Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

wtorek, 30 lipca 2013

Diagnoza: bubloza. Antyulubieńcy

Jakiś czas temu chwaliłam się, że dzięki blogom i szeroko dostępnym opiniom na temat kosmetyków w internecie, rzadko kiedy zdarza mi się kupować produkty, które można określić mianem bardzo nieudanych. Masz ci babo placek, wykrakałam. Ostatnimi czasy moja kosmetyczka wzbogaciła się o kilka produktów, których nie mogę określić innym mianem niż "buble".

Wiem, że niektórzy nie lubią określania czegoś mianem "bubla", ponieważ u innej osoby to coś może się sprawdzić. Dla mnie jest to jasne, że jeżeli coś właśnie tak tytułuję, to opinia ta wynika to z mojego doświadczenia i stanowi wyrażenie moich uczuć. Podobnie rzecz ma się z ulubieńcami. 

Skoro już przebrnęłam przez kwestie wstępne i terminologiczne, to czas zabrać się za sedno posta, czyli rzeczone paskudy.

Tego lata moim antyulubieńcem jest depilacja. Tak, dobrze przeczytaliście. Wolę już chodzić z krzakami na nogach i pod pachami niż zabierać się za proces "koszenia". W dużej mierze jest to wina produktów, na które "wdepnęłam".


Bardzo lubię długopisy marki Bic, dobrze mi się nimi pisze. Nie wiem jednak, dlaczego chwyciłam  w drogerii maszynki Bic Pure3 Lady. Z sentymentu? Bo ogłupiła mnie promocja na nie? Pewnie oba czynniki miały wpływ na to, że pewnego pięknego dnia wróciłam z paczką zielonych maszynek. Następny dzień nie był już taki piękny. Z bardzo prostej przyczyny - w ruch poszły niewinnie wyglądające, zielone tasaki. To, co to badziewie robi, przechodzi ludzkie pojęcie. Tak poharatanych nóg nie miałam nigdy, nawet w dzieciństwie na łydkach nie zamieszkiwała tak liczna kolonia strupów. Nieważne, czy użyłam żelu pod prysznic, odżywki do włosów, czy też pianki lub żelu do golenia - nogi za każdym razem były tak samo zmasakrowane. Miejsce po każdym włosku zakończone było strupkiem. Gdy przypadkiem drasnęłam nogę, to nie mogłam przestać się drapać. Koszmar! Za darmo bym ich nie chciała, ba, uważam, że za te męczarnie Bic powinien dopłacać do interesu.


Ponieważ w tym roku maszynki nie zdały egzaminu, zdecydowałam się na od dawna planowany krok, czyli zmianę metody depilacji. Wosk kusił mnie od miesięcy, ale bałam się, że zrobię sobie krzywdę. Oczyma wyobraźni widziałam już krwiaki na łydkach i prawie czułam okropny ból. Ciekawość była jednak silniejsza i przy okazji zakupów "na pocieszenie" w Biedronce, chwyciłam plastry Tanita.
Może ja ich nie umiem używać, może źle je rozgrzewam, może po prostu jestem za głupia na używania plastrów z woskiem. Nie wiem. Fakt jest taki, że mimo tego, że kilka razy podchodziłam do używania tego wynalazku, efekt za każdym razem był mierny. Nieważne, jak rozgrzewałam plastry. Włoski tkwiły na swoim miejscu i nie zamierzały nawet drgnąć. Za to plastry zapewniły inne efekty specjalne. Moim ulubionym momentem depilacji była chwila, gdy plaster po oderwaniu został goły, a na łydce został smerfny wosk, który za nic nie chciał zejść. Bałam się, że ten niebieski glut zostawi mi niebieską pamiątkę. Czego ja nie robiłam, żeby się tego pozbyć. Załączona do tego zestawu oliwka w ogóle się nie przydała, nie pomagała w usuwaniu resztek, chyba pełni ona rolę ozdoby. Wosk siedział dalej. W końcu, po długich pertraktacjach, kilku peelingach, a w końcu żmudnym skubaniu skóry, udało mi się pozbyć niebieskiej mazi. Nigdy więcej!


Nigdy nie byłam dużą fanką marek bardzo popularnych. Produkty Nivea, Garnier i Dove niespecjalnie mnie rajcowały. Jednak postanowiłam się przeprosić z okupantami półek w każdej drogerii i każdym markecie, i zaczęłam wprowadzać do swojej pielęgnacji świetnie znane ogółowi, mniej bliskie mi samej, marki. Na blogach od jakiegoś czasu migały mi produkty Dove, dlatego zdecydowałam się spróbować zaprzyjaźnić się z tą marką. 
Jak wiecie, lubię testować antyperspiranty. Mam problem z potliwością, dlatego szukam skutecznej ochrony. Nie wiem, dlaczego zdradziłam ulubionego Garniera Invisi Mineral Calm (wybacz mi, skarbie :D), najpierw ze słabą kulką Yves Rocher, a następnie z równie "udanym" wytworem z Dove.
Dove Invisible Dry miał szansę przypaść mi do gustu. Pomijając obietnicę 48 godzin ochrony (drodzy producenci, nie patyczkujcie się, od razu wpiszcie 2 lata), antyperspirant, który nie brudzi ubrań, zawsze jest mile widziany. Tylko, gdyby jeszcze Dove robił, co powinien... Nie będę się czepiała tego, że zostawia żółte mazy na białych i jasnych ubraniach, w końcu producent nie namalował na opakowaniu białej ani kolorowej koszulki. Skupmy się więc na czarnych ubraniach. Ależ oczywiście, że Dove zostawia ślady. Przepiękne malownicze pręgi pysznią się na całej długości bluzek (bez względu na to, czy założę ciemną koszulkę 5, 10, 20 czy pół godziny po aplikacji). No dobra, mogę spróbować zakładać worki, zamiast obcisłej odzieży jak dla ulicznicy. Moja wina, nie ma sprawy, mogę się poprawić. Byle tylko produkt dobrze chronił. A gdzie tam. Trzy godziny to maksimum jego możliwości, zarówno pod względem ochrony, jak i zapachu. Dziękuję bardzo, wolę długotrwałe związki niż przelotne romanse.

Promocja -40%, którą jakiś czas temu uraczył nas Rossmann, a która obejmowała kosmetyki kolorowe i pielęgnację twarzy, również przyczyniła się do wzbogacenia mojej kosmetyczki o średnio udane produkty.


Marka Garnier ostatnio u mnie punktowała - udał im się antyperspirant, świetnie wyszedł im płyn dwufazowy. Nabrałam do nich zaufania i, gdy szukałam peelingu do twarzy, na ślepo chwyciłam właśnie Garnier Czysta Skóra Active Ultrazłuszczający Peeling.
Choć na przodzie opakowania producent krzyczy, że w rękach właśnie trzymam peeling, w dodatku o świetnych właściwościach złuszczających, to po lekturze etykiety z drugiej strony tuby, można się dowiedzieć, że właściwie jest to żel do mycia twarzy (prawdziwego peelingu, w przeciwieństwie do tego kosmetyku, nie nakłada się codziennie). Garnier ma postać emulsji z zanurzonymi w niej delikatnymi drobinkami - bardzo delikatnymi, które nie ścierają naskórka w wyczuwalny sposób. Żel do mycia twarzy, zwłaszcza dla cery trądzikowej, z pewnością by się u mnie nie zmarnował. Gdyby nie jedna rzecz. Produkt ten ma w swoim składzie mentol! Jest go tak dużo, że aż szczypie mnie w twarz! Nie mogę używać kosmetyku, po którym mam wrażenie, że buzia mi odpadnie! W nowym żelu L'oreal, który niedawno kupiłam, też jest ten składnik - jednak tamten produkt nie robi mi krzywdy (choć przyjemny w używaniu nie jest). Uważam, że producenci powinni eksponować obecność mentolu w produkcie, nie każdy ma dryg do zagłębiania się w skład w pośpiechu.


Odkąd skończyłam buteleczkę olejku z drzewa herbacianego, nie miałam preparatu na wypryski. Co prawda, gdy pielęgnację wzbogaciłam o maseczki z glinki i krem Baikal Herbals, cudaków pojawia mi się znacznie mniej. Nie oznacza to jednak, że paskudy sobie odpuściły. Czasami przypominają o swojej obecności, obdarzając mnie "rogami" w dziwnych miejscach. Z myślą o takich awaryjnych sytuacjach, wrzuciłam do koszyka Synergen Anti-Pickel Gel. Moja cera lubi kwas salicylowy, więc spodziewałam się, że żel z jego zawartością będzie zbawieniem.
Produkt ten nie zrobił niczego moim syfkom. Zupełnie go zignorowały. Smarowałam się nim często, aż w końcu straciłam cierpliwość i syfy potraktowałam spirytusem salicylowym, który ładnie je rozgromił. Ten żel to porażka. Bardzo mocno pachnie alkoholem, ale sądziłam, że może ten składnik ułatwi działanie kwasowi salicylowemu. Pozytywnych skutków nie odnotowałam. Żel dziwnie zachowywał się na skórze, po aplikacji tworzył taką suchą błonę. Producent zalecał częste "powtórki z rozrywki", a wraz z kolejnymi porcjami, powłoka rosła, robiła się biała i nieestetyczna. Nie było mowy, żeby na to nałożyć makijaż. Wystarczyło niechcący dotknąć ręką twarzy, żeby zostały na niej białe farfocle. Szkoda się męczyć.

Nie myślcie, że tylko produkty pielęgnacyjne nie przypadły mi do gustu. Dwa kosmetyki kolorowe również nie wpiszą się na chlubną kartę kosmetycznej historii.


Nie jestem zbyt wybredna w kwestii tuszu do rzęs. Nie oczekuję, że maskara podwoi mi liczbę włosków i z g. ukręci bat. Wystarczy mi delikatne podkreślenie rzęs. Nie marudzę, gdy efekt nie jest spektakularny. Ale udało mi się znaleźć tusz, który nie sprostał nawet niezbyt niewygórowanym wymaganiom.
Bell Glam&Sexy Mascara kupiłam z myślą o lecie, kiedy to potrzebuję bardziej trwałego tuszu do rzęs. Wodoodporny Bell wydawał mi się dobrym rozwiązaniem. Niestety, nadzieje okazały się płonne. Zaznaczam, że tusz był świeży, oklejony, szyjka nie była brudna, nikt nie pchał tam swoich ślepi.
Jedyny efekt, jakiego można się spodziewać po tej maskarze to masakra. Rzęsy podkreśla bardzo delikatnie, właściwie nadaje im tylko czarny kolor. Jest wodoodporna, ale się kruszy. Niestety razem z rzęsami. Używam kosmetyków kolorowych po to, żeby wyglądać lepiej, a nie jak gorzej. Wolę chodzić z niepomalowanymi rzęsami niż bez nich.


Darowanemu koniowi podobno nie zagląda się w zęby. Nic nie poradzę na to, że ja w zęby zaglądam, sprawdzam kopyta i uszy. Gratis powinien być miłym prezentem, a nie zbukiem.
Zmikronizowane łupiny owoców arganowca otrzymałam do zamówienia podkładu mineralnego Pixie Cosmetics. Ucieszyłam się, że dostanę w łapki "zmikronizowane łupiny owoców arganowca o pięknym beżowym odcieniu, które doskonale sprawdzą się jako niezwykle lekki i skuteczny puder matujący". Brzmi jak bajka, prawda? Powiedzcie mi jednak, czy ja jestem jakaś dziwna i mam inne wyobrażenie na temat beżu? Bo widzę tu odcień, któremu najbliżej jest do koloru pomarańczowego.


Skoro już jednak trafiło mi się takie "ziarno", to chciałam sprawdzić jego działanie matujące. Niestety, jest praktycznie żadne. Matuje po nałożeniu dużej ilości (a wtedy doskonale widać ten uroczy kolor) i na zaledwie kilkanaście minut. Nie dla mnie, szukam czegoś skutecznego i na pewno nie w kolorze egzotycznego owocu.

Jaki płynie z tego morał? Najlepiej nie polować na promocje, nie łakomić się na gratisy, nie ufać markom, nie wpadać do sklepu w pośpiechu i złym humorze. Podsumowując: zrezygnować z nieprzemyślanych zakupów :).

sobota, 27 lipca 2013

Chaos i rozpusta, czyli nowości lipcowe

Miałam być grzeczna, wybrać się na odwyk, wyleczyć zakupoholizm. Nadmiar wolnego czasu, ogromne samozadowolenie i poczucie własnej zajedwabistości przyczyniły się do tego, że wpadłam w czułe objęcia kosmetykoholizmu. Cóż, mówi się trudno i płynie się dalej - na dno :D.


Hebe w lipcu zafundowało kolejny tydzień z obniżkami -40% na kosmetyki kolorowe. Z tej okazji udałam się na małe polowanie. Ponieważ mój lakier bazowy (odżywka Barbra) przestał spełniać swoją funkcję, wybrałam bazę Revlon Colorstay (34,99 20,99 zł), którą kusiła Marie. Po jej zakupie odechciało mi się malowania paznokci (minęła mi faza na zabawy lakierami :D) i na razie czeka grzecznie w pudełku. 

Kończył mi się tusz do rzęs Rimmel Scandaleyes i doszłam do wniosku, że potrzebuję jakiejś maskary, najlepiej wodoodpornej, takiej na lato, kiedy słońce świeci mocniej, a ja beczę bardziej. Kupiłam co prawda jakiś czas temu produkt z Bell, ale ten tusz okazał się całkowitą klapą - owszem, jest wodoodporny, ale się kruszy. Razem z rzęsami. Mój wybór padł więc na Eveline Big Volume Lash (16,99 10,18 zł). Na drugi dzień listonosz przyniósł nowość z Rimmel Lash Accelerator - sama już nie wiem, czym się mazać :D.

W Hebe ruszyła ostatnio wyprzedaż, podczas której udało mi się upolować wycofany w zeszłym roku błyszczyk Essence Stay With Me 04 Trendsetter (8,99 2,70 zł), oraz pędzelek do smokey eyes, który wyemigrował do drugiej szafy (5,99 1,80 zł). Pędzelek do smokey uwielbiam, a Trendsetter przypomniał mi dlaczego nie przepadam za tą serią błyszczyków - zbierają się na krawędziach ust, pozostawiając środek goły.

Lato jest okresem, kiedy moja cera tłuści się jak wściekła. Postanowiłam zaryzykować i chwyciłam w Hebe bibułki matujące Purederm (ok. 10 zł). Polecam wszystkim antyfanki paskudnych bibułek Wibo, aby spróbowały tych. Te, których oczekiwania spełnia Wibo, zachęcam jeszcze bardziej.

Baza pod cienie z Bell ostatnimi czasy skamieniała (nic dziwnego, termin przydatności już się skończył), dlatego postanowiłam odwiedzić nowo otwarty pasaż przy ul. Swobodnej, dokąd z Zielaka przeniosło się Tanyo. Mam nadzieję, że chwalona baza Hean (13,80 zł) okaże się tak fantastyczna, jak większość dziewczyn pisała.

Najbardziej jestem zadowolona z "zakupu" eyelinera Maybelline Master Precise, a ściślej mówiąc z jego ceny. Nie zapłaciłam za niego nic (czyli przecena wyniosła 25,99 zł :D), ponieważ udało mi się wypełnić rozsyłaną przez Super-Pharm ankietę jako jedna z tysiąca pierwszych osób i otrzymałam kupon na tenże eyeliner. Sama bym go nie kupiła. A jest naprawdę fantastyczny, nawet taka patentowana ciamajda, jak ja, umie sobie nim namalować znośną kreskę.


Gdy realizowałam kupon na eyeliner, spontanicznie zdecydowałam się sprawdzić cenę wody termalnej Uriage. Ponieważ maszynka Bic okropnie poharatała mi nogi, ze względu na w miarę przyjazną cenę na naklejce (19,99 zł), chwyciłam Uriage i pobiegłam do kasy. Na paragonie cena okazała się dużo niższa od tej nalepionej (ok. 32 14,99 zł).


O peelingu Veroni Green Banana pierwszy raz usłyszałam od Let's Talk Beauty, która roztoczyła przede mną wizję pięknego zapachu bananów podczas pogaduch na spotkaniu w czerwcu. Pech chciał, że niedawno Mydlarnia Wrocławska przeceniła ten produkt o 15% (26 22,10 zł). Niby nic, ale zawsze kilka złotych w kieszeni. Choć ten produkt nie jest może idealny, to przy Bielendzie jest ósmym cudem świata.


W związku ze zmianami asortymentu Pixie (redukcją kolorów i odświeżeniem opakowania), za pośrednictwem Alledrogo, marka wyprzedawała to, co miała, kusząc gratisami. Ponieważ w tym sezonie wymyśliłam sobie, że mam karnację złotą, szukałam podkładu w odcieniu żółtym. Skusiłam się na oliwkę Shaylee 2, która początkowo robi ze mnie zielonego ufoludka, ale potem ładnie dopasowuje się do cery. Nie bez wpływu na zakup pozostawał fakt, że do zamówienia dołączone były dwa korektory (na jednym łapę położyła mama) oraz puder "w pięknym beżowym odcieniu". Ten odcień nie jest ani piękny, ani beżowy :D. 

W ostatni weekend wybraliśmy się z małą wizytą do rodziny. Planowaliśmy wycieczkę w góry, ale ze względu na nieciekawą pogodę, nic z tego nie wyszło. Zamiast jednak leżeć potulnie na leżaku i obracać kiełbaski na grillu, wskoczyłam tacie do samochodu i kazałam się wysadzić w Zgorzelcu. Miasto przebiegłam jak na skrzydłach. Celu chyba nie muszę nikomu tłumaczyć. Jak burza wpadłam do DM, po którym... błąkałam się blisko godzinę, sama nie wiedząc, czego chcę :D. Uzupełniłam więc zapasy i połakomiłam się na kilka nowości.


Tym razem uważnie przyglądałam się etykietom. W maju koniecznie chciałam sztyft do ust Alverde z wanilią i mandarynką (1,15 euro), ale coś mi się pomerdało i wzięłam ten nagietkowy. Naprawiłam to małe niedopatrzenie.


Gdy jakiś czas temu planowałam zakupy w niemieckiej sieci, postanowiłam, że następnym razem skuszę się na lakier p2 volume gloss 020 business woman (1,95 euro). Z myślą o jesieni wrzuciłam do koszyka właśnie ten kolor. Limitka Pool Side Party niespecjalnie mnie podniecała na zdjęciach promocyjnych. W sklepie też nie, ale ponieważ byłam niepocieszona z powodu braku jednego z produktów, na które polowałam, skusiłam się na lakier 020 violet summerdream. Wzięłam także pilniczki z Ebelin (0,85 euro/10 sztuk), bo często mi się gubią, więc zapas się przyda.


Uwielbiam oliwki przeznaczone dla przyszłych matek. Moim faworytem jest olejek z Babydream z Rossmanna. Zdecydowałam się skonfrontować ulubieńca z odpowiednikiem z konkurencyjnej sieci, więc do koszyka wpadł olejek z Babylove (2,95 euro).


Przez całe życie goliłam się na żel pod prysznic. Ale ostatnio moja skóra źle znosi depilację i postanowiłam kupić coś, żeby maszynka łatwiej się ślizgała. Postawiłam na Baleę i żel Caribbean Dreams (1,35 euro). Piankę do golenia Vendig wzięłam, bo stała obok i się do mnie cieszyła z półki :D:D (0,95 0,75 euro).


Nie planowałam zakupu żeli pod prysznic Balea (0,65 euro), ale skoro wrzucałam do koszyka męskie myjadła, to z rozpędu złapałam dwa damskie warianty: Fjii Passionfruit i Blaubeere.

W DM zamierzałam się skupić na produktach do włosów. Trochę mina mi zrzedła, gdy okazało się, że kudłate hieny zostawiły na półce tylko puste miejsce po mleczku do włosów Balea. No nic, na pocieszenie kupiłam lakier do paznokci. Może innym razem uda mi się upolować tę odżywkę bez spłukiwania. Nie wyszłam jednak z gołymi rękami.


Jagodowy szampon Balea (0,65 euro) to ostatnio mój ulubieniec. Nie mogłam więc nie skorzystać z okazji i nie zaopatrzyć się w kolejne butelki.


Z racji tego, że jagodowa Balea nie ma silnych właściwości oczyszczających, potrzebowałam szamponu, którym mogłabym dogłębnie umyć włosy. W linii "profesjonalnej" znalazłam coś, co zdaje się idealnie odpowiadać moim potrzebom - mam nadzieję, że szampon głęboko oczyszczający (1,45 euro) mnie nie zawiedzie.

Wśród moich zakupów dominuje Balea, choć z tego co czytam, większym zainteresowaniem cieszy się Alverde, jako marka bardziej przyjazna pod względem składu (tony alkoholu prawie wszędzie, brrr :D). Dużo osób chwaliło intensywnie odbudowujący szampon z ekstraktem z amarantusa (1,95 euro). Uwielbiam testować szeroko pojęte hity i szukać rys w ich doskonałości. Sasasasa :D.


Nie samymi szamponami żyje człowiek. Odżywka do włosów też się przydaje. Szczególnie, gdy kołtuny są bardzo niesforne. Odżywkę wygładzającą z Balei (1,45 euro) przywiozłam pierwszy raz w maju i dopiero niedawno zaczęłam używać. Zaciekawiła mnie na tyle, że chciałam mieć w szafce jeszcze jedną :).

To już wszystkie moje grzechy w tym miesiącu. No, może prawie wszystkie. Do zdjęć nie załapał się kupiony w Sephorze sztyft Yes to Carrots w kolorze Soft Plum (29,90 9,90 zł), który błąka się gdzieś w czeluściach torebki. Więcej grzechów nie pamiętam, ale żadnego nie żałuję :).

A wam co ciekawego przybyło w tym miesiącu?

środa, 24 lipca 2013

Shrek i jego wielkie greckie wakacje. Organique Pianka do mycia "Grecka"


Myślę, że zielonego stwora, który mieszkał w małej chatce na bagnach, nie muszę nikomu przeszkadzać. Jego umiłowania do pielęgnacji przy użyciu błota też nie. Tym razem Shrek opuścił bagno i wybrał się na małe wakacje. Lato jest, okres urlopowy, nawet straszydła na pełen etat potrzebują chwili relaksu. Akurat upolował ofertę last minute do Grecji. Spakował walizki, zabrał żonę i dzieciaki, i poleciał! Na lotnisku go zatrzymali i zapuszkowali :D.

Wiecie, że żele pod prysznic zużywam w tempie ekspresowym. Nigdy ich nie oszczędzam, wręcz wylewam je na siebie. Średnio schodzi mi pół litra żeli w miesiącu. Dlatego też, gdy zobaczyłam mały słoiczek pianki do mycia z Organique, to prawie parsknęłam śmiechem. Byłam święcie przekonana, że zużyję ten produkt w tydzień. Organique zrobiło mi psikusa, ale o tym za chwilę.


Lubię opakowania, które ułatwiają życie. Pompki, butelki z wypustkami ułatwiającymi trzymanie, płaskie korki to drobne szczegóły, które bardzo potrafią uprzyjemnić codzienne czynności. Słoiczek tego produktu do najwygodniejszych nie należy. Nie mam nic przeciwko słoiczkom, nie przeszkadza mi aż tak bardzo, gdy są w nie zapakowane masła do ciała. Ale w przypadku produktu do kąpieli/pod prysznic takie rozwiązanie uważam za nietrafione. Rozkręcanie tego mokrymi dłońmi, może skończyć się pływaniem  w wannie. Butelki są dużo bardziej poręczne.

Pianka ma, uwaga, będzie zaskoczenie, konsystencję... pianki :D! Kojarzy mi się trochę z lekkim kremem do ciasta, delikatnym, puszystym musem. Pianka dobrze się rozprowadza, wbrew temu, co mi się wydawało, wcale nie trzeba jej dużo. Porcja wielkości pół łyżeczki (no, może ciut więcej) w zupełności wystarcza do umycia się. Produkt się praktycznie nie pieni. Nie wysusza skóry. Jest dość wydajny, zużycie takiego malucha zajęło mi 3 tygodnie.

Na koniec wspomnę o drobiazgach, które oddziałują na zmysły (tekst jak z reklamy :D). Pianka ma optymistyczny zielono-żółty kolor i niestety trochę brudzi wannę, a jeżeli niedokładnie ją zmyję (co czasem się mi zdarza), to to barwi również ubrania.

Organique nie postarało się niestety w kwestii zapachu. Rozumiem, że pianka Grecka miała pachnieć oliwkami. Oliwki to nie są, zapach przypomina raczej żelki - od czasu do czasu takie aromaty mi nie przeszkadzają, ale wąchane codziennie mogą się szybko znudzić. Wybrałam się do sklepu firmowego w celu zbadania innych wariantów i niestety żaden z nich nie zachwycił - pomarańcza jest sztuczna, Afryka pachnie błotkiem, mleczna kojarzy się z kozą, jedynie lekko męska kolonialna daje radę. Zapach utrzymuje się na skórze przez około godzinę po myciu.

Organique stworzyło bardzo ciekawy produkt. Konsystencja, wydajność i brak wysuszenia skóry to spore atuty. Niestety średnio wygodne opakowanie i niezbyt interesujące zapachy nie zachęcają do ponownego zakupu. 

Skład: Aqua, Glycerin Sorbitol, Sodium Cocoyl Isethionate, Disodium Lauryl Sulfosccinate, Sodium Chloride, Sodium Stearate, Propylene Glycol, Sodium Laureth Suflate, Parfum, CI 19140, Sodium Laurate, CI 42080, CI 16255, Tetrasodium EDTA, Phenoxyethanol, Lauric Acid, Stearic Acid, Pentasodium Pentate, Tetrasodium Etidronate

Cena: 16 (30) zł/100 (200) ml
Dostępność: salony firmowe Organique
Ocena: 4/5

niedziela, 21 lipca 2013

Wstrząśnięta i zmieszana. AA Cera Mieszana Płyn micelarny+peeling do demakijażu twarzy 2w1

Płyn micelarny to fantastyczny wynalazek. Upowszechnienie tej formuły uwolniło spod jarzma mleczek do demakijażu rzesze antyfanek tego typu kosmetyku. Na samą myśl o tłuściutkiej emulsji przechodzą mnie ciarki.

W obecnej chwili na polskim rynku kosmetycznym mamy zatrzęsienie płynów micelarnych. Wybierając się do drogerii, można zauważyć, że prawie każda firma ma w swojej ofercie przynajmniej jeden produkt tego rodzaju. Jest więc w czym wybierać.

Z płynami micelarnymi AA mój związek jest raczej burzliwy. Miałam do czynienia z kilkoma z nich i raczej nie byłam zachwycona. Czy płyn z serii przeznaczonej dla cery mieszanej zmienił moje odczucia?

Gdy ten produkt trafił w moje ręce, z wielkim zaskoczeniem przeczytałam na etykiecie, że to nie taki zwykły myjący płyn. Dostrzegłam napis "peeling" i zaśliniłam się na samą myśl o jego używaniu.

O opakowaniu nie będę się rozpisywać, bo jest ono bardzo standardowe dla marki AA. Wysokie, nieprzezroczyste, z dużym otworem w klapce. Nie ma czym się zachwycać, ani czego krytykować.

Zacierałam ręce na myśl o płynie z efektem peelingu. Wyobrażałam sobie wypływające z opakowania drobinki... Nie wpadłam na to, że płyn może ich nie mieć. Byłam więc srodze rozczarowana, gdy na waciku nie dostrzegłam upragnionych kryształków. Coś tam kiedyś słyszałam o peelingach enzymatycznych, ale jakoś nie wierzę w peelingi bez drobinek :). Płyn AA nie zastąpił mi peelingu, musiałam wspomagać się dodatkowym ścierakiem.

Skoro kwestię urojonych drobinek mam z głowy, to warto byłoby wspomnieć o samym płynie. Niestety, powielił dwie negatywne cechy płynów micelarnych AA - pieni się (aż skwierczał na waciku) i pozostawia lekko klejącą warstwę. Ta powłoczka nie jest tak mocna, jak  przypadku płynu Ultra Nawilżanie, ale do najprzyjemniejszych nie należy.

W kwestii zmywania makijażu płyn radzi sobie całkiem dobrze. Producent nie zaleca zmywania nim oczu, dlatego nie przetestowałam jego skuteczności w starciu z linerami i tintami. Ale ze zmywaniem podkładu i siedmiu warstw korektora radzi sobie dobrze. Cera po jego użyciu wygląda na czystą, odświeżoną (tylko to uczucie lepkości). Przemywałam nim twarz rano i wieczorem - muszę przyznać, że moja skóra lubi was azelainowy. Podobnie jak w przypadku toniku z serii Therapy Trądzik zauważyłam, że dobrze uzupełnia przeciwsyfową pielęgnację.

Na koniec zostawiłam sobie największy minus tego produktu - zapach. Bardzo nieprzyjemny, trochę podobny do tego, którym charakteryzował się tonik dla cery trądzikowej.

Ten kosmetyk nie podbił mojego serca. Pianę toleruję podczas kąpieli, lepkość - w cukierkach. Choć działa nieźle, to jednak te wady przemawiają na jego niekorzyść. Zdecydowanie bardziej odpowiadał mi tonik z serii Therapy i to do niego wrócę.

Skład: Aqua, Propylene Glycol, Sodium Cocoamphoacetate, Glycerin, Betaine, Polysorbate 20, PEG-12 Dimethicone, Azelaic Acid, Niacinamide, Yeast Ferment Extract, Zinc Gluconate, Aesculus Hippocastanum Seed Extract, Citrus Medica Limonum Fruit Extract, Biotin, Vitis Vinifera Fruit Extract, Ammonium Glycyrrhizate, Passiflora Edulis Fruit Extract, Ananas Sativus Fruit Extract, Sodium Hyaluronate, Caffeine, Durvillea Antartica Extract, Saccharum Officinarum Extract, Panthenol, Allantoin, Tetrasodium EDTA, Polyaminopropyl Biguanide

Cena: ok. 15 zł/250 ml
Dostępność: Rossmann, Hebe, Super-Pharm, Natura, Jasmin
Ocena: 3,5/5

P.s. Płyn został mi przekazany przez firmę Oceanic - nie miało to wpływu na treść zamieszczonej recenzji ani ocenę produktu.

czwartek, 18 lipca 2013

Zwiewna mgiełka dla herod-baby. Bath&Body Works Pink Chiffon Mgiełka zapachowa

Osoby, którym zdarzało się wcześniej wpadać na mojego bloga, wiedzą, że w kwestiach perfum/wód toaletowych/wód perfumowanych/mgiełek i innych produktów, które mają pomóc nam leżeć i pachnieć, jestem niezbyt zorientowana. Mój zmysł powonienia działa chyba trochę inaczej niż u większości kobiet, ponieważ zwykle wyczuwam jakieś dziwne nuty. Proszek do prania i mydło wywęszę wszędzie :D. To już chyba obsesja.

W jakim wieku odnalazłyście "swój" zapach? Może jestem opóźniona w rozwoju, ale ja jeszcze takowego nie odkryłam. Jest kilka pozycji, które naprawdę polubiłam (np. Moschino I love love), ale nawet one nie są do końca tym, czego szukam. Wiecznie coś jest nie tak: za słodkie, zbyt mydlane, za dużo kwiatków, hektolitry piżma, cytrusy jak w środkach czystości, mdłe, za mocne, zbyt lekkie, pachną potem... Nie dogodzisz :D. I tak się bujam po świecie, pryskając się czym popadnie - wszystko jest złe, a pachnieć czymś trzeba.

Marka Bath&Body Works triumfalnie wkroczyła na polski rynek w zeszłym roku. Choć twierdzenie, że podbija Polskę jest raczej na wyrost. Chyba, że Polskę utożsamiać wyłącznie z Warszawą. Tak, wkurza mnie to - zarówno jako Wrocławiankę, jak i kosmetoholiczkę.

Mityczne produkty B&BW trafiły do mnie za sprawą konkursu u Krzykli. Gdy tylko dobrałam się do przesyłki, w ruch od razu poszła mgiełka. Przetestowałam ten zapach w trakcie późnej jesieni, zimy, wiosny i w pierwszych gorących dniach. I uważam, że na każdą porę roku jest odpowiedni. Dlaczego? Jest taki...taki...bez wyrazu, choć nie można odmówić mu swoistego uroku.

Mgiełka to nie woda perfumowana, czy toaletowa i teoretycznie nie powinnyśmy się spodziewać, że jej zapach będzie utrzymywał się na skórze przez długie godziny. Jednak świetna (zarówno pod względem trwałości, jak i intensywności zapachu) mgiełka z The Body Shop trochę mnie rozpuściła. Myślałam, że B&BW jej dorówna, zwłaszcza, że wiele osób wskazywało tę właśnie firmę jako konkurencję marki The Body Shop. Pod względem trwałości Pink Chiffon raczej nie wykazał się chlubnymi osiągnięciami - pół godziny na skórze to dla mnie trochę za mało. Na ubraniach trzyma się ok. 3 godziny. Zapach jest delikatny, bardzo ulotny.

Gdy pierwszy raz rozpyliłam Pink Chiffon na skórę, poczułam wiosnę. Naprawdę! Na pierwszy plan wybiła się nuta kwiatu jabłoni. I to właściwie jedyny komponent tego zapachu, który się jakoś wyróżnia. Reszta tworzy słodki kompot, który mi pachnie watą cukrową i mandarynką. Pink Chiffon nie jest jednak ciężkim ulepkiem, wręcz przeciwnie, jest dość lekki i zwiewny. Przyjemnie się go nosi, nie przeszkadza, ale też jakoś specjalnie nie umila życia. Taki miły, niezobowiązujący zapach. W sam raz dla nastolatki :).

Chciałabym kiedyś powąchać inne produkty tej marki. Ciekawa jestem, czy wody toaletowe mają większą moc rażenia. Nuty zapachowe na stronie internetowej oddziałują na wyobraźnię :).

Cena: 49 zł/236 ml
Dostępność: sklepy Bath&Body Works (Warszawa: Galeria Mokotów, Złote Tarasy)
Ocena: 3/5

poniedziałek, 15 lipca 2013

Niewypał. Bielenda Granat Cukrowy peeling do ciała

Ostatnimi czasy dostałam hopla na punkcie peelingów. Z uporem maniaka ścieram twarz, stopy, usta i ciało. Jeszcze została głowa i dłonie. Hmmmmmm, coś trzeba będzie wymodzić :D.

Tak szczerze mówiąc, to prawdopodobnie te wszystkie peelingi/scruby można by zastąpić jednym, góra dwoma produktami. Dlatego warto się zastanowić, czy faktycznie warto inwestować w kosmetyk dedykowany przez producenta konkretnej partii ciała. Czasami lepiej w ogóle odpuścić, niż męczyć się z beznadziejnym przypadkiem.

Peeling z Bielendy kupiłam przy okazji małej napaści na Lidla. Weszłam po żelki, wyszłam z peelingiem. Taka zdolna to tylko ja jestem. Tak sobie myślę, że trzeba było wziąć dwie paczki żelków zamiast tego peelingu :).

Przy okazji recenzji masła Beauty Milky, szydziłam trochę z opakowania składającego się z dwóch "miseczek", jedna w drugiej. Wydawało się, że skoro opakowanie jest duże, to i musu będzie dużo. Niestety tak nie było. Jakiś czas temu Bielenda zmieniła opakowania i zniknęła rażąca dysproporcja między miskami. Świetnie, słoiczek prezentuje się bardziej estetycznie. Ale... Na miłość boską, dlaczego wypełniony jest produktem do połowy (wersja dla optymistów)/w połowie pusty (wersja dla pesymistów). Kompletnie tego nie rozumiem. 

Peeling jest dość gęsty i tłusty. Po nabraniu porcji z opakowania, wydaje się, że grube drobinki będą wyjątkowo bezlitosne. Niestety czar pryska po kilku ruchach na skórze. Kryształki rozpuszczają się zbyt szybko. Aby dobrze zetrzeć naskórek, trzeba mocno pocierać. Ten proces utrudnia jednak tłustawa warstwa, która sprawia, że drobiny ślizgają się po skórze, zamiast porządnie trzeć. Wielka szkoda. Delikatna tłusta warstwa pozostaje na skórze. O ile w przypadku nóg nie odnotowałam jej negatywnego wpływu na skórę, tak w przypadku dekoltu dorobiłam się kilku ropnych krostek (moja skóra na twarzy i dekolcie nie przepada za parafiną).

Produktu, co widać na załączonym zdjęciu, wcale nie jest dużo. Nie jest więc zbyt wydajny. Taki słoiczek wystarczył na około 5 razy (nie pamiętam dokładnie). 

Jeżeli myślicie, że oprócz walorów estetycznych (wesoły zielony słoiczek i różowoczerwona zawartość) peeling posiada zaletę w postaci zapachu, to się mylicie. Matko jedyna, jak to śmierdzi! Wiem, że zarówno sam zapach, jak i jego odbiór to kwestia indywidualna. Może którejś z was ten aromat odpowiada. Mnie nie, kleju nie lubię.

Bielendzie nie udał się ten produkt. Wyjątkowo sprytnie został opakowany w zwracające uwagę opakowanie. Jasne, atuty trzeba zawsze eksponować. Szczególnie, gdy jest tylko jeden.

Skład: Sodium Chloride, Paraffinum Liquidum , Sucrose, Petrolatum, PEG-40/45 Hydrogenated Castor Oil, Silica, Punica Granatum Fruit Extract, Cocos Nucifera (Coconut) Shell Powder, Cocos Nucifera Oil, Tocopheryl Acetate, Ascorbyl Palmitate, Lecithin, Aqua (Water), Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Butylparaben, Isobutylparaben, Parfum, Hydroxycitronellal, Lilial, Limonene, Mica, CI 77891 (Titanium Dioxide), CI 77491.

Cena: ok. 17 zł/200 ml
Dostępność: Hebe, Natura, Super-Pharm, Rossmann
Ocena: 1,5-2/5

niedziela, 14 lipca 2013

Co z tego wyniknęło? Rozwiązanie konkursu AA

Zgodnie z zapowiedzią, dziś nadszedł czas ogłoszenia wyników konkursu. Przy niektórych propozycjach rozwinięcia skrótu "AA" nieźle się ubawiłam :). Te urzekły mnie najbardziej:


Ciekawa jestem tego Awangardowego Adwokata. Będzie miał dredy i różową togę :D?

Antydepresyjnym antidotum jest dla mnie czekolada :D. No dobra, kosmetyki też skutkują.
Ciekawa jestem jakie w tym alfabecie miałyby rozwinięcie poszczególne litery :).

Cud, miód i orzeszki :D

Ciężkie (i najlepiej pachnące) armaty zawsze warto wytoczyć w walce o piękne ciało.

Zwycięzców (a właściwie chyba zwyciężczynie) poproszę o przesłanie adresów na: roztrzepanakrolewna@gmail.com
Na adresy czekam do środy.

Gratulacje!

sobota, 13 lipca 2013

Poniewczasie. Neutrogena Formuła Norweska Ochronny sztyft dla suchych i spierzchniętych ust SPF 4

Zdolna ze mnie bestia. Jeszcze chyba nigdy wyrobienie sobie opinii na temat danego produktu nie zajęło mi ponad roku. Jasne, zwykle potrzebuję dłuższej chwili, żeby dokładnie zapoznać się z kosmetykiem i w tym czasie często zmieniam zdanie, ale w takim burzliwym związku, jak ze sztyftem Neutrogeny, nie byłam jeszcze nigdy.

Sztyft trafił do mojej kosmetyczki z powodu... pazerności :D. W cenie kremu do rąk mogłam mieć pomadkę ochronną, więc żal nie skorzystać. Jeszcze się o nią musiałam upominać w Rossmannie :D. Oba produkty dostały zakwaterowanie w torebce i tak zwiedzały razem ze mną świat. O ile co do kremu dość szybko udało mi się określić stanowisko, tak ze sztyftem miałam spore problemy. Choć planowałam napisać tę recenzję zimą (bo do ochrony o tej porze roku nadaje się ten sztyft), to jednak pojawia się ona dopiero teraz.

Pomadka zamknięta jest w, typowym dla tego typu produktów, opakowaniu z mechanizmem wysuwającym. Pomimo długiego okresu używania, nic się nie zacina. Mam trochę zastrzeżeń odnośnie zatyczki, która trzyma się dość luźno i kilka razy wybrała się na samotny spacer po torebce, narażając sztyft na bliskie spotkanie z paprochami.

Produkt jest dość miękki, nawet w największe mrozy jego konsystencja była na tyle "smarowna", że bez obaw można było go aplikować. Gdy jest ciepło sztyft bardzo szybko się topi, trzeba uważać, bo tłuścioch chętnie przykleja się do ust. Przyjemnie pachnie (tak "kremowo"), nie ma smaku.

Największe problemy sprawiło mi określenie jego działania. Raz wydawało mi się, że sztyft nic nie robi, w innym momencie byłam zachwycona jego właściwościami. Myślę, że mogę już napisać, o co tak naprawdę z nim chodzi. Ten sztyft to produkt, który docenimy w czasie zimy, gdy nasze usta potrzebują ochronnej, lekko tłustawej warstwy (szczególnie w czasie mrozów, gdy musimy czekać trochę na środek komunikacji). Utrzymuje się około godzinę, więc usta mamy w tym czasie chronione. Natomiast nie jest to produkt, który posiada wybitne właściwości pielęgnacyjne. Nie pomoże, gdy usta są suche - da co prawda chwilową ulgę natłuszczeniem, ale to nie poprawi na dłuższą metę ich kondycji.

Od produktu do ust oczekuję trochę więcej, dlatego ponownie nie sięgnę po Neutrogenę. 

Skład: Ricinus Communis, Paraffin, Cera Alba, Cetyl Palmitate, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Cetearyl Alcohol, Isopropyl Myristate, Cetyl Alcohol,  Candelilla Cera, Cera Microcristallina, Bisabolol, Isopropyl Palmitate, Isopropyl Laurate, Stearic Acid, Palmitic Acid, Propylene Glycol, Sodium Cetearyl Sulfate, Sodium Sulfate, Citric Acid BHA, BHT, Parfum.

Cena: ok. 10 zł/4,8 g
Dostępność: Drogerie Rossmann, Natura, Super-Pharm, Hebe, markety
Ocena: 3/5

czwartek, 11 lipca 2013

Dwa oblicza jednej marki - pan Hyde: Baikal Herbals Matujący krem na dzień


Jesteście przebojowe czy raczej nie przepadacie za wychodzeniem przed szereg? Ja należę do tej drugiej grupy i wychodzę z założenia, że "jeśli nie potrafisz, nie pchaj się na afisz". Lubię czuć się bezpiecznie. Nie znoszę niepewności. Dlatego staram się tak "ustawić", żeby nie czuć niepotrzebnego dyskomfortu.

Jedną z rzeczy, która spędza mi sen z powiek, jest moja cera. O ile zmiany można często jako tako zaklajstrować, tak ciężko jest mi pozbyć się smalcu na twarzy. Po jakimś czasie moje czoło zaczyna krzyczeć "Hej, patrzcie na mnie, tu jestem! Zobaczcie jak ładnie lśnię w słońcu!". Pewnie upierdliwy tłuszcz załatwiłby porządny puder matujący, ale postanowiłam spróbować od strony pielęgnacji i unormować wydzielanie sebum kremem. Z matującym produktem Baikal Herbals wiązałam ogromne nadzieje...


Krem matujący, podobnie jak jego nocny brat, charakteryzuje się lekką konsystencją. Jest jeszcze bardziej mniej treściwy. Nie trzeba go wiele, pompka lub niewiele ponad w zupełności wystarcza na pomazanie całej twarzy. Krem jest wydajny, co akurat w przypadku tego produktu, który nie do końca spełnia swoje zadanie, jest trochę męczące. Jego zapach nie jest tak intensywny jak w przypadku kremu na noc - wersja matująca pachnie dużo bardziej delikatnie, jaśminowo, nie wierci w nosie ziołowymi nutami.

Niestety, ten produkt nie spełnił oczekiwań. Pierwszym i najważniejszym zarzutem, który wysuwam w jego kierunku jest fakt, że absolutnie nie jest to produkt matujący. Wykończenie, które zapewnia, koło matu nawet nie stało. Cera wygląda mniej więcej tak, jak po aplikacji kremu nawilżającego. I może bym to jeszcze przełknęła, bo lubię kremy nawilżające, ale Baikal robi coś niewybaczalnego. Po jakimś czasie od aplikacji przetłuszcza cerę! Moja smalcowata twarz zachowywała się znacznie lepiej, gdy nie aplikowałam go w ogóle - nie reagowała takim wypływem sebum, jak po zastosowaniu kremu Baikal. Produkt zadział na odwrót! Krem natłuszcza, ale nie nawilża w zadowalającym stopniu. Nie zauważyłam, żeby wpływał na widoczność porów - zmniejszenie kraterów widziałam jedynie po zastosowaniu "od święta" maseczki z zielonej glinki, nie zaobserwowałam tego na co dzień. Na plus muszę zaliczyć temu produktowi to, że nie zapycha.

Niestety, o ile krem na noc okazał się sprzymierzeńcem mojej cery, tak romansu z kremem na dzień nie mogę zaliczyć do udanych. Nie odpowiadał on potrzebom skóry z tendencją do przetłuszczania, nie matuje, nie zapewnia odpowiedniego nawilżenia. Nie polecam, nadal szukam idealnego kremu na dzień.

Skład: Aqua with insufions of: Iris Sibirica Extract, Arctostaphylos Uva Ursi Extract, Organic Chamomilla Recutita Flower Oil, Organic Aloe Barbadensis Leaf Extract; Glycerin, Coco-caprylate/ Caprate, Octyldodecanol, Glycerin Stearate, Cetearyl Alcohol, Butyrospermum Parkii,  Persea Gratissima Oil, Saccharide Isomerate, Sodium Stearoyl Glutamate, Xantan Gum, Zingiber Officinale (Ginger) Root Extract, Bisabolol, Panthenol, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Parfum, Citric Acid.

Cena: ok. 19 zł (Triny, Kalina) - 38 zł (Mydlarnia Wrocławska)
Dostępność: TrinyKalina, Skarby Syberii, Bioarp, Lawendowa Szafa, Mydlarnia Wrocławska
Ocena: 2,5/5

wtorek, 9 lipca 2013

Dwa oblicza jednej marki - dr Jekyll: Baikal Herbals Krem do twarzy Nocny Detox


Znalezienie dobrego zestawu do pielęgnacji twarzy to trudne zadanie. Jest ono tym bardziej skomplikowane, im większe potrzeby lub większe fanaberie ma nasza cera. Nie chcę umniejszać posiadaczkom innego rodzaju problemów skórnych, ale wydaje mi się, że rozszerzone pory, skłonność do zapychania, częste podskórne gule i ropne wypryski, a także spore ilości smalcu w pewnych miejscach, to tego typu przeszkody, które stawiają duże opory w walce o piękną cerę.

Na fali fascynacji produktami z Rosji, ich bardziej naturalnymi składami i przystępnymi cenami, zdecydowałam się zaryzykować i zamówiłam dwa kremy do cery mieszanej i tłustej marki Baikal Herbals. Wiązałam z nimi wielkie nadzieje. Ale tylko jeden produkt, bohater dzisiejszego posta, sprawił, że nie nabrałam ochoty na dalsze romanse.


Najpierw rozprawię się z opakowaniem. Nie powtórzę tej części przy recenzji kremu na dzień, gdyż poza etykietką, opakowanie się nie różni. Kremy Baikals zamknięte są w zgrabnych, wąskich opakowaniach typu air-less.To bardzo wygodne i higieniczne rozwiązanie. Pompka pozwala na aplikację bez potrzeby ładowania paluchów do środka. Dozuje odpowiednią ilość kremu, nie pluje nim w siną dal. Niestety opakowanie ma jak dla mnie jeden mankament. Jest białe i nieprzezroczyste. Żeby zobaczyć, jak wysoko jest tłok, musiałam podstawić produkt pod żarówkę i mocno wytężyć wzrok.

Krem Detox ma dość lekką konsystencję. Sądziłam, że produkt na noc będzie treściwy. Ten jest zaś dość rzadki (nie płynny, nie lejący) i bardzo łatwo się rozprowadza. Na twarz w zupełności wystarcza jedna (góra półtorej) pompki, co ma wpływ na świetną wydajność tego produktu. Zużycie pierwszego opakowania tego kremu zajęło mi 5 miesięcy. Produkt nie jest tłusty, ale też nie wchłania się do matu. Bardzo intensywnie pachnie - początkowo myślałam, że nie wytrzymam z tym mocnym kwiatowo-ziołowym zapachem, ale mój nos się do niego przyzwyczaił i teraz wydaje mi się wręcz delikatny :).

Na deser zostawiłam sobie najważniejsze, czyli działanie. Krem Detox wydaje się takim niepozornym mazidełkiem, bez specjalistycznych substancji i mieszanki zabójczych kwasów. Ot, takie nic specjalnego :D. Nie do końca. 

Przez pierwszy tydzień stosowania krem spowodował delikatny wysyp niedużych ropniaków. Pojawiły się one w dziwnych miejscach, w których wcześniej pryszcze mi nie wyskakiwały (środek policzka, okolica przy włosach, środek żuchwy, koniec brwi). Więcej niespodzianek pojawiło się po lewej stronie mojej twarzy. Po tym małym wysypie, sytuacja na twarzy zaczęła się stabilizować. Nie, nie obudziłam się pewnego dnia z cerą bez skazy. Teraz, po pół roku stosowania widzę diametralną zmianę, ale jest to wynik procesu. Pryszcze pojawiają się nadal, głównie wtedy, gdy zjem coś bardzo niezdrowego. Wyskakuje ich jednak dużo mniej. Zniknęło syfiaste bindi ze środka czoła. Nie wyskakują mi już tak często duże podskórne gule (czasami się zdarzają). Moja cera lubiła, gdy uzupełniałam pielęgnację tonikiem/płynem micelarnym z kwasem azelainowym, ale zarówno wcześniej, gdy stosowałam płyn micelarny Bioderma, jak i teraz przy Tołpie nadal widzę pozytywne efekty działania kremu.

Myślę, że ten krem już w tej chwili jest pretendentem do ulubieńca roku. Po skończeniu drugiego opakowania dam pewnie cerze trochę odpocząć i spróbuję czegoś innego (żeby moje sprytne ropniaki się nie uodporniły :D), ale z pewnością wrócę do tego kremu. Polecam wszystkim, którzy zmagają się z problemami trądzikowymi - nie tylko posiadaczkom tłustych i mieszanych cer, ale także sucharkom ze zmianami ropnymi. Ten krem działa delikatnie, a jednocześnie bardzo skutecznie, nie dając przy tym efektu ściągniętej i przesuszonej skóry.

Skład: Aqua with infusions of: Swertia Baicalensis Extract, Bidens Tripartita Leaf Extract, Organic Malva Sylvestris Extract, Organic Camellia Sinensis Extract, Organic Calendula Officinalis Extract; Dicaprylyl Ether, Tri C14-15 Alkyl Citrate, Glycerin, Glyceryl Stearate, Kaolin, Cetearyl Alcohol, Poliglyceryl-3 Methylglucose Distearate, Carbomer, Allantoin, Panthenol, Bisabolol, Zn PCA, Parfum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Citric Acid.

Cena: ok. 19 zł (Triny, Kokardi, Kalina) - 38 zł (Mydlarnia Wrocławska)
Dostępność: Triny, Kokardi, Kalina, Aroma-perfumy, Bioarp, Lawendowa Szafa, Mydlarnia Wrocławska
Ocena: 5/5

niedziela, 7 lipca 2013

Kurs na konkurs - wygraj 1 z 5 balsamów AA



Ostatnimi czasy na rynku pojawiły się nowe balsamy marki AA (opatrzone modnym, magicznym skrótem BB :D). Miałam możliwość testowania ich przedpremierowo, teraz AA daje szansę sprawdzenia ich kolejnym 5 osobom. Co trzeba zrobić, żeby wejść w posiadanie jednej z tych oto butli?

Nie przepadam za konkursami, gdzie trzeba spełnić milion warunków.



Dlatego też zasady udziału będą możliwie jak najprostsze. Co trzeba zrobić, żeby wziąć udział w konkursie?

1. Być osobą pełnoletnią, publicznie obserwować mojego bloga za pośrednictwem Google Friends Connect  (czyli gadżetu Obserwatorzy) oraz zamieścić komentarz pod tą notką, w którym należy rozwinąć  "twórczo" skrót AA (u Obsession zadanie polegało na rozpracowaniu BB, zabrała mi pomysł :D:D). Im weselej, tym lepiej :D.
2. Posiadać adres do korespondencji na terenie Polski. Nie wysyłam za granicę.

Na zgłoszenia czekam od chwili ukazania się notki do dnia 12 lipca 2013 r. do godziny 20. Wyniki zamieszczę do 14 lipca 2013 r. do godziny 20. Od dnia ogłoszenia wyników będę oczekiwała 3 dni na e-mail z adresem do wysyłki od osób, które wygrają. Jeżeli w tym czasie osoba, która wygrała, nie się zgłosi, wyłonię kolejnego zwycięzcę.


Regulamin:

1. Konkurs zorganizowany jest przez serwis zzzoila.blogspot.com prowadzony na platformie Blogger.
2. Nagrody ufundowała firma Oceanic s.a. Nagrodami są multifunkcyjne balsamy do ciała 10 w 1 z serii AA Beautiful Body (Intensywne nawilżenie, Zmysłowe rozświetlenie, Głębokie Odżywienie, Natychmiastowa ulga, Jedwabiste wygładzenie) o pojemności 400 ml każdy. Wartość rynkowa jednego produktu to 17,99 zł.
3. W konkursie wygrywa 5 osób, każda po jednym produkcie, bez możliwości wyboru jego wariantu. Jedna osoba może wygrać jedną nagrodę. Nagroda nie podlega wymianie na inną, ani zastąpieniu ekwiwalentem pieniężnym.
4. Uczestnik musi być osobą pełnoletnią, która posiada adres do korespondencji (w celu wysyłki ewentualnej nagrody) na terenie Rzeczypospolitej Polskiej.
5. Uczestnik, aby wziąć udział w konkursie, powinien umieścić pod postem konkursowym komentarz do dnia 12 lipca 2013 r. do godziny 20, w którym wypełni następujące wymagania:
a) poda swój nick pod jakim obserwuje za pośrednictwem GFC (Google Friends Connect) witrynę zzzoila.blogspot.com.,
b) poda swój adres e-mail,
c) wykona zadanie konkursowe, które polega na twórczym rozwinięciu skrótu marki AA.
6. Zamieszczenie komentarza, w którym uczestnik wypełni zadanie konkursowe jest równoznaczne z przystąpieniem do konkursu i akceptacją warunków niniejszego regulaminu  Uczestnik, zamieszczając komentarz, wyraża zgodę na przetwarzanie danych osobowych zgodnie z ustawą z dnia 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych (tekst jednolity Dz.U. 2002 nr 101 poz. 926 z późn. zmianami) do celów konkursu.
7. Spośród zamieszczonych zgłoszeń wybiorę 5 zwycięzców. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone do dnia 14 lipca 2013 r. do godziny 20.
8. Na dane adresowe do wysyłki nagrody przesłane z adresu e-mail, który uczestnik podał w zgłoszeniu czekam 3 dni od dnia ogłoszenia wyników. W razie niezgłoszenia się zwycięzcy w wyznaczonym terminie zostanie wyłoniona kolejna osoba. Zwycięzcy Nagroda zostanie wysłana za pośrednictwem Poczty Polskiej w ciągu 10 dni od otrzymania danych adresowych od zwycięzcy.
9. Konkurs nie podlega przepisom ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych (Dz.U. 2009 nr 201 poz. 1540 z późn. zm.).

Powodzenia!

piątek, 5 lipca 2013

Kochliwa czy stała w uczuciach? Ulubieńcy ostatnich miesięcy

W początkach każdego nowego miesiąca zazwyczaj, jak grzyby po deszczu, pojawiają się notki, w których królują poprzecinane tubki i puste butelki (po kosmetykach, oczywiście :)), a także posty z pieśniami pochwalnymi odnoszącymi się do ukochanych w ostatnim czasie kosmetyków. O ile ten pierwszy rodzaj wpisów pojawia się na moim blogu co miesiąc, tak w kwestii prezentowania ulubieńców jestem raczej na szarym końcu.

Maruda to męczący człowiek dla otoczenia. Okazuje się jednak, że wiecznie narzekający na wszystko i wszystkich człowiek może zanudzić samego siebie :D. Jestem marudą. Cały czas coś mi nie pasuje. Zawsze znajdę dziurę w całym. Rzadko coś mnie zachwyca. Z naciskiem na "rzadko". Dlatego pisanie notek wiecznie o tym samym, albo pokazywanie jednego nowego ulubieńca, jakoś nie bardzo mnie przekonuje. Zazdroszczę dziewczynom, które co miesiąc potrafią odnaleźć coraz to nowe kosmetyczne perełki. 

Na poniżej zaprezentowane zestawy składają się głównie kosmetyki, z którymi przyjaźnię się od dłuższego czasu. Nowości, które zawróciły mi w głowie są zaledwie dwie :).


Kilka miesięcy temu przez blogosferę przetoczyła się fala notek, w których dziewczyny zachwalały krem BB z Bell. Do liter BB na drogeryjnych półkach mam raczej obojętny stosunek - dwie magiczne literki nie sprawią, że zaślepiona rzucę się w pogoni za kremami BB, balsamami BB, lakierami BB... Może skusiłabym się na podpaski BB albo papier toaletowy BB :D. Krem z Bell nie przypomina azjatyckich BB - myślę, że ta wzmianka jest zbędna, bo żaden drogeryjny bywalec nie ma z nimi nic wspólnego. Ale trafiła się producentom gratka na opchnięcie zapomnianych kremów tonujących - toż to przecież supernowość, rewolucja! BB z Bell kremem tonującym nie jest. To lekki fluid do twarzy, który nieźle kryje rozszerzone pory i całkiem ładnie matowi cerę. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że to jeden z najlepszych podkładów, jaki używałam. Pełna recenzja na pewno się pojawi.

Po traumatycznych miesiącach z okropnym pudrem z Jadwigi, postanowiłam kupić produkt, którym mogłabym się zaklajstrować "na mieście". Puder Synergen był bezpiecznym wyborem, ponieważ miałam do czynienia z tym kosmetykiem i byłam z jego działania zadowolona. Teoretycznie więc wiedziałam w co się pakuję. Powrót do Synergen nie był jednak tak kolorowy, jak się tego spodziewałam. Po pierwsze, początkowo słabo radził sobie z matowieniem, a po drugie śmierdział zdechłą rybą. Na szczęście okazało się, że po starciu wierzchniej warstwy poprawiło się jego działanie, a zapach zaczął kojarzyć się z pudrem, a nie sklepem rybnym. Nawet lubię ten dołączony do niego puszek - dzięki niemu uzyskuję samym pudrem niezłe krycie.

Jeżeli chodzi o róże to jestem wyjątkowo stała w uczuciach. Ubzdurałam sobie, że najlepiej wyglądam w zgaszonych różowych odcieniach i takich produktów trzymam się kurczowo. Róż Natural Collection  w odcieniu Rosey Glow to zdecydowanie mój kolorystyczny typ, który  dodatku cechuje się świetną trwałością.

Lubię kosmetyki, które długo utrzymują się na ustach. Mazidła do ust są u mnie wystawiane na ciężką próbę. Nie jestem manekinem, ani posągiem, cały czas coś gadam albo jem - koparka się nie zamyka :D. Nie wierzyłam, że jakikolwiek produkt zostanie na moich wargach przez 5 godzin. L'oreal Shine Caresse w odcieniu 101 Lolita pokazał mi, że on trzyma się twardo.

Jakiś czas temu udało mi się wyhodować paznokcie znośnej długości i przez pewien czas ich nie łamać. Sukces! Malowałam je więc często, równie chętnie sięgając po nieśmiertelne lakiery mleczne do frencha, jak i kolorowe buteleczki. Sally Hansen Complete Manicure Green Tea i Golden Rose Rich Color nr 38 urzekły mnie swoimi optymistycznymi kolorami.

Nie przepadałam za malowaniem paznokci nie tylko z powodu krótkich łopatek. Moim problemem były paskudne skórki. Twarde i wiecznie suche nie pozwalały się ładnie usunąć. Dziewczyny poleciły mi preparat do usuwania skórek z Sally Hansen, który dał moim skórkom nauczkę :).


To, że w ulubieńcach znaleźli się olejek dla mam Babydream i krem Baikal Herbals Nocny Detox, nie powinno nikogo dziwić. Niejednokrotnie wspominałam, że oba produkty uwielbiam. Recenzja kremu Baikal jest w trakcie tworzenia.

Dwie nowości, które przyprawiły mnie o szybsze bicie serca, to szampon Balea Jeden Tag Blaubeere oraz Tołpa Dermo Body Cellilite Ekspresowe serum antycellulitowe 14 dni.

Po pierwszym użyciu tego szamponu, wiedziałam, że to będzie miłość. Balea jest przyjemnie delikatna dla mojej skóry głowy, a przy tym pięknie pachnie. Poużywam jeszcze trochę i skrobnę więcej - to edycja limitowana, więc trzeba po nią biec :D.

Dość sceptycznie podchodzę do kosmetyków, które chcą mi wymodelować sylwetkę, naciągnąć brzuch na szyję, wyprasować uda, zrobić z rozmiaru 46 36 w dwa tygodnie. Jak czytałam informacje na opakowaniu serum, jakieś tam ultradźwięki i inne bajery, to miałam ubaw. Mniej było mi do śmiechu, gdy okazało się, że moje uda, które były w koleiny godne polskich dróg, zaczynają wyglądać jakby lepiej :D. Pobiegłam po kolejne opakowanie. Mam jednak obawy odnośnie skuteczności nowego nabytku. Czy coś tak AŻ tak rzadkiego może być równie skuteczne jak swój ODROBINĘ gęstszy ulubieniec?


A wy jesteście stałe w uczuciach? Jeżeli miałyście któryś z tych kosmetyków, to podzielcie się opinią :). Ciekawa jestem też waszych ulubieńców.

środa, 3 lipca 2013

Maliny dla cud dziewczyny? Alberto Balsam Ziołowa odżywka z ekstraktem z malin

Kiedy byłam młodsza, zwykle w każdą niedzielę jeździłam z rodzicami na zakupy. Albo na czynne tylko tego dnia targowisko na Dworcu Świebodzkim (mydło i powidło, było (jest?) tam wszystko: ubrania, jedzenie, meble, zabawki, a nawet zwierzęta gospodarskie i domowe pieszczochy :D), albo, gdy pojawiły się wielkopowierzchniowe markety, na rajd z wózkiem do Tesco na Bielanach Wrocławskich. Gdzieś mi został sentyment do tego hipermarketu, dlatego przy okazji zwykle wpadam zrobić małe rozeznanie w asortymencie. Któregoś razu w oko wpadła mi seria produktów do włosów z sympatycznie wyglądającymi etykietkami. Przemówił jednak zdrowy rozsądek i ostatecznie się na nic nie zdecydowałam. Jednak co się odwlecze to nie uciecze - przy następnej wizycie skutecznie zwabiły mnie malinki.

Miałam nie kupować już dużych produktów do włosów, bo szybko mi się nudzą. Maliny tak się wdzięczyły z etykietki, że nie mogłam przejść obojętnie obok butli (400 ml) tej odżywki. Butelka wykonana jest z mlecznego, dość przezroczystego plastiku. Niestety opakowanie nie jest zbyt funkcjonalne. Nie można go postawić na korku, bo butelka nie będzie trzymała "pionu". Sama odżywka jest trochę zbita i wolno spływa w dół szyjki. Tak na dobrą sprawę trzeba ją "wytrząsnąć". Zazwyczaj podczas tego procederu, opakowanie wyrzuca zbyt dużą ilość produktu. 

Odżywka ma taką budyniową konsystencję. Nie wylewa się, jest trochę bardziej "zwarta". Mimo to łatwo ją rozprowadzić na włosach. 

Póki jeszcze skupiam się na szczegółach, wspomnę trochę o zapachu. Niestety bardzo mnie rozczarował. Pomimo apetycznych owoców na etykiecie, zapach tej odżywki nie ma nic wspólnego z malinami. Wielka szkoda. Produkt co prawda nie pachnie odstręczająco, ale na pewno nie malinowo. Jego zapach kojarzy mi się z produktami Herbal Essences, których używałam w dzieciństwie. 

W kwestii działania nie było zachwytów. Odżywka nie zrobiła na mnie wrażenia, zarówno wtedy, gdy miałam włosy 10 cm za stanik (sianko), jak i teraz, gdy są pocieniowane i w najdłuższym punkcie sięgają tuż  za ramiona (zdrowe). Produkt lekko nawilża włosy. I właściwie na tym jego działanie się kończy. Nie zauważyłam wygładzenia ani dociążenia puchu. Niezależnie od tego, czy trzymałam produkt na włosach 5, czy 25 minut efekt był dokładnie taki sam, czyli mizerny. Na plus zaliczę to, że odżywka nie zlepiła włosów w strąki. 

Bardzo przeciętny produkt o przeciętnym zapachu. Nie warto.

Skład: Aqua, Cetyl Alcohol, Panthenol, Juniperus Communis Fruit Extract, Chamomilla Recutita Flower Extract, Cyclopentasiloxane, Stearakonium Chloride Stearamidopropyl Dimethylamine, Cyclohexasiloxane, Cetrimonium Chloridem Glyceryl Stearate, Citric Acid, Dosodium EDTA, Benophenone-4, Glycerin, Propylene Glycol, Ethoxydiglycol, Glucose, Butylene Glycol, Lactic Acid, Bisabolol, Isostearamidopropyl EthyldimoniumEthosulfate, PEG-9, Methlisothiazolinone, Parfum, Hexyl Cinnamalm Benzyl Benzoate, Linalool, Buthylphenyl Methylpropional, Alpha-Isomethyl Ionone, Limonene, CI 17200, CI 18050.

Cena: ok. 7/400 ml
Dostępność: Tesco (w Wielkiej Brytanii są dostępne w sieci drogerii Superdrug)
Ocena 2,5/5
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...