Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

środa, 27 listopada 2013

Gościnne występy - rozstępy? Palmer's Pielęgnacyjny balsam oraz Pielęgnacyjny krem przeciw rozstępom

Wymyślcie sobie dowolną skazę na urodzie, a jestem pewna, że znajdę ją u siebie. Niestety, mam to szczęście i dopadają mnie wszelkie plagi. Rozszerzone i łatwo zapychające pory? Są! Wypadające włosy? Meldują się na rozkaz z dywanu. Uda przy których polskie drogi są gładkie jak stół? No jasne! Ponieważ na drogach często występują dziwne malunki w postaci pasów, moje uda nie mogły być gorsze i wypuściły własną wersję zebry w kolorze czerwonym. Tylko, o ile w infrastrukturze drogowej jest jakiś sens, tak moje pręgi malował chyba pijany zając :). Badziewia da się jednak pozbyć póki nie zbieleje ze strachu.

Możecie się ze mnie śmiać, ale ostatnimi czasy dobrze sprawdza się w zasadzie każdy kosmetyk na rozstępy, który wpada w moje łapy. Jedne mniej, inne bardziej, ale to seria z Palmersa zaskoczyła najbardziej. Zwłaszcza, że tak naprawdę są to produkty, które mają zapobiegać, a nie leczyć :).

Choć marka Palmer's była mi znana z widzenia, a ich produkty wydawały się kuszące (szczególnie balsamy do ust), to jednak zawsze znajdywało się coś ciekawszego. Dopiero, gdy zobaczyłam ogromną obniżkę na produkty na rozstępy, nie zastanawiałam się długo i poleciałam do kasy. Jestem łasa na znaczne rabaty jak kot mojej babci na jedzenie. Najpierw do łazienki trafił bardziej skoncentrowany krem, potem przywędrował do niej lotion. Razem znalazły się w tej recenzji, ponieważ, poza pewnymi technicznym aspektami, nie widzę między nimi różnicy.

Krem znajduje się w zwyczajnej tubie (która już dawno poleciała na śmietnik). Opakowanie jest solidne, ale odrobinę niepraktyczne ze względu na konsystencję produktu - znacznie lepiej sprawdziłby się słoiczek, nie trzeba by było się tak mocować. Lotion z kolei od razu ujął mnie swoim opakowaniem, ponieważ posiada pompkę. Co, jak się okazało pod koniec używania, też nie jest do końca dobrym pomysłem, bo konieczne było rozcięcie opakowania.

Krem ma bardzo gęstą konsystencję, która przypomina trochę maść. Jest dość zbity. W rozsmarowanie go trzeba włożyć trochę wysiłku, nie sunie zbyt dobrze po skórze. Te utrudnienia w stosowaniu sprawiły, że pomimo tego, że jest to produkt bardziej skoncentrowany i właściwie nie potrzebowałam go dużo, to nakładałam go sporo i zużyłam dość szybko. Jest trochę tłusty i nie wchłania się szybko, ale po oliwkach wydawał się wsiąkać błyskawicznie. Lotion nie przypomina natomiast klasycznego mleczka, to właściwie balsam (jak zresztą określa go dystrybutor na etykiecie). Rozsmarowywanie nie nastręcza żadnych problemów. Balsam wchłania się bardzo szybko, już po ok. 5 minutach mogę normalnie się ubrać. Pomimo lżejszej konsystencji, balsamu nie można określić mianem lekkiego. 

Pod względem zapachu produkty się nie różnią. Aromat nie trafia w mój gust, ale nie jest zły. Maniaczki kosmetyków z masłem kakaowym powinny być usatysfakcjonowane.

W kwestii działania także nie widzę między tymi produktami specjalnej różnicy. Oba dobrze nawilżają skórę, wygładzają i bardzo widocznie uelastyczniają. Niestety nie jestem w stanie powiedzieć, czy produkt działa prewencyjnie w okresie ciąży, ponieważ nie spodziewam się dziecka, a moja waga nie waha się ostatnimi czasy zbyt mocno i ciało nie podlega drastycznym przemianom. Jednak z całą pewnością mogę stwierdzić, że te produkty dobrze spisują się na istniejących czerwonych pręgach. Z trochę wyblakłymi już paskami poradziły sobie w około miesiąc. Teraz moje rozstępy po wewnętrznej stronie ud są blade (ale jeszcze odrobinę widoczne), a te z tyłu widocznie zbladły. 

Jestem bardzo zadowolona z działania tej serii, nie wykluczam, że do niej powrócę. Jednak jest coś, co skutecznie mnie odstrasza - cena. Jeżeli spotkam w promocji (np. za krem w SP płaciłam 19,99, lotion był w tej samej cenie tam), to z pewnością się skuszę. Powrócę do lotionu/balsamu, ponieważ moim zdaniem jego kupno jest bardziej opłacalne.

Składy:
Krem: Aqua, Theobroma Cocoa Extract, Glycerin, Propylene Glycol Stearate, Petrolatum, Glyceryl Stearate, Cocos Nucifera Oil,  Cetyl Alcohol, Paraffinum Liquidum, Theobroma Cocoa Seed Butter, Elaeis Guineensis Oil, Dimethicone, Butyrospermum Parkii Butter, {runus Amygdalus Dulcis Oil, Tocpherol Acetate Centella Asiatica Extract, Hydrolyzed Collagen, Hydrolyzes Elastin, Argania Spinosa Kernel Oil, Acetylaringtryptophyl Diphenylglycine, Carthamus Tunctorius Seed Oil, Hedroxyethylcellulose, PEG-8 Stearate, Phenoxyethanol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Behentrimonium Methosulfate, Butylene Glycol. Caramel, Parfum, Hexyl Cinnamal, Butyhylphenyl Methylpropional, Linalool, Cetearyl Alcohol.

Lotion/Balsam: Aqua, Theobroma Cocoa Extract, Glycerin, Glyceryl Stearate, Petrolatum, Propylene Glycol, Paraffinum Liquidum, Theobroma Cocoa Seed Butter, Cocos Nucifera Oil, Elaeis Guineensis Oil, Cetyl Alcohol, Dimethicone, Butyrospermum Parkii Butter, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Tocopheryl Acetate, Centella Asiatica Exract, Hydrolyzed Collagen, Hydrolyzed Elastin, Argania Spinosa Kernel Oil, Acetylaringyltryptophyl Diphenylglycine, Carthamus Tinctoris Seed Oil, Hydroxyethylcellulose, PEG-8 Stearate, Phenoxyethanol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Behentrimonium Methosulfate, Butylene Glycol, Carmel, Benzyl Benzoate, Benzyl Cinnamate, Benzyl Salicylate, Limonene, Hexyl Cinnamic Aldehyde, Hydroxycitronellal, Butylphenyl Methylpropional, Linalool.


Cena: ok. 30-40 zł/ 125 g (krem) albo 250 ml (balsam)
Dostępność: Super-Pharm, Hebe, apteki DOZ
Ocena: 4-4,5/5

niedziela, 24 listopada 2013

Pasta i basta! Synergen Korektor przeciw wypryskom 01 Vanilla

Od pewnego czasu wśród polskich vlogerek urodowych krąży TAG, w którym pokazują one produkty, które zakupiły z polecenia innych nagrywających dziewczyn. Na moje kosmetyczne wybory bardziej oddziałują blogerki niż vlogerki, ale jest kilka takich kosmetyków, których zapragnęłam po zobaczeniu ich w akcji na filmikach. Jednym z takich produktów jest korektor Synergen, którego do tuszowania niedoskonałości namiętnie używała Karolina z kanału Stylizacje2. Dobre skojarzenia i spora promocja (-40%) wystarczyły, żebym, bez zastanawiania się, wrzuciła ten kosmetyk do koszyka.

Zaskoczyło mnie opakowanie tego produktu. Całkiem ładne i wytrzymałe jak na tak niedrogi korektor w sztyfcie. Nie będę zmyślać, ta srebrna wstawka wzięła mnie pod włos :D. Zwykle sztyfty z tej półki cenowej są w tandetnych plastikach. Mechanizm wysuwający działa dobrze, ale korektor jest źle osadzony w opakowaniu i trochę po nim lata. Muszę uważać przy stosowaniu, żeby nie wyleciał albo się nie złamał.

Sztyft jest dość miękki. Produkt jest gęsty, kremowy i tłusty, bardzo dobrze przyczepia się do skóry. Ściśle przylega do niedoskonałości, nie tworząc prześwitów. Niestety wygląda ciężko, kompletnie nie stapia się ze skórą, nie można z nim pracować. Przez swoją formułę jest trudny do okiełznania, potrzebuje bardzo solidnego przypudrowania. Nie wysusza wyprysków, wręcz przeciwnie, dobrze je "dokarmia" i wyłażą piękne diodki.

Od lewej:
Synergen 01 Vanilla
Pixie 01 Vanilla Cream
Bell krem CC 020 Nude
Myślę, że głównym powodem, dla którego ten produkt mi nie odpowiada, jest jego kolor. Paskudnie niezdrowy odcień pomarańczu nie wygląda na mnie dobrze. I to podobno jest jego jaśniejszy odcień. Wątpię, żeby komukolwiek było w nim do twarzy.

Niestety, ten produkt nie jest dla mnie i nie polecam go nikomu. Wolę mniejsze krycie niż chodzenie z twarzą w odznaczające się ciapki.

Skład: Hydrogenated, Polyisobutene, Cera Carnauba, Caprylic/Capric Tryglyceride, Octyl-dodecanol, Candelila Cera, Hexyl Laurate, Cetyl Palmitate, Polybutene, Cera Alba, Magnesium Myristate, Tocpherol, Bisabolol, Franesol, Propylene Glycol, BHT, Glyceryl Stearate, Ascorbyl Palmitate, Citric Acid, Amyl Cinnamal, Benzyl Alcohol, Benzyl Benzoate, Benzyl Salicylate, Citronellol, Coumarin, Geraniol Hexyl Cinnamal, Buthylphenyl ethylpropional, Linalool, Alpha-Isomethyl Ione, Cinnamyl Alcohol, Parfum, [+/-CI 77891, CI 77491, CI 77492, CI 77499, CI 77007].

Cena: ok. 8 zł/4g
Dostępność: Drogerie Rossmann
Ocena: 2,5/5

czwartek, 21 listopada 2013

Promocja? Pozwól, że będę twoim przewodnikiem :)

Promocje budzą w człowieku instynkt łowcy. Choć polowania były pierwotnie domeną mężczyzn, to jednak w obecnych czasach panie, uzbrojone w portfele, przepastne torby oraz nieodzowne łokcie, lubią przynieść jakąś zdobycz do domu. Zanim wyruszymy na łowy, warto się do nich przygotować. Z racji rozpoczynającej się jutro promocji w Rossmannie, przygotowałam małą ściągę, aby ułatwić zaplanowanie uderzenia na szafy. Recenzje niektórych produktów widnieją już na blogu, niektóre czekają jeszcze na notkę, ale uznałam, że powinno się zwrócić na nie uwagę, bądź, wręcz przeciwnie, omijać szerokim łukiem.

WARTO:

Zdjęcie pochodzi ze strony Lovely

Lovely Curling Pump Up Mascara (RECENZJA) - bardzo dobry tusz dla osób, które cenią sobie delikatne podkreślenie rzęs. Nie wiem jak wy, ale ja wolę mieć dobrze rozdzielone i słabiej pomalowane rzęsy niż trzy kilo tuszu i trzy włosy na krzyż. Ten produkt ma bardzo ciekawą, wyprofilowaną szczoteczkę, którą dobrze się pracuje.

Cena regularna: ok. 10 zł
Zdjęcie pochodzi z angielskiej strony L'oreal
L'oreal Super Liner Ultra Precision - nigdy nie sądziłam, że eyeliner z gąbeczką przypadnie mi do gustu. Wydawało mi się, że gąbka będzie gruba i jakaś taka nieporęczna w stosowaniu. Nic bardziej mylnego. To chyba najbardziej wygodny aplikator z jakim się spotkałam - jest miękki jak pędzelek, ale jednocześnie precyzyjny jak pisak. Liner jest intensywnie czarny. Co ciekawe, kreskę można namalować właściwie bez ponownego zamaczania gąbki w kałamarzu. Najbardziej lubię w nim to, że szybko zasycha i nie odbija się na powiece.

Cena regularna: ok. 50 zł
Zdjęcie pochodzi z polskiej strony Rimmel
Rimmel Waterproof Gel Eyeliner 002 Brown - jeżeli planujecie zakup tego produktu z zamiarem stosowania go, jak Bóg przykazał, w roli eyeliner, to odradzam. Wolno zastyga na powiece, właściwie po namalowaniu nim kreski trzeba iść na piętnastominutową drzemkę. Ponadto szybko się ściera. W tym momencie zapewne zadajecie sobie pytanie, dlaczego umieściłam ten produkt w tych, na których zakup warto się skusić. Ten eyeliner świetnie nadaje do wypełniania brwi! Co prawda, raczej nie polecam go blondynkom, ale osobom z ciemniejszymi włosami może przypaść do gustu. Na tłustej powiece wykazuje znikomą trwałość, natomiast z brwi trzeba go zmywać płynem dwufazowym.

Cena regularna: ok. 24 zł
Zdjęcie pochodzi ze strony Rossnet


Maybelline Color Tattoo (RECENZJA) - nie wypowiem się odnośnie wszystkich odcieni, ale gorąco mogę polecić On and on bronze (mam jeszcze Permament Taupe, z którego nie potrafię zrobić należytego użytku). Jeżeli macie niebieską tęczówkę (pięknie podbija ten kolor oczu, ale myślę, że jest na tyle uniwersalny, że będzie pasował też zielono- i brązowookim) i cenicie sobie szybkość w makijażu to ten kolor jest dla was!

Cena regularna: ok. 24 zł

Zdjęcie pochodzi z polskiej strony L'oreal

L'oreal Shine Caresse 101 Lolita - lakiery do ust zrobiły furorę kilka miesięcy temu. YSL, Shiseido, ale i tańsze marki nie pozostały w tyle - wyszło z różnym skutkiem. L'orealowi się udało. Shine Caresse to bardzo dobry produkt. Odpowiada mi w nim wszystko - od opakowania z sercowym aplikatorem, przez kolor aż po trwałość. Radzę sprawdzić odcienie, bo nie każdy znajdzie tu coś dla siebie. Wielbicielki nude i delikatnych róży będą niepocieszone. Najjaśniejszy odcień, czyli posiadana przeze mnie Lolita nie jest tak niewinna, jak mogłoby się wydawać. Na ustach z delikatnego różu zmienia się w bardzo naturalną różo-brązo-czerwień :).

Cena regularna: ok. 39 zł
Zdjęcie pochodzi z polskiej strony Rimmel
Rimmel Lasting Finish Matte Lipstick by Kate Moss 104 - naprawdę ubolewam, że w Polsce ta seria jest bardzo okrojona. Cztery odcienie różu i jeden kolor romansujący z brązem, to naprawdę ubogi wybór. Sama skusiłabym się na kolejne szminki, ale po prostu nie ma z czego wybierać. 104 to piękny, ciemny i chłodny róż, który optycznie wybiela zęby. Przez matowe wykończenie wygląda dość naturalnie na ustach. Odradzam ją jednak osobom z bardzo suchymi ustami - podkreśli każdą możliwą skórę i dodatkowo znajdzie nowe.

Cena regularna: ok. 19 zł
Zdjęcie pochodzi z polskiej strony Astor
Astor Soft Sensation Lipcolor Butter 013 Magic Magenta - hitem ostatniego czasu są kredki do ust. Pojawiły się niczym grzyby po deszczu. Na Astora zdecydowałam się po entuzjastycznej recenzji Szavki. Nie jest to może produkt idealny, ale można go uznać za dobry. Nie nawilża tak mocno jak kredka z Isadory, zdaje się, że Astor postawił raczej na kolory - nawet te jasne są dobrze napigmentowane. Ja wybrałam odcień 013 Magic Magenta, który jest przepięknym, wściekłym różem. Zwraca uwagę, zatrzymuje samochody :). Cieszy oko przez około trzy godziny.

Cena regularna: ok. 26 zł
Zdjęcie pochodzi z polskiej strony Rimmel

Rimmel Salon Pro 711 Punk Rock - z odświeżonej serii Lycra Pro, czyli Salon Pro posiadam dwa odcienie. Polecam jedynie jeden z nich. Dawno nie widziałam, żeby lakiery z tej samej linii tak bardzo różniły się pod względem jakości. Coctail Passion, pomimo przepięknego koloru, nie jest warty grzechu. Co innego Punk Rock. Ten lakier warto mieć przede wszystkim ze względu na nietypowy odcień - w zależności od światła to raz przykurzony granat, innym razem grafit, a czasem fiolet. Dość trwały, wytrzymuje 4 dni.

Cena regularna: ok. 19 zł
Zdjęcie pochodzi z polskiej strony L'oreal

L'oreal Color Riche 101 Opera Ballerina - "normalna" cena tego lakieru mnie przeraża. Ponad 23 zł za maleńką butelkę, to gruba przesada. Nie opłaca się. Ale naprawdę warto się na niego skusić podczas promocji. Z góry uprzedzam, że to lakier półprzezroczysty, czego oczywiście producent nie zaznaczył, a co powinno być wyłuszczone - część konsumentek poszukuje jasnych odcieni, które będą kryły płytkę w pełni. Nikt nie jest jasnowidzem i nie jest w stanie powiedzieć, czy dana firma wypuściła lakier do frencha, czy też nie. Opera Ballerina jest takim a'la frenchowym odcieniem. Przepięknie wygląda na paznokciach, sprawia wrażenie "czystości". Prezentuje się naprawdę elegancko i naturalnie. Ten produkt jest trwały, trzymał się na paznokciach 5 dni. O tym, że jak bardzo lubiłam ten lakier, może świadczyć fakt, że go zużyłam :).

Cena regularna: ok. 23 zł

NIE WARTO:

Zdjęcie pochodzi z polskiej strony Rimmel

Rimmel Scandaleyes Kohl Kajal 001 Black (RECENZJA) - miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle. Jedyne, co ratuje tą kredkę to naprawdę intensywny kolor. Ale cóż z tego, skoro w żaden sposób się nie sprawdza - kseruje się na górnej powiece, spływa z linii wodnej...

Cena: ok. 20 zł
Zdjęcie pochodzi ze strony Lovely

Lovely Magic Pen (RECENZJA) - beżowa woda. Ten produkt właściwie nie robi niczego, poza podnoszeniem ciśnienia użytkownikowi. Nie rozjaśni cieni, a o przykryciu jakiejkolwiek plamki można zapomnieć. Nie brać go, nawet za dopłatą!

Cena: ok. 9 zł

Zdjęcie pochodzi ze strony Wibo
Wibo Bibułki Matujące (RECENZJA) - takie z nich bibułki matujące, jak ze mnie Kleopatra. Słabo chłoną sebum, trzeba ich naprawdę sporo, żeby ściągnąć wszystko z twarzy.

Cena: ok. 6 zł
Zdjęcie pochodzi ze strony Wibo
Wibo Eliksir nr 8 (RECENZJA) - zachwyty nad Eliksirami są dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Wypowiedzieć mogę się jedynie odnośnie koloru 8, który jest taką oszukaną czerwienią. Kropka na opakowaniu i sam kolor sztyftu wysyłają nieprawdziwe informacje. Ten kolor z czerwienią ma wspólnego niewiele, toż to zwykły róż! Ponadto nie zgodzę się, że te Eliksir jest trwały (bujda na resorach) oraz nawilżający (pfffffffff).

Cena: ok. 9 zł
Zdjęcie pochodzi ze strony Lovely

Lovely Nude Nail Polish nr 2 - bardzo nie lubię, gdy producent nie oznacza tego, że lakier jest z rodziny tych przezroczystych. Nie wiem, jak wy, ale ja "nude" nie utożsamiam z lakierami do frencha. Producent chyba też w części podziela ten pogląd, bowiem w marce Wibo, wypuścił kilka kolorów z naklejką "Trend nude", które dobrze kryją. Dlaczego w siostrzanej Lovely nude=french? Zresztą nieważne - tego produktu nie uratowałoby nawet krycie po jednej warstwie. Nie widzę ratunku dla gluta, który nigdy nie zasycha na paznokciach. Dawno nie miałam tak koszmarnego lakieru do paznokci.

Cena: ok. 6 zł


Mam nadzieję, że znajdziecie tutaj coś dla siebie. Moje zakupy będą raczej skromne, mam wszystko, czego potrzebuję. Chyba, że wy podrzucicie jakiś łakomy kąsek :).

wtorek, 19 listopada 2013

Niezłe ziółko? Fitomed Mydlnica Lekarska Żel do mycia twarzy do cery tłustej i trądzikowej

Używanie żelu do mycia twarzy jest moją małą obsesją. Taką tycią, nieszkodzącą społeczeństwu. Dobra, zmyślam, trzęsie mnie jak widzę wpisy, że ktoś "załatwia sprawę" wyłącznie za pomocą mleczka albo płynu micelarnego. Jak to można pozbawiać się przyjemności taplania się w ścieku z dodatkiem przyjemnej piany, no jak? Ja sobie nie wyobrażam wieczornej toalety bez porządnego oczyszczenia twarzy. A nie zapewnią go nam raczej płyny i mleczka, szczególnie, gdy nasza cera lubi się paskudzić.

Na żel Fitomedu polowałam od pewnego czasu. Jednak zawsze coś skusiło bardziej i długo odkładałam jego zakup. Przynosiłam do domu różne znajdy i tak płynęły dni i miesiące... Aż pewnego dnia, gdy, pociągając nosem, dorzucałam kolejne uzdrawiacze instant do zamówienia w aptece, myszka mi się rozszalała i kliknął się ten żel. Wytłumaczcie mi, dlaczego tak długo było mi z nim nie po drodze?

Żel zamknięty jest w prostej, przezroczystej butelce, która pozwala na kontrolę zużycia (które przez przykolegowanie się do niego brata trochę wymknęło się spod kontroli :D). Opakowanie wieńczy korek z klapką, która czasem lubi się zassać i ciężko się otwiera. Zawsze jednak lepsza obrażalska klapka niż korek. Dziurka, przez którą wydobywa się produkt, jest naprawdę niewielka, co, biorąc pod uwagę konsystencję, uważam za dobre rozwiązanie.

Produkt nie wygląda zbyt zachęcająco. Brązowy płyn kojarzy się w najlepszym razie z miodem. Jednak, poza kolorem, niewiele ma z nim wspólnego. Jest bardzo rzadki. Fantastycznie się pieni, właściwie niewielka ilość wystarczy do umycia twarzy. Piana, którą tworzy nie jest kremowa, ale też nie wysuszająca. Żel nie daje uczucia ściągnięcia, a jednak skóra po jego użyciu jest matowa.

Dobrze radzi sobie z usuwaniem makijażu z twarzy. Buzia jest czysta, gdy przejadę po niej płynem micelarnym wacik nie jest taki ufajdany jak po AA. Żel nie daje takiego mocnego uczucia czystości, skóra po nim "nie skrzypi", ale jest oczyszczona. Mam nadzieję, że zrozumiecie, o co chodzi, ciężko mi się wysłowić :D.

Jedyne, co nie do końca odpowiada mi w tym produkcie, to jego zapach. Ale widziały gały co brały, decydując się na ziołowy żel, byłam świadoma tego, że może owym zielskiem pachnieć. Zapach na szczęście nie jest intensywny i nie kręci w nosie.

Niby zwykły żel, a jednak jest w nim coś takiego, co sprawiło, że pokochałam go od pierwszego zastosowania. Niedrogi i dobrze oczyszczający kosmetyk to prawdziwy skarb! Szkoda tylko, że z dostępnością jest krucho.

Skład: Aqua, Herbal Extract, Coco Glucoside, Cocamide DEA, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Laureth Sulfate, Propylene Glycol, Lactic Acid, Fragrance, DMDM Hydantoin, Methylisothiazolinone, Methylchloroisothiazolinone.

Cena: ok. 10 zł/200 ml
Dostępność: apteki Dbam o zdrowie; Wrocław - sklep zielarski, ul. Krupnicza
Ocena: 5/5

sobota, 16 listopada 2013

Żwawo, żywo! AA Ultra Odżywianie Krem odżywczo-nawilżający pod oczy

Kremy pod oczy to dla mnie wciąż nowa grupa kosmetyków. Zwłaszcza, że właściwie miałam/mam styczność z zaledwie trzema markami. Znawczynią więc nie jestem. Nie do końca znam potrzeby swoich okolic oczu, więc nadal eksperymentuję. Do tej pory najbardziej zadowolona byłam z kremu AA Wrażliwa Natura w kwestii rozjaśniania ceni, AA Eco z dziką różą odpowiadał mi pod względem nawilżenia, a żel Flos-lek z chabrem bławatkiem najlepiej koił. Czy AA Ultra Odżywianie sprawdził się w większej ilości ról niż jego poprzednicy?

Prosty kartonik i równie mało skomplikowana tubka z dzióbkiem to wygląd typowy dla kremów pod oczy AA. Tubka jest wygodna i solidna, nie ma co tego roztrząsać po raz kolejny :).

Krem zaskoczył mnie swoją konsystencją. Pod względem formuły przypomina zwykły krem do twarzy. Kremy pod oczy, z którymi się stykałam, zwykle miały mniej zbitą konsystencję. Ten jest taki bardziej treściwy - AA Wrażliwa Natura to, w porównaniu z nim, wręcz woda. Ultra Odżywianie jest trochę tłusty, przez co sprawia wrażenie cięższego. Dość długo się wchłania. Ze względu na warstwę, którą pozostawiał, nie stosowałam go na dzień, poprzestałam jedynie na aplikacji wieczorem.

W kwestii działania radził sobie nieźle. Bardzo dobrze nawilżał obszar pod oczami. Jeżeli zastosowałam na noc, to rano skóra nie wymagała kolejnej porcji kremu. Wystarczała więc jedna aplikacja na dobę. Miałam jednak wrażenie, że oblepiał moją skórę, po nałożeniu czułam go pod oczami, co nie było specjalnie przyjemne.

Producent, oprócz działania nawilżająco - odżywczego, obiecuje także zmniejszenie cieni oraz ulgę dla zmęczonych oczu. Bardzo liczyłam na takie działanie kremu. Niestety zupełnie nie popisał się w tym zakresie. Nie zauważyłam, żeby w jakikolwiek sposób wpłynął na rozmiar i widoczność cieni (w przeciwieństwie do Wrażliwej Natury). Nie odczułam też ulgi na skórze, wolę odświeżenie oferowane przez Flos-Lek.

Ultra Odżywianie nie wskoczył na szczyt mojego prywatnego rankingu kremów pod oczy, uplasował się gdzieś po środku. Szkoda, bo miał szansę spełnić wszystkie wymagania i zdeklasować inne produkty. 

Skład: Aqua, Glycerin, Butyrospermum Parkii Butter, Ethylhexyl Stearate, Hydrogenated Polydecene, Triethylhexanolin, Cetearyl Alcohol, Betaine, Myristyl Myristate, Archidyl Alcohol, Cyclopentasiloxane, Dimethicone, Palmitic Acid, Pentaerythirtyl Tetraisostearate, Ribes Ingrum Seed Oil, Sodium Acrylate/Sodium Acrylodimethyl Taurate Copolymer, Behenyl Alcohol, Isogexadecane, Polysorbate 80, Malpighia Punicifolia Fruit Extract, Tocpheryl Acetate, Simmondsia Chinesis Seed Oil, Archidyl Glucoside, Melilotus Officinalis Extract, Propylene Glycol, Allantoin, Theobroma Cacao Extract, Xanthan Gum, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Caprylyl Glycol, Carbomer, Methylisothiazolinone, Sodium Hydroxide, Tetrasodium EDTA.

Cena: ok. 20 zł/15 ml
Dostępność: Super-Pharm, Natura, Hebe, Jasmin
Ocena: 3,5/5

P.s. Produkt otrzymałam od marki AA, co w żaden sposób nie miało wpływu na treść tej recenzji.

środa, 13 listopada 2013

Kojąca lawenda? Isadora Twist-up Gloss Sitck Moisturizing Lip Filler 10 Lovely Lavender


Jednym z trendów kosmetycznych roku 2013 r. są kredki do ust. I bynajmniej wcale nie chodzi o  precyzyjne konturówki. Nie jest to wynalazek nowy, grubaśne kredki można było znaleźć kilka lat temu np. w Oriflame. W tym roku wiele marek, bazując na boomie na kredki Clinique Chubby Stick, wypuściło swoje modele "plus size" :). Bourjois, Astor, Catrice, Avon, Oriflame, Revlon, Sephora, Jelly Pong Pong, Isadora... Każda z tych firm ma w swojej ofercie pomadko-błyszczyko-balsam w kredce. I każda z tych marek kładzie nacisk na inny człon tej trójcy.

Kredka z Isadory trafiła do mnie za sprawą spotkania blogerek. W knajpianym świetle ten odcień wydawał mi się typowym nude. Myliła mnie jednak nazwa, bo o "lawendowym" cielaku jeszcze nie słyszałam. Zanim jednak roztrząsnę kwestie koloru, zacznę tradycyjne marudzenie od opakowania.


Sztyft zamknięty jest w plastikowej kredce. Mechanizm działania przypomina ten znany ze szminek ochronnych - w tym wypadku sztyft jest również wysuwany (kręci się tym srebrnym :)). Opakowanie jest wykonane porządnie, czego nie można powiedzieć o nadrukach na nim. Obecnie moja kredka jest łysa, nie ma na niej ani grama srebrnej farby. Wielka szkoda, nie udało mi się spisać składu :/.

Skoro zaczęłam porównywać ten produkt ze sztyftem do ust, to będę się trzymała tego punktu odniesienia nadal. Może nie jest on najlepszy, ale ten produkt właśnie kojarzy mi się bardziej z balsamem do ust niż z jakąkolwiek szminką czy błyszczykiem. Pod względem konsystencji także przypomina on sztyft. Isadora jest taka zbita, ale jednocześnie masełkowata. Oblepia usta, przylega do nich, nie rozlewając się poza kontur. Tworzy taką ochronną, błyszczącą warstwę. Jednocześnie działa jak porządny balsam - nie podkreśla suchych skórek i świetnie nawilża usta. Nawilżenie utrzymuje się przez kilka godzin od aplikacji.

Produkt zapewnia błyszczące wykończenie. Nie jest to jednak taki mocny połysk, "odstająca" od ust tafla, efekt jest raczej subtelny. Utrzymuje się około 2 godziny po aplikacji.

Mam pewien problem z oceną trwałości produktu. Myślę, że dużą rolę odgrywa w tym przypadku kolor. Lovely Lavender to, wbrew temu, co mówi nazwa, jasny róż z cieplejszej strony mocy. Kolor na dłoni jest dość widoczny, ale na moich ustach zupełnie zanika. Po zniknięciu błyszczącej warstwy nie wiem, czy mam kolor na ustach, czy nie. Po prostu go nie widzę. Dziewczyny były zadowolone z wściekłych róży i czerwieni, ja natomiast mam co do tego odcienia mieszane uczucia.


Podoba mi się to, że ten produkt działa na usta jak balsam. Jednak nie jestem przekonana, czy opłaca się wyskakiwać z 55 zł na sztyft pielęgnacyjny, kiedy na rynku są inne, dobre i do tego tańsze. Ja chcę długotrwałego koloru! Może skuszę się na bardziej intensywny odcień (widziałam jak zachowuje się czerwień na ustach Marie pomimo tego, że paplała, jadła i piła :D), ale oszukanej lawendzie nie mogę wystawić zbyt wysokiej oceny.

Cena: ok. 55 zł/2,7 g
Dostępność: Douglas
Ocena: 3,5-4/5

niedziela, 10 listopada 2013

Modne literki. Bell BB Cream Skin Adapt 011 Natural

Chyba nie ma kategorii produktów, w której opinie byłyby aż tak rozbieżne, jak to jest w kwestii podkładów. Każda z nas ma w tym zakresie inne potrzeby. Dla kogoś coś wykazuje świetne właściwości kryjące, dla innej osoby ten sam produkt jest koszmarem ze względu na zupełny ich brak. Może ze względu na tak duże rozbieżności w opiniach i oczekiwaniach, ciężko jest znaleźć idealny podkład.

Kremy BB nie są do końca podkładami, właściwie można je uznać za zupełnie inną kategorię produktów. Przynajmniej te azjatyckie. A te nasze, europejskie? Tu sprawa wygląda trochę inaczej. Mam wrażenie, że firmy podchwyciły modę na BB i te dwie sympatyczne literki próbują powciskać na opakowania swoich produktów na siłę. BB lakiery, balsamy, no i oczywiście BB kremy. Kremy BB, które kupić można w naszych drogeriach nie przypominają azjatyckich pierwowzorów. W najgorszym razie są to kremy tonujące, w najlepszym - lekkie fluidy. Dziś zaprezentuję wam polski BB tego drugiego typu.

BB marki Bell zamknięty jest w prostej tubie. Opakowanie jest wytrzymałe. Produkt dozuje się za pomocą dzióbka, charakterystycznego dla tubkowych kremów pod oczy. Lepszym rozwiązaniem byłoby opakowanie z pompką, ale nie ma co narzekać. Zawsze lepsza tubka niż butelka z dziurą jak w Revlon Colorstay :D.

Konsystencjaproduktu rozwiała moje wątpliwości odnośnie rzekomego BB. Bellowy wynalazek jest dość rzadki (ale nie lejący) i bardziej przypomina lekki podkład niż BB. Jednocześnie kryje lepiej niż zwykły krem tonujący (np. Ziaja Nuno). To taki klasyczny fluid. Rozprowadza się go łatwo, najlepiej palcami. Rozsmarowuje się bez problemów, nie tworzy smug, nie osadza się i nie tworzy plam. Lekko podkreśla suche skórki, ale nie "wynajduje" nowych. Na buzi jest niewidoczny, a jednak swoje robi. Wyrównuje koloryt i rozświetla buzię bez nadawania jej błysku. Daje matowe wykończenie, ale nie jest to taki płaski mat. Bez przypudrowania ten efekt utrzymuje się przez około 2 godziny. Nie zapycha.

Bell zaproponował w serii BB 1 odcień korektora i 4 warianty kolorystyczne podkładu. Muszę przyznać, że miałam mały problem z doborem odcienia. Nie mam bardzo jasnej cery, ale zazwyczaj kupuję pierwszy lub drugi pod względem jasności drogeryjny podkład. W tym przypadku była ogromna rozbieżność między 010 Nude a 011 Natural. Ten pierwszy jest bardzo jasny i na moje oko mocno wpada w róż (przynajmniej taki wydawał się w świetle drogerii). Ten drugi, ciemniejszy, przy Nude wydawał się wręcz żółtawy, choć tak naprawdę więcej w nim pomarańczowych tonów. Natural był dla mnie w miarę dobry w lecie, teraz powoli zaczyna się robić zbyt pomarańczowy.

Po lewej: Bell BB 011 Natural
Po prawej: Bell CC 020 Nude

Na koniec zostawiłam to co najważniejsze w przypadku podkładu i jednocześnie najtrudniejsze do opisania, czyli krycie. Produkt Bell zaliczyłabym do fluidów o średnim stopniu krycia. Neutralizuje zaczerwienienia, ale nie w całości. Zakrywa niedoskonałości, ale również nie w pełni. Za to ładnie wyrównuje koloryt i zmniejsza widoczność rozszerzonych porów. Twarz po jego zastosowaniu może nie wygląda na idealną, ale zdecydowanie na bardziej promienną, a niedoskonałości nie rzucają się aż tak w oczy. Przy niewielkiej pomocy korektora można wyjść na ulicę i nikt nie ucieknie :). Dla mojej cery jest on w obecnej chwili wystarczający - Effaclar duo dość ładnie ją ustawił, dlatego nie potrzebuję bardzo mocnego krycia.

Ups, coś się zapomniało rozetrzeć, pod okiem :D. Wybaczcie fuszerę. W bonusie jest moich 8 podbródków :D. Światło sztuczne, wieczór.

Światło dzienne, pokój od północy w słoneczny dzień 

Miałyście ten podkład? Co o nim myślicie? Wystarczyłby wam, czy potrzebujecie produktów mocniejszego kalibru?

Skład: Aqua, Cyclopentasiloxane, Cyclohexasiloxane, Zinc Oxide, Titanium Dioxide, Glycerin, PEG/PPG-18/18 Dimethicone, Silica, Sodium Chloride, Stearoyl Inulin, Dimethicone Crosspolymer, Acrylates/Dimethicone Copolymer, Hydrogen Dimethicone, PEG-10 Dimethicone, Hydrated Silica, Polysorbate 80, Tocpheryl Acetate, Sodium Hyaluronate, Aluminium Hydroxide, Ethylhexylglycerin, Dimethicone, Triethoxycapylylsilane, Trimethoxycaprylylsilane, Parfum, Alpha-isomethyl Ionone, Benzyl Salicylate, Buthylphenyl Methylpropional, Hexyl Cinnamal, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene, Carboxaldehyde, Phenoxyethanol, CI 77491, CI 77492, CI 77499, CI 77891.

Cena: ok. 20-30 zł/30g
Dostępność: Drogerie Natura, Jasmin (nie ma w Hebe)
Ocena: 4,5/5

czwartek, 7 listopada 2013

Runda dla korundu. Zrób Sobie Krem Korund Mikrodermabrazja

Są takie produkty, o których przeciętna kosmetykoholiczka wysysa wiedzę wraz z pierwszym podłączeniem do sieci. Nikt nie wie skąd, nikt nie wie jak, po prostu tak jest i już. 

Stąd wiem o istnieniu półproduktów. Co prawda, nigdy nie czułam potrzeby bawienia się w małego chemika, a moim największym osiągnięciem było wymieszanie glinki z wodą (albo hydrolatem; ta mikstura nawet nie wybuchła, byłam w szoku), ale podczytywałam często o samodzielnie wymieszanych kremach, tonikach i innych wynalazkach. To nie dla mnie, ale poczytać przecież można. W pewnym momencie dość głośno zrobiło się o proszku o tajemniczej nazwie "korund", która nie kojarzyła mi się z niczym. Naczytałam się i napaliłam. Dlatego też nie odmówiłam, gdy Is wcisnęła mi go do ręki.

Z racji tego, że w moje posiadanie weszła odsypka w woreczku strunowym, nie opiszę opakowania. Mogłam przesypać proszek do jakiegoś słoiczka, ale najmniejszy jaki miałam, po przecierze pomidorowym, był stanowczo za duży.

Korund ma postać bardzo drobniuteńkiego, białego proszku, który w świetle połyskuje jak szlachetny kamień. W recenzjach, z którymi się spotykałam, dziewczyny pisały, że z wyglądu jest to niepozorny pyłek, ale ta drobnica jest diabelnie ostra. Gdy dorwałam ten proszek w swoje łapy, nie wiedziałam w jakich proporcjach wymieszać go z żelem. Zachowawczo wysypałam kilka ziarenek. I co? Kompletnie nic. Dlatego też, każdym następnym razem sypałam więcej i więcej... Trochę się zawiodłam, bo liczyłam, że proszek będzie tak ostry, jak czytałam. Przeliczyłam jednak siły takich drobinek. Ich siła ścierania jest raczej średnia, spodziewałam się mocniejszych wrażeń. Jednak "moc" proszku nie przekłada się na skuteczność ścierania. Korund znakomicie wygładza cerę, po jego zastosowaniu moja buzia jest przyjemna w dotyku i chętnie pije kremy i maseczki. Jest bezlitosny dla suchych skórek, zapomniałam, że takie zjawisko występowało na mojej twarzy.

Krótko mówiąc: polecam! Jak nie sprawdzi się do twarzy, to zawsze można wymieszać z żelem pod prysznic i peelingować ciało.

Skład: Alumina

Cena: ok. 9 zł/200 g
Dostępność: Zrób Sobie Krem
Ocena: 5/5

wtorek, 5 listopada 2013

Zakupy? Robisz to bardzo źle

Nie przepadam za postami zakupowymi w swoim wykonaniu. Z racji tego, że grzeszki popełniam małe, ale często, boję się tego ostatecznego rozmiaru rozpusty. Rzadko zdarza się, że ulegnę chwili i poniesie mnie zakupowy melanż. W Biedronce przeszłam jednak samą siebie...  Liczyłam, że z wiekiem zmądrzeję, ale chyba mi to nie grozi.

Zapewne wiecie wszyscy o rabatach, jakie ta portugalska sieć serwuje od kilku tygodni. Wędliny, warzywa konserwowe, ryby w puszkach... Przyszedł i czas na to, co tygryski lubią najbardziej, czyli kosmetyki. Do jutra można szaleć i stracić rozum przy 30% obniżce na żele, płyny, sole i mydła. Nie rozumiem, dlaczego zaledwie kilka blogerek wspomniało o tej przecenie, podczas gdy od postów na temat otwarcia sklepu internetowego MAC można było dostać oczopląsu :D.

Zanim wyspowiadam się, wychłoszczę, położę krzyżem i zawyję, to pragnę wspomnieć o tym, o czym nie wszyscy mogą wiedzieć. Promocją są objęte także zestawy np. szampon przeciwłupieżowy Clear z żelem Dove, dezodorant Playboy z  żelem, dwupaki Original Source. Przecenione są zarówno produkty dostępne w stałej ofercie, jak i te z gazetek.

Dłużej nie będę odwlekać tej zawstydzającej chwili. Na swoje usprawiedliwienie dodam tylko, że nie wszystko jest dla mnie, zapasy do wiosny uzupełniłam całej rodzinie :).


Palmolive Delikatna Pielęgnacja Migdał i Mleczko Nawilżające oraz Nieodparta Miękkość Czarna Orchidea i Mleczko Nawilżające - 6,99 zł/500 ml

Żałuję, że wzięłam wersję migdałową, bo nie pachnie zbyt ładnie. Ech, te wyobrażenia o zapachu :).  Trzeba chyba zacząć macacać. Przecież, jak tłumaczą macanci, otwarcie żelu wcale nie jest jego używaniem i nic się mu nie stanie - przecież kosmetyki są wieczne. Orchidea dla mamy, to jej ulubiony żel.


Palmolive Aroma Therapy Warm Vanilla i Sensual - 4,16 zł/250 ml

Kocham wanilię, jej zapach jest taki cudnie otulający. Róża dla mamy, ja, jak wiecie, nie przepadam za tym kwiatem.


Nivea Supreme Touch Kremowy żel pod prysznic Masło Shea i olejek z orzechów makadamia - 4,19 zł/250 ml

Uwielbiam kremowe żele Nivea i po prostu nie mogłam sobie odmówić kolejnego :).


Be Beauty Energizująca Sól do kąpieli - Bursztyn oraz Ujędrniająca Sól do kąpieli - Lotos - 2,65 zł/600 g

Najpierw kupiłam Lotos o dość intensywnym kwiatowym zapachu. Dziś wzięłam Bursztyn - oooo, ja chcę takie perfumy!


Jardins du Provence Musująca kula do kąpieli Rumianek - 2,79 zł/165 g

W tym wypadku nie mam nic na swojej usprawiedliwienie :D.


Linda Mydło w płynie Kremowe z mleczkiem oliwkowym - 2,09 zł/500 ml

Pompka :D!


Luksja Creamy Kremowe mydło nawilżające - 0,94 zł/95 g

Skarpetki, bójcie się :D!


Be Beauty Energy i Fresh - 1,32 zł/100 g

Bratu uszami wychodzą, używane przez moją rodzinę od lat, oliwkowe mydła, więc niech cieszy się z pomarańczy i ogórka.


Nivea Silver Protect i Sport - 4,86 zł/250 ml


Adidas Dynamic Pulse - 6,12 zł/250 ml

Poszalałyście w Biedronce? Czy nie ruszają was promocje na towary pierwszej potrzeby? Miałyście któryś z tych produktów? Wypatrujcie recenzji :D (myślę, że wszyscy z wypiekami na twarzy będą oczekiwali skarpetkowych potyczek Luksji)!

P.s. Pogoda jest tak paskudna, że chciałam wszystkich trochę rozweselić. Mam nadzieję, że choć trochę mi się udało.

niedziela, 3 listopada 2013

Pojawia się i znika? Zużycia października

Ostatni poranek października
Październik był tym roku wyjątkowo przyjemny, przynajmniej w kwestiach pogodowych. Był tak piękny i ciepły, że nawet takiej marudzie jak ja, zdarzało się latać jak kot z pęcherzem na spacery. Niebywałe. Obawiam się jednak, że już niedługo zapomnimy o szeleście liści i zaczniemy przygotowywać się do świąt (Lidl i Kaufland robią to już od września). Myślicie już nad prezentami dla bliskich i tych dla samych siebie?

W październiku zrobiłam się trochę leniwa w kwestii pielęgnacji ciała. Niechętnie sięgałam po balsam, nie używałam rękawicy do peelingu. Wstyd! Obiecuję, że się poprawię (kiedyś). Zaprezentowane dziś zużycia będą więc raczej skromne.


Było: Balea Glatt+Glanz Spülung - przyjemna odżywka, która ładnie nabłyszczała włosy. Dobra, ale jak dla mnie czegoś w niej brakuje. W zapasach mam jeszcze jedno opakowanie, pewnie wrócę do niej wiosną, gdy moje włosy nie odstawiają takich cyrków jak w zimie i nie domagają się Bóg wie czego :D. Pełną recenzję znajdziecie TU.

Jest: DeBa BioVital Repair Conditioner - miałam już nie kupować odżywek w dużych pojemnościach, ale cena 6 zł i skład z sympatycznymi olejami całkowicie mnie omamiły.


Było: AA Pielęgnacja Młodości 18+ Oczyszający peeling do mycia twarzy - taki ni pies, ni wydra... Z całą pewnością stwierdzam, że nie jest to kosmetyk, który umożliwi skuteczne usunięcie martwego naskórka. Drobinki masują, ale nie ścierają. Produkt nie do końca sprawdził się też w roli produktu do oczyszczania. Pisałam o nim TU.

Jest: Fitomed Żel do mycia twarzy dla cery tłustej i trądzikowej - do zakupu tego żelu przymierzałam się naprawdę długo... Tak się teraz zastanawiam, dlaczego zwlekałam tyle czasu.


Było: Bioderma Sensibio H2O - legendarny płyn micelarny. Kosmetyk wyjątkowo udany jeżeli chodzi o oczyszczanie twarzy i odrobinę rozczarowujący w kwestii demakijażu oczu. Plus za delikatne obchodzenie się z wrażliwymi ślepiami. Więcej na jego temat przeczytacie TU.

Jest: L'oreal Ideal Soft Oczyszczający płyn micelarny - niewiele brakuje, a ten płyn będzie równie kultowy jak Bioderma. Bardzo się go obawiałam po nieprzyjemnych przejściach z żelem Ideal Fresh, ale niesłusznie. Na razie się lubimy. Powiedziałabym, że nawet bardzo.


Było: AA Ultra Odżywianie Krem odżywczo-nawilżający pod oczy - od dawna przymierzałam się do tego kremu. Trochę obawiałam się, że odżywcze formuły mogą być jeszcze za ciężkie do mojej skóry. Wrażenia odnośnie tego kremu mam mieszane, muszę jeszcze pomyśleć nad jego recenzją.

Jest: Tołpa Odżywczy krem regenerujący pod oczy - zaskoczyła mnie kosnsystencja tego produktu... Wyjątkowo lekka jak na krem odżywczy, wręcz wodnista w porównaniu z AA. Pożyjemy, zobaczymy co z tego będzie.


Było: AA Eco Maseczka ściągająca - całkiem przyjemna gotowa maseczka. Działa delikatnie, ale skutecznie. Jej cena może wydawać się wygórowana, ale taka tubka starczyła mi na około 4 miesiące. Więcej na jej temat TU.

Jest: Fitokosmetik Błękitna glinka wałdajska - na samą myśl o szorowaniu łazienki boli mnie już głowa :D.


Było: Neutrogena Formuła Norweska Ochronny sztyft - pałętał się przez jakiś czas po torebce, zanim go wysmarowałam. Sięgałam po niego raczej niechętnie, przez co wolno się zużywał. Ale zawzięłam się i wykończyłam go wreszcie. Pisałam o nim TU.

Jest: Alverde Lippenbalsam Vanille Mandarine - wiele osób chwaliło ten sztyft, więc i ja pragnęłam go mieć. Dobrze, że się zdecydowałam, bo gdybym nadal odkładała jego zakup, to mogłabym się obejść smakiem. Ten produkt właśnie jest wycofywany z asortymentu Alverde.


Było: Yoskine Body Przeciwzmarszczkowe serum ujędrniające na szyję i dekolt - bardzo ciężko jest znaleźć kosmetyk przeznaczony do szyi w przystępnej cenie. W drogeriach znajdziemy niezliczone ilości kremów do twarzy, ale o szyi mało kto pamięta. Owszem, kremy przeciwzmarszczkowe stosuje się także na szyję, ale jeszcze nie spoglądam w ich stronę. Nie sądzę, żeby obecnie ukochane przeze mnie produkty na niedoskonałości sprawdzały się też poniżej twarzy, na skórze, która ma inne potrzeby. Serum Yoskine trafiło w moje ręce za sprawą spotkania blogerek i muszę przyznać, że chyba zostanie ulubieńcem. Ale muszę się z nim jeszcze trochę pobawić :).

Jest: To samo :)


Było: Synergen Puder nr 03 - dobry puder w dobrej cenie. Wykorzystałam do ostatniego okruszka i być może spróbuję jego odświeżonej wersji. Jego recenzję zamieściłam TU.

Jest: Lumene Matte Harmony nr 1 - początkowo 1 wydawała mi sie za jasna, wręcz mączna, więc zdecydowałam się na 4. Niestety 4 nie chciała zgrać się z podkładem, więc oddałam ją mamie, poszperałam w internecie i okazało się, że ta biała jedynka to odcień transparentny. Sprawdzę, sprawdzę :).


Bez komentarza :D.


Było: Dove Purely Pampering Odżywczy żel pod prysznic Masło shea z wanilią oraz Mleczko kokosowe z płatkami jaśminu - napisałam jakiś czas temu, że żele Dove cuchną. Niekoniecznie przypadła mi do gustu wersja z figą i po niuchnięciu z butelki pozostałych dwóch wariantów, nie byłam zachwycona. Muszę jednak uderzyć się w pierś, bo zapachy z serii Purely Pampering zyskują w kontakcie ze skórą. Wersja z masłem shea przyjemnie otula ciepłą wanilią. Ta z mleczkiem kokosowym i jaśminem jest bardziej świeża, wyraźnie kwiatowa, taka elegancka. Ale, o ile aromaty mają ładne, tak raczej niekoniecznie sprawdzają się one w żelach pod prysznic. Mam wrażenie, że te produkty nie domywają, po ich użyciu czuję się pachnąca, ale nadal nieświeża. Do żeli raczej nie wrócę, ale być może skuszę się na balsam z tej serii.

Jest: Nivea Double Effect Żel pod prysznic ułatwiający golenie Olejek z awokado i delikatny zapach owocu passiflory - nie rozumiem, dlaczego wszystko co dobre, musi być kiedyś wycofane. Udało mi się znaleźć w Tesco dwie butelki mojego ulubionego kremowego żelu pod prysznic marki Nivea. W przeciwieństwie do kremowych Dove, Nivea oczyszcza ciało. Świetnie sprawdza się też do golenia. Nie wysusza skóry. A do tego wszystkiego pięknie pachnie. Dlaczego, pytam się, dlaczego ten żel zniknął ze sprzedaży?


Było sobie czasopismo. A w czasopiśmie była sobie próbka. Próbka, jak każdy wie, daje pełny obraz możliwości danego produktu. Tylko, dziwnym trafem, w tym przypadku mogę stwierdzić jedynie, że Kremowe mydło z kaszmirem marki Ziaja ładnie pachnie. Co ze mną jest nie tak?

To by było na tyle. Jak widać, nie ma szału. Ale stopniowo udaje mi się redukować nagromadzone zapasy. Może kiedyś wyrosnę z chomikowania. A wam jak poszło? Miałyście któryś z zaprezentowanych produktów? Co o nim sądzicie?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...