Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

piątek, 30 sierpnia 2013

Zawartość olejku w olejku. Bielenda Afrodyzjak Olejek do kąpieli Ylang-Ylang i Róża

Zawsze śmieszyły mnie badania nad tym, ile cukru jest w cukrze. I może ta kwestia z "Poszukiwany, poszukiwana" bawiłaby mnie dalej, gdybym na swojej drodze nie natrafiła na olejek do kąpieli z Bielendy, którego recenzję można podsumować już na wstępie poprzez zadanie pytania "ile olejku jest w olejku?".

Nie jestem najbardziej rozsądną osobą, jeżeli chodzi o zakupy. Czasami czerwony guziczek włączający myślenie ulega awarii. Najczęściej dzieje się to, gdy do mózgu dojdzie informacja o promocji albo szczególnie przystępnej cenie. Coś muszę zrobić z tym nieszczęsnym guzikiem :D.

Olejki do kąpieli marki Bielenda pojawiły się w Biedronce przy okazji jednego z poprzednich folderów kosmetycznych. Nie były tak drogie, jak w drogeriach (kosztowały ok. 10 zł), ale ja nie byłam aż tak spragniona kąpieli z pachnącą pierdołą, żeby tę dychę inwestować. Ponieważ w Biedrze bywam dość często (jakby nie patrzeć to do 4 mam całkiem blisko) i zawsze kręcę się po sklepie, pewnego pięknego dnia wyczaiłam, że Bielendowe umilacze do kąpieli kosztują zaledwie 4,99 zł. No dobra, za tyle to mogę wziąć :D.

Płyn, ups, przepraszam, olejek znajduje się w bardzo prostej przezroczystej butelce. Butelka ma gwint i zamyka się nakrętką. Ot, nic specjalnego.

Pewne schody zaczynają się przy konsystencji. Nie jest ona gęsta, raczej dość lejąca, przypomina bardziej średniej jakości żel pod prysznic niż olejek.Pierwszy kontakt produktu z wodą, przekonał mnie o tym, że raczej nie jest to, za co podaje to producent. Płyn się spienił. Może nie wytworzył takich obłoczków piany, o jakich marzyłam w dzieciństwie, ale spore ilości białej chmury z fioletowymi bańkami się pojawiły. Wydaje mi się, że olejki same z siebie nie powinny się pienić.

Drugą kwestią, którą chciałabym poruszyć, to dozowanie. Producent był równie precyzyjny, jak w przypadku mleka w proszku Beauty Milky. Tym razem posłużył się nie miarą "garści", a "strumienia". Tym strumieniem mogę wylać całe opakowanie. Chciałabym się dowiedzieć, ile produktu mam wlać, żeby zastosować produkt zgodnie z zaleceniem producenta, a nie bezpodstawnie się czepiać, stosując kosmetyk według własnego "widzimisię".

Następnie chciałabym się zająć efektami, które zapewnić ma ten pseudoolejek. "Delikatnie natłuszcza, nawilża i wygładza skórę, przywraca jej niezwykłą miękkość i jedwabistość" - yyyy, brzmi świetnie. Może błędem było oczekiwanie, że płyn wywoła jakikolwiek z tych efektów. Przecież produkty do kąpieli nie są po to, żeby specjalnie dbać o ciało. Niby nie, ale po co w takim razie się wypisuje takie rzeczy. Ponadto istnieją produkty w tej kategorii, które potrafią takie cuda (patrz: kula Organique). Jedyne, co zaobserwowałam przy stosowaniu tego płynu, to brak przesuszenia skóry.

Na koniec zostawiłam sobie zapach, który jest największym atutem tego produktu. Bardzo kobiecy, elegancki. Czuję w nim nuty róży, wanilii i jakiegoś orientalnego kwiatu (ylang-ylang :D?). Odbiór psuje trochę mydlinkowy dodatek, ale w kwestii aromatu Bielenda zapunktowała. Szkoda, że zapach nie chce się utrzymać na skórze i znika zaraz po wytarciu ciała ręcznikiem.

Uważam, że sympatyczny fioletowy płyn, który usilnie próbuje być olejkiem, to nie jest dobra lokata kapitału. Proponuję ulokować uczucia gdzie indziej.

Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Coco Glucoside, Glycerin, Parfum, Corynanthe Yohimbe Bark Extract, Polysorbate-20, Citric Acid, Diethylhexyl Syringlidene Malonate, Caprylic/Capric Trygliceride, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Benzyl Salicylate, Butylphenyl Methypropional, Limonene, Linalool, CI 17200, CI 42090.

Cena: ok. 16 zł/400 ml
Dostępność: Kaufland, Natura
Ocena: 1,5/5

wtorek, 27 sierpnia 2013

Mur-beton! Oragnique Balsam z masłem shea do ciała Len+grejpfrut

Nie jestem leniwa. Mam tylko za mało motywacji. Nie lubię się nacierać i czekać aż to wtarte się wchłonie. Chyba, że narzędzie prywatnych tortur pięknie pachnie. Czasem jednak wrażenia zapachowe nie są w stanie pokonać niechęci do używania danego produktu.

Masło shea w wydaniu Organique gości w mojej kosmetyczce ponad rok. I pomimo szczerych chęci, zużycie tego produktu idzie mi jak krew z nosa. 

Kosmetyk znajduje się w zwykłej, metalowej puszce. Opakowanie jest proste i wygodne. Jedyne do czego można się przyczepić, to etykieta na wieczku, z której dość szybko złażą napisy (w tym jakże cenne informacje na temat składu). Oprócz wersji w opakowaniu, możemy go kupić także na wagę.

Niby wiedziałam, że masło shea jest twarde, ale myślałam, że takie "chrzczone", które zostało wzbogacone o płynne oleje, będzie miało ciut bardziej przyjazną konsystencję. I może nie jest tak twarde, że aż suche, jak czyste masło shea, ale jego konsystencja sprawia wiele problemów. Balsam jest dość zbity, aby go wydobyć z opakowania, trzeba użyć siły. Konsystencja jest bardzo zwarta, ale mimo tego balsam jest taki jakby piankowy. W cieplejsze dni jest zdecydowanie bardziej smarowny niż w czasie chłodniejszych pór roku.

Balsam jest niesamowicie tłusty, co raczej nie będzie zaskoczeniem, biorąc pod uwagę skład. Wchłania się bardzo wolno, w dodatku nie całkowicie - pozostawia taką lekką warstwę. Powiem szczerze, że nie do końca mi to odpowiada jeżeli chodzi o całe ciało, dlatego chętniej smarowałam nim wyjątkowo problematyczne miejsca - łydki, łokcie i kolana, a na noc także stopy i przy okazji dłonie.

Jeżeli tylko nie zrażą was konsystencja i wchłanianie, to stosowanie tego produktu przynosi naprawdę dobre efekty. Produkt nie drażni podrażnionej już skóry. Świetnie działa na wszelkie suche miejsca (bardzo dobrze nawilżał i odżywiał moje suche łydki i knykcie). Znakomicie sprawdza się na stopach, nawet tych z kującymi zrogowaceniami - zmiękcza je i wygładza.

Kwestią bardzo istotną jest zapach tego produktu. Do wyboru jest kilka wariantów, mnie przypadła w udziale wersja lniano-grejpfrutowa. Cudo, to chyba mój ulubiony zapach spośród wszystkich produktów do ciała, które używałam. Połączenie cytrusowego aromatu, lekko zgaszonych czymś co przypomina siemię lniane, a do tego odrobina słodyczy. Czasami odkręcałam puszkę tylko po to, żeby powąchać ten produkt. Co więcej zapach jest intensywny i utrzymuje się kilka godzin na skórze. 

Szkoda, że konsystencja tego produktu jest tak toporna. Ze względu na piękny zapach, z pewnością sięgałabym po niego chętniej.

Cena: ok. 40 zł /150 ml
Dostępność: sklepy firmowe Organique
Ocena: 3,5-4/5

niedziela, 25 sierpnia 2013

Płasko po piasku. Yankee Candle Beach Wood


Zarzekałam się jakiś czas temu, że w lecie nie będę puszczać pieniędzy z dymem. Kilka chłodniejszych dni, coraz zimniejsze poranki, obudziły we mnie chęć ogrzania i otulenia się pięknym zapachem. Wygrzebałam więc z szuflady kominek i nie dałam mu dokończyć letniego snu. Wybrałam się do jednej z mydlarni celem znalezienia zapachów, które nie będą zbyt słodkie i ciężkie na tę porę roku. Padło na Beach Wood i szeroko chwalony Pink Sands. 

Wielokrotnie spotykałam się z opinią (i zresztą sama hołdowałam temu stwierdzeniu), że obrazek na nalepce idealnie oddaje naturę zapachu. Beach Wood jest wyjątkiem. Spodziewałam się przyjemnych drzewnych nut (uwielbiam zapach drewna!). Niestety, Beach Wood drewno ma jedynie w nazwie. To taki dość płaski zapach plaży - trochę morski, trochę piaskowy, lekko słony. Ale nic poza tym. To taki zapach, który kojarzy mi się trochę z proszkiem do prania, czy innym wytworem chemii gospodarczej z gatunku tych "oceanicznych". Jestem całkowicie na nie. 

Za gładki ten piasek dla mnie. Szkoda, że nie potknęłam się o jakieś drewno.

piątek, 23 sierpnia 2013

Przegoń sarnę z polany. Yves Rocher Mleczko nawilżające opóźniające odrastanie włosów


Pielęgnacja ciała w moim wykonaniu jest biedna. Swoją systematyczność określiłabym w dodatku mianem żenującej. Po produkty do pielęgnacji ciała sięgam zazwyczaj wtedy, gdy napytam sobie biedy. Wtedy to i Wola jest, i Ochota :D. Do częstego używania danego produktu potrafi mnie także przekonać jego zapach. Jeżeli jednak nie zdarzyła się katastrofa, a produkt nie cechuje się piękną wonią, to wtedy mogą mnie zauroczyć obiecywane efekty. O ile jakieś tam nawilżenie, natłuszczenie, czy wygładzenie nie sprawi, że podniosę wzrok, tak "efekty specjalne", potrafią zahipnotyzować. Gdy w moje ręce trafiło mleczko, dedykowane przez producenta nogom, które ma opóźnić odrastanie włosków, byłam bardzo zaintrygowana...

To kolejny produkt YR, który rozczarowuje opakowaniem, a ściślej mówiąc - korkiem. Klapki żeli pod prysznic są wyjątkowo kłopotliwe, ale ta niewiele im ustępuje. Wgłębienie jest za małe, żeby wsadzić w nie palca, a podważanie klapki przy użyciu paznokcia jakoś niespecjalnie mi się uśmiecha. Trochę porannej (lub/i wieczornej) gimnastyki nikomu nie zaszkodziło, więc wyginam śmiało ciało przy otwieraniu.

Mleczka nie są moim ulubionym typem produktów. Zarówno w przypadku twarzy, jak i ciała, nieczęsto po nie sięgam. Skoro jednak już dostałam, wypadałoby się tym pobawić. Mleczko z YR ma lekką konsystencję - jest dość zwarte (nie lejące jak mleczka z Nivei), ale rozprowadza się dość łatwo. Niestety produkt potrafi się skawalić i musimy rozsmarować małe grudki. Odnośnie wchłaniania się mleczka mam pewne zastrzeżenia - gdy stosowałam je "jak się przypomniało", to moja skóra je szybko wypijała, nie zostawiało żadnej warstwy. Natomiast gdy zwiększyłam częstotliwość stosowania i smarowałam się nim codziennie, to pozostawiało tłustą warstwę, która na dodatek się rolowała.

Może wybaczyłabym produktowi niedogodności związane z jego użytkowaniem, gdyby faktycznie spowalniało odrost włosków na nogach. Nie przepadam za depilacją, denerwuje mnie to, że muszę co rusz machać maszynką i pozbywać się sarny z łydek. Szczególnie, że moje włosy są czarne i dość mocne. Liczyłam na to, że produkt choć o dzień wydłuży radość z gładkich nóg. Niestety. Mleczko w żaden sposób nie wpłynął na tempo odrastania kłaków. Szczecinka pojawia się na drugi dzień po depilacji, czyli dokładnie tak samo, jak czyniła to bez użycia mleczka. Nie zauważyłam też specjalnego nawilżenia nóg, mam wrażenie, że produkt je raczej natłuszcza.

Jedyne co w miarę podoba mi się w tym mleczku to jego zapach. Choć nie jestem wielką zwolenniczką zapachu ogórka, to delikatny, świeży aromat jaki prezentuje mleczko jest całkiem przyjemny. I to by było tyle, gdy idzie o zalety tego kosmetyku.

Skład: Aqua, Glycerin, Butylene Glycol, Coco-Caprylate/Caprate, Caprylic/Capric Triglyceride, Ethylhexyl Stearate, Sesamum Indicum Oil, Agave Tequilana Leaf Extract, Mangiferin, Parfum, Stearic Acid, Phenoxyethanol, Cetearyl Alcohol, Carbomer, Methylparaben, Xanthan Gum, Ceteareth-33, Ethylhexylparaben, Sodium Hydroxide, Scutellaria Baicalensis Extract, Propylparaben, Tetrasodium EDTA, Propylene Glycol, CI 19410, CI 42090

Cena: 49 zł/200 ml
Dostępność: sklepy firmowe Yves Rocher, sklep internetowy
Ocena: 2/5

wtorek, 20 sierpnia 2013

Problem z głowy? Hean Problem Reductor Korektor antybakteryjny Naturalny

Zwykle, gdy słyszę o jakiejś marce kosmetycznej, która produkuje kolorówkę, pierwsze co robię, to sprawdzam, czy i jakie korektory mają w ofercie. Jako, że często na mojej twarzy dzieją się małe rewolucje, które potrafią całkowicie popsuć humor, porządne produkty, kamuflujące armagedon w wersji mini i maksi, są mile widziane w kosmetyczce.

Marka Hean miło kojarzyła mi się z paletką cieni oraz tuszem, wypróbowanymi na własnej skórze. Dużo dobrego słyszałam także o ich szminkach i bazie pod cienie. W mojej głowie ta marka funkcjonowała raczej jako twórca kosmetyków wartych uwagi. Dlatego też, gdy odnalazłam w ich ofercie korektor antybakteryjny, podskoczyłam z radości, a moje syfy jakby lekko się przeraziły :D:D.

Korektor znajduje się w, dość standardowym dla płynnych korektorów, opakowaniu "błyszczykowym". Jest ono przezroczyste i dość wąskie. Jakość opakowania nie jest najlepsza, bardzo łatwo złażą z niego napisy, a nakrętka sprawia wrażenie "kruchej". Korektor zawiera pacynkę, która pozostawia wiele do życzenia. Gąbeczka jest nieduża, a w dodatku cienka, i kijek, na którym jest umocowana, jest przez nią wyczuwalny i trochę drapie. Nie jest to najprzyjemniejsze uczucie.

Zastrzeżenia mam także odnośnie kolorystyki. O ile przywykłam do tego, że firmy kosmetyczne potrafią do kilku podkładów proponować jeden z dwóch odcieni korektora, tak z mojego doświadczenia wynikało, że przynajmniej jeden z tych kolorów od biedy nadawał się do nałożenia na twarz. W przypadku tego produktu, Hean poszalał z odcieniami. Do wyboru mamy naturalny i słoneczny beż. Jeden bardziej nietrafiony od drugiego. Naturalny jest sinoróżowy i dziwny trafem zostawia na twarzy brązowe plamy, natomiast słoneczny beż to wściekły pomarańcz dla wielbicielek solarium i soku z marchewki.



Korektor ma interesującą konsystencję. Niby jest w płynie, ale w dotyku jest bardzo pudrowy. Dość dobrze kryje, ale podkreśla każdą skórkę. No i ta brązowa plama w miejscu czerwonej, wcale nie pociesza. Nie zauważyłam też jakiegoś działania antybakteryjnego, chyba, że za takie uznać podsuszanie syfów. Produkt nie wyciąga na szczęście żadnych diod na wierzch.

Uważam, że marce Hean niezbyt udał się ten produkt. Może, gdyby kolory były bardziej "normalne", wtedy sięgałabym po niego znacznie częściej i polecała wszystkim dookoła.

Skład: Aqua, Talc, Propylene Glycol, Hydrogenated Polyisobutene, Ceteareth-20(and) Cetearyl Alcohol, Isononyl Isonanoate, Mica, PPG-3 Benzyl Ether Myristsate, Cyclomethicone, Arctium Lappa Extract, Stearic Acid, Magnesium Aluminium Silicate, Cetyl Alcohol, PVP, Phenoxyethanol(and)Methylparaben(and)Ethylparaben(and)Butylparaben(and)Isobutylparaben, VP/Hexadecene Copolymer, Pantenol, Methicone, Salycylic Acid, Allantoin, Parfum, Citronellon, Hexyl Cinnamal, Triethanolamine, Xanthan Gum, [+/- CI 77891, CI 77491, CI 77492, CI 77499, CI 15985:1).

Cena: ok. 14 zł/9 ml
Dostępność: sklep internetowy Hean; we Wrocławiu: drogeria Jasmin (Feniks), hala na ul. Swobodnej stoisko 21.6)
Ocena: 3/5

sobota, 17 sierpnia 2013

Pod dyktando. Dermedic Sunbrella Krem Ochronny skóra tłusta i mieszana 50+

Niewiedza jest błogosławieństwem. Podobno. Kilka lat temu, hasałam sobie po świecie w lecie niespecjalnie przejmując się ochroną przeciwsłoneczną. Jasne, gdy szłam na plażę, nacierałam się od stóp do głów jakimś filtrem. Raz była to 30, innym razem 15 - co tam się złapało. Nie myślałam natomiast o tym, żeby "filtrować" się w mieście, nie wspominając o tym, że jakby mi ktoś powiedział, że nakłada wysoki filtr na siebie zimą, to chyba zabiłabym go śmiechem. Wraz z wiekiem i nabywaną "wiedzą", zaczęłam interesować się także tym obszarem pielęgnacji. Ilość informacji przerosła jednak moje możliwości i nie mogłam ich zapamiętać. Z tej całej pisaniny wyniosłam tyle, że filtr w lecie to obowiązek, w zimie konieczność.

Kilka lat temu filtry nie były tak bardzo popularne, jak dzisiaj. Wydaje mi się, że wraz z popularnością azjatyckich kremów BB, w polskiej blogosferze rozpowszechniła się dyktatura filtrów. Popularność ochrony przeciwsłonecznej, czasami doprowadzana do granic absurdu, przełożyła się także na rynek. Wiele firm, widząc zainteresowanie kremami ochronnymi, których stosowanie ma stanowić istotny wpływ na pielęgnację przeciwstarzeniową, wprowadziły (a niektóre tylko unowocześniły) produkty, które odpowiadać mają potrzebom poszczególnych cer. Jedną z takich marek jest polski Dermedic, w asortymencie którego znajdziemy krem do cery suchej, naczynkowej i tłustej.

Dermedic to dopiero moje drugie spotkanie z filtrem. Pierwsze starcie zaliczyłam w zeszłym roku. Postawiłam wówczas na krem do twarzy Soraya 30 (UVA 18, UVB 30). To był dramat. Produkt ten okropnie podrażnił mi buzię - pod oczami miałam czerwone. suche i na dodatek piekące placki, z reszty białej twarzy skóra złaziła płatami. Odechciało mi się filtrów, a buzię uratowałam myciem jej owsianką na wodzie.

Zniechęcona poprzednim niewypałem, ostrożnie zakupiłam filtr w tym roku. Przy okazji uzupełniłam zapasy owsianki - tak w razie czego. Na szczęście, tym razem nie było tak katastrofalnych skutków.

Krem Dermedic zamknięty jest w niewielkiej tubce. Mimo tego, że opakowanie nie jest przezroczyste, pod światło można zauważyć stopień zużycia.

Krem ma gęstą konsystencję. Nie przypomina zwykłych kremów do twarzy, jest dużo bardziej treściwy. Nie jest tępy, łatwo sunie po skórze. Niestety jest koszmarnie biały. Wydawałoby się, że wystarczy go dobrze rozprowadzić i sprawa z głowy. Nawet po wchłonięciu widać, że lekko rozbiela twarz - może osoby z białą cerą nie zauważą tego efektu, ja, żółtek świetnie widzę. Ta biaława poświata daje efekt takiej zmęczonej cery. Co więcej, gdy nakładam ten krem na dekolt i się trochę zmacham, to pocę się na biało.

Jeżeli jesteście posiadaczkami cery tłustej i mieszanej, to mam dla was zagadkę. Jakiego działania oczekujecie od produktu do twarzy dedykowanego właśnie takim cerom?
....
....
....
Tak! Matowienia. A przynajmniej nie przetłuszczania cery. Dermedic, choć teoretycznie stworzył krem dla cery tłustej i mieszanej, nie wpadł na to, że klientki mogą nie życzyć sobie tłustego połysku. Krem jest koszmarnie tłusty i ten błysk widać na twarzy z odległości kilku kilometrów. W dodatku ta tlustawa warstwa jest bardzo upierdliwa, bo szybko "wyłazi" nawet po nałożeniu matującego pudru. Moje swojskie sebum jest  znacznie bardziej grzeczne.

Na plus muszę temu produktowi zaliczyć to, że nie zapycha cery. Nie spowodował wysypu pryszczy, moja cera nie odstawiła dziwnych numerów. Ochrona, którą zapewnia jest również skuteczna - jeżeli chodzi o zmianę koloru skóry. Buzię i szyję mam jaśniejszą od reszty ciała (z dekoltem włącznie - byłam trochę niesumienna przy jego smarowaniu :D). Czy przysłużył się pielęgnacji przeciwzmarszczkowej? Nie wiem i pewnie przez długie lata nie będę tego w stanie ocenić.

Uważam, że to nie jest zły krem, ale nie zaliczyłabym go do ulubieńców. Koszmarny błysk i białawy odcień, który pozostawia, skutecznie studzą entuzjazm. Na plażę, gdzie większość się świeci od filtrów z pewnością się nada. Jednak radzę sobie go odpuścić, jeżeli spędzacie lato biegając po mieście, nawet w makijażu.

Skład: Aqua, Octocrylene, Methylene Bis-Benzotriazolyl, Tetramethylbutylphenol, Hydrogenated Polydecene, C12-15 Alkyl Benzoate, Cyclopentasiloxane (and) Dimethiconol, PEG-100 Stearate (and) Glyceryl Stearate, Stearyl Alcohol, Butyl Methoxydibenzylomethane, Titanium Dioxide )and) Hydroxystearic Acid, Glycerin, Bis-Ethylhexylphenol Methoxyphenyl Triazine, Polyacrylamide (and) C13-14 Isoparaffin (and) Laureth-7, Propylene Glycol, Aesculus Hippocastanum (Horse Chestnut) Seed Extract, Equisetum Arvense Extract, Chamomilla Recutita (Matricaria) Flower Extract, Salvia Officinalis (sage) Leaf Extract, Tussilago Farfara (Coltsfoot) Leaf Extract, Melissa Officinalis Leaf Extractm Urtica Dioica (Nettle) Extract, Rosmarinus Oddicinalis (resemary) Leaf Extract, Hydroxy Dimethoxybenzyl Malonate, Stearic Acid, Allantoin, Benzyl Alcohol (and) Methylchloroisothiazolinone (and) Methylisothiazolinone.

Cena: ok. 32 zł/50 g
Dostępność: Super-Pharm, apteki
Ocena: 3,5/5

środa, 14 sierpnia 2013

Wpleć rumianek w swój wianek. Yves Rocher Pure Calmille Żel do mycia twarzy

Nie wiem, jak to się dzieje, ale niektóre recenzje wybitnie zapadają mi w pamięć. Szczególnie te pozytywne. Czasem wspomnienie zachwytów tak wierci mi dziurę w głowie, że nie wytrzymuję i pędzę do sklepu po dany produkt - mechanizm działa identycznie zarówno w przypadku kosmetyków, jak i książek, zapachów do domu, ubrań, butów, torebek... Włącza się lampka "muszę to mieć" i nie ma zmiłuj. 

Ostrzegawcza czerwona dioda zapaliła mi się po jedynym z filmików 82inez, w którym wychwalała ona żel do mycia twarzy z Yves Rocher. Marka ta była mi znana, ale raczej "z widzenia" niż z własnych doświadczeń. Wbiłam sobie do głowy, że tam jest drogo i nawet nie zadawałam sobie trudu odwiedzania sklepów firmowych.

Tej wiosny tak się złożyło, że wylądowałam między sklepem YR a Rossmannem, bo na kogoś czekałam. Po Rossmannie mogę chodzić z chustką na oczach, więc wstąpiłam do mniej znanego mi YR. Akurat udało mi się trafić na promocję tego żelu do mycia twarzy, na który miałam ogromną ochotę. Nie dość, że chwalony, to jeszcze połowę tańszy - nie było mowy o tym, żebym go nie wzięła. 

Narzekałam na klapki w wykonaniu YR, ale w tym przypadku zamknięcie nie sprawia żadnych problemów. Sama butelka jest dość wysoka i wąska, dobrze leży nawet w takich dziecięcych łapkach, jak moje. Opakowanie jest przezroczyste, co pozwala na kontrolę zużycia. Nie mam się do czego przyczepić.

Żel ma przyjemną konsystencję, która trochę kojarzy mi się z kisielem. W butelce w strukturze produktu widać małe pęcherzyki - nie są to jednak drobinki peelingujące, a małe bąbelki powietrza. Żel dobrze się pieni, tworzy taką delikatną, jedwabistą piankę. W żadnej mierze nie wysusza ani nie ściąga skóry.

Pomimo tego, że nie jest to produkt mocno oczyszczający, jestem zadowolona z jego działania. Dobrze zmywa zabrudzenia, radzi sobie z makijażem twarzy. Przyjemnie odświeża cerę. Nie wywołuje jakiś efektów specjalnych, ale nie takie jego zadanie.

Jedyne, co nie do końca przekonuje mnie w tym produkcie to jego zapach. Nie jest specjalnie intensywny, ale początkowo trochę wiercił mnie w nosie. Nie przepadam za rumiankiem - zawsze jego zapach kojarzył mi się z piwem. Ten z YR aż tak nie przypomina mi naturalnego smrodku, ma w sobie jakieś żelkowe nuty.

Bardzo spodobał mi się ten produkt i myślę, że do niego wrócę. Na razie jednak mania poznawania nowych kosmetyków jest silniejsza. Za młoda jestem, żeby się tak poważnie angażować :D!

Skład: Aqua, Propylene Glycol, Sodium Laureth Sulfate, Butylene Glycol, Sodium Cocoampoacetate, PEG-7 Glyceryl Cocoate, PEG-30 Glyceryl Laurate, Sodium Cocoyl Isothionate, Carbomer, Xanthan Gum, Parfum, Methylparaben, Imidazolidnyl Urea, Tetrasodium EDTA, Allantoin, Sodium Hydroxide, Linalool, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carobxalhexyde, Cymbopogon Martini Oil, Chamomilla Recuttia Flower Extract, CI 19410, CI 42090.

Cena: 19,90 zł/200 ml
Ocena: 4,5/5

niedziela, 11 sierpnia 2013

Co babie po kebabie? Tołpa Dermo Body Cellulite Ekspresowe serum antycellulitowe 14 dni

Uwielbiam podróżować. Niestety z wielu przyczyn nie mogę wybrać się tam, gdzie bym chciała. Dlatego najczęściej odbywam podróże kulinarne. W ostatnich latach knajpy, w których próżno szukać swojskiego schabowego i pomidorowej, rozgościły się w strategicznych punktach miast. Polacy pokochali m.in. döner kebap, stąd popularność wielu restauracji i budek sprzedających mięso z pionowego rożna. Taka sterta mięcha wygląda niezwykle apetycznie, pod warunkiem, że widujemy ją od czasu do czasu w lokalu gastronomicznym. Mniejszą radochę sprawia oglądanie faktury kebaba na własnych udach, codziennie, przez 7 dni w tygodniu i 365 dni w roku.

W liceum cellulit znałam jedynie ze słyszenia. Choć od zawsze miałam duże uda (i tyłek, jak mama i babcia), to jednak były one gładkie. Przez ostatnie 5 lat dorobiłam się jednak cudownych kolein na udach. Stwierdziłam, że skoro się tak zapuściłam, to pora przejrzeć na oczy i wziąć się za siebie. Dość już mam kompleksów na każdym możliwym punkcie.

Serum z Tołpy poznałam za sprawą spotkania blogerek w czerwcu. Jak przeczytałam informacje zawarte na opakowaniu, to prawie padłam ze śmiechu. Komórki macierzyste, ultradźwięki... Taaa, może jeszcze księżycowy pył i sproszkowane diamenty. Nie zwlekałam i czym prędzej zabrałam się za ten bajer.

Tołpa wychodzi na przeciw oczekiwaniom pompkofili i w bardzo wielu ich produktach do ciała (o ile nie we wszystkich - nie chcę kłamać, nie wiem) wykorzystała właśnie takie rozwiązanie. Dobra pompka nie jest zła, szczególnie, gdy ma mechanizm blokujący. Przezroczysta butelka pozwala na kontrolę zużycia - choć produkt idzie jak woda :D.

Pewne zastrzeżenia mam odnośnie konsystencji. Miałam dwa opakowania tego produktu, które zasadniczo różniły się konsystencją i kolorem. Jedną wspólną cechą tych płynów było to, że były rzadkie - choć każdy z nich w innym stopniu. O ile konsystencję pierwszego można określić mianem płynnej, tak drugi był wodnisty. Miałam poważne obawy co do tego, czy ta woda spisze się równie dobrze. Produkt w obu wersjach szybko się wchłaniał. I niestety brudził jasne ubrania - nie mogłam się nadziwić, dlaczego moja piżama jest podejrzanie brązowa.



Zapach produktu jest dość interesujący, kojarzy mi się z męskimi perfumami, choć nie mogę sobie przypomnieć, z jakimi.

Skoro przebrnęłam przez kwestie mniejszej wagi, czas zająć się najważniejszym, czyli działaniem. Powiem wam szczerze, że już dawno przestałam wierzyć w to, że jakikolwiek produkt o działaniu "wyszczuplającym" zrobi cokolwiek, aby odjąć nam kilogramów. Z reguły jedynym pozytywnym efektem stosowania tego typu produktów było delikatne napięcie skóry. Nie wierzyłam, że serum z Tołpy w jakikolwiek sposób zmieni moje podejście. A jednak...

Już po około tygodniu stosowania zauważyłam, że moje udo, dotychczas wyglądające jak kebab, zaczyna powoli wyglądać lepiej. W miarę upływu czasu, koleiny zaczęły się spłycać. Po około 2 tygodniach włączyłam do programu ćwiczenia. Teraz, po dwóch skończonych opakowaniach i około 7 tygodniach kuracji, uda wyglądają może nie idealnie, ale zadowalająco. Z pewnością duża w tym rola ćwiczeń, ale dotychczas stosowane środki w połączeniu z aktywnością fizyczną nie dawały w tak krótkim czasie, tak dobrych rezultatów. Producent obiecuje "mierzalne" zmniejszenie smarowanych partii - ponieważ nie mierzę się i nie ważę, nie jestem w stanie powiedzieć, czy efekty odpowiadają obietnicom. Ale czuję się mniejsza i widzę to po spodniach. Nawet kilka razy ośmieliłam się założyć krótsze spódnice :).

Jednym poważnym mankamentem tego produktu jest jego cena. Wołają za niego 70 zł - a to moim zdaniem bardzo dużo jak za produkt do ciała. Jeżeli trafię na promocję (drugie opakowanie kupiłam 50% taniej w Super-Pharmie), to z pewnością ten produkt wróci do mojej kosmetyczki.

Skład:  Aqua, Glycerin, Peat Extract, Euglena Gracilis Extract, Polyquaternium-37, Dicaprylyl Carbonate, Aluminium Strach Octenylsuccinate Caffeine, Glaucium Flavum (Leaf) Extract, Ruscus Aculeatus Root Extract, Citrus Limon Peel Extract, Solidago Virgaurea Extract, Oeanthe Javanica Extract, Caprylic/Capirc Trygliceride, Hydromethylcellulose, Lauryl Glucoside, Disodium EDTA, Sodium Hydroxide, Propylene Glycol, Parfum, Diethylhexyl Syringlidene Malonate, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Mica, Titatniu Dioxide.

Cena: ok. 70 zł/250 ml
Dostępność: Super-Pharm, sklep internetowy Tołpa
Ocena: 4,5/5

czwartek, 8 sierpnia 2013

Nie taka czerwień straszna, jak ją malują. L'oreal Glam Shine Reflexion Sheer Grenadine

Kilka lat temu marka L'oreal była dla nastolatek szczytem luksusu. Gdy w moje ręce trafił wtedy błyszczyk Glam Shine, czułam się wybranką losu. Jasnoróżowy cud, którym teraz nie pomazałabym nawet ręki, był wówczas hitem na specjalne okazje. Jako nastolatka specjalnie nie przywiązywałam uwagi do trwałości produktu. Właściwie to kolejna aplikacja pozwalała się czuć bardziej "dorosłą" - poprawki makijażu w toalecie kiedyś nobilitowały, teraz są męczącym obowiązkiem :).

Z błyszczykami Glam Shine pożegnałam się na początku studiów. Jakoś mi się znudziły. Gdyby nie niedawna akcja Princessy, w której można było wygrać te produkty, z pewnością nieprędko kosmetyk z tej serii zagościłby w mojej kosmetyczce ponownie. Miło sobie jest przypomnieć beztroskie czasy, a powrót do Glam Shine przywołał bardzo przyjemne wspomnienia...

Glam Shine niewiele się zmienił. Opakowanie w kształcie klepsydry nadal wygląda sympatycznie. Tunning przeszła za to gąbeczka - z prostego kikuta zmieniła kształt na bardziej trójkątny. Gdy producenci zaczęli majstrować przy aplikatorach, nie byłam zadowolona. Teraz jednak każde nowe rozwiązanie w tym zakresie bardzo mi się podoba. L'orealową gąbkę uważam za udaną. Dobrze rozprowadza produkt w granicach ust i nie drapie ich.

Błyszczyk ma dość gęstą konsystencję, trochę żelową. Nie jest glutowaty. Glam Shine jest trochę klejący, dobrze "przyczepia" się do ust nie wędrując poza ich kontury (chyba, że same sobie tam go naciapiemy :D). Niestety coś za coś - zlepia lekko kąciki ust. Nie powoduje dramatycznego efektu karpia, ale trochę "trzyma".

Choć nie jest to produkt, który ma za zadanie odpowiedzieć na potrzeby pielęgnacyjne ust, to jednak muszę nadmienić, że dobrze je nawilża. Nie działa może jak balsam do ust, ale krzywdy suchym wargom nie zrobi (znam takie mazidła, które potrafią je przepięknie wysuszyć na wiór).

Zanim przejdę do rozkładania koloru na czynniki pierwsze, wspomnę o trwałości. Błyszczyk to nie szminka, długo z nami nie zostanie. Są produkty, które przeczą temu twierdzeniu (np. Shine Caresse z L'oreala, ale to nie do końca błyszczyk), ale w większości przypadków połyskliwe smarowidła trwałością nie grzeszą. I tak jest w tym przypadku. Połysk utrzymuje się ok. 1-2 godziny, kolor do 3. Zdecydowanie bardziej wolę trochę bardziej długotrwałe produkty.


Wiele dziewczyn panicznie boi się czerwieni. Chętniej sięgają po róż albo nude, twierdząc, że są to "bezpieczne" kolory. Nie zgodzę się. Sądzę, że czerwień o odpowiedniej intensywności wygląda bardziej naturalnie niż róż i korektorowe beże. Co więcej, w tej ognistej barwie wygląda się bardziej "żywo" niż w trupich jasnych odcieniach. Dobranie odpowiedniego odcienia nude to prawdziwa sztuka. Czerwień z L'oreal jest bardzo delikatna, nie postarza, przyjemnie się ją nosi. Nie czuję się w niej "umalowana". Jeżeli boicie się czerwieni polecam spróbować z delikatnym błyszczykiem. Nie trzeba od razu sięgać po odcienie rodem z Hollywood.

Skład: C 18-36 Acid Tryglyceride, Bis-diglyceryl Polyacyladipate-2, Polybutene, Pentaerythrityl, Tetraisostearate, Tridecyl Trimellitate, Disostearyl Maltate, Silica Dimethyl Silytate, Pentylene Glycol, Caprylyl Glycol, Alumina, Pentaerythirtyl Tetra-di-t-butyl, Hydroxyhydrocinnamate, Tocpherol Acetate, Calcium Sodium Borosilicate, Synthetic Fluorophlogopite, Limonene, Polyethylene Terephithalate, Silica, Ascorbyl Palmitate Acrylates Copolymer, Benzyl Alcohol, Citronellol, Tin Oxide, Geraniol, Parfum [+/- May contain: CI 77891, CI 45510, CI 45380, CI 15895, CI 77491, CI 77492, CI 77499, CI 15850, Mica, CI 19140, CI 42090, CI 75470].

Cena: ok. 25 zł/6 ml
Dostępność: Rossmann, Hebe, Natura, Super-Pharm
Ocena: 4/5

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Jagody dla włosów urody. Balea Jeden Tag Shampoo Blaubeere

Niby szampon, jako produkt myjący, nie musi wykazywać specjalnych cech. Ma myć i tyle. W praktyce okazuje się, że znalezienie dobrego szamponu wcale nie jest łatwe. Choć półki polskich drogerii uginają się pod naporem butelek z kolorowymi etykietkami, z których każda uśmiecha się przymilnie, to jednak ciężko jest wśród nich znaleźć perełkę. Szczególnie, gdy nasze włosy się przetłuszczają, a skóra głowy jest wrażliwa.

Planując mały wypad do DM w maju, zrobiłam małą listę kosmetyków, które chciałabym tam kupić. Wiele osób zachwycało się szamponami Alverde, nie mniejszą rzeszę fanów zdobyły tańsze wytwory marki Balea. Moje serce zabiło mocniej, gdy przeczytałam pozytywne opinie na temat szamponu malinowego z Balei. Wylądował na czele listy zakupów, uwielbiam maliny! Jakież było moje zdumienie, gdy okazało się, że malinowa linia kosmetyków była edycją limitowaną, a maliny w tym sezonie zostały zastąpione przez jagody. Doszłam do wniosku, że mogę spróbować tej nowej wersji - w razie czego będę prała w niej pędzle. Na to na razie jednak się nie zanosi.

Butelka szamponu jest bardzo prosta, a jej niebieski kolor i urocza etykieta z apetycznymi owocami cieszą oko. Opakowanie jest poręczne, nie wyślizguje się z rąk. Korek jest idealnie płaski, pod koniec używania, butelkę można bez problemu "postawić na głowie".

Niebieska butelka kryje w sobie niebieską zawartość. Szampon nie jest rzadki i wodnisty, jego konsystencja przypomina trochę niektóre żele pod prysznic. Świetnie się pieni. Szampon ma słodki zapach - pałętają się w nim jagody, które są dodatkowo utopione w morzu cukru (przypomina mi to pavlovą z jagodami, którą zrobiłyśmy z ciocią w zeszłym roku - nie wyszła, zamiast bezy powstał jakiś kapeć). Mycie włosów przy udziale takiego aromatu to przyjemność. Zapach nie zostaje jednak na włosach.

Jagodowy szampon to produkt, który zdaje się wpisywać w wyznaczoną mu przez producenta rolę szamponu na każdy dzień. Zgadza się, że to produkt do codziennego mycia. Nie oczyszcza głęboko, dlatego od czasu do czasu warto złapać coś bardziej "żrącego". Do częstego mycia włosów sprawdza się świetnie, ponieważ właśnie przez te swoje niezbyt mocne właściwości oczyszczające nie plącze i nie puszy mi włosów (które zwykle po myciu wyglądały jakby walnął w nie piorun) Pomimo składu, który nie wydaje się specjalnie łagodny, szampon okazał się niezwykle delikatny dla mojej skóry głowy. Nie spowodował dzikiego swędzenia i wściekłego łuszczenia skóry. 

Ten szampon spełnia wszystkie moje wymagania, poza jednym - słabą dostępnością. Z pewnością będę wypatrywać i kupować kolejne warianty limitowanego Jeden Tag Shampoo. Naprawdę warto dorzucić ten produkt do jakiś internetowych zakupów :).

Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Chloride, Parfum. Panthenol, Hydroxypropyl Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Sodium Benzoate, Citric Acid, Potassium Sorbate, Nacinamide, Alcohol, Vaccinium Myritillus Fruit Extract, Sodium Sulfate, CI 16185, CI 42090.

Cena: 0,65 euro (ok. 6- 8 zł w polskich sklepach z produktami niemieckimi i sklepach internetowych)/300 ml
Dostępność: drogerie DM (m.in. Niemcy, Czechy, Austria, Chorwacja), polskie sklepy internetowe: Kokardi, Anna Cosmetik, we Wrocławiu: sklepy z chemią niemiecką na Hali Gaj (ul. Świeradowska) oraz Hali Kupców Perła (ul. Widna), stoisko 15.4 na hali przy ul. Swobodnej).
Ocena: 5/5

piątek, 2 sierpnia 2013

Porządek musi być! Lipcowy śmietnik - zużycia


Lipiec przeminął, czas szybko leci, denka się mnożą, do szkoły szykują się dzieci!

Małej blogowej tradycji musi stać się zadość i u mnie musi być kolejna odsłona projektu denko. Tym razem taka trochę oszukana (kto nie oszukuje, ten nie pije szampana, czy jak to tam leciało), bo oprócz produktów, z którymi osiągnęłam dno, będzie też kilku innych wyrzutków społecznych.

Kolejno odlicz, od czupryny począwszy:


Było: Natura Siberica Szampon neutralny - nazwa tego produktu poniekąd oddaje moje odczucia odnośnie tego rosyjskiego specyfiku. No niby był w porządku, ale jakoś nie do końca. Bardzo delikatny dla skóry głowy, nie do końca sprawdził się jednak na przetłuszczających się u nasady włosach. Nie wykluczam powrotu, ale w letnich miesiącach, gdy moje włosy pokrywają się smalcem ze znacznie większą częstotliwością, to nie jest najlepsze rozwiązanie. Pełna recenzja tego produktu jest dostępna TU.

Jest: do codziennego mycia szampon jagodowy, od czasu do czasu szampon oczyszczający. Smakołyki z Balei prosto z półki w DM. 


Było: Alberto Balsam Ziołowa odżywka z ekstraktem z malin - używanie tego produktu dało mi prawdziwą nauczkę. Następnym razem nie kupię już kosmetyku do włosów w tak dużej pojemności (niech no tylko litrowy Kallos się skończy, to nic powyżej 200 ml nie przestąpi progu mojej łazienki). Znacznie lepiej zaopatrzyć się w coś mniejszego, sprawdzić działanie, a potem kupować na hektolitry. Standardowo, mądry Polak po szkodzie. Odżywka z Alberto Balsam to słabeusz, który nie przysłużył się kondycji mojej miotły. Może nie marudziłabym tak, gdyby kosmetyk pachniał malinami, którymi kusi na etykiecie... Więcej o tym produkcie przeczytacie TU.

Jest: Balea Odżywka Glatt+Glanz - ten produkt na razie mi odpowiada, choć czuję pewien niedosyt. Mam ochotę ją czymś naszprycować, ale lepiej nie będę próbowała bawić się w małego chemika, bo jeszcze pół bloku wysadzę...


Było: Yves Rocher Pure Calmille Żel do mycia twarzy - mój pierwszy produkt z Yves Rocher i od razu dobry strzał. Może nie w dziesiątkę, ale gdzieś w tych okolicach. W tym miesiącu pojawi się pełen opis wrażeń.

Jest: L'oreal Ideal Fresh Orzeźwiający żel oczyszczający - cudnie, orzeźwia i oczyszcza. Tylko czemu "orzeźwiaczem" jest w tym wypadku mentol?


Było: AA Cera Mieszana Płyn micelarny+peeling - interesujący pomysł na produkt, jednak okazał się on nie do końca udany. Nieźle sprawdzał się w roli toniku, ale i w tej kategorii nie wzbił się na wyżyny. Więcej o tym cudaku przeczytacie TU.

Jest: Tołpa Dermo Face Hydrativ Nawilżający płyn micelarny do mycia twarzy i oczu - widzę pewne podobieństwo między nim a biedronkową zarazą (czyli micelem Be Beauty), ale wydaje mi się, że jest odrobinę lepszy. Bardzo możliwe, że sobie to jednak wmawiam :D.


Było: Organique Pianka do mycia "Grecka" - zaskakujący produkt o interesującej konsystencji, zadziwiającej wydajności i średnio przyjemnym zapachu. Może firma wprowadzi do swojej oferty zapachy bardziej satysfakcjonujące mój nos i wtedy wrócę do tego kosmetyku. Na razie nie widzę aromatu dla siebie. Piankę opisałam TU.

Jest: Dove Go Fresh Odżywczy żel pod prysznic Niebieska figa i kwiat pomarańczy - próba zaprzyjaźnienia się z Dove, odsłona druga.


Było: Bielenda Granat Cukrowy peeling do ciała - produkt, którego jedynym atutem jest kolorystyka - zarówno słoiczka, jak i samego produktu. Tłuścioch bez specjalnych walorów ścierających. Marudzenie w wersji nieocenzurowanej jest dostępne TU.

Jest: Veroni Green Babana mleczny peeling cukrowo-olejowy - ten peeling pachnie i wygląda jak żelki-banany :D.


Było: Tołpa Dermo Body Cellulite Ekspresowe serum antycellulitowe 14 dni - może w dwa tygodnie cudów nie poczyni, ale po dwóch opakowaniach efekty są świetne. Nie używałam lepszego specyfiku z gatunku antycellulitowo- wyszczuplających. Dlaczego? Zdradzę to na pewno w tym miesiącu.

Jest: Dax Perfecta Mus do ciała Wyszczuplający - jak to pięknie pachnie... Kojarzy mi się z sobotą i szorowaniem wanny, toalety i kuchenki.


Było: Babydream Olejek dla mam - ideał! Nie będę się rozpisywać, bo to już nudne, wrzucę tylko link.

Jest: Babylove Mama Pflegeöl - olejek dla mam konkurencyjnej dla Rossmanna w Niemczech sieci DM. Pod względem zapachu mógłby robić konkurencję marmoladzie wieloowocowej z Biedronki.


Było: Rimmel Scandaleyes LycraFlex - za największy plus tego produktu uważam to, że posiada on formułę, która nie usztywnia rzęs. Miło jest, gdy grzebię sobie w oku i nie kują mnie jakieś uczernione kłaki :). Pełna recenzja niebawem.

Jest: Eveline Big Volume Lash Waterproof - do marki Eveline jestem bardzo uprzedzona, ale zaryzykowałam i w roli tuszu na lato obsadziłam produkt z ich stajni. Na razie nie żałuję.


Było: Maybelline Affinitone Concealer - taki korektor z gatunku "ni przypiął, ni przyłatał". Ani nie sprawdzał się pod oczami, ani na niedoskonałości. Jeszcze był na tyle złośliwy, że nie chciał się skończyć. Ale dobiłam małpiszona i wreszcie zamieniłam na nowy, miejmy nadzieję, że lepszy, model. O tym, jak Affinitone nie wyczuł odpowiedniego tonu, dowiecie się STĄD.

Jest: Pixie Reviving Under Eye Concealer - zobaczymy, czy ożywi mi skórę wokół oczu. 

Teraz zaprezentuję dowód oszustwa (a właściwie dwa dowody), w postaci zaschniętych resztek:


Było: Barbra Pro Palnt Ceramides Nail Care - całkiem dobra odżywka, której początkowo używałam zgodnie z przeznaczeniem, a potem, gdy zabrakło mi cierpliwości do systematycznego stosowania - jako bazę pod okazyjnie chwytany kolorowy lakier. Niestety jakiś czas temu zaczęła pękać pod lakierem, tworząc, szalenie modny w zeszłym roku, efekt krokodyla. Żegnam niecałą połowę opakowania bez żalu.

Jest: Revlon Colorstay Base Coat


Było: Bell Perfect Skin Eyeshadow Base - niezła baza pod cienie, która z "wiekiem" straciła swoje właściwości. Gdy zaczęła się zbijać na powiece i zachowywać jak plastelina, zrezygnowałam z jej pomocy przy makijażu. Pełną opinię na temat tego produktu znajdziecie TU.

Jest: Hean Stay on Eyeshadow Base.

Tradycyjnie zużyłam kolejne opakowanie płatków kosmetycznych Carea z Biedronki, ale nie załapały się do zdjęcia, bo psuły kompozycję. Wykończyłam też mydło z Tołpy - śmierdziało lawendą, ale do mycia rąk było niezłe, oraz mleczko opóźniające odrastanie włosków z Yves Rocher, z którym na dniach się rozprawię w osobnej notce.

Powoli zaczynam odgruzowywać pokój i łazienkę. Może kiedyś uda mi się wypracować niezbędnik, którego będę się trzymać. Jeżeli jakiś lekarz wymyśli terapię, która pozwoli raz na zawsze wyleczyć się z chomikowania - piszcie!

A jak wam poszło w tym miesiącu? Może znacie któryś z tych produktów i chcecie podzielić się swoją opinią?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...