Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

poniedziałek, 30 września 2013

Lepsze modele? Zużycia września


Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta... Takie prawdziwe, nie święta lasu, jak celebrowany dzisiaj "Dzień chłopaka". Zaraz w Lidlu pojawią się czekoladowe ozdoby, Mikołaje i inne takie :).

Wrzesień upłynął mi dość intensywnie. Jeszcze nie wiem, co z tego wszystkiego wyniknie, ale ponieważ boję się zmian, to z przerażeniem patrzę w najbliższą przyszłość. Życie życiem, ale zużycia na koniec miesiąca muszą być. Systematyczne stosowanie kosmetyków było dla mnie we wrześniu swoistym sposobem na opanowanie stresu :). Może nie wyniosę dziś z domu przytłaczającej liczby opakowań, ale uważam, że całkiem nieźle sobie poradziłam.


Było: Batiste Suchy szampon Original (cytryna) - tak, wiem, że wielokrotnie powtarzałam, iż nie do końca przekonuje mnie idea suchych szamponów. Zdanie swoje podtrzymuję, uważam, że nic nie zastąpi mycia w towarzystwie wody i szamponu, a suchy szampon jest dla leni. Urządzacie sobie dzień paszteta? Mnie się często zdarza "ten dzień święcić". Zwykle wtedy, gdy wyglądam jak wiedźma, to nagle nadarza się sporo interesujących okazji. Ale jak tu zrobić z siebie "bóstwo" w 15 minut z nie do końca świeżą fryzurą?Właśnie. Stwierdziłam, że na takie awarie potrzebny jest w odwodzie suchy szampon. Przezorny zawsze ubezpieczony.

Jest: Batiste Suchy szampon Tropical (kokos).


Było: Tołpa Dermo Face Hydrativ Nawilżający płyn micelarny do mycia twarzy i oczu - dość przeciętny do demakijażu, ale całkiem przyjemny jako lekki nawilżający tonik. Nie najgorszy, ale nie dość zadowalający, żebym do niego powróciła. Pełną recenzję przeczytacie TU.

Jest: Bioderma Sensibio H2O - obojętnie w jakim języku prowadzony jest dany kanał urodowy lub blog, jego autorka prędzej czy później wspomina o płynie micelarnym z Biodermy. Po miesiącu używania zaczynam rozumieć jego fenomen.


Było: Baikal Herbals Krem Nocny Detox - moje uczucia względem tego kremu nadal są bardzo ciepłe (odsyłam do TEJ recenzji). Naturalny i niedrogi, a przy tym charakteryzujący się świetnym działaniem. Podczas używania drugiego opakowania miałam wrażenie, że moja cwana cera trochę się do niego przyzwyczaiła i zaczęła świrować.

Jest: La Roche Posay Effaclar Duo - produkt równie kultowy, co płyn micelarny Biodermy. Naczytałam się o cudownych efektach i likwidowaniu pryszczy w jedną noc. U siebie tego nie zauważyłam, ale zaobserwowałam dość interesujące zmiany w kwestii sera na policzkach :).


Było: Dermedic Sunbrella Krem ochronny 50+ Cera tłusta i mieszana - obrzydliwy tłuścioch, po którym skóra świeciła się jak 100 watowa żarówka. Przeznaczenie tego kremu cerom, które charakteryzują się wzmożoną aktywnością gruczołów łojowych, uważam za kiepski żart. O tym, dlaczego go nie polubiłam, przeczytacie TU.

Jest: Vichy Capital Soleil SPF 50 Matujący krem do twarzy - jak wycisnęłam resztkę Dermedica, wyjęłam czekający w zapasach od 2 miesięcy krem Vichy. Jak na złość, akurat wtedy pogoda spłatała psikusa i zrobiło się paskudnie. Może w październiku będzie więcej słonecznych chwil :).


Było: Balea Dusche&Creme Blaubeere oraz Fiji Passionfruit - żele Balea to najpopularniejsze w blogosferze produkty z Drogerii DM. Nawet z marżą polskich sprzedawców i tak są dość niedrogie. Czy jednak naprawdę warto stawać na rzęsach, żeby je sprowadzić? Otóż nie. Uważam, że choć są dość przyjemne, to jednak na głowę biją je żele Nivea. Nie twierdzę, że nie wrócę do Balei. Pewnie to zrobię, o ile w torbie na zakupy będę miała trochę miejsca. Sądzę, że w tej niemieckiej sieci drogerii znacznie bardziej warto skupić się na produktach do włosów, niż na żelach pod prysznic. Pięknie pachnące produkty pod prysznic znajdziemy także na naszych półkach. Zwłaszcza, że nie wszystko co z Balei, to pięknie pachnie. Fiji Passionfruit miał aromat taniego napoju egzotycznego. Jagodowy żel był przyjemniejszy, choć na pierwszy plan wychodziła w nim wata cukrowa, nie jagody :).

Jest: Dove Purely Pampering Coconout Milk with Jasmine Petals - nie lubię produktów Dove i czuję się po nich nieświeżo, ale ten kosmetyk mnie trochę ugłaskał naprawdę ładnym zapachem. Gdy wąchałam z butelki, to nie przypadł mi do gustu, ale po rozprowadzeniu na ciele już tak :).


Było: Organique Balsam z masłem Shea Len+grejpfrut - postanowiłam skończyć z kilkoma otwartymi produktami do ciała. Choć zwykle staram się nie dopuszczać do sytuacji, w której po łazience wala się sterta butelek i słoików, to jednak czasami mam wizje i otwieram kilka kosmetyków. Balsam z masłem shea chciałam używać na szyję, ale szybko przeszła mi chęć do jej regularnego nacierania tym twardym tłuściochem. Pomimo dobrego działania (więcej TU), ze względu na problematyczną konsystencję, nie sięgałam po niego chętnie, przez co wydłużył się czas używania. Cieszę się, że ta metalowa puszka nie będzie już na mnie zerkać oskarżycielsko :).

Jest: Bath&Body Works Pink Chiffon.


Było: Palmer's Cocoa Butter Formula Massage Cream for Streach Marks Skoncentrowany krem na brzuch, uda i piersi - wiecie, że uwielbiam sięgać po kosmetyki na rozstępy z linii dla matek. Całkiem spory asortyment dla przyszłych mam oferuje marka Palmer's. Zachęcona promocyjną ceną, skusiłam się na skoncentrowany krem, który ma za zadanie zmniejszyć powstawanie rozstępów. Moje nogi przypominają nogi zebry - bynajmniej nie są tak zgrabne, ale za to są w pręgi. Choć tubka tego kremu skończyła się zatrważająco szybko, to jednak efekty jakie zaobserwowałam na istniejących rozstępach były na tyle zadowalające, że zdecydowałam się na kolejny romans z tą marką. Nowych pręg nie zauważyłam :).

Jest: Palmer's Massage Lotion for Streach Marks Balsam do ciała.


Było: Veroni Green Banana Mleczny peeling olejowo - cukrowy - największym atutem tego produktu jest obłędny zapach. Czy zalet jest więcej? O tym opowiem wam za kilka dni :).

Jest: For Your Beauty Gąbka Luffa - wymyśliłam sobie, że zamiast kupować peelingi, lepiej kupić gąbkę do masażu i peelingu. Pierwsze użycie rozczarowało, ale nie chcę się zrażać i próbuję dalej :).


Było i jest: to co zwykle :D.


Było: Bath&Body Works Pink Chiffon oraz The Body Shop Vanilla Body Mist - wynalazek o nazwie "mgiełka do ciała" jest z gatunku tych równie interesujących, co suchy szampon. Producenci mgiełek twierdzą, że są one świetne na lato, ponieważ w lecie nie powinno się używać perfum ze względu na zawartość alkoholu w nich. Wszystko byłoby świetnie, gdyby nie fakt, że mgiełki również są na jego bazie. Mgiełki charakteryzują się z reguły słabszą trwałością niż perfumy, wody toaletowe, itd. Są oczywiście w tym aspekcie wyjątki - waniliowa mgiełka z TBS pozostawała naprawdę przez długie godziny. BBW była z kolei lekkim psikadełkiem, które było bardzo ulotne. Zastanawiam się nad zakupem kolejnego zapachu z TBS. Do BBW raczej nie wrócę. Recenzje znajdziecie tu: TBS oraz BBW.

Jest: moja skromna kolekcja zapachów liczy zaledwie trzy sztuki - Yves Rocher Naturelle, Essence Vampire's Love oraz Adidas Natural Vitality.


Bez zastępcy, ale wcale nie niezastąpiony: płyn do higieny intymnej marki Tołpa. Nic specjalnego, najbardziej w całym produkcie podobało mi się jego opakowanie z pompką. Zamierzam go zastąpić płynem Facelle.

Jak wam upłynął wrzesień? A jak poradziłyście sobie ze zużyciami?

czwartek, 26 września 2013

Gładka droga do połysku? Balea Professional Glatt + Glanz Spülung

Z moimi włosami nie mogę dogadać się od lat. Ja mam inną wizję, one widzą swój byt zupełnie inaczej. Chcę je wyprostować - kręcą się, chcę zakręcić - odmawiają współpracy z wałkami i lokówką. Przez większą część swojego żywota są albo spuszone jak lwia grzywa, albo oklapnięte. Zawsze marzyły mi się włosy gładkie, jak z reklamy. Do szewskiej pasji doprowadza mnie to, że nie mogę mieć włosów Idalii albo Orchidei, tylko tę swoją miotłę. Upodobałam sobie więc odżywki wygładzające i po takie sięgam najchętniej, mając nadzieję, że wyprostują kręcące się kłaki. Przy okazji realizacji kosmetycznych zachcianek w DM, uzupełniania zapasów wszelakich, do koszyka wpadła ta odżywka. Pro, polecana przez fryzjerów - ale bajerują :D.

Lubię tubki. To, po pompkach, chyba moje ulubione rozwiązanie. To opakowanie przypomniało mi o masce do włosów z jedwabiem z Isany. Jakoś taki mi się ta maska skojarzyła, gdy popatrzyłam na tę odżywkę. Maska z Isany charakteryzowała się jednak fatalnym opakowaniem. Tuba Balei jest również dość miękka, ale nie taka licha - łatwo się z niej wyciska, tworzywo pracuje, nie pęka. "Dziurka" też jest znacznie bardziej dopracowana - nie trzeba się siłować z opakowaniem, żeby wycisnąć produkt, ale też nie wylewa się on z niej. Co zresztą byłoby mało prawdopodobne ze względu na konsystencję.

Pod względem konsystencji, odżywka przypomina maskę z Isany. Balea jest gęsta, treściwa. Mimo wszystko, na włosach ma bardzo dobry poślizg, łatwo ją rozprowadzić. W przeciwieństwie do maski z Isany, trochę trudniej sobie nią zrobić strąki. Ale również nie radziłabym nakładania jej od nasady - dość znacznie skraca to świeżość włosów. 3-4 cm od cebulek powinno załatwić sprawę.

Mam pewien problem z oceną jej działania. Niby pod pewnymi względami mnie zadowala, ale z drugiej strony czuję niedosyt. Odżywka, tak jak głosi jej nazwa, ma za zadanie wygładzić i nadać blasku włosom. I faktycznie to robi. Po jej użyciu czupryna ma gładszą strukturę (nie przypomina bukietu pogiętych drutów), włosy sprawiają wrażenie bardziej "układnych". Odżywka dobrze je dociąża, ale nie obciąża - nareszcie moje włosy zaczęły wyglądać znośnie w dzień umycia, a nie kilkanaście godzin po nim (czyli zwykle na drugi dzień). Produkt nadaje blasku włosom - moje lepiej niż po innych odżywkach odbijają światło (choć nie jest to taki piękny "lustrzany" połysk, jaki można zaobserwować u wyżej wymienionych dziewczyn, albo przy oglądaniu metamorfoz u Anwen). Skoro jest tak świetnie, to czemu w takim razie nie pieję z zachwytu? Brakuje mi czegoś w tej odżywce. Mam wrażenie, że moje włosy domagają się większej porcji nawilżenia niż zapewnia omawiany produkt. Mam ochotę czymś podrasować tę odżywkę. Tymczasem zaczęłam posługiwać się dodatkowo maską Alterry.

Uważam, że to dość udany produkt. Nie żałuję kupna dwóch tub. Nie realizuje ona co prawda wszystkich moich wymagań, ale jedno z głównych kryteriów, czyli wygładzenie, zapewnia w zadowalającym stopniu. Szkoda, że nie nawilża włosów w większym stopniu.

Bonus z dedykacją dla antypolki. Standardowy dramat po umyciu (zdjęć radzę nie powiększać). Chyba więcej nie zdecyduję się na cieniowanie :). Mój aparat nie chciał zrobić porządnych zdjęć, musicie więc uwierzyć na słowo, że nie mam połamanych włosów :D.

Nawet mój siwy kłak się załapał
W świetle reflektorów... Znaczy się, lampy błyskowej

Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Behentrimonium Chloride, Diethylhexyl Carbonate, Stearamidopropyl Dimethylamine, Panthenol, Dipropylene Glycol, Propylene Glycol Dibenzoate, Hydroxyethylcellulose, Cetrimonium Chloride, Parfum, Hydrolyzed Wheat Protein, PEG-90m, Hydrolyzed Corn Protein, Hydrolyzed Soy Protein, Citric Acid, Silica, Calcium Carbonate, Butylphenyl Methylpropional, Alpha-Isomethyl Ionone, Sodium Benzoate, Phenoxyethanol.

Cena: 1,45 euro/200 ml
Dostępność: Drogerie DM (Niemcy, Czechy, Słowacja, Chorwacja)
Ocena: 4/5

poniedziałek, 23 września 2013

Marmolada dla mamy. Babylove Mama Pflegeöl

Choć jest kilka kosmetyków, które ubóstwiam i ogromną radością do nich wracam, to jednak czasem nabieram ochoty na małą odmianę. Zwykle wtedy szukam czegoś z podobnej grupy cenowej.  Gdy w butelce zaczęły chlupotać resztki olejku Babydream, zaczęłam rozglądać się za zastępcą. Akurat trafiła się okazja i wybrałam się do DM. Sieci Rossmann i DM często są porównywane, szczególnie w zakresie marek własnych, które jedna i druga firma ma w swoim asortymencie. Postanowiłam więc poszukać odpowiedników olejku Babydream w DM. Nie zastanawiałam się więc długo i skusiłam się na olejek Babylove.

Butelka nie przypomina tej, w której znajduje się Rossmannowy brat, choć zamysł jest podobny. Płaska klapka i nieprzezroczysta butelka charakteryzuje oba produkty. Oczywiście, wygląd samej butelki jest trochę odmienny.

Za każdym razem, gdy przychodzi mi pisać recenzję produktu olejowego, zawsze jestem w kropce, jeżeli chodzi o konsystencję. Olej to olej :D. Jest tłusty i długo się wchłania (podobno istnieją takie dziwy jak suche olejki, ale jakoś ciężko mi w to uwierzyć :D). Mam wrażenie, że mieszanka olei, którą producent użył do stworzenia tego kosmetyku, sprawia, że produkt ten jest trochę mniej "oblepiający", treściwy, niż olejek Babydream. Wchłania się trochę szybciej.

W kwestii działania produkt nie odbiega od swojego odpowiednika z konkurencyjnej sieci. Znakomicie nawilża wymagające partie ciała. Świetnie sprawdza się na czerwone rozstępy - dziadostwo cały czas blednie.

Być może skusiłabym się ponownie na ten produkt przy okazji następnych zakupów "zagramanicznych", gdyby nie jego zapach. Olejek Babydream, choć nie do końca wpisuje się w moje gusta zapachowe i którego aromat dość szybko się nudzi, jest o niebo lepszy pod tym względem od olejku Babylove. Olejek Babylove pachnie jak tania marmolada wieloowocowa z Biedronki (Rapsodia, czy jak jej tam było). Koszmarny, owocowo-chemiczny zapach. Okropny, gdy go czuję na sobie, to mam wrażenie, że moja skóra będzie fermentować. Bleeeeeeeeeee.

Nie jest to zły produkt, ale całe pozytywne wrażenie blaknie, gdy przypomnę sobie jego zapach. Jeżeli komuś on nie przeszkadza, to warto skusić się na ten produkt w czasie wojaży.

Skład: Glycine Soja Oil, Olea Europaea Fruit Oil, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Triticum Vulgare Germ Oil, Tocopheryl Acetate, Tocopherol, Hedera Helix Leaf Extract, Gentiana Lutea Root Extract, Alchemilla Vulgaris Extract, Equisetum Arvense Extract, Ascophyllum Nodosum Extract, Centella Asiatica Extract, Parfum, Butylphenyl Methylpropional, Geraniol.

Cena: 2,95 euro/250 ml
Dostępność: Drogerie DM
Ocena: 4/5

piątek, 20 września 2013

Brały gały ideały. L'oreal Ideal Fresh Orzeźwiający żel oczyszczający

Od pewnego czasu staram się kupować z głową (dotychczas zdrowy rozsądek zostawiałam w domu) i każdą nową potrzebę posiadania staram się dokładnie przeanalizować. Plany planami, a życie życiem :D. Nie zadziałała mi karta w automacie sprzedającym bilety na komunikację miejską, więc zdecydowałam się sprawdzić, czy to z biletomatem coś jest nie tak, czy z moją kartą. Pech chciał, że z przystanku miałam blisko do Natury. Tam więc udałam się w celu przetestowania możliwości płatniczych karty. Nie chciałam jednak kupować jakiejś pierdoły, którą zaraz rzuciłabym w kąt, więc do koszyka wrzuciłam coś, co się przyda - padło na żel do mycia twarzy z nowej, "idealnej", linii L'oreal.

Choć jestem pompkofilką, to jednak tuba żelu L'oreal jest dość udanym rozwiązaniem. Zużycie widać po pewnym czasie od napoczęcia opakowania, tuba nie jest w całości przezroczysta. Korek nie jest odkręcany, ma klapkę. Producent dostosował też wielkość dziurki, przez którą leci produkt, do jego konsystencji - jest ona nieduża, wielkości główki od szpilki.

Konsystencja tego produktu jest zaskakująca. Mnie się żele kojarzą raczej z czymś gęstszym, może nawet trochę galaretkowym. Tymczasem "żel" w wykonaniu L'oreal to płyn niewiele gęstszy od wody. Jest bardzo rzadki, przez co łatwo o hojne dozowanie - żel nie jest więc specjalnie wydajny. Pieni się tak sobie, w dodatku tak "sucho" - bardziej odpowiadają mi produkty tworzące taką aksamitną, kremową pianę. Zastrzeżenia mam także odnośnie zapachu - bardzo mocny, mentolowy. Taki aromat toleruję w przypadku niewielkich partii na twarzy (czyli np. Carmex na ustach, w którym mentolowy smrodek jest doprawiony wanilią) albo w antyperspirancie do stóp.

Gdybym przeanalizowała dokładnie skład, to wtedy zorientowałabym się, że obiecywane przez producenta orzeźwienie polega na solidnej porcji mentolu. Niestety nie jest to dla mnie. Miałam wrażenie, że moja buzia zaraz się zapali. Po użyciu tego produktu twarz była jako tako oczyszczona, ale jednocześnie niesamowicie wysuszona. Takiej Sahary moja mieszana/tłusta cera nie pamięta. Co więcej, w obsuszonych miejscach dodatkowo powyskakiwały syfiaste gulki. Takich cudów to jeszcze nie widziałam. Producent twierdzi, że żel można stosować także w okolicach oczu, ale tego również nie polecam.

Moje pierwsze spotkanie z ideałami z L'oreal okazało się niezbyt owocne. Zastanawiam się, czy spróbować jeszcze raz - mam ogromną ochotę na zachwalany płyn micelarny. 

Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Coco-Betaine, Glycerin, Sodium Chloride, Benzyl Alcohol, Benzyl Salicylate, Citric Acid, Citronellol, Geraniol, Hexyl Cinnamal, Hydroxycitronellal, Limonene, Linalool, Menthol, Poluquaternium-7, PPG-5-Ceteareth-20, Salicylic Acid, Sodium Benzoate, Sodium Hydroxide, Parfum.

Cena: ok. 18 zł/150 ml
Dostępność: Rossmann, Natura, Super-Pharm, Hebe, Kaufland, Carrefour
Ocena: 1/5

wtorek, 17 września 2013

Z czym to się je? Maybelline Color Tattoo Bad to the Bronze (On and on bronze)

Produkty do pielęgnacji są do zużycia, a te do makijażu - do używania. Zawsze powtarzam sobie to zdanie, gdy patrzę na swój podręczny karton z kolorówką i zaglądam do drugiego z mniej lubianymi produktami. To taka mantra, o której myślę także podczas przeglądania kuszących zdjęć nowości i wrzucania kolejnej szminki do koszyka. 

Do niedawna za jedyny słuszny rodzaj cieni uważałam prasowane. Sypkie? Ble. W musie? Ble. Ale ponieważ lubię ułatwiać sobie życie, nie znoszę machać pędzelkami, w zeszłym roku przygruchałam cień w musie z Essence. Bardzo podobało mi się to, że wsadzałam palca do słoiczka, mazałam paluchem po powiece i makijaż gotowy. Żadnego nakładania bazy, machania pędzlami, rozcierania i prania narzędzi tortur. Żyć, nie umierać. Gdy na blogach dziewczyny wrzuciły zapowiedzi nowości z Maybelline w postaci kremowych cieni w słoiczku, byłam mocno zaintrygowana. Ucieszyłam się, gdy ten cień trafił do mnie za sprawą Urban :).

Opakowanie należy do tych, które nie zginą w kosmetyczce. Dość ciężki słoik z grubego szkła jest łatwy od odnalezienia. Plastikowa zakrętka zwieńczająca opakowanie robi wrażenie lichej w porównaniu z jej szklanym partnerem. Ale nie uległa zniszczeniu. Słoik jest wytrzymały - kilka razy mi spadł i nie ma na nim nawet najmniejszej rysy. Gwint opakowania jest szeroki, bez problemu można tam władować grubego palucha.

Cień ma zbitą konsystencję. Nie przypomina miękkiego masła, jak produkt z Essence. Pomimo, że twardy z niego zawodnik, kolor nabiera się łatwo, dobrze przyczepia się do skóry, w jego wydobycie nie trzeba wkładać dużej siły. Nie ma problemu z aplikacją cienia na powiece, rozprowadzanie go na całej powierzchni nie sprawia kłopotu.

Teoretycznie aplikacja nie spędza snu z powiek, ale jej technika ma ogromne znaczenie dla oceny trwałości produktu. Przez kilka miesięcy nakładałam cień palcem. Efekt? Zrolowany produkt, zła jak osa, rozcierałam po około 2 godzinach. Dramat. Zastanawiałam się, co z moimi powiekami jest nie tak, skoro u wszystkich innych dziewczyn cienie z Maybelline notorycznie trafiają do ulubionych produktów. Dopiero Atqa podszepnęła, że u niej te cienie nakładane palcem też się rolują, ale gdy użyje pędzla, to trzymają się cały dzień. Postanowiłam dać temu produktowi ostatnią szansę. Kupiłam więc w Hebe najtańszy pędzel z syntetycznego włosia i zaczęłam nakładać nim cień (pędzel Sense&Body jest trochę miękki, więc żeby nałożyć na niego produkt, trzeba włożyć odrobinę wysiłku). I już zrozumiałam, dlaczego inne dziewczyny tak kochają te cienie. Color Tattoo zaczął wykazywać rewelacyjną trwałość - stracił na intensywności delikatnie zrolował się po 8 (!) godzinach, po 12 nadal był widoczny. Nie utrzymuje się może tej doby, ale 8 godzin w niezmienionym stanie to świetny wynik - szczególnie w przypadku tłustej powieki. Chcę więcej! 

Moją chęć posiadania większej ilości "tatuaży" studzi skutecznie uboga paleta kolorystyczna w Polsce. O ile wiem, że na pewno dokupię jeszcze jeden odcień, tak pozostałe nie zachęcają. Niby jest 9 odcieni w ofercie, a tak naprawdę nie ma z czego wybierać. Może przy okazji wizyty w DM, skuszę się na kolor Pomegranate. Szkoda, że nie można u nas dostać w ciekawszych odcieniach dostępnych w Stanach.

Kolor Bad to the Bronze (u nas dostępny pod nazwą On and on bronze), to najciekawszy odcień w ofercie. Świetny dla niebieskookich, brąz podszyty złotem i rudością. Bardzo ładnie podkreśla moje ślepia i za to go uwielbiam.
Po prawej: Maybelline Color Tattoo
Po lewej: EDM In the garden

Mimo początkowych perypetii, związek z Maybelline Color Tattoo uważam za bardzo udany. To świetny produkt dla tych, którzy lubią oszczędzić trochę czasu, a nie chcą rezygnować z malowania oczu. Czasami obsłużenie całego rynsztunku rano boli :D.

Cena: ok. 25 zł/4g
Dostępność: Rossmann, Natura, Super-Pharm, Hebe
Ocena: 4,5-5/5

niedziela, 15 września 2013

Ład i skład w Inglocie


Bałagan to mój żywioł. Gdy udaje mi się mniej więcej zapanować nad, rozprzestrzeniającym się z prędkością światła, nieładem, to wówczas zatrzymuję się na chwilę i podziwiam... Na drugi dzień wszystko jest już na "swoim" miejscu, czyli po staremu. Czasem jednak dostaję szału podczas poszukiwań. Zabawa w chowanego, szczególnie podczas pośpiesznego zbierania się do wyjścia, nie cieszy tak jak zwykle. Wtedy też nabieram ochoty na małe porządki. I tak koło się zamyka...

Ostatnio jednak tak spodobały mi się różnego rodzaju organizery, kubki, pudełka, że zapragnęłam zorganizować, choć odrobinę, swój bajzel. Podręczne kosmetyki zostały podzielone na kategorie i zamieszkały w plastikowym pojemniku (6 zł).
Zdjęcie pochodzi ze strony Ikei.

Pędzle zadomowiły się w uroczym świeczniku (5,99).
Zdjęcie pochodzi ze strony Ikei.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie małe podskakujące pchełki, zwane inaczej cieniami z Inglota. Jako typowy Polak-biedak-cebulak, kupiłam kilka wkładów (bo tańsze) i pozwoliłam im latać luzem. Gdy cienie były dwa, to nie stanowiło to problemu. Jednak kiedy rodzina powiększyła się o kolejne trzy sztuki, to podczas poszukiwań, zawsze wyciągałam nie te, których akurat potrzebowałam.Skapitulowałam i zaopatrzyłam się w paletkę magnetyczną (15 zł). Nie mogę przestać się nią bawić, pewnie zaraz ją upuszczę i taki będzie finał :).

W Inglocie można dostać oczopląsu na widok mnogości kosmetyków w różnych kolorach. Ta tęcza barw, a także czujny wzrok pani ekspedientki nie sprzyja przemyślanym zakupom, poprzedzonym dokładnym przestudiowaniem wszystkich aspektów produktu, ze składem na czele. Nie jestem znawcą chemii kosmetycznej, nie mam bzika na punkcie składów, ale lubię wiedzieć, co w danym kosmetyku siedzi. Jeżeli kupujemy róż z Inglota w "regularnym" opakowaniu, to wykaz ingrediencji znajdziemy na kartoniku, w który jest zapakowany. Gdy zaś wybierzemy goły i wesoły wkład Freedom, to poza nazwą oraz adresem marki, numerem odcienia i "słoiczkiem", który wskazuje czas używalności od otwarcia, nie znajdziemy niczego więcej. Zapewne można poprosić ekspedientkę o podanie składu, ale wiem, że nie każdy lubi angażować innych w swoje zakupy. Dlatego też zamieszczam zdjęcia ulotki ze składnikami poszczególnych produktów (nie konkretnych odcieni; składy są podane na zasadzie "może zawierać) z serii Freedom, którą znalazłam w paletce. Może komuś się to przyda (zdjęcia można powiększyć).



Jesteście porządnymi obywatelkami czy królowymi chaosu?

sobota, 14 września 2013

Wóz czy przewóz, mus czy przymus? Dax Perfecta Spa Mus do ciała Wyszczuplający

Jakiś czas temu w blogosferze krążył tag, w którym dziewczyny zdradzały swoje małe sekreciki. Jestem zbyt nudną osobą, nie mam do zdradzenia zbyt wielu smaczków, dlatego też nie stworzyłam notki z charakterystyką w punkach. Gdybym jednak to zrobiła, to z pewnością znalazłaby się tam wzmianka o tym, że jestem okropnym leniuchem. Moje lenistwo zatacza naprawdę szerokie kręgi, wkraczając z butami w kosmetykoholizm. Najmocniej przejawia się przy pielęgnacji ciała. Produkt musi mieć naprawdę dobrze rozwinięty dar przekonywania, żebym łaskawie go wysmarowała...

Chyba większość z nas kojarzy firmę Dax z kolorowymi słoiczkami, w których kryją się masła i peelingi. Są one tak szeroko dostępne, że można na nie trafić nawet podczas niewinnych zakupów spożywczych - kilkukrotnie sprzedawano je w Biedronce, jakiś czas temu była na nie promocja  Lidlu. Po przygodzie z peelingiem marcepanowym, do innych produktów tej marki podchodziłam raczej ostrożnie. Marcepanowe masło nadal czeka na debiut, a ten mus leżakowałby trochę, gdyby nie był "wyszczuplający". My, kobiety, rzucamy się na wszystkie reduktory wagi w kremie/żelu/piance/musie jak szczerbaty na suchary.

Choć najbardziej ze wszystkich typów opakowań lubię te z pompką, to jednak w przypadku maseł do ciała nie przeszkadza mi słoiczek. Ten z Daxa jest zrobiony z odpowiednio grubego plastiku. Firma zadbała także o to, żeby etykiety cieszyły się do konsumenta. Na tej wersji pysznią się czarne porzeczki i grejpfrut. Etykietki są średniej jakości, bardzo szybko złażą z nich elementy w srebrnym kolorze, a ponadto szybko się rolują. Jeżeli kupujecie te produkty na prezent, to raczej zróbcie to bezpośrednio przed wręczeniem ich solenizantowi, nie przechowujcie w szafkach na zapasy :).

Mus ma ciekawą konsystencję. Przypomina mi bardziej jogurt niż mus. W przeciwieństwie do jogurtu nie jest jednak lejący. Produkt bardzo łatwo się rozprowadza, na pierwszy rzut oka wydaje się on lekki. Nic bardziej mylnego. Ten niepozorny jogurt jest bardzo tłusty. Zostawia na skórze dość uciążliwą powłokę, która w dodatku nieestetycznie się roluje. Brrr, okropne to jest. 

Jeżeli chodzi o działanie, to poza natłuszczeniem nie zauważyłam żadnych efektów. Produkt ten niespecjalnie nawilża, a o wyszczupleniu nie ma mowy. Mus nawet nie ujędrnia choć o odrobinę. Po serum Tołpy zrobiłam się wybredna i takie nic mnie nie zadowala.

Walory zapachowe także nie poprawią notowań tego produktu. Mocny, chemiczny zapach, w którym pierwsze skrzypce gra grejpfrut zrobiony na modłę chemii gospodarczej, a gdzieś w oddali majaczą czarne porzeczki to raczej nie jest aromat, w którym zatracałabym się z przyjemnością.

Mus z Daxa to dość słaby produkt. Osoby szukające dobrego masła pielęgnacyjnego powinny udać się na prawo, marzące o wyszczupleniu - w lewą stronę :D.

Skład: Aqua, Paraffinum Liquidum, Isopropyl Myristate, Cetearyl Ethylhexanoate, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Bioflavonoids, Algae, PEG/PPG-18/18, Dimethicone, Centella Asiatica Extract, Carnitine, Caffeine, TEA-Salicylate, Panthenol, Propylene Glycol, Citrus Limon Fruit Extract, Citrus Grandis Fruit Extract, Citrus Aurantium Dulcis Fruit Extract, Carbomer, Acrylater/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Polyglyceryl-3 Diisostearate, Sodium Hydroxide, Methylparaben, Propylparaben, Disodium EDTA, DMDM Hydratoin, BHA, D-Limonene, Hexyl Cinnamal, Linalool, Citral, Parfum, CI 14720, CI 42090.

Cena: ok. 8-17 zł/225 ml
Dostępność: Natura, Hebe, Rossmann, Super-Pharm, Tesco, czasami: Biedronka, Lidl
Ocena: 2/5

środa, 11 września 2013

Elastyczne (rzęsy) są fantastyczne? Rimmel Scandaleyes Lycraflex

"Skandaliczne rzęsy" - te dwa słowa tak wbiły mi się w głowę, że początkowo taki miał być tytuł tej notki. Koleżankom-blogerkom ten tusz skojarzył się identycznie, więc ograły temat szybciej i umiejętniej niż pewnie zrobiłabym to ja. Skandal :D!

Do tuszu Rimmela podchodziłam trochę jak pies do jeża. Poprzednie dwa spotkania z maskarami tej marki nie były aż tak udane, jak bym sobie tego życzyła. Gdy otworzyłam ten tusz, miałam złe przeczucia. Na ile słuszne?

Jako że recenzja bez wywodów na temat opakowania byłaby niekompletna, zacznę tradycyjnie. Znakomicie zdaję sobie sprawę z tego, że rozwodzę się nad szczegółami, ale tym razem przejdę samą siebie. Koloru opakowania jeszcze chyba nie oceniałam. Nie będę go opisywać, ale chcę zwrócić uwagę na to, że soczysta zielona barwa, pozwala na łatwe odnalezienie produktu w wypchanej kosmetyczce (szczególnie rano, gdy łatwo pomylić tusz z błyszczykiem :D). Samo opakowanie nie jest do końca praktyczne, ponieważ jest dość chybotliwe, łatwo je przewrócić - gdy się maluję, stawiam tusz obok siebie, nie lubię, gdy przewraca się i toczy, a ja muszę za nim ganiać. Takiej dysproporcji między podstawą opakowania a jego najszerszym punktem nie ma w nowym tuszu z gamy Scandaleyes Retro Glam.


W przypadku tuszu 70% sukcesu to dobra szczotka. Każdy ma inne preferencje odnośnie wielkości, grubości, czy materiału, z którego powinna być ona wykonana. Jako fanka silikonowych grzebyków o niezbyt dużych gabarytach, nie byłam zachwycona tym, co zobaczyłam po otworzeniu opakowania tego produktu. Klasyczny gigant, z szeroko rozstawionymi ząbkami, wręcz ociekający tuszem to zdecydowanie nie moja bajka. Wolę mniejsze szczotki, które pozwolą mi dotrzeć do rzęs w wewnętrznym kąciku, a nie takie ogromne narzędzia, które są większe od mojego oka i nie pozwalają na manewrowanie bez ufajdania powiek. Nie do końca przekonują mnie szeroko rozstawione ząbki, które nabierają za dużo tuszu i uniemożliwiają precyzyjne rozczesanie rzęs bez grud. Szkoda, że otwór w opakowaniu nie jest wyposażony w prężnie działający mechanizm odsączający nadmiar tuszu. W przypadku Scandaleyes, ile produktu przyczepi się w środku, tyle wyciągamy na zewnątrz.

Sam tusz jest dość mokry. Warto dać mu trochę czasu na podeschnięcie. Używanie od razu nie jest najlepszym pomysłem, chyba że ktoś lubi efekt ciężkich, mokrych rzęs. Po pewnym czasie tusz przestaje szaleć. Na rzęsach zachowuje się dobrze, o ile dobrze go zaaplikujemy. Ja, standardowo, miałam pomazane nim całe oko, więc w efekcie ślęczałam z patyczkiem kosmetycznym i ścierałam tą pseudokreskę na górnej oraz dolnej powiece i miropiegi przy brwiach. Tak jak obiecuje producent, rzęsy po użyciu tego produktu nie stają się sztywne. Niektóre produkty potrafią sprawić, że włoski aż kują. W tym przypadku tego nie zauważyłam, przeciwnie, rzęsy sprawiały wrażenie dość elastycznych. Scandaleyes przyjemnie się nosił. Nie kruszył się. Rozmazywał się jak każdy niewodoodporny tusz, taki urok beks, że wszystko im płynie :).

Co do efektu, jaki ten produkt zapewnia, mam trochę mieszane uczucia. Problemy z nakładaniem, przełożyły się także na to, co uzyskiwałam na rzęsach. Miałam problem z dotarciem do wewnętrznego kącika, niezbyt wygodnie malowało mi się też dolne rzęsy (zawsze brudziłam powiekę). Rozczesywanie tą szczoteczką było dość żmudne, szczególnie w przypadku drugiej warstwy. Bardzo łatwo skleić sobie rzęsy. Efekt po jednej warstwie zaspokajał moje potrzeby, więc zwykle poprzestawałam na niej (delikatne wydłużenie i pogrubienie). Niestety wyczesywanie rzęs było pracochłonne, co nie zachęcało do użytkowania tego produktu.


W makijażu cenię kosmetyki, które pozwalają oszczędzić cenne minuty. Ten niestety do takich nie należy, wręcz przeciwnie "dokładał" pracy. Efekt, który można nim uzyskać jest niezły, ale nie mam cierpliwości do takich zabaw.

Cena: ok. 30 zł/12 ml
Dostępność: Hebe, Super-Pharm, Rossmann, Natura, Jasmin, Tesco
Ocena: 3/5

P.s. Produkt dostałam do przetestowania od marki Rimmel. Fakt ten nie miał wpływu na treść recenzji.

niedziela, 8 września 2013

Gdyby kolory pachniały... Yankee Candle Pink Sands


Kolor różowy kojarzy się z małymi dziewczynkami. Wystarczy wybrać się do jakiegokolwiek sklepu oferującego zabawki, żeby przekonać się, że część "dziewczęca" wręcz eksploduje różnymi odcieniami różu. Z tego koloru podobno się nie wyrasta i umiłowanie do niego zaobserwować można także u księżniczek z pierwszymi zmarszczkami, jeszcze ledwo dostrzegalnymi w lustereczku :D.

Pink Sands to jeden z tych zapachów Yankee Candle, na który miałam ogromną ochotę. Wysoko oceniany i bardzo chwalony, musiał roztopić się w moim kominku, prędzej, czy później. Sezon woskowy zaczęłam w połowie sierpnia, więc stało się to raczej szybciej, niż przewidywałam. 

W tym wariancie, pomimo słowa "piasek" w nazwie i morza na obrazku, próżno szukać morskich nut. Na stronie YC znajdziemy informację, że zapach stanowi miks cytrusów, słodkich kwiatów i wanilii. Gdy powąchamy tartę, faktycznie czuć rześki aromat cytrusów, ociupinkę wanilii i dużą porcję niezidentyfikowanej słodyczy. Podczas palenia odświeżające cytrusy i nutka wanilii uciekają na drugi plan (ale nadal tam majaczą), pozostawiając pole do popisu tym "kwiatkom". Szczerze mówiąc, nie jestem w stanie powiedzieć co to za bukiet. Nie przypomina mi żadnego ze znanych aromatów, może trochę kojarzy się z... truskawką (niektórzy wskazują, że czują gumę balonową). Wosk jest w odbiorze dość słodki, wręcz balansuje na granicy - jeszcze odrobinka tej słodyczy, a byłoby mdło i zamulająco. Słodycz jest złamana powiewem cytrynowego powietrza, ale nadal gra główną rolę w tym spektaklu. Ten zapach kojarzy mi się jakoś tak "różowo". Myślę, że gdyby kolor różowy pachniał, to jego woń przypominałaby Pink Sands :).

Pink Sands to bardzo niejednoznaczny zapach. Ciężki do opisania, dość przyjemny dla nosa, bez proszkowych nut. Jest naprawdę bardzo mocny - czuć go było w całym mieszkaniu, pokonał długi korytarz i dotarł do kuchni w której gotowałam... wodę na kawę :D. Długo utrzymuje się w powietrzu - w moim pokoju i najbliżej mu części korytarza czuć go było dobrych kilka godzin po zgaszeniu. Ja chcę więcej tak ciekawych i intensywnych zapachów!

piątek, 6 września 2013

Prowizorka. Synergen Puder w kompakcie nr 03

Od dziecka słyszę słowo "prowizorka" w rozmaitych konfiguracjach. "Prowizorka w tym kraju potrafi przetrwać latami". Dziwnym trafem, coś co miało być przejściowe, okazuje się często zadziwiająco długotrwałe. Prowizorkę zastosowałam też w swoim domu, gdzie kiedyś rozwaliłam róg boazerii i skleiłam go taśmą klejącą. Do dziś się trzyma :D.

Puder Synergen miał być rozwiązaniem tymczasowym. Nie wytrzymałam nerwowo z fatalnym pudrem Jadwigi. Przekopywałam co prawda internet w poszukiwaniu pudru idealnego, ale a to za drogie, a to zdzierają na przesyłce, a to to, a to tamto. Przy okazji buszowania po Rossmannie podczas promocji -40%, chwyciłam kilka kosmetyków marek własnych i przypomniałam sobie o tym pudrze. Kiedyś go używałam, nie do końca lubiłam, ale nie wspominałam najgorzej. Wzięłam z myślą, że pewnie i tak za chwilę kupię coś innego, a wolę przez ten czas klajstrować się tym niż tą przebrzydłą Jadwigą...

Produkty z niskich półek cenowych zwykle nie mogą poszczycić się opakowaniem full-serwis (chociaż są wyjątki, patrz: pomadko-błyszczyki Celii). Zazwyczaj są gorzej wykonane, czegoś im brakuje. W tym przypadku opakowanie jest dość wytrzymałe - chyba, że jesteście mną i lubicie pstrykać dla zabawy, to wtedy przypadkiem może się rozwalić. Idealny puder w kamieniu miałby gąbeczkę i lusterko. Gąbeczka? Jest. Lusterko? Brak. Miło jednak, że jest choć ten aplikator, w równie niedrogim pudrze Sensique nie ma niczego. Muszę przyznać, że ta gąbeczka nie jest najgorsza. Daje jednak duże krycie, które nie wygląda zbyt naturalnie i dlatego zwykle nakładam ten produkt pędzlem.

Puder ma przyjemną, aksamitną konsystencję - nie jest ani zbyt suchy, ani woskowy. Jest jednak dość pylący - bardzo miękki pędzel z Ecotools wzbija prawdziwe tumany. Do pudru trzeba podejść naprawdę delikatnie, bo przy włożeniu odrobiny siły z produktu prasowanego zrobi się sypki. Kosmetyk nałożony pędzlem nie kryje zbyt mocno i nie jest widoczny na twarzy. Aplikacja za pomocą gąbeczki daje mocniejszy efekt, który wygląda trochę zbyt ciastowato. Puder matuje całkiem nieźle. Oczywiście, jeżeli stosowałam go na tłusty filtr, efekt nie był zachwycający i po około godzinie musiałam chwycić za bibułki. Natomiast, gdy kładłam go na gołą twarz (lub z kilogramem korektora), a także na podkład efekt był zdecydowanie bardziej zadowalający - do 3 godzin w pierwszym przypadku i do 4-5 w drugim. Nie zapycha - moja cera nie lubi parafiny w dużych ilościach, ale gdy jest ona na dalszym miejscu (jak w przypadku tego pudru i kremu AA normalizująco-matującego) nie kaprysi.

Zanim przejdę do kolorów, wspomnę jeszcze o zapachu. Jest on początkowo dość specyficzny. Po otworzeniu zaśmierdziało rybką... Dziwny zapach jak na produkt do twarzy. Po starciu wierzchniej warstwy zapach rybich zwłok zniknął, zamieniając się w nienachalny pudrowy aromat.

Przy kolorach się nie popisali. Odcienie 01 i 02 są dość ciemne i pomarańczowe. Najjaśniejszy odcień (03) jest przyjemnie beżowy, ale zdarza mu się nabierać zdrowego marchewkowej barwy :D. Odrobinę ciemnieje po aplikacji. Chciałabym zwrócić uwagę na fakt, że trochę zamotali z numeracją - w przypadku kremu tonującego (gipsu :D) najjaśniejszy jest 01, ale dobrać do niego powinno się nie ten sam numer pudru, a odcień 03.

UWAGA! Niedawno doszło do zmiany kolorystycznej pudrów! Teraz noszą one numery 04, 05 i 06. Dawniej najjaśniejszy odcień nazywał się Sand, teraz taką nazwę nosi 05, który jest odcieniem średnim. Najjaśniejszy jest numer 04 - wydaje się być bardziej żółtawy niż dotychczasowy 03. W niektórych miejscach dostępna jest jeszcze numeracja 01-03, albo stare miesza się z nowym i można znaleźć 01-06. Zwróćcie na to uwagę!

Edit: Prawdopodobnie zmiana nie polega wyłącznie na zmianie numeracji i kolorów, ale jak donosi jedna z czytelniczek, doszło do małego przemeblowania w składzie.



Uważam, że Synergen to dobry puder. Świetnie sprawdzi się w kryzysowych sytuacjach - wiecie, że produkowany jest przez Kryolan (bo chyba Rossmann nie zamieszczałby na etykiecie z ceną nazwy Kryolan gmbh dla picu)?

Skład: Talc, Dimethylimidazolidinone Rice Starch, Mica, Aqua, Magnesium Myristate, Propylene Glycol, Octyldodecanol, Isopropyl Myristate, Bisabolol, Glyceryl Stearate, Phenoxyethanol, Farnesol, PEG-150, Silica, Ricinus Communis, Cetearyl Alcohol, Allantoin, Quaternium-26, Glyceryl Ricinoleate, Carnauba, Candelilla Cera, Sodium Cetearyl Sulfate, Stearic Acid, Cera Microcristallina, Tetrahydroxypropyl Ethylenediamine, Cetyl Alcohol, Cera Alba, Paraffinum Liquidum, Methylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Amyl Cinnamal, Benzyl Salicylate, Coumarin, Eugenol, Geraniol, Hydroxycitronellal, Butylphenyl Methylpropional, Limonene, Linalool, Alpha-Isomethyl Ionone, Parfum [+/- CI 77891, CI 77491, CI 77492, CI 77499, CI 75470, CI 77163].

Cena: ok. 10 zł/9g
Dostępność: Drogerie Rossmann
Ocena: 4/5

środa, 4 września 2013

Łyk wody dla urody. Tołpa Dermo Face Hydrativ Nawilżający płyn micelarny do mycia twarzy i oczu

Płyn micelarny wybitnym wynalazkiem jest. Dlaczego? Bo wybitnym wynalazkiem jest :D. Niezgadzających się z tym stwierdzeniem niniejszym uprasza się o opuszczenie tej strony.

Bardzo lubię płyny micelarne i cieszy mnie fakt, że na rynku mamy aż taką różnorodność. Po małym rozeznaniu w asortymencie dyskontu i drogerii, przyszedł czas na przejście na wyższy poziom wtajemniczenia. Wreszcie rozprawię się z płynami micelarnymi marek, które uważają się za lepsze od drogeryjnych zapychaczy półek i swoje produkty określają mianem "dermokosmetyków" - na pierwszy ogień idzie Tołpa, a w dalszej perspektywie rozwałkuję Biodermę Sensibio (miałam wątpliwą przyjemność taplania się w Sebium, ale to było dawno i nieprawda).

Tego produktu pewnie sama bym nie kupiła. Dlatego, że jestem uparta jak osioł. Czytałam, że płyn micelarny z Biedronki produkowany przez Torf Corporation i ten, który ta sama firma wypuszcza pod marką Tołpa, niewiele się od siebie różną. Ponieważ ten pierwszy należy do tego typu produktów, o których raczej nie chcę pamiętać, przed tym drugim wzbraniałam się rękami i nogami. Na spotkaniu blogerek w moje ręce trafiła gigantyczna butla. Co za złośliwość losu, pomyślałam.

O opakowaniu nie ma się co rozpisywać. Butelka nie wyróżnia się niczym szczególnym (może trochę rozmiarem), jest przezroczysta, widać, ile płynu się zużyło. Korek posiada wysuwany dzióbek - identyczne rozwiązanie zastosowano w płynie Be Beauty. Coś jest na rzeczy, ponieważ biedronkowy micel mi "sikał", a ten nie. Wydaje mi się, że to dzięki dłuższej szyjce woda traci "rozpęd".

Konsystencja też raczej nie nadaje na temat elaboratu. Woda jak woda :D. Podobnie, jak w przypadku ekonomicznego odpowiednika, płyn się pieni. Jednak ta piana nie jest taka uciążliwa - Tołpa nie szaleje i nie skwierczy jak np. produkt z AA. Po aplikacji na twarz przez kilka chwil czuć, że produkt trochę się lepi. Po chwili jednak uczucie to zanika. Płyn daje wrażenie odświeżenia i nawilżenia cery.  Przyjemnie pachnie - dość podobnie do tańszego brata, ale nie ma w sobie tej plastikowej nuty. Po przemyciu nim twarzy buzia jest miękka i przyjemna w dotyku. Muszę przyznać, że w wakacje często zapominałam o kremiw do twarzy o poranku; jeżeli wychodziłam, to nakładałam filtr, ale ponieważ większość czasu spędziłam w domu - przemywałam twarz płynem micelarnym i na tym czasem kończyła się pielęgnacja rano. Nie zauważyłam, żeby cera była źle nawilżona, pod tym względem zachowywała się poprawnie. Przynajmniej do czasu włączenia do pielęgnacji żelu z L'oreal... Produkt nie spowodował wysypu niedoskonałości, nie rozwścieczył gruczołów łojowych.

Podstawowym celem płynu micelarnego powinno być ułatwienie usunięcia makijażu. W tym aspekcie mam mieszane uczucia. Makijaż całej twarzy Tołpa usuwa jako tako, ale z powiekami radzi sobie słabo. Nie ruszy makijażu wodoodpornego. Skoro wspomniałam o demakijażu oczu, to muszę przy tej okazji zaalarmować - niestety płyn szczypie w oczy.

Uważam, że Tołpie udało się stworzyć niezły tonik nawilżający. Ten płyn stosowany do demakijażu nie zapewnia takiego komfortu jak np. Bourjois. Ogromnym minusem jest szczypanie w oczy - bardzo tego nie lubię. Pomimo licznych porównań i haseł typu "po co przepłacać", uważam, że markowego oryginału (ale ze mnie snob :D) i dyskontowej wersji ekonomicznej nie można wrzucać do jednego wora.

Skład: Aqua, Poloxamer 184, Polysorbate 20, Propylene Glycol, Dosodium Cocoamphodiacetate, Peat Extract, Salvia Sclarea Extract, Sodium Chloride, Sodium Hyaluronate, Disodium EDTA, Propanediol, Glycerin, Sodium Citrate, Citric Acid, Parfum, Methylparaben, Propylparaben, Methylisothiazolinone.

Cena: ok. 25 zł (40)/200(400) ml
Dostępność: niektóre Rossmanny, Super-Pharm, Hebe
Ocena: 3,5-4/5

poniedziałek, 2 września 2013

Zakończenie na początku? Zużycia sierpnia

Zabawa hipsterskimi filtrami
Nie zamknęłabym miesiąca bez prezentacji zużyć. Tak jak niektórzy kończą wakacje porządną imprezą, tak ja zdjęciami śmieci przed segregacją :). Jakbyście się nie zorientowały (tak, ludziom masowo poznikały z domów kalendarze i trzeba było przypomnieć o nowym miesiącu zdjęciem  z napisem "Hello September" na Facebooku,), to właśnie rozpoczyna się wrzesień, czyli jeden z bardziej pracowitych miesięcy w roku. I miejmy nadzieję, że najpiękniejszych. Uwielbiam jesień, to taka barwna pora (za wyjątkiem listopada, trzeba go wyciąć) :). Kocyk, świeczka, książka... Mmmmm... Koniec dygresji, przechodzę już do zużyć. No, prawie.

Gdy przygotowywałam się do napisania tej notki, ze wstrętem popatrzyłam na biały brystol, z którym mocowałam się przez kilka ostatnich miesięcy. Zachciało mi się zmian i rozpoczęłam poszukiwania nowego tła do zdjęć. Chodziłam i smęciłam, aż w Pepco uśmiechnęła się do mnie stalowoszara podkładka. Czyż nie jest śliczna :D? Teraz już naprawdę przejdę do tematu właściwego, bo do wieczora nie sklecę tych paru słów.



Zacznę od czubka głowy. Tak dalece polubiłam szampon jagodowy marki Balea, że poczyniłam małe zapasy, które teraz grzecznie zużywam. Z przyjemnością, nie z przymusu. Trochę ubolewam nad tym, że wzięłam tyle kobiałek z jagodami, mogłam trochę poczekać, bo nowa wersja Jeden Tag jest o zapachu kokosowym. 

Było: Balea Jeden Tag Shampoo Blaubeere

Jest: To samo :).


Mycie bez wody, to nie mycie. Choć uwielbiam płyny micelarne, źle się czuję, gdy nie zmyję buzi wodą z jakimś żelem. Sierpień upłynął mi pod znakiem wyjątkowo nieudanego produktu L'oreal (recenzja już czeka na publikację), może we wrześniu moja cera znajdzie ukojenie z żelem (ups, peelingiem myjącym - jeden pies :D) z AA.

Było: L'oreal Ideal Fresh Orzeźwiający Żel oczyszczający

Jest: AA Pielęgnacja Młodości 18+ Oczyszczający peeling do mycia twarzy.

Do tej pory żele pod prysznic zużywałam hektolitrami. Ostatnio trochę się to zmieniło. Zmniejszenie zużycia może dziwić, w końcu było lato i trzeba było odświeżać się częściej. Nie, nie przestałam się myć :D. Odkąd zaczęłam używać produktów ułatwiających golenie i płynów do higieny intymnej zamiast żeli pod prysznic, nagle zaczęły one być bardziej wydajne. Magia.

Było: Dove Go Fresh Nourishing Shower Gel Blue Fig&Orange Blossom - ten żel przypomniał mi, dlaczego w kwestii kremowych żeli hitem dla mnie była Nivea. Kolejna próba zaprzyjaźnienia się z Dove znowu okazała się nieudana. Oblepiający klejuch, po którym czułam się bardziej brudna niż przed jego użyciem. Zapach z charakterystyczną dla żeli Dove nutą - w każdej wersji (którą mam, czyli oprócz tej też w dwóch z serii Purely Pampering) dominuje dokładnie ta sama, taka kremowa nuda..., znaczy się nuta. Niestety, ale jestem na nie.

Jest: Balea Fiji Passionfruit - naprawdę bardzo żałuję, że nie jestem tak egoistycznym klientem, jak co poniektórzy i nie otwieram produktów w drogeriach. Tacy ludzie mają lepiej. Nie wpadłam na to, że owocowy koktajl na opakowaniu może zwiastować jeden z najbardziej nielubianych przeze mnie zapachów, czyli... tropikalny! Brawa dla mnie. Weszłam więc w posiadania żelu o zapachu taniego napoju o smaku egzotycznym. Żeby nie było, że nic mi się nie podoba to napiszę, że żel ma smerfastyczny kolor, a jego butelka ładnie wygląda na łazienkowej półce. To by było na tyle uprzejmości z mojej strony.

W lipcowych zużyciach prezentowałam masło Daxa jako zastępcę dla antycellulitowej Tołpy. Trochę przeceniłam jego rolę. Recenzja tego wątpliwej jakości cudaka również ukaże się w tym miesiącu. Cieszę się, że skończyłam ten produkt, z zapasów patrzy na mnie oskarżycielsko jeszcze jedno masło marki Dax, ale wrzesień zamierzam sobie maksymalnie uprzyjemnić, więc sięgnęłam po pachnidło z BBW.

Było: Dax Perfecta Spa Mus do ciała Wyszczuplający

Jest: Bath&Body Works Body Lotion Pink Chiffon.

Po niemiłej przygodzie z (wcale się nie uwzięłam) antyperspirantem Dove, pokornie wróciłam do ulubieńca, najlepszego antyperspirantu drogeryjnego (nie chcę pisać, że w ogóle, bo mam chrapkę na szeroko chwaloną kulkę Vichy), czyli Garniera Mineral InvisiCalm (wcześniej: InvisiMineral Calm). Sprawdza się jak żaden inny.

Było: Garniera Mineral InvisiCalm

Jest: To samo :).




Jestem naprawdę zacofana w kwestii produktów do higieny ciała :D. Dla mnie wszystko dało radę załatwić żelem pod prysznic. Ale zachciało mi się odmiany, więc nabyłam produkty "specjalistyczne" do golenia i do higieny intymnej. Zużycie żelu pod prysznic się zmniejszyło, ale w półka w łazience zaczęła się uginać :). Coś za coś :D.

Było: Balea Vendig Rasierschaum - w DM miałam kupić tylko żel do golenia (radziłam się nadwornych rycerzy i wszyscy orzekli, że pianki są be, a żele cacy), ale to-to było przecenione, więc... Przekonałam się na własnej skórze, że formuła pianki nie dorasta do pięt żelowej. Kiepsko się rozprowadza, trzeba jej bardzo dużo, a w dodatku wcale jakoś specjalnie nie ułatwia poślizgu maszynce. Ta omawiana w dodatku niezbyt przyjemnie pachniała. Jej zapach był ładny przy "dzióbku", ale po wyciśnięciu pianka pachniała czymś przesuszonym, to był taki trochę "skarpetowy" zapach. Nie, dziękuję, nigdy więcej.

Jest: Balea Rasiergel Caribbean Dreams - chyba nawet go zrecenzuję :). Odpowiada mi ta formuła, nieco mniej zapach. 

Płyn Facelle to hit blogosfery i przyległości. Szczególnie mocno ukochały go sobie włosomaniaczki. Ze mnie jest taka znawczyni pielęgnacji włosów, jak z koziej brody trąba, ale jestem podatna na wpływy i chwilami przychodzą mi do głowy różne dziwne pomysły. Nie podobał mi się zapach tego płynu (domniemany szampon ma pachnieć ładnie!), więc  koniec końców zużyłam go zgodnie z przeznaczeniem. 

Było: Facelle Waschlotion Sensitive - delikatny, skuteczny, tani... Co się będę rozpisywać, tańszy niż Lactacyd, a różnicy w działaniu nie ma. Przynajmniej ja jej nie czuję :D.

Jest: Tołpa Dermo Intima Neutralny płyn do higieny intymnej - ma pompkę i tylko to przechyliłoby szalę na jego korzyść, gdyby był lepszy. Ale nie jest :).

Olejki na rozstępy stają się powoli moim małym konikiem (czytaj: zaczynam je kupować jak cukierki, czyli równie często jak resztę kosmetycznej ferajny). Babylove przywiozłam z DM, ale myślę, że drugi raz bym tego nie zrobiła. Balsam (krem do masażu?) z Palmer's też przywiozłam, ale nie z zagranicy, a z drugiego końca Wrocławia :D. Produkt z Laurem konsumenta, rekomendowany przez Naczelną Radę Pielęgniarek i Położnych, namaszczony przez Boga itd... Zobaczymy, co to za rewelacja.

Było: Babylove Mama Pflegeol

Jest: Palmer's Massage Cream for Stretch Marks (Skoncentorwany krem na brzuch, uda i piersi).

Paznokcie maluję fazami. Raz mam taką potrzebę, aby co kilka dni zmieniać kolor lakieru, innym razem chodzę z gołą płytką przez miesiąc. Przekłada się to na zużywanie zmywacza. Czasami wylewam go na potęgę w tempie ekspresowym, a czasem przez długi okres czasu stoi do połowy pełny. Zmywacz z Isany to chyba mój ulubiony produkt. Jest niedrogi, łatwo dostępny, skutecznie i szybko usuwa nawet ciemne lakiery. 

Było: Isana Nagellack Enferner Mandelduft

Jest: To samo :).


Skoro już jestem przy paznokciach... Tak, dobrze widzicie na zdjęciu, to balsamy do ust. Jednak produkt Tso Moriri to bardzo średni kosmetyk do ust, za to bardzo dobre masło do skórek. W ten sposób wykończyłam brzoskwniową wersję, która zalegała od jakiegoś czasu i zamówiłam malinową. Nie zwykłam recenzować tego samego produktu dwa razy, ale w tym przypadku chyba tak będzie,

Było: Tso Moriri Naturalna Pomadka Brzoskwinia

Jest: Tso Moriri Pomadka do ust Malina.

Nie każdy kosmetyk doczekał się swojego następcy. Te dwa pozostały "niezastąpione" :D. 

Latem namiętnie dbam o stopy i chętnie kupuję nowe produkty do ich pielęgnacji. Pojawienie się peelingu BeBeauty w mojej łazience było kwestią czasu. Nie dorównuje on może skutecznością peelingowi z Yves Rocher, ale nie jest taki znowu najgorszy. Co prawda, nie bardzo przemawia do mnie zatopienie drobinek peelingujących w ślizgającej się emulsji. Peeling ścierał nieźle, dużo lepiej od Green Pharmacy, ale nie zastąpił pumeksu. Szkoda, że drobinki (o których ostrości przekonałam się, gdy jedna wpadła mi do oka) pływają w tym mleczku i tracą na sile w starciu ze zrogowaceniami.

Płyn do kąpieli z Bielendy, który chciał być olejkiem nie wróci w moje łaski. Niby mamy trochę wspólnego, bo ja chciałam być modelką, a płyn olejkiem, i koniec końców taka ze mnie modelka, jak z tego płynu olejek, ale kolejnych szans nie będzie. Pełną recenzję przeczytacie notkę niżej.

Udało mi się też pozbyć kilku gratów o mniejszych gabarytach.

Miniaturka (50 ml) masła The Body Shop kosztuje 19 zł. Choć pachnie ono bardzo ładnie (podobnie do perfum Laura Biagotii Roma, tylko nie tak ciężko) i przyjemnie nawilża suche łydki, to jednak nie kupię tego produktu, bo za 20 zł wolę mieć butlę z 400 ml balsamu, a nie takiego malucha na trzy razy. Może kiedyś...

Odżywczy Balsam do ciała marki Nivea ostatnio wyskakuje z lodówki. Jego reklamy są wszędzie, dosłownie. Mój wujek zawsze mawia, że im większe badziewie, tym szerzej jest reklamowane. Choć to stwierdzenie zawsze wydawało mi się trochę przesadzone, to jednak w tym przypadku muszę się z nim zgodzić. Balsam Nivea nie zastąpi nam żelu pod prysznic (producent zaleca stosowanie go po umyciu ciała), a moim zdaniem także balsamu. Też nie lubię czekać, aż produkt się wchłonie, ale wolę przecierpieć tych kilka (kilkanaście) minut niż spłukać nałożony produkt wodą, a następnie wszystko wytrzeć ręcznikiem - kosmetyk na pewno zdziała cuda. Nie widzę też innowacyjności w tym produkcie, dokładnie to samo można zrobić z każdym trochę bardziej treściwym balsamem. Pełnego wymiaru nie kupię, choć cieszę się, że miałam okazję wypróbowania miniaturki.

Białą buteleczkę dostałam przy okazji zakupów kosmetyków rosyjskich. Naklejka "Szampon nr 3" niewiele mi wyjaśniła, więc zajrzałam do wujka Google'a w poszukiwaniu podpowiedzi. Okazało się, że butelka skrywa w sobie szampon Babuszki Agafii na propolisie łopianowym. Maleństwo wystarczyło na kilka razy. Pełny wymiar raczej nie zamieszka w mojej łazience, bo szampon był dla mnie za ciężki, a dodatkowo śmierdział miodem. Wolę jagody z Balei :).

Mam nadzieję, że we wrześniu pozbędę się kolejnych pustych opakowań i trochę odgruzuję łazienkę. Jak wam poszło w tym miesiącu? Dajcie znać? I koniecznie napiszcie, co myślicie o lekko zmienionej formie prezentacji :).
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...