Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

wtorek, 30 kwietnia 2013

No nie! Znowu na dnie? Zużycia kwietnia


Bilans na koniec miesiąca można sporządzać dopiero, gdy ma się wszystko dopięte na ostatni guzik. Rozliczenie z postępów w dążeniu na samo dno można zdać dopiero wtedy, gdy torba zacznie pękać w szwach, a wszystkie guziki wystrzelą w przestrzeń. Z szafy, gdzie kamufluję przed rodziną zachomikowane śmieci, dziś wysypał się mały stosik "pustaków". Zdecydowałam się, że w związku z tym zaprezentuję swoją kolekcję.


Było: BeBeauty Afryka Spa Odżywcze masło do ciała - gdy masła z "podróżniczej" serii BeBeauty pojawiły się w Biedronce, skusiłam się na Brazylię. Cały czas czytałam zachwyty nad Afryką i postanowiłam, że tę wersję też muszę mieć. Masła zniknęły z asortymentu  by po kilku miesiącach znów pojawić się w ofercie. Wtedy się nie zastanawiałam i poleciałam po zachwalaną Afrykę. I to był błąd.
Afryka w działaniu nie różni się od Brazylii. Używałam jej jednak w chłodniejsze miesiące, gdy skóra piła wszystko, co na nią nałożyłam i nie odczuwałam efektu śliskiej nóżki, który doskwierał mi przy stosowaniu Brazylii w lecie. Masło przyzwoicie się wchłaniało i dość dobrze nawilżało. Tutaj zastrzeżeń większych nie mam. Ot, taki przeciętniak.
Nieprzeciętny jest natomiast zapach tego produktu. Mój nos chyba naprawdę działa zupełnie inaczej, niż nosy wyśpiewujących hymny na cześć tego aromatu. Naprawdę lubię słodkie, ciepłe, waniliowe zapachy - a tak właśnie opisywano ten. Może on jest słodki, ciepły i waniliowy, ale oprócz tego ma w sobie dodatkowy "uprzyjemniającą" nutę - woń plastiku w najgorszym wydaniu chińskich centrów handlowych. Paskudztwo! Męczyłam się z tym masłem okropnie. Zapach plastiku ulatnia się po jakimś czasie, ale te 3 godziny przy tej intensywności dłużyły się niemiłosiernie. Nigdy więcej!

Jest: maseł ci u mnie dostatek - nadal męczę chrzczone masło Shea z Organique, a w zapasie czeka marcepanowe masło Dax Perfecta i miniaturka masła z masłem Shea z The Body Shop.


Było: Hipp oliwka pielęgnacyjna - bardzo uniwersalny kosmetyk, który sprawdza się zarówno na ciele, jak i na włosach. Niestety nie spełnił moich oczekiwań w kwestii redukcji rozstępów. Pełną recenzję tego produktu znajdziecie TU.

Jest: sprawdzona i niezawodna oliwka Babydream dla mam.


Było: Kamill Żel pod prysznic Kokos i śmietana oraz Original Source Żel pod prysznic Mango i makadamia.
Żele pod prysznic zużywam w tempie ekspresowym. Wybieram je głównie ze względu na nuty zapachowe widniejące na opakowaniu. Czasami się rozczarowuję, ale w przypadku kokosowego żelu Kamill trafiłam w dziesiątkę  Cudowny aromat kokosa uprzyjemniał mi prysznic w początkach kwietnia. Kamillowi udało się stworzyć zapach, który nie jest za słodki i nie nudzi.
Original Source kupiłam z jakimś kuponem z Rossmanna za nieco ponad 5 zł. Czekał na lepsze czasy, ponieważ byłam zajęta testowaniem jego braci z zimowej edycji. Szkoda, że zwlekałam tak długo, bo Mango odpowiadało mi dużo bardziej. Żel nie wylewał się tak wściekle z opakowania, był trochę bardziej gęsty. Średnio się pienił. Za to pachniał prześlicznie i intensywnie - mango świetnie odświeżało po ćwiczeniach.

Jest: Yves Rocher Jardins Du Monde Grapefruit z Florydy i Gardenia z Polinezji oraz The Vert Zielona herbata


Było: Balea Dark Glamour Creme Seife - najbardziej w tym produkcie podobała mi się pompka i kolor mydła. Fatalny kosmetyk, który przesuszył dłonie i uczulił. Nieco więcej o tym niewypale przeczytacie TU.

Jest: Yves Rocher Mydło w płynie Kandyzowane kwiaty - gdy skończyła mi się Balea, planowałam zostawić  opakowanie i kupić zapas mydła w drogerii. Kwiecień upływał mi pod znakiem fascynacji Yves Rocher, dlatego często pałętałam się przy markowych salonach. Przy okazji jednej z wizyt nazbierałam makulatury ze stojaka. W domu okazało się, że jedna z ulotek uprawnia do odbioru kosmetyku-niespodzianki. Mnie w udziale przypadło właśnie to mydło. Producent twierdzi, że to zapach kandyzowanych kwiatów - nie wiem, jak takowe pachną, ale znam wodę toaletową Puma Flowing, a to mydło bardzo ją przypomina. Zapach pozostaje na dłoniach nawet 2 godziny. Mydło trochę wysusza, ale nie podrażniło.


Było: Nivea Invisible for Black&White Clear - bardzo przeciętny antyperspirant, nie zagości u mnie ponownie. Przynajmniej nie w wersji z kulką. Więcej na jego temat znajdziecie TU.

Jest: Yves Rocher Jardins du Monde Antyperspirant Kwiat Bawełny z Indii - ten produkt nie przypadł mi do gustu. Co gorsza, YR w gratisie do zamówienia internetowego dorzuciło mi kolejne jego opakowanie. W najbliższym czasie możecie spodziewać się recenzji.


Było: AA Eco krem pod oczy Dzika róża - bardzo dobry krem nawilżający w pięknym opakowaniu. Pełną recenzję zamieściłam TU.

Jest: Zrób Sobie krem Surowe masło shea


Było: E-naturalne hydrolat z kwiatów gorzkiej pomarańczy - zwędziłam go Asi z Zakupowych Bestii, którą ten produkt uczulił. Coś chyba jest na rzeczy z hydrolatami tej firmy, bo wiele osób skarży się, że wywołują u nich reakcje alergiczne. Mnie nic się nie stało. Używałam hydrolatu często (ze względu na upływający termin ważności) i jestem zadowolona - świetnie łączył się z glinką, odświeżał twarz, dobrze fiksował makijaż. Jego zapach średnio mi odpowiadał, ale być może sprawdzę inne warianty wody z kwiatów z E-naturalne (zwłaszcza, że dowiedziałam się, że można od nich zamawiać i odbierać we Wrocławiu).

Jest: Dabur woda różana (nadal to samo opakowanie, które kupiłam pod koniec grudnia :D).


Było: Hean Black Eixir - od kilku miesięcy moja ulubiona mascara, recenzji spodziewajcie się niebawem.

Jest: Rimmel Scandaleyes Flex Mascara - produkt cierpiący na przerost szczoty nad treścią.


Było: Infinity pilnik szklany - kup pilnik szklany, mówili. Będziesz zachwycona, mówili. Od długiego czasu czytałam rozprawy na temat wyższości pilniczków szklanych nad zwykłym papierem ściernym. Dałam się przekonać i kupiłam takowego gagatka. Wyrzuciłam 10 zł w błoto. Tym pilnikiem spiłowałam paznokcie 2 razy. Namachałam się przy tym jak głupia, bo to tępe cholerstwo. Dziękuję bardzo, nie będę sobie utrudniała życia.

Jest: For Your Beauty Pilniki papierowe


Było: Carea płatki kosmetyczne (fioletowe)

Jest: Carea płatki kosmetyczne (niebieskie)


W kwietniu pożegnałam kilka próbek i miniatur. Kremy z L'occitane doczekają się osobnej notki. Krem Vitality by M pachniał cytrusami i właściwie tylko to mogę o nim napisać. Próbki wód toaletowych w szmatce z Yves Rocher mnie nie zachwyciły: Comme une Evidence to straszny śmierdziuch, w guście Kobako, So Elixir wpisał się w gusta mojej mamy, dla mnie okazał się zbyt kobiecy.

Wydaje mi się, że całkiem nieźle poradziłam sobie w tym miesiącu. Nie udało mi się co prawda zużyć szminki, ale za to zaczęłam pozbywać się wszelkiej maści próbek, które zalegały w zapasach. Cieszę się także, że w końcu nie będę miała wyrzutów sumienia z powodu tego okropnego masła z BeBeauty.

A wam jak poszło w kwietniu?

niedziela, 28 kwietnia 2013

Tłusto i dobrze. Hipp Oliwka pielęgnacyjna

Kosmetyki dla dzieci to moje małe niegroźne hobby. Choć nie wszystkie  produkty przeznaczone dla maluchów nadają się dla starszaków, to jednak w przypadku niektórych ograniczeń wiekowych nie ma. Oliwka Hipp, której chciałabym poświęcić dziś kilka słów, należy do tego typu kosmetyków, które chyba najchętniej matki podbierają dzieciom. Tak wiele kobiet zachwala zalety tego produktu, że i ja nie mogłam przejść obok niego obojętnie, choć z zasady oliwek nie lubię.

Na Hipp skusiłam się właściwie, gdy zaczęłam bawić się w OCM. Kupiłam tę oliwkę "na zapas" (jak to ja, zawsze przygotowana na wojnę :D) w celu zrobienia z niej bazy do kolejnej mieszanki. Niestety OCM mnie zawiodło, więc porzuciłam tę metodę. Z tych kretyńskich eksperymentów została mi właśnie ta oliwka w zapasie. Mimo że kupuję dużo i właściwie kolekcjonuję kosmetyki, to nie lubię, gdy coś się marnuje, dlatego większość produktów zakupionych w kolejnym porywie geniuszu staram się  zużyć (za karę :D). 

Oliwka ma opakowanie, do którego na pierwszy rzut oka, nie mogę się przyczepić. Przezroczysta butelka? Jest. Profil ułatwiający trzymanie opakowania? Jest. Płaski korek, który pozwala postawić butelkę "na głowie" i w pełni wykorzystać produkt? Jest. Teoretycznie nie powinnam marudzić, tylko przyklasnąć i przejść do dalszej części recenzji. Opakowanie, choć w założeniu bardzo funkcjonalne, średnio nadaje się do tego, aby aplikować z niego oliwkę. Dziurka w korku jest niewielka i płyn aż tryska strumieniem. Ciężko jest tak wylać oliwkę, żeby nie zatłuścić butelki. Moim zdaniem znacznie lepiej w tym przypadku sprawdziłaby się pompka.

Ameryki raczej nie odkryję, jeżeli napiszę, że oliwka jest tłusta. Tylko, że tłuste tłustemu nie równe. Miałam do czynienia z oliwką Johnson's Baby i ona była zdecydowanie bardziej ciężka, a uczucie tłustości pozostawało przez dłuższy czas na skórze. Hipp jest trochę lżejsza i lepiej się wchłania. Oczywiście nie da rady, żeby zaraz po aplikacji można było założyć ubranie, ale tak po mniej więcej 30 minutach bez obaw można iść w tango :).

Hipp pięknie pachnie. Delikatnie i dziecięco, ten zapach jest trochę bardziej przyjemny niż w przypadku oliwki Babydream dla mam, nie męczy.

Jakie efekty daje ten produkt? Nie do końca takie jak chciałam. Wiem, że producent powinien spełnić obietnice, które złożył, a nie kosmiczne wymagania wrednej blogerki, ale nie omieszkam wspomnieć o zawiedzionych nadziejach. Naczytałam się o dobrym wpływie oleju ze słodkich migdałów na czerwone rozstępy. Pomyślałam więc, że skoro oliwka Babydream dla mam miała ten olej w składzie i pomogła mi w trudnych chwilach, to tym bardziej Hipp to zrobi. Niestety, Hipp rozstępów nie ruszył. Trudno się mówi, kombinuje się dalej. W kolejnym przypływie oświecenia, położyłam oliwkę na włosy. Tutaj efekty były zadziwiające. Miotła stała się miękka, błyszcząca i nawet końcówki nie kuły. Punkt dla Hipp, Vatikę oraz masło shea z Organique moje włosy lekko zignorowały i dalej robiły co chciały.

Oliwka Hipp przeznaczona jest jednak do ciała, więc mimo wszystko wypadało by ją w tym zakresie ocenić. Moja skóra, podobnie jak sianko na głowie, piła ją chętnie. Suche łydki odpłaciły się gładkością i miękkością, podobnie zresztą jak reszta ciała.

Gdybym miała więcej cierpliwości do czekania aż oliwka się wchłonie, z pewnością traktowałabym nią swoje ciało non stop. Nie wykluczam jednak, że kupię ją ponownie, aby stosować ją na włosy. To przyjemny produkt, i jeżeli macie cierpliwość do tłustych formuł, to z czystym sumieniem polecam. 

Skład: Helianthus Annus Seed Oil, Prunus Amygdalus Dulis Oil, Tocopherol, Parfum

Cena: 13-15zł/200 ml
Dostępność: Rosmmann, Super-Pharm, Carrefour, Tesco, Auchan
Ocena: 4,5/5

czwartek, 25 kwietnia 2013

Prawdziwa wRÓŻka? Rimmel Lasting Finish Matte by Kate Moss nr 104

Uwielbiam szminki i mam ich trochę w swojej kolekcji, w najrozmaitszych kolorach. Najchętniej błądziłam wzrokiem w okolice czerwonych i brązowawych odcieni - to takie barwy u mnie królują. Różami interesowałam się raczej rzadko, a jak już, to wybierałam takie przełamane brązem lub pomarańczem, z fioletami prawie nigdy nie było mi po drodze. Celowałam raczej w barwy ciepłe niż chłodne.

Gdy w drogeriach pojawiła się seria matowych szminek Kate Moss, poszłam zbadać sprawę. Niestety, małe rozeznanie nie wypadło zbyt satysfakcjonująco. Na 5 dostępnych w Polsce kolorów, 4 to róże. 105, rodzynek wśród różowej bandy, w tamtym momencie (czyli w okolicach końca listopada) nie był tym, co mi się marzyło. Odpuściłam sobie wmawianie miłości do któregokolwiek koloru z tej serii i odeszłam z niczym.

Co się odwlecze, to nie uciecze. Matowy Lasting Finish ponownie stanął na mojej drodze. Ucieszyłam się, gdy w kubku Wake me up (kawa z niego smakuje całkiem nieźle, a myślałam, że nie będzie wchodzić tak dobrze, jak z zielonego kubka z Ikei :D) dostrzegłam znajome opakowanie w kolorze czerwonym. Mina mi zrzedła, gdy dostrzegłam numer koloru. 104. Bardzo ciemny, chłodny róż, który widziałam już u lele, raczej nie wydawał się odpowiedni dla mnie. Na próbę pomalowałam jednak usta i przepadłam...

Zdjęcie na dłoni (karnacja ciepła)
przekłamuje kolory nawet w chłodnym świetle
Zanim jeszcze zacznę rozpływać się nad tym kolorem, który dziwnym trafem bardzo mi odpowiada, zrecenzuję produkt od strony technicznej. Opakowanie jakie jest, każdy widzi - budową wcale nie odbiega od innych braci z serii Lasting Finish, różni się tylko kolorem obudowy.

Sztyft zaskoczył mnie swoją twardością. Konsystencja szminki nie jest tak zbito-woskowa jak w przypadku pomadki Catrice, to zupełnie inny biegun. Dość suchy. Mimo tej suchości i twardości, sztyft łatwo się rozprowadza, właściwie po dotknięciu ust pozostaje na nich kolor. Szminka, wbrew temu, co twierdzi producent, nie jest matowa. Daje raczej lekko satynowe wykończenie. Wydaje mi się, że konsystencja i wykończenie szminki mają duży wpływ na to, jak działa ona na usta. Mniej więcej pół godziny po aplikacji czuję, że wargi są podsuszone, po godzinie demonstrują wyraźnie swoje niezadowolenie i nie prezentują się zbyt korzystnie. Koniecznie trzeba co jakiś czas fundować ustom dawkę nawilżenia.

Zapach szminki także nie jest taki, do jakiego seria Lasting Finish mnie przyzwyczaiła. Dużo bardziej świeży, trochę jakby... melonowy? Jest to aromat dość intensywny, więc osoby, którym nie przypadnie do gustu, będą się męczyły.

Zanim przejdę to deseru, czyli koloru, wspomnę co nieco o trwałości. Tak trwałej szminki to chyba jeszcze nie miałam. Rimmel potrafił tkwić na moich ustach nawet przez 4-5 godzin. Co prawda w międzyczasie kolor trochę zanikał (schodził równomiernie), ale mimo upływu czasu był nadal widoczny. Gdy piłam, szminka utrzymywała się trochę krócej. Jedzenie było dla niej bezlitosne.

Jak wspominałam wcześniej, nie sądziłam, że będę się dobrze czuła w odcieniu 104. Chłodny róż z wyraźnym odchyleniem w stronę niebieskiego to nie jest teoretycznie moja bajka. Jednak kolor na ustach prezentuje się fantastycznie. Co najśmieszniejsze, nie czuję jakbym miała na ustach szminkę. Jestem tym odcieniem zafascynowana i bez wahania mogę go określić mianem "koloru kwietnia".


Gdyby nie to, że szminka dość negatywnie wpływa na kondycję ust, to z pewnością zostałabym moim absolutnym ulubieńcem. Szkoda też, że prawie wszystkie kolory to odcienie różu i fanki innych barw nie będą usatysfakcjonowane. Ubolewam, że w Polsce nie jest dostępny chociażby kolor 110...

Macie szminkę z tej serii? Jesteście zadowolone?

Cena: ok. 17 -19 zł/4 g
Dostępność: Rossmann, Natura, Super-Pharm, Hebe
Ocena: 4,5/5

Produkt został mi przekazany przez markę Rimmel - fakt ten pozostaje bez wpływu na treść recenzji i końcową ocenę produktu.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Jej wysokość... szczotka. Tangle Teezer

Kiedy myślę o hitach blogosfery, nie mogę podczas rozważań pominąć akcesoriów. Jednak myli się ten, kto sądzi, że dodatkowym sprzętem, na który kobiety zwracają największą uwagę, są pędzle, czy też szerzej ujmując, przyrządy do makijażu. Pędzle są ważne, na ich temat są pisane ogromne epopeje. Ale równie istotne jest nie tylko to, co znajduje się na twarzy, ale także to, co ją okala. Nawet najpiękniejszy makijaż nie obroni się, gdy otacza go chmura splątanego siana. Dlatego dziś naskrobię trochę o akcesorium, które ma nas wspomóc w walce z kołtunami.

Tangle Teezer to wręcz legendarna szczotka. Kawałek plastiku z wypustkami podbił serca armii dziewczyn na całym świecie. Również w Polsce TT to produkt kultowy. Dzięki wygranej u Viollet ponad rok temu, sama miałam okazję sprawdzić jego fenomen. O co chodzi z tym dziwakiem?

Zanim zacznę się pastwić nad tym czarnym plastikiem, wspomnę o wariantach szczotki. W moim posiadaniu jest najbardziej klasyczny kształt i kolor. Producent oferuje też ulepszoną wersję oryginału, czyli Salon Elite, szczotkę kompaktową do torebki i taką do maltretowania mokrych włosów - Aqua Splash. Wszystkie rodzaje są dostępne w kilku kolorach, a niektóre także występują ze wzorami. Do koloru, do wyboru.

Szczotka wykonana jest z cienkiego, lekkiego, ale wytrzymałego plastiku. Nie posiada żadnej rączki - całe życie używałam szczotek "na kiju" i początkowo  ciężko mi było przyzwyczaić się do TT, wielokrotnie  mi wypadał. Trzeba sobie opracować patent na jego użytkowanie - ze względu na to, że mam dziecięce rączki, najlepiej jest mi go trzymać "poziomo". Nie podoba mi się to, że szczotka w tej wersji nie posiada żadnej nakładki - igiełki są dość elastyczne, zawsze podczas podróży boję się, że coś mi "trzaśnie".

Tangle Teezer posiada wypustki o dwóch długościach - 1,5 cm i 0,5 cm. Najdłuższe kolce w TT są krótsze od tych z klasycznych szczotek, które mają w granicach 1,8 - 2 cm. TT nie dociera więc tak głęboko, jak drogeryjne szczotki, co też wiele osób mu zarzuca - TT niejako zmusza nas do warstwowego czesania włosów, nie wystarczy tylko przejechać z wierzchu :D. Igiełki są w TT rozmieszczone gęsto, jest ich dużo więcej niż w przeciętnej szczotce. Trochę źle się ją przez to czyści.

Fenomen tej szczotki objawia się przy czesaniu. TT łatwo wchodzi we włosy, a dzięki ilości wypustek szybciej i łatwiej je rozczesuje w porównaniu do tradycyjnej szczotki. Dużo mniej szarpie włosy, choć wiadomo, że kołtuna nie da się pozbyć pokojowo i bez strat. Czynność czesania TT byłaby przyjemniejsza, gdyby nie okropny dźwięk, który wydaje szczotka. Zwykłe grzebyki czy szczotki rozczesują włosy bez dodatkowych uciążliwych efektów dźwiękowych, TT wydaje takie odgłosy, jakbym czesała nim ścianę, nie włosy.

Co mi się nie podoba w tej szczotce? Przede wszystkim cena. Nie będę ukrywała, że jest dość wysoka. Szczotka to jednak taka rzecz, której nie kupujemy co miesiąc, a co kilka lat. Jeżeli rozłożymy koszt na dłuższy okres czasu, to cena nie wyda się nam taka straszna. Niemniej trzeba tego grosza wyłożyć na dzień dobry.

Mimo wad, jestem uzależniona od tej szczotki i nie wyobrażam sobie czesać włosów czymś innym. Próby używania innych szczotek kończyły się skowytem i marudzeniem, że czesanie włosów przy ich pomocy jest takie strasznie ciężkie i męczące :). Polecam!

Cena: ok. 50 zł
Dostępność: Allegro, we Wrocławiu można kupić TT w Stylerze na ul. Żelaznej (koło Biedronki)
Ocena: 4/5

piątek, 19 kwietnia 2013

Ustal kolor na usta. Catrice Ultimate Colour 020 Maroon

Sińce pod oczami, rozmazany tusz i szminka na ustach to właściwie cała ja. Czasami zdradzam kolorowe sztyfty z błyszczykami, ale ostatnimi czasy zdarza mi się to raczej rzadko. Moja kolekcja szminek rozrasta się systematycznie, choć teraz kupuję je raczej dla przyjemności niż z faktycznej potrzeby. Idealny kolor już znalazłam i dziś go wam zaprezentuję.

Koło szminek Catrice kręciłam się od kilku miesięcy. Wielokrotnie biegałam do drogerii i mazałam ręce testerami. Zawsze jednak wychodziłam z niczym, co rusz przemawiał do mnie inny kolor. W początkach października ubzdurałam sobie miłość do Maroon, karnie poszłam do Hebe i ją kupiłam. Od tamtej pory, gdy nie wiem, na jaki kolor mam ochotę lub jaki kolor dobrać do stroju, wybieram właśnie tę niepozorną szminkę.

Catrice w stałym asortymencie posiada 2 linie szminek - Ultimate Shine i Ultimate Colour. Podoba mi się kilka kolorów zarówno w US, jak i UC, ale ta druga ma jeden niekwestionowany atut - jest całkowicie bez drobinek.

Do zalet tej szminki Catrice zaliczyć należy także jej opakowanie. Bardzo proste, ale eleganckie z trwałymi napisami (nie zdzierają się, w przeciwieństwie do szminki z LE Revoltaire) . Opakowanie jest wytrzymałe, mechanizm wysuwania chodzi bez zarzutu mimo eksploatacji i częstych upadków.

Nie mam natomiast sprecyzowanych uczuć odnośnie konsystencji szminki. Jest ona taka dość ciężka, kremowa, szczególnie czuję tę jej "toporność", gdy wracam do niej po romansie z pomadko-błyszczykami Celii. Nie jest trudna w użytkowaniu, dość łatwo sunie po ustach, zostawiając na niej wyrazisty kolor, ale to szminka cięższego kalibru. Ciężko jest mi jednoznacznie stwierdzić, czy mi to odpowiada, czy nie. Nie jest to produkt, który zadba o kondycję ust - nie nawilży ich, ale też nie przesuszy.

Zanim przejdę do gwoździa programu, wisienki na torcie, szpica na choince, zwrócę uwagę na jeszcze jedną kwestię, mianowicie trwałość. Po takiej szmince z prawdziwego zdarzenia spodziewałam się konkretnej trwałości. Nie wiem, czy nie jest to spowodowane tą kremowością, ale Catrice trzyma się na ustach gorzej niż mniej kremowy Rimmel Lasting Finish. Zostaje na nich zaledwie przez godzinę. Szkoda.

Konieczność częstej aplikacji wynagradza kolor. W opakowaniu wydaje się ciemny, mocno różowy. Na skórze dłoni i na moich ustach wychodzą z niego ciepłe tony. Może jest to zależne od karnacji, bo u niektórych dziewczyn wygląda na bardziej różową niż u mnie. Taki kameleon z tego koloru :D. Moje serce podbił, to taki nudziak dla mnie (:D), ciekawa jestem, jakie będzie o nim wasze zdanie.



Lubicie szminki Catrice? Który kolor polecacie? Znacie podobny kolor do tego, z innej firmy, o lepszej trwałości?

Skład: PENTAERYTHRITYL TETRAISOSTEARATE, OCTYLDODECANOL, DIISOSTEARYL MALATE, POLYBUTENE, POLYETHYLENE, PVP / HEXADECENE COPOLYMER (VP / HEXADECENE COPOLYMER), CANDELILLA (EUPHORBIA CERIFERA) WAX, METHOXY PEG-17 / METHOXY PEG-11 / HDI CROSSPOLYMER, CERA MICROCRISTALLINA (MICROCRYSTALLINE WAX), OZOKERITE, LAUROYL LYSINE, CAMELINA SATIVA SEED OIL, OLUS OIL (VEGETABLE OIL), TOCOPHERYL ACETATE, DISTEARDIMONIUM HECTORITE, DICALCIUM PHOSPHATE DIHYDRATE, PROPYLENE CARBONATE, CITRIC ACID, SILICA, MICA, TIN OXIDE, AROMA (FLAVOR) MAY CONTAIN: CI 15850 (RED 6 / RED 7 LAKE), CI 15985 (YELLOW 6 LAKE), CI 42090 (BLUE 1 LAKE), CI 45410 (RED 28 LAKE), CI 77491, CI 77492, CI 77499 (IRON OXIDES), CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE).


Cena: ok. 17 zł
Dostępność: Drogeria Natura, Hebe
Ocena: 3,5-4/5

środa, 17 kwietnia 2013

Patrz pod... oczy? AA Eco Dzika róża Krem pod oczy i na powieki

Krem pod oczy to od prawie roku niezbędnik w mojej kosmetyczce. Ze względu na krótki okres znajomości z tego typu produktami, nie mogę ogłosić się znawcą w tym temacie, bo dopiero raczkuję wśród kremów przeznaczonych do tej partii twarzy.

Jakiś czas temu z paczki od Oceanic wypadły próbki kremu pod oczy z serii Eco, które dość mocno mnie zaintrygowały. Ucieszyłam się bardzo, gdy w moje ręce wpadł pełnowymiarowy produkt. Powoli wyciskam ostatnie krople z tubki, więc myślę, że to dobry moment, żeby co nieco na jego temat naskrobać.

Pierwsze co zwraca uwagę w przypadku tego produktu, to jego opakowanie. Może to śmieszne, że często zaczynam recenzję od walorów estetycznych i technicznych opakowania, ale uważam, że te z pozoru błahostki, mają spory wpływ na wybór konsumenta. Kupujemy oczami i prędzej nasza ręka sięgnie po zdobiony kartonik (jak moja w przypadku kremu pod oczy Noni Care) niż zwykłą szarą tekturę :). A linia Eco opakowania ma ładne. Proste, białe z rysunkami owoców, których ekstrakty zawiera w przypadku tego kremu jest to (uwaga, proszę o werble) owoc dzikiej róży (choć passiflora wyżej w składzie) :D.

Tubka, standardowo, jak w przypadku znakomitej części produktów pod oczy, mieści w sobie 15 ml kremu. Jest solidna i ma dzióbek, który ułatwia dozowanie kosmetyku.

Krem ma taką średnią, kremową konsystencję - nie jest ani zbyt zbity, ani wodnisty. Jest bezzapachowy. Łatwo się rozsmarowuje, choć czuć przy tym, że jest trochę bardziej konkretny niż jego bracia (Therapy i Wrażliwa Natura) i niedobry kuzyn (Noni Care). Nie bieli skóry pod oczami. Wchłania się dość szybko, ale przez jakiś czas (dłuższy niż w przypadku Noni) po dotknięciu nasmarowanych obszarów, czuć, że coś tam jest. Nie jest tłusty. Nadaje się pod makijaż, nie roluje się.

Jak działa? Nie jest to krem rozjaśniający, niwelujący cienie i bruzdy, czy też wygładzający w cudowny sposób zmarszczki. To dobry produkt dla osób, które szukają dobrze nawilżającego kremu pod oczy. U mnie sprawdził się właśnie w roli nawilżacza, gdy zimą miałam przesuszone okolice oczu (łzawią mi oczy podczas mrozów i katastrofa gotowa). Bardzo dobrze nawilża, skóra po jego zastosowaniu jest gładka i miła w dotyku. Ani razu nie czułam dyskomfortu związanego z suchą skórą pod oczami czy na powiekach.

Czy to produkt idealny? Nie. Dla mnie najlepszym rozwiązaniem byłby miks działania nawilżającego tego kremu i rozjaśnienia jakie daje Wrażliwa Natura. Ponadto bardziej odpowiada mi cena tego drugiego kosmetyku :). Nie wykluczam jednak, że wrócę do tego produktu, gdy moja skóra będzie spragniona.

Skład: Aqua, Butyrospermum Parkii Butter, Glycerin, Dicaprylyl Carbonate, Cetyl Alcohol, Myristyl Myristate, Octyldodecanol, Glyceryl Stearate, Glyceryl Stearate Citrate, Passiflora Incarnata Seed Oil, Parfum, Rosa Canina Fruit Oil, Tocopheryl Acetate, Cucurbita Pepo Seed Extract, Xanthan Gum, Citric Acid, Glyceryl Caprylate

Cena: ok. 36 zł/15 ml
Dostępność: apteki DOZ, do niedawna ta seria była też dostępna w Super-Pharmie, ale ostatnio jej nie widziałam, apteka Słonik, wybrane perfumerie Douglas, Sephora i Marionnaud
Ocena: 4-4,5/5

Produkt ten otrzymałam od firmy Oceanic, ale ten fakt nie miał wpływu na treść zamieszczonej recenzji.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Uważaj złotko, bo wpadniesz w wodniste błotko. Stara Mydlarnia Glinka zielona

Do niedawna moja pielęgnacja twarzy była bardzo skromna, żeby nie napismać biedna. Ograniczałam się właściwie do żelu do mycia twarzy, jednego kremu na wszystkie pory dnia i roku oraz mleczka do demakijażu (teraz mleczka nie tknę nawet, gdy mi dopłacą). Jakoś sobie żyłam w tym prehistorycznym kosmetycznym świecie i nie czułam się dramatycznie zaniedbana. Pech chciał, że najpierw wkręciłam się w bawienie w recenzentkę na Wizażu, a potem na własnym blogu. Zaczęłam bardziej interesować się tym, co na siebie kładę i czy to coś mi służy. Ty sposobem od pewnego czasu kompletuję bardziej bogatą pielęgnację, która będzie odpowiadała mojej paskudzącej się cerze.

O glince zielonej i jej dobroczynnym działaniu na cerę z pryszczami słyszałam od dawna. Jestem jednak leniwa i nie chciało mi się bawić w nakładanie i siedzenie na twarzy z jakimś błotkiem. Saszetka glinki z Dermaglinu leżała w kosmetyczce przez 1,5 roku, a zdecydowałam się ją zużyć tylko dlatego, że szkoda mi było wyrzucać pełnego produktu :D. Nałożyłam ją i przepadłam - byłam zachwycona efektem, który glinka poczyniła na mojej twarzy. Czym prędzej przekopałam internet w poszukiwaniu większego, bardziej opłacalnego opakowania błota w proszku. Zastanawiałam się między Zrób Sobie Krem a Starą Mydlarnią. Ostatecznie postawiłam na tę drugą markę.

Za 16 zł otrzymujemy 90 g glinki w saszetce. Nie jest to jednak opakowanie jednorazowe, można korzystać z proszku cały czas bez konieczności jego przesypywania do zastępczego słoika. Po jakimś czasie plastik z drucikiem (klips????????), który umożliwia nam zamknięcie opakowania, wyrabia się i łamie. Ale i tak plus za to, że nie trzeba kombinować z przesypywaniem.

Schody zaczynają się po dobraniu do proszku. Producent nie ułatwił nam sprawy i jedynie enigmatycznie wskazał, że aby sporządzić maseczkę na twarz i ciało, należy wymieszać glinkę z wodą tak, aby otrzymać gęstą masę. Dziękuję, wszystko wiem. Urodziłam się ze znajomością proporcji pozwalających sporządzić gęstą pastę. Na maseczce Dermaglinu wyraźnie było napisane, ile wody mam dodać i nie miałam problemów z wyrabianiem. Natomiast w przypadku Starej Mydlarni nigdy nie udało mi się uzyskać zadowalającej konsystencji. Zwykle robiła się gruda z części glinki, podczas gdy reszta proszku pozostawała sucha. Po dolaniu odrobiny (!) wody zwykle gruda robiła bardziej zbita, a dookoła pływały zielone popłuczyny. Glinkowy zlepek nie chciał się dobrze rozprowadzić na twarzy, miałam na twarzy fragmenty glinki i wody glinkowej.  Niezależnie od tego, czy rozrabiałam maseczkę z wodą różaną, wodą mineralną, czy kranówką, efekt był dokładnie ten sam. Myślałam, że jestem jakaś ułomna i po prostu nie potrafię rozmieszać proszku z wodą, a Dermaglin wyszedł mi przypadkiem. Niestety. Obecnie używam glinki z Fitokosmetik i nie mam problemu ze zrobieniem gęstej pasty. Gdy wychodzi zbyt zbita, dolewam trochę wody i konsystencja robi się ciut rzadsza, ale nie wodnista. A daję składniki, w bardzo podobnych proporcjach, co w przypadku SM.

Zastrzeżenia natury technicznej to jedyne jakie mam wobec tego produktu. Na moją cerę zielona glinka działa świetnie, cudownie ją oczyszcza i matuje. Nie przesusza cery. Zwęża pory. Stara Mydlarnia sprawdziła się w pielęgnacji. Niestety problemy z zastosowaniem sprawiły, że do tego produktu już nie wrócę. Inne sprawdzają się równie dobrze pod względem działania, a nie są tak problematyczne.

Skład: Montmorillonite (green clay)

Cena: ok. 16 zł/90 g
Dostępność: sklepy Stara Mydlarnia (we Wrocławiu - ul. Odrzańska 15)
Ocena: 3/5

sobota, 13 kwietnia 2013

Szarobure kredki w kosmetyczce noszę. Essence Kajal 08 Teddy i 22 Taupe me!


Równa, namalowana wręcz z zegarmistrzowską precyzją, kreska to marzenie wielu z nas. Niektóre idealny obrys oka potrafią zrobić po kilku głębszych, stojąc na jednej nodze i trzymając się jedną ręką za nos. Ubolewam, ale do tych zdolniach nie należę. Cały czas próbuję - raczej z marnymi skutkami, ale nie poddaję się. Może kiedyś...

W dążeniu do kreski idealnej przerobiłam wiele przyrządów służących do jej tworzenia. Do tych najprostszych w obsłudze niewątpliwie należą kredki. W swoim zbiorze kosmetycznym posiadam ich kilka, w różnych kolorach. Dziś na tapetę wzięłam dwie niepozorne kredki z Essence, których odcienie kojarzą się raczej z jesienną pluchą niż z wiosenną aurą.


Od kilku lat jestem wielką fanką kredki Essence z serii Long-lasting. Jednak jakiś diabeł mnie podkusił i pewnego dnia zamiast sprawdzonej Hot Chocolate, do koszyka powędrował kajal w odcieniu Teddy (oj, mam coś słabość do miśków :D). Niedługo później, wraz z wprowadzeniem kolejnego rzutu nowości przez Essence, przyszłam do domu z kolejnym kajalem w szalenie modnym odcieniu Taupe. 

Kredki z tej serii są niesamowicie miękkie. Bardzo łatwo namalować nimi kreskę, ale niestety tylko grubą. Dlatego też, jeżeli cenicie sobie cieniutkie linie, to raczej powinnyście omijać te kredki z daleka. Jednak przebolałabym grubość kreski i sięgałabym po te produkty częściej, gdyby nie fakt, że okropnie się odbijają, bez względu na to, czy wcześniej przypudruję powiekę, nałożę bazę, cienie, korektor, czy też wszystko na raz. Po 2 minutach od nałożenia mam ksero w okolicach brwi. Koszmar! Próbowałam dać kajalom szansę na linii wodnej - niestety i tak zwiodły, trzymały się zaledwie godzinę.

Na plus mogę zaliczyć Essence jedynie kolory. Szczególnie Taupe me! zasługuje na uwagę, bo to nie jest jednowymiarowy kolor. Na mojej dłoni wygląda na brąz, na oku, w towarzystwie niebieskiej tęczówki wychodzą z niego srebrne tony. Teddy to z kolei dość ciepły brąz - trochę zbyt ciepły, niezbyt korzystnie się w nim czuję, mam wrażenie, że ten trochę sarni odcień brązu sprawia, że oko wydaje się bardziej zmęczone.

Po prawej: Teddy
Po lewej: Taupe me!

Mimo że lubię firmę Essence, to kajali nie mogę zaliczyć do hitów. Nie ma co tu ukrywać, że to po prostu buble. Lepiej dołożyć te 2-3 zł i kupić kredkę Long-lasting albo zrezygnować z kupna kredki i pocieszyć się czymś słodkim.

Cena: ok. 5 zł
Dostępność: Natura, Hebe, Super-Pharm, Tesco Extra
Ocena: 2/5

czwartek, 11 kwietnia 2013

Od przybytku głowa nie boli. Na pewno?

Ratunku, ja tonę! I to prawie dosłownie. W dodatku ciężko jest mi się wygrzebać, bo pochłania mnie nie woda, a kosmetyki. Zaczynają mnie przerastać. Niedługo wyburzę ścianę do sąsiada i urządzę sobie w jego kuchni kosmetyczny składzik. Albo eksmituję braci z pokoju obok. Chyba, że wcześniej rodzina wyrzuci mnie i moje kosmetyki pod most :D.

Obiecywałam sobie, że ograniczę ilość kosmetyków, że w łazience i kosmetyczce będzie tylko to, czego potrzebuję, żadnych widzimisię. Taaaaaaaa, jasne. Wystarczy jedna mała promocja, tycia okazja, ciekawa współpraca, a już zapominam o postanowieniach. Najgorzej, że tego wyleczyć się nie da... Niech mną ktoś potrząśnie, proszę.


Oficjalnie daję sobie szlaban na szwendanie się po galeriach handlowych. Wczoraj przypałętałam się do Galerii Dominikańskiej i z ciekawości wlazłam do Yves Rocher (może dlatego, że przed wyjściem czytałam post Krzykli o ich tuszu). Co prawda zaglądałam tam wcześniej, ale jakoś bez przekonania i zawsze wychodziłam z niczym. Wczorajsza wizyta zaowocowała kupnem żelu do mycia twarzy Pure Calmille, do którego przymierzałam się od dawna. Impulsem do zakupu była oczywiście (no jakżeby inaczej) przecena o 50%. Przy okazji wyrobiłam kartę stałego klienta, dostałam torbę z ceraty i jakieś próbki, a dodatkowo także kupon rabatowy ze zniżkami wielokrotnego użytku na pielęgnację i kolorówkę (i to takimi solidnymi, bo odpowiednio 40% i 30%). Na kuponie widniała informacja, że przy następnych zakupach za min. 6,90 zł mogę kupić za symbolicznego grosza tusz Sexy Pulp. Badziewna kulka z Nivei właśnie mi się skończyła, dlatego postanowiłam dać szansę antyperspirantowi z YR i upiec tym sposobem dwie pieczenie na jednym ogniu - kupić coś potrzebnego, żeby dostać coś upragnionego :D.


Pozostając w rejonach pielęgnacji, nie mogę nie wspomnieć o nowościach z AA. Paczka z balsamami do testów była podejrzanie ciężka. Oprócz tych 5 butelek, znajdowało się w niej jeszcze to, co widnieje na powyższym zdjęciu. Bardzo zaciekawił mnie ten płyn micelarny i peeling w jednym. Takiego dziwa to jeszcze nie widziałam. Startery pod makijaż również wydają się interesujące. Krem odżywczy uszczęśliwi moją mamę. Oni to chyba specjalnie zrobili, żebym nigdy nie wygrzebała się z zapasów produktów do pielęgnacji :D.


Złośliwa ze mnie bestia, dlatego postanowiłam udowodnić sobie i światu, że Bioderma Sensibio nie zasługuje na koronę króla płynów micelarnych, którą nosi :D. Zobaczymy, co to za gagatek. Udało mi się ją ustrzelić w dość ładnej cenie, bo zapłaciłam za nią 22,50 (w aptekach i Hebe zwykle wołają za nią ok. 46 - 55 zł). Kupiłam ją w aptece Zielony Bluszcz na Oławskiej, jeżeli kogoś to interesuje.


Wróciłam do mycia twarzy przy użyciu wody i żelu, dlatego też ponownie do łask wróciły papierowe ręczniki kuchenne. Rolka zaczęła mieć się ku końcowi, więc postanowiłam dokupić zapas na kolejne miesiące. W Rossmannie się rozmyśliłam i zamiast zwyczajnych ręczników kuchennych, postawiłam na takie specjalnie przeznaczone do pielęgnacji. Ciekawa jestem, jak sobie poradzą i czy będą trochę delikatniejsze. 

Do koszyka wpadł ponadto zmywacz z Isany - ten, którego używam obecnie, czyli waniliowy z PharmaCF, żyje i ma się dobrze, ale jego stosowanie doprowadza mnie do szewskiej pasji. Zgadzam się z Karminowymi ustami, że to bubel jakich mało.

Pojawiły mi się na udach bardzo brzydkie rozstępy, dlatego wróciłam do sprawdzonego olejku Babydream dla mam.


Na krem BB (ekhem, krem tonujący) z Bell ostrzyłam sobie pazurki, od czasu, gdy przeczytałam bardzo pozytywne recenzje Siulki oraz Shinodki. Okazja czyni złodzieja, a promocja ogłupia zoilę, więc gdy w niewielkiej drogerii zobaczyłam, że za 26 zł mogę kupić krem BB i korektor z tej linii, nie wahałam się ani chwili. To nic, że kilka dni wcześniej przyleciały do mnie minerały z Amilie, a ciocia kupiła mój ulubiony korektor z Alverde... Powinnam się smażyć w piekle.

Jakiś czas temu stłukłam swój róż z Bell. Uwielbiam ten kolor, dlatego pomyślałam, że nie będę prasować kruszonki, a kupię podobny odcień, ale z innej firmy. Miałam w głowie plan kupienia różu nr 6 z Wibo, ale przy okazji wizyty w Magnolii, przyciągnęło mnie stoisko Flormaru. Coś mi świtało, że ich róże cieszą się dobrą sławą, więc wybrałam P113.


Zdecydowałam się na podjęcie współpracy z marką Rimmel - pewnie bym tego nie zrobiła, gdyby nie bardzo przyjazne blogerowi zasady. W sobotę rozpakowałam paczkę powitalną, z której wyleciało kilka smakołyków. 

Tej wiosny na moich paznokciach chyba będą królowały pomarańcze, bo Sun Dower jest już drugim lakierem w tym kolorze, który zawitał w moje progi. Paletka Smokey Brun, choć perłowa, jest utrzymana w neutralnej brązowo-beżowej kolorystyce. Tusz Scandaleyes ciekawi mnie ze względu na rozmiar szczoteczki - pomarańczowa wersja mogła zabić, ciekawa jestem, jak będzie z tą. Żelowy eyeliner trochę rozczarował kolorem - szkoda, że na oku nie jest taki kakaowy, jak w opakowaniu. Na Apocalips w odcieniu Solstice miałam ogromną ochotę, od czasu, gdy Słomka zamieściła zdjęcie kolorów szminek z tej serii. Za to w życiu nie kupiłabym szminki Lasting Finish z czerwonej serii sygnowanej przez Kate Moss. Mazałam się testerami wszystkich dostępnych w Polsce kolorów i jakoś nie znalazłam tam odcienia dla siebie, wszystkie były różowe i podobne do siebie. Zostałam uszczęśliwiona kolorem 104, którego w drogerii nie zaszczyciłabym spojrzeniem i przypadkiem od soboty nie mogę przestać się nim smarować :D:D. Do zdjęcia nie załapała się czarna kredka Scandaleyes, która zapodziała się w szufladzie, a także pomarańczowy kubek Wake me up, z którego właśnie piję.

Słowo daję, czas zwijać interes :D. Napisałam tego posta, żeby samą siebie uświadomić, jak daleko posunęło się moje zbieractwo. Idę klęczeć na grochu.

środa, 10 kwietnia 2013

Na neutralnym gruncie. Natura Siberica Szampon neutralny

Blogosfera urodowa jest podatna na wszelkiego rodzaju nowinki kosmetyczne. Jedna napomknie, reszta podchwyci i rozpoczyna się szał. W swojej niedługiej bytności w internetowym światku kosmetykoholiczek przerobiłam wraz z nimi kilka różnego rodzaju mód. Na topie były kremy BB, kosmetyki E.L.F, paletki Sleek, indyjskie oleje, OCM, Pat&Rub... Niektóre trendy nadal cieszą się popularnością, o innych trochę przycichło. W międzyczasie blogerki znajdują sobie nowe obiekty do zachwycania się - jednym z niedawnych odkryć są kosmetyki rosyjskie, które w niedługim czasie pozyskały spore grono zwolenniczek. I ja dałam się wciągnąć w szał na kierunek wschód.

Od dłuższego czasu miałam ochotę na szampon Love2mix z pomarańczą i chilli, który miał za zadanie wzmocnić włosy i uchronić je przed wypadaniem. Kiedy w końcu zdecydowałam się na zamówienie, okazało się, że jego zapasy magazynowe właśnie się skończyły. Niepocieszona zaczęłam zastanawiać się nad sensem swojego zamówienia, gdy niedobra kusicielka Siempre zamieściła recenzję szampon neutralnego. Po jej peanach na temat tego produktu, niewiele myśląc, wrzuciłam go do koszyka i zamknęłam zamówienie.

Szampon mieści się w prostej, wysokiej butelce. Opakowanie jest mleczne, ale dość przezroczyste, dlatego widać, ile produktu jeszcze w nim zostało. Butelkę wieńczy korek z wyciskanym dzióbkiem, na który tak narzekałam przy okazji recenzji płynu micelarnego BeBeauty. O ile przy bardzo płynnej formule tego typu rozwiązanie się nie sprawdziło, tak w przypadku szamponu całkiem nieźle daje radę - może ze względu na gęstą konsystencję.

Produkt ma dość treściwą formułę. Jest dość gęsty i trochę opornie wychodzi z opakowania. Pieni się całkiem nieźle, niewiele gorzej od szamponów Alterry. Bardzo ładnie pachnie, trochę zimowo - kojarzy mi się z sosną podczas mrozu. Zapach nie jest intensywny, nie utrzymuje się na włosach. 

Gdy idzie o działanie, to muszę przyznać, że spisuje się naprawdę dobrze. Zgodnie z obietnicami producenta nie robi krzywdy wrażliwej skórze głowy. Myje delikatnie, ale skutecznie. Ładnie oczyszcza, ale zostawia po sobie pamiątkę, która przywodzi mi na myśl szampony 2w1. Po zmyciu szamponu zostawia delikatny film. Nie jest to tłusta, ciężka warstwa, ale włosy zachowują się zupełnie inaczej niż po Alterze, Barwie czy Dulgonie. Wydaje się, jakby dostały od razu porcję odżywki, są bardziej lejące i nie przypominają siana. Kij ma jak zwykle dwa końce - odkąd używam NS moje włosy są w dużo lepszym stanie, ale przez tę warstewkę krócej utrzymują świeżość. Dlatego też, jeżeli macie tendencje do przetłuszczania to stosowanie tego szamponu solo może nie do końca was usatysfakcjonować. U mnie świetnie sprawdza się łączenie tego produktu z bardziej oczyszczającym szamponem - najpierw wstępnie myję włosy Barwą, potem tym neutralnym. Efekt jest równie dobry, zużywam mniej NS (przy drugim myciu lepiej się pieni i trzeba go mniej), a włosy dłużej wyglądają reprezentacyjnie :).

Polecam ten produkt szczególnie tym dziewczynom, które mają zniszczone, suche włosy. Jeżeli twoje włosy się przetłuszczają też możesz dać szansę przybyszowi z Rosji, ale miej na uwadze silnie pielęgnujące działanie tego szamponu i możliwy "przetłuszcz z oklapem" :D:D.

Skład: Aqua with infusions of:  Organic Anthemis Nobilis Extract, Organic Saponaria Officinalis Extract, Lauryl Glucoside, Cocamidopropyl Betaine, Guar Hydroxypropyl Trimonium Chloride, Bidens Tripartita Extract, Glycyrryhyza Uralensis Fisch Extract, Hippophae Rhamnoides Altaica Seed Extract, Citric Acid, Benzyl Alcohol, Glycerin, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Parfum, Limonene

Cena: 20 zł (Kalina) - 40 zł (Bioarp)/400 ml
Ocena: 4/5

niedziela, 7 kwietnia 2013

Siła sugestii. Bioderma Sebium H20 Płyn micelarny

Płyn micelarny to od pewnego czasu podstawa w mojej kosmetyczce. Odkrycie tego typu produktu okazało się zbawienne dla mojej cery, która nie przepadała za cięższymi mleczkami. Cudowna woda zamiast białej emulsji okazała się strzałem w... No właśnie. 10? Tak, teoretycznie można tak powiedzieć. Jednak nie każdy tego typu płyn zachwycił mnie w równym stopniu. Trafiały się micele lepsze (Bourjois) i gorsze (Be Beauty).

Na koronę króla płynów micelarnych według wielu osób zasługuje Bioderma Sensibio. Tyle się naczytałam i nasłuchałam o tym produkcie, że chwilami aż ciężko mi uwierzyć w to, że istnieją kosmetyki aż tak wspaniałe. Wersja Sebium cieszy się trochę mniejszym uznaniem, ale wydawała mi się bardziej odpowiednia dla mnie - w końcu dopasowana jest do mojego typu cery. Chęć spróbowania produktów marki Bioderma od dawna nabierała na sile, a szalę przeważyła możliwość kupna tegoż płynu micelarnego za niecałe 15 zł. Grzechem byłoby nieskorzystanie z takiej okazji, prawda?

Standardowo chciałabym zacząć od opakowania, ale tym razem nie do końca wiem, jak ugryźć temat. Bioderma sprzedaje bowiem swoje płyny w dwóch rodzajach butelek - takiej ze zwykłym korkiem oraz cudaczną pompką. Wydaje mi się, że pompka to dodatek do promocyjnych opakowań, a "normalnym" rozwiązaniem jest standardowy korek z klapką. Niemniej pompka to bardzo wygodne wyjście, szczególnie gdy traktujemy płyn micelarny jako produkt "stacjonarny". Pompka bardzo dobrze dozuje produkt, nic się nie wylewa. Mechanizm ani razu się nie zaciął. Nie jestem do końca przekonana co do tego, czy takie opakowanie sprawdzi się w podróży - z podobnym rozwiązaniem miałam do czynienia przy zmywaczu Cien, który raczej wyjazdów nie lubił.

Płyn jest lekki, nie zostawia po sobie tłustego czy klejącego wspomnienia. Bardzo ładnie pachnie, choć nie umiem opisać tego zapachu - jest dość niejednoznaczny, ale przyjemny i delikatny, nie narzuca się receptorom węchu. Używanie tego kosmetyku jest naprawdę bardzo

Schody zaczynają się przy ocenie skuteczności tego produktu. Dla mnie płyn micelarny to produkt, który ma za zadanie usunięcie szpachli z twarzy i oczu. Tymczasem Bioderma Sebium nie jest prymusem w tej dziedzinie. O ile całkiem nieźle sprawdza się w przypadku cery (jest w stanie usunąć podstawową szpachlę), tak jeżeli idzie o usuwanie kosmetyków nałożonych na oczy (szczególnie tych trwalszych), to jest miernie. Wydaje mi się, że producent zresztą stworzył ten płyn z myślą o skórze twarzy - na etykiecie wskazuje, że po zmyciu oczu tym produktem, należy je dodatkowo przemyć wodą.


Płyn Sebium działa chyba trochę na zasadzie toniku do twarzy. Dobrze usuwa zanieczyszczenia, ale średnio radzi sobie z makijażem. Nie zauważyłam natomiast, żeby jakoś zbawiennie wpłynął na skórę - nie sprawił, że przestała się przetłuszczać, nie wpłynął także na widoczność porów.

Za kilkanaście złotych można spróbować tego produktu, ale te kilkadziesiąt złotych, które wołają za niego w drogeriach i aptekach to gruba przesada. Naprawdę nie warto, szczególnie jeżeli szukacie skutecznego produktu do demakijażu.

Skład: AQUA, PEG-6 CAPRYLIC/CAPRIC GLYCERIDES, SODIUM CITRATE , ZINC GLUCONATE, COPPER SULFATE, GINKGO BILOBA EXTRACT, MANNITOL, XYLITOL, RHAMNOSE, FRUCTOOLIGOSACCHARIDES, PROPYLENE GLYCOL, CITRIC ACID, DISODIUM EDTA, CETRIMONIUM BROMIDE, PARFUM

Cena: 45-55/250 ml, 60-75/500 ml (Allegro ok. 25 zł/250 ml, 40-45/500 ml)
Dostępność: apteki, drogeria Hebe; dużo taniej można ten produkt dostać w internecie np. poprzez serwis Allegro.
Ocena: 3/5

czwartek, 4 kwietnia 2013

Puszka pełna słońca. Tso Moriri Naturalna pomadka do ust Brzoskwinia

Mam małego świra na punkcie pielęgnacji ust. Słoiczki, tubki, sztyfty - do koloru, do wyboru, na każdą okazję, nastrój i katastrofę mam mazidło do ust. Co więcej kupuję je jak kremy do rąk - czyli dużo, często i bardzo chętnie. Jak nie wiem czego chcę, a wiem, że chcę przepuścić pieniądze, to zwykle w koszyku ląduje krem do rąk albo balsam do ust.

Pomadkę Tso Moriri dostałam na sierpniowym spotkaniu blogerek i prawie do początku tego roku czekała na swoje pięć minut. Byłam twarda, chciałam najpierw wykończyć wazelinę Flos-Lek, ale w końcu to małe niepozorne pudełko opuściło szafę, by zamieszkać na biurku.

Nie przepadam za produktami do ust zapakowanymi w słoiczki. Są okropnie niepraktyczne, bo właściwie wyłącznie do użytku stacjonarnego. Nie zawsze bowiem, gdy czuję potrzebę aplikacji balsamu, mam możliwość umycia uprzednio dłoni. A pakowanie sobie do buzi wszystkich zarazków przewożonych na rurkach w komunikacji miejskiej nie bardzo mi się uśmiecha. Można spróbować nakładać balsam poprzez wsadzenie dzióbka do słoiczka, ale wśród w tłumie wyglądałoby to co najmniej śmiesznie. Pozostaje więc wyłącznie użytek domowy.

Opakowaniu samemu w sobie nie mogę zarzucić wiele. Metalowa puszka jest solidna, wieczko z łatwością można odkręcić i zakręcić. Nic nie odstaje, nic nie odpada.

Po zdjęciu nakrętki oczom ukazuje się zawartość w kolorze miąższu dojrzałej brzoskwini. W przeciwieństwie do dojrzałego owocu, balsam jest bardzo twardy (olej kokosowy i masło shea stanowiące bazę pomadki, w temperaturze pokojowej mają formę stałą). Roztapia się pod wpływem pracy palcami.

Kosmetyk bardzo ładnie pachnie - choć nie jestem fanką brzoskwini (za to moja mama pochłania je na tony), to jednak muszę przyznać, że zapach jest całkiem niezły. Producentowi udało się oddać prawdziwy aromat owocu, zupełnie jakby w słoiczku znajdowała się najprawdziwsza brzoskwinia.

Produkt trochę barwi na żółto, co bardziej widać na skórze chociażby dłoni, niż na samych wargach.

Początkowo nie byłam zadowolona z działania tego produktu. Wydawało mi się, że kosmetyk, który ma w składzie tyle zbawiennych substancji będzie działał tak, że mi skarpetki z wrażenia pospadają. Trochę rozczarowałam się tym, że pomadka jest niesamowicie lekka - dość szybko się wchłania (powiedziałabym, że błyskawicznie w porównaniu do np. sztyftu z Alterry), dlatego nie jest to najlepsza opcja na zimę. Usta nawilża dość nieźle, ale nie tak dogłębnie jak aloesowy sztyft Barbry; po około 2 godzinach konieczna jest kolejna aplikacja. Pomadka ma świetne działanie łagodzące, o czym mogłam się przekonać podczas marcowego przeziębienia - mój nos zaczynał świecić na czerwono, więc złapałam pierwszą lepszą rzecz i wysmarowałam nią podrażnioną skórę. Tso Moriri niemal natychmiast zniwelowała pieczenie i nieprzyjemną szorstkość. Efektem ubocznym były zapchane pory na nosie.

Nie jest to mistrz świata w kategorii pielęgnacji ust, ale mimo wszystko całkiem przyjemny produkt. Raczej do niego nie wrócę, ponieważ nie zachwycił mnie na tyle, żeby przy nim pozostać dłuższy czas.

Skład: Cocos Nucifera Oil, Butyrospermum Parkii Fruit, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Mangifera Indica Seed Butter, Euphorbia Cerifera Wax, Beeswax, Octyldodecanol, Titanum Dioxide, Silica, Tocpheryl Acetate, Aroma, Diethylhexyl Syringylidene Malonate, Caprylic/Capric Triglyceride

Cena: 13- 15 zł/14 ml
Ocena: 3,5-4/5

wtorek, 2 kwietnia 2013

Maksymalnie w wersji mini - podróż kosmetoholiczki

Sporo o mnie już wiecie. W ponad trzech setkach notek przekazałam wam piękny obraz siebie samej. Zdradziłam chyba wszystkie najgorsze cechy charakteru - wiecie, że jestem ciapą, chomikiem, zakupoholiczką i żarłokiem. Cudnie, po prostu rewelacja, człowiek powinien się prezentować od najlepszej strony. Jak takową u siebie znajdę, to na pewno się od niej pokażę :D.

Dziś zamierzam trochę jeszcze zdradzić o sobie. Nie znoszę wyjazdów. Chociaż nie, same podróże lubię (szczególnie pociągiem). Miejsca docelowe również - inaczej żadna siła nie wygoniłaby mnie z domu. Nie cierpię za to przygotowań do wycieczek. Słabo mi się robi na widok mojej małej walizki. Primo - ta mydelniczka jest za mała, jak na moje potrzeby, secundo - kto to będzie nosił :D? 

Prawdziwą klęskę, gdy idzie o pakowanie, ponoszę w kwestiach kosmetycznych. Lubię brać dużo - trzeba być przecież przygotowanym na każdą sytuację! Ostatnim razem, gdy wybrałam się w podróż, kosmetyczka zajęła pół walizki. A była w niej tylko pielęgnacja. Druga, z przyborami do makijażu, z trudem zmieściła się do torebki. O nie, dość tego dobrego, czas się trochę ogarnąć i ograniczyć swoje zapędy!

Jutro wsiadam do niebylejakiego pociągu i sunę w Polskę na kilka dni, dlatego pomyślałam, że napiszę, co tym razem postanowiłam ze sobą zabrać.

Kosmetyczka w wersji minimalistycznej jest trochę oszukana. Jadę do rodziny i część kosmetyków (szampon, żel pod prysznic, odżywka, płyn micelarny, balsam do ciała) podkradnę. Poniżej zaprezentuję to, bez czego nie będę mogła się obejść (a przynajmniej mi się tak wydaje :D).


Zawsze na czas podróży przygotowywałam sobie kilka odcieni szminek i błyszczyków z mojej pokaźnej kolekcji. Dodatkowo zabierałam balsam do ust. Postanowiłam zmniejszyć ilość smarowideł do ust i wziąć tylko JEDNO. Błyszczyk z Clinique daje delikatny malinowy kolor, a do tego przyjemnie nawilża usta.

W szufladzie znalazłam próbkę podkładu Vichy Aera Teint Pure. Mam nadzieję, że starczy mi na 3 razy. Obawiam się koloru, 23 Ivory może być za jasny. Jeżeli będzie - no trudno, najwyżej pójdę bez. Kto mnie tam zna :D.

Do zakrycia większego fufna, a takie na pewno się pojawi, potrzebny będzie korektor. Do zamówionego podkładu z Amilie dostałam próbkę korektora w odcieniu Light. Jest ciut zbyt jasny i beżowy, ale nie odznacza się w bardzo widoczny sposób, a duże gule kryje naprawdę świetnie. Jakby firma miała w swojej ofercie korektor wpadający bardziej w żółć (ale nie całkowicie żółty) na pewno zamówiłabym pełen wymiar.

Ponieważ dzień zaczynam od posmarowania kanapki masłem i nałożenia na twarz smalcu ze skwarkami, muszę przypudrować trochę twarz, żeby nie oślepić innych swoim blaskiem. Mam nadzieję, że puder z Amilie nie zrobi mi krzywdy i uzyskam z jego pomocą zadowalający mat.

Moje kości policzkowe od dawna są poszukiwane listem gończym. Czekając na wieści od organów ścigania, muszę je sobie domalować samodzielnie. Trochę różu mineralnego Annabele Minerals w odcieniu Nude, na pewno mi w tym pomoże. Dziwię się sobie, że zakopałam w koszyku tak piękny kolor. Cóż za niedopatrzenie, muszę go chyba przylepić do laptopa :D!

Cień do powiek właściwie nie jest mi potrzebny. Jak znam życie, to i tak po niego nie sięgnę. Ale tak w razie czego wrzucę do kosmetyczki malucha EDM In the garden i próbkę bazy pod cienie Smashbox.

Najbardziej dumna jestem z ograniczenia ilości pędzli. Biorę jeden do twarzy oraz jeden do korektora i oczu. Przy pomocy pędzla do pudru i różu z Essence nałożę, jak firma przykazała, puder i róż. Klasyczna kuleczka do smokey eyes najpierw posłuży do aplikacji korektora, a potem roztarcia cienia na powiece. Jestem geniuszem zła, nie :D?

W kwestiach pielęgnacyjno - zapachowych nie będzie już tak dobrze. W wersji mini udało mi się znaleźć jedynie 3 kosmetyki.


Dolce&Gabbana Light Blue to jeden z zapachów, które bardzo lubię. Podoba mi się trochę mniej niż bardziej landrynkowe Moschino I love love, ale mimo to lubię nim pachnieć. To jedyna próbka perfum, jaką w obecnej chwili posiadam - nie liczę tu Chanel No 5, których próbkę zawsze noszę w torebce zamiast gazu pieprzowego, tak na wrogów :D.

Z torebki eksmitowałam tymczasowo krem z Czterech Pór Roku, a na jego miejsce wrzucę jedną z miniaturek L'occitane - chwyciłam tę z masłem shea, najbardziej kultowy produkt marki. Zobaczymy, czy ten krem jest aż tak dobry, jak go malują.

Zrezygnowałam także z brania pełnowymiarowego kremu do twarzy na dzień, nie mam na stanie takiego, z którym nie potrafiłabym się rozstać. Na spotkaniu blogerek w sierpniu dostałam maleńki krem Vitality by M, który zimę spędził czekając na lepsze czasy. Teraz będzie miał swoją premierę i liczę, że nie zrobi mi na twarzy masakry.

Teraz przyszła pora na kosmetyki i akcesoria, które wewnętrzny głos kazał mi zabrać w pełnej krasie.


Niby to zwykły kawałek plastiku z kolcami, ale jakoś nie mogę się obyć bez Tangle Teezera. Nie potrafię się już czesać "zwykłymi" szczotkami i grzebieniami, wydaje mi się, że bardzo opornie suną po włosach.

Krem pod oczy to produkt, który odkryłam rok temu i w którym ciągle jestem zakochana. Aktualnie używam tego z dziką różą z AA Eco.

Krem Baikal Herbals Detox to idealny krem na noc dla problematycznej cery. Moja skóra go kocha. Jak tylko znajdę go w rozsądniej cenie, to zrobię chyba zapas na rok (notatka do siebie: miałaś nie robić zapasów, kretynko!).

Moja ciocia uwielbia markę AA i w jej łazience zawsze jest płyn micelarny z ich stajni. Nie podzielam jej miłości do miceli AA, ewentualnie mogę zmyć nimi oczy, ale do przemywania twarzy zabieram swój smrodliwy tonik AA Therapy Trądzik - ładnie domywa, nie lepi się i nie pieni, jak jego micelarni bracia.

Nie wyobrażam sobie makijażu bez pomalowanych rzęs i trochę uporządkowanych brwi, dlatego obowiązkowo pakuję ulubiony tusz Hean Black Elixir oraz kredkę  Catrice 020 Date with Ash-ton.

Do zdjęcia zapomniałam zabrać antyperspirantu, ale jest on tak zły, że nie zasłużył na pamiątkową fotkę :D.

Mam nadzieję, że diabeł mnie nie podkusi i nie dorzucę jakiś pierdół. Jak wygląda wasza kosmetyczka na wyjazdy? Nosicie ciężary, czy raczej staracie się rozsądnie pakować?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...