pomóc jej w zużywaniu dawno zapomnianych mazideł. Wyszczuplacz z AA niczym się nie wyróżniał, ten z Perfecty na tle innych wybija się działaniem mrożącym - nie, on nie chłodzi, on zamraża (prawie zęby mi wypadały, gdy się nim smatowałam). Krem z Biodermy pozytywnie mnie zaskoczył - podczas używania serum z kwasami moja skóra potrzebuje czegoś trochę cięższego. Ten kosmetyk przywracał jej równowagę. Nie chcę pisać więcej, bo zużyłam naprawdę niewielką jego ilość.


Kilka przypadkowych próbek. Jedyną próbką, która zachęciła mnie do zakupu okazała się miniatura żelu Avene - pełnowymiarowe opakowanie już na mnie czeka.

W listopadzie się nie popisałam. Liczę na owocny grudzień. A jak tam u was? Miałyście któryś z tych kosmetyków? 

niedziela, 30 listopada 2014

Piątka na piątkę? Produkty, które warto wrzucić do koszyka w Rossmannie


Myślę, że nikomu nie trzeba przedstawiać drogerii Rossmann. Chyba każdy przynajmniej raz robił w niej zakupy. Rossmann to taka kosmetyczna Biedronka. Pokuszę się też o stwierdzenie, że większości nie trzeba przedstawiać bohaterów dzisiejszego postu. Marki własne Rossmanna od kilku lat cieszą się niesłabnącym powodzeniem, a każda kolejna nowość w asortymencie jednej z nich budzi entuzjazm (tak jak ostatnio mydło z pingwinem - większość kupiła je dla opakowania, ale co tam:)).



Babydream fuer Mama Wohlfuelbad - podobno płyn do kąpieli. Podobno, bo nie słyszałam o osobie, która wlewałaby go do wanny :D. Kupiłam z zamiarem stosowania w roli żelu pod prysznic, niestety pod względem zapachu to nie moja bajka - wychodzę z założenia, że mycie ma być przyjemnością, a nie przykrym obowiązkiem i cenię sobie kosmetyki, które zadowalają mój nos, a ten niespecjalnie przypadł mi do gustu pod tym względem. Obsadzenie tego produktu w roli żelu pod prysznic też jest działaniem dość niestandardowym, ponieważ ten płyn to hit włosomaniaczek do mycia włosów. Co więcej, jest to pierwszy od długiego czasu kosmetyk polecany przez tę grupę kosmetykoholiczek, który sprawdził się też u mnie. Naprawdę bardzo dobrze oczyszcza włosy (po drugim myciu aż skrzypią), a przy tym nie przesusza skóry głowy i jej nie podrażnia. Mam też wrażenie, że korzystnie wpływa na kondycję włosów, które przy jego zastosowaniu stają się bardziej miękkie.

Skład: Aqua, Sorbitol, Glycine Soja Oil, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Cocoamphoacetate Glycerin, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Lactose, Whey Protein, Heianthus Annnuus Seed Oil, Cocamidopropyl Hydroxysultaine, Xanthan Gum, Levulinic Acid, P-Ansic Acid, Tocopherol, Sodium Levulinate, Sodium Chloride, Citric Acid, Parfum.

Cena: 10 zł/500 ml


Alterra Feuchigkeitspuellung Granatapfel&Aloe Vera - kolejny kosmetyk do włosów, który gościł w łazience każdej włosomaniaczki. Jakiś czas temu używałam maski z tej serii, z której byłam nawet zadowolona. Zdecydowałam się na odżywkę, bo wbrew temu, co mogłoby sugerować przeznaczenie tego kosmetyku, działa on silniej niż maska, która przecież powinna być czymś na kształt kuracji. Odżywka doskonale nawilża włosy, które stają się miękkie i gładsze. Moja szopa sprawia wrażenie bardziej grzecznej. Odżywka nie dociąża włosów, ani nie nadaje im blasku, ale po moich ostatnich przygodach z produktami do włosów, uważam, że jest całkiem niezła.

Skład: Aqua, Alcohol, Stearamidopropy Dimethylamine, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Myristyl Alcohol, Glycine Soja Oil, Punica Granatum Seed Oil, Ricinus Comunis Seed Oi, Punica Granatum Fruit Extract, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Acacia Farnesiana Flower Extract, Lauroyl Sucrosine, Sodium Lactate, Hydroxyethylcellulose, Carthamus Tinctorius Seed Oil, Tocopherol, Helianthus Annuus Seed Oil, Ascorbyl Palmitate, Parfum, Linalool, Limonene, Geraniol, Citronellol, Citral.

Cena: ok. 10 zł/250 ml


For Your Beauty Gumki do włosów - taaak, oczy was nie mylą. Gorąco polecam bliższą znajomość z tymi gumkami. Od kilku lat kupuję tylko je - najpierw były dostępne w odcieniach niebieskiego, potem czerni i szarości, a od dłuższego czasu są te w brązach, co z uwagi na mój kolor włosów bardzo mi odpowiada (tylko nie rozumiem obecności tych białych, zawsze mi zostają :D). Gumki są dość wytrzymałe. Rozciągają się trochę z biegiem czasu, ale aż do pęknięcia (nie zawierają tego metalowego elementu spajającego sznurek, co podobno jest dobre dla włosów) dobrze trzymają włosy. Nie ślizgają się, nie zsuwają, można z nimi podskakiwać,  biegać, machać głową i fryzura nadal trzyma się na miejscu.

Cena: 5 zł/10 sztuk


For Your Beauty Pilnik szklany - przez większą część swojego życia używałam pilników typu banan albo takich papierowych, które cechowała dość duża siła rażenia i dość mocne szarpanie płytki (ty piłujesz, a paznokcie tańczą). Zaczęło mnie to trochę drażnić, dlatego zdecydowałam się na pilnik szklany. Miałam z AnnCo, używałam też Elite i nie byłam zadowolona. Wydawało mi się, że głaszczą paznokcie. Jestem niecierpliwa i lubię mieć efekt na już - denerwowało mnie to, że muszę się namachać, a paznokieć wydaje się taki sam, jak przed zabawą z pilnikiem. Postanowiłam dać szklanym wytworom kolejną szansę i w Rossmannie wrzuciłam do koszyka chwalony For Your Beauty. Początkowo mnie nie zachwycił, ale z czasem przekonywałam się do niego coraz bardziej. Przy skracaniu trzeba się nim trochę namachać, ale do nadawania kształtu jest cudowny. Już nie  robię sobie trójkąta z paznokci, bo się zagapiłam przy oglądaniu serialu :D. Ostre krawędzie płytki można zlikwidować delikatnie i skutecznie. Pilnik nie szarpie, zauważyłam, że paznokcie mniej mi się łamią, nawet te strzelające na kciukach.

Cena: ok. 13 zł


Isana Body Creme Sheabutter&Kakao - bardzo nie lubię spóźnialskich, dlatego sama staram się być punktualna. Bardzo często kończy się to tak, że na umówione spotkania przychodzę za wcześnie i potem kwitnę. Na moje (nie)szczęście, wewnętrzny kompas kieruje mnie wtedy do drogerii, Któregoś razu wypadłam z Rossmanna z gigantycznym kremem do ciała. Duży, promocja, kakao... Same rozumiecie :D. Przypadkowy zakup okazał się całkiem udany. Uważam, że ten krem jest świetną opcją do codziennego nacierania ciała (ja w sezonie grzewczym muszę się "namaszczać" dwa razy, więc koszty pielęgnacji ciała drastycznie rosną... Albo i nie, tylko wtedy chodzę i rysuję sobie paznokciami pod skórze). Nawilża ciało, szybko się wchłania, a jego zapach nie jest obrazą dla powonienia. W dodatku jest wydajny. Szkoda tylko, że są jedynie trzy warianty zapachowe. Isana stworzyła przyjemne smarowidło w "rodzinnej" wielkości. Polecam :).

Skład: Aqua, Glycerin, Glyceryl Stearate SE, Ethylhexyl Stearate, Cocos Nucifera Oil, Butylene Glycol, Cetyl Alcohol, Butyrospermum Parkii Butter, Panthenol, Copernica Cerifera Cera, Theobroma Cacao Butter, Sodium Cetearyl Sulfate, Parfum, Isopropyl Palmitate, Carbomer, Phenoxyethanol, Tocopheryl Acetate, Sodium Hydroxide, Ethylhexylglycerin, Tetrasodium Glutamate Diacetate, Benzyl Alcohol, Benzyl Benzoate, Coumarin.

Cena: ok. 10 zł/500 ml

Używałyście któregoś z tych produktów? Czy są tu wasze hity? A może czegoś nie znałyście i czujecie się skuszone? Dajcie znać!

piątek, 28 listopada 2014

Wybory miss lakierów? Misslyn Nail Polish Satin Metal 11F Edgy, 223 Urban Chic, 419 High Society

Nie macie czasami wrażenia, że lakiery do paznokci są jak Pokemony? Czasami aż kusi, żeby do koszyka zgarnąć wszystkie z danej serii albo marki. Ponieważ ich kupowanie ma udowodnione (przez amerykańskich naukowców) działanie terapeutyczne (to taka kosmetyczna czekolada), przynosimy masę emalii do domu. Jeden lakier w tą, czy tamtą... A potem trzeba kupić sobie na nie komodę. Nie pozwól, żeby lakiery przejęły kontrolę nad Twoim życiem! (Dobra, tej jednej buteleczki nikt nie zauważy).

Misslyn jest marką stosunkowo świeżą na polskim rynku i dość słabo rozpowszechnioną - na chwilę obecną dostępna jest tylko w jednej, ciągle jeszcze niewielkiej, sieci drogerii. Ale ponieważ lubimy "dobre, bo polskie, ale lepsze, bo niemieckie" (taki mały żarcik odnośnie niemieckiej jakości), myślę, że ma szansę zjednać sobie rzeszę fanek (jak marki z DM, czy chociażby Zoeva, Catrice, Essence, a także Artdeco - to właśnie do grupy Artdeco należy marka Misslyn). Sama od jakiegoś czasu posiadam błyszczyk Misslyn, a ostatnio dołączyły do niego lakiery, kredka i paleta cieni. Dawno na blogu nie zajmowałam się paznokciami (jakoś nie przepadam za pisaniem o przyborach do nich, sama nie wiem dlaczego), czas to zmienić i z tego względu przygodę z Misslyn rozpocznę właśnie od lakierów :).

Na pierwszy ogień idzie opakowanie. Buteleczka jest zgrabna, dość nietypowa w kształcie. Pędzelek nie należy do najszerszych, ale nie jest też tak cienki jak w przypadku lakierów Revlon Parfumerie. Jeżeli chodzi o wykonanie samego opakowania i aplikatora, to nie mam się do czego przyczepić. Natomiast lekki prztyczek należy się za napisy - zarówno numer na nakrętce, jak i nazwa na nalepce z kodem kreskowym szybko się ścierają. Za jakiś czas nie będę wiedziała, jaki lakier ładuję na płytkę. To nie jest sprawa, która waży znacząco o ocenie produktu, ale taki mały detal, który może irytować.

Konsystencja też nie jest powalająca. Lakier niby nie jest gęsty, w niczym nie przypomina glutów z serii Lovely Nude, ale praca z nim wymaga pewnej uwagi. Pierwsza warstwa rozprowadza się lekko, łatwo i przyjemnie (niestety nie jest ona zupełnie kryjąca), natomiast do drugiej trzeba już się przyłożyć, bo lakier lubi przyczepić się do jednego miejsca. Całe szczęście, że dwie warstwy zapewniają dobre krycie. Lakier schnie przyzwoicie, można normalnie funkcjonować już po około 40 miuntach.

Wybaczyłabym wszelkie drobne wady, gdyby wynagrodziła je trwałość. Niestety, po dwóch dniach noszenia mam modelowo starte końcówki. Zdziwiło mnie, że taką samą trwałością, jak lakiery z podstawowej serii, cechuje się także Satin Metal, który trochę gorzej się zmywa (nie trzeba jednak bawić się folią aluminiową).

Być może w tej nienajlepszej trwałości jest jakaś metoda :D. Misslyn zaproponowało tak szeroką gamę kolorystyczną, że aż grzech nosić jeden kolor dłużej. Myślę, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie - są i mleczaki (szkoda że producenci nie oznaczają lakierów jako przejrzyste - czasem ktoś chce kupić kryjący kremowy lakier), i klasyczne czerwienie, i fiolety i jakieś cudaki z drobinkami. Kolory są naprawdę ładne i takie głębokie. W swojej kolekcji posiadam trzy cukiereczki:

11 F Edgy - satynowa poszarzała czerń (albo grafit) z mnóstwem maleńkich drobinek: złotych, niebieskich i fioletowych. Lakier nie jest  mocno chropowaty na paznokciach, powierzchnia sprawia wrażenie gładkiej.

223 Urban Chic - gdy wyłowiłam go z koperty, wydał mi się bordem z domieszką fioletu. Światło mnie oszukało, to bardzo ładny burgund.

419 High Society - neutralny brąz.

Wiązałam duże nadzieje z lakierami Misslyn, niestety nie do końca spełniły one moje oczekiwania. Największy zarzut kieruję w kierunku ich trwałości. Jeżeli ktoś zmienia często lakier na paznokciach, to myślę, że powinien się zainteresować nimi bliżej, bo kolory są naprawdę kuszące.

Cena: ok. 20 - 25 zł zł/10 ml (20 zł kosztują lakiery z podstawowej gamy, te z serii Satin Metal są o 5 zł droższe)
Dostępność: Drogerie Hebe
Ocena: 3,5/5

P.s. Dwa z trzech zaprezentowanych lakierów otrzymałam od firmy Baltic Company.

P.s. 2. Od 1 do 14 grudnia marka Misslyn będzie przeceniona w Hebe o 40%. 

wtorek, 25 listopada 2014

Cuda na kiju. Garnier Neo Intensywny antyperspirant 48 h Soft Cotton

Kilka miesięcy temu kosmetyczny światek zelektryzowała wieść o wypuszczeniu przez drogeryjnego giganta, firmy Garnier, w pewnym sensie nowego typu antyperspirantów. Żegnajcie kulki, kryształy, sztyfty i spraye, witajcie kremy! Spora część z nas uznała taką formułę za całkowitą innowację, jedynie niewielki ułamek orientował się, że kremowa formuła już od dawna gości na półkach Rossmanna w cenie kilkukrotnie niższej. Dla wielu z nas było to jednak objawienie. Ponieważ od dłuższego czasu namiętnie kupuję antyperspiranty Garnier (w sumie jeden konkretny, z czego spora część czytelników robi sobie podśmiechujki - powiem kiedyś mamie, wtedy zobaczycie :D!), nie mogłam przejść obojętnie obok takiej rewolucji w asortymencie marki. Spośród 5 dostępnych wariantów wybrałam dość zachowawczo wersję Soft Cotton.

Tradycyjnie dobiorę się do produktu od zewnątrz. Garnier upchał swoje kremy w tubkach z grubego, ale w miarę elastycznego plastiku, zwieńczonych główką, która ma za zadanie pomóc w aplikacji produktu. Rozwiązanie na pierwszy rzut oka wydawało się całkiem wygodne. Niestety, wraz z ubywaniem kosmetyku, pojawiał się coraz większy problem z jego wydobyciem . Wiecie, jak to jest przy tubkach - pod koniec trzeba się nagimnastykować, żeby cokolwiek wypłynęło. Nie inaczej jest i w tym przypadku. Koniec końców i tak nożyczki idą w ruch. Zastanawiam się, czy bardziej funkcjonalne nie byłoby zapakowanie tego kosmetyku w słoiczku - owszem, byłoby to mniej higieniczne, ale zapewne bardziej wygodne.

Mimo że "widziały gały, co brały", to zaskoczyła mnie konsystencja tego produktu. Garnier Neo ma naprawdę konsystencję kremu. Suchości dodają mu zapewne silikon do spółki z talkiem. Nie jest na skórze tak mokry jak kulki, wchłania się tworząc taką silikonową powłoczkę. 

W pierwszych chwilach miałam spore problemy z dozowaniem tego kosmetyku. Nie potrafiłam wyczuć, ile wystarczy, żeby produkt działał, a jednocześnie, żeby nie nawalić na skórę połowy opakowania. Na moje nieszczęście, Garnier dość dobrze się wchłania, więc po tygodniu hojnego ciapania praktycznie już mocowałam się z tubką. Okazało się jednak, że wiedza na odpowiedniego porcjowania nie jest mi zupełnie potrzebna, bo antyperspirant po prostu działa fatalnie, niezależenie od ilości. Po 30 minutach właściwie już czułam pewien dyskomfort pod pachami. Zapach potrafił utrzymać się do 3 godzin. A potem był dramat i ochota na przyspawanie sobie rąk do tułowia. Dziękuję bardzo.

Po raz kolejny dostałam nauczkę, żeby nie kombinować. Nie twierdzę, że tego już nie zrobię, ale serię Garnier Neo będę omijała szerokim łukiem. 

Skład: Aqua, Aluminum Chlorohydrate, Dimethicone, Isopropyl Palmitate, Talc Cera Alba, Arachidyl Alcohol, Parfum, Zinc Gluconate, Arachidyl Glucoside, Hydroxypropyl Starch Phosphate, Phenoxyethanol, Steareth-100/PEG-136/HDI Copolumer, PEG-100 Stearate, Behenyl Alcohol, Caprylyl Glycol, Perlite, Tetrasodium Glutamate Diacetate, Glyceryl Stearate

Cena: ok. 13-16 zł/40 ml
Dostępność: Rossmann, Natura
Ocena: 2/5

sobota, 22 listopada 2014

Nie ma lipy! Sylveco Lipowy płyn micelarny

Na fali popularności kosmetyków naturalnych firma Sylveco zyskała spore grono zwolenników. Jak grzyby po deszczu zaczęły wyskakiwać entuzjastyczne recenzje ich produktów. Polskie, stosunkowo niedrogie i z przyjaznymi składami - tak, proszę państwa, wygląda recepta na sukces. Od dłuższego czasu krążyłam wokół Sylveco, aż w końcu postanowiłam dać im szansę. W obroty wzięłam trzy zabawki: gwiazdę dzisiejszej notki, czyli płyn micelarny, pomadkę z peelingiem i balsam myjący do włosów. Muszę przyznać, że te produkty okazały się na tyle obiecujące, że mam apetyt na więcej.

Płyn micelarny w prostej brązowej butelce wygląda dość niepozornie. Etykieta obfituje za to w informacje odnośnie składników kosmetyku (wyczytałam tam np., że aloes zawiera naturalny kwas salicylowy. Migiem zadzwoniłam do ciotki uczulonej na salicylany, która aloes uważała za panaceum na wiele przypadłości). Opakowanie zwieńczone jest klapką, więc kolejny plus - nie znoszę zakrętek, zawsze przede mną uciekają, strachliwe są jakieś, czy co?

Gdy przychodzi mi opisywać konsystencję płynów micelarnych, zawsze śmieję się pod nosem. Woda jak woda :D. Ta z Sylveco zaskoczyła mnie tym, że jest brązowa - to taki maleńki zgrzyt, bo przy zmywaniu podkładu nigdy nie miałam pewności, czy domyłam go całkowicie. Płyn nie zostawia na twarzy nawet delikatnie lepiącej warstwy, w ogóle się nie pieni. Jest niesamowicie łagodny dla skóry, bez obaw można zmywać nim także oczy. Pachnie delikatnie, dość ziołowo, mnie ten aromat nie przeszkadza.

Jak wspominałam w ustępie wyżej jego kolor nie pozwala na jednoznaczne stwierdzenie, czy szpachla z twarzy została zmyta. Poprawka innym, bezbarwnym płynem, utwierdziła mnie w przekonaniu, że jednak Sylveco sprostał zadaniu. Świetnie radzi sobie z kosmetykami kolorowymi, nawet szaloną wodoodporną kredką do oczu, czy opornym tuszem Benefit They're Real. Jego piętą achillesową są długotrwałe szminki - tutaj trzeba się trochę natrzeć, żeby odpuściły. Zdjęcia prezentują efekt chwilowego "okładu" z nasączonego wacika, a następnie lekkiego przetarcia.


Pierwsze zetknięcie z Sylveco okazało się w moim przypadku bardzo udane. Płyn polubiła także moja mama. Z pewnością wróci do mojej kosmetyczki.

Skład: Aqua, Tilia Platyphyllos Flower Extract, Decyl Glucoside, Glycerin, Panthenol, Allantoin, Hydrolyzed Oats, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Lactic Acid, Phytic Acid, Benzyl Alcohol, Dehydroacetc Acid.

Cena: ok. 16-18 zł
Dostępność: sklepy zielarskie (np. we Wrocławiu - Sklep Zielarsko-Medyczny Lawenda ul. Krupnicza, Helfy)
Ocena: 5/5

wtorek, 18 listopada 2014

Kobieta bardzo zmienną jest. Rimmel Wonderfull Mascara

Gdyby człowiekowi nadawano imię po dłuższy czasie od narodzin, to prawdopodobnie zostałabym ochrzczona jako "Niezdecydowana". Nigdy całkiem na tak, prawie zawsze na nie do końca nie. Nawet czekolady nie potrafię wybrać bez wewnętrznej debaty przy regale ze słodyczami. Raz podoba mi się to, innym razem tamto... Chylę czoła przed osobami, które na pierwszy rzut oka potrafią od razu wyrazić zdanie na jakiś temat. Ja muszę rozważyć wszystkie aspekty, a potem dopiero zastanowić się nad kłapaniem dziobem. Fascynuje mnie idea "testów na żywo", tak ostatnio popularna na polskim Youtube - świetnie, ktoś raz miał na twarzy podkład i jest zachwycony. Tylko dlaczego potem nie pojawia się obszerna recenzja po dłuższej przygodzie z tym produktem? Bazowanie na czyjejś pozytywnej opinii nie zawsze jest gwarancją sukcesu, a co dopiero opieranie się na takim zdaniu, które zostało wyrażone "na gorąco".

Gdybym uległa modzie na pobieżne zaznajamianie się z produktem, z pewnością ta recenzja wyglądałaby zupełnie inaczej. Po kilku ostatnich Rimmelowych średniakach (Scandaleyes; niepojęte jest to, że marka uparcie rozwija tę serię), Wonderfull wydał mi się darem niebios. Jednak w miarę używania wracał trzeźwy ogląd na sprawę i w efekcie recenzja nie będzie nadmiernie entuzjastyczna (a czy jakakolwiek w moim wykonaniu była :D?).


L: Rimmel
P: Lovely
Po kilku zabawach z gigantycznymi, włochatymi szczotkami tuszów z serii Scandaleyes, znalezienie w Wonderfull silikonowego aplikatora było dużą ulgą. Uff, wreszcie coś dla mnie. Szczota jest spora, ale tym razem producent oszczędził nam gromadzącego tusz potwora, a zafundował gęste, zgrabne wypustki, które świetnie rozczesują rzęsy. Nie ukrywam, że dla mnie tusz z silikonową szczotką zdobywa dodatkowe punkty na wstępie. Aplikator nie jest jednak idealny; mógłby być mniejszy. Mam małe oczy, w dodatku takie, które są głębiej osadzone, dlatego preferuję nieduże szczotki, którymi łatwiej manewrować przy wewnętrznym kąciku. Wstyd się przyznać, ale czasem nie maluję niektórych włosków, bo szkoda mi wcześniej wykonanej pracy z cieniami.

Tusz zaskoczył mnie swoją konsystencją, która okazała się wręcz niepokojąco rzadka. Nawet pod koniec używania nie przypominał gluta. Pomimo trochę lżejszej formuły dobrze się nim malowało - co prawda początkowo odrobinę mocniej sklejał rzęsy, ale gdy lekko wysechł, ładnie je rozdzielał. Na uwagę zasługuje fakt, że w przeciwieństwie do wielu maskar, w tym także innych tej marki, nawet gdy dogorywa, nie zostawia na rzęsach dużych "bombek" (takich uroczych kuleczek na końcach rzęs). Tusz się nie kruszy i nie osypuje. Nie jest wodoodporny, więc niestety płaczki będą niezbyt usatysfakcjonowane.

Przez pierwszych kilka tygodni efekt na rzęsach zdawał się odpowiadać moim upodobaniom. Było delikatnie, schludnie... Zbyt delikatnie. O ile rozdzielenia i wydłużenia nie można mu odmówić, tak końcowy efekt mimo wszystko wydaje się zbyt zachowawczy, szczególnie po jednej warstwie, na której zwykle poprzestaję w codziennym makijażu. Brakuje mi tutaj chociaż odrobiny pogrubienia - moje rzęsy są dość liche, a chciałabym, żeby były choć w połowie tak zachwycające, jak rzęsy Maxineczki.


Rimmel i tym razem nie zachwycił. Wonderfull jest kolejną maskarą, w której czegoś mi zabrakło do pełni szczęścia. Trudno, może uda się następnym razem.

Cena: ok. 30 zł
Dostępność: Hebe, Natura, Super-Pharm, Rossmann
Ocena: 3,5/5

P.s. Produkt otrzymałam od marki Rimmel, ale fakt ten nie wpłynął na treść tej recenzji

niedziela, 16 listopada 2014

Z gigabajtów na ryzy - listopad miesiącem blogerskich książek

Święta zbliżają się wielkimi krokami. Nie da się tego nie zauważyć, gdy z marketowych półek atakują mikołaje, a w galeriach już pojawiają się bombki i łańcuchy. Na wrocławskim Rynku rosną budy i lada chwila rozpocznie się znienawidzony przeze mnie jarmark (nie pytajcie). Część z nas już powoli rozgląda się za prezentami dla bliskich. Skarpetki czy perfumy, krawat czy konsola? A może książka? Taak, książka to zdecydowanie dobry pomysł. Ale półki w księgarniach uginają się pod naporem różnych tomów... Co wybrać? Wydawnictwa chyba sugerują, że warto postawić na książkę ulubionego blogera (albo videoblogera), bo w listopadzie na rynek wchodzi aż 6 pozycji stworzonych przez gwiazdy sieci.

(To nie są recenzje)

Zdjęcie pochodzi ze znak.com.pl
Myślę, że Lekko stronniczych nie trzeba nikomu przedstawiać. Panowie zasłynęli z krótkich filmików, w których poruszają różne, w miarę aktualne lub/i intrygujące tematy. Mnóstwo pajacowania (głównie w wykonaniu Karola) i duża doza śmiechu dla widzów. Program cieszy się ogromną popularnością, aż przykro pomyśleć, że z 1000 odcinkiem dobiegnie końca. Em pokusiła się o recenzję tej książki, więc zainteresowanych zapraszam TU. To jedyna książka w zestawieniu, która nie jest ani książką kucharską, ani poradnikiem.


Koszt: 36,90 zł

Zdjęcie pochodzi z muza.com.pl

Nie każdy bloger będzie miał nawet mglistą szansę napisania książki. Papier przyjmie wszystko, ale nie wszyscy zaakceptują papier (nie dla psa kiełbasa, Pulitzer nie dla każdego) :). Z tego względu "preferowani" są autorzy, którzy w jakiś sposób mogą podzielić się swoją wiedzą, stąd blogerskie pozycje sadowią się raczej na półkach z poradnikami albo książkami kucharskimi (które nawet  zaliczyłabym do szeroko rozumianego segmentu poradników). Książka "Mała wielka uczta" Pauliny i Michał Stępniów, którzy od kilku lat współtworzą kanał i blog kotlet.tv, podobno nie jest tylko spisem zamieszczonych już przepisów, ale znalazły się tam także nowe receptury. Jestem tej książki niesamowicie ciekawa, liczę na jakieś proste, efektowne i szybkie w wykonaniu potrawy. Muszę jednak przyznać, że bardzo podstawowy przepis na sernik z brzoskwiniami, który pochodzi z "Małej wielkiej uczty" nie zachęcił mnie do zakupu. Może jednak jest w tej książce coś bardziej innowacyjnego.

Koszt: 69,99 zł

Zdjęcie pochodzi ze strony wydawnictwodwiesiostry.pl

Kolejna smakowita pozycja na liście blogerskich dzieł, to gratka dla fanów kuchni wege. Nawet mnie, mięsożercy, zdarzało się zawędrować na blog Jadłonomia. Przepiękne zdjęcia sprawiały, że i ja miałam ochotę na takie paskudztwo jak np. jarmuż. W książce znajduje się 100 przepisów - posiadacze, dajcie znać, czy pokrywają się z zawartością bloga!

Cena: 69 zł

Zdjęcie pochodzi ze strony sensus.pl


Chwytliwa piosenka w intro, buzia, która się nie zamyka i retro ugryzione od każdej strony... Tak, to Radzka, która jest chyba najpopularniejszą modową vlogerką. Z rad Magdaleny korzystały już dziewczyny przy okazji filmów, które powstały we współpracy z centrum handlowym Cuprum Arena w Lubinie. Radzka zamieściła też kilka produkcji, w których opowiadała o odpowiednich rodzajach ubrań do typów sylwetek posiłkując się aktualnymi kolekcjami w sieciówkach. Można się z nią nie zgadzać, można wytykać jej błędy (wszak szewc bez butów chodzi :D), ale nie można jej odmówić siły przebicia. Koniecznie muszę zajrzeć i sprawdzić, co Radzka radzi na papierze :).


Cena: 44,90 zł

Zdjęcie pochodzi ze strony empik.com

Charlize Mystery znana jest szerszemu gronu nie tyle ze swojego modowego bloga, co raczej z prześmiewczych newsów na Pudelku oraz niewybrednych komentarzy Niemodnych Polek (które na pewno już koczują pod Empikiem w oczekiwaniu na premierę :D). Ta książka jest dla mnie zagadką, bo tak naprawdę nie wiem, co takiego ma do przekazania Charlize. O ile rozumiem stworzenie poradnika przez Radzkę, która jest osobistą stylistką i niejako "siedzi" w temacie ubierania innych, tak nie potrafię sobie wyobrazić, w jaki sposób ma pomóc mi osoba, która po prostu się ubiera. To mniej więcej tak, jakby któraś z blogerek kosmetycznych napisała poradnik o składnikach kosmetycznych, bo używa kosmetyków. Nie chcę jednak psioczyć, być może rady Karoliny okażą się naprawdę przydatne.


Cena: 44,90 zł

Zdjęcie pochodzi ze strony sensus.pl

Na deser zostawiłam sobie książkę ze swojego, kosmetycznego, poletka. Nawet osoby, które nie siedzą na co dzień w blogerskim świecie, ale nieobca jest im tematyka pielęgnacji włosów, na pewno świetnie kojarzą Anwen. Włosomaniactwo stało się właściwie zupełnie odrębną gałęzią pielęgnacji, a wiedza na temat kuracji, jakie można fundować kłakom, jest bardzo szeroka. Blog samej Anwen jest kopalnią informacji. Sama mam problem co i z czym się je (w dużej mierze dlatego, że jestem leniwa, ale ćśśśśśś). Taka usystematyzowana wiedza w pigułce może być dobrym szablonem do ułożenia sobie poplątanych fragmentów informacji w głowie. 


Cena: 37 zł

Czy któraś z nowości wydawniczych, którą wysmażyli blogerzy (vlogerzy) jakoś szczególnie was zainteresowała? Po którą sięgniecie? Ja z pewnością przewertuję każdą z książek i być może wtedy zdecyduję się na zakup. W tej chwili zastanawiam się nad książką Anwen - i to nie tyle dla siebie, co dla ciotki :).

Mieliście może do czynienia z innymi książkami blogerów? Które są według was są godne uwagi?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...