Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Summa summarum - 2013 w pigułce

Ostatnie dni grudnia tradycyjnie stanowią czas na przemyślenia, podsumowania i snucie planów na następne 12 miesięcy. Nic więc dziwnego, że na blogach obrodziło postami z ulubieńcami upływającego roku i postanowieniami na przyszły. Postanowiłam, że 2013 zamknę postem, w którym podsumuję upływający czas. Nie będzie to jednak notka, w której skupię się tylko na ulubionych i znienawidzonych produktach. Jeżeli interesuje was to, jak wyglądały u mnie w tym roku różne kwestie związane z urodą, to zapraszam do dalszych części.

1. Dryfowanie w nieznanym kierunku, czyli nowa marka w kosmetyczce

Źródło
Choć markę Yves Rocher kojarzyłam od dłuższego czasu, to jednak znałam ją wyłącznie ze słyszenia. W tym roku nastąpił przełom i zdecydowałam się zaprzyjaźnić z tymi francuskimi wyrobami. W dalszym ciągu uważam, że kosmetyki YR nie są warte swoich regularnych cen. Marka potrafi jednak skutecznie przyciągać klienta wiecznymi zniżkami i gratisami - klientki YR można wręcz określić mianem wyznawczyń (niedowiarkom polecam lekturę wątku o tej marce na Wizażu, szczególnie, gdy pojawia się nowa oferta). Nadal poznaję ich propozycje, kosmetyki mają różne, lepsze (żel Pure Calmille, peeling do stóp Beaute des Pieds, szminki Grand Rouge) i gorsze (mleczko opóźniające odrastanie włosków). Bakcyla złapała także moja mama i, o dziwo, mój tata. 

2. Działo się, oj, działo... Wydarzenie kosmetyczne

Wydarzeniami tego roku były bez wątpienia promocje -40%, imprezy wręcz cykliczne. Choć po raz pierwszy tego typu obniżki pojawiły się na szerszą skalę w zeszłym roku, to jednak właśnie w obecnym 40 stało się ulubioną liczbą wielu z nas :D. Częstotliwość rabatów tego typu pokazuje, jak bardzo firmy walczą o klientów. Hebe, Rossmann, Super-Pharm... Nawet lekko śnięta Natura. Promocje tego rzędu sprawiły, że teraz właściwie mniejsza zniżka mało kogo interesuje :).
Tak duże rabaty są sprytnym zagraniem. Teoretycznie wydaje się nam, że oszczędzamy, ale tak naprawdę pozwalamy sobie na znacznie więcej - "normalnie" niczego byśmy nie kupiły, ale ze względu na promocję, w koszyku ląduje tusz, podkład i róż :). Interes się kręci, a klient (początkowo) zadowolony.

3. Toż to szok! Spore zaskoczenie


Idzie sobie człowiek spokojnie na zakupy, po bułki, pomidory i inne takie. Wędruje po markecie, bo, żeby dostać się na linię kas, trzeba się przespacerować przez całą halę sprzedaży. Chodzi więc człowiek i się rozgląda. Patrzy na prawo, zwraca głowę w lewo... A tam... Bach! Nagle, spośród półek atakują szafy z kolorówką. I to nie taką pierwszą lepszą, która w sklepach wiekopowierzchniowych się zdarza. Wprowadzenie Catrice i Essence, czyli niedrogich i popularnych marek makijażowych do marketu to świetny pomysł (Essence jest w niektórych Tesco Extra, ale Catrice debiutuje poza drogeriami w naszym kraju), o czym może świadczyć fakt, że wiecznie ktoś się przy szafach kręci, a towar często jest przebrany. Mam nadzieję, że wkrótce te kosmetyki trafią pod strzechy innych sklepów Kaufland.

4. Płacz i zgrzytanie zębami, czyli największy błąd

Rodzina (ściślej mówiąc: mama i ciotki) od lat namawiały mnie, abym zaszalała (ileż można chodzić w tym nudnym kucyku, zmieniłabyś coś!). Pomysły miały różne, a to grzywka, a to pasemka, cieniowanie... W końcu zdecydowałam się ulec namowom i poprosiłam fryzjerkę o wycieniowanie włosów. Początkowo byłam zadowolona, bo nieład na głowie wreszcie miał sens. Z czasem jednak, przestało mi się to podobać. Włosy wyglądały na zniszczone, poszarpane i wiecznie spuszone. Cóż, więcej nie zdecyduję się na tak drastyczne cięcie. Na szczęście włosy to nie zęby i odrosną (choć, biorąc pod uwagę ich tempo wypadania, to prędzej będę łysa).

5. Lekko, łatwo i przyjemnie - praktyczne rozwiązania

a) jonizacja
Źródło

Nie przepadam za suszeniem włosów przy użyciu suszarki i w miarę możliwości staram jej nie używać. Wolę, żeby czupryna schła naturalnie. Są jednak sytuacje podbramkowe, gdy muszę szybko doprowadzić się do stanu używalności i przy takich okazjach muszę skorzystać ze strumienia ciepłego powietrza. Moja niechęć ma pewne podstawy. Wcześniej posiadane urządzenie sprawiało, że moje włosy po wysuszeniu zachowywały się okropnie. Wyglądałam jak wściekły lew. Na nic zdawało się stosowanie silikonowych preparatów, które miały dociążać włosy. Gdy staroć odszedł do krainy rupieci, nie płakałam za nim wcale. Suszarka jest jednak potrzebnym gadżetem, więc zdecydowałam się na nowy model, nierujnujący budżetu, kompaktowy sprzęt marki Zelmer. I okazał się on dobrym wyborem. Dzięki temu, że suszarka posiada funkcję jonizacji, włosy przestały zachowywać się po wysuszeniu jak lwia grzywa.


b) turban

Kolejny wynalazek, który sprawia, że włosom (a właściwie ich właścicielce) żyje się lepiej. Przez całe życie (no dobra, prawie) zawijałam umyte siano w zwykły ręcznik frotte, który co prawda dobrze wchłaniał wodę, ale był ciężki. Ponadto noszenie go, nawet przez tych kilka minut, było bardzo uciążliwe, wiecznie się rozwalał. Turban z mikrofibry jest lżejszy i ma zapięcie, który dobrze trzyma go na głowie, co pozwala na wykonywanie właściwie dowolnych ruchów. Taka mała rzecz, a cieszy.

Źródło, źródło

c) pudełka, pojemniki i inne "słoiki"

"Tyko idiota ma porządek, geniusz panuje nad chaosem" - to chyba motto każdej bałaganiary. W tworzeniu "artystycznego nieładu" jestem naprawdę niezła. Ale czasem pojawiają się trudności w znajdowaniu rzeczy, które są już, teraz i natychmiast potrzebne, co rodzi frustrację. Postanowiłam, że rozprawię się trochę (tak z grubsza) z tym nieporządkiem. Rozpoczęłam poszukiwania pudełek, które pozwolą na posegregowanie bajzlu. Ceny specjalnych organizerów nie są zbyt niskie (serio, ponad 40 zł za plastikowe pudełko z przegródkami?), dlatego trzeba sobie radzić inaczej. Z pomocą przyszła Ikea, która w swoim asortymencie ma cały szereg produktów ułatwiających przechowywanie w niewysokich cenach. Pędzle wylądowały w pięknym świeczniku, który jest jednocześnie ozdobą, a inne "dowody zbrodni", galopującego kosmetykoholizmu, znalazły się w pojemniku na sztućce. Od razu lepiej :).

6. Dno i dwa metry mułu. Kosmetyczne pomyłki: pielęgnacja

Źródło

a) L'oreal Ideal Fresh Orzeźwiający żel do mycia twarzy - choć "zima" w pełni, zapewne wiele z was już w myślach planuje urlop. Nieliczne szczęściary wybiorą się zapewne do ciepłego raju w okresie ferii. Ale te, którym nie będzie dane odwiedzić np. Egiptu, mogą mieć jego namiastkę już teraz, za niecałe 20 zł. L'oreal Ideal Fresh zapewni ci Saharę na twarzy :).
Źródło

b) Bielenda Afrodyzjak Olejek do kąpieli i pod prysznic Ylan-ylang i róża - kosmetyk z gatunku tych, które są i pachną. Na tym jego działanie się kończy. Poza tym nie rozumiem, dlaczego producent określa ten produkt mianem olejku, skoro obok żadnego tłuściocha nie stał. Nie przypomina nawet olejku pod prysznic np. Nivea. Zwyczajny płyn do kąpieli z piękną otoczką.
Źródło

c) Tołpa Dermo Face Lipidro Odżywczy krem regenerujący pod oczy - nie potrafię zrozumieć tego, że marka z takim potencjałem tak koncertowo strzeliła sobie w stopę. Przypisywanie lekkiemu mleczku właściwości odżywczych, które mają sprostać potrzebom suchej skóry to działanie "nieco" na wyrost. Krem nie robi właściwie nic, ceni się zaś dość konkretnie.

7. Ślepa uliczka. Niewypały: kosmetyki kolorowe

Źródło

a) Essence Stay Matte Lip Cream 01 Velvet Rose - ten kosmetyk ma tak przyjemną konsystencję musu i tak apetycznie pachnie, że aż żal mi go prezentować w tej części notki. Cóż jednak zrobić, jeżeli to właściwie jego jedyne atuty. W pozostałych kwestiach to porażka na całej linii. Kolor jest dość tandetny, pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że to nowy perłowy róż. Nie zachwyca także trwałość. Zresztą, nie chciałabym, aby tak okropnie rozkładający się na ustach kosmetyk, był długotrwały.
Źródło

b) Lovely Nude Nail Polish 02 - z markami Wibo i Lovely mam jakiś problem. Jakoś odrzuca mnie od ich kosmetyków. Czasem jednak dam się ponieść chwili i przynoszę do domu jakąś niedrogą pierdołę. Kilka razy udało mi się trafić na całkiem niezły kosmetyk, ale nie tym razem. Lakier Lovely to plastelina w butelce, która schnie tak wolno, że prędzej człowiek doleci na Plutona.

Źródło

c) Synergen Korektor antybakteryjny 01 Vanilla - pomarańczowa pasta, która kryje dobrze, ale sprawia, że buzia wcale nie wygląda lepiej. Co to za różnica, czy placki są czerwone, czy pomarańczowe? Moim zdaniem, żadna.

8. Dobry ruch. Ulubieńcy pielęgnacyjni
Źródło

a) La Roche-Posay Effaclar Duo - to było najlepiej wydane 34 zł w moim życiu. Ten krem zrobił prawdziwą rewolucję na mojej twarzy, po kuracji tym produktem nie poznałam swojej cery. Zamieniłam Effaclar na krem z SVR i mogę stwierdzić, że inwestycja w apteczną pielęgnację to słuszny wybór.

Źródło

b) Zrób Sobie Krem Korund - choć wokół korundu (jak i masy innych półproduktów) kręciłam się od dłuższego czasu, to jednak nigdy nie wcieliłam tych myśli w życie. Gdyby dobra dusza nie wcisnęła mi małej paczuszki z białym proszkiem, to z pewnością nie zapoznałabym się z nim jeszcze przez jakiś czas. Korund jest fantastyczny! Nie wierzyłam w niszczycielską siłę tych mikrodrobinek, ale maleństwa okazały się ostre jak brzytwa i sprostały oczekiwaniom pod względem ścierania.


9. Upiększacze. Sprawdzone produkty kolorowe
Źródło

a) Bell BB Cream - choć początek roku witałam z minerałami, to jednak w połowie 2013 naszło mnie na klasyczny fluid. Bardzo chwalono krem BB z Bell, dlatego na niego padł mój wybór. Świetny podkład w niewysokiej cenie. Zużyłam go prawie do końca, ale musiałam odstawić, bo kolor (Natural) zrobił się za ciemny. Planuję do niego wrócić, gdy tylko nabiorę trochę koloru.

Źródło

b) Max Factor Kohl Pencil 090 Natural Glaze - marka Max Factor nie należała do tych marek, na których kosmetyki chorowałam. Puder Creme Puff i tusz 2000 Callories jakoś niespecjalnie zachęciły mnie do eksperymentów z produktami MF. Jednak od pewnego czasu migały mi bardzo pozytywne recenzje kredki w cielistym odcieniu, idealnym na linię wodną. Zastanawiałam się nad nią tak długo, że gdy rozpoczęłam jej poszukiwania w trakcie promocji -40% musiałam się trochę nabiegać. Choć w końcu udało mi się ją dorwać w niższej cenie, to uważam, że jest to produkt warty nawet tych 30 zł w cenie regularnej. Oczy mi łzawią, tusz spływa, a kredka pozostaje niewzruszona. To jest to!

10. Miejscówki, czyli gdzie warto kupować

Źródło

a) Drogeria Hebe - gdy przekroczyłam próg Hebe, właściwie z miejsca polubiłam tę drogerię. Choć w kwestii obsługi można znaleźć kilka mankamentów (biedny pan ochroniarz, który musi witać każdego klienta i ekspedientki wyskakujące zza każdej półki), to jednak muszę pochwalić to, że jak przyjdzie co do czego, naprawdę znają się na rzeczy. Ten sklep, oprócz bogatego asortymentu (znajdziemy tu m.in koreański Purederm, Tołpę, Pamer's, Kallosa, Organix, Batiste, Białego Jelenia, Avę, Bandi, Revlon, Essie, Eveline, Catrice, Essence, Bell, Sally Hansen, EcoTools, Greenland), ujął mnie tym, że kosmetyki kolorowe są zabezpieczone taśmą. Nie stanowi to stuprocentowej gwarancji ochrony przez zmacaniem, ale taki "nadgryziony" kosmetyk można łatwo rozpoznać i się przed nim ustrzec.

b) Sklep Zielarsko-Medyczny (Wrocław, ul. Krupnicza) - ten punkt istnieje odkąd pamiętam. Świetny wybór kosmetyków o bardziej naturalnych składach, z półek uśmiechają się np. Fitomed, Sylveco (pełna oferta), Oczar, Arigletz i Apis. Dodatkowo, oprócz kosmetyków, znajdziecie tu szeroki wachlarz przypraw bez wzmacniaczy, a także ziół. Atutem tego miejsca jest niebywała wiedza pani, która sprzedaje - świetnie orientuje się w asortymencie, wie, co z czym i na co.

Źródło
c) Drogeria Żaczek (Wrocław, Hala Kupców Perła, ul. Widna) - odnośnie tego sklepu miałam wcześniej dość mieszane uczucia. Miałam wrażenie, że każdemu klientowi bacznie patrzy się na ręce. Robienie zakupów w takiej atmosferze jest nie do końca przyjemne. Ostatnio panie stały się bardziej dyskretne i ich kontrola aż tak nie irytuje. Tym, co wyróżnia tę placówkę jest bogaty wybór kosmetyków - mają tam IsaDorę, Lumene, Artdeco Eveline, Paese (kolorówkę i pielęgnację), Virtual i Joko, Flormar (lakiery), Golden Rose (też lakiery), Adosa, Himalaya Herbals (dział z pielęgnacją twarzy zajmuje kilka regałów), pielęgnację włosów z Ziaji, zatrzęsienie farb do włosów. Ceny są całkiem przystępne, niektóre produkty bywają tańsze niż w drogeriach o ogólnopolskim zasięgu (np. Maybelline Baby Lips kosztuje tam 8,90 zł, podczas gdy w Rossmannie 9,99 zł).

Pod względem kosmetycznym ten rok muszę uznać za udany. A wy?

piątek, 27 grudnia 2013

Zadanie: odżywianie. DeBa Repair Conditioner

Sklepy, które oferują szeroki wachlarz produktów to zło. Jak kobieta pójdzie do piekarni, to kupi chleb i bułki, z warzywniaka przyniesie ziemniaki i pomidory. A jak wybierze się do marketu? Chodzi, rozgląda się, co tu ciekawego mają... Zazwyczaj znajdzie się coś, wcale nie niezbędnego, co tak ochoczo będzie pchało się do koszyka, że ulegnie. Cóż... Początkowo obiecywałam sobie, że nie przyniosę do domu odżywki z Biedronki, ale co do czego przyszło, złapałam butlę i poleciałam do kasy. Wcale tego nie żałuję.

Marka DeBa jest pewnego rodzaju nieodkrytym lądem. Większość z nas po raz pierwszy zobaczyła kosmetyki DeBy w Biedronce - najpierw pojawiły się kremy do rąk, a w jednej z kolejnych gazetek szampony i odżywka. Z racji świetnego stosunku ceny do pojemności, produkty do włosów zrobiły furorę.

Opakowanie odżywki jest bardzo proste, ale etykieta cieszy oko. Butelka kończy się korkiem z klapką, co jest całkiem wygodnym rozwiązaniem.

Zaskoczyła mnie konsystencja tego kosmetyku. Spodziewałam się wręcz kremowej konsystencji, tymczasem DeBa jest rzadka jak mleczko. Z powodu takiej formuły, trzeba jej sporo nanieść na włosy. Pomimo sporej pojemności (aż 400 ml), przez wzgląd na (nie)wydajność, odżywka wystarcza mniej więcej na tyle, co standardowy kosmetyk tego typu (200 ml). Zapach jest ładny, choć nie wyróżnia się jakoś szczególnie. Takie mydliny.

Nie spodziewałam się cudów po tej odżywce i takowych nie było. DeBa robi jednak to, czego nie czyniła wygładzająca Balea - nawilża. Moje włosy ją piją i stają się takie bardziej mięsiste w dotyku (ale nie takie jak po masce Alterry). Nadaje trochę blasku, ułatwia rozczesywanie. Brakuje mi tu jednak dociążenia, czupryna nadal jest trochę zbyt puszysta. Gdy nałożę ją blisko skóry głowy, tworzy czepek.

Dość spontaniczny zakup w Biedronce okazał się trafnym wyborem. Choć odżywka DeBa nie jest idealna, to jednak uważam, że jest to produkt, który całkiem nieźle sobie radzi.

Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Glycerin, Butyrospermum Parkii Butter, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Sodium Lactate, Parfum, Lactic Acid, Argania Spinosa Kernel Oil, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Lilial, Citronellol, Hexyl Cinnamal.

Cena: 16 zł/400 ml
Dostępność: można sprawdzić na stronie importera KLIK
Ocena: 3,5-4/5

niedziela, 22 grudnia 2013

Czyste jak łza. Balea Professional Tiefenreinigung Shampoo (Szampon głęboko oczyszczający)

Nie jestem włosomaniaczką, ale uwielbiam czytać blogi dziewczyn, które na kłakach znają się jak nikt inny. Zawsze z wielkim zaciekawieniem przyswajam porady dotyczące trików pielęgnacyjnych, by potem szybko zapomnieć o zastosowaniu choćby ułamka z nich. Czasem jednak coś utkwi mi w głowie i z wielkim nabożeństwem przechodzę do realizacji. Przeczytałam, że włosy od czasu do czasu wymagają dogłębnego oczyszczania. Uwielbiam porządne mycie w przypadku twarzy, dlatego stwierdziłam, że taki myk pielęgnacyjny jest w sam raz dla mnie. Nic więc dziwnego, że gdy podczas zakupów w DM z półki uśmiechnął się ten produkt, nie mogłam się oprzeć.

Szampon mieści się w elastycznej tubie. Na pierwszy rzut oka jest to rozwiązanie wygodne. Niestety, biorąc pod uwagę konsystencję produktu, tego typu opakowanie nie sprawdza się najlepiej. Szampon jest bardzo rzadki, wręcz wodnisty i po otwarciu klapki po prostu sam wypływa. Wylatuje go stanowczo za dużo w stosunku do tego, ile płynu wystarczy do uzyskania piany. Kosmetyk po prostu się marnuje.

Produkt przepięknie pachnie. To taki orzeźwiający, chłodny zapach, który kojarzy mi się z lodem. Na szczęście nie chłodzi - o tej porze roku to byłoby zabójstwo :).

Głównym zadaniem tego produktu jest oczyszczanie. Szampon znakomicie wywiązuje się z tego zadania, włosy po jego zastosowaniu są naprawdę czyste. Tak je odziera ze wszystkiego, że bez porządnej porcji odżywki (a najlepiej maski) wyglądają jak chrust. Są suche jak pieprz i sprawiają wrażenie połamanych. Niestety, szampon okazał się zbyt agresywny dla mojej skóry głowy. Nawet zastosowany raz na jakiś czas powodował łuszczenie i swędzenie skóry. Ze względu na walory myjące dość dobrze sprawdza się za to do mycia pędzli z syntetycznego włosia. Nie polecałabym go do tych z kociego ogona, ups, włosia naturalnego, bo robi mniej więcej to samo, co czuprynie na głowie - pędzle robią się kujące i nieprzyjemnie drapią skórę.

Szampon Balea mnie nie zachwycił. Zdecydowanie nie jest to produkt, do którego warto wzdychać.

Skład: AQUA, SODIUM LAURETH SULFATE, COCAMIDOPROPYL HYDROXYSULTAINE, SODIUM CHLORIDE, GLYCERIN, PANTHENOL, ZINC SULFATE, BETAINE, MENTHOL,HYDROXYPROPYL GUAR HYDROXYPROPYLTRIMONIUM CHLORIDE, PARFUM, COCO-GLUCOSIDE, LAURETH-2. CITRIC ACID, LACTIC ACID, SODIUM BENZOATE.

Cena: 1,45 euro/250 ml
Dostępność: Drogerie DM
Ocena: 2/5

czwartek, 19 grudnia 2013

Czyścioszek? L'oreal Ideal Soft Oczyszczający płyn micelarny

Jakimi cechami musi wykazywać się produkt, który w krótkim czasie będzie w stanie zjednać rzeszę fanek? Poza tym, że musi być po prostu dobry, powinien także trafiać na "podatny grunt". Płyn micelarny L'oreal dość szybko znalazł się na liście kosmetyków pożądanych, po tym jak zachwyciły się nim dziewczyny z Wielkiej Brytanii. Zjednoczone Królestwo, pod względem płynów micelarnych, zdaje się być prawdziwą pustynią, dlatego drogeryjny płyn okazał się nie lada gratką i zaczęło być o nim głośno. Na wieść o wprowadzeniu tej serii do Polski wiele dziewczyn pognało do drogerii, aby zmierzyć się z tym fenomenem, określanym wręcz mianem "odpowiednika Biodermy Sensbio". Tanie rozwiązania są zawsze pożądane, dlatego i ja musiałam sprawdzić ten produkt na własnej skórze.

Do płynu micelarnego marki L'oreal podchodziłam bardzo sceptycznie. "Idealna" seria ma trzy odsłony i tak się złożyło, że jej "świeża" wersja była niezbyt łaskawa dla mojej cery. Czy "miękkiej" poszło lepiej?

Opakowanie tego produktu jest tak nieskomplikowane, że nie ma sensu się nad nim rozwodzić. Prosta butla jest solidnie wykonana i wytrzymała.

Odnośnie konsystencji też nie mogę zbyt wiele napisać. Woda prawie jak ta z kranu. Gdy wstrząśniemy butelką to pojawi się delikatna piana, ale nie zauważyłam, że płyn pienił się wściekle na waciku. Nie pozostawia na twarzy żadnej warstwy - ani irytująco lepkiej, ani przyjemnie nawilżającej. Można powiedzieć, że jest obojętny dla skóry. Nie podrażnia cery. Natomiast trochę szczypie w oczy - Bioderma, do której ten kosmetyk jest porównywany, tego nie robiła.

W kwestii demakijażu nie jest asem. Zmywa makijaż twarzy, dobrze radzi sobie także ze szminkami, natomiast słabo wychodzi mu usuwanie produktów do oczu - przy jasnych cieniach jeszcze coś zdziała, ale zwykła maskara sprawia mu problem. Kredki, tusze, a także ciemne kolory na powiece lubi rozmazać na pandę.


Może ten produkt nie jest idealny do zmywania makijażu, to jednak polubiłam go w roli toniku. Czasami rano, gdy przemywałam nim twarz, zastanawiałam się, czy w nocy wybrałam się na wycieczkę do kopalni. Znakomicie oczyszcza twarz, gdy zastosuję żel i poprawię tym płynem, to mam pewność, że moja cera jest czysta.

Choć ten produkt mnie nie oczarował całkowicie, to jednak sądzę, że jest godny uwagi. Jeżeli szukacie delikatnego produktu do demakijażu twarzy, który mimo swojej niepozorności zmywa każdy brud, jest to kosmetyk dla was. Gdy natomiast kiełkuje wam w głowie chęć używania go do usuwania makijażu oczu, radzę się zastanowić i postawić raczej na płyny dwufazowe.

Skład: Aqua, Hexylene Glycol, Glycerin, Poloxamer 184, Disodium Cocoamphodiacetate, Disodium EDTA, Polyaminopropyl Biguanide.

Cena: ok. 18 zł/200 ml
Dostępność: Rossmann, Hebe, Natura, Super-Pharm, Kaufland
Ocena: 4/5

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Nie wszystko złoto... Tołpa Dermo Face Lipidro Odżywczy krem regenerujący pod oczy

Chłodne miesiące nie sprzyjają mojej skórze. Przetłuszczająca się cera i dość "normalna" reszta ciała zaczynają wariować. Susza najczęściej atakuje moje łydki, dłonie i okolicę pod oczami. Trzeba ratować co się tylko da i wytoczyć cięższe działa. Tylko jak rozróżnić ostrą artylerię od ślepaków, skoro producenci tych drugich mamią obietnicami?

Powtarzałam wielokrotnie, że w kwestii kremów pod oczy nie jestem ekspertem. Ale nawet tak początkująca w tej dziedzinie osoba, jak ja, potrafi rozpoznać bubla. Bo bohater dzisiejszej notki, jest jednym z najgorszych kosmetyków, z jakimi zetknęłam się w tym roku.

Krem z Tołpy trafił w moje ręce za sprawą spotkania blogerek. Początkowo miałam go oddać mamie, bo wydawało mi się, że odżywczy krem będzie dla mnie zbyt ciężki. Ale ponieważ do kosmetyczki zawitał też odżywczy krem pod oczy AA, postanowiłam porównać te dwa specyfiki. AA mnie nie uwiódł, ale przy Tołpie jego działanie jest na medal.

Krem marki Tołpa zamknięty jest w niewielkiej (bo mieszczącej zaledwie 10 ml) aluminiowej tubce. Przyzwyczaiłam się do plastiku, więc takie rozwiązanie jest dla mnie nowością. Jak przeczytałam na kartoniku produktu, takie opakowanie kryje w sobie głębszą filozofię - "aluminiowa tubka nie zasysa powietrza i bakterii, dlatego krem jest dłużej bezpieczny." Wszystko pięknie, ale jest też druga strona medalu - jeżeli wypłynie za dużo kosmetyku (o co nietrudno) nie możemy go "wcisnąć" z powrotem. Tubka posiada niewielki dzióbek, który ułatwia dozowanie.

Zaskoczyła mnie konsystencja tego kremu. Po dość skoncentrowanym AA spodziewałam się czegoś równie konkretnego. Tymczasem z tubki wypłynęła bardzo rzadka maź, która łatwo się rozprowadza. Szybko się wchłania, nie pozostawia tłustej warstwy. Trochę zdziwiło mnie to, bo w składzie ma trochę konkretnych olei. Widocznie jednak jest ich odrobinka, bo produkt ma wyjątkowo lekką, wręcz wodnistą, formułę.

Jeżeli chodzi o działanie, to ten krem zdecydowanie zalicza się do wagi piórkowej. Nie robi niczego. A producent naobiecywał sporo. Po pół godziny od aplikacji skóra jest sucha. Niezależnie od tego, ile go nałożę, skóra go całkowicie wypija. Przypuszczalnie mogłabym wsmarować pół opakowania i efekt byłby równie marny. Odżywienie, regeneracja, wygładzenie? Tak, na pewno. Redukcja cieni pod oczami? Ekspresowa. I dodam tylko, że przeznaczony jest dla skóry wrażliwej, suchej i bardzo suchej. Powodzenia.

Wyjątkowo nieudany produkt. Może i za dużo od niego wymagam (czyli spełnienia choć jednej z obietnic producenta), myślę jednak, że poprzeczkę można obniżyć, ale nie powinno się jej zakopywać.


Skład: Aqua, Coco-Caprylate, Squalane, Persea Gratissima (Avocado) Oil, Simmondsia Chinesis (Jojoba) Seed Oil, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Peat Extract, Sodium Hyaluronate, Butyrosperum Parkii (Shea Butter), Cetearyl Alcohol, Cetearyl Glucoside, Ceteareth-25, Honey Extract, Panthenol, Allantoin, Hesperdin Methyl Chalcone, Dipeptyde-2, Palmitoyl Tetrapeptide-7, Glycerin, Steareth-20, Stearic Acid, Aluminium Starch Octenylsuccinate, Sodium Citrate, Carbomer, Sodium Hydroxide, Disodium EDTA, Benzyl Alcohol, Salicylic Acid, Sorbic Acid.

Cena: ok. 30 zł/10 ml
Dostępność: Super-Pharm, Hebe, apteki
Ocena: 1/5

piątek, 13 grudnia 2013

Nie ma róży bez kolców? Essence Stay Matt Lip Cream 01 Velvet Rose

Pamiętacie swoje pierwsze "świadome" (podbieranie szminki mamie w wieku 5 lat się nie liczy) kroki w kosmetycznym świecie? Pierwszy tusz, błyszczyk, korektor? Która marka towarzyszyła wam na samym początku? W moim przypadku jedną z takich marek było Essence. Od kolorów atakujących z ich szafy można było dostać zawrotów głowy. Przystępne ceny sprawiły, że zaczęłam sięgać po Essence częściej. Zgubne okazało się dołączenie do wątku na Wizażu. Wzajemne nakręcanie się na limitowane edycje i nowości wprowadzane do asortymentu marki owocowało często szaleńczym spintem do drogerii. Od jakiegoś czasu Essence nie kręci mnie jak kiedyś, ale mam do ich produktów pewien sentyment, dlaczego czasem decyduję się dać im kolejną szansę.

Jakiś czas temu matowe wykończenie w makijażu ust robiło prawdziwą furorę. Pojawiło się sporo produktów w przystępnych cenach, które miały zapewnić taki efekt. Można było szukać takiego wykończenia w kosmetykach w sztyftach (Rimmel Kate, Golden Rose, Flormar, a także w płynnych formułach (Manhattan, NYX, Collection, W7). Ponieważ Essence jest marką, która stara się podążać za trendami i oni zdecydowali się na wprowadzenie szminek w płynie. 

Opakowanie tej serii przypomina to, w którym znajdują się popularne błyszczyki Stay with me. Różnice zewnętrzne są kosmetyczne (kolorystyka nakrętki i napisów). Zupełnie inny jest natomiast aplikator - zamiast wyprofilowanej gąbki, mamy taką klasyczną, lekko ściętą z jednej strony.

Konsystencja nie jest typowa. Nie przypomina żadnego ze znanych mi błyszczyków. Spodziewałam się ciężkiej formuły, a tymczasem produkt jest dość lekki, bardziej przypomina mus niż krem. Konsystencja jest naprawdę przyjemna, taka "miła". Nie oznacza to jednak, że nie sprawia problemów. Aplikacja szminki Essence jest dość kłopotliwa. Niepozorny mus potrafi podkreślić każde załamanie i mikroskopijne skórki.  Wymaga idealnie gładkich warg. Nie znosi przy tym towarzystwa na ustach, żadne nakładanie na balsam nie wchodzi w rachubę. Fatalnie się rozprowadza, właściwie nie sposób nałożyć go równo - jedna warstwa już stanowi wyzwanie. W dodatku uwielbia migrować, najchętniej na zęby.

Pewien kłopot sprawia mi ocena trwałości tego produktu. Przez pierwsze pół godziny od nałożenia odstawia on takie cyrki, że głowa mała. Po tym czasie trochę blaknie i jakby się wchłania. W takim stanie utrzymuje się przez 1,5 godziny. Potem zaczyna schodzić - robi to bardzo nierównomiernie.

Kwestie techniczne chciałabym zakończyć jakimś miłym akcentem, dlatego wspomnę o zapachu szminki. Jest on naprawdę bardzo przyjemny, kojarzy mi się z lodami.

Może mogłabym wybaczyć temu produktowi te liczne niedociągnięcia, gdyby oczarował mnie kolor. Do dziś się zastanawiam, co mi strzeliło do tego łba i dlaczego wzięłam odcień Velvet Rose, w opakowaniu będący jasnym, ciepłym różem (a może to fuksja :D:D?). O ile w opakowaniu kolor wygląda niewinne (nie przypomina ani aksamitu, ani róży), na ustach objawia swoje prawdziwe oblicze. Jest dość krzykliwy i to w takim tandetnym wydaniu. Taka wersja koralowego nie bardzo pasuje do mojej urody i po prostu źle się w nim czuję. Satynowe wykończenie (pomimo nazwy produkt nie jest matowy) sprawia, że kolor jeszcze bardziej bije po oczach.


Nie zaprzyjaźniłam się z tym kosmetykiem. Poza przyjemną konsystencją i słodkim zapachem, nie potrafię znaleźć w tym produkcie zalet, które zachęciłyby mnie do wypróbowanie innych kolorów z tej serii.

Skład: ISOSTEARYL ISOSTEARATE, TRIDECYL TRIMELLITATE, POLYBUTENE, CYLOPENTASILOXANE, ALUMINUM STARCH OCTENYLSUCCINATE, DISTEARDIMONIUM HECTORITE, METHYL METHACRYLATE CROSSPOLYMER, TALC, CERA ALBA (BEESWAX), DIMETHICONE CROSSPOLYMER, GLYCERYL BEHENATE/EICOSADIOATE, DIMETHICONE/VINYL DIMETHICONE CROSSPOLYMER, DIMETHICONOL, GLYCERYL CAPRYLATE, PROPYLENE CARBONATE, BHT, SODIUM SACCHARIN, RICINUS COMMUNIS (CASTOR) SEED OIL, PARFUM (FRAGRANCE), HEXYL CINNAMAL, MAY CONTAIN: CI 15850 (RED 6 LAKE/RED 7 LAKE), CI 77491, CI 77492, CI 77499 (IRON OXIDES), CI 77742 (MANGANESE VIOLET), CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE).

Cena: ok. 9 zł/4 ml
Dostępność: Drogerie Natura (druga szafa) - z powodu przeprowadzki do drugiej szafy pod koniec lata był wyprzedawany w Hebe i SP.
Ocena: 1,5/5

wtorek, 10 grudnia 2013

Osioł w paski. Yoskine Body Przeciwzmarszczkowe serum ujędrniające na szyję i dekolt

Uwielbiam szaliki. Od dziecka musiałam mieć kilka do wyboru, w przeróżnych odcieniach. Opatulałam się nimi chętnie. I tak zostało mi do dnia dzisiejszego. Z tym, że teraz nie mam ochoty ich zdejmować. To, co nie przeszkadzało maluchowi, wpędza w kompleksy starszaka :). Pogodziłam się z tym, że te paski zebry, przecinające moją szyję w dwóch miejscach, nie znikną. Ale zawsze trzeba próbować, prawda?

Serum Yoskine poznałam za sprawą spotkania blogerek. Zainteresowała mnie ta niewielka tubka, która skrywała w sobie serum ujędrniające do szyi. Jako że wcześniejsze próby polepszenia stanu skóry na tym obszarze nie przyniosły pożądanego rezultatu, czym prędzej dobrałam się do tego produktu.

Zacznę od kwestii opakowania, bo ta mnie bardzo nurtuje. Na spotkaniu otrzymałyśmy produkt w tubce o pojemności 20 ml. Tymczasem, w regularnej sprzedaży, dostępny jest on jedynie w formie saszetek, 2x6 ml. Nie jest to maseczka, która wystarczy na dwukrotne zastosowanie. Uważam, że ten produkt powinien znajdować się w tubce.

Serum ma bardzo rzadką konsystencję. Łatwo się rozsmarowuje i błyskawicznie wchłania. Nie jest w żadnym razie tłuste, pozostawia na skórze silikonową powłoczkę, która daje uczucie wygładzenia. Czy to tylko pozory?

Powiem szczerze, że ten produkt mnie zaskoczył. Nie wyprasował mi szyi, co prawda, nie nawilżył jej też jakoś wybitnie. To co zrobił? Znakomicie ujędrnił skórę. Szyja wygląda teraz dużo lepiej, skóra sprawia wrażenie bardziej "zwartej". Ponadto zauważyłam, że moje zapasowe podbródki się sporo zmniejszyły. Dodam, że nie jest to wynik ćwiczeń, bo cały październik leżałam bykiem.

Ten niepozorny produkt całkowicie zmienił moje postrzeganie pielęgnacji okolic szyi. Odkąd zauważyłam tak daleko idące efekty jestem cała w skowronkach. Do tego kosmetyku wrócę na pewno. Szkoda, że z jego dostępnością nie jest najlepiej.

Skład: Aqua, Caprylic/Capric Tryglyceride, Cichorium Intybus Root Oligosacharides, Glycerin, Caesalpinia Spinosa Gum, Isodecyl Neopentanoate, Dimethicone, Cyclopentsiloxane, Dimethiconol, Ethylhexyl Cocoate, Dimethoxy Chromanyl Palmitate, Cetearyl Alcohol, Cetearyl Glucoside, Ammonium Acryloyldimethyltaurate/VP Copolymer, Beta-Glucan, Acetyl Tetrapeptide-Platinum, Butylene Glycol, Lecithin, Ferulic Acid, Laurdimonium Hydroxypropyl Hydrolyzed Soy Protein, Hydroxyethylcellulose, C12-15 Alkyl Benzoate, Tribehenin, Ceramide 2, PEG-10 Rapeseed Sterol, Palmitoyl Oligopeptide, Sodium Hydroxide, Disodium EDTA, Methylparaben, Ethylparaben, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, BHA, Mica, Parfum, CI 77891.

Cena: ok. 5 zł/2x6 ml
Dostępność: sklep internetowy Dax; Wrocław - drogeria, ul. Drukarska
Ocena: 4,5/5

sobota, 7 grudnia 2013

Kakao się rozlało. Rimmel Waterproof Gel Eyeliner 002 Brown


Eyelinery to dość złośliwe przedmioty. Nie pozwalają się łatwo okiełznać przeciętnemu zjadaczowi chleba. Szczególnie takiemu, który ma dwie lewe ręce i zero zdolności manualnych. Cóż, można rzec, że złej baletnicy przeszkadza rąbek u spódnicy i zwyczajnie używanie eyelinerów mnie przerasta. Istnieją jednak nieliczne wyjątki, które pozwalają się używać. Ten do nich niestety nie należy. Zanim jednak wyłożę kawę (kakao?) na ławę, zacznę standardowo od kwestii technicznych.

Eyeliner znajduje się w niewielkich rozmiarów słoiczku, któremu towarzyszy dość spora nakrętka, w której ukryty został pędzelek. To dobrze, że producent pomyślał o tym, żeby wypuścić produkt "kompletny" i eyeliner sprzedaje w zestawie z aplikatorem. Inną kwestią jest przydatność tego pędzelka. Na plus zaliczyć mogę mu to, że jego rączka jest króciutka, co dla takich ślepaków, jak ja, którzy muszą malować kreskę z nosem w lusterku, jest świetną opcją. Pędzelek jest jednak całkowicie nieprzydatny w kwestii kreślenia precyzyjnych linii. Ciężko nim namalować cienką kreskę, jaskółka też wychodzi większa niż w założeniu.


Kosmetyk ten w swojej konsystencji przypomina trochę masło. Jest bardzo miękki i tak jakby rzadki (dla porównania eyeliner z Maybelline jest dość zbity), co przekłada się na jego zachowanie na skórze. Maluje się nim przyjemnie, sunie gładko po skórze, ale lubi robić prześwity. Ze względu na niezbyt precyzyjny pędzelek (i moje niewprawne ręce) dokładanie jest ryzykowne. 

Tym, co najbardziej zraziło mnie do tego produktu, jest jego trwałość. Ze względu na maślaną, tłustawą konsystencję, eyeliner bardzo wolno zastyga na powiece. Po jego aplikacji właściwie powinnam sobie uciąć półgodzinną drzemkę. Kseruje jak wariat, niezależnie od tego, czy nakładam go na bazę, cień, czy gołą powiekę. Gdy jakimś cudem uda mu się pozostać na oku, to raczy swoją obecnością zaledwie przez godzinę, może dwie. Schodzi stopniowo (najszybciej znika jaskółka).

Kolor także jest odrobinę rozczarowujący. W słoiczku mamy piękną kakaową maź, która dziwnym trafem okazała się być ciemniejszym, neutralnym odcieniem brązu. To nie jest brzydki kolor, ale mimo wszystko szkoda, że nie przypomina tego w opakowaniu.



Gdybym w tym miejscu wystawiła ocenę, to byłaby ona bardzo niska.  Jednak z jakiegoś powodu dodałam ten produkt do listy kosmetyków, które warto nabyć w czasie promocji. Dlaczego? Mimo że nie sprawdza się na powiekach, to jednak całkiem dobrze radzi sobie na brwiach. Choć pędzelek i w tym przypadku nie jest dużym pomocnikiem, nie narysuje się nim precyzyjnych włosków. Efekt, który można nim osiągnąć, to mniej więcej takie podkreślenie brwi, jakie zapewnia kredka. Eyeliner jest jednak bardziej mniej tłusty i bardziej trwały niż np. kredka z Catrice. W tym przypadku nie ma się gdzie odbić, udaje mu się zastygnąć i utrzymać przez kilka dobrych godzin.

Mam bardzo mieszane uczucia w stosunku do tego produktu. Eyeliner z niego mierny, ale przy wypełnianiu brwi sprawdza się dość zaskakująco. Nie wiem, co myśleć.

Cena: ok. 25 zł/2 g
Dostępność: Natura, Rossmann, Super-Pharm, Hebe
Ocena: jako eyeliner - 2/5, jako produkt do brwi - 4/5

P.s. Produkt otrzymałam od marki Rimmel - nie miało to wpływu na treść recenzji.

środa, 4 grudnia 2013

Pielęgnacja apteczna bardziej skuteczna? La Roche-Posay Effaclar Duo

Do niedawna swoje zapędy pielęgnacyjnie realizowałam raczej przez kosmetyki drogeryjne. Wystarczył mi dobry krem (najlepiej nawilżający) i żel do mycia twarzy. Nawet nie zerkałam w stronę droższych, "aptecznych" kremów oferowanych przez renomowane marki. 50 zł za krem do twarzy? Przecież to jakieś kpiny są!

Do buszowania po półkach z kosmetykami aptecznymi, okupowanych przez francuskie firmy, zachęciły mnie promocje. Przygodę zaczęłam raczej nieśmiało, od żeli do mycia twarzy i wód termalnych. Ceny kremów, nawet obniżone do ok. 30 zł wydawały mi się w dalszym ciągu zbyt wygórowane. Przyszedł jednak dzień, gdy moja cierpliwość w stosunku do kapryśnej cery się skończyła i chwyciłam kolejny produkt, który obrósł już legendą, czyli krem Effaclar Duo.

Czego ja się nie naczytałam o tym produkcie?! Po przejrzeniu recenzji miałam w głowie obraz kosmetyku, który będzie miał cudowną moc niszczenia pryszczy w jedną noc. A jak było naprawdę?

Zanim dobrnę do właściwej recenzji produktu, chciałabym nadmienić kilka słów na temat jego poprzednika, czyli kremu Baikal Herbals. Nadal uważam, że to produkt bardzo dobry, ale jakby o słabszym działaniu. Przez kilka miesięcy używania nie dał ta spektakularnych efektów, jak Effaclar w dwa.

Opakowanie tego kremu jest dość niepozorne. Prosta tubka z dzióbkiem, porządnie wykonana. Można ją normalnie postawić na półce w łazience, nie wykazuje chęci ciągłego leżenia bykiem (w przeciwieństwie do np. Triacnealu marki Avene).

Konsystencja Effalaru Duo mnie zaskoczyła. Spodziewałam się raczej konkretnej maści, a otrzymałam lekki, prawie żelowy krem. Produkt łatwo się rozprowadza. Nie jest w żadnym razie tłusty. Zapach też jest dość przyjemny, choć początkowo wiercił mnie w nosie.

Pal licho pierdoły, najważniejsze jest w końcu działanie. Z góry zaznaczam, że Effaclar traktowałam jako krem na noc, więc nie wypowiem się odnośnie jego reakcji z makijażem.

Do używania tego produktu zabierałam się z mieszanymi uczuciami. Raz, że było to moje pierwsze podejście do kwasów, a dwa, że naczytałam się mnóstwa sprzecznych opinii. Jedno jest pewne - to krem, na który każda skóra reaguje inaczej.

Moja cera nie jest stricte trądzikowa, nigdy nie miałam takiego poligonu na twarzy, jak niektóre z moich koleżanek, które przechodziły długie kuracje, aby pozbyć się paskud i blizn po nich. Na twarzy wiecznie miałam jakieś ciapki, ropniaki, rozszerzone pory, a w nich kolonię dzikich lokatorów, ale to nie były problemy, które wymagały leczenia. Zaczęło się to stopniowo zmieniać po Baikal Herbals, a Effaclar przyspieszył rewolucję.

Początki były jednak trudne. Już po pierwszej aplikacji miałam na twarzy kilka żółtych, płytko osadzonych diod. W kolejnych dniach pojawiały się następne paskudy. Inwazja trwała przez około 2 tygodnie. Przez pół miesiąca byłam więc brzydsza niż zwykle :D. Ale potem pojawiła się poprawa. Już po około miesiąca od rozpoczęcia stosowania zauważyłam, że ropniaki zrezygnowały z oblężenia czoła, a resztę twarzy atakują bez przekonania. Podobnie rzecz miała się z czarnogłowymi jeźdźcami. Pory zaczęły się zwężać, istniejące ciemne kropki zaczęły znikać, tych nowych powstawało mniej. Po dwóch miesiącach nie poznałam własnej cery. Obecnie jest gładka, pory na policzkach i brodzie pięknie się zwęziły. Ropniaki czasem wracają, ale jest to jedna, góra dwie diody, a nie kilkanaście podskórnych gulek. Nawet mój wiecznie pokiereszowany nos wygląda o niebo lepiej. Chyba się w sobie zakocham :D!

Skoro wiecie już, co potrafi zrobić ten krem, to warto też wspomnieć, czego po nim nie oczekiwać. Czytałam, że potrafi zniszczyć zmiany zapalne w jeden dzień, to jednak u mnie takiego działania nie wykazał. To nie preparat punktowy o wzmocnionym działaniu. Odrobinę "zawiódł" mnie też w aspekcie przebarwień. Niestety, po kuracji Effaclarem pozostały mi plamki na skroni oraz brodzie. Szkoda, że preparat nie wpływa na ich likwidację. Te dwie kwestie nie wpływają na moją ocenę, wszak producent ich nie obiecuje, ale sądzę, że warto o tym wspomnieć.

Zdecydowanym minusem tego produktu jest jego działanie wysuszające. Co prawda nie zrobił mi z twarzy papieru ściernego, jak jego brat-żel do mycia, ale trochę ją przeczołgał. Szczególnie ucierpiał nos. Dlatego przy kuracji Effaclarem warto zaopatrzyć się w coś nawilżającego, żeby zrekompensować straty.

Za wadę można uznać także cenę. 50 zł (ok. 34 zł w promocji) to naprawdę sporo. Jednak sądzę, że warto. Myślę, że kupię go ponownie, nawet w regularnej cenie. Jest wart każdej wydanej złotówki. Polecam!

Skład: Aqua/Water, Glycerin, Cyclohexasiloxane, Hydrogenated Polyisobutene, Niacinamide, Isopropyl Lauroyl Sarcosinate, Ammonium Polyacryldimethyltauramide/Ammonium Polyacryloyldimethyl Taurate, Silica, Methyl Methacrylate Crosspolymer, Sodium Hydroxide, Salicylic Acid, Nylon-12, Zinc PCA, Linoleic Acid, Pentaerythrityl Tetra-Di-T-Butyl, Hydroxyhydrocinamate, Capryloyl Glycine, Capryloyl Salicylic Acid, Caprylyl Glycol, Piroctone Olamine, Myristyl Myristate, Potassium Cetyl Phosphate, Glyceryl Stearate SE, Parfum/Fragrance .

Cena: ok. 50 zł/40 ml
Dostępność: Super-Pharm, apteki
Ocena: 4,5-5/5

niedziela, 1 grudnia 2013

Pusto, pusto wszędzie. Zużycia listopada

Źródło: http://memegenerator.net/instance/43435920

Listopad się skończył. Dacie wiarę? Gdyby nie te wszystkie wpisy witające każdy miesiąc, pewnie nie zorientowałabym się, że właśnie nastał grudzień, a ja mam jeszcze "nierozliczony" listopad. Szybko nadrabiam zaległości, dlatego dzisiaj zapraszam no post o "niczym", czyli o zeszłomiesięcznym denku.


Było: Batiste Dry Shampoo Tropical - o ile pod względem działania nie odbiega od wersji Lace i Original (czyli równie nieźle odświeża fryzurę), tak w kwestii zapachu wypada bardzo słabo. Nasłuchałam i naczytałam się jakim to pięknym kokosowym aromatem charakteryzuje się ten wariant, więc musiałam go mieć. Niestety ten zapach nie przypadł mi do gustu. Kojarzy mi się z niemytym człowiekiem i wiórkami kokosowymi. Po zastosowaniu tego kosmetyku czułam się nieświeża.

Jest: Batiste Dry Shampoo XXL Volume.


Było: Balea Jeden Tag Shampoo Blaubeere - bardzo dobry szampon oczyszczający do częstego użytku. W zapasie mam jeszcze jedną butelkę, z pewnością się do niej dobiorę, gdy moje włosy przestaną szaleć. Recenzję znajdziecie TU.

Jest: Alverde Intensiv-Aufbau Shampoo - do intensywnego używania tego produktu przystąpiłam, gdy dowiedziałam się, że jest wycofywany. Kompletnie nie rozumiem tej decyzji. Szampon świetnie oczyszcza, a jednocześnie jakby odżywia włosy. Minusem jest tylko to, że "przylizuje" kłaki u nasady.


Było: Effalcar Duo - zakup tego kremu był chyba jedną z najlepszych decyzji w moim kosmetycznym życiu. Dlaczego? O tym już na dniach.

Jest: SVR Lysalpha Active Creme - na ten produkt zdecydowałam się, bo w jednej z gazet znalazłam kupon uprawniający do zakupu kosmetyków tej marki za połowę ceny. Na razie nie mam za wiele do powiedzenia na jego temat, poza tym, że okropnie śmierdzi.


Było: Zrób Sobie Krem Korund mikrodermabrazja - drobny niepozorny proszek, który potrafi dać suchym skórkom do wiwatu. Recenzja tego produktu znajduje się TU.

Jest: Yoskine Szafirowy Peeling Przeciwzmarszczkowy - peeling, którego bazą jest korund. Czy może być zły :D?


Było: AA Technologia Wieku Maseczka zwężająca pory - miałam zabrać się za sporządzanie maseczek z glinki błękitnej, ale Let's talk beauty wspomniała, że ten produkt jest magiczny. Czym prędzej wyciągnęłam więc z zapasów tę niepozorną saszetkę i czekałam na efekty. Po zużyciu całej nie zauważyłam spektakularnych zmian. Uznałam, że trzy razy to zbyt mało, żeby ocenić działanie tego produktu, więc kupiłam kolejną saszetkę.

Jest: To samo :).


Było: Eveline Big Volume Lash Waterproof - tusz "trochę w ciąży", czyli częściowo wodoodporny. Kupiłam go głównie z myślą o mocnym słońcu i spodziewałam się, że w końcu sprawi, że moje rzęsy będą pokreślone, nawet gdy wyleję morze łez. Niestety tak się nie stało. Efekt, który zapewnia nie jest zły, na co dzień w sam raz, ale raczej do niego już nie wrócę. Więcej o nim TU.

Jest: Rimmel Lash Accelerator.


Było: Yoskine Body Przeciwzmarszczkowe Serum Ujędrniające na szyję i dekolt - ten produkt przekonał mnie do tego, że o szyję też warto dbać. Niedługo pojawi się recenzja.

Jest: BingoSpa Krem na szyję i dekolt z olejem arganowym.


Było: Nivea Double Effect - fantastyczny kremowy żel, który świetnie pachnie i rewelacyjnie sprawdza się jako zastępca pianki/żelu do golenia.
Palmolive Thermal Spa Turkish Bath - na ten żel nakręciła mnie 9thPrincess. Nie żałuję, że pomimo sporych zapasów, poleciałam w czasie biedronkowej promocji po tę niepozorną butelkę. Żele Palmolive nie należą do moich ulubionych kosmetyków, są raczej dość przeciętne, ale ten ujął mnie swoim miętowo-makowym zapachem. Cudo!

Jest: Palmolive Aroma Therapy Warm Vanilla - kolejny przyjemny aromat w natarciu :).


Było: Jardins De Provence Kule do kąpieli Miód, Rumianek i Zielona herbata - w chłodniejsze pory roku lubię rozpieszczać się pachnącymi kąpielami. Po fenomenalnej kuli do kąpieli z Organique, przychylnym okiem patrzę na okrągłe cudaki. Te z Jardins de Provence nie dorównały Organique pod żadnym względem - słabo pachną, kiepsko nawilżają, nie uprzyjemniają zbytnio kąpieli... Nic specjalnego.

Jest: BeBeauty Sól do kąpieli Bursztyn i Lotos.


Było: Palmer's Massage Lotion for stretch marks - przyjemny balsam, który świetnie uelastycznia skórę i trochę ujarzmia czerwone pręgi. Szkoda, że jego cena jest dość wysoka. Pisałam o nim TU.

Jest: Jardins Żel ślimaczy - ślimak na razie rogów nie pokazał, ale poczekam jeszcze trochę z ostateczną opinią.


Było: Cztery Pory Roku Zimowy krem do rąk Regenerujący - wygrzebałam resztkę tego kremu z torebki, której nie nosiłam od przeszło pół roku. I przez ten okres czasu zastanawiałam się, gdzie podział się żurawinowy krem do rąk, który polubiłam. Cieszę się, że go znalazłam :). Recenzję znajdziecie TU.

Jest: AA Ciało Wrażliwe Odżywczy krem do rąk i paznokci Zmysłowa Malina - przepięknie pachnie i szybko się wchłania. Mam nadzieję, że będę równie zachwycona długofalowym działaniem pielęgnacyjnym.


Trololo :D

Było: Adidas Natural Vitality i Yves Rocher Naturelle - ot, takie psikadła na co dzień. Do sklepu po bułki, na szybki spacer... Zapachy, które nie przeszkadzają, ale nie akcentują mocno swojej obecności.

Jest: Yves Rocher Ode a l'amour i Avon Pretty Glamorous.


Następcy nie doczekał się natomiast produkt "spadkowy", czyli Tołpa Dermo Body Cellulite Ekspresowe serum antycellulitowe (pisałam o nim TU). Moja mama ma tyle smarowideł wyszczuplających (5 otwartych butelek), że postanowiła pozbyć się jednej z nich. Dostałam za zadanie wykończenia serum z Tołpy. Ponieważ bardzo je lubię, szybko wysmarowałam nim uda :).

A wam jak poszło zużywanie zapasów? Są postępy? Znacie może któryś z tych kosmetyków? Podzielcie się opinią na jego temat!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...