Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

czwartek, 28 lutego 2013

Mała odwilż w łazience, czyli zużycia lutowe


O tym, że zbieram kosmetyki, chyba nie muszę nikogo przekonywać. Nowości, ładne etykietki, ciekawe opakowania skutecznie przyciągają moją uwagę. Lubię też robić zapasy. Ponieważ jednak idzie wiosna, wdrożyłam przedwiosenne porządki także w łazience. Na razie zmiana warty ciągle trwa, ale co nieco udało mi się już pożegnać. Staram się systematycznie osiągać dno.

W tym miesiącu moje progi opuściły następujące produkty:


Było: Garnier Mineral InvisiCalm - ulubiony antyperspirant wszech czasów, który spełniał dwa podstawowe wymogi: chronił i ładnie pachniał. Jednak w każdy, nawet najbardziej trwały związek wkrada się nuda, dlatego zdecydowałam się zaszaleć i zmienić sprawdzony produkt na kosmetyk innej marki i w innej formie.

Jest: Nivea Invisible for black&white Clear - oj, z tym panem to będzie tylko krótki romans, w dodatku niezbyt udany.


Było: Soraya Peeling morelowy ultraoczyszczający - bardzo często obiecuję sobie, że nie będę kupowała kosmetyków w wielkich opakowaniach. Zwykle coś, czego jest dużo, szybko mi się nudzi. Część z was pewnie zastanawia się, czemu uważam pojemność 200 ml za sporą i o czym w ogóle bredzę. Może taka ilość w przypadku peelingu do ciała, którym traktujemy sporą powierzchnię nie jest powalająca, tak jednak jeżeli chodzi o peeling do twarzy jest to sporo. Peelingiem z Sorayi ścierałam się naprawdę długo. Wystarczająco, żeby się znudzić. Nie jest to zły produkt, przeciwnie, ma bardzo dobre działanie ścierające, ale jakoś nie mogłam już go dłużej znieść. (pełna recenzja)

Jest: Dax Perfecta Oczyszczanie Peeling drobnoziarnisty - długo zastanawiałam się nad zastępcą dla Sorayi i padło na Daxa. Miałam duży problem w wyborze wariantu, nie mogłam się zdecydować między peelingiem drobno- i gruboziarnistym. Mając na względzie naczynka na skrzydełkach nosa, wybrałam wersję z mniejszymi drobinkami. Mam nadzieję, że mimo to produkt okaże się skuteczny pod względem ścierania naskórka.


Było: Noni Care Anti-ageing eye cream - dopiero zaczął się rok, a już mam poważnego pretendenta do Złotej Maliny Kosmetycznej 2013/Bubla roku. Krem pod oczy okazał się totalnym nieporozumieniem. Ze względu na fakt, że bardziej szkodził niż pomagał wymagającej nawilżenia skórze pod oczami, po około połowie opakowania go odstawiłam. Jednak żal mi było wyrzucić tę małą tubkę. Dlatego zdecydowałam się wysmarować Noni pancerne, suche jak pieprz łydki... Po spotkaniu z kremem Noni zaczęły mnie piec! Koszmar, trzymajcie się od niego z daleka! Pełną recenzję znajdziecie TU.

Jest: AA Eco Dzika róża krem pod oczy


Było: Balea Pflegedusche Kirsch- und Mandelduft - ze względu na sporą popularność makaronikowej serii na blogach, zdecydowałam się też na zakup drugiej wersji zapachowej, która była w ramach tej linii dostępna. Żel z figą i czekoladą (kliknij, aby przeczytać recenzję) nie zachwycił mnie, ale jego wiśniowo-migdałowy brat podbił moje serce. Głównie zapachem, bo właściwości myjące są dość przeciętne. Żel ma naprawdę cudowny aromat - prawdziwie wiśniowy (migdał czułam tylko w butelce). Myje dość przeciętnie - różnicę zauważyłam po przerzuceniu się na Palmolive, który znacznie lepiej oczyszcza.

Jest: Palmolive Refreshing Moment - ten pan swoim okropnie chemicznym pomarańczowym zapachem aż drapie w nos i gardło. Jednak mimo niezbyt udanej kompozycji zapachowej, muszę przyznać, że to dobry produkt do mycia.


Było: Neutrogena Fast Absorbing Hand Cream - zdecydowanie radzę usunąć producentowi z nazwy słowo "fast", samo "absorbing" wystarczy. Bo ten krem kiedyś się wchłania, ale na pewno nie szybko. Link do pełnej recenzji.

Jest: Wiecie, że zbieram kremy do rąk. Tak wygląda moja kolekcja teraz :)

Płatki Lilibe z Rossmanna to moje ulubione płatki. Od kilku miesięcy używam ich namiętnie i po zużyciu jednego opakowania, niezwłocznie kupuję kolejne ;).

Kosmetykiem, który nie znalazł swojego zastępcy, jest szampon Nizoral. Choć właściwie nie jest to wyłącznie produkt kosmetyczny, ponieważ ma on głównie właściwości lecznicze. To drogi produkt (100 ml to koszt ok. 40 zł), ale jest niezastąpiony, gdy moja skóra głowy zaczyna mieć głupawkę. Na pewno będę jeszcze do niego wracać, choć może wybiorę saszetki.

Luty nie obfitował u mnie w zużycia, ale mam nadzieję, że marzec okaże się ciut lepszy. A jak u was wygląda pozbywanie się zapasów?

poniedziałek, 25 lutego 2013

Luty miesiącem miłości? Nie, nowości!

Najkrótszy miesiąc roku i jednocześnie ostatni (miejmy nadzieję) miesiąc zimy ma się powoli ku końcowi. Już nie mogę się doczekać marca, coraz dłuższych dni i pierwszych oznak wiosny. Marzę o tym, żeby w końcu zrzucić kozaki i biegać po świecie w balerinkach. Codziennie wyjmując ukochany zimowy płaszcz, mam cichą nadzieję, że któregoś pięknego dnia, będę mogła go zastąpić tym:

Zdjęcie pochodzi ze sklepu internetowego Orsay
W końcu udało wzbogacić moją szafę o klasyk nad klasykami, czyli beżowy trencz. Wiem, że wszyscy takie mają, ale po latach z płaszczami w fiolecie i czerwieni w końcu zapragnęłam małej odmiany, dlatego dla mnie beż, w którym nie czuję się jeszcze pewnie, to swoista nowość.

Ponieważ nie mam ambicji zostania szafiarką, to lepiej wrócę na grunt, po którym stąpam trochę pewniej. Przygotowywania na wiosnę objęły także kosmetyczkę.


Pewnie wiele z was się zdziwi, widząc na zdjęciu kosmetyk marki Nuxe. Nie, nie wygrałam w totka. Nie spotkał mnie też kosmetyczny awans społeczny i na blogu nie będzie od teraz Szaneli, Djorów i innych takich La Merów. Kupiłam matujący fluid Nuxe z czystej ciekawości, skuszona ogromną promocją w Tesco Extra (59,90 na 27,60). 60 zł za krem to sporo, 30 zł wydaje się kwotą całkiem przyjemną. 

Okolice oczu traktuję kolejnym kremem z AA. Produkt z serii Eco z dziką różą zachwycił mnie po wymazaniu się próbkami, dlatego z wielką radością odkryłam pełen wymiar w paczce z Oceanic :). Po niemiłych doświadczeniach związanych z kremem Noni, chyba nawet wazelina by mnie rozradowała :D.


W zimie moja skóra szaleje czasami z przesuszeniem. O tej porze roku walczę od pewnego czasu z suchymi skórkami. Do szału doprowadza mnie zjawisko sucholców na moim nosie, z którego prawie kapie smalec. Nie dość, że jest obrzydliwie tłusty, to jeszcze zrzuca skórę. Bezczelny. Bezwzględnie traktuję go peelingiem, tak jak i resztę swojej twarzy. Polubiłam ścierające drobinki, dlatego gdy Soraya zaczęła iść na dno, rozpoczęłam poszukiwania nowego narzędzia tortur. Padło na Daxa. Zauważyłam, że mimo powszechnej dostępności produktów tej firmy, to stanowi ona dla mnie słabo znany obszar. Czas to zmienić.

Od końca stycznia przerzuciłam się na mycie twarzy bez wody z kranu i żelu, wyłącznie przy użyciu płynu micelarnego i płatków. Choć obecnie nie narzekam, to jednak przez kilka pierwszych dni nie czułam się komfortowo i zakupiłam żel Biały Jeleń, tak w razie katastrofy. Żel na razie leży odłogiem, ale wrócę do niego niebawem, mam nadzieję, że sprawdzi się w duecie z antybakteryjnym tonikiem AA.


Wiosenny powiew odczuły też moje włosy. Ze względu na kilka podbramkowych sytuacji (superatrakcyjny wyjazd, gdy włosy wyglądają jak posmarowane masłem), zdecydowałam się na zakup suchego szamponu. Choć nie byłam przekonana do wynalazków tego typu, to jednak postanowiłam zaryzykować. Byłam nastawiona bardzo sceptycznie, ale kilkakrotne użycie Batiste trochę mnie ugłaskało. Chyba się polubimy.

Olejowanie końcówek, od czasu wykończenia maści do brodawek Babydream, sprawia mi trudność. Moje kosmyki są jakieś oporne i nie chcą dać się zmiękczyć. Od pewnego czasu próbuję z nimi dojść do porozumienia przy pomocy tak zachwalanego jedwabiu z Green Pharmacy. Mam nadzieję, że okaże się dobrym mediatorem - na razie podchodzę do niego, jak pies do jeża, zbyt dobrze pamiętam fatalny peeling do stóp tej firmy.


Żel pod prysznic to w mojej łazience produkt, którego zużywam równie dużo, co wody. Dlatego solidny zapas nie zaszkodzi. Nigdy nie używałam produktów Kamill, ale apetyczne połączenia zapachowe zrobiły swoje - bo jak tu nie wziąć produktu, który ma pachnieć kokosem i śmietaną, mlekiem i miodem, czy rabarbarem i maślanką oraz do tego kosztuje 3 zł. Po prostu się nie dało.


Nowe porządki zapanowały też w biblioteczce. Gdy udało mi się zdobyć Papierową dziewczynę w Biedronce, nie posiadałam się ze szczęścia. Cena (11,99) też bardzo mi odpowiadała. Jednak oferta Biedronki utraciła swoją atrakcyjność, gdy odwiedziłam outlet Weltbildu. Dacie wiarę, że za pozostałe książki nie zapłaciłam więcej niż 5 zł/szt.? Na pewno tam wrócę na początku marca, może uda mi się upolować coś jeszcze.

Czy wy też wyczekujecie wiosny?

sobota, 23 lutego 2013

Na każdą bolączkę? EM Efektywne Mikroogranizmy Żywe mydło

W połowie zeszłego roku zrobiłam sobie spore kuku. Akurat apogeum katastrofy przypadło na okres wakacji u rodziny. Armagedon oglądały obie ciocie, które nie omieszkały pospieszyć z radami. Jedna z nich była na etapie fascynacji tym produktem. Myła nim całe ciało i była zachwycona (ma skórę ekstremalnie suchą). Zaraziła tą miłością drugą ciocię, która praktykowała używanie żywego mydła na włosach. Pewnego pięknego dnia, ciocia i mi wręczyła tę sporą butlę, żebym mogła się przekonać o jego cudownych właściwościach. Gdy tylko skończył mi się cudowny produkt z Vichy, wyciągnęłam z zapasów kosmetycznych tę oto beczkę.

Zafascynowała mnie idea mydła, które rzekomo ma zawierać działające (w domyśle pozytywnie) mikroorganizmy. Od razu skojarzyło mi się to z Actimelem :D.

Mydło znajduje się w ogromnej butli z pompka - bardzo wygodne rozwiązanie. Butelka jest nieprzezroczysta, ale plastik prześwituje pod światło na tyle, że nawet taki ślepak, jak ja, był w stanie skontrolować zużycie.

Mydło ma interesującą konsystencję. Taką trochę gęstszą, lekko glutowatą. Kojarzy mi się ze śluzem. Kosmetyk dobrze się pieni, więc tej mazi wcale nie trzeba dużo. Piana jest taka delikatna, jedwabista, bardzo przyjemna dla skóry. Pachnie dość interesująco, trochę jak zupa.

Czy ten produkt wykazał się takimi świetnymi właściwościami (regenerującymi i łagodzącymi), o jakich zapewnia nas producent? Nie do końca. Jednak to nie jest zły produkt. Dość przyjemnie oczyszcza (czy to twarz, czy dłonie), nie podrażnia przy tym, ani nie wysusza. Czytałam co nieco na temat korzystnego działania na skórę z trądzikiem... No cóż, u mnie to mydło nie zrobiło szału, sprawę syfu na twarzy załatwia zielona glinka i odpowiednie kremy. Mydło nadaje się do mycia całego ciała, prania pędzli, a znajoma mojej cioci używała go także do... polewania "chorych" pomidorów.

Jest to przyjemne mydełko, ale z pewnością nie jest to kosmetyk (a może nawóz :D:D?), który zrewolucjonizował moje życie. Ot, takie tam mydełko. Skończyłam je i z pewnością do niego nie wrócę.

Zerknijcie na skład, jest bardzo dziwnie sformułowany. Oprócz klasycznego INCI (w którym jeden ze składników powtarza się dwukrotnie), mamy dodatki znajdujące się poza nim. Chyba nie powinno tak być.

Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Glycerin, Sodium Laureth Sulphate, Glycol Cetearate, Cocamidopropyl Betaine, PEG-75 Lanolin, Cicamide DEA, Sodium Chloride, Citric Acid, Phenoxyethanol, Metyhylparaben, Propylparaben, DMDM Hydantoin
Mydło zawiera: Efektywne Mikroorganizmy EM, EM-X Gold, melasa z trzciny cukrowej, glinka ceramiczna.

Cena: ok. 25 zł/500 ml
Dostępność: sklep producenta
Ocena: 3,5/5

środa, 20 lutego 2013

Zadbaj o pocałunki. Celia Care Pomadko-błyszczyk nr 6

Każdy ma swojego makijażowego konika. Jedni malują paznokcie, przyozdabiając je w wymyślne wzory, inni są mistrzami pędzla i potrafią wyczarować na skórze cudne mazaje. A ja lubię smarować usta czymś kolorowym. Mazideł do ust mam sporo, rzadko je zużywam, bo przy moim mikrym otworze gębowym nie trzeba mi tego koloru zbyt wiele. Jednak fakt posiadania blisko trzydziestu szminek nie powstrzymuje mnie przez zakupem kolejnych do kolekcji. Celia Care to właśnie taki zakup z kategorii "niepotrzebne, ale chcę". Choć ten produkt ma w moich zbiorach wielu konkurentów, to jednak od pewnego czasu dzieli i rządzi w kolorowym królestwie szminek.

Seria Care to kolejna już odsłona pomadko-błyszczyków w wydaniu Celii. Po klasycznej serii, w której znajdziemy wiele kolorów (niestety z wyczuwalnymi drobinkami) oraz gamie pomadek dla nudziar, producent pokusił się o wypuszczenie na rynek produktu, który ma mieć lepsze działanie pielęgnacyjne niż jego poprzednicy. Gama kolorystyczna nie jest tak szeroka, jak w przypadku klasycznej wersji pomadko-błyszczyków, ale za to kolory są intensywne i wreszcie bez widocznych i wyczuwalnych na ustach drobinek (choć widać mikrodrobinki na sztyfcie w mocniejszym świetle).

Choć jest to szminka z gatunku bardzo tanich, to jednak i tym razem Celia zadbała o piękne opakowania. Sztyft znajduje się w bardzo eleganckim złotym opakowaniu, które można bez obaw wyjąć w damskiej toalecie podczas wspólnego pacykowania się :D. Można? Można. Wibo ze swoją tandetą powinno się naprawdę wstydzić.

Bardzo wiele osób zarzuca sztyftom Celii nadmierną miękkość. Dla mnie one nie są jakieś rozciapciane, nic mi się nigdy nie rozwaliło, dlatego nie narzekam. Dzięki takiej bardzo maślanej konsystencji produkt ładnie sunie po ustach, zostawiając na nich dość intensywną warstwę koloru. Szminka znakomicie nawilża, przez kilka godzin od jej aplikacji nie czuję dyskomfortu związanego z suchymi ustami. Muszę przyznać, że efekt utrzymuje się znacznie dłużej niż w przypadku klasycznego pomadko-błyszczyka i trochę lepiej niż w przypadku Nude. Kolor nie jest aż tak trwały, jak efekt wypielęgnowanych ust, ale pozostaje na wargach przez około 2 (max. 3) godziny. Care bardzo przyjemnie nosi się na ustach, choć problem mogą mieć osoby, które nie lubią tego lekko chemicznego winogronowego zapachu pomadko-błyszczyku pod nosem. Cóż, też wolałabym co innego (np. wanilię), ale winogrono nie uprzykrza mi życia.

Jeżeli chodzi o kolory, to w obecnej gamie (może kiedyś producent ją poszerzy), choć jest ona uboga, każdy znajdzie coś dla siebie. Ponieważ od dłuższego czasu poszukiwałam czerwieni, która wyglądałaby na ustach lekko jak błyszczyk, a nie tak teatralnie, jak kryjąca czerwona szminka, zdecydowałam się na nr 6. I w końcu jest to czerwona czerwień, a nie taki farbowany na czerwono róż, jak w przypadku Eliksiru z Wibo. Przepiękny, taki truskawkowy odcień czerwieni. Na co dzień lubię ten kolor nakładać metodą pac-pac, ponieważ przesunięcie sztyftem po wargach daje dość mocny efekt - który też mi się podoba, ale niekoniecznie może przypaść do gustu np. wykładowcom. A po co zwracać na siebie uwagę :D.

Góra: nałożonie kropkami
Dół: przejechanie sztyftem
Świetna szminka, która nie tylko barwi, ale i pielęgnuje. Ja jestem na tak!

Skład: Isocetyl Stearoyl Stearate, VP/Hexadecene Copolymer, Plybutene, Microcristallina Cera, Caprylic/Capric Triglyceride, Ricinus Communis Seed Oil, Pentaerythrityl Tetraisostearate, Ethylhexyl Palmitate, Candelilla Cera, Parfum, Tocopheryl Acetate, Ascorbyl Palmitatem Ethylhexyl Metoxycinnamate, Butyrospermum Parkii Butter Extract, Theobroma Cacao Seed Butter, Cocos Nucifera Oil, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Octyldodecanol, Propylparaben, BHA, Butylphenyl Methylpropional, +/- [Titanium Dioxide, Mica, Silica, CI 15850, CI 15985, CI 16035, CI 19140, CI 42090, CI 45410, CI 75470, CI 77491, CI77492, CI 77499]

Cena: 10,50-12,50 zł
Dostępność: mniejsze drogerie; punkty, w których sprzedawane są kosmetyki Celii sprawdzicie TU. We Wrocławiu ta seria jest dostępna w Tanyo (plac Zielińskiego, od kwietnia hala na Swobodnej), Jasminie (Feniks parter, ul. Szewska), Drogerii w Centrum Handlowym Gaj (w alejce najbliżej ośrodka zdrowia, ul. Świeradowska).
Ocena: 4,5/5

niedziela, 17 lutego 2013

Wielki szampon dla małych? Lilliputz Extrasensitive Shampoo&Dusche fur Kinder und Drachen

Jestem niereformowalną maniaczką kosmetyków dla dzieci. Choć sobie często obiecuję, że następnym razem kupię produkt przeznaczony, dla osób w moim wieku, to jednak nogi same mnie niosą na dział z kosmetykami dla maluchów. Niektóre dziewczyny ubierają się w sieciówkach na dziale dziecięcym, ja w takowe szmatki się nie mieszczę, to odbijam sobie w drogerii.

Produkt Lilliputz skusił mnie tym, że przeznaczony jest dla pociech z wrażliwą skórą. To teoretycznie 2w1, czyli żel pod prysznic i szampon - jednak ja pod prysznic preferuję żele pod prysznic o cudacznych zapachach, dlatego tym kosmetykiem myłam wyłącznie włosy.

Zanim przejdę do konkretów, czyli do opisu działania, przez chwilę zatrzymam się na opakowaniu. Jest niewielkie, dlatego może być świetną opcją dla osób, które wybierają się w podróż - łatwo zmieści się w kosmetyczce. Butelka jest niestety nieprzezroczysta, dlatego aby skontrolować stan zużycia, trzeba zezować do środka.

Szampon ma dość przyjemną, trochę gęstszą konsystencję. Nie jest to taki glut jak szampony Alterry, ale też nie taka woda jak Barwa. Pieni się bardzo dobrze, już niewielką ilością można umyć włosy (takie do połowy pleców). Szampon w założeniu miał być bezzapachowy - ja w nim jednak czuję delikatny, ale dość neutralny zapach; nie jest on może specjalnie przyjemny, ale nie przeszkadza.

Jeżeli chodzi o oczyszczanie, to jest całkiem nieźle. Nie daje może takiego skrzypiącego efektu jak pokrzywowa Barwa, ale ze zmyciem olei radzi sobie dobrze. 

Byłabym zadowolona z tego produktu, gdyby nie 2 małe szczegóły. Bardzo nie podoba mi się to, że szampon trochę wysusza - z mojej głowy sypie się śnieg. Ponadto, gdy dostanie się do oczu, to szczypie - a tego szamponom dla dzieci nie umiem wybaczyć.

Jest to niezły szampon, choć osoby, które mają suchą skórę głowy, powinny sobie go raczej odpuścić.

Skład: Aqua, Coco-Glucoside, Sodium Coco-Sulfate, Sodium Cocoamphoacetate, Sodium Chloride, Glyceryl Caprylate, Panthenol, Glyceryl Oleate, Glycerin, Bisabolol, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Sodium PCA, Citric Acid

Cena: ok. 6,5 zł/200 ml
Dostępność: Drogerie Rossmann
Ocena: 4/5

piątek, 15 lutego 2013

Słodkie życie łasucha


Wielokrotnie wspominałam, że jestem okropnym żarłokiem. Bardzo lubię jeść (gotować niekoniecznie) i często grzeszę. Dietetycy złapaliby się za głowę, gdyby zobaczyli, co pochłaniam. Moje przyzwyczajenia żywieniowe odpłacają mi jednak nie tylko nadprogramowymi kilogramami. Przynajmniej ostatnio łakomstwo na coś się przydało :D.

Na wizażowym forum przeczytałam o akcji Princessy, w której można wygrać błyszczyki L'oreal Glam Shine. Jednak ta informacja jakoś nie świdrowała mi w mózgu, dlatego odeszła na boczny tor. Kilka lat temu  używałam błyszczyków GS, ale od dawna nie miałam z nimi styczności. Później widziałam reklamę loterii w telewizji i też jakoś nie spowodowała mocniejszego bicia serca. W okresie sesyjnym cierpiałam jednak na potężne zapotrzebowanie na słodycze (nic tak nie poprawia humoru podczas czytania swoich bazgrołów z wykładów, jak coś pysznego), dlatego kupiłam Pricessę. Ponieważ jestem śmieciarą, zachowałam też paragon. W domu, chrupiąc wafla, zdecydowałam się wejść na stronę smakujblyszcz i sprawdzić o co chodzi. Po przeczytaniu regulaminu stwierdziłam, że co mi tam, spróbuję... Na drugi dzień otrzymałam sms, że wygrałam. To się zdziwiłam.

Dziś poszłam odebrać nagrodę. Do wyboru miałam 3 kolory: róż, pomarańcz i czerwień. Wybrałam czerwień Sheer Grenadine. Ciężko stwierdzić z jakiej jest serii - zgodnie z kolorem i danymi z naklejki na nakrętce to Reflexion (zgadzałoby się to z tym, co widnieje na stronie producenta), natomiast front opakowania upiera się, że to wersja Fresh. Pal licho serię, grunt, że czerwień bez drobinek!

Wracając do domu, zahaczyłam o outlet Weltbildu na pl. Orląt Lwowskich w budynku Dworca Świebodzkiego. Od dawna planowałam wizytę w tym miejscu, jednak zawsze było nie po drodze. Pokręciłam się wśród książek, ale jakoś żadna nie przykleiła się mi do ręki. Za to zauroczył mnie kalendarz w słoniki. Nie potrzebowałam kalendarza, ale ponieważ od ceny na metce przy kasie odejmowane było jeszcze 50%, poczułam, że nie mogę zostawić słoni w tej sali.


Kasa zrobiła psikusa i nabiła taką oto cenę:



Żyć, nie umierać prawda?

A wy bierzecie udział w akcji Princessy? Czy może nie przepadacie za tymi waflami - jeżeli tak, to jakie lubicie?

czwartek, 14 lutego 2013

Miłość zaklęta w kostce. Tso Moriri Amore mydło



Z racji tego, że dziś przypada ogólnoświatowy dzień remontów, zbijania tynków i wymiany partnerów na nowe lepsze modele (oczywiście żartuję :D), zdecydowałam się podtrzymać dyktat serduszek także na swoim blogu. Dlatego dziś zaprezentuję produkt, który idealnie wpisuje się w obecny trend. Może mydło to nie jest specjalnie romantyczny kosmetyk, ale takie które ma w nazwie "miłość", z pewnością znajdzie swoich amatorów.

Jeżeli mam być szczera, to muszę przyznać, że mydła w kostce to nie jest moja domena. Jakoś bardziej przemawiają do mnie płynne formuły, najlepiej takie, które mają pompkę - wydaje mi się, że to bardziej higieniczne rozwiązanie. A już kompletnie nie rozumiem kupowania ozdobnych mydełek - za "zwyczajną" drogeryjną kostkę płacimy maksymalnie 5 zł, tymczasem za takie ekstra cuda na kiju, zatopione w mydle żuczki i inne takie drastycznie podnoszą cenę. Często spotykam się z tym, że takie mydełka stanowią dopełnienie zestawu prezentowego - nie ma to jak podarunek z przesłaniem :D. Nie trafia do mnie kolorowe mydełko, które potrafi kosztować nawet 20 zł za głupią kostkę. Pffff.

Mydło Tso Moriri przywędrowało ze mną w torbie z sierpniowego spotkania blogerek. Sama pewnie bym go nie kupiła, bo nie zgadza się z moją mydlaną filozofią, którą wyłuszczyłam powyżej. Muszę jednak przyznać, że ten produkt mnie trochę ugłaskał.

Kostka jest naprawdę prześliczna, prawdziwe cacko. Aż żal było ją zużywać. Niestety uroda to nie wszytko - mydło było początkowo stanowczo za długie i łatwo wyskakiwało z rąk. Ponadto w miarę zużywania zaczęło się trochę rozpadać - przy każdym myciu odlatywały czerwone gluty.

Produkt dobrze się pienił, tworzył taką aksamitną pianę. Nie odnotowałam nadmiernego wysuszenia skóry, ale pomóc, to też nie pomógł.

Na koniec zostawiłam sobie wisienkę na torcie, czyli zapach. Jest naprawdę piękny, faktycznie trochę podobny do Amor Amor Cacharel, choć trochę bardziej różany niż oryginał. Aromat jest delikatny, nienachalny, ale jednak mimo wszystko wyczuwalny. Na skórze utrzymuje się kilka minut, potem zanika.

Przyjemnie używało mi się tej kostki, ale raczej do niej nie powrócę. A jak wy zapatrujecie się na kwestię mydeł w kostce - szczególnie tych "na wypasie"?


Skład: Aqua, Glycerin, Sodium Plamate, Sucrose, Sodium Cocoate, Decyl Glucoside, Sodium Chloride, Citric Acid, Sodium Citrate, Sodium Palm Kernelate, Aloe Barbadensis Leaf Juice Powder, Parfum, Buthylphenyl Methylpropional, Hydroxycitronellal, Limonene, Hydroxyisohexyl, Citronellol, (+/- CI77891, CI18186, CI18255)

Cena: ok. 12 - 14 zł/100 g
Dostępność: Mydlarnia Hebe, Bańka Mydlana
Ocena: 3,5/5

poniedziałek, 11 lutego 2013

Czy krem z Noni kota innym pogoni? Noni Care Anti-ageing care eye cream

Zawsze, jak poznaję nowy dla siebie typ kosmetyku zachowuję się jak łakome dziecko w cukierni. Oczy mi się świecą i nie mogę zdecydować się, które ciastko, tfu, który produkt chcę. Tak niewiele z nich miałam, a tak dużo ich na półkach! Ojej, co zrobić? Jakiś czas temu stanęłam przed dylematem związanym z wyborem nowego kremu pod oczy. W Rossmannie moją uwagę zwróciło kolorowe opakowanie produktu z Noni Care. Coś o tej marce czytałam, nawet wydawało mi się, że któraś z blogerek zachwalała ten konkretny krem pod oczy. Pobieżnie zerknęłam na skład, który nie zaniepokoił laika i uradowana pomaszerowałam do kasy.

Kosmetyk w założeniu jest produktem "przecwistarzeniowym" (według polskiej wersji opakowania producenta to nawet krem 40+ - dziwne, w żadnym innym języku nie ma "ograniczenia" wiekowego). W głowie utkwiło mi przekonanie, że kremy mające na celu zapobieżenie starzeniu się skóry, mają super-hiper-ekstra działanie - przecież skóra z wiekiem jest coraz bardziej wymagająca. No cóż, w tym kremie najbardziej super jest kolorowy kartonik.

Krem pod oczy mieści się w standardowej, niewielkiej tubce z dzióbkiem. Żadna filozofia, nie ma się co rozwodzić nad tym. Większość drogeryjnych kremów siedzi w takich opakowaniach.

Ponieważ poprzednik tego gagatka, czyli krem AA Therapy nie do końca sprostał oczekiwaniom okolic moich oczu w kwestii nawilżenia i odżywienia, liczyłam mocno na Noni Care. I niestety się zawiodłam. Krem jest dość lekki, bardzo delikatny. Po rozsmarowaniu nie zostawia tłustej warstwy ani uczucia ciężkości - przez kilka minut od aplikacji, gdy dotkniemy skóry, to czujemy, że coś tam jest i "działa", ale to uczucie nie jest uciążliwe. Niestety po niecałej godzinie okolice pod oczami stają się na powrót suche, jakbym niczego nie nakładała. Marniutki rezultat. A nie będę sięgała po krem pod oczy co godzinę - tak często nie smaruję nawet rąk. Krem nadaje się pod makijaż, nie roluje się.

Starałam się znaleźć jakieś pozytywne cechy tego kremu. Niestety oprócz opakowania na plus zaliczyć mogę mu tylko zapach - delikatny, słodki, lekko owocowy. 

Mimo szczerych chęci, jestem na nie i odradzam zakup tego produktu.

Skład: Aqua, Cocos Nucifera Oil, Glycerin, Caprylic/Capric Trigliceryde, Glyceryl Stearate, Cetearyl Alcohol, Helianthus Annus Seed Oil, Cetearyl Glucoside, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Morinda Citrifolia Fruit Extract, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Butyrospermum Parkii Butter Extract, Euterpe Oleracea Fruit Extract, Mangifera Indica Fruit Extract, Punica Granatum Fruit Extract, Serenoa Serrulata Fruit Extract, Squalane, Tocopheryl Acecate, Xanthan Gum, Sodium Benzoate, Lactic Acid, Potassium Sorbate, Ascorbyl Palmitate, Benzyl Alcohol, Parfum, Benzyl Benzoate

Cena: ok. 15 zł/15 ml
Dostępność: Drogerie Rossmann
Ocena: 2/5

sobota, 9 lutego 2013

Bajka na dobranoc. Yankee Candle Soft Blanket


Założę się, że wiele z nas kupiło coś tylko dlatego, że miało ładne opakowanie. Skusił nas niesamowity kształt, kolor, ciekawa etykietka... Nie zawsze jednak to, co "kupujemy oczami" okazywało się tak pięknie wewnątrz. I tak pokrótce można opisać moją przygodą z Soft Blanket - uroczy misiek na naklejce mnie uwiódł, czego nie można powiedzieć o zapachu samej tarty.

Gdy zdecydowałam się na rozpoczęcie przygody z paleniem wosków, Soft Blanket to był ten zapach, który absolutnie musiałam mieć. Nasłuchałam się o jego cudowności na YT i dlatego, gdy tylko wygrzebałam go z kartonu w Piotrze i Pawle, wiedziałam, że bez niego nie wyjdę. Nawet podobał mi się ten delikatny, lekko pudrowy aromat, który czułam przez folię. Niezwłocznie po zakupie, część tarty wylądowała w kominku.

Zapach, który według wszelkich opisów miał być połączeniem bursztynu, wanilii i limonek miał szansę na trafienie w mój gust. Ale niestety. Żadnego z tych komponentów nie czuję w palonym wosku. Jego zapach kojarzy mi się z kobietą, która po całym dniu pracy przychodzi zmęczona do domu, a jej właśnie wykąpane dziecko domaga się bajki na dobranoc. Dlaczego mam takie skojarzenia? Soft Blanket to zapach z nutami damskich perfum (każda z nas zna taki nieokreślony, perfumeryjny zapach, który można określić sephorowym) i różowego proszku do prania Jelp. Ja tej bajki na dobranoc słuchać nie chcę, dziękuję.

Soft Blanket jest też mniej trwały niż Beach Walk. Ale producent obiecuje nam trwałość 8 godzin, więc 12 to i tak nie jest źle. Zapach po wygaszeniu kominka nie utrzymuje się w pomieszczeniu.

Już więcej nie dam się omamić miśkom!

środa, 6 lutego 2013

Na każdą porę roku. Cztery Pory Roku Zimowy Krem do rąk

Kremy do rąk, to chyba obok produktów do ust, kosmetyki które kolekcjonuję najchętniej. Lubię je kupować, choć sama nie wiem czemu. Czasem lądują w koszyku tylko dlatego, że mam zły humor i muszę sobie go poprawić jakąś pierdołą. A znakomita większość kremów zamieszkująca półki drogerii kosztuje kilka (w porywach burżujstwa do kilkunastu złotych). Mała rzecz, a cieszy.

Zimowe kremy z Czterech pór roku wpadły mi w oko już zeszłej zimy. Ale byłam twarda i nie dałam się uwieść ani rozgrzewającemu, ani regenerującemu. Gdy jednak jakiś czas temu zabrakło mi kremu do torebki, jak tajfun przeszłam przez KWC i moim oczom ukazały się znakomite recenzje wersji regenerującej. Jak oparzona poleciałam do Natury... Niestety, akurat wtedy ich nie było. Gdy byłam w centrum miasta, zajrzałam także do okolicznych drogerii. Ale niestety obeszłam się smakiem. Zaniechałam poszukiwań, aż tu pewnego dnia ten maluch wyjrzał z najniższej półki w Rossmannie. Nawet się nie zastanawiałam, wzięłam!

Krem zamknięty jest w miękkiej, ale mimo wszystko nadal solidnej, tubie. Opakowanie ma klapkę, przez co nie muszę się martwić nakrętką, która przy odkręcaniu potoczy się w siną dal. Tubka jest nieduża, w sam raz do torebki - choć akurat w tym zakresie wolałam opakowanie kremu Ziaja Kozie mleko, które było płaskie i łatwiej je było wsunąć w bałagan (niestety coś za coś - było paskudnie twarde i po rozcięciu moim oczom ukazały się ogromne ilości kosmetyku).

Ten krem zdecydowanie można zaliczyć do gatunku tych lżejszych. Jego konsystencja jest dość rzadka, ale nie wodnista. Bardzo łatwo się rozsmarowuje. Przy rozprowadzaniu czuć, że coś na dłoniach pozostaje - nie jest jakoś wybitnie tłusty, ale pozostawia na dłoni przez kilka minut (ale naprawdę nie jest to długo) delikatny film, który może uniemożliwić odkręcenie butelki z wodą mineralną. Nie jest to jednak uciążliwe uczucie i dość szybko zanika, a efekt rewelacyjnie nawilżonych dłoni trwa nadal. Ten krem naprawdę świetnie nawilża - nie jest to może superskoncentrowana maść na ogromne przesuszenia, ale z zimowym spustoszeniem radzi sobie naprawdę dobrze. Działa szybko, już po jednorazowej aplikacji na suche knykcie czułam ulgę.

Ogromnym plusem tego produktu jest także jego piękny żurawinowy zapach. Może nie jest to czysta żurawina, czuć w kremie delikatne nuty proszku do prania, ale mimo wszystko bardzo mi się podoba. Zwłaszcza, że proszkowe nuty szybko się ulatniają ze skóry i nie drażnią nosa. Zapach utrzymuje się na skórze około pół godziny.

To w tej chwili mój ulubiony krem do rąk. Nie jest to może agent do zadań specjalnych, ale całkiem przyjemnie sprawdza się przy codziennej, podstawowej pielęgnacji. Szkoda, że pojawia się w linii zimowej - najchętniej używałabym go cały rok. Chyba zrobię zapasy - choć w to wątpię, bo lubię eksperymenty. Z tej serii istnieje podobno też peeling do dłoni - chciałam wypróbować, ale nie widziałam nigdzie. Ktoś wie, gdzie go dostać?


Skład: Aqua, Butyrospermum Parkii, Glycine Soja Oil, Cetearyl Alcohol, Petrolatum, Stearic Acid, Glycerin, Sesamum Indicum Seed Oil, Glyceryl Stearate, PEG-100 Stearate, Propylene Glycol, Mel (Honey) Extract, Vaccinium macrocarpon Fruit Extract, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol, Benxyl Alcohol, Ceteareth-20, Hydrolyzed Milk Protein, Lactose, Parfum, Allantoin, Carbomer, Sodium Hydroxide, Disodium EDTA, Lecithin, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Hydrogenated Palm Glycerides Citrate, Potassium Sorbate, Sorbic Acid, Coumarin

Cena: ok. 5 - 7 zł/75ml
Dostępność: Drogerie Rossmann, Natura
Ocena: 4,5/5

poniedziałek, 4 lutego 2013

Essence dla łowczyni okazji


Jeżeli lubicie kosmetyki Essence, to zapewne wiecie o tym, że marka ta co jakiś czas wymienia część swojego asortymentu. Zwykle takie odświeżenie ma miejsce w okolicach marca/kwietnia oraz września/października. Zanim jednak zawitają do nas nowości (niektóre z nich są naprawdę interesujące - KLIK), trzeba pozbyć się z szaf niektórych staroci. W tym celu w niektórych punktach oferujących produkty tej marki (Tesco Extra, Super-Pharm i Hebe) przeprowadza się wyprzedaż wycofywanego asortymentu. Według informacji, którą podały dziewczyny to wietrzenie szaf miało się zacząć 21 stycznia. Niestety tak się nie stało. Dziś znalazłam w gazetce Hebe (obowiązującej od 7.02 do 20.02) bardzo interesującą promocję - myślę, że tego dnia Essencomaniaczki powinny się zakręcić koło tej drogerii jeżeli chcą upolować coś z wycofywanych (bo myślę, że to właśnie ich dotyczy ta oferta) produktów (KLIK). Pamiętajcie jednak, że niektóre produkty są dostępne w drugiej szafie, w Hebe zaś jest tylko jedna (nie dostaniemy więc np. cieni Stay All Day).

W czasie polowania, nie zapomnijcie trzymać za mnie kciuków :).

niedziela, 3 lutego 2013

Żelu ci żal? Balea Pflege Dusche Feigen- und Schokoladenduft

Im coś trudniej nam dostać, tym bardziej tego pragniemy. Nakręcamy się, idealizujemy, cieszymy się jak małe dzieci, gdy w nasze ręce wpadnie upragniona rzecz.

Kosmetyki z niemieckiej drogerii DM są powszechnie pożądane. Kto nie ma ochoty na takie marki jak Balea, Alverde i p2? Niektórzy zwęszyli interes i zdecydowali się sprowadzić te produkty do Polski. Rozumiem, że muszą poświęcić swój czas i benzynę, żeby pojechać do Niemiec lub Czech, aby poczynić stosowne zakupy. Ale czy klientowi naprawdę opłaca się przepłacanie za produkty z DM takie, jak żele pod prysznic? Jeżeli do 9 zł (bo taką cenę potrafi osiągnąć ten żel na Allegro) doliczymy koszty przesyłki, to nagle za zwykły żel pod prysznic płacimy 20 zł.

Po wyłożeniu swoich racji na stół, z czystym sumieniem mogę zabrać się za właściwą recenzję.

Tym, co niewątpliwie zwraca uwagę w przypadku tego żelu jest jego opakowanie. Etykieta umieszczona na butelce jest naprawdę śliczna, bardzo apetycznie to wygląda. Miło się patrzy na ten produkt i miło się po niego sięga. Opakowanie ma płaską klapkę, więc pod koniec używania produktu można go bez problemu "postawić na głowie". Minusem dla mnie jest to, że butelka jest nieprzezroczysta i żeby sprawdzić ile żelu zostało, trzeba zdjąć korek i rzucić okiem do środka (czasem jak wpadnie do środka, to potem wyciągam takie ufajdane :D).

Kosmetyk ma dość rzadką konsystencję. Przypomina takie bardzo rozwodnione mleczko. Na skórze zachowuje się trochę jak moje ulubione żele Nivea - sunie po niej, praktycznie bez piany. Nie zauważyłam, żeby w niepokojący sposób wpływał na skórę - ani jej nie pomaga, ani nie szkodzi. Mam trochę wrażenie, że nie domywa, ale może to kwestia tego, jak zapach reaguje z moją skórą - nie czuję się po nim zbyt świeżo. Po równie słodkich żelach OS takiego wrażenia nie miałam.

Tyle czytałam na temat tego wariantu zapachowego, że aż podskoczyłam, gdy udało mi się wypatrzyć ten żel w sklepie z niemiecką chemią. Zafascynowana pozytywnymi opiniami, zupełnie zapomniałam o swoich przyzwyczajeniach - mianowicie ja czekoladę wolę jeść niż wąchać. Kosmetyki z tymi nutami nigdy nie należały do moich ulubieńców. Tutaj zapach czekolady jest trochę zrównoważony kokosem z dodatkiem czegoś owocowego (nie wiem, czy jest to figa, bo moim zdaniem zapach fig jest tak delikatny, że prawnie niewyczuwalny :D). Na skórze jest delikatny, słodki, ale nie mdły, nuty czekoladowe nikną w ogólnej słodyczy. Zapach jest czuć podczas prysznica, a po wyjściu z łazienki unosi się w niej aromat tego produktu (tak odkryłam, że brat mi go podbierał :D). Na ciele utrzymuje się około 5 minut.

To dobry żel, ale na kolana nie powala. Można się na niego skusić, ale najlepiej bez pośredników i udziału poczty - wtedy mamy szansę na zakup niezłego kosmetyku za grosze. Świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy ma możliwość odwiedzenie DMu osobiście. Jednak warto poszukać w swoich miejscowościach sklepów w niemiecką chemią. Może tam się coś ciekawego ustrzeli  - np. na stoisku w centrum handlowym na moim osiedlu można dostać niektóre produkty Balea.


Skład: AQUA, SODIUM LAURETH SULFATE, COCAMIDOPROPYL BETAINE, SODIUM CHLORIDE, COCO-GLUCOSIDE, SODIUM LAUROYL GLUTAMATE, GLYCERYL OLEATE, GLYCERIN, INULIN, LECITHIN, POLYQUATERNIUM-7, CITRIC ACID, STYRENE/ACRYLATES COPOLYMER, PROPYLENE GLYCOL, DENATONIUM BENZOATE, HYDROGENATED PALM GLYCERIDES CITRATE, TOCOPHEROL, PARFUM, COUMARIN, SODIUM BENZOATE, PHENOXYETHANOL

Cena: 0,65 euro/300 ml; ja zaplaciłam za niego 5 zł w sklepie z chemią niemiecką (CH Gaj, ul. Świeradowska 70)
Dostępność: Drogerie DM, Allegro
Ocena: 3,5/5

piątek, 1 lutego 2013

Kolekcjonerka surowców wtórnych - zużycia stycznia


Ledwo nowy rok się zaczął, a już upłynął pierwszy jego miesiąc. Musiałam więc zanurkować w głąb szafy i wygrzebać torbę ze śmieciami - czas na prezentację eksponatów. Niektórzy zbierają znaczki, inni kolekcjonują monety, a ja lubuję się w chomikowaniu pustych opakowań. Każdy ma swojego małego (albo większego) bzika. 

Mój zbiór śmieci może nie jest imponujący, ale robię postępy. Staram się zużywać to, co mam i nie gromadzić zapasów. Przynajmniej jeśli chodzi o pielęgnację - kolorówka (w szczególności szminki) to nadal moja pięta achillesowa.

Zapraszam na małą prezentację zużyć, a w niektórych przypadkach, także ich zastępców:


Było: Avene woda termalna - kto nie był w potrzebie, ten nie doceni przydatności wody termalnej. To chyba jeden z tych kosmetyków, który w normalnych sytuacjach nie zachwyca, a w ekstremalnych okazuje się zbawieniem. Niby zwykła woda, ale jednak nie do końca. Recenzję tego produktu znajdziecie TU.

Jest: Vichy woda termalna


Było: Lilibe płatki kosmetyczne - delikatne, nie zostawiają białego nalotu. Jakby były obszyte na brzegu, to byłoby idealnie. Ale nie narzekam, sprawdzają się i bez tego.

Jest: dokładnie to samo



Było: Ziaja Bloker - niezwykle wydajny produkt. Tak długo go zużywałam, że zdążył w międzyczasie zmienić opakowanie. Na pewno doczeka się odrębnej recenzji. Jest równie skuteczny jak Antidral, a przy tym prawie sześciokrotnie tańszy.

Jest: to samo, ale w odświeżonym opakowaniu.



Było: L'oreal Lip Balm 818 Nourushing Nude - przyjemny produkt, choć ciężko mi jednoznacznie stwierdzić, czy go lubię, czy jednak nie. Nie można go oceniać jak typowej szminki, klasyfikacja go w kategorii balsamu do ust też byłaby krzywdząca. Pełną recenzję znajdziecie TU.

Jest: Celia Care Pomadko-błyszczyk nr 6


Było: Balea Pflegedusche Feigen- und Schokoladenduft - żele pod prysznic z limitowanej serii Balei cieszą się w blogosferze sporym uznaniem. Nie do końca podzielam ten zachwyt, przynajmniej jeżeli chodzi o tę wersję zapachową. Za kilka dni powinna ukazać się recenzja tego produktu.

Jest: Balea Pflegedusche Kirsch- und Mandelduft



Było: AA Pielęgnacja Młodości 18+ Krem matująco-normalizujący - bardzo przyjemny krem do twarzy dla problematycznej cery w rozsądnej cenie. W sam raz dla młodych osób z dziurą w portfelu. Wykazał się dobrym działaniem, choć niekoniecznie takim jakie obiecywał producent. Recenzję tego produktu znajdziecie TU.

Są: Baikal Herbals krem matujący na dzień i krem Detox na noc 


Było: AA Sensitive Nature Spa Relaksujące masło do ciała Kokos - masło świetnie sprawdzało się na mojej skórze i do tego cudnie pachniało - smarowałam się nim przy każdym napadzie sesyjnego humoru. W recenzji (KLIK) marudziłam co prawda, że trochę trzeba popracować nad jego wcieraniem, bo maże się na biało, ale... Przy tym twardzielu w srebrnej puszce, który szczerzy się za nim, to małe miki.

Jest: Organique Shea Body Butter Len (to pieruństwo zacznę chyba wstawiać do piekarnika albo na kaloryfer :D)


Było: Lilliputz Extrasensitive Shampoo&Dusche - produkt typu 2w1, który zużyłam wyłącznie jako szampon. Niedługo możecie spodziewać się jego recenzji. Ale mogę zdradzić, że wybitny to on nie jest.

Jest: Natura Siberica Szampon Neutralny


Było: EM Żywe mydło - ciekawy wynalazek, wciśnięty mi przez ciocię. Mam mieszane uczucia i mimo zużycia półlitrowej butli nie jestem na razie w stanie go zrecenzować. Szczególnie jego rzekomego wpływu na zanieczyszczoną skórę - muszę zrobić mały eksperyment.

Jest: Bioderma Sebium płyn micelarny - nie jestem przekonana do mycia buzi bez wody, ale spróbować nie zaszkodzi. Może Bioderma tym razem trafi w moje potrzeby.

Pożegnałam także:

Babydream Feuchte Waschlappen - kupiłam je, bo potrzebowałam nawilżanych chusteczek do torebki, aby móc nimi czyścić buty. Do szału doprowadza mnie ta sól, którą we Wrocławiu sypią chodniki jak wariaci. Czarne buty po kilkuminutowym spacerze są całkiem białe. Te chusteczki choć na chwilę doprowadzały buty do stanu używalności. Niestety sól szybko wyłaziła. Dużo lepsze są chusteczki w niebieskim opakowaniu (Feuchttuecher) - ich skład jest taki sam, ale gładka struktura (te zielone przypominają fakturą trochę papierowe ręczniki) znacznie lepiej sprawdza się przy oczyszczaniu butów.

Tso Moriri Kula kąpielowa z olejkiem kokosowym Drzewko różane - taki gadżet. Zaszkodzić nie zaszkodzi, pomóc też nie pomoże, a portfel o kilka złotych lżejszy. Recenzję tego produktu znajdziecie TU.

Tso Moriri Mydło organiczne z olejem kokosowym Amore - nie przekonuje mnie idea ozdobnych mydełek, ale ten produkt trochę złagodził moją niechęć. Wkrótce dowiecie się dlaczego :).

Próbki: AA Balsam do ciała do skóry suchej Dynia (nie mam zdania) i Bare Minerals Mineral Veil (całkiem niezły puder wykańczający - matowił moją skórę na kilka godzin).

I to by było na tyle. A wam jak idzie denko? Zaczęłyście przykładnie rok :D? Jesteście z siebie zadowolone?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...