Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

niedziela, 31 marca 2013

Wiosenny przegląd wojska, czyli zużycia marca



Marzec to zazwyczaj bardzo pracowity miesiąc. Zwykle wtedy dopada nas dzika radość z powodu nadchodzącej zmiany pory roku, z utęsknieniem wyczekiwanego ciepła. Nie możemy doczekać się porzucenia kozaków i płaszcza na rzecz lżejszych ubrań i obuwia. W tym czasie zaczynamy gruntowne przeglądy garderoby, robimy rewolucję w lodówce, jak opętane pucujemy mieszkanie... W ramach moich małych porządków zrobiłam gruntowny przegląd kosmetyków. I doszłam do przerażającego wniosku, że chyba kiedyś w nich utonę. Jestem okropnym chomikiem, robię zapasy na koniec świata i w dodatku cały czas kupuję, zamiast pozbywać się tego co już mam. W efekcie w mojej łazience pełno jest niedobitków. W marcu postanowiłam się za nie wziąć i zmniejszyć ich ilość.


Jeżeli mowa o minimalizmie, to raczej nie wyszło mi to w przypadku twarzy. Dwa produkty do oczyszczania i demakijażu zamieniłam na trzy. 

Było: Bioderma Sebium H20 - produkt szumnie nazywany płynem micelarnym, to w sumie zwykły tonik. Duże rozczarowanie. Nie zasłużył na odrębną notkę, ale ją otrzymał - wypocin spodziewajcie się niedługo.
BeBeauty Płyn Micelarny - produkt, którego fenomenu nie rozumiem. Dziewczyny kupują go hurtowo, używają z wielką pasją, a mnie on nie podszedł. Szczypie w oczy, pieni się i klei. Czym tu się zachwycać? Jego recenzję znajdziecie TU.

Jest: Biały Jeleń Hipoalergiczny żel do mycia twarzy z oczarem wirginijskim (ślicznie pachnie), AA Therapy Trądzik Tonik antybakteryjny (łoesu, ale śmierdziel), Garnier Essentials Dwufazowy płyn do demakijażu (nie pachnie).


Od pewnego czasu przekonuję się, jak dobre działanie na moją niegrzeczną skórę ma glinka. Można by pomyśleć, że błotko to błotko, grunt żeby było zielone. Niestety zielone nie zawsze znaczy dobre.

Było: Stara Mydlarnia Glinka zielona - pod względem działania świetny produkt, ale cała reszta leży i kwiczy. Więcej do niego nie wrócę. Na pewno skrobnę niedługo notkę na jego temat, w której wyjaśnię, co mam błotku do zarzucenia.

Jest: Fitokosmetik Glinka kambryjska ze srebrem


Było: Vichy Woda termalna - woda termalna to produkt, którego działanie docenimy w potrzebie. Dla przeciętnego zjadacza chleba wydatek rzędu 40 zł na wodę w psikaczu to raczej nie jest priorytet w domowym budżecie. Tego typu produkty warto kupować w promocji. Jeżeli jednak woda termalna ma nam służyć do zwilżania glinek, czy też minimalizowania efektu upudrowanej twarzy warto postawić na wariant ekonomiczny i skusić się na...

Jest: Hydrolat z kwiatów gorzkiej pomarańczy



Korektor to podstawa w mojej kosmetyczce. Zawsze bowiem mam na twarzy coś, co uparcie wybija spod pudru i podkładu.

Było: Miss Sporty Korektor z płynie w witaminami - bardzo dobry produkt, gdyby nie kolor, to okrzyknęłabym go najlepszym korektorem na świecie. Cudnie kryje niedoskonałości, dobrze sprawdza się pod oczami. Tylko mam uczulenie na cytrusy w kosmetykach kolorowych, w szczególności na szalone odcienie pomarańczu. Więcej o korektorze przeczytacie TU.

Jest: Maybelline Affinitone korektor - na wstępie dostał naganę za ogromny otwór bez żadnej uszczelki, która ściągałaby nadmiar produktu.


Było: Essence No limits Waterproof Mascara - tego tuszu już nie ma w ofercie Essence. I dobrze, bo nie ma za czym płakać. Bardzo podstawowy, przeciętny tusz, który jedynie podkreślał rzęsy czarnym kolorem. Sięgnęłam po niego dlatego, że był wodoodporny, a niestety zimowe mrozy powodują, że łzawią mi oczy. Na szczęście nie spływał wraz z moimi łzami przez co po dobrnięciu do celu wyglądałam jak człowiek, nie panda.

Jest: Hean Black Elixir Elastic Mascara - tusz, który właściwie jest już na wykończeniu. Nie umiem się z nim rozstać, bo kocham jego właściwości. Niedługo napiszę na jego temat więcej, nie bez powodu został hitem 2012 r.


Było: Barwa Szampon pokrzywowy - świetny szampon do oczyszczania włosów (recenzja). Nie polecałabym go stosować solo zbyt często, bo plącze i puszy włosy. Sprawdza się w duecie z cięższymi szamponami do wstępnego mycia - u mnie bardzo dobrze komponował się z szamponem neutralnym z Natura Siberica, dlatego zastąpiłam go...

Jest: ... produktem z tej samej serii, w innym wariancie zapachowym. Ponieważ mam teraz fazę na żurawinę postawiłam na taką wersję Barwy.


Było: Bingo Spa Maska do włosów Shea i 5 alg - zaliczanie tego produktu do kategorii masek to duże nieporozumienie. To zwykła odżywka, w dodatku bardzo lekka. Idealna do włosów, które wymagają jedynie delikatnego nawilżenia. Moje potrzebują trochę więcej. Recenzję tej "maski" znajdziecie TU.

Jest: Kallos Crema al Latte - w końcu mam przyjemność wypróbowania tego kultowego produktu. Co prawda po Bingo obiecywałam sobie, że nie kupię już produktu o dużej pojemności, to jednak skusiłam się na mlecznego Kallosa. W głowie już mam plan testów kolejnych osławionych masek - bananowego Scandica i Sleek Line ze Stapiza. Czy to już pierwsze objawy choroby umysłowej zwanej włosomaniactwem :D?


Żele pod prysznic to jedne z tych produktów, które chętnie kupuję, i które, w przeciwieństwie do innych gromadzonych dóbr, równie intensywnie zużywam. W tym miesiącu pożegnałam 2 butelki pachnących płynów.

Było: Kamill Żel pod prysznic rabarbar i maślanka - obłędny zapach kwaskowatego rabarbaru i maślanki. Przepiękne połączenie! Marzy mi się taki balsam do ciała.
Palmolive Refreshing Moments - w szafie znalazłam jeszcze jednego marudera z Palmolice kupionego ze 3 zł w Biedronce. To było najgorsza inwestycja w moim życiu. Okropny śmierdziel, pomarańczowy proszek do prania. A fe!

Jest: Kamill Żel pod prysznic Kokos i śmietana



Było: Bielenda Bawełna Mleczko do ciała - kupione pod wpływem chwili wraz z czasopismem Uroda. Podrzędny magazyn i balsam za 5 zł wydawały mi się dobrą inwestycją. Ten numer Urody wylądował na makulaturze zaraz po przejrzeniu, a mleczko na długie miesiące zamieszkało w mojej łazience. Początkowo jakoś zmuszałam się do jego używania, ale potem wepchnęłam w kąt i zapomniałam. W marcu doszłam do wniosku, że wypadałoby się pozbyć tego dziadostwa o zapachu dusznego powietrza po deszczu. Nie polecam. Na nieszczęście nie nauczyłam się patrzeć trzeźwo na dodawane do prasy gratisy. Recenzję tego produktu znajdziecie TU.

Jest: nowa seria balsamów AA. Szczególnie upodobałam sobie jeden z nich - oczywiście żurawinowy :D. Mój nos polubił też zapach balsamu z masłem oliwkowym, który pachnie tak jak jedwab z Green Pharmacy, czyli jak żelki miśki :D.


Było: Cien Bezacetonowy zmywacz do paznokci - przeciętny produkt  którego największą zaletą było opakowanie z pompką. Raczej do niego nie wrócę, choć butelkę sobie chyba zachowam i przeleję do niej inny, lepszy zmywacz - może czas wrócić do acetonowych killerów.

Jest: Pharma CF Bezacetonowy zmywacz do paznokci o zapachu wanilii - zgubna miłość do wanilii zaowocowała zakupem beznadziejnego produktu. Ale skąd mogłam wiedzieć, że nie wszystko co waniliowe jest dobre :D?

Standardowo jak woda schodzą u mnie płatki kosmetyczne. W marcu zużyłam aż 2 opakowania Lilibe. Teraz zdecydowałam się je zdradzić z płatkami Carea z Biedronki. Chcę się przekonać, czy naprawdę są tak niedobre, jak niemiłe wspomnienia na ich temat mam.

Ten miesiąc obfitował w zużywanie resztek, więc nie oszczędziłam też psikacza do włosów z Mrs. Potter's. Dłuższa przerwa w związku zaowocowała ponownym wybuchem uczucia. Aż się sobie dziwię, że produkt, który tak świetnie pomaga w rozczesywaniu moich włosów, na tak długi czas poszedł w odstawkę. Mam ochotę na kolejną mgiełkę z tej firmy. A może wy mi polecicie jakieś cudo do rozczesywania włosów?

Jestem całkiem zadowolona ze swoich wiosennych porządków w kosmetyczce, udało mi się pozbyć prawie wszystkiego, co zakładałam. W kwietniu zamierzam się wziąć za kolorówkę. Mam nadzieję, że pożegnam choć jedną szminkę.

A wam jak idą "wiosenne" porządki? Czy jeszcze ciągle trwacie w zimowym śnie?

środa, 27 marca 2013

Kładź gładź! AA Kryjący podkład wygładzający nr 3

Podkład stanowi zazwyczaj podstawę mojego makijażu. Rzadko zdarzają się chwile, gdy mogę dać skórze odpocząć i pozwolić sobie na wyjście do ludzi bez dodatkowego rynsztunku. Kilka miesięcy temu przerzuciłam się na zbawienny dla mojej cery podkład mineralny, ale od czasu do czasu zdradzam proszek z bardziej płynnymi formułami - z różnym skutkiem.

Podkłady AA należą do tych produktów, na które raczej nie zwracałam wcześniej uwagi. W ogóle ignorowałam kompletnie półkę z podkładami AA, Sorayi, Lirene i Under Twenty, konsekwentnie kręcąc się przy szafach producentów kosmetyków kolorowych. Wydawało mi się, że fluid firmy skupiającej się w dużej mierze na pielęgnacji nie sprosta moim oczekiwaniom. Czy te obawy były uzasadnione?


Fluid zamknięty jest w dość twardej tubce, którą z jednej strony należy pochwalić za wytrzymałość, ale z drugiej wskazać na problemy jakie może stwarzać, gdy produkt zacznie się kończyć. Podoba mi się, że opakowanie "stoi na głowie", co ułatwia dozowanie produktu i pozwoli w miarę długo używać kosmetyku, bez konieczności jego rozcinania. Standardowa szyjka, przez którą wypływa podkład także jest w miarę wygodnym rozwiązaniem (choć nadal należę do pompkofili :D).

Podkład ma nietypową konsystencję, jak na płynną formułę. Nie przypomina mi kremowych fluidów, które używałam. Jest dość suchy, choć nie tępy. Trzeba go jednak uważnie rozsmarowywać - w tym celu polecałabym nie kombinować z akcesoriami w postaci pędzli. Dobrze kryje (przy większych zmianach nie obejdzie się bez korektora), ale nie wygląda na twarzy ciężko (nie robi takiego tynku, jak kryjąca Soraya). Niestety dość nieładnie podkreśla rozszerzone pory. Matuje na około godzinę (bez pudru). Nie jest długotrwały, znika z twarzy po około 5-6 godzinach.

Bardzo ciekawie marka AA podeszła do kolorów. Stworzyła 4 warianty, każdy do skóry o innym zabarwieniu - nr 1 dla wpadającej w róż, nr 2 dla czerwonawej, nr 3 dla żółtawej oraz nr 4 dla beżowej. Tyle teoria. A jak to w praktyce wygląda? Choć mam w swojej kosmetyczce tylko nr 3, poszłam z ciekawości do drogerii sprawdzić testery innych odcieni. Mogę stwierdzić, że dziewczyny o jasnej ciepłej karnacji raczej nie znajdą niczego dla siebie. Chłodniejsze typy mogą celować w nr 1, który jest bardzo przyjemnym beżem z delikatnym różowym pigmentem (ale nie świnkowym). Nr 2 jest pomarańczowo-czerwony, a nr 4 jasnobrązowy. Nr 3 początkowo mnie przeraził swoim żółto-pomarańczowym odcieniem. Na twarzy wypada bardziej żółto niż pomarańczowo, przez co świetnie neutralizuje czerwone placki i popękane naczynka na skrzydełkach nosa. Dla mnie ten kolor w tej chwili jest trochę za ciemny, ale po kilku dłuższych spacerach  na wiosennym słońcu może być dużo lepszy.

To całkiem niezły podkład w dość przystępnej cenie. Myślę, że przez swoją suchą konsystencję raczej nada się dla cer tłustych/mieszanych, a ze względu na kolorystykę lepiej dać mu szansę latem niż zimą.

Skład: Aqua, Cyclopentasiloxane, Cetyl PEG/PPG 10/1 Dimethicone, Glycerin, Dicapryl Carbonate, Nylon-12, Sodium Chloride, Bisabol, Glyceryl Stearate Citrate,  Polyglyceryl-4 Isostearate, Squalane, Ceramide NP, Glyceryl Behenate, Cholesterol, Steralkonium Hectorite, Tocopheryl Acetate, Ammonium Glycyrhizate, Panthenol, Allantoin, Borago Officinalis Seed Oil, Aesculus Hippocastanum Seed Extract, Caffeine, Biotin, Zinc Gluconate, Triethoxycaprylsilane, Niacinamide, Yeast Ferment Extract, Hydrogenated Palm Oil, Propylene Carbonate, Ethylhexylglycerin, Propylene Glycol, Phenoxyethanol [+/- may contain: CI 77891/Titanium Dioxide, CI 77492, CI 77499, CI 77491]

Cena: ok. 15 zł/30 ml
Dostępność: Rossmann, Natura, Super-Pharm, Hebe, Jasmin
Ocena: 3,5/5

P.s. Produkt został mi przekazany przez firmę Oceanic, ale nie miało to wpływu na moją opinię.

poniedziałek, 25 marca 2013

Klin klinem, czyli kremowa terapia uzależnień z Glamour

Ups, biust załapał się do zdjęcia
Wspominałam wam o moim małym uzależnieniu od kremów do rąk. Jest ono w na tyle zaawansowanym stadium, że gdy tylko wczoraj przeczytałam post Beauty in English, chciałam popędzić po Glamour (czyt. Glamer :D) z mokrą czupryną. Wiadomość o możliwości spróbowania kremów L'occitane (wymowa dowolna :D) nie trafia się często. Kupiłam więc to czasopismo i zagłębiłam się w nie w celu znalezienia kuponu. Kolejny krem do rąk jest mi co prawda potrzebny, jak dziura w moście, ale na leczenie nałogu chyba za późno.

Zwykle nie kupuję babskich magazynów. Nie mam o nich najlepszego zdania, w większości prezentują poziom, który raczej odpowiedni jest dla gimnazjalistek niż pełnoletnich kobiet. Mało sensownych artykułów i dużo bezsensowych obrazków. Jednak ten numer Glamour nie jest taki najgorszy, można znaleźć coś do poczytania.

Bezwzględnym atutem tego numeru jest kupon na 3 małe kremy (po 10 ml) z L'occitane. Haczyk? Oczywiście, konieczność wstąpienia do klubu stałego klienta. Zanim wypełnicie kupon i polecicie z nim do salonu marki, warto zapoznać się z regulaminem, który jest łatwo dostępny w internecie. Po przeczytaniu reguł rządzących klubem zdecydowałam się na wypełnienie kuponu. Przyniosłam dziś do domu 3 maluchy.

Kremy L'occitane to chyba jedne z najbardziej znanych (obok TBS-owego Hempa i The Secret Soap Store) kremów w metalowych tubkach. Nie mam zaufania do tego typu tubek, nigdy nie kupiłam kremu w takim opakowaniu, dlatego wręcz z sadystyczną przyjemnością przetestuję wytrzymałość tych maleństw. Sasasasa.... :D.

Tradycyjnie kwietniowy numer Glamour to wydanie z kuponami zniżkowymi. Tym razem do wykorzystania  (w większości) w dniu 13 kwietnia. Można się ubrać od stóp do głów, a także upiększyć - znalazło się także kilka promocji dla kosmetykoholiczek (zdjęcia można powiększyć).





Skorzystacie z Glamourowych pokus? Czy jesteście oporne na wszelkiego rodzaju rabaty i (pseudo)gratisy?

niedziela, 24 marca 2013

Miss Perfekcja. Miss Sporty Korektor w płynie z witaminami

Po nie do końca udanej znajomości z korektorem w sztyfcie z Miss Sporty uczyniłam żelazne postanowienie, że więcej smarowideł z tej firmy nie kupię. Jak zwykle jednak, całkowicie ogłupiło mnie listopadowe -40% w Rossmannie. Ponieważ szukałam korektora pod oczy, zdecydowałam się właśnie na ten. Pierwotnie zamierzałam zasmarowywać nim pandę, później, w praktyce, lądował na całej twarzy. 

Produkt znajduje się w dość małym błyszczykowym opakowaniu. Aplikuje się go za pomocą dołączonej na patyku gąbeczki. Na szczęście aplikator jest nieduży i nie drapie (spotkałam się kilka razy z błyszczykami, których twardy kijek czuć było przez gąbkę).

Do wyboru były dwa odcienie tego korektora (Light i Medium, Dark jest u nas niedostępny). Wybrałam najjaśniejszy. I znowu powtórzyła się sytuacja, która miała miejsce w przypadku sztyftu - Light jest odcieniem raczej średnim, lekko pomarańczowym. Z pewnością nie nada się dla bardzo bladych osób. U mnie ten kolor się całkiem nieźle wtapia (lepiej niż bardziej treściwy sztyft), choć muszę popracować, żeby ten cudny odcień marchewki nie przebijał na twarzy. Korektor na szczęście nie ciemnieje tak drastycznie, jak np. robiły to Bell i Essence.



Jeżeli chodzi o krycie to jestem naprawdę mile zaskoczona. Nie sądziłam, że produkt, który w założeniu nie miał mieć dobrego działania maskującego, okazał się całkiem niezły do ukrywania niedoskonałości. Cienie pod oczami kryje dość ładnie, choć nie jest to pełen kamuflaż. Bardzo ładnie radzi sobie z paskudami - jakieś małe czerwone krostki przykrywa po jednej warstwie, większe po 2-3. Krycie można budować, a korektor mimo dokładania kolejnych porcji nie wygląda ciężko. Po przypudrowaniu utrzymuje się przez około 6 godzin.
Po lewej: fufno posyfowe
Po prawej: fufno+korektor (widać, że korektor się odznacza)

Po lewej: goło, wesoło i ciemno
Po prawej: z korektorem i jaśniej


Polubiłam ten produkt. Jest uniwersalny, świetnie sprawdza się zarówno pod oczami, jak i na reszcie twarzy. Minusem jest mały wybór odcieni - choć 2 to standard dla firm dostępnych dla naszym rynku. Miss Sporty mogłoby jednak wprowadzić bardziej jasne kolory.

Cena: ok. 11 zł/4ml
Dostępność: Rossmann, Super-Pharm, Tesco
Ocena: 4/5

piątek, 22 marca 2013

O czym marzą maluchy? Yankee Candle A child's wish


Filmowcy zastanawiali się już czego pragną kobiety, mężczyźni oraz o czym marzy dziewczyna. Przy okazji analizy dorosłych marzeń, zapomnieli o tych, nie zawsze mniejszych, dziecięcych. O odpowiedź na to pytanie pokusiło się Yankee Candle.

Gdy w internecie pojawiły się informacje o nowych zapachach wprowadzanych przez markę, nie czułam mocniejszego bicia serca, motylków w żołądku i innych niepokojących reakcji organizmu. Pech chciał, że Mydlarnię Wrocławską mam zwykle po drodze, więc pewnego dnia zboczyłam lekko z trasy. Słowo daję, ja stamtąd nie mogę wyjść bez jakiejś pierdoły. Opuściłam sklep lżejsza o 7 zł i bogatsza o wosk A child's wish.

Z czym kojarzy się wam dzieciństwo? Ilekroć wspominam swoje, to widzę w myślach tylko słoneczne, ciepłe dni. Nie pamiętam trosk pamiętam zabawę - spacery z rodzicami, coniedzielne lody, harce na placu zabaw, fikołki na trzepaku... Zapach tego wosku nie kojarzy mi się jednak z dorastaniem w dużym mieście, ale z wakacjami u babci, w niedużej miejscowości kawałek od Wrocławia. Ściślej mówiąc, A child's wish to zapach łąki latem. Ten aromat przywodzi mi na myśl te chwile, gdy nie mogłam się doczekać, aż pojadę do rodziny i nazrywam kwiatków. Takie małe dziecięce życzenie, żeby wakacje rozpoczęły się w tym roku szybciej.

Ten wosk pachnie dość trawiasto, ale jednocześnie lekko cytrynowo (nie tak nachalnie jak balsam do dłoni Pat&Rub). Zawiera w sobie też jakieś ziołowe nuty, których nie potrafię zidentyfikować. Przypomina trochę perfumy Versace Versense minus piżmo.

Niestety mimo pięknego zapachu, idealnego na chłodniejsze wiosenne dni jestem tym woskiem rozczarowana. Zapach podczas palenia jest naprawdę bardzo delikatny. Po zgaszeniu kominka nie utrzymuje się w pomieszczeniu. Szkoda.

***

Fanki zapachów YC powinny zapatrzeć się w magazyn Flesz, ponieważ w ten weekend z kuponami zniżkowymi Yankee można dostać 20% taniej. Mydlarnia Wrocławska też bierze udział w tej akcji i honoruje zawartą we Fleszu zniżkę. Z tego co widziałam na Facebook'u do zakupionej świecy dodatkowo dorzuca szałowe zapałki, a do dwóch - długopis :D:D. Ale czad :D.

czwartek, 21 marca 2013

Spod śniegu wyłaniają się... Nowości?


Dbanie o ciało nie jest moją mocną stroną. Często dopiero, gdy skóra zaczyna mieć fakturę papieru ściernego, łapię za wszystkie możliwe produkty masło-, balsamo- i oliwkopodobne i zaczynam się nacierać. Ale staram się walczyć ze swoim lenistwem i smarować ciało częściej. 

Wbrew urodzajowi produktów pielęgnacyjnych, tak naprawdę ciężko jest znaleźć taki, który sprosta naszym oczekiwaniom w pełni. Może marce AA uda się spełnić te wszystkie ciche nadzieje. Właśnie teraz rozpoczyna  kampanię "Stwórz z AA Balsam marzeń", podczas której zostaną wyłonione testerki nowej serii balsamów, jeszcze niedostępnej na rynku. Zasady akcji prezentuje niniejsza grafika, którą znajdziecie też na facebookowym profilu marki:


Czy warto? Jeżeli macie w sobie żyłkę recenzentki, jesteście łase na nowości i lubicie wypełniać ankiety, to myślę, że tak. Próbka do testów jest naprawdę spora starczy na pewno więcej niż na 2 posmarowania :). Chętnym, zwartym i gotowym radzę się pospieszyć, bo o możliwości udziału w teście decyduje kolejność zgłoszeń. 

Na marginesie zdradzę, że jeden z tych gagatków już zdążył podbić moje serce swoim zapachem :).

poniedziałek, 18 marca 2013

Pokaż swoją twarz w mojej książce!


Choć etap jarania się Facebookiem mam już dawno za sobą, zdecydowałam się wykorzystać możliwości tego portalu dla niecnych blogowych celów. Wszak mało afer ostatnimi czasy było. Czas zrobić dym :D:D.  Tylko najpierw muszę się zorientować, co z czym się je, bom ciemna. Szaleć będę potem.

Już teraz zapraszam do polubienia - mam nadzieję, że nie będzie to martwa strona i dam radę ciągnąć dwie sroki za ich ogony. Liczę jednak, że nie uzależnię się od tego portalu ponownie i nie zarzucę was "głębokimi" przemyśleniami.

Jeżeli wtyczka nie zadziała - dajcie znać.

W razie czego podaję link do facebookowego profilu Czasami kosmetycznie.

niedziela, 17 marca 2013

Dyskretna ochrona. Nivea Invisible for Black&White Clear

W kategorii antyperspirantów przez 1,5 roku byłam wierna temu jednemu, jedynemu sprayowi Garnier Invisi Mineral Calm. Jednak nawet w najbardziej trwałe związki wkrada się nuda i potrzebna jest odmiana. Dlatego po długotrwałym romansie z Garnierem sięgnęłam po antyperspirant innej firmy i w innej formie.

Jakiś czas temu używałam jednej z kulek Nivea Invisible, niebieskiej wersji Pure, ale bardzo mnie rozczarowała. Pewnie nie kupiłabym różowej Clear, gdyby nie fakt, że ostatnio, gdzie bym nie weszła, tam czytałam i słuchałam o kulkach Nivei. Dałam szansę, chciałam sprawdzić, czy moje złe wspomnienia były urojone.

Kulki Nivea mają opakowania, które mogą sprawić sporo kłopotów. Umieszczenie produktu w szkle może się okazać katastrofalne w skutkach dla rozmaitych fajtłap, które lubią trzymać kosmetyki na półce nad umywalką. Zapobiegawczo postawiłam ten produkt na pralce. Opakowanie jest przezroczyste, dlatego dokładnie widać, ile produktu ubyło. Sama kulka działa bez problemu, łatwo sunie po skórze dozując produkt. Nic się nie wylewa ani nie zacina.

Płyn jest dość gęsty, trochę lejący, ale nie spływa. Po aplikacji na skórę trzyma się na miejscu, które zostało posmarowane  Wysycha około 5 minut - dla mnie to wieczność, bo po sprayu mogłam niemal natychmiast wkładać ubrania. Kilkakrotnie wkładałam ciuchy, gdy produkt nie wchłonął się całkowicie i muszę powiedzieć, że Nivea zapunktowała, bo faktycznie nie pozostawiła białych pręg na ciemnych ciuchach. Sprawdziła się także w przypadku białych bluzek - nie znoszę, gdy antyperspirant w połączeniu z potem zostawia na bieli nieestetyczne żółte mazy, których nie sposób sprać.

Jako zaletę mogę także zaliczyć zapach, który zawiera w sobie woń kremu Nivea oraz szczyptę proszku do prania popsikane czymś słodszym i bardziej kobiecym. Nie jest to aromat, który zachwyca, ale też nie patroszy nosa. Zapach nie utrzymuje się zbyt długo, podobnie jak sama ochrona. Ta jest niestety bardzo mierna. Po około 2 godzinach czuję dyskomfort - i to w dodatku przy regularnym stosowaniu Blokera, ba nawet na drugi dzień po jego zmyciu. Może nie tyle się jakoś intensywnie pocę, ale niezbyt przyjemnie pachnę. Jestem na nie, nigdy więcej skoków w bok z Niveą!

Skład: Aqua, Aluminum Chlorohydrate, Isoceteth-20, Paraffinum Liquidum, Butylene Glycol, Glyceryl Isostearate, Laureth-7 Citrate, Palmitamidopropyltrimonium Chloride, Propylene Glycol, PEG-150 Distearate, Linalool, Limonene, Citronellol, Butylphenyl Methylpropional, Benzyl Alcohol, Alpha-Isomethyl Ionone, Parfum

Cena: ok. 11 zł/50 ml
Dostępność: drogerie (Rossmann, Natura, Hebe, Super-Pharm, Jasmin), markety (Tesco, Carrefour, Kaufland, Real)
Ocena: 2/5

czwartek, 14 marca 2013

Bogactwo pielęgnacji? Pat&Rub Bogaty balsam do dłoni

Przy okazji recenzji kremu do rąk z Czterech Pór Roku, wspominałam wam, że chętnie kupuję tego typu kosmetyki, bo zwykle ich cena nie przekracza kilkunastu złotych. Do tej pory podczas swoich wędrówek uparcie ignorowałam produkty droższe. Co jak za co, ale krem do rąk nigdy nie stanowił kosmetyku, na który warto było w moim mniemaniu przeznaczyć większe fundusze. Czy to się zmieniło po przygodzie z Pat&Rub?

Ten krem to zdecydowany domator. Ze względu na swoje opakowanie w kształcie walca, nie przepada za spacerami w towarzystwie motłochu z torebki. Szlachetne air-less woli przebywać w atmosferze domowego ogniska, lubuje się w przestronnych wnętrzach, nie w ciasnocie. Opakowanie jest jednak wygodne tylko z pozoru. Aby zaaplikować produkt i tak musimy wziąć je w dłonie, ponieważ ze względu na szeroką pompkę, która szerokością dorównuje opakowaniu, zdarza mu się nie utrzymywać pionu. Znacznie bardziej wygodne byłoby opakowanie bardziej rozłożyste u podstawy i zwężające się ku górze. No, ale wtedy nie mogłoby być air-less.

Krem ma bardzo gęstą, maślaną konsystencję. W tym aspekcie nie można mu odmówić "bogactwa". Jest naprawdę bardzo treściwy. Otula dłonie taką cięższą, tłustawą warstwą.

Zapachu zdecydowanie nie można zaliczyć do tych luksusowych. Chyba, że komuś cytryny z takowym się kojarzą. Mnie raczej przypominają chemię gospodarczą, które lubuje się w cytrusach. Zapach kremu Pat&Rub nie jest na szczęście chemiczny i nie drapie w nos. Cytryna w ich wydaniu jest dość przyjemna i prawdziwa. Ten aromat jednak dość żywo przypomina mi taki tani glicerynowy krem do rąk, jaki sprzedają w Naturze za mniej niż 3 zł.

Na deser zostawiłam sobie działanie. A to jest niestety rozczarowujące, biorąc pod uwagę obietnice producenta i sugerując się formułą. Niestety. Krem właściwie wyłącznie natłuszcza dłonie. Myślałam, że moje suche knykcie szybko odczują ulgę, ale niestety kilkakrotne smarowanie w ciągu dnia nie zmieniło zbytnio tego uczucia. Może jest to dobry krem do zabezpieczenia dłoni przy mrozie, ale na pewno nie do ich regeneracji.

Bardzo przeciętne smarowidło w nieprzeciętnej cenie. Nie polecam, za taką sumę można kupić kilka tańszych kremów do rąk i wśród nich znaleźć ulubieńca.

Skład:  Aqua, Aloe Barbadensis Leaf Water, Cetearyl Glucoside, Cetearyl Alcohol, Decyl Cocoate, Isostearyl Isostearate, Lycium Barbarum (Goji) Fruit Extract, Glyceryl Stearate, Glycerin, Betaine, Mangifera Indica ( Mango) Seed Butter, Vitis Vinifera Seed Oil, Oenothera Biennis Oil, Sodium Stearoyl Glutamate, Sodium Phytate, Xanthan Gum, Tocopherol, Beta-Sitosterol, Squalene, Parfum, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol, Citral, Limonene, Linalool

Cena: ok. 55 zł/100 ml
Dostępność: sklep Pat&Rub, perfumerie Sephora
Ocena: 2,5/5

poniedziałek, 11 marca 2013

Gigant w wadze piórkowej. Bingo Spa Maska do włosów masło shea i 5 alg

Pielęgnacja włosów sprawia mi przyjemność i kłopot jednocześnie. Z jednej strony uwielbiam kupować i stosować produkty, które sprawią, że moje sianowate nitki staną się takie miękkie i gładkie, jak sobie wymarzyłam. Ale z drugiej strony znalezienie produktów cud-miód okazuje się nie lada wyzwaniem. Wiadomo, że to, co może sprawdzić się u wielu osób, nie oznacza od razu, że dla każdego będzie idealne.

Maskę Bingo Spa kupiłam przypadkiem, gdy byłam w Tesco Extra. Czytałam wcześniej na jej temat pozytywne opinie, dlatego gdy rzuciła mi się w oczy na sklepowej półce, nie wahałam się długo.

Maska zamknięta jest w ogromnym, półlitrowym słoiku z mlecznego plastiku - świetnie widać ile produktu pozostało bez zaglądania do środka. Słoik oprócz nakrętki posiada jeszcze plastikowe wieczko (podobne rozwiązanie bardzo mi się spodobało w maśle AA). Nie jest zabezpieczony żadną folią, ani żadnym kartonikiem (który był dołączony do masła AA), dlatego każdy może przyjść do marketu, z łatwością pozbyć się podwójnych zabezpieczeń i pomacać produkt. Macantów w naszym kraju nie brakuje, niestety.

Maska ze stajni Bingo, to taka bardziej odżywka. Producent zaleca stosowanie jej po każdym myciu włosów i pozostawienie jej zaledwie na kilka minut. Używałam tej masko-odżywki, tak jak Bingo przykazało. No prawie. Producent wskazuje, że maska nadaje się także do skalpu; ze względu na przeboje ze skórą głowy, która jest jak smerf Maruda i z reguły nie cierpi wszystkiego.

Kosmetyk ma trochę budyniową konsystencję. Z tym, że nie jest to taka gęsta maź, którą spokojnie można by nadziać karpatkę, a raczej taki rzadszy deser, do którego ktoś dolał zbyt dużo mleka. Łatwo się nabiera i równie prosto rozprowadza. Muszę przyznać, że zwykle jej sobie nie żałowałam. Zresztą z tym produktem chyba nie da się przesadzić. Maska jest bardzo leciutka. Nie obciąża włosów (co jest dobrą informacją dla dziewczyn lubiących stosować odżywki od nasady i nie przepadających za przyklapniętą fryzurą), nie przetłuszcza ich. Jeżeli więc szukacie maski, która dociąży puszące się włosy, to raczej nie wybierajcie Bingo. Jak w takim razie działa ten produkt? Nawilżająco. Ale nie jest to niestety jakieś dogłębne nawilżenie, powiedziałabym, że raczej dość delikatne. Maska sprawdzi się więc u osób, których włosy są w idealnym stanie, a one chcą utrzymać dobrą passę. Bingo nie poprawi znacząco kondycji trochę bardziej suchych włosów.

Beznadziejna maska, kiepska odżywka o całkiem przyjemnym mydlanym zapachu i w niskiej cenie. Nie dla mnie.

Używacie masek Bingo? Którą polecacie?

Skład: Skład: Aqua, 1 Heksadecanol 1 Octadecanol (miksture), Stearamidopropyl Dimethylamine, Ceteareth-20 (and) Cetearyl Alcohol, Shea Butter, Glycerin, Aqua Fucus Vesiculosus Extract, Enteromorpha Compressa Extract, Porphyra Umbilicalis Extract, Undaria Pinnatifida Extract, Lithothamniom Calcareum Extract, Parfum, Citric Acid, Methylparaben, Sodium Benzoate, Ethylparaben

Cena: ok. 8 - 13 zł/500 ml
Dostępność: Tesco Extra, sklep BingoSpa
Ocena: 2,5/5

piątek, 8 marca 2013

Myj ręce w stylu glamour. Balea Dark Glamour Creme Seife

Od dziecka uczono nas, że dłonie trzeba często myć, żeby nie załapać jakiegoś syfu. Po wizycie w toalecie, po jedzeniu, po przyjściu do domu... Mydło do rąk jest więc produktem, po który sięgamy dość często. Zwykle nie przywiązuję większej wagi do mydeł - grunt, żeby w miarę ładnie pachniało i nie przesuszało dłoni. Kolosalnych wymagań nie mam, a jak pokazują dotychczasowe przygody z mydłami i je ciężko spełnić.

Mydło Balea kupiłam przy okazji zakupów w centrum handlowym, w którym znajduje się sklep z niemiecką chemią. To miało pompkę i było fioletowe, więc musiało być moje.

Mydło zamknięte jest w pękatym opakowaniu z dość cienkiego plastiku. Trzyma się jednak dzielnie. Dodatkowym atutem jest pompka, dzięki której dozowanie produktu jest wygodne i higieniczne.

Kosmetyk ma przyjemną, żelową konsystencję  Jest bardziej żelowy niż żele pod prysznic z tej marki. Nie pieni się jakoś wybitnie, podobnie jak jego bracia do mycia ciała, bardziej się rozmazuje. Mnie to nie nie przeszkadza. Irytuje mnie natomiast jedna kwestia. I to w dodatku tak bardzo mnie drażni, że ocena poleci na łeb i szyję. Otóż ten, cudowny w swojej urodzie, fioletowy płyn koszmarnie wysusza dłonie. Po jego zmyciu zostawia nieprzyjemnie uczucie suchości. Nieodzowne jest zastosowanie kremu do rąk. Dodatkowo zrobił coś, czego mu nie wybaczę - uczulił mnie! Na dłoniach pojawiły się czerwone, suche, jakby wypalone miejsca. Koszmar!

Na deser zostawiłam sobie zapach. Nazwa Dark Glamour, a także kolor mydła sugerowały mi, że będzie to cięższy, kobiecy, perfumeryjny zapach... Tymczasem Dark Glamour według Balei to aromat oliwki dla dzieci  Hipp i jagód (Hipp mógłby zrobić jagodową oliwkę, nie obraziłabym się). Nie pachnie to źle, ale raczej nie tego się spodziewałam. Zapach utrzymuje się przez kilka chwil na dłoniach.

Szkoda, że produkt, który w założeniu nie musi robić cudów, nie potrafił nie narobić szkód. Jestem rozczarowana jego wysuszającym działaniem. Raczej nie polecam kupowania go w ramach pamiątki podczas pobytu u naszych zachodnich lub południowych sąsiadów.

Skład: AQUA, SODIUM LAURETH SULFATE, COCAMIDOPROPYL BETAINE, PEG-7 GLYCERYL COCOATE, GLYCERIN, COCAMIDE DEA, SORBITAN SESQUICAPRYLATE, SODIUM BENZOATE, PARFUM, POTASSIUM SORBATE, EG-120 METHYLGLUCOSE DIOLEATE, SODIUM LACTATE, SODIUM CHLORIDE, CITRIC ACID · TETRASODIUM DICARBOXYMETHYL GLUTAMATE, C.I. 74160, C.I. 1249.

Cena: 0,75 euro/500 ml (ja płaciłam 5,50 zł)
Dostępność: Drogerie DM, sklepy z niemiecką chemią (Wrocław, C.H. Gaj, ul Świeradowska 70)
Ocena: 2/5

wtorek, 5 marca 2013

Popołudnie w ogrodzie. Yankee Candle Garden Sweet Pea


Woski Yankee Candle uzależniają. Pachną tak pięknie, że chcę mieć ich więcej i więcej... Na szczęście mam jeszcze resztki zdrowego rozsądku, które nie pozwalają na duże szaleństwa. Dlatego też woski YC goszczą u mnie pojedynczo, a pozwolenie na kupno kolejnego zapachu wydaję sobie dopiero wtedy, gdy wypalę poprzedni. Choć czasem jest to bardzo trudne, bo prawie codziennie mijam punkty, w których te woski są dostępne.

Nie planowałam zakupu Garden Sweet Pea. Przed zagłębianiem się w morze zapachów Yankee Candle, czytałam wiele opinii na temat poszczególnych wariantów, przeglądałam nuty zapachowe. Groszek do mnie jakoś nie przemawiał. Przypadkiem chwyciłam ten krążek w mydlarni i przepadłam. W nos uderzył mnie apetyczny, bardzo świeży zapach melona. Był tak słodki, a jednocześnie orzeźwiający, że nie mogłam się oprzeć.

Groszek mnie zaskoczył. Zapach, który czułam przez folię okazał się tylko przedsmakiem do prawdziwej uczty. Podczas palenia kompletnie nie czuć tego kuszącego melona. Ale to wcale nie jest wadą. Aromat, który roznosi się po pokoju podczas seansu z tym woskiem jest równie piękny. To połączenie słodkich, dojrzałych gruszek - prawie czułam ich pełny smak - oraz bukietu frezji. Cudowny zapach!

Tarta dorównuje Beach Walk w kwestii intensywności zapachu, długości palenia i trwałości zapachu po zgaszeniu wosku (nawet do 2 godzin po zdmuchnięciu płomienia czuć go). To drugi zapach z YC, który mnie całkowicie zauroczył i do którego z pewnością wrócę.


poniedziałek, 4 marca 2013

Piękno zmywania. BeBeauty Płyn micelarny do demakijażu i tonizacji twarzy i oczu

Dobry demakijaż to podstawa. Po zaszpachlowaniu twarzy rano, zamalowaniu straszącego ludzi monstrum z sennych koszmarów, wieczorem trzeba się pozbyć tego całego tynku - gwarantuję, że jeżeli to zrobicie, to żaden potwór spod łóżka was nie ruszy w nocy :D. Zwykle po całym dniu biegania i załatwiania tryliona spraw jesteśmy dość zmęczone, dlatego warto zadbać o to, aby demakijaż przebiegł szybko i w pokojowej atmosferze. Dlatego też wszelkie produkty usuwające dzieła sztuki z naszych twarzy powinny szybko i skutecznie działać. Znalezienie dobrego specyfiku do demakijażu nie jest takie proste. Płyn micelarny z BeBeauty to kolejny przystanek w drodze do micela idealnego. To chyba najtańszy i najbardziej dostępny płyn micelarny dostępny na naszym rynku.

Kosmetyk zamknięty jest w plastikowej, przezroczystej butelce, która umożliwia kontrolowanie zużycia na bieżąco. Płyn dozuje się za pomocą małego dzióbka, który wysuwa się po wciśnięciu korka. Nie jest to niestety zbyt fortunne rozwiązanie, ponieważ kosmetyk, w szczególności, gdy butelka jest w większej mierze zapełniona, lubi lecieć dalej niż sięga wacik. Zdecydowanie lepiej odkręcić korek, przyłożyć wacik i obrócić butelkę do góry dnem. Zmarnujemy mniej płynu niż przy próbach trafienia do celu przy pomocy korka. Takie otwarcie bardziej sprawdza się przy gęstszych produktach, nie takiej wodzie.

Kosmetyk, choć produkowany jest przez Tołpę, to dość żywo przypomina mi płyny micelarne innej firny, których niestety nie lubię. Płyn się pieni i zostawia na buzi klejącą warstwę, jakby był bratem bliźniakiem miceli z AA.

Produkt nie podrażnia, nie wysusza cery. Niestety mimo zapewnień producenta, że nadaje się on do demakijażu oczu, muszę stwierdzić, że nie polecałabym go raczej w tym celu. Trochę szczypie, gdy dostanie się przypadkiem pod powiekę.

Dość przyzwoicie zmywa makijaż. Tak skuteczny jak Bourjois to może nie jest, ale z powodzeniem zmyje podstawową tapetę, a przy mocniejszym tarciu poradzi sobie i z trochę bardziej odpornymi kosmetykami.



W kategorii płynów micelarnych to średniak. Za to całkiem niezły z niego tonik - bardzo przyjemnie odświeża buzię. Dyskusyjną kwestią jest jego zapach - intensywny, plastikowy z nutami zielonej herbaty.

Skład: Aqua, Poloxamer 184, Disodium Cocoamphodiacetate, Propylene Glycol, Polysorbate 20, Panthenol, Peat Extract, Malva Sylvestris Flower Extract, Sodium Chloride, Disodium EDTA, Sodium Citrate, Citric Acid, Parfum, Methylparaben, Propylparaben, Methylisothiazolinone.

Cena: 4,49 zł/200 ml
Dostępność: Biedronka
Ocena: 3,5/5

sobota, 2 marca 2013

Przedwiosenna lokata kapitału, czyli nowa oferta Hebe


Właśnie dostałaś wypłatę? Stypendium? Niespodziewaną premię? Jeżeli z jakiegoś powodu nie wiesz co począć z napływem gotówki na początku miesiąca, Hebe wychodzi na przeciw właśnie twoim oczekiwaniom. Nie trap się zatrważająco wysokim stanem konta! Dzięki Hebe znikną twoje troski związane z rozsądnym gospodarowaniem funduszami. Tylko w dniach od 7 do 13 marca będziesz miała szanse na inwestycje na świetnych warunkach! Tak świetne lokaty kapitału odchudzą nie tylko twój portfel, ale i ciebie - mniej zjesz, mniej przytyjesz :D:D.

7 marca - Max Factor
8 marca - Revlon
9 marca - Bell
10 marca - Rimmel
11 marca - L'oreal
12 marca - Astor
13 marca - Maybelline

Ja już wiem, gdzie i kiedy ulokuję swoje pieniądze, a ty :D?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...