Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

czwartek, 30 maja 2013

Pa-pa-pa-pa-ma-ma-ma-MAJ! Pożegnane w maju


Powoli dobiega końca jeden z najpiękniejszych (w założeniu) miesięcy w roku. Dla studentów jest to początek sesyjnej nerwówki, dla uczniów stanowi już przedsmak wakacji. Pracujący myślą o urlopach, bezrobotni liczą na sezonową pracę... Tegoroczny maj był dla mnie dość intensywny. Urwanie głowy nie przeszkodziło mi jednak w ogołoceniu sklepowych półek i jednocześnie prowadzonej kampanii na rzecz redukcji kosmetycznych zapasów. To, co przybyło do mojej kosmetyczki możecie zobaczyć w poprzednim poście. Dziś przyszła pora na prezentację tego, co ubyło.


Było: La Perla J'aime les fleurs EDT - na moim blogu nie znajdziecie recenzji perfum. Nie moja bajka. Nie potrafię rozróżniać poszczególnych komponentów zapachowych, nie mam do tego nosa. Klasyfikację zapachów przeprowadzam więc według bardzo uproszczonych kryteriów.
Perfumy La Perla dostałam od cioci, której szybko się znudziły. Mój związek z nimi to na przemian rozstania i powroty. Nie wiem, czemu La Perla tym zapachem chciała manifestować swoją miłość do kwiatów - nie wyszło jej to, bo ten zapach obok owych kwiatów nawet nie leżał. Tę wodę określiłabym mianem ananasowo-lodowo-mydlanej. Ani to świeże, ani ciężkie, w sumie takie niewiadomo co. 

Jest: Yves Rocher Naturelle - zapach chwalony jako kuzyn Light Blue, na papierku ma z nim sporo wspólnego. Na mojej skórze wyłażą zaś z niego ostre trawiaste nuty...

Było: AA Therapy Trądzik Tonik antybakteryjny - bardzo przyjemny tonik o nieprzyjemnym zapachu. Moja cera go polubiła. Pełną recenzję znajdziecie TU.

Jest: AA Cera Mieszana Płyn micelarny+peeling - pieniący i klejący się koszmarek. A miałam nadzieję, że micele AA się zmieniły :(.

Było: Biały Jeleń Żel do mycia twarzy z oczarem wirginijskim - słabo oczyszczający żel o konsystencji nie do końca stężonej galaretki, który lubi "pojawiać się i znikać". Nie wart nawet tych kilka złotych. Dogłębnie swoje wrażenia opisałam TU.

Jest: Yves Rocher Pure Calmilie Żel do mycia twarzy


Było: Baikal Herbals Krem Nocny Detox - pierwszy raz w życiu miałam krem, który tak mi odpowiadał. Wiem, obiecuję recenzję od jakiegoś czasu. Gdy tylko wygrzebię się z magisterki, na pewno opiszę swoje wrażenia - nie chcę tego robić po łebkach.

Jest: kolejne opakowanie tego kremu

Było: Alouette Einmal Waschlappen - jednorazowe ręczniki do osuszania cery, to świetna opcja dla cer, które mają tendencję do wysypywania paskudami, gdy mają taki kaprys. Moja twarz znacząco się poprawiła, odkąd przerzuciłam się z ręczników frotte na te kuchenne, papierowe. Jakiś czas temu wpadły mi w oko jednorazowe ręczniki specjalnie dedykowane twarzy. Kupiłam na próbę jedno opakowanie.
Muszę przyznać, że Rossmannowy wynalazek świetnie się sprawdził. Ręcznik jest całkiem spory, zakryje nawet twarz okrągłą i dużą jak księżyc w pełni. Jest grubszy od ręczników kuchennych i bardziej wytrzymały (nie rozrywa się pod wpływem wody). Nadaje się do ścierania resztek maseczek. Minus? Cena - ok. 6 zł za 30 sztuk. W tej samej cenie wolę kupić dwie długaśne roli ręczników kuchennych, których będę używać przez dłuższy okres czasu.

Jest: Queen Ręczniki kuchenne


Było: Carea płatki kosmetyczne

Jest: to, co było :)


Było: Pharma CF Zmywacz do paznokci bez acetonu o zapachu wanilii - ta wanilia mnie omamiła. Nie wiem zresztą, jak mogłam pomyśleć, że połączenie wanilii i smrodu zmywacza będzie lepsze niż sam jego odorek. Duet zapachowy skręca nos i wszystkie wnętrzności. Intensywne wrażenia dla zmysłu powonienia to jednak jedyne atrakcje, jakie zapewnia ten produkt. Chociaż nie... Kto by się spodziewał, że zmywacz do paznokci nie będzie zmywał? Taki psikus! Nawet jasnej emalii to to nie chce ruszyć, a czerwoną rozmazuje na całych dłoniach - jeżeli chcecie się bawić w Indian, to polecam :D.

Jest: Isana Zmywacz od paznokci o zapachu migdałów - porównując używanie tego produktu z waniliowym potworem w Pharma CF, czuję się jakbym złapała Boga za nogi.


Było: Kamill Mleko i Miód Żel pod prysznic - jak wszystkie Kamille (których używałam) rzadki i słabo pieniący. Tamte choć nadrabiały zapachem. Nie jestem fanką mleka i miodu, to połączenie kojarzy mi się z okropnymi miskturami, które w czasie przeziębienia serwuje mama. Bleeeeeee...
Yves Richer The Vert Zielona herbata Żel pod prysznic - przyjemny produkt, którego używanie jest uprzyjemnione miłym zapachem. Yves Rocher ma u mnie plusa, bo zwykle ich kompozycje zapachowe są takie prawdziwe, lawenda jest lawendą, grejpfrut grejpfrutem, a róża nie pachnie metalem :D.

Jest: Yves Rcoher Jardins du Monde Grejpfrut z Florydy i Kwiat Gardenii z Polinezji.


Było: Babydream für Mama Pflegeöl - produkt ostatniego roku, o ile nie całego mojego życia. Fantastyczny pogromca czerwonych rozstępów. Jak postanowią go wycofać, to wykupię z każdego Rossmanna, który się nawinie. Recenzję pełną zachwytów przeczytacie TU.

Jest: Alverde Mamaglück Olejek do ciała z dziką malwą 


Było: Yves Rocher Jardins du Monde Dezodorant-antyperspirant Kwiat bawełny z Indii - słabiutki produkt o ładnym zapachu. Nie polubiłam go i gdybym nie dostała przy okazji zamówienia ze sklepu internetowego marki kolejnej kulki w tej wersji, to z pewnością sama bym jej już nie kupiła. Zrecenzowałam ten produkt w TYM poście.

Jest: taki sam produkt, którym zostałam uszczęśliwiona na "siłę".


Niektóre znajdujące się na dnie (rozpaczy) produkty nie doczekały się swoich zamienników z różnych powodów. Szampon Batiste nie przekonał mnie do swojej idei. Woda różana Dabur była przyjemnym dodatkiem do maseczek i całkiem dobrze pozbawiała makijaż twarzy nienaturalnego pudrowego wykończenia, ale nie zachwyciła na tyle, żebym biegła po kolejną butelkę. Mydło Yves Rocher Kandyzowane kwiaty charakteryzowało się przyjemnym zapachem, ale równie dobrze do mycia dłoni nadadzą się zwykłe kostki. Bibułki matujące Wibo obok produktów zapewniających mat nawet nie leżały - można nimi ściągnąć sebum, ale nie ograniczają dalszej produkcji smalcu.

Nadal znoszę dużo kosmetyków do domu, ale udaje mi się co nieco z niego wynieść. Chomikowanie pustych opakowań w szafie to frajda :). Jak wam poszły majowe poszukiwania dna?

poniedziałek, 27 maja 2013

Nowe majowe... Nowinki w kosmetyczce

Intensywnie wdrażam projekt denko. Przynajmniej w części pielęgnacyjnej. Ze względu na solidne zapasy, staram się nie ulegać pokusom i nie znosić do domu kolejnej partii kosmetyków wszelakiej maści. Czasem jednak pragnienie wejścia w posiadanie kilku drobiazgów staje się silniejsze. Maj mam nadzieję zakończyć z następującym przybytkiem:


Dzięki konkursowi u Piękności dnia chwilowo zostałam zaspokojona pod względem mazideł do ust. Te trzy piękne szminki Yves Rocher z serii Grand Rouge (Subtelny koral, Apetyczna czerwień i Pudrowy róż - w regularnej cenie 49 zł każda) sprawiły, że nie wiedziałam, którą mam się smarować najpierw.

Obiecywałam sobie, że ponieważ moja kolekcja wzbogaciła się o tak cudne odcienie, nie kupię przez jakiś czas kolejnych produktów do ust. -40% w Rossmannie złamało moją silną wolę i z wywieszonym językiem poleciałam po L'oreal Shine Caresse w odcieniu 101 Lolita (38,99 zł 23,39 zł). Nie żałuję złamanego postanowienia.

Jakiś czas temu stłukłam ukochany róż z Bell. Szukałam czegoś brzoskwiniowo- różowego w jego miejsce. Postawiłam na P113 z Flormaru, który nie do końca okazał się ideałem pod względem kolorystycznym. W internecie wypatrzyłam róże Natural Collection i uśmiechnęłam się ładnie do koleżanki po kolor Rosey Glow (1,99 funta).


Maj w tym roku upływa mi pod znakiem zakupów produktów do paznokci. Essie Ballet Slippers (35,99 27 zł) nabyłam, co prawda pod koniec kwietnia, ale to od niego rozpoczęła się mania kupowania lakierów. W Hebe złapałam lakier Revlon 410 Dreamer (19,99 zł  9,99 zł) - wybrałam się po niebieski lakier z Essence, ale sugerując się stwierdzeniem, że "Chanel zawsze milej na ryj...", stwierdziłam, że Revlona zawsze milej na paznokcie nałożyć :D. Czułam niedosyt niebiańskich odcieni, więc przy okazji zakupów w Magnolii na stoisku Golden Rose sięgnęłam po Rich Color nr 38 i Selective nr 56 (6,90 zł każdy). Zapragnęłam jeszcze fioletu i wybrałam ponownie Golden Rose Rich Color nr 47. Od marki Rimmel otrzymałam do przetestowania nowe lakiery z serii Salon Pro 313 Coctail Passion (wściekły róż) i 711 Punk Rock (grafit) - ok. 18 zł/sztuka.


Paznokciowego szału ciąg dalszy miał miejsce w Rossmannie. Czterdziestoprocentowa zniżka skusiła mnie do zakupu Sally Hansen Insta-dri (29,99 zł 17,99 zł), który mam nadzieję przyspieszy wysychanie emalii. Zamierzam także ostatecznie rozprawić się ze skórkami przy pomocy Sally Hansen Instant Cuticle Remover (30,99 zł 18,59 zł).


Produktów do pielęgnacji twarzy mam aż nadto, dlatego zakupy ograniczyłam do minimum. Kończę powoli głaszczący peeling z Daxa, więc korzystając z Rossmannowskiej okazji, skusiłam się na Garnier Czysta Skóra Active Ultrazłuszczający peeling (16,99 zł 10,19 zł). Krem Hipp na odparzenia, na który przypadkiem wpadłam w Biedronce (7,99 zł) bardzo polecały dziewczyny, które zmagają się z problematyczną cerą. Krem ochronny 50+ do tłustej i mieszanej skóry z Dermedic (30,99 zł 21,69 zł) kupiłam z myślą o zbliżających się upałach. Niestety, jak na złość zrobiło się zimno.


Dawno nie używałam żadnego peelingu do ciała, a skorupkę trzeba czymś zetrzeć, więc do koszyka w Lidlu wleciał Bielenda Granat Cukrowy peeling do ciała (11,11 zł), który raczej powinien się nazywać solnym, bo na pierwszym miejscu w składzie ma sól kuchenną.

W co wam ostatnio wzbogaciła się kosmetyczka?

sobota, 25 maja 2013

Szukasz jelenia? Pollena Ostrzeszów Biały Jeleń Hipoalergiczny żel do mycia twarzy z oczarem wirginijskim

Myślę, że gdybym w towarzystwie rzuciła nazwę "Biały jeleń" połowa osób skojarzyłaby tę markę z szarym mydłem. W dobie pachnących, fikuśnych produktów do mycia, zdajemy się zapominać o zwyczajnej, nieciekawej kostce. Kilka lat temu na Białego Jelenia zapanował prawdziwy szał. Jednak bynajmniej nie dlatego, że nagle odkryto na nowo jego świetne właściwości w dziedzinie  dopierania skarpet. Na kostki i płynne formuły tego produktu rzuciły się kosmetykoholiczki, które z zapałem zaczęły myć nimi swoje twarze. Też przeszłam przez tę fazę. Nie chcę się zbytnio rozpisywać, ale wspomnę, że u mnie szare mydło, jako środek do oczyszczania twarzy nie zdało egzaminu. Moja cera jest kapryśna, rozpuszczona jak dziadowski bicz i zdecydowanie bardziej toleruje jakieś wymyślne żeliki :D. Mówisz, masz, marka Biały Jeleń się rozwija i w jej asortymencie znajdziemy żele pod prysznic, szampony i żele do mycia twarzy właśnie. Zdecydowałam się wejść drugi raz do tej samej rzeki i poszukać Jelenia.

Właściwą recenzję zacznę od rozłożenia opakowania na czynniki pierwsze. Zasadniczo nie mogę się przyczepić. Butelka jest przezroczysta i nieduża. Łatwiej zmieści się w kosmetyczce niż butla Vichy Normaderm. Biały Jeleń nie ma pompki, ale za to ma zmyślną klapkę, która ukazuje się, po naciśnięciu części korka. O ile takie rozwiązanie nie podobało mi się w przypadku płynu micelarnego z Biedronki, który był rzadki, tak w przypadku gęstego szamponu Natura Siberica, już nie marudziłam. Przy Białym Jeleniu znowu kręcę nosem, bo...

... żel jest bardzo wodnisty! Mimo rzadkiej, lejącej konsystencji, nadal zachowuje właściwości żelu. Tak wiem, masło maślane. Już tłumaczę. Biały Jeleń jest bardzo płynny i w związku z tym powinien wręcz wylewać się z opakowania. Tymczasem jego dozowanie jest prawdziwą sztuką. Dlaczego? Niby wypływa z opakowania po wyciśnięciu na dłoń. Z tym, że nie zawsze. Jeżeli przestaniemy go wyciskać w nieodpowiednim momencie, to się schowa i zabawę trzeba zaczynać od nowa. Z kolei, jeżeli przytrzymamy butelkę trochę dłużej, to wystrzeli z niej zbyt duża ilość żelu. Marnotrawstwo pełną gębą, nie potrzebuję aż łyżeczki żelu, żeby umyć twarz.

Biały Jeleń, mimo zawartości SLS, pieni się dość średnio. Raczej maże się na twarzy, tworząc lekką pianę. Przy okazji kwestii technicznych wspomnę jeszcze o zapachu - jest ładny, delikatny, ale trudny do zdefiniowania. Nie gryzie w nos.

Patrząc na wysoką średnią ocen w wizażowym KWC, sądziłam, że ten żel powali mnie na kolana. No cóż... Po umyciu twarzy tym produktem cera robi się naprawdę matowa. Żel daje uczucie czystości, ale takie na skraju suchości.  Nie podrażnia. Szczypie w oczy, gdy się do nich dostanie. Największe zastrzeżenia mam jednak odnośnie podstawowego zadania każdego żelu do mycia twarzy, czyli oczyszczania. Tutaj Biały Jeleń radzi sobie trochę słabo. Cera robi co prawda wrażenie pozbawionej makijażu i nadmiaru sebum. Jednakże sięgnięcie po tonik lub płyn micelarny pozbawia złudzeń. Żel nie oczyszcza zbyt dobrze. Mimo szorowania twarzy, po przemyciu wacikiem nasączonym tonikiem okazywało się, że coś na tej twarzy zostawało. Niestety, czuję się trochę nabita w butelkę: cera wydaje się czysta, ale czysta nie jest.

Wiązałam duże nadzieje z Białym Jeleniem, liczyłam na to, że ten tani produkt mnie zachwyci i zostanie w łazience na dłużej. Niestety jego moc czyszczenia jest dla mnie zbyt słaba i raczej się już nie spotkamy.

Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamide DEA, Cocamidopropyl Betaine, Decyl Glucoside, Glycerin, Lactitol, Xylitol, Butylene Glycol, PEG-60 Almond Glycerides, Caprylyl Glycol, Carbomer, Nordigydroguaiaretic Acid, Oleanolic Acid, Allantoin, Citric Acid, Hamamelis Virginiana Leaf Water, Alcohol, Tetrasodium EDTA, PEG/PPG-120/10 Trimethypropane Trioleate (and) Laureth-2, PEG-14M, Parfum, Sodium Benzoate, CI 42090

Cena: ok 6-9 zł/200 ml
Dostępność: Drogerie Hebe, Drogerie Jasmin
Ocena: 3/5

środa, 22 maja 2013

W przypadku awarii nacisnąć dozownik. Batiste Suchy szampon Lace

Gdy pierwszy raz spotkałam się z wpisami na temat suchych szamponów Batiste, zastanawiałam się cóż to za dziwaczny wynalazek. Wodę komuś odcięli, zwykłych szamponów zabrakło na półkach, czy co? Nie wyobrażałam sobie, że można odświeżyć włosy bez ich umycia. W głowie mi się to nie mieściło. Blogerki i Vlogerki nadal na potęgę chwaliły Batiste, więc zdecydowałam się sprawdzić na sobie, co to za rewelacja.

Suchy szampon to nie jest nowość. Nie wiedzieć czemu, fascynacja tego typu produktami pojawiła się niedawno. Rynek od razu zareagował i, o ile jeszcze rok temu ciężko było coś takiego dostać w drogeriach, tak teraz mamy trochę opcji do wyboru (Isana, Schauma, Beauty Formulas). Chodzą plotki, że i Batiste zasadza się na miejsce na sklepowych półkach.

Zanim zacznę się rozwodzić nad wyższością wody i płynnego szamponu nad kolegą w sprayu, opiszę walory techniczne opakowania. Poszłam na całość i od razu kupiłam wersję 200 ml (niektóre warianty Batiste mają także odpowiedniki do torebki o pojemności 50 ml). Puszka jest wysoka, raczej nie jest to opakowanie, które zawieruszy się nam w gąszczu innych produktów. Dozownik jest standardowy, przypomina ten, który kiedyś gościł w większości antyperspirantów (teraz producenci tychże cudują i wprowadzają urozmaicone opcje). Przy aplikacji Batiste, ten podstawowy typ dozownika sprawdza się dobrze, nie można narzekać.

Plus dla producenta za to, że oprócz słownej instrukcji obsługi po angielsku, zamieścił także obrazkową, zrozumiałą dla każdego. Polski dystrybutor oczywiście przetłumaczył sposób aplikacji na nasz język i umieścił go na naklejce :).

Suchy szampon to nie jest alternatywa dla tych, którzy za wodą nie przepadają i wyznają motto "częste mycie skraca życie, mądrzy ludzie żyją w brudzie". Bardzo mi przykro, bez porządnego szorowania czupryny się nie obejdzie. Nie wiem, jak jest u was, ale mnie okropnie swędzi skalp, gdy nie mam czystych włosów. Tak ta skóra swędzi, że mam ochotę trzeć nią o ścianę :D. Batiste nie niweluje tego uczucia "nieświeżości". Co w takim razie robi? Matowi włosy. Nie powiedziałabym, że je w jakikolwiek sposób odświeża - przynajmniej moje wyglądają nadal jak strąki, tylko nie są tłuste. Biały perfumowany pył, który wylatuje z dozownika sprawia, że włosy nie wyglądają jak polane mieszanką smalcu i margaryny, niweluje "ochronną" warstwę na około 4 godziny i nadaje zapach. Ze względu na kolor, preparat przyprósza włosy lekką siwizną. Jest ona do wyczesania, ale trzeba to zrobić dość dokładnie. Po wmasowaniu szamponu we włosy należy pędzić do łazienki w poszukiwaniu kranu, bo ręce też suszy, yyy, matowi, znaczy się. Daje na dłoniach takie śmieszne uczucie, jakbym posypała je talkiem.

Na koniec zostawiłam opis walorów zapachowych. Wersja, którą wybrałam, czyli Lace, w założeniu miała pachnieć uwodzicielsko i elegancko. Interpretacje tych określeń mogą być różne (przecież punkt widzenia zależy od puntu siedzenia :D), ale Lace kojarzy mi się z wampem idącym na randkę. To taki trochę zapach a'la perfumy - niezbyt słodkie, raczej lekko drapieżne. Niezły, ale szybko męczy.

Suchy szampon to dobra opcja w razie "awarii", czyli w chwilach, gdy wypada nam coś pilnego albo coś, co żal nam przegapić, a właśnie urządzamy sobie dzień dziecka (brudasa :D) i nie chce nam się myć włosów. Nie jestem zachwycona tym produktem, ale może kupię mniejszą wersję na wypadek nieoczekiwanego apogeum lenistwa.

Skład: Butane, Isobutane, Propane, Oryza Sativa Starch, Alcohol Denat., Parfum, Distearyldimonium Chloride, Cetrimonium Chloride, Geraniol, Limonene, Benzyl Salicylate, Linalool

Cena: ok. 16- 18 zł/200 ml
Dostępność: sklepy internetowe np. Alledrogeria, MintiShopKosmetykomania; we Wrocławiu stacjonarnie można go dostać w Stylerze (ul. Żelazna, przy Biedronce)
Ocena: 3,5/5

niedziela, 19 maja 2013

Uderz w odpowiedni ton. Maybelline Affinitone Concealer 02 Natural

Jak przygotowujecie się do zakupów kosmetycznych? Ja zawsze poszukiwanie kolejnej perełki do kolekcji zaczynam od przewertowania KWC. Wizażowy katalog Kosmetyków Wszech Czasów naprowadził mnie na wiele świetnych produktów. Nieliczne wyjątki okazywały się klapami. KWC ufałam więc bezgranicznie. Nadal ma ono duży wpływ na podejmowane przeze mnie wybory, ale ostatnio uczucia uległy pewnemu ochłodzeniu.

Poszukiwania nowego korektora pod oczy rozpoczęłam od przewertowania zaufanego źródła. W pamięć zapadł mi produkt marki Maybelline. Nie jest to marka, po której produkty sięgam często, mogę wręcz stwierdzić, że znam ich kosmetyki, ale nie używam. W okresie poszukiwania korektora, na dniach miała być czterdziestoprocentowa obniżka na asortyment Maybelline w Hebe, więc postanowiłam, że skuszę się na Affinitone. Niestety, to nie była dobra decyzja.

Maybelline podpadło już po otwarciu opakowania. Całkowicie nie rozumiem po co ta ogromna dziura, bez żadnego zabezpieczenia (ta wcześniejsza dziurka niewiele pomaga), które pozwalałoby odsączyć nadmiar korektora. Gąbka jest duża, ale bez przesady, żeby ją wyciągnąć z opakowania nie trzeba aż tak gigantycznego otworu. Co do samego aplikatora nie mam zastrzeżeń - dobrze rozprowadza się nim produkt, nie drapie skóry.


Kupiłam ten produkt z myślą o stosowaniu go pod oczami. W opisie produktu na KWC przeczytałam, że idealnie tuszuje niewyspaną pandę. Gdy otworzyłam w domu opakowanie i pomazałam korektorem dłoń, nabrałam złych przeczuć. Nie bardzo mi się widziało, żeby taki suchawy produkt mógł dobrze spisać się pod oczami. Nie pomyliłam się. Może i Affinitone rozjaśnia cienie, ale robi to w dość nieestetyczny sposób. Nieładnie osadza się na skórze. Mam wrażenie, że po prostu jest dla tych obszarów zbyt suchy (widać to na zdjęciu w szczególności na górnej powiece). Okolice oczu wolą raczej coś z dodatkową dawką nawilżenia, coś kremowego. W przypadku Affinitone tego mi zabrakło. Może przez swoją konsystencję korektor utrzymuje się całkiem nieźle w tych obszarach (około 6 godzin)


Ze względu na naoczną klapę, zdecydowałam się na używanie korektora do tuszowania niedoskonałości na twarzy. W przypadku przetłuszczającej się skóry, ta sucha konsystencja okazała się dobrym rozwiązaniem. Korektor wygląda dużo lepiej. Nie kryje idealnie, do zakrycia syfka potrzeba kilku warstw, a i tak czerwień prześwituje. Nie byłoby jednak tak źle, gdyby korektor nie robił jednej paskudnej rzeczy. KWC podaje, że brak w nim substancji tłuszczowych i nie zatyka porów. Korektor przepięknie podpycha gule i tworzy nowe z niczego. Nie chcę was obrzydzać, więc nie napiszę, co wybuchało na moim nosie.

Zawsze muszę coś rozdrapać :D

Jedynym plusem tego kosmetyku jest niezły wybór kolorów. Bardzo często firmy oferują kilka odcieni podkładów i zaledwie 2 kolory wśród korektorów. Maybelline postarało się i do wyboru w gamie Affinitone mamy 4 albo 5 wariantów. Zwykle w ciemno brałam najjaśniejsze korektory (które zwykle są raczej średnie niż prawdziwie blade), a tym razem skusiłam się na brzoskwiniowo - żółtawy 02 Natural (na mojej białej dłoni wygląda na pomarańcz :D). Udany kolor, bardzo ładnie wpasowywał się w moją cerę.

Niestety ten korektor nie przypadł mi do gustu. Jedyne, co mi w nim odpowiadało, to jego kolor. Chciałabym korektor, który połączyłby odcienie Maybelline i właściwości świetnego korektora Miss Sporty. To byłby hit.

Skład: Aqua, Cyclopentasiloxane, Hydrogenated Polysobutene, Sorbitan Isostearate, Propylene Glycol, Ozokerite, Hexylene Glycol, Mel, Magnesum Sulfate, Disteramonium Hectorite, Acrylates Copolymer, Isopropyl Titanum Trisostearate, Diazolidnyl Urea, Methylparaben, Propylparaben, Silica, Vitis Vinifera Extract, Retinyl Palmitate, Tocopherol, Disodium EDTA, Urea, Cucumis Sativus Juice, Glycosamnoglycans, Sodium Hiluronate, Chamomilla Recutta Extract, Aloe Barbadensis Extract [+/- May contain: CI 77891, CI 77499, CI 77492, CI 77491, Mica, CI 77007]

Cena: ok. 25 zł/7,5 ml
Dostępność: Super-Pharm, Hebe, Natura, Rossmann
Ocena: 3/5

czwartek, 16 maja 2013

Bawełna zawsze przy ciele. Yves Rocher Jardins du Monde Dezodorant antyperspirant Kwiat bawełny z Indii

Jeżeli jest jakaś kategoria kosmetyków, wobec której nie mam litości, to są to antyperspiranty. Z uporem maniaka obsmarowuję wytwory każdej marki po kolei. Zazwyczaj producenci obiecują gruszki na wierzbie, a produkt, który dostajemy do rąk, okazuje się, delikatnie mówiąc, "średni". Dziś zaprezentuję produkt właśnie z kategorii niezbyt udanych produktów.

Na antyperspirant z Yves Rocher pewnie nigdy bym się nie skusiła, gdyby nie fakt, że dostałam kupon na tusz Sexy Pulp za grosz. Co ma piernik do wiatraka? Całkiem sporo. Tusz za symbolicznego grosika mogłam odebrać przy dowolnym zakupie za min. 6,90 zł. Nie chciałam kupować kolejnej pierdoły (zadziwiające stwierdzenie, jak na mnie), a ponieważ kończył mi się antyperspirant, zdecydowałam się na upieczenie dwóch pieczeni na jednym ogniu.

Produkt znajduje się w różowym, plastikowym opakowaniu, co stanowi miłą odmianę po szklanej pułapce od Nivei. Plastik jest na tyle przezroczysty, a płyn na tyle biały, że świetnie widać, ile produktu się zużyło. Kulka jest dość duża, gładko sunie po skórze, nie ma żadnych gryzących wypustek. Do opakowania przyczepić się nie mogę.

Schody zaczynają się przy konsystencji. Antyperspirant jest bardzo rzadki, wręcz wylewa się z opakowania, co znacząco wpływa na jego wydajność. Płyn nie jest klejący, ale maże się na skórze i przez to dość długo wchłania. 20 minut czekania to dla mnie trochę zbyt długo, szczególnie o poranku, gdy każda minuta jest na wagę złota. Antyperspirant dość mocno rozbiela skórę pod pachami i brudzi ubrania w innym kolorze niż biały.

O dwudziestoczterogodzinnej skuteczności, którą obiecuje producent możemy zapomnieć. Produkt chroni mniej więcej 3-4 godzin, potem odczuwam pewien dyskomfort. Ta ochrona jest taka trochę na "słowo honoru", bo przy każdej małej przebieżce (np. do autobusu), długość skuteczności ulega drastycznie skróceniu.

Jedynym plusem tego produktu jest zapach. Bardzo lubię takie bawełniane nuty, dlatego i ta trafiła w mój gust. Zapach na szczęście nie reaguje w dziwny sposób z moją skórą i faktycznie przez kilka godzin (mniej więcej tyle, ile trwa ochrona) jest delikatny i przyjemny.

Nie polecam tego antyperspirantu. Cenowo niewiele odbiega od drogeryjnych specyfików, natomiast jakością ustępuje wielu z nich.

Skład: Aqua, Aluminium Chlorohydrate, PPG-15 Stearyl Ether, Hammamelis Virginiana Water, Steareth-2, Gossypium Herbaceum Extract, Steareth-20, Sodium Benzoate, Parfum, Propylene Glycol, Limonene.

Cena: ok. 11 zł/50 ml
Dostępność: sklepy Yves Rocher (we Wrocławiu: Auchan Bielany, Galeria Dominikańska, Pasaż Grunwaldzki, CH Borek, Magnolia Park, Korona)
Ocena: 2/5

poniedziałek, 13 maja 2013

Najtrudniejszy pierwszy krok? L'occitane Kremy do rąk


Kremów do rąk nigdy za wiele. W mojej torebce zawsze mieszka jeden kosmetyk tego typu. Ostatnio zaczęłam ograniczać ciężary, które ze sobą noszę i część dotychczas stałego wyposażenia bagażu podręcznego, została odprawiona z kwitkiem. Ciężko było mi zrezygnować z kremu do rąk, dlatego postanowiłam zastąpić dotychczasową pojemność trochę mniejszą tubką. Jak na zawołanie w Glamour pojawił się kupon uprawniający do odebrania 3 mini kremów L'occitane. Nie omieszkałam skorzystać z okazji :).

Marka L'occitane była mi do niedawna całkowicie obca. Czasami czytałam recenzje ich produktów, w centrach handlowych migały mi witryny sklepów firmowych, ale jakoś nigdy nic nie zwabiło mnie na tyle, żeby tam wejść. Powód jest dość prosty: raczej nie jest to marka, której ceny są przyjazne studentowi. Najtańszy produktem jest mydło w kostce - kilka jego rodzajów można kupić w szałowej cenie 15 zł (to taniocha, są droższe kostki w asortymencie). Kremy do rąk również charakteryzują się dość wygórowaną ceną - za 30 ml specyfiku zapłacimy niecałe 30 zł. Mililitr kremu kosztuje nas więc ok. 1 zł, podczas gdy w przypadku kremu z Pat&Rub, który wydawał mi się horrendalnie drogi, koszt 1 ml to zaledwie 0,55 zł.  Skoro Pat&Rub określiłam mianem drogiego, to w tym momencie brakuje mi określenia, żeby opisać cenę tego. Dyplomatycznie napiszę więc, że to produkt luksusowy.

Za luksus się płaci. Nie zawsze jednak wysoka cena gwarantuje świetną jakość. Czasami, przepłacając, można się naciąć na bardzo średniej jakości produkty. Choć określenie kremu o zapachu piwonii i o zapachu wiśni mianem bardzo średnich, to i tak gest łaski.

Zanim zacznę się pastwić nad poszczególnymi "walorami" konkretnych produktów, wspomnę trochę o opakowaniu. Pozwolę sobie je ocenić, ponieważ jest ono zmniejszoną wersją oryginału. Obawiałam się trochę, że metalowa tubka wybuchnie mi w rękach, ale okazało się, że był to nieuzasadnione zmartwienie. Tubka jest miękka, nic się nie zagina i nie pęka. Bardzo łatwo wycisnąć z niej krem. Nie podoba mi się to, że tubka ma nakrętkę - jestem raczej fanką klapek. Ale kremy tak szybko się skończyły, że nie odczułam dyskomfortu :).

Przejdę teraz do właściwej recenzji i opiszę kremy w kolejności od najlepszego do najgorszego. Oczywiście moje wrażenia są raczej wstępne, ponieważ nie miałam styczności z pełnymi wersjami, a zaledwie z miniaturkami o pojemności 1/3 oryginału.


Krem z 20% zawartością masła shea to bestseller tej marki. Choć najlepszy z całej trójki, nie podbił mojego serca. 

Krem ma dość zbitą konsystencję, nie wylewa się z tubki, trzeba go wycisnąć. Mimo tego łatwo się rozsmarowuje i szybko wchłania. Nie zostawia drażniącej tłustej warstwy, można normalnie utrzymać długopis, ale raczej nie polegałabym przez kilkanaście minut jeździć gwałtownie hamującą komunikacją miejską :).

Produkt prześlicznie pachnie. To taki trochę mydlany, ale niemęczący aromat. Mojej mamie zapach tego kremu skojarzył się z kremem dla dzieci Jacek i Agatka. Zdecydowanie woń tego produktu podoba mi się najbardziej z całej trójki.

Jak działa? Nieźle, ale bez fajerwerków. Po aplikacji czuję wyraźną ulgę na knykciach. Dłonie są gładkie i miękkie. Niestety to błogie uczucie niknie po około 20 minutach i wszystko wraca do stanu pierwotnego. Szkoda, że nie daje satysfakcji na trochę dłużej. Producent dedykuje go suchym dłoniom - ja bym raczej go nie polecała wymagającej skórze.

Skład: Aqua, Buyrospermum Parkii, Glycerin, Dimethicone, Ceteatyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Linum Usitatissimum Seed Extract, Mel Extract, Prunus Amygdalus Dulcis Fruit Extract, Althaea Officinalis Root Extract, Cocos Nucifera Oil, Brassica Campestris Sterols, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Helianthus Annuus Seed Oiol, Xanthan Gum, Parfum, Polyacrylamide, PEG-100 Stearate, Propylene Glycol, C13-14 Isoparaffin, Ceteareth-33, Alcohol Denat, Laureth-7, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid, Phenoxyetganol, Benzyl Alcohol, Benzyl Benzoate, Hydroxyisohexyl, 3-Cyclohexane Carboxaldehyde, Linalool, Citronellol, Butylphenyl Metthylprpional, Coumarin, Alpha-isomethyl Ione, Hexyl Cinnamal, Limonene, Geraniol.


Z kremem o zapachu kwiatów wiśni wiązałam największe nadzieje. Uwielbiam zapach wiosennych kwiatów na drzewach, w tym również tych, które pojawiają się na wiśni. Krem w opakowaniu pachnie naprawdę przyjemnie, mam wrażenie, że jestem w pobliżu drzewa obsypanego kwiatami. Niestety pięknym aromatem można się zaciągnąć jedynie z tubki. Na moich dłoniach z tego kremu wychodzą ostre męskie nuty. Na dokładkę zapach jest intensywny, długotrwały i bardzo szybko męczy.

Od brata z masłem shea ten krem znacząco różni się konsystencją. Jest bardzo rzadki, sam, bez wyciskania, wypływa z tubki. Wsmarowuje się go bajecznie łatwo, nawet nie zdążę go rozprowadzić, a on już się wchłania. Nie zostawia żadnej warstwy. Właściwie nie zostawia niczego poza zapachem. W przeciwieństwie do tego z masłem shea w ogóle nie działa. Można sobie właściwie darować jego aplikację. Chyba, że chcecie sobie uperfumować dłonie. Tylko nadaje zapach. Nic poza tym.

Skład: Aqua, Glycerin, Isonyl Isononanoate, Cetearyl Alcohol,  Buyrospermum Parkii Shea Butter, Cetyl Alcohol, Corn Starch Modified, Cyclomethicone, Prunus Cerasus Extract, Cocos Nucifera Oil, Cera Alba/Beeswax, Ethylhexyl Glycerin, Tocopherol, Xanthan Gum, Helianthus Annuus Seed Oil, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Chlorphenesin, Hydroxyethyl  Acrylate/Sodium Acryloldimethyl Taurate Copolymer, Polysorbate 60, Sorbitan Isosteatate, Methylpropional, Limonene, Linalool.



Kwiaty to zdecydowanie nie moja bajka, więc po kremie o zapachu piwonii nie spodziewałam się, że zachwyci pod tym względem. Nie myliłam się, ale L'occitane udało się mnie zaskoczyć. Sądziłam, że krem będzie po prostu kwiatowy. I taki w gruncie rzeczy jest, ale ta piwonia nie jest osamotniona. Z mazi wydobywa się nuta dla koneserów, czyli zapach lodówki. Czego, jak czego, ale tego się nie spodziewałam.

Działaniem i konsystencją piwonia nie odbiega od kwiatu wiśni. Error :D

Skład: Aqua, Glycerin,  Buyrospermum Parkii Shea Butter, Cetearyl Alcohol, Vitis Vinifera Seed Oil, Dicaprylyl Carbonate, Cetyl Alcohol, PaeoniaLactiflora Root Extract, Cocos Nucifera Oil, Helianthus Annuus Seed Oil, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Citrus Grandis Peel Oil, Rosa Damascena Flower Oil, Parfum,  Corn Starch Modified, Cera Alba/Beeswax, Tocopherol, Polysorbate 60, Sorbitan Isosteatate, Phenoxyethanol, Hydroxyethyl Acrylate/Sodium Acryloldimethyl Taurate Copolymer, Cetearyl Glucoside, Chlorphenesin, Xanthan Gum, Ethylhexyl Glycerin, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Benzyl Salicylate,  Alpha-isomethyl Ione, Linalool, Limonene, Citronellol, CI 17200

Pierwsze podejście do L'occitane nie było w moim przypadku udane. Miniaturki kremów do rąk raczej nie zachęciły do szaleńczego biegu do sklepu marki po pełen wymiar. Wysoka cena i niezbyt dobre działanie nie nastrajają pozytywnie.

A jakie są wasze doświadczenia z tą marką? Jeżeli pozytywne, to które produkty L'occitane zasługują na uwagę?

piątek, 10 maja 2013

Kiziu-miziu. Hakuro H24


Gdyby ktoś 1,5 roku temu powiedział mi, że za jakiś czas będę używała 4 pędzli do makijażu twarzy, to pewnie roześmiałabym mu się w twarz. Podkład można nałożyć bez użycia narzędzi, do pudru wystarczy puszek albo płatek kosmetyczny... Jedynym pędzlem, którym nakładałam róż, bronzer lub puder (gdy miałam taką fantazję) był pędzel do pudru i różu z Essence. I tak sobie żyłam powoli w kosmetycznej dżungli, dopóki nie dotarła do mnie cywilizacja, która zachłystywała się czarami przy pomocy pędzla. Dałam się przekonać, że też potrzebuję specjalistycznych narzędzi i ponad rok temu, asekuracyjnie, kupiłam skośny pędzel Hakuro H24. Zakup okazał się trafiony, dziś nie wyobrażam sobie nakładania różu bez tego pędzla.

Pędzel jest dość porządnie wykonany. Matowa czarna rączka początkowo wydawała mi się za gruba, nie mogłam sobie poradzić z jej utrzymaniem, ale z czasem przyzwyczaiłam się do gabarytów pędzla i już mi to nie przeszkadza. Po ponad roku użytkowania rączka lekko się "wyściwieciła", a napis Hakuro lekko starł. Niestety metalowa skuwka odkleiła się jakiś czas temu od rączki, mimo że bardzo uważałam, żeby nie zamoczyć łączenia i nie suszyłam pędzla na kaloryferze :D.


Włosie H24 jest syntetyczne (celowo wybrałam taki pędzel, nie chciałam aplikować czegokolwiek na twarz przy użyciu jakiegoś kociego ogona) i niesamowicie miękkie. Do tej pory nie straciło ani na miękkości ani na sprężystości - nie rozkracza się na twarzy. Zachowuje się dokładnie tak samo, jak w chwili gdy kupiłam pędzel. Muszę zaznaczyć, że prałam go dość często (raz na kilka , a bywało, że i codziennie), a nie wypadł ani jeden włosek. Nie zostawił mi też ani jednego kłaka na policzku. Włosie szybko schnie po wypraniu - wystarczy dać mu 2-3 godziny i można przystępować do ponownej zabawy.

Początkowo miałam wrażenie, że H24 jest trochę podobny do pędzla Essence, tylko ma ścięte włosie. Z czasem zauważyłam więcej różnic. Hakuro jest gęstszy, przez co nie wygina się tak, jak Essence. Mam wrażenie, że w ten sposób lepiej nakłada róż, nie tworzy placków.


Nie znam się na pędzlach, jestem laikiem w tej dziedzinie, ale naprawdę polecam H24. Jest miękki, precyzyjny i dobrze sprawuje się nawet w niewprawnych rękach.

Cena: ok. 26 zł
Dostępność: Makeupbox, Ladymakeup, Kosmetyki Mineralne, ButiqueUK
Ocena: 5/5

środa, 8 maja 2013

Wybielacz antypaskudowy. AA Therapy Trądzik Tonik

Nigdy nie byłam zwolenniczką toników. Zawsze wydawały mi się zbędnym elementem w pielęgnacji. Z chęcią w zastępstwie toników używałam płynów micelarnych, które służyły mi jako takie 2w1 - do zmywania makijażu i lekkiego odświeżania twarzy. Gdy byłam trochę młodsza, dużą popularnością cieszyły się toniki Clean&Clear - miałam na jeden z nich ochotę, ponieważ głęboko wierzyłam, że pomoże mi usunąć moje wągry (o tym zresztą trąbili w każdej reklamie telewizyjnej tych produktów), ale fatalne opinie na ich temat odwiodły mnie od zakupu. Pod wpływem świetnych opinii skusiłam się na tonik Polleny Evy i byłam całkiem zadowolona. Jedak ja lubię produkty do zadań specjalnych, które pomogą w walce z moją przetłuszczającą się, paskudzącą się cerą, więc lekkie odświeżacze powietrza, znaczy się twarzy, nie są dla mnie. Ma być konkretnie i skutecznie!

Do toniku AA z serii Trądzik podchodziłam, jak do większości toników, czyli jak pies do jeża. No taaa, na pewno mi pomoże. Poprawę stanu cery mam jak w banku.

Żeby tradycji stało się zadość, zacznę standardowo od opakowania. Butelka jest bardzo standardowa dla płynnych formuł AA. Jeżeli znacie ich płyny micelarne, to z pewnością wiecie, co mam na myśli. Nieprzezroczysta butelka z płaskim korkiem (lubimy płaskie korki :D) to nie jest coś nad czym można się długo rozwodzić.

Niewiele można też napisać na temat konsystencji. Ot, woda. Rzadka i mokra :D. Tonik nie klei się i nie zostawia na twarzy żadnej uprzykrzającej życie warstwy. Skoro mowa o denerwujących kwestiach, to muszę wspomnieć o zapachu. Ten jest niestety okropny. Kojarzy mi się ze smrodem wybielacza. Na szczęście dość szybko się ulatnia.

Na koniec zostawiłam najważniejszą kwestię, czyli działanie. Nie wierzyłam, że tonik, w jakiekolwiek mierze, może wpłynąć pozytywnie na moją cerę. Pomyliłam się. Tonik z AA okazał się świetnym uzupełnieniem mojej pielęgnacji.  Przed nim używałam płynu micelarnego Bioderma Sebium, który raczej był przyjemnie pachnącą wodą, o niezłym działaniu w kwestii tonizowania, ale nic poza tym. AA ograniczył przetłuszczanie skóry (ale jej nie wysuszył - przynajmniej mojej, na Wizażu czytałam trochę odmienne opinie). Po jego aplikacji skóra była przyjemnie oczyszczona z sebum. Po około godzinie smalec wracał, ale przez jakiś czas mogłam się cieszyć matową cerą. Tonik bardzo ładnie usuwał resztki makijażu i  zanieczyszczeń, których nie domył żel Biały Jeleń. Zauważyłam także, że AA bardzo dobrze wpisał się w moją antypaskudową krucjatę - wraz z kremem Baikal Herbals Detox i zieloną glinką (obu tych kosmetyków używałam też przy Biodermie i nie zauważyłam wtedy aż tak pozytywnych efektów) stworzyli udane trio, które znacząco poprawiło stan mojej cery. 

Jedyne do czego mogę się przyczepić to zapach tego produktu, którego mój nos nie pokochał. Cera natomiast przepada za jego działaniem.

Skład: Aqua, Glycerin, Propylene Glycol, Citrus Limon Fruit Extract, PEG-12 Dimethicone, Panthenol, Niacinamide, Azelaic Acid, Allantoin, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Tetrasodium EDTA, Citric Acid

Cena: ok. 25 zł/200 ml
Dostępność: apteki (też Tesco Extra - ostatnio widziałam go tam na wyprzedaży, jeszcze w starym opakowaniu za 11 zł)
Ocena: 4,5/5

P.s. Produkt został mi przekazany przez firmę Oceanic, co nie miało jednak wpływu na treść zamieszczonej recenzji.

niedziela, 5 maja 2013

Usta godne królowej? Bell Royal Glam 072


Za każdym razem, gdy przystępuję do pisania notki, zastanawiam się nad wstępem. Od pewnego czasu zauważyłam, że mam tendencję do pisania, że zbieram niektóre rodzaje kosmetyków, kupuję je jak cukierki, są moim małym hobby. Zasiadając przed laptopem w celu napisania notki o szmince z Bell, miałam właśnie rozpocząć od tego, że kocham szminki i nałogowo znoszę je do domu. Złapałam się za głowę, bo doszłam do przerażającego wniosku, że właściwie w każdej kosmetycznej kategorii uprawiam wesołe zbieractwo i wszystko gromadzę w hurtowych ilościach. Ech, te nałogi :D.

Szminka marki Bell jest obecna w moim życiu chyba od zawsze. Moja mama, odkąd pamiętam, miała w swojej kosmetyczce szminkę w charakterystycznym bordowo-brązowym opakowaniu. Zawsze kupowała taką straszną perłowo-różową. Brrr... Mnie do klasycznych, przedpotopowych pomadek Bell jakoś nic nie ciągnęło, ale zastanawiałam się nad zakupem jakiejś ze świeższej serii. Podczas promocji w Hebe zdecydowałam się na kolor z najnowszego asortymentu czyli linii Royal Glam. Spośród 7 odcieni wybrałam ten, w którym dostrzegłam najwięcej czerwieni, czyli 072.

Rozpieszczona do granic możliwości przez metalowe, solidne opakowania Celii i Catrice, kręciłam nosem nad plastikiem z Bell. Okazało się jednak, że nie taki plastik zły, jak go malują i opakowanie jest dość wytrzymałe. Sztyft wysuwa się bez zarzutu. Tandetne srebrne napisy trochę się ścierają, co nie wygląda zbyt estetycznie - mam nadzieję, że wkrótce pozbędę się ich całkowicie. 

Szminka jest bardzo miękka i kremowa. Świetnie rozprowadza się na ustach. Jest lekka, nie daje uczucia tępych, pomalowanych ust. Bardzo dobrze nawilża - w porównaniu ze szminkami Rimmela działa jak balsam. Nadaje ustom połysk, taki lekko błyszczykowy, zupełnie jak Celia. Niestety, przez kremową konsystencję cierpi trochę trwałość. Niecała godzina na ustach to raczej nie jest dobre osiągnięcie.

Na koniec zostawiłam sobie kolor. Choć sztyft zdaje się mieć odcień z klanu róży, to jednak na dłoni i na ustach wychodzą z niego takie lekko czerwonawe, ceglane tony. Lubię takie odcienie, dobrze się w nich czuję, dlatego z wyboru jestem bardzo zadowolona.


Szkoda, że tak piękna pomadka nie grzeszy trwałością. Z pewnością sięgałabym po nią częściej.

Miałyście szminkę z tej serii? A może polecicie coś trwalszego z Bell?


Skład: Ricinus Communis Seed Oil, Tridecyl Trimellitate, Hexadecene Copolymer, Bis - Diglyceryl Polyacyladipate-2, Isocetyl Stearoyl Stearate, Candellila Cera, Microcrystallina Cera, Triglycerides, Copernicia Cerifera Cera, Octylododecyl Stearate, Octylododecanol, Cocos Nucifera Oil, Isopropyl Plmitate, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Paraffinum Liquidum, Glyceryl Caprylate, PEG-8, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid, Parfum, Hexyl Cinnamal, Linalool, BHT, (+/-  CI 15850, CI 16035, CI 19140, CI 42090,  CI 77491, CI 77492, CI 77499, CI 77742, CI 77891, Mica)

Cena: ok. 15 zł/
Dostępność: Drogerie Natura, Hebe, Jasmin
Ocena: 3,5-4/5

piątek, 3 maja 2013

Wybrała się sójka za rzekę...

O kosmetykach z drogerii DM słyszał chyba każdy, komu zdarzyło się przeglądać blogosferę. Kosmetoholiczki z każdej podroży lubią przywozić kosmetyczne pamiątki. Fanki wojaży do naszych zachodnich i południowo-zachodnich sąsiadów zwykle jak tajfun wpadają do drogerii DM, żeby zostawić w niej straszliwe sumy pieniędzy. Do zakupów w tej sieci sama przymierzałam się kilka razy. Mimo, że gdy jestem u rodziny, do granicy nie mam daleko, jakoś nigdy nie udało mi się jej przekroczyć i zwykle najdalej lądowałam na obrzeżach Zgorzelca, w centrach handlowych. A to się nie chciało, a to nie było połączenia, a to to, a to tamto... W wyszukiwaniu wymówek jestem naprawdę dobra.

Wczoraj wreszcie udało się zrealizować plan podboju świata. Musiałyśmy z mamą jechać do Zgorzelca, dlatego spytałam, czy przy okazji nie mogłybyśmy zorganizować małej przeprawy przez Nysę Łużycką. Mojej mamie nie trzeba dwa razy prosić, nie mogłaby odpuścić sobie okazji na powiedzenie "Guten Tag". Zgorzelec nie jest duży, więc wraz z Zumi i Google Maps opracowałam plan spaceru. Nie był mi on zresztą potrzebny, bo co jak co, ale oznakowanie wiodące na granicę jest wszędzie. Sprawdziłam, gdzie są DM i szczęśliwa położyłam się spać.

Dzień rozpoczął się jak co dzień, nie wiedziałam, czego chcę. Ostateczny wybór jeżeli chodzi o twarz nie okazał się zbyt dobry - duet BB z Bell i pudru z Jadwigi nie zdał egzaminu i po jakimś czasie na smalcu z twarzy mogłam smażyć kiełbasę.


Po około 2,5 godzinie w pociągu (a raczej tramwaju, bo to przypomina mi pojazd Kolei Dolnośląskich) wylądowałyśmy na stacji Zgorzelec Miasto (zdjęcie zrobiłam jak wracałyśmy).


Na piękne perony i tory kasy z Unii starczyło, ale na zrobienie czegoś z opuszczonym dworcem, to już nie. Po wyjściu z pociągu wita nas taka zapyziała rudera pełna śmieci.

Gdy sfinalizowałyśmy nasz właściwy cel podróży, udałyśmy się w kierunku mostu na Nysie Łużyckiej. Dojście zajęło nam niewiele ponad 15 minut.



W Goerlitz miałyśmy poruszać się wzdłuż ulic, ale zielony park miejski skusił nas, żeby do niego wejść. Jeżeli będziecie w Goerlitz polecam zboczyć z trasy i się w nim zrelaksować, bo jest piękny i bardzo zadbany.



Miłośniczką kwiatków nie jestem, a zawsze podczas podróży fotografuję jakieś wiechcie.


Co to za kwiat? Pełno ich rosło na trawnikach.
Po zrealizowanej misji, czyli zakupach na Demianiplatz (podczas których autentycznie zgłupiałam, bo nie wiedziałam, co mam wrzucać do koszyka) wróciłyśmy do Zgorzelca.

Widok z mostu na Goerlitz...

... i na Zgorzelec
Po udanej wyprawie postanowiłyśmy się posilić. Z mamą lubimy to co już znamy, więc postanowiłyśmy wybrać się do Mc Donald's, które znajduje się ok. 50 m od stacji kolejowej. Jednak zobaczyłyśmy drogowskaz na KFC i zmieniłyśmy plany. Nadłożyłyśmy kawał drogi i wylądowałyśmy na totalnych obrzeżach (które często odwiedzam z ciotkami :D), na drodze do Jędrzychowic. Na tej trasie nie ma chodnika, więc bujałyśmy się po parkingach Orlenu i Reala :D. Człowiek za żarciem pójdzie wszędzie, nawet jeżeli ubrał złe buty i bolą go nogi :D.

A teraz pora na najważniejszą część notki, czyli prezentację, co kupiłam. Dobrze, że miałam w portfelu tylko 17 euro, bo chyba bym tam poważnie popłynęła. Ograniczyłam się do następujących pamiątek: 


To, że złapię coś z Alverde było więcej niż pewne. Bardzo chciałam spróbować waniliowo-mandarynkowego balsamu do ust - byłam tak zaaferowana, że złapałam zwykłą, nagietkową (1,15 euro) wersję. Ale ze mnie ciapa :D. Ponadto skusiłam się na olejek dla mam z dziką malwą (2,95 euro), który mam wpływać na uelastycznienie skóry, wygładzającą maskę do włosów z cytryną i morelą (2,45 euro), oraz szampon z olejem migdałowym i arganowym (1,95 euro).


Nie odpuściłam także Balei. Nie kupowałam osławionych żeli pod prysznic, ponieważ do nich (nawet do edycji limitowanych) mam dostęp we Wrocławiu. Postawiłam na szampon do codziennego mycia z borówką  (w zeszłym roku w limitowanej edycji był taki szampon, ale malinowy) za całe 0,65 euro oraz odżywkę wygładzająco-nabłyszczającą za 1,45 euro.


Miałam nie kupować niczego z kolorówki ani lakierów, chciałam się jedynie rozejrzeć. Przeglądając w domu ofertę p2, wpadł mi w oko kabuki z limitki Summer Attack. Ze względu na to, że nie jest to edycja pierwszej świeżości i w sklepach gościła chyba od marca, byłam pewna, że o pędzlu mogę zapomnieć, bo stand będzie wyczyszczony do zera. Nawet nie nastawiałam się, że go kupię. A tu niespodzianka, był i czekał na mnie. Jest tak mięciutki, że mimo, że był najdroższy ze wszystkich zagarniętych przeze mnie pierdół (3,45 euro), to nie żałuję zakupu. Może w końcu coś pomoże mi zaaplikować bronzer tam, gdzie bym sobie tego życzyła :D.

Przy lakierach z p2 dostałam oczopląsu i najchętniej zabrałabym kilka. Bardzo kusiła mnie żelowa seria (mama namawiała mnie na lawendowy fiolet), ale się powstrzymałam. Zaśliniłyśmy się z mamą przy Rich+Care i nie mogłyśmy zostawić 070 so natural (1,95 euro). Nieważne, że mam już prawie identyczne lakiery, ten musiał jechać ze mną.

Wróciłam do domu zmęczona jak pies, ale zadowolona z mini-majówki. Mama rozhulała się i planuje już następną wyprawę. W związku z tym mam pytanie: co następnym razem wrzucić do koszyka?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...