Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

wtorek, 29 stycznia 2013

Szach i mat? AA Technologia Wieku Pielęgnacja młodości 18+ Krem matująco - normalizujący


Krem do twarzy stanowi podstawowe wyposażenie damskich łazienek. Choćby się waliło i paliło, natrzeć się czymś, co w zamyśle producentów ma zdziałać cuda, trzeba. Dlatego wszystkie zaspane zombie rano i zmęczone zjawy wieczorem sięgają po smarowidła do twarzy - niektóre po jedno, inne, bardziej zdesperowane, po cały arsenał.

Osobiście nigdy nie czułam potrzeby, aby na łazienkowej półce stało zatrzęsienie kremów - na dzień, na noc,  na wesele i inne okazje. Zwykle moje skromne potrzeby o każdej porze i przy każdej okazji realizował jeden krem. Niektóre produkty sprawdzały się lepiej, niektóre gorzej, do jednych wróciłam, o innych chcę zapomnieć. Krem z AA, bohater dzisiejszej notki, należy do kategorii "kupię ponownie".

Recenzja bez dogłębnej analizy opakowania produktu, to nie recenzja, dlatego zaczynam jak zwykle od tego, co rzuca nam się od razu w oczy. Plastikowy nieprzezroczysty słoiczek, trochę inny kształtem od kremów AA z innych serii, zapakowany jest dodatkowo w zafoliowany kartonik. To jednak nie wszystkie zabezpieczenia przed "macantami" uparcie uprawiającymi ten paskudny proceder - krem zabezpieczony jest standardowym sreberkiem. Ale bez odkręcania nakrętki i sprawdzania wnętrza, będziemy wiedziały, czy jakieś małe paluszki nie dobrały nam się do produktu. Bardzo podoba mi się rozwiązanie z taśmą zabezpieczającą - wątpię, żeby macantowi chciało się ładnie ją odkleić i po dokonanych oględzinach zakleić, a przerwana jest widoczna gołym okiem.

Krem ma dość zwartą konsystencję. Zdecydowanie bliżej mu do zbitego Fitomedu niż wodnistej Polleny Evy. Rozprowadza się dobrze, bez problemów sunie po skórze, nie bieli jej. Nie roluje się pod makijażem. Pachnie dość przyjemnie, delikatnie, ten zapach trochę kojarzy mi się z kwiaciarnią.

Mam nadzieję, że opowieści o pierdołach was nie zanudziły i dotrwałyście do tego momentu, w którym zamierzam opisać działanie produktu. Choć krem ma w założeniu być kremem matującym, to jest taki tylko z nazwy - osoby, które szukają w kremie matu, raczej nie powinny po niego sięgać. Nie zostawia co prawda tak wyraźnej warstwy jak Fitomed, ale możemy zaobserwować lekko błyszczącą otoczkę. Nie wpływa na zmniejszenie się przetłuszczania skóry - w tym obszarze nie odnotowałam zmniejszenia tego zjawiska.

Co w takim razie robi ten krem? Całkiem przyjemnie nawilża - sprawdzi się jako lekki nawilżacz dla cer normalnych i mieszanych. Moja cera jest dość problematyczna, reaguje często wysypem paskud. Ten krem mnie nie zapchał, ba!, od kiedy go używam pojawia się mniej niespodzianek na buzi. Zauważyłam też lekkie rozjaśnienie plam po OCM na policzkach - obstawiałam, że to zasługa witaminy C, o której napisano na pudełku, ale nie widzę jej w składzie.

Krem zawiera też, o czym producent nie napomknął, a na co warto zwrócić uwagę, filtr chemiczny (octocrylene) - wiele osób omija kremy bez filtra. Ten filtr ma, tylko nie bardzo wiadomo w jakiej wysokości.

Moim zdaniem to dobry krem. Miałam kupić kolejne opakowanie, ale skusiły mnie rosyjskie kosmetyki. Niemniej będę o nim pamiętać. Wbrew nazwie polecałabym go osobom, które potrzebują lekkiego nawilżenia, nie zaś tym które poszukują konkretnego matu.

Skład: Aqua, Cetyl Riconoleate, Propylene Glycol, Tridecyl Salicylate, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Betaine, Glyceryl Stearate, Nylon-12, Triethylhexanoin, Glyceryl Stearate Citrate, Capryl Methicone, Cetearyl Alcohol, Hexyldecanol. Hexyldecyl Laurate, Aluminium Starch Octenylsuccinate, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Octocrylene, Tocopherryl Acetate, Vitis Vinifera Seed Oil, Malpighia Puncifolia Fruit Extract, Borago Officinalis Seed Oil, Ceramide NP, Squalane, Cholesterol, Arginine, Panthenol, Allantoin, Paraffinum Liquidum, Glyceryl Behenate, Hydrogenated Palm Oil, Carbomer, Acrylamide/Sodium Acrylate Copolymer, Caprylyl Glycil, Disodium Phosphate, Phenoxyethanol, Etgylhexylglycerin, Tridecth-6, Parfum

Cena: ok. 17-23 zł
Dostępność: Rossmann, Hebe (najtaniej), Super-Pharm, Natura
Ocena: 4/5

Krem został mi przekazany przez firmę Oceanic do recenzji :)

niedziela, 27 stycznia 2013

Wcale nie palę! Yankee Candle Beach Walk


Produkty Yankee Candle od pewnego czasu zjednują sobie spore grono zwolenniczek. Wszyscy kupują, palą i zaciągają się zapachem. Zdecydowałam się dołączyć do grona ćpunów zapachowych i kilka miesięcy temu, po przeczytaniu sporej ilości recenzji, zakupiłam wosk Beach Walk. Po prawdzie skusiłam się na niego też z tego powodu, że znudziły mi się dotychczas maltretowane świeczki z Biedronki i Ikei (zwłaszcza, że za jedyne słuszne uznawałam te waniliowe). Doszłam do wniosku, że mogę spróbować tych osławionych wosków, co mi szkodzi.

Na pierwszy ogień poszedł Beach Walk. I tu producentowi się udało - zarówno kolor wosku, jak i sama nalepka są idealnym dopełnieniem całego zapachu. Nie opiszę go tak poetycko, jak robi to przy recenzjach wosków YC wszystko co mnie zachwyca, bo niestety jestem prozaiczną babą. Ale spróbuję rozprawić się z nim po swojemu.

Beach Walk jest niesamowicie ciepłym zapachem. Zdziwi się ten, kto wybierając ten wariant, oczekuje świeżości oceanu. To lekka morska bryza, ale tak mocno nagrzana słońcem, że aż czuć na skórze jego promienie. Oprócz nut morskich, znajdziemy tu zapach mandarynki, ale nie z gatunku takich chemicznych cytrusów - jest to aromat delikatny, wyważony, z nutą słodyczy. Gdy zamykam oczy, czuję się jakbym wylegiwała się na plaży...

Beach Walk mnie kupił całkowicie. YC udało się połączyć dwa zapachy, które często bywają chemiczne i nieprzyjemne - morze i cytrusy. Aromat unoszący się w kominka jest taki prawdziwy, naturalny, nie gryzie w przełyk ani nie drapie w nos.

Warto też wspomnieć kilka słów na temat trwałości. Producent wspomina, że czas palenia tarty wynosi około 8 godzin. No cóż, po podzieleniu wosku na trzy części, pod każdą z nich wypaliłam po 2 podgrzewacze. Z moich wielce zaawansowanych obliczeń matematycznych wynika, że zapachem Beach Walk cieszyłam się przez 24 godziny. A właściwie to nawet dłużej - po zdmuchnięciu płomienia zapach unosił się po pokoju nawet 3 - 4 godziny. To mi się podoba i dlatego woski będą gościć u mnie częściej.

Gdzie szukać Yankee Candle? Jeżeli myślicie, że wszystkie jesteśmy skazane na zakupy internetowe, to się mylicie. Produkty tej marki można dostać w sklepach Organique (koszt 1 wosku to ok. 8 zł). Na woski można się także natknąć... w supermarkecie Piotr i Paweł (7,69 zł/szt.) - niestety dostępne są tylko niektóre rodzaje zapachów w dodatku losowo (raz trafiłam na Camomille Tea, innym razem na Strawberry Buttercream). Wrocławianki mogą zapoznać się z woskami (i świecami) w Mydlarni Wrocławskiej (ul. Kuźnicza) - koszt wosku to 7 zł/szt.

Jeżeli lubicie, gdy w waszym domu pięknie pachnie, warto się przyjrzeć tym produktom. Mała rzecz, a cieszy.

piątek, 25 stycznia 2013

W sidłach promocji


Pani i władczyni rynku sprzedawców detalicznych kosmetyków w Polsce, sieć drogerii Rossmann słynie z towarów w świetnych cenach. W oczach kosmetykoholiczek zyskują przy okazji każdej promocji, a te, trzeba przyznać, są coraz bardziej interesujące. Listopadowe -40% na wszystkie kosmetyki kolorowe i najnowsza przecena (do jutra) w wysokości 40% rabatu na podkłady robią wrażenie. Z Rossmannem dialog próbuje nawiązywać Jeronimo Martins. Już w pierwszej połowie zeszłego roku w sklepach sieci Biedronka pojawiały się oferty kosmetyczne wyraźnie skierowane do klientów Rossmanna (wystarczy porównać gazetki tych sieci z tamtego okresu). JMP rozwijając sieć własnych drogerii nadal trzyma się tej praktyki. Od 24 do 30 stycznia Hebe proponuje nam każdego dnia promocję na inną markę (kolejno: Rimmel, Bell, L'oreal, Bourjois, Astor, Maybelline i Revlon - ale uwaga: tylko produkty z szaf; promocją nie są objęte np. podkłady i korektory Bell znajdujące się na półce z podkładami marek takich jak AA, Soraya itd.). Przecena, chyba nie bez kozery, również wynosi 40%. Szkoda, że nie obejmuje Essence i Catrice (nowych limitek nadal brak), ale nie można mieć w końcu wszystkiego :). Aby skorzystać z promocji musimy okazać kartę klienta, którą bez problemu możemy wyrobić na miejscu - wypełnienie formularza trwa naprawdę chwilę.

Wybrałam się dzisiaj, ponieważ miałam chrapkę na kilka kosmetyków Bell, a jak mogłam je mieć taniej, to czemu nie. Niestety nie było wszystkiego, co chciałam kupić, ale udało mi się upolować lakier Air Flow nr 705 (z 10,79 na 6,39) oraz szminkę Royal Glam 072 (z 14,99 na 8,99). Kolejna szminka jest tak potrzebna, jak radary co 15 metrów, ale nie byłabym sobą, gdybym nie wylazła z jakimś mazidłem do ust.

Szkoda tylko, że Hebe dopiero raczkuje i nie obejmuje swoim zasięgiem większej części kraju. Sieć się jednak rozwija; w niedalekiej przyszłości będą się z niego mogły cieszyć Poznanianki - ptaszki ćwierkają, że następne Hebe otworzy się właśnie tam (uprzedzam, że nie znam terminu, ale myślę, że będzie to w ciągu miesiąca lub góra dwóch; polecam przyczaić się na pierwsze dni od otwarcia, trafiają się niezłe promocje).

Wkraczam teraz w dość intensywny okres, dlatego będę rzadziej gościć w blogosferze - notki są przygotowane, ale nie obrażajcie się, jeżeli moja bytność na waszych blogach będzie ograniczona. Zaciskać wszystkie kciuki; tak, te u stóp też :D.

P.s. Poniższe zdjęcie może wam pomóc zrozumieć, dlaczego tak lubię chodzić do Hebe:
Kupienie niezmacanego kosmetyku w większości polskich drogerii graniczy z cudem.

czwartek, 24 stycznia 2013

Barwy dzieciństwa. Barwa Szampon pokrzywowy do włosów przetłuszczających się

Nigdy nie byłam maniaczką włosową. Zawsze (czytaj: od czasu, kiedy poznałam lepiej swoje potrzeby) starałam się dobierać tak kosmetyki, żeby nie robiły krzywdy mojej skórze głowy i nie zrobiły większego siana z włosów. Produkty, na które miałam ochotę, pojawiały się w łazience partiami, kupowałam nowy, dopiero gdy skończyłam poprzednika. Jednak blogosfera robi z mózgu gąbkę, a z portfela wyświechtany kawałek (eko)skóry. Dlatego przerażenie spowodował fakt, że osoba, która zwykle używała jednego szamponu, nagle ma ich 4. Kto mi je podrzucił, przyznać się!

O szamponach Barwy zrobiło się jakiś czas temu głośno. Z każdej strony atakowały wizerunki tych zabawnych buteleczek. Gdy taka butelka rzuciła się na mnie z półki, nie miałam wyjścia i musiałam kupić ten szampon. Padło na wersję pokrzywową, ponieważ według producenta jest ona przeznaczona dla mojego typu włosów (choć szampon powinnyśmy dobierać raczej do skóry głowy).

Butelka jest nieduża. Wygląda trochę jak kolumna, choć korek w niczym nie przypomina zwieńczeń kolumn, o których uczyliśmy się w szkołach. Plus za to, że opakowanie jest przezroczyste, dlatego dokładnie możemy kontrolować zużycie. Największym mankamentem butelki jest jej gwint - ma dość dużą średnicę, co w połączeniu z rzadką konsystencją szamponu grozi marnotrawstwem.

Szampon mimo swojej bardzo lejącej konsystencji jest dość wydajny (o ile nauczymy się go dozować, bo butelka nam tego nie ułatwi). Do umycia włosów (takich do połowy pleców) wystarczy porcja około pół łyżeczki - szampon świetnie się pieni. Znakomicie oczyszcza włosy, które aż skrzypią (nie każdy lubi ten efekt). Niestety plącze włosy, a użycie odżywki po jego zastosowaniu jest nieodzowne. Daje efekt napuszonej czupryny - jeżeli wasze włosy są puchate, to koniecznie będzie ich dociążenie. Stosowany codziennie odrobinę wysusza skórę głowy. 

Nie jest to zły produkt, ale też nie wybitny. Przypomina mi szampony familijne z dzieciństwa. Nawet pachnie tak samo - ten aromat pokrzywy jest bardzo charakterystyczny, niełatwo go pomylić z czymś innym. Moim zdaniem ten szampon to dobra opcja do stosowania raz na jakiś czas w celu dokładnego oczyszczenia włosów. Na co dzień preferuję raczej odrobinę delikatniejsze szampony.

Sklad: Aqua, Sodium Laureth-2 Sulfate, Lauramidopropyl Betaine, Cocamide DEA, PEG-75 Lanolin, Sodium Chloride, Cocamidopropylamine Oxide, Hydrolyzed Keratin, Propylene Glycol, Urtica Dioica Extract, Citric Acid, Parfum, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, 2-(4-tert-Butylbenzyl)propionaldehy de, d-Limonene, Cl 1002

Cena: ok. 3-4 zł/250 ml

Dostępność: Tesco, Auchan
Ocena: 3,5/5

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Ostra róża bez kolców. Pat&Rub Piling do ust różany

Nie cierpię zapachu kwiatów w kosmetykach. Zdecydowanie wolę spożywcze zapachy - jakieś owoce, karmel, kokos, kawa, przyprawy zdecydowanie bardziej trafiają w mój gust. Jednak jest jeden aromat, który skutecznie burzy mój zapachowy podział na nielubiane zapachy kwiatowe i kochane nuty spożywcze. Róża, bo o niej mowa, ze względu na obecność w obu kategoriach mąci harmonię. Mimo tego, że jej zapach pojawia się w produktach spożywczych (pączki), to jednak nie należy do moich ulubieńców. Dziwnym trafem, ostatnimi czasy trochę tej róży pałęta się w mojej kosmetyczce.

Może to dziwne, że produkt, który nie podbił mojego nosa, trafił do ulubieńców roku. Już wyjaśniam: ulubieńcem jest peeling (czy jak to napisał producent: piling) do ust, nie zaś ten konkretny peeling, choć po części on też :D. Tak już teraz namieszałam, że sama zacznę gubić się w zeznaniach. Dlatego może zamiast biadolić, zabiorę się za właściwą recenzję.

Produkt znajduje się w prostym słoiczku z grubego przezroczystego plastiku. Opakowanie nie jest ozdobione w wymyślne szlaczki, nie świeci blaskiem brylantów, ale jednak prezentuje się dość elegancko.  Co ważne, gwint jest dość szeroki - co jak co, ale mam niemiłe wspomnienia po balsamach do ust w takiej formie, do których ledwo mieścił się mały palec i dlatego uważam, że warto na to zwrócić uwagę. Tutaj mamy dużą powierzchnię manewru. Słoiczek dodatkowo zapakowany jest w kartonik, w przypadku wersji różanej - różowy (*_*)

Kosmetyk ma postać różowego cukru, który nie jest sypki, jak ten, który gości w cukierniczce, raczej trochę bardziej zwarty. Wydobycie peelingu nie jest kłopotliwe, ponieważ cukrowe drobinki same przyczepiają się do palca. Co więcej, wcale nie trzeba ich jakoś dużo - ten fakt czyni produkt niezwykle wydajnym. Niezłą opcją jest zakup w dwie osoby.

Jeżeli chodzi o działanie peelingu (uparcie będę trzymać się tej formy), to jest ono naprawdę świetne. Miłe drobinki przy działaniu nimi na usta okazują się ostrymi zawodnikami. Bardzo dokładnie ścierają martwy naskórek, wszelkie odstające skórki nie są im straszne. Nie tworzą zadziorów, nie podrażniają warg. Po użyciu tego peelingu usta są miękkie i gładkie. Nie trzeba po jego użyciu sięgać po balsam do ust.

Na sam koniec zostawiłam opis wrażeń zapachowo - smakowych. Peeling pachnie całkiem przyjemnie - nigdy nie sądziłam, że napiszę to o różanym kosmetyku. Nuty tego kwiatu są jednak bardzo delikatne, nie świdrują w nosie, jak np. w przypadku kremu myjącego Alterry.

Część z was zastawia się pewnie, dlaczego chcę wspomnieć o smaku tego kosmetyku. Pozostałości tego peelingu, te drobinki, które się nie rozpuściły, można... zjeść. Producent zaznaczył wręcz na opakowaniu, że ta porcja słodkości nie zrobi tak dużej krzywdy naszym zębom, ponieważ zawiera cukier z brzozy, który podobno ma działanie przeciwpróchnicze . Dlatego bez obaw o zęby można pochłonąć tego cukierka :D. Nie ręczę za linię.

Ten produkt przekonał mnie do regularnego peelingowania ust. Natomiast nie do końca trafia do mnie jego cena - 50 zł to bardzo dużo. Zwłaszcza, że peeling można wykonać szczoteczką do zębów (za którą zapłacimy kilka złotych). Taki kosmetyk można też sporządzić samemu (np. według przepisu Aliny) - znając jednak życie, sporej osób nie będzie się chciało bawić (czyli np. mnie). Przez internet możemy zamówić odrobinę tańszy scrub z Lusha czy Bomb Cosmetics. Dlatego chcę zachęcić do używania peelingu do ust, niekoniecznie do kupowania tego peelingu. Choć jest bardzo dobrym produktem, to moim zdaniem niewartym swojej ceny.

Skład: Xylitol, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Mangifera Indica Seed Oil, Lithospermum Officinale Root Extract, Octylodecyl Myristate, Tocopherol, Beta-Sitosterol Squalene, Rosa Damascena Flower Oil, Linalool, Geraniol, Citronellol, Citral, Eugenol, Farnesol

Cena: ok. 50 zł/25ml
Dostępność: Sklep producenta, Sephory
Ocena: 4,5/5

piątek, 18 stycznia 2013

W kule sobie lecę. Tso Moriri Kula kąpielowa z olejem kokosowym "Drzewko różane"

Lubię szybkość. Uwielbiam, gdy wykłady szybko mijają, gdy tramwaj dojeżdża w 20 minut do domu, gdy jestem ekspresowo obsługiwana w sklepie. Lubię biegać, choć mam marną kondycję, łapią mnie kolki i łatwo się do tego zniechęcam. Chciałabym wszystko robić szybko - myśleć, mówić (dykcja leży), uczyć się. Na razie jedynie szybko się męczę :D. No i biorę raczej szybkie prysznice niż długie kąpiele.

Ostatnimi czasy zaczęłam zaprzyjaźniać się z kulami do kąpieli. Dwie sesje ze świetną kulą Organique, sprawiły, że aż podskoczyłam z radości, gdy wygrzebałam z kosmetycznych zapasów produkt Tso Moriri. Aż zaczęłam merdać ogonkiem na kolejne wylegiwanie w wannie.

Kula z Tso Moriri zdenerwowała mnie na wstępie, tuż po zdarciu folii. Produkt z Organique był odpowiednio przygotowany, "fabrycznie" podzielony na dwie porcje. Natomiast kula z Tso nie. Owszem producent wskazuje, że kula ma nam wystarczyć na dwa razy, ale nie ułatwia nam takiego zastosowania - gdy zobaczyłam, że kolorowe półkule są ze sobą połączone na stałe, miałam ochotę cisnąć je do wody w całości. Ale grzecznie poszłam po nóż i przecięłam kulę (nie da rady przełamać jej siłą rąk; można co najwyżej skubać po kawałku). Spory minus.

Kula rozpuszcza się trochę wolniej niż Organique. Barwi wodę - żółta część na żółto, pomarańczowa na pomarańczową czerwień. Kolory wyglądają żywo, napawają optymizmem.

Produkt wypada słabo także na tle pielęgnacyjnym. Woda po jego rozpuszczeniu nie robi się taka miękka, jak po kuli z Organique. Odbija się to na działaniu na skórę - nie ma niestety tak dobrego wpływu na nią. Kula nie robi niczego pozytywnego dla skóry.

Rozczarowuje także zapach. Nie jestem fanką róży, ale ostatnio sporo kosmetyków o jej zapachu przewija się przez moją kosmetyczkę. Kula pachnie ładnie, dość naturalnie, ale niestety w kąpieli jest bardzo słabo wyczuwalna. Organique to przy niej koncentrat zapachowy. Na skórze zapach jest delikatny i ulatnia się po 15 minutach. Szkoda.

Kula z Organique rozbudziła mój entuzjazm, ale Tso Moriri wylało mi na głowę kubeł zimnej wody. Jestem na nie.

Skład: Sodium Bicarbonate, Citric Acid, Solanum Tuberosum Starch, Cocos Nucifera Oil, Aqua, Essential Oil, Limonene, Geraniol, Citronellol

Cena: ok. 10 zł/130 g
Dostępność: niestety stacjonarnie nigdzie ich nie widziałam, pozostaje internet m.in. Bańka Mydlana (możliwość odbioru osobistego w Zamościu), Mydlarnia Hebe (Stęszew) 
Ocena: 3/5 

wtorek, 15 stycznia 2013

Zanudzona. Rimmel Lasting Finish by Kate Moss nr 14

Okazja czyni złodzieja - każdy to wie. Okazja wzmaga też galopujący zakupoholizm, o czym spora część z nas przekonuje się przy okazji promocji. Zwłaszcza takich, jak ta, która pojawiła się pod koniec listopada w Rossmannie. -40% na kosmetyki kolorowe zrobiło swoje i sporej części z nas dramatycznie powiększył się kosmetyczny dobytek - dałyśmy się ponieść radości (a raczej dzikiemu szałowi, zważywszy na to, co działo się na dziale z kolorówką) zakupów. Bohaterka dzisiejszej notki, czyli szminka Rimmel z kolekcji Kate Moss, to właśnie taki nadprogramowy "pocieszacz".

Długo wzbraniałam się przed zakupem szminki z serii Kate, choć miałam na jakiś kolor ochotę odkąd tylko ta seria się pojawiła. Zawsze jednak znajdowałam pilniejsze wydatki lub inne mazidła bardziej do mnie "przemawiały". Jednak ostatecznie w listopadzie zdecydowałam się na numer 14. Za 11 zł z groszami żal było nie wziąć.

Jak zwykle zacznę od opisu opakowania. Matowy plastik prezentuje się całkiem elegancko. Opakowanie jest wytrzymałe, mimo noszenia w torebce nic się mu nie stało. Mechanizm wysuwający chodzi bez zarzutu, nie zacina się.

Sztyft jest dość zbity, ale nie twardy - nie rozpływa się ani nie łamie. Łatwo sunie po ustach, nie trzeba wkładać siły w nałożenie koloru na usta. Szminka sprawia wrażenie dość kremowej przy rozprowadzaniu. Niestety w miarę noszenia nie jest już tak różowo. Pomadka z bardzo przyjemnej robi się lekko sucha. Przed jej aplikacją warto zadbać o dopieszczenie ust, inaczej podkreśli wszelkie załamania i wydobędzie na światło dzienne nawet mikroskórki. Aplikację balsamu na usta warto powtórzyć w czasie jej noszenia - niestety pomadka nie ma nawet najmniejszych właściwości pielęgnacyjnych.

Może przez tą "suchość" ma całkiem niezłą trwałość. Lip tint, to może nie jest, ale 3 godziny (bez jedzenia, ale za to z piciem i paplaniem) to całkiem przyzwoity wynik.

Na deser zostawiłam sobie kolor. Przyznaję, wybór był dość ciężki. Nie mogłam się zdecydować. Przy okazji dumania nad sensem życia przy szafie Rimmela doszłam do przerażającego wniosku: ciężko jest obecnie kupić szminkę w odcieniu innym niż różowy. Nawet niektóre pomadki udające czerwienie, po teście na dłoni okazywały się bardzo słodko różowo. Cuuuuudnie! Tylko niektórzy (czytaj: ja) mają już po dziurki w uszach tego koloru. Ostatecznie zdecydowałam się na nr 14. Nie do końca chciałam nudziaka (tak średnio się czuję w takich kolorach), ale ten odcień na dłoni nie wyglądał trupio, nie przypominał także korektora. Mimo, że kolor wydaje się niepozorny, to trochę kameleon. Przynajmniej na moich ustach. Raz bowiem jest beżowo-brzoskwiniowy, innym razem wychodzą z niego różowe (!) tony. Za każdym razem wygląda na ustach dość naturalnie.

Całkiem udała się Rimmelowi ta szminka. Zapunktowała u mnie głównie kolorem. Szkoda, że nie pomaga naszym ustom, no ale nie można mieć wszystkiego. Polecam ten produkt, choć nad jego zakupem poważnie powinny zastanowić się osoby, które nie przepadają na mocnymi zapachami pod nosem - choć mnie się słodki zapach tej szminki podoba, to wiem, że są osoby, które wyjątkowo drażni ten chemiczny cukierek.

Cena: ok. 18 zł/4g
Dostępność: Rossmann, Natura, Super-Pharm, Hebe
Ocena: 4/5

niedziela, 13 stycznia 2013

W sieci z siatką zakupów

Nie muszę pytać, czy lubicie robić zakupy. Chyba każda kobieta ma w sobie łowczynię okazji - choć trafiają się też marudy, które po sklepach buszować nie lubią. Nie znoszą tłumów, kolejek i ochroniarzy sapiących mi w karki. Za tymi aspektami zakupowego szaleństwa też nie przepadam, ale chęć przyniesienia do domu jakiegoś upolowanego trofeum jest zwykle silniejsza.

Zakupy przez internet mają ten plus, że nie trzeba z nikim się bić (chyba, że licytujemy na aukcjach), czy strzec zakupów, jak oka w głowie, żeby ktoś nie wybrał towaru z koszyka (tak jak swego czasu próbował to zrobić jeden pan w Lidlu). Wszystko załatwia się kilkoma ruchami myszki, które raczej nie spowodują siniaków w okolicach żeber. Jednak internetowe buszowanie często jest zgubne dla portfela, czego dowód widzicie na poniższym obrazku - w Kalinie moją myszkę poniósł melanż :D. Może nie jest to siata z ziemniakami, ale jak na mnie jest tego sporo - to chyba największe zakupy, jakie zrobiłam w internecie. Zdecydowanie wolę iść i podumać nad towarem w stacjonarnym sklepie. Ale czasami jesteśmy zmuszone do robienia zakupów w sieci - niektóre towary są dostępne tylko tam albo mają znacząco niższe ceny. I właśnie z tego drugiego powodu zapasy kosmetyczne uzupełniłam wyjątkowo przez internet.


Wrocław to wspaniałe miejsce dla kosmetykoholiczek. Dostaniemy tu na miejscu w drogeriach sporo produktów, które mieszkanki innych miejscowości mogą kupić wyłącznie w sieci. Także hity blogosfery ostatnich miesięcy, czyli rosyjskie kosmetyki oferują nam dwa punkty (wybrany asortyment, ale zawsze). O ile w jednym z nich (Hala Targowa) ceny są zaledwie kilka złotych wyższe niż w sklepie internetowym, tak w drugim (Mydlarnia Wrocławska) kogoś poniosła fantazja. Przykład? Za krem Baikal Herbals, za który ja zapłaciłam 19,50 zł, tam wołają 38 zł... Nawet doliczając 11 zł za przesyłkę, to i tak szala przechyla się na korzyść internetowych łowów. Tak, tak, wiem że utrzymanie sklepu kosztuje :).

Już nie mogę się doczekać, kiedy zacznę używać tych produktów. Powstrzymuję się, żeby ich nie otworzyć. A skusiłam się na:
Baikal Herbals Matujący krem na dzień do cery tłustej i mieszanej (to ten z białymi kwiatkami) oraz Detox do cery tłustej na noc (z fioletowymi) - nie umiem czytać tych rosyjskich krzesełek, dlatego rozróżniam te kremy po kwiatkach; na kartonikach na szczęście są informacje po polsku, ale znając życie kartonik szybko zniknie w czeluściach śmietnika :D.
Natura Siberica Neutralny Szampon do włosów - od pewnego czasu miałam ochotę na szampon Love2mix Organic z pomarańczą i chilli, ale gdy zdecydowałam się na zamówienie już go nie było. Dlatego, gdy siempre zamieściła bardzo pozytywną recenzję tego szamponu, nie zastanawiałam się ani chwili.
Fitokosmetik Zielona glinka kambryjska - niedawno sprawiłam sobie zieloną glinkę ze Starej Mydlarni, ale nie do końca mi odpowiada (źle się rozrabia). Dlatego niejako przy okazji, do koszyka wleciała glinka kambryjska - miałam takową z Dermaglinu i rozprowadzała się rewelacyjnie. Spróbujemy, zobaczymy.



Jakiś czas temu dowiedziałam się, że Celia wprowadziła do asortymentu nowy rodzaj pomadko - błyszczyków, wersję Care. Wybrałam nr 6, przepiękną czerwień (nie różową!). Od tygodnia nie mogę się z nią rozstać. Cieszę się, że producent wziął sobie do serca popularność serii Nude, która nie miała drobinek i takie samo rozwiązanie zastosował w Care. Małe, wyczuwalne błyskotki w oryginalnych pomadko - błyszczykach były trochę irytujące. Ten kosmetyk dorwałam w Tanyo na Zielaku (dla niewtajemniczonych chodzi o Targowisko Zielińskiego), w którym mają świetny wybór polskich kosmetyków kolorowych, szczególnie Hean i Celia są tam dobrze reprezentowane. Targowisko funkcjonuje do końca marca, od kwietnia Tanyo przenosi się do nowej hali przy ul. Swobodnej.

Rzadko kiedy zaglądam na New Looka. Ale chyba zacznę tam wpadać częściej. Jestem oczarowana tymi beżowymi balernikami z zamszu - były przecenione z 99 na 30 zł. Na wiosnę będą jak znalazł. 

Lubicie poszukiwać cenowych okazji? Gdzie najczęściej robicie zakupy - w sieci, czy w okolicznych sklepach?

piątek, 11 stycznia 2013

Terapia dla powiek. AA Therapy Krem pod oczy i na powieki

Zeszły rok przyniósł mi wiele kosmetycznych doznań. Poznałam wiele kosmetyków, które wcześniej były mi całkowicie obce, lub uważałam je za kompletnie zbędne. Jednym z takich, niekoniecznie potrzebnych do szczęścia, produktów był krem pod oczy. Jednak, gdy na sporej promocji kupiłam krem AA Wrażliwa Natura (recenzja), nagle kosmetyk tego typu stał się absolutnie niezbędny.

Ponieważ Wrażliwa Natura okazała się na wrażliwa na moje potrzeby w tak zadowalającym stopniu, wobec kremu z linii Therapy miałam ogromne oczekiwania. Podsyciły je dodatkowo świetne wyniki próbek kremu z serii Eco (nawilżenie jak marzenie :)). I w tym wypadku miałam nadzieję na solidną dawkę nawilżenia oraz rozjaśnienie okolic pod oczami. Niestety, ten produkt nie zachwycił mnie tak, jak jego dwaj bracia.

Krem pod oczy mieści się w standardowej, niedużej tubce. Ma płaski korek, dlatego bez obaw można go postawić na półce pod lustrem, bez obaw, że zdecyduje się na kąpiel w umywalce. Dozowanie produktu jest ułatwione przez wydłużony dzióbek. Tubka jest porządna, wykonana z odpowiedniej grubości plastiku - nie trzeba się martwić, że opakowanie eksploduje podczas użytkowania.

Produkt ma "standardową" konsystencję. Nie jest ani zbyt gęsty, ani zbyt rzadki. Wydaje się trochę bardziej konkretny niż krem z serii Wrażliwa Natura. Niemniej i tak szybko się wchłania, nie pozostawia ciężkiej warstwy. Nadaje się pod makijaż, już po chwili od nałożenia można nakładać korektor i cienie.

Miałam spore obawy odnośnie składu tego produktu. Mam cerę, która niestety nie przepada za pewnymi składnikami w dużych ilościach. Parafina, którą ten kosmetyk ma bardzo wysoko w składzie, potrafi zrobić niezłe bagno na moim czole i nosie. Pod oczami i na powiekach nigdy jednak nie miałam żadnych wykwitów, dlatego zdecydowałam się zaryzykować. W ciągu prawie 2 miesięcy stosowania na dzień i na noc mnie nie wysadziło.

Na deser zostawiłam opis działania. Ten krem można zaliczyć do zawodników wagi lekkiej, jeżeli chodzi o nawilżanie. Owszem, wykazuje takie działanie, ale jest to produkt, który raczej pozwoli na utrzymanie już istniejącego dobrego stanu, niż sam go wprowadzi. Gdy w połowie listopada moja skóra na i pod oczami zaczęła bardzo się wysuszać, nie bardzo się sprawdził (temu kataklizmowi zaradziła próbka kremu Eco).

Niewiele pomógł cieniom pod oczami. Rozjaśnił je bardzo delikatnie (Wrażliwa Natura dała zdecydowanie lepsze efekty). Natomiast bardzo dobrze sprawdził się na powiekach - moje zwykle są prawie brązowe, dzięki temu produktowi, stały się znacznie bardziej cieliste. Przyjemne zaskoczenie, bo wcale się tego nie spodziewałam.

Nie jest to zły krem, jednak moim zdaniem AA ma w swojej ofercie lepsze produkty pod oczy i to raczej je bym polecała.

Skład: Aqua, Paraffinum Liquidum, Ethylhexyl Stearate, Glycerin, Dicaprylyl Ether, Sodium Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Propylene Glycol, Euphrasia Officinalis Extract, panthenol, Tocopheryl Acetate, Retinyl Palmitate, isohexadecane, polysorbate 80, Allantoin, Methylisothiazolinone, Ethylhexylglycerin, Phenoxyethanol

Cena: ok. 19 zł/15 ml
Dostępność: Apteki Dbam o Zdrowie. Super-Pharm
Ocena: 3,5/5

Ps. Produkt został mi przekazany przez firmę Oceanic do przedstawienia na blogu.

wtorek, 8 stycznia 2013

W swetrze pod prysznicem. Original Source Orange&Liquorice

Gdybym zaczęła prowadzić blog kilka lat wcześniej, pewnie taki żel w życiu nie pojawiłby się na jego łamach. I to bynajmniej nie wyłącznie dlatego, że nie był wtedy jeszcze produkowany. W czasach liceum byłam zakochana w świeżych, orzeźwiających zapachach. Najchętniej kupowałam kosmetyki o zapachu cytrusów, morza, nawet z nutami ogórka. Dziś cytrusy pojawiają się u mnie rzadko, morskie zapachy toleruję tylko w toalecie, a do ogórka mam awersję. Teraz w mojej łazience królują słodkie (czasami zabójczo) zapachy.

Początkowo miałam nie kupować tego żelu z OS. Cena 9 zł wydawała mi się dość spora, a ponadto trochę wcześniej skusiłam się na wariant śliwkowy (recenzja). Ale ponieważ była na niego promocja w Rossmannie, musiałam się skusić i tym sposobem do łazienkowego arsenału dołączył drugi gagatek w etykiecie ze swetrowym motywem z zimowej kolekcji OS.

Nie będę po raz kolejny marudzić na temat opakowania bez membranki czy działania "pielęgnacyjnego" tego produktu. Te aspekty przerobiłam już w poprzedniej recenzji. W tym miejscu chciałabym wspomnieć o konsystencji tego żelu - wydaje mi się, że jest odrobinę mniej lejący niż jego fioletowy brat. Nie wycieka tak zawzięcie z opakowania.

Tym, co przekonało mnie do zakupu tego żelu był nie tylko jego optymistyczny pomarańczowy kolor, ale i obietnica zapachu. Co prawda nazwę produktu przetłumaczyłam sobie jako "pomarańcza i likier", ale zostałam uświadomiona (Bella :*), że liquorice to lukrecja. Zapach pomarańczy lubię, lukrecja też mi specjalnie nie przeszkadza, dlatego z niecierpliwością czekałam na test tego żelu pod prysznicem. I trochę się rozczarowałam. Mimo, że producent nadał żelowi pomarańczowy kolor, a "Orange" napisane jest na opakowaniu wielkimi literami, produkt niewiele ma wspólnego z tym owocem. Praktycznie nie czuć tu pomarańczy, jej zapachu jest tu naprawdę mało. Nie czuję też lukrecji. Tylko karmel, duuuuuuuuuuużo karmelu. Lubię takie słodkie, krówkowe zapachy, ale nie po to wybierałam pomarańczowy żel, żeby napawać się zapachem toffi.

Żele OS z tej limitowanej serii nie pachną zbyt intensywnie podczas używania. Jednak warto zauważyć, że wersja pomarańczowa jest bardziej wyczuwalna niż śliwkowa - delikatna karmelowa nuta umila codzienny prysznic.

Uważam, że mimo przepięknych etykiet i ciekawych pomysłów na zapachy, Original Source nie udały się te żele. A mogły być hitami.

Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Sodium Chloride, Cocamidopropyl Betaine, PEG/PPG-120/10 Trimethylolpropane Trioleate, Laureth-2, Parfum, Polyquaternium -7, Citrus Sinesis Peel Oil Expressed, Lactic Acid, Sodium Benzoate, Styrene/Acrylates Copolymer, Benzotriazolyl Dodecyl p-Cresol, Tetrasodium Glutamate Diacetate, Limonene, CI 15510

Cena: ok. 9 zł/250 ml
Dostępność: Drogerie Rossmann
Ocena: 3,5/5

sobota, 5 stycznia 2013

Pora na pory. Bioderma Sebium Pore Refiner

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce, na okrągławej planecie zwanej głową był sobie niewielki kraj. Państwo to, zwane Porlandią, zamieszkiwały dziwne i niespotykane stworzenia. Porlandczycy ze względu na nieprzyjazne warunki panujące na planecie, zdecydowali się zamieszkać pod jej powierzchnią. W tym celu wydrążyli gęstą sieć małych tuneli, w których osiedlili się całymi rodzinami. Ich osady były widoczne nawet z daleka...

Mój nos od wielu lat jest skolonizowany przez takie małe paskudne gnidy. Wygląda prawie jak sitko. I nie pomogły na to żadne plastry, peelingi, maski i inne takie. Jedyną poprawę w kwestii oczyszczenia i zwężenia porów zauważyłam po OCM, ale niestety, ta metoda nie służyła reszcie twarzy, dlatego jej zaniechałam. Gdy do mojej kosmetyczki przywędrował, dzięki Brunetce, cudak z Biodermy, byłam pełna nadziei.

Z racji tej, że posiadam miniaturkę produktu, nie będę oceniała jego opakowania. Moja wersja mieści się w małej tubce, którą z łatwością można wsunąć do kosmetyczki. Mały minus, że tubka często wypluwała z siebie zbyt dużą ilość produktu.

Krem ma dość rzadką konsystencję. Bardzo dobrze rozprowadza się na twarzy, nie bieli, nie trzeba go długo wcierać w skórę. Używałam tego kosmetyku głównie na nos (czasem na całą twarz, gdy tubka wysmarkała więcej), 2 razy dziennie - taka mała tubka starczyła na prawie 2 miesiące. Może gdyby dozownik był lepszy i raczył mnie mniejszą ilością produktu, produkt dłużej gościłby w kosmetyczce.

Co robi ten krem? Zawodzi nadzieje, to przede wszystkim. Ale to trochę moja wina, czasami wymagam niemożliwego. Po nałożeniu skóra robi się taka jedwabista w dotyku, palec aż z niej zjeżdża. Nic dziwnego, krem ma porcję pysznych silikoników, które o tę gładkość zadbały. Po aplikacji pory wydają się znacznie mniejsze przez kilka minut. Niestety to złudzenie szybko znika. Krem działa bardziej jak baza pod makijaż, sprawiając, że skóra jest gładka i matowa- nie idzie za tym działanie pielęgnacyjne, minimalizujące pory na dłuższy okres. Jednak w przeciwieństwie do baz, których używamy okazjonalnie, tego kremu możemy używać w codziennej pielęgnacji. Mimo, że zawiódł pokładane w nim nadzieje odnoście zmniejszenia tych paskudnych rowów na moim nosie, to jego stosowanie miało korzystny wpływ na moją skórę. Może nie zwęził porów, ale za to całkiem przyjemnie je oczyścił. Mimo, że paskudne rowki pozostały, to w dużej mierze były niezamieszkane. To już coś. Zwykle z tego, co było na moim nosie można było zrobić spaghetti dla całej rodziny, a przy używaniu tego kremu nie starczyłoby nawet dla jednej osoby :D. 

Ten produkt nie do końca sprostał moim oczekiwaniom. Biorąc pod uwagę jego cenę, myślę, że się nie skuszę.

Skład: Water (Aqua), Methyl Methacrylate Crosspolymer, Dipropylene Glycol, Cyclopentasiloxane, Cyclohexasiloxane, Dimethicone, Glycerin, Butylene Glycol, Fomes Officinalis (Mushroom) Extract, Sodium Polyacrylate, Salicylic Acid, Dodecyl Gallate, Ginkgo Biloba Leaf Extract, Mannitol, Xylitol, Rhamnose, Fructooligosaccharides, Laminaria Ochroleuca Extract, Silica, Trideceth-6, C30-45 Alkyl Cetearyl Dimethicone Crosspolymer, Lauryl PEG/PPG-18/18 Methicone, Propylene Glycol, PEG/PPG-18/18 Dimethicone, Caprylic/ Capric Triglyceride, Sodium Hydroxide, Disodium EDTA, Chlorphenesin, Phenoxyethanol, Fragrance (Parfum)

Cena: ok. 55 zł/30 ml
Dostępność: Super-Pharm, Hebe apteki
Ocena: 3,5/5

środa, 2 stycznia 2013

Tak żyć, żeby zużyć. Wyrzutki grudnia 2012


Pokazywanie pustych opakowań na blogu stało się moim małym rytuałem. Gdy każdy miesiąc ma się ku końcowi wyciągam torbę z denkami z szafy i namiętnie je wyciągam, układam, przeliczam. Po czym biegnę do łazienki i sprawdzam, co jeszcze robi się podejrzanie lekkie i może załapać się do torby na ostatnią chwilę. W grudniu starałam się zużyć wszystkie zalegające kosmetyki, różne resztki, itd.. Ich następcy już czekali, a mnie tak bardzo świerzbiły palce... W grudniu pożegnałam 12 pełnowymiarowych kosmetyków (w tym 2 kosmetyki kolorowe - jeeee, brawa dla mnie), 1 miniaturkę (która starczyła na 2 miesiące, więc doczeka się osobnej recenzji) i 1 próbkę. Jest postęp :).

Zdecydowałam się, że grudniowe śmieci pokażę nie tylko na zdjęciu grupowym, jak robiłam dotychczas. Spora część produktów została zastąpiona innymi produktami tego rodzaju, dlatego uznałam, że pokażę zarówno starocie, jak i nowości. Wszak człowiek jest wzrokowcem i lubi obrazki.



Było: Grudzień upłynął mi pod znakiem żeli Original Source. To moje pierwsze spotkanie z tą marką. Szczególnie zachwycona nie byłam. Miałam wobec nich spore oczekiwania, bo wcześniej dziewczyny pisały pieśni na temat żeli OS. Recenzja śliwkowego już się pojawiła (KLIK), z pomarańczowym rozprawię się wkrótce.

Jest: Balea Figa i czekolada


Było: W grudniu przekonałam się, jak relaksująca może być dłuższa kąpiel. Kula z Organique przekonała mnie, że gadżety do kąpieli to nie zawsze pic na wodę. Pozostawiła skórę cudownie gładką i pachnącą.  Postawiła wysoką poprzeczkę swojemu następcy. Więcej na temat kuli przeczytacie TU.

Jest: Tso Moriri Kula do kąpieli z olejem kokosowym Drzewko różane


Było: Gdy skończył mi się szampon, początkowo nie brałam nawet pod uwagę dziecięcego szamponu. Ale butelka kokosowego szamponu Dulgon urzekła mnie tak, jak wcześniej zrobiła to wersja morelowa, więc musiałam się skusić. Kokos okazał się przyjemny w stosowaniu, choć trochę rozczarował niezbyt intensywnym zapachem. Pełną recenzję znajdziecie TU.

Jest: Lilliputz Extrasensitive Shampoo&Dusche


Było: Maska z Isany to jakiś koszmar. Kupiłam ją chyba w sierpniu i początkowo wydawało mi się, że szybko jej ubywa. Niestety okazała się prawie wieczna, bo pożegnałam się z nią zaledwie kilka dni temu. Nie zrozumcie mojego marudzenia źle, nie była zła, ale po prostu już mi się znudziła - ileż można używać tego samego produktu? O masce przeczytacie TU.

Jest: Bingo Spa Maska Masło Shea i 5 alg


Było i jest: Garnier Invisi Mineral Calm na 100%. Powinnam założyć chyba jego fanklub. I tyle w temacie :D


Było: Zieloną glinkę z Dermaglinu miałam w szufladzie chyba z 2 lata. Kluczowym powodem, dla którego przebywała tam tak długo, było moje lenistwo. Po prostu lubię gotowce, a z tym trzeba było się babrać, bawić w jakieś rozrabianie bez użycia metalowych przedmiotów i inne takie. Jednak po preparacie Vichy, który zawierał glinkę, byłam oczarowana. Dziewczyny poleciły mi, żebym spróbowała glinki w czystej postaci. Dlatego sięgnęłam po Dermalin. Maseczka przepięknie się rozrabia z wodą różaną. Nakłada się przyjemnie, łatwo rozsmarować ją przyjemnie. Na twarzy zasycha dość szybko, dlatego warto mieć na podorędziu wodę termalną, aby pozbyć się skorupki. Minusy? Opornie się zmywa. W dodatku jest to okropnie brudna robota - umywalka z białej zrobiła się zgniłozielona  oberwało się też kafelkom. Nie podoba mi się też cena. Porcja w saszetce (10 g) jest według producenta na jeden strzał. Wolę zapłacić 16 zł za 90 g, niż 6 zł za 10 g. Proste :D.

Jest: Stara Mydlarnia Glinka zielona


Było: W roku 2012 uświadomiłam też sobie, jak przyjemne jest używanie kremu pod oczy. Ucieszyłam się bardzo, gdy w paczce od firmy Oceanic znalazłam kosmetyk tego typu. Recenzja pojawi się na dniach, ale mogę już zdradzić, że nie polubiłam go tak, jak kremu z serii Wrażliwa Natura.

Jest: Noni Care Anti-ageing eye cream


Było: Płyny dwufazowe królują w mojej kosmetyczce od niepamiętnych czasów, gdy kupowałam wyłącznie tusze wodoodporne. Choć ostatnimi czasy daję szansę mniej trwałym produktom, to jednak zamiłowanie do skutecznego i szybkiego demakijażu pozostało. Lubię płyny z Bielendy, ale zauważyłam, że lepiej je szybko zużywać. Pod koniec opakowania podrażniał mi trochę oczy. Pełną recenzję wersji Awokado znajdziecie TU.

Jest: Garnier Essentials Płyn do demakijażu 2w1


Było: Korektor na wypryski to podstawa w mojej kosmetyczce. Najbardziej lubię takie w sztyfcie, ponieważ zwykle są dość mocno kryjące. Miss Sporty był całkiem przyjemny, choć jego kolor nie do końca mi odpowiadał. W ogóle nie rozumiem polityki firm, które sprzedają podkłady w kilku odcieniach, a korektory tylko w np. 2. Jeżeli mogę dobrać sobie kolor fluidu idealnie (no, powiedzmy) do swojej cery, to dlaczego jestem skazana na jakiś dziki kolor korektora. Uważam, że firmy powinny oferować tyle korektorów, ile mają w ofercie kolorów podkładów - jeżeli są to dwa korektory, które rzekomo dopasowują się do cery, to analogicznie, powinny być dwa podkłady. Przecież się dopasują.
Recenzję produktu z Miss Sporty znajdziecie TU.

Jest: Hean Problem Reductor


Było: Korektor Alverde, o którego zakup błagałam moją ciocię prawie na kolanach, okazał się warty leżenia krzyżem. Cudowny produkt, bardzo uniwersalny. Ze względu na kremową konsystencję rewelacyjnie sprawdzał się pod oczami. Chcę jeszcze! Peany na temat Alverde znajdziecie TU.

Jest: Miss Sporty Liquid Concealer with Vitamins E&C

Pożegnałam także dezodorant do stóp Acerin Woman Fresh (recenzja), miniaturkę Biodermy Pore Refiner (recenzja wkrótce) i próbkę kremu pod oczy AA ECO (bomba, jak będzie gdzieś w promocji to kupię, bo cena 40 zł nie jest na moją kieszeń).

Całkiem nieźle mi poszło, prawda? W styczniu postawiłam sobie za cel zużycie jakiegoś smarowidła do ciała i produktu do ust. Trzymajcie kciuki!

A wam jak poszło?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...