Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

czwartek, 31 października 2013

Ach, gdyby tak na Karaiby... Balea Rasiergel Caribbean Dreams

Depilacja to chyba najbardziej znienawidzona przeze mnie czynność pielęgnacyjna. Ostatnio nie układało mi się z maszynkami, plastry do depilacji okazały się równie mało śmieszną pomyłką. Postanowiłam spróbować osłabić niszczycielską siłę bezlitosnych ostrzy i przy okazji błądzenia po DM, do koszyka wpadł żel do golenia.

Tak, wiem, jestem bardzo opóźniona w rozwoju. Dotychczas za zupełnie wystarczające uznawałam stosowanie do pary z maszynką wyłącznie żelu pod prysznic. Z ciekawości podbierałam kilkukrotnie męskie "umilacze" golenia, ale cichaczem i bez większych zachwytów. Dopiero niedawno postanowiłam zaryzykować z damskimi cudami do depilacji i tym sposobem wzbogaciłam się o piankę i żel. O ile pianka nie przypadła mi do gustu i nie sądzę, bym ponownie sięgnęła po tę formę, tak żel do golenia okazał się przyjemną odskocznią od brata pod prysznic.

Żel zamknięty jest w metalowym, "dezodorantowym" opakowaniu. Ma aplikator, który lekko spienia żel w trakcie wyciskania. Wydobywanie żelu jest dużo bardziej przyjemne niż było wyciskanie pianki tej samej marki. Aplikator jest szeroki i nie ucieka spod palców.

Żel jest niebieski, przezroczysty, ale w trakcie aplikacji ulega lekkiemu spienieniu. Rozprowadzony na skórze ma postać zbitej, kremowej piany. Nie jest suchawy jak pianka, dlatego też nie trzeba go nakładać tak dużo (co ma istotny wpływ na wydajność). Po zastosowaniu tego produktu, maszynka dużo lepiej sunie po skórze. Nawet największe badziewiaki (z Biedronki, czy Bic) traciły mordercze zapędy i nie haratały skóry. Miła odmiana.

Golenie z pewnością uprzyjemnia zapach tego produktu. Kokos to coś, co tygryski bardzo lubią. Może nie jest to aromat wybitny, bo ten zapach jest dość płaski, ale czepiać się nie będę.

Myślę, że ponownie zdecyduję się na zabawę z żelem do golenia. Może niekoniecznie w tym wariancie zapachowym. Jeżeli będziecie na zagranicznych wojażach i przypadkiem będzie tam DM, to polecam skusić się na ten żel. Nie jest drogi, a za to ułatwia trochę życie.

Skład: Aqua, Palmitic Acid, Triethanolamine, Stearic Acid, Glyceryl Oleate, Isopentane, Sorbitol, Propylene Glycol, Isobutane, Parfum, Hydroxyethylcellulose, PEG-90m, Pentaerythrityl Tetra-i-t-butyl Hydroxyhydrocinnamate, Methylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Phenoxyethanol, Glyceryl Stearate, Coumarin, CI 19140, CI 42051.

Cena: 1,45 euro/150 ml
Dostępność: Drogerie DM
Ocena: 4/5

poniedziałek, 28 października 2013

Gotowa na gotowca? AA Eco Maseczka ściągająca

Nigdy nie ukrywałam, że jestem leniwa w kwestiach pielęgnacji. Balsam? Dopiero, gdy skóra zacznie się sypać. Krem do rąk? Podobnie. Do maseczek też początkowo podchodziłam jak pies do jeża. Ale kusiły mnie glinki, więc zdecydowałam się na bliższą znajomość.

Na pierwszy ogień poszło zielone błotko. Miło było, ale strasznie to brudziło. Umywalka i pralka wiecznie były w brudnozielone ciapki. Glinka była sypka, więc trzeba było ją spacyfikować wodą, żeby przybrała postać pasty. I już gary do mycia się piętrzyły. Wolę prostsze rozwiązania.

Maseczka z AA wydała mi się idealnym rozwiązaniem dla takiego leniucha jak ja.

Praktyczna tubka, która skrywa w sobie gotową już, kremową pastę, jest bardzo wytrzymała. W ogóle tubki kosmetyków AA są odporne na wszelki ucisk, zacisk i wycisk :). Maseczka grzecznie wylatuje z opakowanie, gdy się ją o to ładnie poprosi. Jedynie pod koniec są małe problemy. Kosmetyk ma konsystencję dość gęstego kremu. Nakłada się go na twarz bezproblemowo. Ze względu na formułę maseczki, kilka dodatkowych substancji w składzie, nie zasycha ona na twarzy na taką twardą, gipsową skorupę jak sproszkowana glinka zmieszana z wodą. Owszem, wypadałoby ją choć raz spryskać na twarzy, ale nie trzeba siedzieć z wodą termalną przy boku.

Zanim przejdę do działania, to chciałabym wspomnieć o zapachu tego produktu, który jest moim zdaniem jego sporym minusem. Do fanek zapachu ogórka nigdy nie należałam. Ale zwykle nie miałam nic przeciwko rześkiemu aromatowi tego warzywa. Tymczasem w maseczce AA ten ogórek jest niezbyt świeży. Na początku irytował mnie ten zapach, ale przywykłam. Zresztą, glinka zielona nie pachniała lepiej.

Jeżeli chodzi o działanie, to muszę przyznać, że widzę różnicę między maseczką z glinką białą, a zielonym błotem. Biała jest dużo łagodniejsza dla skóry, nie niweluje sebum tak mocno jak zielona. Po zielonej skóra była tak czysta, że trzeszczała przy dotykaniu. Maseczka AA oczyszcza skórę, ale trochę słabiej, nie daje takiego ekstremalnego wrażenia czystości. Nie wyciąga też tak mocno niedoskonałości na wierzch. Po zastosowaniu dość widocznie zwęża pory. Jest delikatniejsza od zielonej glinki, ale mimo to przyjemna. 

Uważam, że ten produkt to dobra opcja dla wszystkich osób, które czują potrzebę dopieszczenia się maseczką oczyszczającą, a jednocześnie są zbyt leniwe, żeby samemu się babrać z glinką.

Skład: Aqua, Kaolin, Zinc Oxide, Caprylic/Capric Triglyceride, Magnesium Aluminum Silicate, Cetyl Alcohol, Dicaprylyl Ether, Octyldodecanol, Glyceryl Stearate, Arachidyl Alcohol, Behenyl Alcohol, Myristyl Myristate, Xanthan Gum, Glycerin, Arachidyl Glucoside, Cucumis Sativus (Cucumber) Fruit Extract, Phenethyl Alcohol, Glyceryl Caprylate, Citric Acid, Parfum.  

Cena: ok. 30 zł/50 ml
Ocena: 4/5

P.s. Produkt ten otrzymałam od firmy Oceanic, co nie miało jednak wpływu na moją recenzję.

piątek, 25 października 2013

Pół na pół? Eveline Big Volume Lash Waterproof

Marka Eveline nigdy nie należała do moich ulubionych. Udało im się stworzyć jeden z najgorszych balsamów świata, co skutecznie zniechęcało mnie do kolejnych zabaw z ich kosmetykami. Fatalne notowania poprawiła nieco seria wyszczuplająca i lakiery holo. Chwilowy rozejm nie spowodował jednak trwałego ocieplenia uczuć. Tusz tej marki wpadł w moje ręce przypadkiem - była na niego promocja, a ja szukałam wodoodpornego tuszu. Raz się żyje, mogę dać kolejną szansę.

Opakowanie w żywym, smerfnym kolorze z pewnością jest jednym z atutów tego produktu, łatwo znaleźć je w kosmetyczce. Nieco szersza średnica podstawy niż w przypadku Rimmel Scandaleyes, sprawia, że maskara Eveline jest bardziej stabilna.

Za sukces (lub klapę) tuszu w dużej mierze odpowiada jego szczoteczka. Ta z Eveline jest dość spora, ale za to silikonowa. Czasami zdarza mi się nią pobudzić, ale nie w takim stopniu jak klasycznymi gigantami. Wypustki są niezbyt długie, dlatego też nie nabiera ona zawrotnych ilości tuszu. Dobrze rozczesuje rzęsy, można wyczesać nią ewentualne grudki.

Formuła tuszu nie należy do problematycznych. Maskara nie była zbyt mokra, właściwie od samego początku można było jej "normalnie używać". Mam jednak pewne zastrzeżenia odnośnie rzekomej wodoodporności. Tusz mnie zaskoczył, bo jest jakby "półwodoodporny". Szczerze mówiąc, pierwszy raz spotykam się z czymś takim. Wodooporny kosmetyk powinien być trwały i nie powinien się częściowo rozpływać z powodu jednej łezki. A ten? Częściowo zmyje się go wodą lub micelem, a reszta schodzi dopiero przy pomocy płynu dwufazowego. Dziwna sprawa, przecież nie można być "trochę w ciąży", a kosmetyk nie powinien być częściowo wodoodporny...  Nie do końca też odpowiada mi jego "suchość" na rzęsach. Rimmel Scandaleyes Lycraflex pozostawiał rzęsy przyjemnie miękkie, a ten kujące i sztywne.

Efekt, który zapewnia ten tusz, raczej nie wszystkim przypadnie go gustu. Choć maskara nazywa się "Big Volume", zwiększenia "objętości" rzęs nie zauważyłam. Tusz ładnie rozdziela (przez większą część czasu, na wykończeniu jest trochę gorzej), dość znacząco wydłuża, ale niezbyt mocno pogrubia. U mnie to wydłużenie nie wygląda źle (chyba :D), ale osoby z rzadszymi i/lub dłuższymi rzęsami nie będą zbytnio zachwycone pajęczymi nóżkami.


Tusz Eveline nie był zły, ale nie zachwycił mnie na tyle, żeby stale gościć w mojej kosmetyczce. Szukam dalej.

Skład: Isododecane, Cera Carnauba, Aqua, Candelila Cera, Lanolin Acid, Silica, Paraffin, Cera Alba, Aluminium Stearate, Potassium Carbonate, Rayon, Propylene Glycol, Phenoxyethanol, Methylparaben, Propylparaben, CI 77499.

Cena: ok. 17-18 zł/9 ml
Dostępność: Hebe, Super-Pharm, niektóre Rossmanny
Ocena: 3,5/5

wtorek, 22 października 2013

Klasyka gatunku. Bioderma Sensibio H2O Płyn micelarny

Są kosmetyki i Kosmetyki. Tych pierwszych mamy całe zatrzęsienie na sklepowych półkach. Próbują się nam przymilać i ochoczo wskakują do pierwszego lepszego koszyka. Te drugie, dostojnie pławią się w blasku swojej chwały. One nie potrzebują już poklasku, to ty potrzebujesz ogrzać się w cieple ich gwiazdy :D.

Są produkty, które szumnie określa się mianem kultowych. Ich wierne wyznawczynie tak je chwalą, że w każdym rodzi się chęć posiadania. U mnie lampka "muszę to mieć" świeci się praktycznie bez przerwy. Wiecznie coś mi wpada w oko, i zwykle nie mogę spocząć, póki nie dorwę tego w swoje łapy. 

Bioderma Sensibio H2O to chyba najbardziej znany i najwyżej oceniany płyn micelarny. Bioderma to, Bioderma siamto...Taaak, to ten kosmetyk zbawia świat :).

Zanim rozprawię się z działaniem produktu, wspomnę kilka słów na temat opakowania. Pękata przezroczysta butelka zakończona jest korkiem z klapką. Po tych wszystkich dzióbkach, to całkiem miła odmiana. Klapka jest bardzo porządna, ale przez tę wytrzymałość, ciężko się ją otwiera. Ale coś za coś - to opakowanie samo się nie otworzy w czasie podróży.

Bioderma, jak wszystkie inne płyny micelarne, to po prostu woda. W przeciwieństwie do kilku poprzedników jest to woda "neutralna" dla skóry - nie zostawia po sobie wspomnienia w postaci klejącej warstwy. Nie daje też szczególnego uczucia odświeżenia. Równie dobrze mogłabym przemyć twarz wodą, nie zauważyłabym większej różnicy w stosowaniu - no dobra, zapach wody i Biodermy trochę się różni.

Ale woda nie może być zamiennikiem tego płynu micelarnego (przynajmniej nie samodzielnie). Siła Biodermy tkwi w jej skuteczności. Jak na razie nie znalazłam chyba lepszego płynu do demakijażu twarzy. Fantastycznie usuwa wszelkie zabrudzenia, ba, czasem po zastosowaniu żelu do mycia twarzy i następnie przemyciu buzi Biodermą, na waciku zostawało sporo ciemnych smug. Płyn ten naprawdę dobrze "doczyszcza" cerę. Nie podrażnia.

Sensibio jest jednak równie mocno chwalony w zakresie demakijażu oczu. Nawet producent na swojej stronie wskazuje, że ten wariant Biodermy zmywa nawet wodoodporny makijaż. Z tym się muszę nie zgodzić. Słabo radzi sobie z wodoodpornymi kosmetykami, trzeba naprawdę bardzo mocno i długo trzeć. Te "podstawowe" jakoś zmywa, ale w kwestii demakijażu oczu wolę płyny dwufazowe. Za to zachwycił mnie tym, że nie podrażnił moich oczu, co ostatnio zdarzało się kilkukrotnie.



Największym minusem tego kosmetyku jest jego zbójecka cena. Warto polować na promocje (często dwupaki mają bardzo okazyjne ceny), ten produkt jest jeszcze wart tych 25 zł za butelkę. Wyższej kwoty bym za niego nie zapłaciła.

Skład: Aqua, PEG-6 Caprylic/Capric Glycerides, Cucumus Sativus Fruit Extract, Mannitol, Xylitol, Rhamnose, Fructooligosacharides, Propylene Glycol, Disodium EDTA, Cetrimonium Bromide.

Cena: ok. 22-46 zł/250 ml
Dostępność: Allegro, apteki, Super-Pharm, Hebe (Wrocławianki - ze swojej strony polecam kupować ten produkt w aptece pod Zielonym Bluszczem na Oławskiej, płaciłam tam 22,50 zł za butelkę).
Ocena: 4/5

sobota, 19 października 2013

Drobna korekta. Pixie Cosmetics Reviving Under Eye Concealer 01 Vanilla Cream

Zdarzają mi się takie poranki, gdy zastanawiam się, czy w lustrze to jeszcze ja, czy skrzyżowanie człowieka z dalmatyńczykiem/ biedronką/gepardem lub innym zwierzęciem w cętki. Tu plamka, tam plamka, tu buchający ropą Wezuwiusz, tam zaorane pole, tu zasinienie... Dobrze kryjący podkład to podstawa. Są jednak takie ciapki, które nie chcą się schować i straszą ludzi. W tych ciężkich sytuacjach, z pomocą przychodzi arsenał w postaci korektorów. Korektor korektorowi nierówny, inne właściwości mają te przeznaczone na zmiany skórne, inną formułą charakteryzują się te przeznaczone pod oczy. Teoretycznie powinno się używać dwóch rodzajów produktów. Ale kto zabroni wysmarować sobie korektorem pod oczy resztę twarzy :D?

Marka Pixie z pewnością znana jest fankom kosmetyków mineralnych. Gdy postanowiłam zerwać znajomość z Lily Lolo, zaczęłam rozglądać się za kolejnym produktem do wrzucenia pod recenzencką lupę. Spora promocja na podkład Pixie miała duży wpływ na mój wybór. Cena była dość przystępna, a do tego były gratisy w postaci korektorów. Uwielbiam korektory, więc nie mogłam się powstrzymać.

Zwykle właściwą recenzję produktu zaczynam od roztrząsania kwestii związanych z opakowaniem. Tym razem tego nie zrobię, ponieważ dysponuję wersją testerową, która mieści się w mało interesującym i bardzo prostym słoiczku. Oryginalne opakowanie (z lusterkiem <3) widziałam jedynie na zdjęciu.

Korektor Pixie, jak z samej nazwy wynika, przeznaczony jest pod oczy. Kiedy jednak odkręciłam po raz pierwszy słoiczek, nie byłam przekonana czy się tam nada. Po bardzo kremowym kamuflażu z Alverde, oczekiwałam, że Pixie będzie go przypominał. Tymczasem ten korektor sprawia wrażenie bardziej zbitego i "gumowego" niż Alverde. Trochę lepiej niż kolega z Niemiec przyczepia się do skóry, przez to odrobinę lepiej sprawdza się na niedoskonałościach. Ale pod oczami również sobie radzi. Wbrew moim obawom, nie jest za ciężki. Sądzę że może spodobać się osobom, dla których Alverde jest trochę zbyt tłusty.

W kwestii krycia Pixie całkiem nieźle sobie poczyna. Dobrze rozjaśnia okolice pod oczami, faktycznie "ożywia" te obszary. Nie niweluje jednak całkowicie cieni. Z racji jasnego koloru zmniejsza ich widoczność, ale ich nie zakrywa.


Jeżeli chodzi o niedoskonałości, to ładnie je "przysłania", ale nie kamufluje całkowicie. Świetnie radzi sobie z zaczerwienieniami. Sprawdza się na pojedynczych plamkach, a także na naczynkach. Trochę podkreśla suche skórki.


Może ze względu na fakt, że korektor nie jest elementem stałego asortymentu marki, Pixie zdecydowało się na wypuszczenie zaledwie jednego wariantu kolorystycznego. Vanilla Cream jest dość jasnym, beżowym odcieniem - neutralnym, z domieszką żółci. Kolor jest jasny, ale nie blady. Dlatego też, dla córek młynarza może być za ciemny.
Od lewej:  Synergen Korektor 01 Vanilla
Pixie  01 Vanilla Cream
Amilie Podkład mineralny Sesame
Pierwsze podejście do marki Pixie uważam za wyjątkowo udane. Korektor okazał się naprawdę dobrym produktem. Szkoda, że nie jest stale dostępny, myślę, że biorąc pod uwagę jego cenę oraz krycie mógłby znaleźć sporą rzeszę wiernych fanek.

Skład: Ricinus Communis Seed Oil, Caprylic/Capric Triglyceride, Kaolin, Titanium Dioxide, Mica, Hydrogenated Coco-Glycerides, Sucrose Tetrastearate Triacetate, Cera Alba, Candelilla Cera, Copernicia Cerifera Cera, Squalane, Helianthus Annuus Seed Oil, tocpoheryl Acetate, Glyceryl Stearate, Cetearyl Alcohol, Stearyl Alcohol, Ascorbyl Palmitate, Retinyl Palmitate +/- [CI 77492, CI 77491, CI 77499].

Cena: ok. 10-14 zł/3,5 g
Dostępność: sklepy internetowe np. Kosmetyki mineralne, Mineral Cosmetics (ale uwaga: korektor ważny jest do końca stycznia 2014).
Ocena: 4,5/5

środa, 16 października 2013

Oczy(wiście)! Rimmel Scandaleyes Waterptoof Kohl Kajal 001 Black

Chyba każda kobieta marzy o tym, aby hipnotyzować spojrzeniem. Śnimy o wachlarzu rzęs i pięknej kresce. W kompleksy wpędzają nas reklamy kosmetyków od oczu, na których, dopieszczone przez tabun makijażystów i grafików, modelki prezentują nowy produkt marki XYZ. Ach, żeby mieć takie piękne rzęsy, ach, co ja bym dała za tak idealnie czarną i równą kreskę... Kupujemy kolejne cuda i co? A to tusz zlepia rzęsy, a to kredka jest szarym drapakiem... O rozczarowanie łatwo. Dlatego też do każdego nowego produktu, który ma mi umożliwić upiększenie w stylu Kleopatry (filmowej, w wykonaniu Elizabeth Taylor), podchodzę dość sceptycznie.

O ile umiem jako tako pomalować rzęsy, tak podkreślanie oka kreską idzie mi dość mizernie. Długo muszę dłubać zanim uzyskam satysfakcjonującą grubość i kształt. Przerobiłam już różne formuły i mogę stwierdzić, że kreskę najłatwiej namalować kredką. Nie zabraknie nam produktu na pędzelku, nie rozleje się na płyn na powiece... Idealnie. Jest tylko jeden mały szkopuł - jak tu kredką zrobić cienką kreskę i jaskółkę?

W skład jednej z nowszych linii marki Rimmel, Scandaleyes, oprócz kilku wariantów tuszy do rzęs, znajdziemy także kredkę do oczu w kilku kolorach. Jest zarówno klasyczna czerń, jak i zieleń, niebieski, fiolet... Szkoda tylko, że na polski rynek nie wprowadzono cielistego odcienia.

Kredka, pod względem formuły, jest chyba jedną z lepszych kredek jakie używałam. Jest dość miękka, a przy tym kolor, jaki zostawia, jest bardzo intensywny, skoncentrowany. Właściwie rysuje sama, szczególnie na dolnej linii wodnej. Niestety, aby narysować w miarę cienką kreskę na górnej powiece, trzeba ją co rusz temperować, co niezbyt dobrze wpływa na wydajność. Przy tak miękkiej kredce ciężko o precyzję przy jednym pociągnięciu. Zrobienie jaskółki jest wyjątkowo trudne, rysik zaraz robi się okrągły.

Od lewej: Rimmel Scandaleyes, Wet'n'Wild Coloricon,
Maybelline Masterprecise Liquid Eyeliner
Może ze względu na formułę produktu, kredka nie należy do najtrwalszych. Co prawda, gdy pomalowałam sobie nią dłoń, to zmywanie jej było dość żmudne, ale inaczej zachowuje się na suchej dłoni, a inaczej na tłustej powiece. Bardzo długo zastyga, lubi kserować - dla kogoś kto lubi bawić się z rozcieraniem kreski będzie to raczej plus, mnie niekoniecznie to odpowiada. Gdy już skończy stroić fochy, to naprawdę ciężko ją ot tak sobie zetrzeć z powieki, trzyma się na niej. Ale to kredka decyduje, jak długo kreska z tobą zostanie. Lubi schodzić partiami - na części powieki trzyma się w stanie niezmienionym, na drugiej części znika zupełnie. Do jej całkowitego usunięcia niezbędny jest dobry płyn dwufazowy. Na dolnej linii wodnej zachowuje się grzeczniej, ale często (szczególnie pod wpływem wilgoci) spływa na dolną powiekę, tworząc malowniczą pandę.

Ogromnym plusem tego produktu jest jego kolor. Czerń w wykonaniu Rimmela jest naprawdę smoliście czarna, nie wdała się romans z szarością lub grafitem. Bardzo głęboki, piękny kolor.

Jeżeli szukacie miękkiej kredki i lubicie pracować z kreską, to myślę, że ten produkt może spełnić wasze oczekiwania. Jeżeli jednak szukacie "pewniaka" w kwestii precyzyjnych kresek, raczej nie będziecie usatysfakcjonowane.

Cena: ok. 20 zł/1,2 g
Dostępność: Hebe, Super-Pharm, Rossmann, Natura
Ocena: 3,5/5

niedziela, 13 października 2013

Migusiem? Bourjois Express Eye Makeup Remover Płyn dwufazowy

Choć z wykształcenia nie jestem chemikiem, to jednak lubię eksperymentować. Królikiem doświadczalnym zwykle jestem ja sama. Czasami jednak, zamiast kombinować z nowymi cudami na kiju, stawiam na sprawdzone rozwiązania (to sformułowanie brzmi jakby było z reklamy banku albo oleju silnikowego :D). W kwestii demakijażu oczu od pewnego czasu celuję prawie tylko w jedną grupę produktów - z radością odkrywam coraz to nowe płyny dwufazowe.

Uwielbiam płyny micelarne, ale nie wszystkie są skuteczne. Nie chcę, po przyjściu do domu, zabrać się do zmywania szpachli i stwierdzić nagle, że tusz, cień, czy szminka twardo się trzyma pomimo usilnych próśb i, co gorsza, wcale nie zamierza zejść. W takich sytuacjach niezawodne okazują się dwufazówki, które bez nerwów pozwolą na pozbycie się resztek produktów.

Bourjois większości kojarzy się zapewne z produktami do makijażu. Marka ta ma jednakże w swojej ofercie także produkty do demakijażu. Udało im się stworzyć jeden z lepszych płynów micelarnych w dobrej cenie. Czy dwufazówka jest równie godna uwagi jak brat micel?

Opakowania płynnych produktów Bourjois są dość interesujące. Głównie ze względu na klapkę, którą otwiera się za pomocą tego śmiesznego dynksa. Wszystko jest dobrze, dopóki kulka siedzi grzecznie na szczycie. Może się jednak tak zdarzyć, że pewnego pięknego dnia się zbuntuje i wyskoczy na spacer. Miałam kilka butelek micela Bourjois i ten cudak nigdy nie odleciał. Natomiast w tym przypadku po kilku użyciach kulka się wyprowadziła. Uważam, że producent mógłby mimo wszystko pomyśleć o jakimś wgłębieniu ułatwiającym otwieranie - tak na wszelki wypadek. Majstrowanie paznokciami nie zawsze kończy się dobrze, przynajmniej dla paznokci :).

Bourjois, jak każdy płyn dwufazowy, składa się z fazy wodnej i tłuszczowej, które po wymieszaniu stanowią "kompletny produkt". Nic szczególnego na pierwszy rzut oka. Ale dwufaza dwufazie nierówna, szczególnie pod względem rozdzielania się cieczy. W przypadku Bourjois fazy wracają do pierwotnego stanu dość szybko, zaledwie po kilku sekundach zaczynają się rozdzielać. Zanim ponownie wylejemy płyn na wacik musimy go znów zmieszać.

Tym, co wiele osób irytuje w przypadku kosmetyków do demakijażu tego rodzaju, jak omawiany, jest pozostawianie tłustej warstwy. Bourjois nie jest pod tym względem wyjątkiem. Również pozostawia tłusty film, w większym stopniu niż Garnier, ale w trochę mniejszym niż Bielenda, nie wspominając już o smalcu z Ziai. Można przeboleć :).

Odnośnie najważniejszej kwestii, czyli działania, mam pewne wątpliwości. Zanim rozprawię się z jego skutecznością, muszę wspomnieć o jednej cesze, która może okazać się decydująca dla osób z wrażliwymi oczami. Płyn podszczypuje. Przynajmniej początkowo - popieścił zarówno mnie, jak i moją mamę.

W kwestii skuteczności Bourjois nie zdobędzie może złotego medalu, ale muszę przyznać, że nie jest zły. Dość dobrze radzi sobie z usunięciem wodoodpornych kredek i tuszu - zmywa je, ale najpierw lubi trochę się z nimi podroczyć i je rozmazuje (nie widać tego na zdjęciach, ale na oku sprawa wygląda trochę inaczej). Niezbyt dobrze za to idzie mu z trwałymi produktami do ust. Poległ na tintach z Bell i Max Factora - Garnier był lepszy w tym zakresie.


Pomimo ciepłych uczuć, jakie żywię do płynu micelarnego Bourjois, nie mogę uznać płynu dwufazowego tej marki za równie udany twór.

Skład: Aqua, Isohexadecane, Isopropyl Palmitate, Cyclopentasiloxane, Cyclohexasiloxane, Glycerin, Sodium Benzoate, Methylparaben, Tetrasodium EDTA, Citric Acid, Ethylparaben, CI 61585.

Cena: ok. 18 zł/200 ml
Dostępność: Rossmann
Ocena: 3,5/5

czwartek, 10 października 2013

Tylko dla pełnoletnich? AA Pielęgnacja młodości 18+ Oczyszczający peeling do mycia twarzy

Wielokrotnie "chwaliłam się", że w kwestii kuchni nie jestem asem. Dobrze wychodzi mi jedynie zagotowanie wody na kawę. Często uciekam się więc do gotowych rozwiązań. Nie są zdrowe, ale jak mnie najdzie ochota na np. pizzę to nie ma opcji, żebym jej nie zjadła. Pewnego pięknego dnia, gdy w lodówce zostało tylko światło, wybraliśmy się z bratem po pizzę na wynos. Ponieważ na wymarzony obiad trzeba było chwilę poczekać, w tym czasie musieliśmy się czymś zająć. Tak się złożyło, że tuż obok był Rossmann. A bez "pamiątki" z tego sklepu się nie wychodzi, szczególnie gdy jest ona przeceniona. 

Na peeling z serii Pielęgnacja Młodości, miałam ochotę od pewnego czasu. Ale wiecznie nie było mi z nim po drodze i w wyścigu do koszyka przegrywał z innymi preparatami. Jednak za niecałe 7 zł okazał się na tyle atrakcyjny, że zdeklasował konkurencję.

Produkt zamknięty jest w prostej tubie. Opakowanie jest dość miękkie, ale jednocześnie wytrzymałe. Mam pewne zastrzeżenia odnośnie wielkości dziurki dozującej produkt - z racji jego konsystencji jest ona trochę zbyt duża.

Peeling tak naprawdę peelingiem nie jest. To raczej dość lejący żel z ozdobą w postaci granulek. Drobinki pełnią raczej funkcję dekoracyjną, jest ich niewiele, a ponadto nie są ostre. Można nimi pomasować twarz, ale nie zetrzeć naskórek. Moc drobinek osłabia sama formuła żelu, w którym są zanurzone. Kosmetyk pieni się, tworząc kremową pianę, która ułatwia poślizg, co raczej nie sprzyja peelingowaniu.

Jeżeli chodzi o oczyszczanie to także nie jest jakoś rewelacyjnie. Żel jest przyjemny w użyciu, nie wysusza skóry, delikatnie ją oczyszcza. Niestety nie usuwa wszelkich "zabrudzeń" na twarzy. Nie chodzi mi w tym przypadku o zmywanie makijażu wodoodpornego, ale nie radzi sobie z podstawową tapetą. Gdy po jego użyciu przemywam buzię płynem micelarnym, to na waciku zostaje jeszcze sporo brudu.

Delikatny żel z masującymi drobinkami o delikatnym zapachu niestety mnie nie zachwycił. Myślę jednak, że może się spodobać osobom, które mają bardziej wrażliwą cerę i lubią produkty łagodnie oczyszczające.

Skład: Aqua, Lauramidopropyl Betaine, Acrylates Copolymer, Disodium Laureth Sulfosccinate, Lauryl Glucoside, Polyethylene, Triethanolamine, Glycerin, Caprylyl Glycol, Coco-Glucoside, Glyceryl Oleate, Malpighia Punicifolia Fruit Extract, Betaine, Panthenol, Allantoin, PEG-120 Methyl Glucose Dioleate Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Propylene Glycol, Parfum.

Cena: ok. 17 zł/150 ml
Dostępność: Super-Pharm, Natura, Hebe, Jasmin
Ocena: 3/5

wtorek, 8 października 2013

Beztroski czas. Yankee Candle Loves me, loves me not


Choć lato już za nami, cały rok będziemy grzać się we wspomnieniach słonecznych promieniu. Te ciepłe miesiące upływają nam szybko, a zimne wieczory i przemoczone nogi jakoś odczuwamy dotkliwe i wydają się one dłużyć w nieskończoność.

Kiedy zaczyna się lato? 22 czerwca? Może w szkole :D. Dla mnie pierwszą oznaką lata były od zawsze stokrotki. Gdy tylko się pojawiły, to wiedziałam, że będzie cieplej (w przypadku fiołków czy niezapominajek bywało różnie), trawa nabierze soczystej barwy, a wieczorne spacery w parku uprzyjemni taniec z komarami w roli instruktorów.

Nie planowałam kupna Loves me, loves me not. Kwiatki w "czystym" wydaniu to zupełnie nie moje klimaty. Ale nie było tarty, na którą wtedy polowałam, więc na pocieszenie wzięłam tę. Ta nazwa mnie urzekła. To kocham, czy nie kocham?

Yankee Candle stworzyło zapach, który przypomina mi wieczorne spacery urozmaicone zbieraniem stokrotek. Gdy pierwsze maluchy pokazują żółte środki, chwile przed zachodem słońca są jeszcze trochę chłodne. I taki właśnie jest ten zapach. Chłodny. Nie jest zimny i nieprzyjemny. Określiłabym go mianem rześkiego. Początkowo czuję w nim ostry zapach świeżej, wiosennej zieleni - to jakiś trawiasto-liściasty aromat. Stokrotki wybijają się mocniej w trochę późniejszej fazie, ale są mocno wyczuwalne. Te dwa zapachy potem się splatają, tworząc mieszankę, która kojarzy mi się odrobinę z... zielonym bananem, takim wyjątkowo niedojrzałym.

Loves me, loves me not to zupełnie inny zapach, niż te, których próbowałam do tej pory. Nie jest otulający, jego chłód może porazić w jesienną pluchę. Ale do odtwarzania wspomnień z końca wiosny i początków lata sprawdzi się idealnie.

niedziela, 6 października 2013

Idealny, bo mineralny? Lily Lolo Podkład mineralny SPF 15 Barely Buff

Ponad rok temu, moje eksperymenty uderzyły dość boleśnie w skórę twarzy. Przez jakiś czas cera wyglądała dramatycznie, ale nauczka mi się należała. Ta masakra miała też pozytywny aspekt. Zaczęłam bardziej myśleć nad tym, co kładę na twarz i jak to wpływa na skórę. Zdecydowałam się na małą rewolucję i tym sposobem drogeryjny potwór, który uznawał wyłącznie fluidy, rozpoczął poszukiwania podkładu mineralnego, czyli, o zgrozo, kryjącego proszku.

Czytałam różne opinie, radziłam się kilku osób, kalkulowałam... I ostatecznie zdecydowałam się na podkład marki Lily Lolo. Oczywiście pożałowałam i zamiast zamówić minaturki, połakomiłam się od razu na całe opakowanie. Wymyśliłam sobie, że moja twarz nie wykazuje odchyłów w stronę żółci ani różu, więc potrzebuję czegoś po prostu beżowego. Stanęło na odcieniu neutralnym jasno-średnim, czyli Barely Buff.

Zanim jednak rozprawię się z cudownym proszkiem, który miał być lekiem na bolączki, skupię się przez chwilę na opakowaniu. Nie jestem znawcą w temacie opakowań minerałów, bo oprócz Lily Lolo, w pełnym wymiarze miałam przyjemność jeszcze z Amilie i Pixie, ale muszę zauważyć, że opakowanie tego kosmetyku jest świetne, najlepsze z całej trójcy. Proste, eleganckie i bardzo wytrzymałe. Klapka zamykająca sitko jest porządna, zresztą jak i cały słoiczek. Jak skończę ten kosmetyk, to opakowanie z pewnością zachowam.

Podkład mineralny, jak każdy proszek, jest dość... sypki :D. Nie jest tak drobno zmielony jak np. mąka (wybaczcie kuchenne porównanie, ale to jedyne, jakie przychodzi mi do głowy), jego drobinki są większe. Przypomina trochę puder sypki. W przeciwieństwie jednak do produktów wykańczających makijaż, podkład ma być od nich bardziej kryjący. Przynajmniej w założeniu. Oprócz podkładu, musiałam nabyć narzędzie do jego nakładania - padło na pędzel ze ściętym na płasko czubem, tzw. flat top.

Produkt Lily Lolo, gdy buszowałam po internecie w poszukiwaniu inspiracji, miał bardzo wysoką ocenę na Wizażu, znacznie przekraczającą notę 4,0. Jak na dość sporą ilość recenzetek, które miały różne cery, ta wysoka średnia bardzo mnie zaintrygowała. Oczekiwałam cudów po tak chwalonym produkcie. Niestety... Od podkładu oczekuję krycia, a Lily Lolo zapewnia je w stopniu właściwie minimalnym. Jedyne, czego można od niego oczekiwać, to lekkie ujednolicenie kolorytu skóry. Większych zmian skórnych, rozszerzonych porów, naczynek nie przykrywa - niezależnie od tego, czy nakładałam dwie warstwy na sucho, czy na mokro, za każdym razem nie czułam się komfortowo pod względem widoczności niedoskonałości. Nie widać go na twarzy, jest lekki. Jego wykończenie określiłabym raczej satynowym niż matowym, wygląda dość naturalnie, moja cera zaczynała się świecić mniej więcej po godzinie. Podkład nie zapycha, a także nie przesusza cery. Podkreśla suche skórki, zresztą jak każdy pudrowy produkt. 

Od lewej na każdym zdjęciu:
LL Barely Buff
EDM Light Medium
Sweetscents Medium Cool
Pixie CP Shaylee 2

Konia z rzędem dla tego, kto trafił z kolorem podkładu przy zakupach przez internet. Obejrzałam mnóstwo zdjęć, na różnych komputerach, a mimo to, nie udało mi się wstrzelić w odcień. Gdy otworzyłam podkład i pierwszy raz nałożyłam go na twarz, to myślałam, że złapałam Boga za nogi. Przepiękny, jasny (ale nie blady) odcień beżu z delikatnym żółtym pigmentem wydawał się idealnie wtapiać. Do czasu. Po około dwudziestu minutach, wymarzony odcień zaczynał przypominać marchewkowy koszmar, w dodatku co najmniej o ton za ciemny. Po przewertowaniu wątku dotyczącego tej marki, okazało się, że nie tylko u mnie się tak zachował podkład Lily Lolo, a jego ciemnienie i zmiana koloru to częste zjawisko. Choć wielu z was wyda się to dziwne, to jednak lepiej w moją cerę wtopił się dziwaczny Shaylee z Pixie, którego kolor (pomarańczowo-zielono-żółty) może przerazić nie na żarty. Barely Buff wygląda z kolei na niewiniątko, którym nie jest... Farbowany lis!

Mawiają, że pierwsze koty za płoty. Przerzucenie się na podkłady mineralne (dobra, przyznaję się, czasem zdradzam minerały z BB z Bell) okazało się trafioną decyzją. Moja cera bardzo je lubi. Lily Lolo był jednym z pierwszych przystanków na drodze do odnalezienia formuły idealnej i raczej ponownie nie wysiądę w tej dzielnicy :).

Skład: Mica, CI 77019, Zinc Oxide, May Contain: CI 77891, CI 77491, CI 77492, CI 77499, CI 77007.

Cena: ok. 73 zł/10 g
Dostępność: polski dystrybutor Costasy, Kosmetyki Mineralne, Mineral Cosmetics, Bańka Mydlana
Ocena: 3-3,5/5

czwartek, 3 października 2013

Banany dla odmiany. Veroni Green Banana Mleczny peeling cukrowo-olejowy

Znalezienie dobrego peelingu graniczy z cudem. Co prawda kilka popularnych marek posiada w swojej ofercie kosmetyk tego typu (np. Dax, Bielenda i Ziaja) jednak nie zawsze spełniają one pokładane w nich oczekiwania. Nie będę się wypowiadała odnośnie wyrobów tej ostatniej marki, ale zarówno Dax, jak i Bielenda mnie nie zachwyciły - zarówno pod względem działania, jak i zapachu. Postawiłam sobie więc za cel wywęszenie bardziej satysfakcjonującego produktu. Na Veroni namówiła mnie Let's talk beauty, która to opowiadała, jaki to pachnący cudak do niej zawitał. Przy najbliższej okazji, podreptałam grzecznie go kupić.

Opisywanie opakowań według wielu jest bezsensownym rozdrabnianiem się. Chciałam w tej recenzji pominąć ten fragment, ale jakoś nie mogę :D. Słoiczek peelingu Veroni, jaki jest, każdy widzi. Uważam, że warto na niego zwrócić uwagę, jeżeli wybieracie się w podróż i szukacie produktu, który nie zajmie połowy kosmetyczki swoim pękatym opakowaniem. Veroni jest bardziej płaski niż np. Bielenda i przez to zajmuje mniej miejsca.

Konsystencja tego produktu na pierwszy rzut oka nie nastraja pozytywnie. W słoiczku znajduje się jakaś taka zbita masa, drobinek w niej nie widać... Może to za sprawą zapachu, ale ten produkt skojarzył mi się z takimi żelkami-bananami. Jego konsystencja przypomina w dotyku właśnie takie łakocie. Pomimo tego, że drobinek nie widać w opakowaniu, to nie znaczy, że nie czuć ich na skórze. Drobiny cukru, choć pływają w olejowej zupie, której głównym komponentem jest olej mineralny (szkoda, bo obok niego w składzie można znaleźć takie cuda jak masło kakaowe, masło shea, olej ze słodkich migdałów oraz olej z awokado), całkiem nieźle trą. Pod wpływem wody rozpuszczają się po kilku ruchach, ale można coś nimi zdziałać zanim znikną. Masaż będzie dość szybki, co nie znaczy, że produkt jest nieskuteczny. Całkiem nieźle radzi sobie z suchą skórą na łokciach. Próbowałam też zetrzeć tym produktem stopy (ponieważ przeznaczony jest on nie tylko do ciała, ale także stóp i dłoni) i choć peelingowi do stóp z YR mu daleko, to ścierał lepiej niż peeling do stóp z Biedronki.

Mankamenty tego produktu bledną w obliczu jego zapachu. Ze słoiczka wydobywa się przepiękny zapach żelków bananowych. Jest bardzo intensywny, czuję go z odległości pół metra. Znakomicie uprzyjemnia stosowanie, szkoda, że nie utrzymuje się na skórze. Marzy mi się masło do ciała o takim aromacie... W ofercie znajdziemy jeszcze wariant truskawkowy i czekoladowy.

Może nie jest to peeling idealny, ale jakoś przypadł mi do gustu. Ubolewam nad tym, że przepięknym zapachem mogę się cieszyć tylko przez kilka chwil. Ogromnym minusem jest dostępność tego produktu, a raczej praktycznie jej brak...

Skład: Sucrose, Paraffinum Liquidum, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Silica, Theobroma Cacao Butter, Butyrospermum Parkii Butter, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Persea Gratissima Oil, Propylene Glycol, Caprae Lac Extract, Parfum, BHT, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, CI 19140.

Cena: ok. 26 zł/200 g
Dostępność: Mydlarnia Wrocławska; niestety nie wiem, gdzie i czy w ogóle jest dostępny w innych punktach. Nie ma go na Allegro ani w drogeriach internetowych. Strona producenta woła o pomstę do nieba...
Ocena: 4/5
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...