Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

czwartek, 29 listopada 2012

Babskie głupotki, czyli o czym piszę w liście do świętego Mikołaja

Obrazek pochodzi z programu MS Word Starter

Coraz bliżej święta, jak głosi słynna reklama Coca-Coli. Powoli już myślimy nad potrawami, jakie postawimy na wigilijnym stole... W tym roku może pojawi się grzybowa zamiast barszczu? A ile uszek muszę  ulepić? Hmmm, chyba trzeba by było upiec piernik...

Okres mikołajkowo - świąteczny kojarzy się także z prezentami. Niezależnie od tego, czy Mikołaj przynosi je w dzień swojego święta, czy też przypadkiem podrzuca pod choinkę na Boże Narodzenie, warto podpowiedzieć mu (albo im, bo Mikołajów może być wszak kilku), co wywołałoby u nas uśmiech na twarzy. Mam nadzieję, że Mikołaj obserwuje mojego bloga :D. Oto moje małe zachcianki w tym roku:

1. Książki
Uwielbiam czytać. Choć nie jest to tanie hobby. W przeciwieństwie do kosmetycznego bzika, który wciąga spore fundusze, wydatki na książki można ograniczyć. Biblioteki to genialne instytucje. Korzystam z usług uniwersyteckiej i miejskiej. Sieć MBP we Wrocławiu jest naprawdę świetna - sporo bibliotek jest w systemie ALEPH, można łatwo sprawdzić dostępność danej pozycji, zanim przejedzie się pół miasta, by ją zdobyć. Biblioteki dość szybko kupują nowości - McDusia Musierowicz pojawiła się na półkach tydzień po premierze. 
Mimo, że uwielbiam korzystać z wypożyczalni, lubię też gromadzić swoją własną biblioteczkę w domu. Uwielbiam zapach nowych książek, kartek, druku... Lubię gładkie, nienadwyrężone okładki. Mam nadzieję, że w tym roku Mikołaj o tym pomyśli i sprezentuje mi choć jedną z tych pozycji:

Zdjęcia pochodzą z Empik.com
Okładka Matki Ryżu - lubimyczytac.pl

2. Kosmetyki
Mam tyle mazideł, a ochota na nowe ciągle rośnie. Od dawna marzę o skompletowaniu palety cieni Inglota. W mojej kolekcji znajdują się na razie trzy kolory i zdecydowanie mam apetyt na więcej. Szczególnie na te grzeczne odcienie:
Zdjęcia pochodzą ze międzynarodowej strony Inglota
Jako maniaczka produktów do ust (w szczególności) pomadek, proszę Mikołaja o przyniesienie jednej z tych:
Zdjęcia pochodzą z:
MUA
DM
Inglot
Od pewnego czasu szukam idealnego cielistego lakieru. Na razie mi się nie udało. Może któryś z tych sprostałby wymaganiom? Preparatem nawierzchniowym też bym nie pogardziła.
Inglot
OPI
Essie
Poshe
Ostatnimi czasy często się maluję. Od początku roku akademickiego nie było dnia, żebym się czymś nie pomazała. Macham tymi pędzlami i macham... Choć nie uważam, że potrzebuję arsenału pędzli, to jednak dwa by mi się przydały.
Ponieważ moje włosy są bardzo niegrzeczne, nie pogardziłabym jakimś grzebieniem, który pomógłby mi je ujarzmić poza domem.
Kosmetyki mineralne
EcoTools
The Body Shop
Solidny zapas kremów do twarzy powoli się kończy, dlatego upatrzyłam sobie te:
Kosmetyki DLA
Bioarp
Na koniec zaś zostawiłam kosmetyki, których wcale nie potrzebuję, ale chciałabym mieć dla samego posiadania:
Artdeco
Polyvore

3. Dodatki
Czego nam, babom, wiecznie mało? Butów i torebek. Buty mam, ale cierpię na chroniczny brak torebek i rękawiczek. Kolejny szal do kolekcji także by się przydał.
Idealna torebka? Wytrzymała, pakowna i ładna. Te wpadły mi w oko:
Etorebka
Reserved
River Island
Top Secret
New Look
H&M
Reserved
H&M
4. Coś na osłodę
Uwielbiane, a dawno nie konsumowane:
Lidl

Napisałyście już "list do św. Mikołaja"? Co wam się marzy pod choinką?

poniedziałek, 26 listopada 2012

Krwista czy wysmażona? Essence The Twilight Saga Breaking Dawn Part 2 Blush 01 Renesme Red

Nie wiem, ile razy przysięgałam sobie, że nie dam się zwariować, że nie będę latała z wywieszonym językiem do drogerii i rzucała się wygłodniała na limitowane produkty. Ale gdzie tam, tylko ktoś zacznie coś przebąkiwać o nowej edycji limitowanej, a ja już stoję przed drogerią i merdam ogonem. Mam masło, nie wolę.

Gdy pojawiły się pierwsze doniesienia o pojawieniu się limitki Essence w Hebe, skwapliwie poleciałam ją zbadać. Obeszłam się jednak smakiem, ponieważ nie było testerów do dwóch produktów, które mogłyby mnie interesować. Phi, niech się w takim razie wypchają, kota w worku nie kupię. Ale z czasem coraz więcej osób wychwalało róż, który wpadł mi w oko w zapowiedziach. Jednak to zakup czerwonej koszuli i brak pasującego do niej różu (oraz szminki), a na dokładkę parszywy humor, spowodowały, że podczas niezobowiązującego spacerku, niby całkiem przypadkiem, jak tajfun wpadłam do drogerii i ze wzrokiem szaleńca pognałam do kasy.

Saga Zmierzch mnie nie kręci. Mimo, że czytałam ją całą (nawet posiadam w swojej biblioteczce), a także widziałam 3 filmy z tej serii. Nie jestem nawiedzoną fanką Edka czy Kubusia. Moją ulubienicą jest ta ofiara losu, Bella. Nie powiem, złośliwą satysfakcję sprawia mi oglądanie kunsztu aktorskiego Kirsten "Karpia" Stewart. Nie będę się jednak bawić w krytyka literackiego i filmowego, zajmę się właściwym tematem notki, czyli różem w odcieniu Renesme (to córka Belli i Edka) Red.

Produkt zamknięty jest w prostym opakowaniu z grubego plastiku. Uczty dla oczu nie ma, ale za to "puderniczka" jest dość solidna, więc nie straszna jej podróże w kosmetyczce.

Róż jest drobno zmielony i świetnie sprasowany. Nie jest zbyt miękki, nie wzbija różowych obłoczków pyłu podczas nabierania na pędzel. Mimo, że jest dość suchy, nie jest nieprzyjemnie kredowy. Świetnie trzyma się policzków, gdy maluję się po 8 i wracam do domu około godziny 18 róż nadal wygląda bardzo dobre, nie zbiera się, ani nie ściera nadmiernie, choć oczywiście odrobinę blaknie.

Po lewej: Essence
Po prawej: Bell
Kosmetyk ten ma świetną pigmentację. Zwykle nie lubię róży o mocnym nasyceniu, ponieważ moja wciąż niewprawna ręka może zrobić krzywdę na policzkach. Przy dobrze nasyconych produktach trzeba uważać. Tym panem bardzo łatwo o placki. Dość problematycznie się go aplikuje, ponieważ trzeba go niewiele nabierać i dobrze rozcierać. Jednak te zabiegi są warte zachodu, ponieważ efekt jest naprawdę przyjemny. Cera wygląda na odświeżoną, w czym dużą zasługę można przypisać barwie tego produktu. Wbrew oczekiwaniom nie jest to odcień soczystej bordowo - czarnej krwi prosto z żyły :D. Odcień bardziej przypomina mi truskawkę albo poziomkę, ale nie krew. Myślę, że spodoba się osobom, które marzą o policzkach Królewny Śnieżki.

Jeżeli macie ochotę na nieróżowy róż, nie boicie się czerwieni, to myślę, że jest to produkt dla was. Dlatego, jeżeli chcecie go kupić to wyskakujcie z kapci i pędźcie do Hebe albo Natury, bo warto.

Cena: 11,99/5,5 g
Dostępność: Drogerie Hebe, Drogerie Natura
Ocena: 4,5/5

piątek, 23 listopada 2012

Proszę proszek! Annabelle Minerals

Moda na minerały zapanowała kilka lat temu. Mnie wtedy takiego typu produkty nie ruszały, wolałam kupić coś płynnego lub prasowanego. Do sypkich formuł nie miałam zaufania. Nie dałabym za nie funta kłaków. Że jeszcze niby kryć mają. Phi, co za bzdura. Jednak nie ma co gadać, jak się nie spróbowało.

Gdy Annabelle Minerals szturmem zawojowało blogi, doszłam do wniosku, że właściwie to czemu by się nie skusić. 8,50 zł za 3 próbki... Dobra, zobaczymy co to za cuda, niech stracę. Skusiłam się na 2 odcienie podkładów w dwóch różnych formułach oraz róż.

Wybrałam podkład w wersji matującej i kryjącej. Moja smalcowata cera nie byłaby chyba zachwycona, gdybym położyła na nią coś rozświetlającego. Zwłaszcza, jeżeli to rozświetlające jest z drobinami. Chyba bym się wściekła.

Po przetestowaniu dwóch formuł, doszłam do wniosku, że idealne dla mnie byłoby połączenie formuły matującej z kryjącą. Matująca kryje nieźle, matuje na około 4 godziny. Kryjąca daje prawie efekt Photoshopa, cera po jej użyciu wygląda tak idealnie, że aż sztucznie. Niestety buzia po jej użyciu zaczyna się świecić po 2 godzinach.

Gdy zamawiałam próbki, do wyboru było 9 odcieni, teraz jest ich 15. Dobrze, że paleta kolorów się powiększa, więcej osób znajdzie coś dla siebie. Kolory, które do mnie trafiły były w czasie, w którym je zamawiałam, najjaśniejszymi odcieniami. Natural Light wydawał się początkowo idealny - zbalansowany beż, jakiego długo szukałam. Na twarzy jednak wyszły z niego paskudne różowe nuty. Pomijając fakt, że Beige Light jest dla mnie za jasny, muszę mu zarzucić to, że z kolei dość mocno wybija na pomarańcz.

Góra: Natural Light
Dół: Beige Light

Góra: Natural Light
Dół: Beige Light

Góra: Natural Light
Dół: Beige Light

Róż w odcieniu Nude bardzo mnie zaskoczył. Zdecydowałam się na ten odcień, ponieważ na zdjęciach wyglądał na piękny róż. Tymczasem, po otworzeniu koperty, srodze się zdziwiłam. Wypadł z niej bowiem słoiczek z sinobrązoworóżowym czymś. Chwila, to chyba nie to! Jednak po rozprowadzeniu na skórze, bliżej niezidentyfikowany kolor pokazał swoją urodę. Dość chłodny, ale w miarę naturalny odcień różu wygląda znakomicie! I piszę to ja, która zawsze uważała, że jak róż, to tylko w ciepłej tonacji. Dodatkowym plusem jest fakt, że róż świetnie się trzyma. Cały dzień jest na buzi, nie znika tak szybko jak ulubiony Bell.

Góra: Annabelle Minerals Nude
Dół: Bell 2skin pocket 051
Zdecydowanym atutem tej marki jest cena jej produktów. Najmniejszą pojemność podkładu, czyli 4g, kupimy za 30 zł (10g - 50 zł). Uważam, że taka mała pojemność jest świetna dla osób, które nie są całkowicie przekonane do minerałów, a także dla tych zdecydowanych z mniejszym budżetem. Za 4g różu także zapłacimy 30 zł (co jest ceną standardową, jak na róż mineralny)

Teraz używam podkładu mineralnego z Lily Lolo, ale do Annabelle na pewno jeszcze wrócę, szczególnie, że w ofercie pojawiły się nowe odcienie, z których może uda mi coś dopasować.

wtorek, 20 listopada 2012

Disco Relax, tfu, Radox Relax i Soothe żel pod prysznic

Pamiętacie ten program prawda? Wiem, że pamiętacie, choć większość z nas chciałaby wymazać disco polo ze swojego życia. Ale do tej pory na suto zakrapianych imprezach, wychodzi na światło dzienne świetna znajomość tekstu (o zgrozo w całości!) Mydełka Fa i Majteczek w kropeczki :D. Tylko mi nie śpiewać tu, proszę.

Żel pod prysznic to kosmetyk, który idzie u mnie jak woda. Dlatego średnio zużywam 2 butelki miesięcznie, chyba że najdzie mnie ochota na gąbkę, która pozwala bardziej rozsądnie dawkować produkt. Ale coś za coś, taka gąbka to potencjalne siedlisko bakterii.

Ponieważ zużywam sporo żeli, zwykle kupuję te, które są w promocji. I tym sposobem do mojej łazienki trafiły 2 butelki żelu marki Radox:  lawenda w towarzystwie lilii wodnej (Relax) oraz wanilia i imbir (Soothe).

Zacznę standardowo od opakowania. Butelka stoi na nakrętce, co pozwala produktowi spłynąć i gwarantuje pełniejsze jego zużycie. Ponadto opakowanie ma całkiem przyjemną linię. Co prawda, moje małe rączki nie chwycą go pośrodku, ale całkiem przyjemnie trzyma się go od góry w najwęższym punkcie, to wygodne rozwiązanie.

Żele trochę różnią się między sobą konsystencją. Oba są dość płynne, ale Relax ma bardziej żelową konsystencję (i moim zdaniem dzięki temu jest przyjemniejszy w użyciu). Natomiast Soothe to takie rzadkie, lejące mleczko. Pienią się w zadowalającym stopniu, mam wrażenie, że Relax bardziej niż Soothe. Nie powodują nadmiernego wysuszenia skóry, nie ściągają jej.

Nie wiem jak dla was, ale dla mnie kluczową sprawą w przypadku żelu jest jego zapach. Lubię się rozpieszczać ładnie pachnącymi kosmetykami do pielęgnacji. Zdecydowałam się akurat na te, a nie inne warianty zapachowe Radoxa, ponieważ po przeczytaniu ich nut zapachowych byłam oczarowana. Na wersję Soothe byłam zdecydowana od razu, Relax wzięłam właściwie bez zastanowienia. I to ten bardziej spontaniczny, prawie losowy, wybór, bardziej mnie zachwycił. Relax pachnie prześlicznie! Obawiałam się lawendy, ponieważ w wielu kosmetykach można się spotkać z jej ostrym, świdrującym w nosie wariantem, za którym ja akurat nie przepadam. Tutaj lawenda jest bardzo delikatna. Gdybym nie czytała nut zapachowych, stwierdziłabym, że w wersji Relax, oprócz lilii wodnej znajdziemy wanilię, nie lawendę. Znacznie gorzej zapachowo wypada Soothe. Uwielbiam wanilię, ale jej połączenie z imbirem jest w wykonaniu Radoxa mało ciekawe. Zapachy są dość delikatne, nie utrzymują się na skórze po prysznicu. Ale za to uprzyjemniają tę czynność.

To całkiem przyzwoite żele, choć moich faworytów (żeli Nivea) nie pobiły. Może skuszę się na wersję Relax, ponieważ podobał mi się jej zapach.

Skład wersja Relax: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Sodium Chloride,  Cocamidopropyl Betaine, Parfum, Sine Adipe Lac, Lavandula Angustifolia Flower Extract, Nymphaea Alba Root Extract, Citric Acid, Butylphenyl Methylpropional, Sodium Lactate, Polyquaternium-7, Limonene, Linalool, Trisodium Ethylenediamine Disuccinate, Propylene Glycol, Sodium Benzoate, CI 17200, CI 42090

Skład wersja Soothe: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Sodium Chloride, Cocamidopropyl Betaine, Parfum, Sine Adipe Lac, Vanilla Planifolia Extract, Zingiber Officinale Root Extract, Citric Acid, Styrene/Acrylates Copolymer, Sodium Lactate, Polyquaternium-7, Propylene Glycol, Limonene, Sodium Benzoate, CI16035


Cena: ok. 7-8 zł/250 ml
Dostępność: Natura, Rossmann, Tesco, Kaufland
Ocena: 3/5

sobota, 17 listopada 2012

Od zmierzchu do świtu, od świtu do zmierzchu. Rimmel Glam' eyes Day2Night Mascara

My kobiety lubimy trochę oszukiwać. Nie twierdzę, że kłamstwo to nasza broń kobieca, ale zdarza nam się lekko koloryzować. Szczególnie siebie. Poprawiamy naturę, choć nie zawsze są to zabiegi drastyczne przy użyciu skalpela i strzykawki. Ukrywamy cerę pod korektorami, podkładami i pudrami, różowimy policzki, wysmuklamy twarz bronzerem, ożywiamy usta szminką, domalowujemy sobie brwi, czernimy rzęsy... Robimy wszystko, żeby zatuszować mankamenty, a na pierwszy plan wyłożyć atuty. A do tego bardzo często potrzebujemy arsenału z prawdziwego zdarzenia. Dlatego szukamy kosmetyków cudownych, które z brzydkiego kaczątka wyczarują nam łabędzia (mało oryginalny tekst, wiem). Cuda zdarzają się rzadko, dlatego jesteśmy wiecznymi poszukiwaczkami. Dziś przestawię kolejny przystanek w drodze do tuszu idealnego, czyli Rimmel Glam' eyes Day2Night.

Tym razem, choć zacznę od kwestii technicznych, nie będę plotła bzdur o pierdołach. W przypadku tuszy opakowanie, a ściślej ten patol w środku, zwany popularnie szczoteczką, jest niezwykle istotny. Day2Night był szeroko reklamowany jako tusz z dwiema szczoteczkami. Dlatego gdy tylko wpadł w moje łapy, sprawdziłam czy to prawda. Oczywiście, że nie, szczoteczka jest jedna. Na czym polega cały myk? Na rurce. Odkręcając różową nakrętkę wyciągamy szczoteczkę wręcz oblepioną tuszem - w "zwykłych" tuszach mamy gwint, przez który przeciągamy szczoteczkę, co pozwala nam na pozbycie się nadmiaru tuszu. W wersji Volume gwint jest bardzo szeroki, dlatego ze szczoteczki prawie kapie. Gdy odkręcimy czarną nakrętkę, ta sama szczoteczka zostaje przeciśnięta przez całą rurkę, co "odsącza" tusz. 

Skoro odkryłam tajemnicę wszech czasów, to czas teraz opisać efekty, jakie możemy wyczarować za pomocą tego kosmetyku. Reklamy telewizyjne wskazywały na to, że różowa nakrętka pozwala na osiągnięcie wieczorowego efektu, natomiast czarna - dziennego. Moim zdaniem zarówno Volume, jak i Length dają zwyczajny, codzienny efekt. Jeżeli ktoś lubi delikatny makijaż wieczorem, proszę bardzo. Z doświadczenia jednak wiem, że zwykle szukamy wtedy tuszu, który zrobi nam prawdziwe firanki. Wersja Volume raczej nam tego nie zapewni.

Pierwsze zastrzeżenie jakie mam do Volume to szczoteczka, a właściwie nie tyle ona, co brak ściągającego nadmiar produktu, gwintu. Nabieramy go za dużo, co jest kłopotliwe szczególnie wtedy, gdy tusz jest świeży. Grudy i pozlepiane rzęsy mamy gratis w pakiecie. Po około miesiącu od rozpoczęcia używania jest nieźle, tusz znacznie lepiej rozczesuje rzęsy. Jakie rezultaty osiągniemy wersją Volume? Delikatne wydłużenie i pogrubienie. Nie jest to jednak spektakularny, olśniewający efekt, jakiego wiele z nas oczekuje wieczorem. Na co dzień - jak najbardziej.

Rozczarowała mnie wersja Length. Jedyne co robi, to maluje rzęsy na czarno. Pogrubienia brak, wydłużenie w minimalnym stopniu. Szczoteczka jest odsączona aż za bardzo, co ma swoje plusy, ponieważ tutaj nie ma zlepiania i grud, a rzęsy są znacznie lepiej rozczesane.
Mam mieszane odczucia odnośnie tego tuszu. Nie sądzę, że jest to wybitny kosmetyk, uważam, że podobny efekt można uzyskać przy udziale produktów trzy razy tańszych. Jedyne co mi się w tym tuszu podoba to to, że się nie kruszy i nie osypuje. Naprawdę, wcale. Ale efekt mnie nie powalił, wrócę do poszukiwania idealnego ideału (bo kilka nieidealnych już znalazłam :D) wśród tanich mazideł.

Cena: 30 zł/9,5 ml
Dostępność: Rossmann, Natura, Hebe, Super-Pharm
Ocena: 3,5/5

czwartek, 15 listopada 2012

Moc zieleni wszystko zmieni? Vichy Normaderm 3w1 Cleanser + Scrub + Mask

Po tym, jak zrobiłam sobie największe kuku w kosmetycznej historii, trzeba było naprawić szkody. Doraźną pomoc przyniósł olejek z drzewa herbacianego. Jednak dopiero po sięgnięciu po pękatą tubę z Vichy udało się w znacznej mierze zażegnać kryzys.

Seria Normaderm nie jest mi obca. W zeszłym roku przez długi czas byłam wierna ich żelowi do mycia buzi, który był niesamowicie wydajny (recenzja). Dlatego, gdy na spotkaniu blogerek, z magicznej torby wyciągnęłam produkt 3w1 byłam zaciekawiona.

Nie jestem miłośniczką produktów typu "trylion w jednym". Nie wierzę w te wszystkie zapewnienia producentów, o możliwych zastosowaniach i cudownemu działaniu. Nie uwierzę w bajki o myciu, prasowaniu i drapaniu po plecach dzięki jednemu produktowi. Gdy zobaczyłam na opakowaniu "3w1" włączył mi się złośliwy chochlik. Ja ci teraz dam do wiwatu Vichy!

Normaderm 3w1 to w założeniu żel do mycia twarzy, peeling i maska w jednym. Peeling z niego raczej słaby, bo drobinki w nim zawarte są małe i delikatne. Jako maska zasycha na buzi na nieprzyjemnie ściągającą skorupę. Ale w roli żelu do mycia twarzy sprawdził się świetnie.

Kosmetyk zamknięty jest w solidnej tubie z grubego, ale nie twardego, plastiku. Opakowanie jest bardzo dobre, ponieważ sam produkt ma konsystencję gęstszej pasty, której nie można było zamknąć w byle czym. W lichej, giętkiej tubce nagrodą gwarantowaną byłaby eksplozja. Mimo tego, że Vichy postawiło na mój ulubiony typ opakowania, czyli stojącą "na głowie" tubę, mam pewne zastrzeżenia. Pod koniec bardzo ciężko jest wycisnąć produkt. Po rozcięciu opakowania, okazuje się, że całkiem sporo go jeszcze zostaje. Uczulam więc, żeby rozciąć tubę przed jej wyrzuceniem.

Skoro mam już za sobą standardową część narzekania dotyczącą opakowań, to przejdę teraz do tego, co najważniejsze, czyli działania. Jak wspominałam, z tego trójgłowego psa uczyniłam sobie żel do mycia twarzy. Mimo, że produkt ma tępawą konsystencję, po rozrobieniu z wodą bardzo dobrze się rozprowadza i nie trzeba go zbyt dużo nakładać. Dobrze zmywa makijaż twarzy. Skóra po jego użyciu jest oczyszczona i bardzo gładka - kremy znacznie lepiej "suną" po buzi. Dzięki niemu pojawia się znacznie mniej niespodzianek - doceniłam jego działanie po odstawieniu, dzięki niemu nie miałam kilkusyfowego bindi na czole, które niedawno znowu mi się pojawiło :(. Vichy stało się miłą odmianą po śmierdzielu Alterry, jego zapach jest delikatny, charakterystyczny dla serii Normaderm.

Skoro jest tak pięknie, to czego można się tu czepić? Ceny. 40 zł to sporo jak na produkt myjący. Spróbuję znaleźć coś tańszego, a jeżeli nie, to choćbym miała gryźć trawę, kupię go ponownie.

Skład: Aqua, Kaolin, Butylene Glycol, Zea Mays Starch, Glycerin, Decyl Glucoside, Cl 77891, Polyethylene, Chondrus Crispus, PEG-7 Glyceryl Cocate, Cl 42090, Cl 77288, Glycolic Acid, Zinc Gluconate, Salicylic Acid, Sodium Hydroxide, Sodium Chloride, Coco-Betaine, Dipotassium Glycyrrhizate, Disodium EDTA, Xanthan Gum, Parfum

Cena: ok. 37 zł
Dostępność: apteki (np. Dbam o zdrowie)
Ocena: 4,5/5 

wtorek, 13 listopada 2012

Lek na dzień do d..., eee, kupy? Najlepszy - zakupy!


Ostatnio jakoś mi tak źle. Choć marudzenie jest u mnie na porządku dziennym, to od pewnego czasu miauczę częściej. Może to z powodu przeziębienia, a może dopadła mnie jesienna melancholia. Ponieważ nawet mi zdarzają się takie chwile, gdy czekolada to za mało, trzeba czasem bardziej się rozpieścić.

Wspominałam wam, że choć chętnie podglądam notki zakupowe u innych, sama raczej ich nie tworzę. Zwykle kupuję partiami - raz to wpadnie do koszyka, innym razem złapię coś innego... Pojedyncze skoki w pewnym odstępie czasu. Jednak przez ostanie dni zakupiłam aż 4 (!!!) rzeczy, co jak na mnie jest zjawiskiem niebywałym :D.

Zeszły tydzień spędziłam kichając na klawiaturę. Byłam tak znudzona i zdesperowana, że nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Wtedy wpadłam na genialny pomysł. Książkę sobie kupię! Do miasta pojechałam po "Matkę ryżu" Rani Manickiej, którą spodziewałam się zastać w jednym ze stanowisk z tanimi książkami, ale niestety musiałam obejść się smakiem. Niepocieszona, ze łzami płynącymi po policzkach i kapiącym nosem, poszłam do Matrasa. Matras, jak to Matras, zawsze ma coś w promocji. Przejrzałam półki, poszperałam na wyspach... Mój wzrok przykuła różowa okładka z dziewczynkami. Nazwisko autorki było mi znane, więc wzięłam książkę do ręki. Przeczytałam opis oraz zamieszczony na okładce fragment, przekartkowałam i odłożyłam... Wróciłam do domu z pustymi rękoma. Ale coś mi Samozwaniec nie dawała spokoju. Wyszukałam tę nieszczęsną Marię i Magdalenę w Biblionetce i... poleciałam po nią w poniedziałek. Obawiałam się bałwochwalczych pieśni na temat Marii Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej (siostry autorki), ale choć ich nie brak, to powieść dostarcza sporo wiadomości na temat życia i obyczajów "kiedyś". Takie pozycje to ja lubię.

Chciałam też umilić sobie czytanie zapachem jakiegoś wosku YC, ale w Piotrze i Pawle mieli tylko lawendę, różę, rumianek i znany mi już Beach Walk... Łeeeeee... Poszłam więc poszwendać się po markecie, gdy moją uwagę zwróciła żółta promocyjna cena pomadek Bebe. Nie żebym potrzebowała kolejnego smarowidła do ust. Ale to tylko 4 zł...  I tym sposobem zaopatrzyłam się w niezbyt potrzebną Bebe Intensywna Pielęgnacja, którą niestety zapomniałam wyjąć z żelaznych zapasów przed spontaniczną sesją zdjęciową.

Wczoraj jak pies z wywalonym językiem biegałam po Rossmannach w poszukiwaniu nowości z Original Source. Byłam w 3 i albo mieli tylko wersję pomarańcza z likierem (Bella uświadomiła mi, że to lukrecja, a nie likier :D:D), albo nowości nie było wcale. Gdzie moja śliwka, ja się pytam?! Na szczęście dzisiaj udało mi się ją złapać. Już nie mogę się doczekać prysznica :).

Od pewnego czasu poszukuję idealnego lakieru nude. Nie chcę, żeby był zbyt różowy, brązowy, czy żółty. W akcie desperacji zaczęłam się zastanawiać, czy nie poprosić Mikołaja o prezent w postaci OPI, czy Essie... W Golden Rose pojawiły się jednak nowe lakiery, w tym seria Selective, w której znalazło się kilka odcieni, które chciałam obejrzeć. I w końcu zdecydowałam się na ten, który pierwszy wpadł mi w ręce: 12 Beige Satin. Zobaczymy, co to za cudo. Przy okazji: może mi polecicie jakiegoś nudziaka?

Jak tam u was? Dopadł was "marudny" wirus?

niedziela, 11 listopada 2012

Zwykła woda urody doda? Avene Woda termalna

Woda jest niezbędna do życia. Banał, wszyscy to wiedzą. Woda otacza nas zewsząd, jest składnikiem znakomitej części używanych przez nas kosmetyków. Skoro z wodą stykamy się na każdym kroku, możemy iść do łazienki i puścić ją sobie z kranu, to po co w takim razie część z nas biega z wywieszonym językiem do apteki i rzuca się na wody termalne?

W mojej łazience pewnie nigdy nie pojawiłby się tego typu kosmetyk, gdyby nie promocja w Super-Pharm. 40 zł za 150 ml (a więc nawet nie szklankę!) wody to cena kosmiczna. Za dychę mogę w ostateczności sprawdzić, czy to to jest na tyle cudowne, że ponad 300 recenzentek KWC przyznało mu ocenę oscylującą w granicach 4,40/5. Zwykle ile bab, tyle opinii, zazwyczaj rozbieżnych. Dlatego tak wysokie noty były dla mnie sporym zaskoczeniem.

Woda zamknięta jest w opakowaniu typowym dla dezodorantów. Dlatego, jeżeli używanie antyperspirantów w sprayu, a lubicie rano odświeżyć zaspaną twarz wodą termalną, radzę uważać i nie stawiać tych produktów blisko siebie. Bo można się bardzo nieprzyjemnie obudzić :D. Atomizer rozpyla wodę w formie mgiełki, nie strumienia, za co plus. Opakowanie jest świetne, ponieważ (nie wiem jakim cudem), ale woda w nim zawarta pozostaje przyjemnie chłodna, nawet po spacerze w nagrzanej słońcem torebce podczas największych upałów.

Pytanie zasadnicze: do czego można stosować wodę termalną. Spokojna głowa, gdyby ktoś kupił i nie bardzo wiedział do czego służy woda, może zerknąć na dołączoną ulotkę. A tam producent w 3 językach : francuskim (oczywiście), angielskim (jestem pod wrażeniem) oraz obrazkowym (jak chłop krowie na rowie) objaśnił możliwości wykorzystania produktu. A jest ich co niemiara. Oczywiście nie przetestowałam wszystkich wariantów użycia, bo co jak co, ale wydawało mi się, że wiem gdzie taką wodę mogę stosować. O ja nieszczęsna, tyle mnie ominęło!


Co więc ja z nią robiłam? Stosowałam ją głównie na twarz. Dobrze sprawdziła się jako tonik, odświeżała cerę. Producent zaleca jej zmywanie po aplikacji, ale czasem (szczególnie w upały) pozwalałam, żeby odparowała z twarzy sama. Nie dziwię się zaleceniom producenta - choć czytałam o cudownie nawilżającym  działaniu wód termalnych, wydaje mi się, że ta z Avene odparowuje na "sucho", nie nawilża, co może spowodować zwiększenie uczucia suchości u osób z cerą suchą. Woda dość dobrze koi cerę - stosowałam ją w okresie, gdy na mojej buzi były paskudne czerwone wykwity, a także wtedy, gdy podrażnił mnie filtr Sorayi; po zroszeniu wodą, zaczerwienienia na twarzy ładnie bladły. Świetnie się też sprawdziła w roli fixera makijażu - podkład kryjący z Annabelle Minerals dawał bardzo sztuczny, pudrowy efekt na twarzy, natomiast po spryskaniu wodą znacznie lepiej wtapiał się w cerę, stawał się bardziej naturalny.

Mówiąc krótko: uwielbiam ten produkt, czuję się przekonana do wody termalnej. Natomiast nie do końca przekonuje mnie ich cena. Poszukam tańszego wariantu (może Iwostin), a jak nie, to będę polowała na szalone promocje.

Cena: ok. 40 zł/150 ml
Dostępność: Super-Pharm, Doz, apteki
Ocena: 4,5/5

piątek, 9 listopada 2012

Fiku - miku, pokaż, co masz na nocnym stoliku - tag


Za przekazanie taga dziękuję Piękności Dnia.

Zasady:
1.Zamieść znaczek taga i napisz kto Cię otagował
2. Zrób zdjęcie swojego stolika lub tego czego używasz do trzymania rzeczy  i pokaż je na blogu.
3.Opisz jakich kosmetyków używasz ostatnio przed snem
4.Co jeszcze tam trzymasz  ?
5. Przekaż tag 5 blogerkom.

Stolik nocny to świetny wynalazek. Mały mebel, na którym można trzymać najbardziej potrzebne przed snem rzeczy, umilające te chwile przed zaśnięciem. Cudownie, takiego grata jeszcze nie mam. I nie bardzo chyba potrzebuję, ponieważ jako bałaganiarze z certyfikatem, kolejny mebel mógłby stworzyć tylko pole do kolejnej chaotycznej i jakże artystycznej aranżacji.

Moim małym centrum dowodzenia jest biurko. To stanowisko komputerowe, miejsce do nauki i toaletka w jednym. Z tego powodu jest tam mydło i powidło, tysiąc rzeczy niezbędnych i milion niepotrzebnych pierdół, czyli wszystko, co muszę mieć pod ręką. Tam też znajduje się to, co normalni ludzie trzymają na nocnych stolikach. Żeby nie było wstydu, zebrałam tych kilka drobiazgów do kupy, co obrazuje niniejsze zdjęcie:


Zwykle wszystkie zabiegi kosmetyczne wykonuję w łazience. Potem szybko biegnę do pokoju i na bombę rzucam się na swoją leżankę i zastanawiam się, czym by się tu jeszcze wysmarować. Zazwyczaj obowiązkowo smaruję usta wazeliną (ta poziomkowa z Flos-Leku jest złośliwa i nie chce się skończyć), a dłonie kremem (w tej chwili jest to Pat&Rub, w którym na razie najbardziej lubię opakowanie typu air less) - do uroków sezonu grzewczego należą suche jak papier ścierny łapy. Kiedy nie padam na twarz, zaczynam kombinować z innymi smarowidłami. Na stopy ląduje wtedy krem (całkiem niezła, choć tłustawa Paloma), skórki dopieszczam balsamem Essence. Jak bardziej mnie nosi, to wtedy sięgam po peeling do ust Pat&Rub (nie przemawia do mnie instytucja kupnego peelingu do ust, zwłaszcza że można go zastąpić scukrzonym miodem, pastą z miodu płynnego i cukru albo miękką szczoteczką do zębów).

Kosmetycznie zaspokojona, zabieram się za inne przyjemności. Bardzo chętnie czytam. Najczęściej staram się wybierać książki wcześniej mi nie znane i korzystam z usług biblioteki miejskiej - w tej chwili np. podróżuję z Willem Fergusonem po Japonii. Nie zawsze jednak pamiętam o zapewnieniu stałego dostępu do nowości, dlatego z wielką chęcią wyciągam z regału pozycje własne, znane i lubiane - do zdjęcia załapało się Pancerne serce (gdyby nie ta rozwlekła końcówka...), Na plebanii w Haworth (gorąco polecam wszystkim fanom sióstr Bronte oraz klimatu XIX- wiecznej Anglii!) oraz moja ukochana Pokuta.

Kiedy wieczorem się odprężam, często snuję rozmaite plany. Niczym Mózg z kreskówki (ten od Pinky'ego) zastanawiam się, jak podbić świat. Wszystkie wspaniałe pomysły zapisuję w kalendarzu. Jakbym go zgubiła, to byłby płacz, a w akcję poszukiwawczą zaangażowałabym wszystkie służby porządkowe.

Tuż przed zamknięciem oczu zdejmuję swoje patrzałki i chowam je do futerału w jednym z moich ulubionych kolorów, czyli szarym. Szukając rano wyjącego wniebogłosy budzika, jak zwykle zakopanego pod stertą papierzysk, mogłabym przypadkiem strącić okulary na podłogę... A w futerale nic im się nie stanie. Chyba :D.

Czy wy także odprawiacie wieczorem jakieś rytuały? Jak umilacie sobie czas przed zaśnięciem?
Ponieważ nie chcę, żeby ktoś się czuł zobowiązany, otwieram tę zabawę i taguję wszystkich, którzy mają ochotę odpowiedzieć :).

środa, 7 listopada 2012

Ciężar gładkości. Isana Haarkur Liquid Silk

Jestem zazdrosną bestią. Paskudną i małą osobą. Zazdrość to czwarty grzech spośród siedmiu głównych (przynajmniej według tej szczątkowej wiedzy, która ostała się za czasów komunii :)), najchętniej popełniany przeze mnie. Zazdroszczę wszystkim wszystkiego. Od ładnych paznokci na stopach po włosy. No właśnie włosy. Zawsze marzyłam o pięknych, jedwabistych drucikach. Część mojej prośby została spełniona, ponieważ moje włosy przypominają druciki. Ale takie po przejściach, jakby lekko powyginane. Dodatkowo czupryna bardzo często ma fakturę siana. Skoro natura nie spełniła moich próśb, trzeba poradzić sobie samemu. Dlatego dzięki ci Panie za wygładzające odżywki!

Dlaczego zdecydowałam się na Isanę? Hmmm, trzeba by wymyślić lepszy powód niż kolor opakowawania. Ale to chyba on i napis "silk" były tymi czynnikami, które sprawiły, że skusiłam się na ten produkt.

Maska (tym razem wytoczyłam cięższe działa, niż jakieś tam odżyweczki) zamknięta jest w fatalnym opakowaniu. Wydaje się, do stojącej na nakrętce tuby nie można się przyczepić, bo to w gruncie rzeczy wygodne rozwiązanie. Jednak ja się przyczepię, a co! Produkt jest bardzo konkretny, gęsty, a tuba w porównaniu z nim licha i cienka. Nie wiem, czy któregoś pięknego dnia nie pęknie podczas wyciskania produktu. Ach, ta adrenalina podczas kąpieli :D.

Maska ma bardzo treściwą konsystencję. Może nie jest to maść, ale z pewnością mogę porównać tę maskę do bardzo gęstego balsamu. Dobrze się ją nakłada, trzyma się na włosach, nie spływa. Choć porcja 2/3 - 3/4 łyżeczki wydaje się niewielka, to jednak starcza na całe włosy (moje w tej chwili sięgają za łopatki) - produkt bardzo dobrze po nich sunie. Radzę z nią nie przesadzać, ponieważ nałożona w dużych ilościach potrafi zrobić modelowe strąki i dodatkowo, jeżeli ktoś nakłada ją od nasady, efekt czepka.

Skoro już wiadomo, że z tubą trzeba obchodzić dość ostrożnie, a maskę należy dawkować w skromnych ilościach, przyszedł czas na opis efektów. A te są naprawdę zachęcające. Maska fenomenalnie wygładza włosy. Są duuuużo gładsze, bardziej zdyscyplinowane i błyszczące. Może nie prostuje człowiekowi kłaków, ale nawet moje niesforne fale są trochę mniej pokręcone, a linia włosów bardziej miękka. Naprawdę świetnie wygładza.

Ponieważ zawsze "ale" musi być, to się trochę przyczepię. Choć efekt gładkich włosów jest widoczny gołym okiem, to mam wrażenie, że po użyciu tej maski moje włosy nie są dostatecznie nawilżone. Jeżeli jednak wcześniej nałożę olej, to po nałożeniu maski jest miodzio.

Myślę, że to dobry produkt, z pewnością powinny po niego sięgnąć dziewczyny, które lubią gładkie włosy, a natura im takowych poskąpiła :).

Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Bis-Diglyceryl Polyacyladipate-2, Glycerin, Propylene Glycol, Cetrimonium Chloride, Hydrolyzed Silk, Isopropyl Palmitate, Parfum, Citric Acid, Sodium Citrate, Methylparaben, Propylparaben, Cl 14720

Cena: ok. 8 zł/150 ml
Dostępność: Drogerie Rossmann
Ocena: 4/5

niedziela, 4 listopada 2012

(Dwu)faza na demakijaż. Bielenda Awokado Łagodny 2 - fazowy płyn do demakijażu oczu

Człowiek jest z natury istotą wygodną i leniwą. Czasem tak mu się nie chce, że to ludzkie pojęcie przechodzi. Nie uwierzę, że nie zdarzają się wam dni, gdy po przyjściu do domu, macie ochotę tylko na małą drzemkę. Taką pięcio-, no może dziesięcio- albo piętnastominutową. Wyraźnie czujecie siłę przyciągania kanapy... Spaaaaaaaaaać.... I nie wiedzieć czemu budzicie się rano. Idziecie do łazienki, patrzycie w lustro a tam... AAAAAAAAAAA! Zombie na mnie patrzy! Chwila... To nie zombie, Halloween już minęło, to ja. Co za ofiara losu. Mistrzowska panda, cienie w okolicy brody, twarz w dziwne placki... Dlatego, moje miłe panie, żeby nie podnieść sobie ciśnienia rano, wieczorem obowiązkowo zmywamy makijaż :).

Czasem jednak nie usuniemy naszej, dobrze położonej, szpachli szarym mydłem i wodą. Potrzebujemy czegoś super, skutecznego jak Fairy, Somat i Vizir do spółki... I wtedy na pomoc przychodzą nam one, płyny dwufazowe.

Lubię markę Bielenda, choć nie ze względu na wybitne działanie pielęgnacyjne ich produktów. Nieee. Jako duże dziecko lubię kolory. A tych Bielenda nie szczędzi - zarówno opakowaniom, jaki i "właściwym" produktom. Dziś bohaterem notki jest soczyście żółto - zielony płyn dwufazowy z serii Awokado.

O tym, jak skutecznie można poradzić sobie z makijażem oczu za pomocą tłustych substancji, świetnie wiedzą miłośnicy OCM i zmywania makijażu oliwką. Z OCM się nie polubiłam na dłuższą metę, oliwki używam tylko w sytuacjach awaryjnych. Za to po płyny dwufazowe sięgam chętnie.

Bielenda Awokado w zamyśle jest jak każda dwufaza. Trzeba zmieszać fazy, zmoczyć wacik i przytknąć go do oka. I tu zwykle zabawa się kończy, chyba, że któryś kosmetyk zaprzyjaźnił się z naszą powieką i nie chce jej opuścić. Wtedy delikatna perswazja załatwia sprawę. Płyn pozostawia po sobie wspomnienie w postaci tłustawej warstwy; w przypadku Bielendy nie jest ona jednak tak ciężka i tłusta, jak przy okazji demakijażu płynem Ziaji (słowo daję, smalec zostawiłby mniej tłuszczu na powiekach niż Z.).

Jak Bielenda radzi sobie ze zmywaniem? Dobrze, choć nie idealnie. Ale żeby nie być gołosłowną, przeprowadziłam mały test skuteczności, w którym udział wzięli:

♣ Essence Kajal 22 Taupe me!
♣ Hean Hypno Style Eyeliner
♣ Max Factor Lip Tint
♣ Maybelline Colour Tattoo
♣ My Secret Satin Touch Kohl

Część z użytych kosmetyków to produkty bardziej trwałe. Lip tint i eyeliner w płynie trochę się opierali. Przy użyciu odrobiny siły, eyeliner opuścił moją dłoń. Jedynie Max Factor przez jakiś czas przypominał o sobie różową plamą. Bielenda radzi sobie także z wododpornymi eyelinerami Essence i bardzo trwałymi tuszami. Zmywa je, nie rozmazuje.

Polecam ten płyn, niedrogi i delikatny dla oczu (moich nie podrażnił), a przy tym całkiem dobrze zmywa.

Skład: Aqua, Cyclomethicone, Isohexadecane, Glycerin, Persea Gratissima Oil, Arginine PCA, Elaeis Guineensis Oil, Sodium Chloride, Cocos Nucifera Oil, Disodium EDTA, Methylparaben, DMDM Hydantoin, CI 42090, CI 19140 

Cena: ok. 10 zł/125 ml
Dostępność: Natura, Hebe, Kaufland
Ocena: 4/5

czwartek, 1 listopada 2012

Pa, pa(ździernik)!


Ponieważ torba z wyrzutkami kosmetycznego społeczeństwa zrobiła się na tyle pełna, że odmówiła przyjmowania kolejnych pustych opakowań, zdecydowałam się na uwolnienie jej zawartości. W październiku mój kosmetyczny zakład karny opuszczają:

1. Vichy Normaderm 3w1 - buuuuuuuuuuu, chlip, chlip! Jak on śmiał się skończyć?! Kto mu pozwolił? No, ale zgodnie ze starym porzekadłem, wszystko co dobre, szybko się kończy. Moja skrzywdzona złym dotykiem OCM z radością powitała ten produkt. Żegna go trochę mniej szczęśliwa. Czy warty jest aż takiej rozpaczy? Niedługo się dowiecie, recenzja się pisze :).

2. Isana Mandelöl Krem do rąk - naprawdę przyjemny krem do rąk. Idealny do torebki. Lubię używać kosmetyków pielęgnacyjnych, które ładnie pachną - wtedy z chęcią po nie sięgam. Dzięki swojemu zapachowi, ten krem często lądował na moich dłoniach, wsmarowywałam go z wielkim zapałem. Chciałam zrobić zapasy, ale chyba Rossmann nie żartował umieszczając na nim napis "limited edition", bo od pewnego czasu nie widuję go na półkach. Szkoda. Muszę poszukać jakiegoś innego ładnie pachnącego kremu do rąk. Może mi coś polecicie?

3. Acerin Komfort Dezodorant do stóp i obuwia - psikadła z Acerinu to moje ulubione spraye do stóp. Bardzo zaprzyjaźniłam się z wersją Women Fresh, ale muszę przyznać, że Komfort pogonił jej kota. Może nie pachnie tak przyjemnie, jak dezodorant przeznaczony dla pań, ale jest dużo bardziej skuteczny. Odświeża na długo, maskuje nieprzyjemny zapach stóp. Polecam gorąco, z pewnością wrócę de niego, gdy zrobi się cieplej.

4. Dulgon Schwups - Schwaps Schaum - Traum Shampoo - szampon o obłędnie morelowym zapachu, który umilał mycie włosów. Może nie był to produkt idealny, ale moją skórę głowy traktował delikatnie, z należytym szacunkiem. Obecnie daję szansę wersji kokosowej, która rozczarowuje mnie swoim niezbyt intensywnym zapachem.

5. Hipp Krem pielęgnacyjny do twarzy i ciała - nie ukrywam, że ostatnimi czasy trochę się odmładzam poprzez używanie kosmetyków dla dzieci :D. Zaraz trzeba będzie się naciągać, zainteresować się przeciwzmarszczkowym arsenałem... Ale zanim zacznę poszukiwać prasującego zmarszczki kremu, mogę sobie pozwolić na nieskomplikowane mazidła dla maluchów. Polubiłam krem Hipp, może jeszcze do niego wrócę. Teraz przyszła jednak pora na trochę bardziej dorosłe kremy, dlatego na twarzy rozpoczął swoje panowanie Fitomed.

6. Farmona Jantar Odżywka do włosów - i ja musiałam kupić tę sławną za siedmioma górami i lasami wcierkę. Niestety byłam tak niesystematyczna w jej używaniu, że powinnam jak Zgredek, przyprasować sobie palce za karę. Aby napisać pełną recenzję efektów po Jantarze, skusiłam się na drugie opakowanie. Nie lubię chałtury :).

7. Radox Żel pod prysznic wanilia i imbir - pierwszy raz z marką Radox spotkałam się miesiąc temu w Tesco. Wielka plakietka "nowość" oczywiście zwróciła moją uwagę. Dodatkowo rzut oka na promocyjną cenę i... Rzut za trzy punkty, dwa żele w koszyku! Postaram się o nich niedługo napisać.

8. Palmolive Żel pod prysznic Refreshing Moments - gdybym miała okazję wcześniej powąchać ten żel, w życiu bym go nie kupiła. Nawet za te 3 zł, które zapłaciłam za butelkę w Biedronce. Zapachowy koszmarek. Co gorsza, jeszcze jedną butlę mam w zapasie. Ja się chyba potnę...

9. Garnier Antyperspirant Clean Sensation - naprawdę jestem jakaś nienormalna. Ostatnimi czasy wszystko kupuję podwójnie: szampony, żele, antyperspiranty... Na dodatek im więcej sztuk danego kosmetyku kupuję, tym gorzej idzie mi jego recenzowanie. Garnier to kolejny gagatek, do którego opisania jakoś nie mogę się zabrać. Ech...

Komora maszyny losującej jest pusta, następuje zwolnienie blokady... Niniejszym ogłaszam rozpoczęcie listopada :D.

Jak u was wypada październikowy bilans?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...