Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

niedziela, 30 czerwca 2013

Wszystko co dobre szybko się kończy. Niedobre się opiera. Pożegnane w czerwcu


Czy mi się wydaje, czy czerwiec w tym roku upłynął wyjątkowo szybko? Ten miesiąc zwykle kojarzył mi się z początkami błogiego lenistwa, z przedsmakiem wakacji. W tym roku o odpoczynku nawet nie myślałam, a cały czerwiec kręcił się wokół nauki, stresu i snucia planów na przyszłość. Zamknęłam pewien etap w swoim życiu (matko, jak to dramatycznie brzmi :D) i powoli zastanawiam się, co zrobić dalej. Dobra, koniec bredzenia, czas zabrać się za właściwy temat notki.

Ostatnio okropnie się rozleniwiłam i trochę ucierpiał na tym blog. Za to rewelacyjnie idzie mi otwieranie kolejnych restauracji w Restaurant Empire :D. Projekt denko w tym miesiącu też nie wypadł najgorzej, wstydu nie będzie, można pokazać. Podczas robienia zdjęć zdziwiłam się, że niektóre produkty znalazły się w torbie z "wyrzutkami". Myślałam, że je jeszcze mam :D!


Było: Baikal Herbals Krem matujący - tak wiem, recenzję kremów Baikal Herbals obiecuję od dłuższego czasu. Obiecanki- cacanki, a głupiemu radość :D. Postaram się sprężyć i opisać bajkalski duet w lipcu. Zdradzę, że ten krem nie do końca przypadł mi do gustu.

Jest: AA Cera mieszana Starter matujący pod makijaż


Było: Garnier Essentials Płyn do demakijażu 2w1 - świetny płyn dwufazowy, który poradzi sobie nawet z bardzo opornymi kosmetykami. Pokojowo rozwiązuje krytyczne sytuacje związane z upartymi tuszami i eyelinerami. Pełną recenzję znajdziecie TU.

Jest: Bourjois Płyn dwufazowy - mamie nie pasował, dziecko ma dokończyć, bo szkoda, żeby się tyyyyyyyle produktu zmarnowało :D. Wychlapie się :).


Było: Dax Perfecta Oczyszczanie Peeling drobnoziarnisty - mały, nieszkodliwy pieszczoch do głaskania. Nie byłam z niego zadowolona, wolę bardziej konkretne ścieranie. Peeling obsmarowałam TU.

Jest: Zrób sobie krem Korund - drobny, biały proszek wygląda dość milusio i całkiem niegroźnie :).


Było: Fitokosmetik Zielona glinka kambryjska - moja cera uwielbia działanie zielonej glinki. Po jej zastosowaniu robi się przyjemnie matowa, a kratery na zapasy (czytaj: pory) znacznie się zwężają. Dobrze oczyszcza skórę, czasem wyciąga paskudy na wierzch. Rosyjska glinka nie sprawiała tak dużych problemów jak błotko ze Starej Mydlarni, więc myślę, że kiedyś do niej wrócę. W zapasach czeka na mnie błękitna glinka wałdajska, tymczasem, w celu ułatwienia sobie życia sięgnęłam po gotowy produkt, który nie wymaga rozrabiania i mycia całej łazienki.

Jest: AA Eco Maska ściągająca - glinkę zieloną mam przetestowaną, teraz czas na kolejny kolor - biały.


Było: Barwa Szampon żurawinowy - kolejny (po pokrzywowym) bardzo dobry szampon oczyszczający z Barwy. Nie zgodzę się jednak, że jest to szampon żurawinowy - jego zapach kojarzy mi się bardziej z czerwonymi jabłkami.

Jest: Balea Jeden Tag Shampoo Blaubeere - mogłabym się zaciągać tym zapachem bez końca.


Było: Yves Rocher Jardins du Monde Żel pod prysznic Grejpfrut z Florydy i Kwiat Gardenii z Polinezji - prześlicznie pachnące żele w okropnym opakowaniu. Z pewnością spróbuję innych zapachów z serii, ale koniecznie je przeleję do innych butelek. Na ten korek szkoda nerwów. Więcej na temat żeli znajdziecie TU.

Jest: Organique Pianka do mycia "Grecka" - dostałam ją na spotkaniu blogerek. Jakiś czas po nim, na FB pojawiły się bardzo entuzjastyczne wpisy odnośnie tego produktu. Trochę mnie to rozbawiło, więc czym prędzej otworzyłam ten produkt, żeby sprawdzić tę "wspaniałość" :).


Było: Alverde Mamaglück Körperöl Wilde Malve - dobry olejek w fantastycznym opakowaniu. Niestety słabo wydajny i przez to dość nieekonomiczne jest jego kupowanie. Więcej na jego temat znajdziecie TU.

Jest: Babydream für Mama Pflegeöl - ulubieniec nad ulubieńcami, nie ma co się rozdrabniać :).


Było: Yves Rocher Beaute des Pieds Peeling do stóp - cudowny peeling, który pomoże rozprawić się ze smoczą skorupą na piętach. Niestety jest malutki i w regularnej cenie dość drogi, dlatego na razie zrezygnowałam z kolejnego opakowania. Więcej przeczytacie o nim TU.

Jest. Be Beauty Peeling do stóp - miałam starą wersję tego produktu, czas wypróbować nową.


Było: Yves Rocher Jardins du Monde Dezodorant-antyperspirant Kwiat bawełny z Indii - fatalny produkt, którego jedynym atutem jest piękny zapach. Pełen opis wrażeń znajdziecie TU.

Jest: Dove Invisible Dry Antyperspirant w sztyfcie - Dove to jedna z tych marek, po które sięgam  bardzo rzadko. Tym razem zdecydowałam się na wyciągnięcie ręki na zgodę i dałam szansę antyperspirantowi, który w założeniu ma nie brudzić ubrań.


Było: Yves Rocher Plaisirs Nature Woda toaletowa Jeżyna - szczerze mówiąc, spodziewałam się trochę innego zapachu. Oczekiwałam jeżyn z cukrem, otrzymałam czysty, lekko cierpkawy zapach tych owoców. Początkowo czułam w nim też liście mięty. Wypsikałam bez przekonania. Samodzielnie mi się nie podobał, ale ze słodką waniliową mgiełką z The Body Shop stworzył ciekawe połączenie.

Jest: The Body Shop Mgiełka o zapachu wanilii - została jeszcze resztka z zeszłego roku. Zaczęłam zastanawiać się nad kupnem kolejnej, choć może postawię na inny zapach.


Było: L'oreal Color Riche Lakier 101 Opera Ballerina - jeden z najpiękniejszych lakierów do frencha jaki widziałam. Na każdą okazję i do wszystkiego. Niestety jest dość mały i drogi (20-22 zł), a kończy się w zastraszającym tempie (ja nigdy wcześniej nie zużyłam lakieru do paznokci, nawet miniaturki), dlatego jego zakup jest średnio opłacalny. Z pewnością zapoluję na jakąś promocję, gdy skończę inne mleczne lakiery.

Jest: Essie Ballet Slippers - początkowo nie byłam tym lakierem zachwycona, ale chyba mam już patent na jego nakładanie - grube warstwy eliminują smużenie.

W tym miesiącu zużyłam także kolejne opakowanie płatków kosmetycznych, ale woreczek po nich zaginął w tajemniczych okolicznościach. Trudno, nie chciał mieć ładnego zdjęcia, to niech zginie w śmietniku :D.

Jestem całkiem zadowolona ze swoich postępów w pozbywaniu się zapasów. A wam jak idzie? 
Miałyście może któryś z tych produktów? Jaka jest wasza opinia na jego temat?

środa, 26 czerwca 2013

Płynne szczęście? Alverde Mamaglück Körperöl Wilde Malve

Turysta. To słowo odmieniane jest przez wszystkie przypadki w czasie wakacji. Często o turystach tubylcy mówią z pogardą. Śmiecą, niczego nie wiedzą, zachowują się niestosownie, krzyczą, robią cały czas zdjęcia (np. Japończycy lubią we Wrocławiu fotografować śmietniki :D)... Czasami jednak turysta znakomicie wie, czego chce. Nie od dziś słyszy się o wyjazdach w poszukiwaniu "miłości". Ostatnimi czasy modne jest także planowanie wyjazdów w celu zrobienia zakupów. Co tam zabytki, grunt, żeby siaty były pełne :D! Na początku maja i ja uległam pokusie małego wyjazdowego szaleństwa. Dokąd mogła udać się kosmetykoholiczka? Oczywiście, do drogerii! To nic, że obcierały buty i żołądek przyklejał się do kręgosłupa. Buszowanie po drogeryjnych półkach, w Mekce fanek mazideł, czyli w DM, było obowiązkowym punktem wyprawy. I nie ma, że boli!

Przechadzając się między regałami, sama nie wiedziałam, czego tak naprawdę chcę. Niby jakąś tam listę ułożyłam, kilka recenzji przejrzałam, a co do czego przyszło - zgłupiałam.  Udało mi się jednak nie zapomnieć o tym, po co przyjechałam, czyli o olejku dla mam z dziką malwą marki Alverde.

Od ponad roku jestem zakochana w olejku dla mam Babydream. Olejki Alverde są jednak tak chwalone, że postanowiłam dać szansę jednemu z nich, by zobaczyć, co to za rewelacja. Wersję dla mam kupiłam z myślą o rozstępach i nawilżeniu ciała. Nie stosowałam jej na włosy, więc z góry uprzedzę pytania - nie wiem, jakie było jej działanie na sianie. Wybaczcie mi, włosomaniaczki.

Zanim zacznę opisywać działanie olejku, rozprawię się z opakowaniem. Szklana butelka z pompką to rewelacyjne rozwiązanie. Co prawda, butelki ze szkła i moje zdolne ręce zwykle nie umieją się dogadać, ale tym razem tragedii nie było. Pompka posiada mechanizm blokujący, dzięki czemu olejek może udać się z nami w podróż. Dozowanie nie nastręcza większych problemów, ale trzeba trzymać dłoń przy  korku, żeby nie zmarnować produktu. Bardzo podoba mi się to, że mimo "zatłuszczenia" etykietki olejku, nie zaczęła ona migrować - nie znoszę odłażących, odklejających się i wędrujących świstków. Po skończeniu produktu praktyczne opakowanie można wykorzystać i coś do niego przelać. 

Olejek trochę mnie zaskoczył swoją konsystencją. Spodziewałam się, że będzie tłusty, jak każda szanująca się oliwka. Jednak jest dość suchy, przez co, żeby lepiej się rozprowadzał trzeba go zaaplikować trochę więcej. Niestety, taka "rozrzutność" ma wpływ na wydajność. Smarowałam nim swoje balerony, czyli uda (2 razy dziennie), oraz kilka razy całe ciało i wystarczył na około 20 dni. Trochę krótko się nim nacieszyłam. Wchłanianie jak na olejek w normie, około 20 minut do pół godziny trzeba poczekać.

Jeżeli chodzi o działanie, to muszę przyznać, że jestem naprawdę zadowolona. Olejek przepięknie nawilża suchą skórę, która po jego użyciu jest miękka i jedwabista. To przyjemne uczucie utrzymuje się nawet wtedy, jeżeli na drugi dzień zapomnimy o aplikacji jakiegoś nawilżającego smarowidła. Nawet moje łydki były gładkie i miłe w dotyku. A to zdarza im  się rzadko. Alverde podjęło wyzwanie Baydream i pomogło w kontynuacji krucjaty antyrozstępowej. Czerwone pręgi robią się coraz bledsze i może wkrótce będę mogła założyć coś krótszego :).

Ciekawą kwestią jest zapach tego produktu. Malwy rosły na działce mojej babci, ale jakoś nie pamiętam, żeby ich zapach był jakiś charakterystyczny. Bardziej utkwił mi w pamięci zapach nagietków i g(w)oździków. W tym produkcie wyczuwam wyraźne kokosowe nuty i delikatny aromat kwiatów. Bardzo przyjemny zapach, niezbyt intensywny. Na skórze utrzymuje się przez około 2 godziny.

Alverde wypuściło przyjemny olejek. Jest jednak niewydajny i w porównaniu z Babydream wypada dość drogo. Jeżeli będę miała możliwość, to być może go kupię ponownie. Jednak uważam, że nie jest to produkt, dla którego trzeba wypruwać żyły i kombinować z jego sprowadzaniem. Aż takiego zachodu nie jest wart.

Co wy sądzicie o olejkach Alverde? Miałyście, używacie?

Skład: Glycine Soja Oil, Helianthus Annuus Seed Oil, Olea Europaea Fruit Oil, Oenothera Biennis Oil, Simmondsia Chinesis Seed Oil, Malva Sylvestris Flower Extract, Helianthus Annuus Seed Oil, Parfum, Tocopherol, Limonene, Linalool, Benzyl Salicylate.

Cena: 2,95 euro/100 ml
Dostępność: Drogerie DM, w Polsce - allegro i sklepy internetowe
Ocena: 4/5 

P.s. Jeżeli któraś z was wybiera się do DM i chce kupić ten olejek, to pamiętajcie, że znajduje się tam, gdzie inne produkty dla ciężarnych, nie zaś na pielęgnacji ciała, gdzie stoją pozostałe olejki.

niedziela, 23 czerwca 2013

Spacer po ogrodach świata. Yves Rocher Jardins du Monde Kwiat Gardenii z Polinezji oraz Grejpfrut z Florydy

Jak wiecie, cierpię na przypadłość, na którą zapadła znakomita większość blogerek kosmetycznych. Maniakalnie gromadzimy zapasy kosmetyków, jakbyśmy szykowały się na wojnę. Chomikujemy nadprogramowe kremy, balsamy, odżywki... Nigdy nie wiadomo, co nas spotka, a ludowa prawda głosi, że przezorny zawsze ubezpieczony. Czasem dopada nas w tym szaleństwie chwilowe zwątpienie i intensywnie zabieramy się za zużywanie tego, co zgromadziłyśmy. Myjemy i nacieramy wszystko, od siebie poczynając, a na klatce schodowej kończąc.

Jeżeli istnieją produkty, które mogę kupować na tony, a mimo to wcale u mnie nie zalegają, to są to żele pod prysznic. Antygąbkowa krucjata przekłada się na tempo zużywania produktów myjących. Tych nigdy mi nie za wiele.

Kiedy z mamą dostałyśmy kręćka na punkcie nowej dla nas marki, złożyłyśmy zamówienie w sklepie internetowym Yves Rocher. Ponieważ w tym czasie obowiązywał dość spory rabat, żele pod prysznic wychodziły dość tanio, bo po ok. 4 zł. Raz się żyje, stwierdziłam przy wrzucaniu dwóch butelek z serii Jardins du Monde.

Żele zamknięte są w szerokich przezroczystych opakowaniach. Dość wygodnie się je trzyma, choć mogłyby mieć jakieś antypoślizgowe wstawki. W kwestii wizualnej nie mam się czego czepić - etykietki i korki pod kolor płynu w butelce robią sympatyczne wrażenie. Jednak trzymanie opakowania i rozpływanie się nad ślicznym kwiatuszkiem i pięknym owockiem, to raczej nie jest to, co powinnyśmy robić podczas prysznica. Warto by też umyć się tym kolorowym żelem. I właśnie przy wydobywaniu produktu zaczynają się schody. Wiecie, że jestem maniaczką klapek. Ale chciałabym też, żeby można je też z łatwością otworzyć. Zamknięcia żeli YR to wykwalifikowani zabójcy paznokci. Okropnie ciężko podważyć tę klapkę, trzeba się postarać. Lepiej nie angażować do tego pięknych, długich szpon, chyba że ktoś potrzebuje pilnego ich skrócenia. Klapka-koszmar...

Żele są dość lejące. Nie są jednak wodniste, ich konsystencja jest taka lekko żelowa, trochę otulająca - dokładnie taka, jaka powinna być. Na skórze dają taką lekką, jedwabistą pianę. Nie wysuszają nadmiernie, ale też nie nawilżają.

Wszelkie niedogodności Yves Rocher wynagrodziło przepięknymi zapachami. Ta firma utwierdziła mnie w przekonaniu, że da się wyprodukować żel, który nie pachnie fałszywą chemią, a odpowiada tym wrażeniom, jakie zapewniają prawdziwe owoce czy kwiaty. Grejpfrutowy żel ma taki cierpki i cytrusowy zapach, jaki wydobywa się po przekrojeniu owocu. Odnośnie prawdziwości gardenii (już wiem, co to jest ten osławiony kwiat tiare!) się nie wypowiem, bo nie znałam tego zapachu, ale aromat żelu jest naprawdę cudowny - taki ciepły, kwiatowy, ale nie mdlący. Szkoda tylko, że pięknymi zapachami można się rozkoszować jedynie podczas mycia, nie zostają na skórze :(.

Piękne zapachy zachęcają mnie do ponownego sięgnięcia po żele tej marki. Niestety, kłopotliwa klapka, to coś, co psuje dobre wrażenie.

Skład:
1. Gardenia: Aqua, Sodium Lauretfh Sulfate, Ammonium Lauryl Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Parfum, Glycerin, Sodium Cocoamphoacetate, Sodium Chloride, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Benzyl Salicylate, Tetrasodium EDTA, Citric Acid, Allantoin, Polyquaternium-7, Linalool, Hexyl Cinnamal, Propylene Glycol, Citronellol, Benzyl Alcohol, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Gardenia Tahitentis, Cocos Nucifera, CI 15985, CI 17200, CI 19140.

2. Grejpfrut: Aqua, Ammonium Lauryl Sulfate, Decyl Glucoside, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Parfum, Sodium Chloride, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Benzoate, Citric Acid, Glyceryl Oleate, Tetrasodium EDTA, Limonene, Salicylic Acid, Methylpropanediol, CI 14700, CI 17200, CI 19140.

Cena: 8,90 zł/200 ml
Dostępność: salony Yves Rocher, sklep internetowy
Ocena: 3,5/5

czwartek, 20 czerwca 2013

Głaszcz mnie! Dax Perfecta Oczyszczanie Peeling Drobnoziarnisty


Twarz to chyba ten obszar ciała, o który dbam najbardziej. Non-stop wystawiona na ekspozycję cera wymaga szczególnej uwagi. Nie to, co schowane w butach stopy. O ile po peeling do stóp sięgam niezbyt regularnie, tak kurację ścierającą funduję skórze twarzy przynajmniej raz w tygodniu.

Peelingi do twarzy to dla mnie nowy obszar. Doceniłam ich znaczenie całkiem niedawno. Nie mogę się więc obwołać ekspertem w tej dziedzinie. Peeling z Perfecty to dopiero drugi lub trzeci kosmetyk\ tego rodzaju w mojej kosmetyczce.

Po ponad rocznej zabawie z produktem z Sorayi, potrzebowałam odmiany. Na peeling z Daxa od dawna miałam ochotę, bo sporo o nich czytałam. Gdy trafiłam na promocję, nie wahałam się. Problem miałam jednak z wyborem pomiędzy wersją drobno i gruboziarnistą. 

Pomimo, że skóra na mojej twarzy nie jest delikatna, postanowiłam spróbować peelingu drobnoziarnistego. Wszak nie rozmiar drobinek, a ich ostrość mają znaczenie. W drobnicy też mogła się kryć moc.

Peeling zamknięty jest w dość miękkiej, niewielkiej tubce. Opakowanie jest na tyle plastyczne, że możemy bez obaw pracować z nim przy wydobyciu resztek produktu.

Produkt ma dość rzadką, żelową konsystencję ze sporą ilością delikatnego proszku. Dobrze rozprowadza się na twarzy. Niestety jego drobinki są zbyt delikatne. Muszę naprawdę się postarać, żeby cokolwiek poczuć na twarzy. Przy masażu bez użycia siły peeling nie wykazuje działania ścierającego, zachowuje się jak zwykły żel do twarzy. Słabo radzi sobie z usunięciem suchych skórek. Odświeża cerę. 


Peeling dość intensywnie pachnie. Jego zapach jest mocny, taki liliowy. Jak dla mnie jego natężenie jest trochę zbyt duże. Właśnie ta jego woń o czymś mi przypomniała. Miałam kiedyś żel do mycia twarzy z mikrogrnaulkami z linii Perfecta Oczyszczanie, którego zapach był identyczny. Działanie peelingu także nie odbiega od działania żelu. Są w podobnej cenie, a pojemność żelu jest o 90 ml większa. Jeżeli więc lubicie takie głaskacze, to polecam skusić się na żel. Różnica w działaniu żadna.

Skład: Aqua, Cocamidopropyl Betaine, Polyethylene, Glycerin, PVM/MA Decadiene Crosspolymer, Butylene Glycol, Rosa Galica Flower Extract, Silica, Sea Salt, Lactose, Cellulose, Hydroxypropyl Methylcellulose, Tocopheryl Acetate, Retinyl Palmitate, Panthenol, Allantoin, Sodium Hydroxide, Disodium EDTA, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, Parfum, CI 42090

Cena: ok. 14 (2) zł/60 (10) ml
Dostępność: Rossmann, Natura, Super-Pharm, Hebe
Ocena: 3/5

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Na łąkę weź mąkę! Jadwiga Puder naturalny do cery tłustej i trądzikowej

Szczęśliwy ten, który nie ma problemów z cerą. Zawsze zazdrościłam posiadaczkom normalnej cery bez śladu niedoskonałości. Ech, marzenie. Moja mieszana, mocno przetłuszczająca się w strefie T  cera, która z reguły przeżywa inwazję krostek, wągrów i innych niezidentyfikowanych form życia, nie jest łatwa w pielęgnacji. Dopasowanie do niej kosmetyków kolorowych też często nastręcza problemów. Niedługo zacznie mnie zapychać powietrze.

Na puder z Jadwigi zdecydowałam się głównie ze względu na jego dobry skład i pozytywne opinie. Niestety, w tym przypadku przyjazne składniki i wysokie oceny nie okazały się wyznacznikami jakości tego produktu.

Puder mieści się w sporym opakowaniu z czarnego cienkiego plastiku. Mimo częstego użytkowania nic nie popękało. Sitko można wyjąć (o czym przekonałam się, gdy puder przypadkiem zaliczył bliskie spotkanie z podłogą). Ma ono dość małe dziurki, przez co może się wydawać, że aplikacja pudru będzie uciążliwa. Wystarczy jednak kilka razy trzepnąć, żeby wydobyć zadowalającą ilość pudru. Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie stosowanie go za pomocą załączonej gąbeczki, dlatego zawsze nakładałam go pędzlem.

Skoro jestem przy walorach opakowania, nie sposób nie wspomnieć o logo marki Jadwiga. Może mam kiełbie we łbie, ale ta wyginająca się pani bardziej mi się kojarzy z reklamami klubów dla panów, niż kosmetyków (głównie) dla pań.

Puder jest drobniutko zmielony i ma bardzo przyjemną, jedwabistą konsystencję. Dobrze nabiera się go na pędzel i łatwo aplikuje. Nie widać go na skórze, nie tworzy efektu ciasta - chyba, że nałożymy go za dużo.

Duże zastrzeżenia mam odnośnie działania tego pudru. Wysokie noty, jakie zbiera ten produkt mocno mnie zastanawiają. Od pudru wymagam matu, a ten produkt niestety mi go nie zapewnia (a według producenta wykazuje takie działanie). Po aplikacji Jadwigi świeciłam się po 15 minutach, przy dobrych wiatrach twarz wyglądała świeżo przez godzinę. Innego rodzaju efekty, o których producent wspomina na opakowaniu (maskowanie, działanie antybakteryjne, pielęgnacja i odżywienie skóry, ochrona przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi, łagodzenie podrażnień, regeneracja) także w większości nie do końca znalazły odzwierciedlenie na mojej skórze. Puder nie maskuje niczego, nie łagodzi podrażnień. Nie zauważyłam działania antybakteryjnego, nie wspominając o regeneracji i odżywieniu skóry. Na plus mogę zaliczyć fakt, że nie zapycha.

Niestety puder występuje w jednym odcieniu. Gdyby to jeszcze był transparentny kolor, to byłoby miło. Puder jest jasnobeżowy. U osób z żołtawą karnacją rozbiela skórę, co niekoniecznie może wyglądać zdrowo (biała twarz i dekolt w nieco żywszym odcieniu to nie zawsze dobre połączenie).


Pokładałam wielkie nadzieje w tym produkcie. Okazał się nietrafioną próbą. W dodatku, jak na złość, jest niesamowicie wydajny. Używałam go przez ponad pół roku, a nadal jest mnóstwo. Wątpię, żebym zużyła go do emerytury.

Na zakończenie przytoczę slogan z billboardów Frugo - Kwiatek ci w rękę Jadziu!

Skład: Kaolin, Montmorillonite, Zinc Oxide.

Cena: ok. 20 - 30 zł/25 ml
Dostępność: Instytuty Jadwiga (Wrocław, ul. Odrzańska), sklep internetowy marki, Shilouette DCD (Wrocław, ul. Kluczborska), dostępność produktów Jadwiga w innych miastach sprawdzisz TU
Ocena: 2/5

czwartek, 13 czerwca 2013

Pilny peeling. Yves Rocher Beaute des Pieds Peeling do stóp

Tegoroczna wiosna nie rozpieszczała nas ciepłymi chwilami. Kilka dni upałów zatarło się w pamięci podczas zimnicy, która pojawiła się w końcówce maja. Nie miałyśmy więc jak pochwalić się światu klapkami i sandałami. 

O stopy powinno się dbać cały rok. Jednak wiele pielęgnacyjnych leni zapomina o tym, gdy na nogi wkłada skarpetki i zabudowane buty. Często budzimy się w pierwsze ciepłe dni z piętami gładkimi jak asfalt. W ruch idą wtedy tarki, peelingi, pilniki, pumeksy, frezarki i reszta arsenału ułatwiającego pozbycie się tej smoczej warstwy ze stóp.

Lubię wszelkie narzędzia ułatwiające usuwanie zrogowaciałego naskórka, ale czasem mam ochotę na coś bardziej higienicznego, czego nie będę musiała doczyszczać po każdym użyciu. Ostatnio mój wybór padł na polecany w blogosferze i na Wizażu peeling marki Yves Rocher.

Niewielkie (50 ml) opakowanie idealnie nadawałoby się na krem do rąk do rąk. Tubka jest malutka, nada się do wakacyjnej kosmetyczki. Opakowanie jest przezroczyste, dzięki czemu widać, ile produktu ubyło Zamknięcie z klapką to wygodne rozwiązanie dla takich niezdar po przejściach z zagubionymi nakrętkami.

Peeling ma konsystencję rzadkiej pasty. Napakowany jest dwoma rodzajami drobinek: ostrymi, dość sporymi i mniejszymi, dopełniającymi dzieła. Łatwo się rozprowadza. Ściera naprawdę bardzo dobrze. Nie usunie jednak za jednym zamachem bardzo mocnego, hodowanego przez miesiące, zrogowacenia. Jednak przy regularnej pielęgnacji radzi sobie ze całym paskudztwem, bez dodatkowego wspomagania.


Yves Rocher bardzo się stara w kwestiach zapachowych. Ich kompozycje wiernie oddają to, co występuje w naturze. Jeżyna jest jeżyną z krzaka, a nie z laboratorium, grejpfrutowy żel ma zapach jak prawdziwy owoc. Podobnie jest w przypadku tego peelingu. Nie jestem fanką lawendy, ale muszę przyznać, że ten peeling oddaje zapach suszonych kwiatów tej rośliny.

Niestety YR nie jest marką tanią. Za 50 ml peelingu, który starczy nam na 5-6 użyć musimy zapłacić prawie 20 zł. Trochę dużo, jeżeli wziąć pod uwagę, że większe i tańsze są np. peelingi z Palomy, Ziai, czy Eveline. Warto jednak polować na zniżki. To w gruncie rzeczy świetny produkt.

Skład: Glycerin, Aqua, Pumice, Lavandula Angustifolia Water, Pentylene Glycol, Coco Caprylate, Prunus Armeniaca Seed Powder, Ammonium Acryloyldimethyltaurate Copolymer, Cetearyl Alcohol, Parfum, Linalool, Ceteareth-33, Xanthan Gum, Lavandula Angustifolia Oil, Allantoin, Tetrasodium EDTA

Cena: 19,90 zł/50 ml
Dostępność: salony Yves Rocher i sklep internetowy
Ocena: 4,5/5

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Garnie(r) się do zmywania! Garnier Essentials Płyn do demakijażu 2w1

Płyn do demakijażu to przyjaciele każdej kobiety. Mleczka, płyny micelarne i płyny dwufazowe pomagają nam pozbyć się całego kamuflażu. Czasami makijaż, który sobie fundujemy ma za zadanie przetrwać w najcięższych warunkach. Szczególnie w lecie zaczynamy doceniać produkty o przedłużonej trwałości. Chcemy mieć pewność, że podkład nie spłynie przy pierwszej kropli potu, cień nie zroluje się chwilę po nałożeniu, a tusz do rzęs i eyeliner nie ucharakteryzują nas na pandę. Skoro jednak zwykła woda ma nie zniszczyć naszego makijażu, to co w takim razie pomoże nam w pozbyciu się go, gdy przyjdzie nam na to ochota? Szczególnie pomocne, zwłaszcza w przypadku bardzo trwałego makijażu oczu, okazują się płyny dwufazowe. Niektóry nienawidzą tłustawej warstewki, którą specyfiki takie pozostawiają,  inni cenią sobie ich skuteczność w walce z opornymi kosmetykami. Ja należę do tej drugiej grupy.

Płyn dwufazowy Garnier kupiłam dlatego, że zachwycała się nim Idalia, a to jedna z tych blogerek, którym bardzo ufam. Kończyła mi się dwufaza z Bielendy i do koszyka wpadł Garnier. Wiązałam z nim ogromne nadzieje...

Zanim jednak opiszę działanie produktu, posmęcę trochę na temat opakowania. Dzięki temu, że jest przezroczyste można kontrolować zużycia i stopień zmieszania faz. Prostota butelki nie pozwala na zachwyty nad jej kształtem :). Zamknięcie z klapką i niewielka dziurka w korku to wygodne rozwiązania.

Płyny dwufazowe składają się z fazy wodnej i fazy tłuszczowej. Zostawiają na skórze, czego też wiele osób w nich nie znosi, tłustawą warstwę - jedne większą, inne mniejszą. W przypadku Garniera ten film jest naprawdę niewielki. Płyn ten, w przeciwieństwie do Ziai, nie zostawia na powiekach ciężkiego smalcu, pod którego naporem powieki same się zamykają. Garnier nadaje się podobno do demakijażu całej twarzy - w takim jego stosowaniu lubuje się moja mama, ja jako posiadaczka cery mieszanej nie przepadam za ekstra warstwą tłuszczu (nawet minimalną) na swojej twarzy. Stosowałam go więc do zmywania makijażu oczu. Płyn jest przeznaczony do wrażliwej skóry twarzy, natomiast producent nie wspomina nic o jego wpływie na wrażliwe oczy. Moje początkowo lekko szczypał, po kilku aplikacjach to uczucie zniknęło.

Garnier naprawdę dobrze zmywa makijaż oczu, w tym także makijaż wodoodporny. Ale żeby go zmyć, trzeba trochę uważniej kierować wacikiem. Lepiej lekko przytrzymać nasączony płatek na oku, zanim rozpoczniemy proces demakijażu albo przejechać nim po powiece kilkukrotnie. Gdy od razu zaczniemy działać, płyn może nam lekko rozmazać makijaż, ale nie usunie go zupełnie i można zostać pandą.

Po lewej: najtrwalsze eyelinery, kredka, tint i tusz wodoodporny
Po prawej: po pierwszym przetarciu


Uważam, że Garnierowi udał ten płyn. Choć nie jest pozbawiony wad, muszę przyznać, że w kategorii zmywania makijażu oczu, to mój obecny ulubieniec.

Na koniec wspomnę, że po kosmetyki Garnier warto wybrać się do marketu Kaufland. Nie wiem, jak jest z innymi produktami, ale np. mój ulubiony antyperspirant w sprayu kosztuje tam ok. 8 zł, podczas gdy w innych placówkach jego cena oscyluje w granicach 13 zł. Również ten płyn jest tam tańszy.

Skład: Aqua, Cyclopentasiloxane, Isohexadecane, Isopropyl Palmitate, Panthenol, Rosa Centifolia Flower Water, Dipotassium Phosphate, Poloxamer 184, Polyaminopropyl Biguanide, Potassium Phosphate, Sodium Chloride, CI 61565.

Cena: ok. 10 (Kaufland) - 15 zł (Drogerie Natura)
Dostępność: Kaufland, Rossmann, Super-Pharm, Hebe, Tesco, Natura, Jasmin
Ocena: 4/5

piątek, 7 czerwca 2013

Przesilenie. Rimmel Apocalips Lip Lacquer 201 Solstice

Kosmetyki do ust (zresztą jak wszystkie inne kategorie) to mój konik. Z chęcią sięgam po nowe rozwiązania, wykraczające poza klasyczne szminki i błyszczyki. W ciągu kilku ostatnich lat na rynku pojawiło się sporo produktów, które trudno jednoznacznie zakwalifikować. Matowe szminki w płynie, błyszczyki w formie pomadek oraz tinty zdecydowanie  odbiegają od tradycyjnego pojmowania szminek i błyszczyków, powodując, że utarte granice zaczynają się zacierać. Swoistą nowością są lakiery do ust, łączące w sobie intensywny kolor szminki oraz jej trwałość z mokrym, charakterystycznym dla błyszczyków wykończeniem. Produkty tego typu ma w swojej ofercie kilka marek. Znajdziemy je zarówno wśród droższych firm, jak i tych, oferujących kosmetyki w cenach bardziej przystępnych kieszeni. Od kilku miesięcy prawdziwą furorę robi lakier do ust Apocalips ze stajni Rimmela. Jedni go kochają, inni nienawidzą... Jeżeli jesteście ciekawi mojej opinii, proszę o nieregulowanie odbiorników i pozostanie na tej stronie :).

Mam bzika na punkcie opakowań. To od analizy całej otoczki zaczynam recenzję produktów. Rimmel tym razem bardzo się postarał. Opakowanie jest proste, ale piękne i eleganckie. Charakteryzuje się porządnym wykonaniem. Nic się nie wylewa. Podoba mi się estetyka opakowań tej serii, ale jest coś w niej co urzekło mnie jeszcze bardziej. Apocalips mają genialny aplikator. Dawno żaden patyczek z gąbką na końcu tak mnie nie zachwycił. "Uszczelka" w środku opakowania powodowałaby, że gdyby aplikator był prosty, to wyciągalibyśmy suchą gąbkę. Przez to, że jest z jednej strony prosty, a z drugiej ścięty i posiada tam wgłębienie, pozwala na nabranie idealnej ilości produktu, która wystarcza do pomalowania ust bez ponownego nurkowania z aplikatorem w głąb opakowania.


Konsystencja tego lakieru do ust nie przypomina zwykłych błyszczyków, które raczej kojarzą się z lekkością. Rimmel jest cięższego kalibru. Jest bardzo gęsty, a pigmentacja naprawdę powala. Krycie także jest zadowalające. Nie jest klejący, ale czuć go na ustach. W przeciwieństwie do szminek z serii Kate, można go nałożyć na lekko suche usta, nawilża i je wyrównuje. Nie zbiera się w załamaniach. Sporo osób narzekało na to, że jaśniejsze kolory (Nude Eclipse i Phenomenon) zachowują się zupełnie inaczej i nie prezentują się zbyt korzystnie. Przy Solstice nie mam się czego przyczepić w tym obszarze.

Zastrzeżenia mam natomiast odnośnie zapachu tego produktu. Usta są na tyle blisko nosa, że wszelkie apetycznie pachnące mazidła są tam mile widziane. Apocalips nie dostarczy miłych wrażeń zmysłowi powonienia. Niestety. Choć woń plastiku dość szybko znika, te kilka pierwszych minut może być uciążliwych.



Gdy pierwszy raz zobaczyłam ten kolor na zdjęciu u Słomki, byłam oczarowana. Uwielbiam takie brudne ciemne róże i z chęcią używam ich na co dzień. Dobrze czuję się w takim bezpiecznym kolorze. Kiedy z paczki powitalnej od Rimmela wyłowiłam właśnie ten kolor byłam wniebowzięta. Szybko nałożyłam go na usta... I niestety się rozczarowałam. Solstice może i jest ładnym ciemnym różem, ale z "niespodzianką" w postaci paskudnego metalicznego wykończenia. Mam wrażenie, że tego typu rozwiązanie niesamowicie postarza. Oczywiście wraz z upływem czasu intensywny metalik schodzi, niemniej do końca jest widoczna  poświata na ustach. Źle się czuję w takim wykończeniu.



Na koniec wspomnę jeszcze kilka słów na temat trwałości. Cóż, szału nie ma. Nie siedzi na ustach tak długo jak szminka, ale na pewno zostaje na nich dłużej niż niejeden błyszczyk. Przez około 2 godziny mogę cieszyć się Solstice na wargach, jeżeli w tym czasie nie jem i nie piję.

Myślę, że ten produkt spodoba się osobom, które lubią gęste, kryjące błyszczyki, ale nie oczekują od nich kilkugodzinnej trwałości. Miłośniczki niezniszczalnego koloru na ustach, który utrzymuje się przez dłuższy okres czasu, raczej nie będą zachwycone.

Cena: ok. 26 zł/5,5 ml
Dostępność: Rossmann, Hebe, Super-Pharm, Natura
Ocena: 3,5-4/5

P.s. Produkt został mi przekazany do pokazania na blogu, ale nie miało to wpływu na treść zamieszczonej recenzji.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...