Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

poniedziałek, 29 października 2012

Oko i oko(lice), czyli ulubieńcy października


Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta... Biorąc pod uwagę fakt, że w sobotę rano wiele z nas zaskoczył śnieg, który bynajmniej nie zamierzał stopnieć tak szybko, jak byśmy tego oczekiwali, a radio Zet stanęło na wysokości zadania i puściło "Last Christmas", można wysnuć wniosek, że za chwilę będziemy cieszyć się choinką. Jakby ktoś się nie zorientował (:D), właśnie mija październik, studenci budzą się z imprezowego snu, zaraz kolokwia, a do stycznia tylko jeden krok. Oj leci ten czas, leci, a im człowiek starszy, tym szybciej suną wskazówki zegarka.

Październik w tym roku był naprawdę piękny. Przez większą część czasu cieszyliśmy się modelową polską złotą jesienią. Tę radość manifestowaliśmy, tłumnie chodząc na spacery. Nawet takiemu sobkowi jak ja, zdarzyło się się wychodzić do ludzi. A ponieważ wychodząc trzeba jakoś wyglądać, szpachla musi być!

W tym miesiącu miałam wenę do makijażu. O ile makijażem można nazywać bliżej nieokreślone mazaje, w porównaniu z którymi malowidła z Lascaux to dzieła sztuki. Zgodnie z wyświechtaną maksymą, mówiącą, że oczy są zwierciadłem duszy, namiętnie przy nich grzebałam. Gdy przypadkiem udało mi się wcześniej wstać i nie gonić na łeb i szyję, to na całej powiece lądował cień Cappuccino z paletki Au Naturel ze Sleeka. Odkryłam, że ten pozornie niewidoczny beż, rewelacyjnie sprawdza się w codziennym makijażu. Zrobiłam w nim porządne zagłębienie i będę płakać, gdy mi się skończy. Myślicie, że Inglot 353 byłby godnym zastępcą?

Ponieważ jestem leniuchem, bardzo lubię ułatwiać sobie życie. Nie przepadam za machaniem pędzlem bez opamiętania, kilkukrotnym dokładaniem cienia, dlatego ogromniasta miotła Sephora Professionnel nr 21 podbiła moje serce. Dwa ruchy i cień siedzi na całej powiece :).

Do cienia Cappucciono, żeby nie było mu smutno, dobierałam średni brąz, którym zaznaczałam załamanie. Na Temptalii Inglot 344 wyglądał na taki ciepły, brudny odcień różu. A tymczasem ten oszust to taki przyjemny, kakaowy brąz.

Gdy zwlekałam się z łóżka za późno i nie chciało mi się bawić z bazą, rozcieraniem i innymi takimi, ładowałam paluchy do Maybelline Color Tattoo 25 Bad to the Bronze. Brązu nigdy dość, dlatego ten mieniący się na złoto, przypadł mi z miejsca do gustu.

Skoro jestem jeszcze przy górnej partii twarzy, to wspomnę o brwiach. Moje krzaczki jakie są, każdy widział. Ponieważ są one trochę niemrawe, trzeba im pomóc. Lekko podkreślone i uczesane za pomocą kredki Catrice 020 Date with Ash-ton (kapitalna nazwa!) oraz załączonej do niej szczoteczki wyglądają o niebo lepiej :).

Z obszaru "nadocznego" zjadę na piętro "podoczne". Na straży świeżego spojrzenia cały czas stoi korektor Alverde Camouflage 002 Beige. Staram się go oszczędnie dozować, ale jest tak przyjemny, że czasem ląduje także na innych partiach twarzy. Kolejne opakowanie już mam w planach.

Usta na jesieni także nie mogą być gołe. Choć szminek ci u mnie dostatek, nie mogłam odmówić sobie kupna Maroon z Catrice. Od dłuższego czasu szukałam takiego ciemniejszego różu, ale ze zdecydowanie cieplejszymi nutami i chyba w końcu udało mi się znaleźć wyśniony kolor.

Nie myślcie jednak, że tylko się pacykowałam. Myć się w końcu też trzeba :D. Ukochanym produktem pielęgnacyjnym tego miesiąca stał się Vichy Normaderm 3w1. Z tuby wylatują już smętne resztki, co niezmienienie mnie smuci. Moja cera bardzo go polubiła, okazał się prawdziwym wybawcą w trudnych momentach. Więcej na jego napiszę wkrótce.

Co was zachwyciło w październiku? Kosmetyk? A może książka lub film? Czy może obyło się bez fajerwerków?

piątek, 26 października 2012

Czy te oczy mogą kłamać? Mogą! Catrice Eyeshadow 410 C'mon Chameleon

Są takie kosmetyki, które nagle ni z tego, ni z owego zaczynają cieszyć się sporym zainteresowaniem licznej grupy osób. Zwykle same siebie napędzamy i każda leci do drogerii kupić tę jedną, wspaniałą, jedyną w swoim rodzaju, niepowtarzalną rzecz. Włącza się czerwona lampka "chcę", którą bardzo ciężko zignorować. Doprawdy, ciężko jest być rozsądnym konsumentem w dobie samonakręcającego się internetu :).

Jedną z takich pozycji z listy kosmetyków, które absolutnie musisz mieć jest pewien cień z firmy Catrice. Cień, którego wiecznie nie ma w szafie i do którego wzdychają posiadaczki wszystkich kolorów tęczówek. Za tym maluchem wysyła się prawie listy gończe. Każda z nas MUSI go mieć w swojej kosmetyczce. Mus to mus. I koniec.

C'mon Chameleon, bo o nim mowa, w szybkim tempie zjednał sobie rzeszę fanów. Dlatego, bo jest taki... inny (choć nie do końca inny, bo podobno stanowi odpowiednik cienia Club z firmy MAC). Początkowo wcale nie zamierzałam go kupić. Dlaczego? Ponieważ jeżeli istnieje kolor, którego nie znoszę, to jest to zieleń. A osławiony kameleon to teoretycznie ciemny odcień zieleni. Nieeeeeeeee, to nie dla mnie. Jednak, gdy kupowałam ten cień dla jednej z blogerek, zdecydowałam się złapać też jeden dla siebie. Po wyjściu z drogerii śmiałam się ze swojej uległości i podążaniu za owczym pędem :).

Skoro już kupiłam ten cień, to mogę go w końcu trochę poużywać, prawda? Spróbować można. Okazało się jednak, że zieleń widoczna w opakowaniu jest dość zdradziecka. Na oku tak na dobrą sprawę wychodzi z niej więcej brązowych niż zielonych nut. Szczerze mówiąc, żeby uzyskać kolor z nutami zieleni trzeba dokładać kilka porcji cienia i nie rozcierać go zbyt intensywnie. Kolor jest ciekawy,  taki zielono-brązowy. Z jednej strony interesujący, a z drugiej dość grzeczny, będzie pasował chyba do wszystkich tęczówek. Uniwersalny,  bo nałożony w większej ilości świetnie sprawdzi się w wieczorowym makijażu, ale w połączeniu z np. beżowym cieniem (moje ulubione zestawienie) nada się także na co dzień.

To bardzo ładny kolor, warto go mieć w swojej kosmetyczce. W zachwytach nad kameleonem nie mogę pominąć tego, co mi się w nim nie podoba. A jest to w dużej mierze jego trwałość, a raczej jej brak. Na powiekach saute trzyma się góra godzinę, na bazie (w moim przypadku Bell) zbiera się w załamaniach po około 2-3. Fatalnie. Tylko on jeden mi coś takiego odwala.

Skoro już marudzę, to wspomnę jeszcze o kolejnej kwestii, która mnie nie przekonuje w tym produkcie. A jest to jego opakowanie. Plastik jest gruby, solidny, ale to zamknięcie jest takie na słowo honoru trochę. Widzę, że Catrice coś uparło się na takie liche zamknięcia, które mogą podnieść ciśnienie.

Z pewnością warto przyjrzeć się temu cieniowi, choć głównie dla koloru, nie jakości.

Cena: ok. 12 zł
Dostępność: Drogerie Natura, drogerie Hebe
Ocena: 3,5/5

wtorek, 23 października 2012

Krycie? Naturalnie! Alverde Camouflage 002 Beige

Od dziecka nie wyobrażam sobie życia bez korektora. W szkole wszystkie kartki zamazywałam białą farbą, po szkole zaczęłam zamazywać siebie beżową mazią. Mogę nie mieć cieni, tuszu i podkładu, ale bez ani rusz. W mojej kosmetyczce widziane były różne formuły korektorów - sztyft, płynny, kremowy... Do tej pory nie skusiłam się chyba tylko na sypki, bo do czasu spotkania z podkładem mineralnym Anabelle Minerals, byłam sceptycznie nastawiona do, z założenia, kryjących proszków.

Za "grzebanymi" produktami nie przepadam - nie lubię podkładów ani wazelinek w słoiczku. Jakoś nie do końca przemawia do mnie taka forma opakowania w przypadku kosmetyków do twarzy, choć z drugiej strony uwielbiam masła do ciała w zakręcanych słoikach. O korektorze, a właściwie kamuflażu z Alverde, przeczytałam na tyle dobrego, że zupełnie zapomniałam o jego opakowaniu. Prosty, odkręcany słoiczek z zielonego, dość cienkiego, ale mimo wszystko wytrzymałego plastiku nie zasługuje na dłuższe dywagacje.

Aż mnie palce świerzbią, nie mogę się doczekać, kiedy opiszę wam to, co w korektorze najważniejsze, czyli o działaniu. Może jednak zacznę od konsystencji. Korektor jest baaaaaaaaardzo kremowy. Świetnie się przez to rozprowadza - można go stosować zarówno pod oczy (nie wysusza), jak i na niespodzianki, a jak się człowiek rozpędzi to nawet na całą twarz :D. Ale przy niespodziankach trzeba go dobrze wpracować, nałożyć nawet kilka warstw, żeby jakaś czerwona dioda nie przebijała. I w tym miejscu dochodzimy do gwoździa programu, czyli krycia. Według producenta jest ono wysokie, co nie oznacza, że całkowite. I faktycznie korektor kryje dobrze, choć nie klajstruje bardzo dużych zmian. Za to z cieniami pod oczami radzi sobie naprawdę znakomicie.

Tak się rozpędziłam, że zapomniałabym wspomnieć o kolorach. Do wyboru są zaledwie dwa - Sand i Beige. Podobno Sand jest bardziej różowy, a Beige żółtawy. Nie wiem, nie macałam, wyboru dokonałam przez telefon, oglądając wpis Sroki :).

Dobiłam już dna w tym produkcie i niezwłocznie zmobilizowałam służby przygraniczne. Jest to na razie mój ulubiony korektor. Nie wykluczam zdrady go z innym, ale jeszcze nie teraz. Szkoda, że do jego zakupu muszę angażować połowę rodziny - ja chcę DM w Polsce i już!

Skład: Glycine Soja Oil, Ricinus Communis Oil, Titanium Dioxide, Talc, Rhus Verniciflua Cera, Mica, Stearic Acid, Simmondsia Chinensis Cera, Hydrogenated Vegetable Oil, Hydrogenated Rapeseed Oil, Silica, Lysolecithin, Tocopherol, Helianthus Annuus Seed Oil, Parfum, Linalool, Limonene, Geraniol, Citronellol, [+/- CI 77163, CI 77491, CI 77019, CI 77492, CI 77499]

Cena: 3,45 euro/?g (nigdzie nie ma podanej gramatury)
Dostępność: drogerie DM
Ocena: 4,5/5

niedziela, 21 października 2012

Podnośnik prawie hydrauliczny. Catrice Hollywood Fabolous 40ties Eyebrow lifter

Przy okazji ostatniego tagu, dotyczącego blogowych sekretów, wspomniałam, że przez blogi nabrałam ochoty na wiele produktów, na które wcześniej zwyczajnie nie rzuciłabym nawet okiem, nie wspominając o wyciągnięciu rąk w ich kierunku. Blogi swoją drogą, ale jest jeszcze jedno miejsce, w którym powinni zorganizować nową konkurencję olimpijską - kuszenie. Chodzi mi oczywiście o Wizaż, choć niekoniecznie o osławiony katalog KWC. Jądro ciemności to forum i wszystkie jego działy. Powinnam mieć zakaz wchodzenia na niektóre wątki, bo poważnie nadszarpują moim portfelem i zdrowiem psychicznym przy okazji.

To, że kupiłam o taką sobie kredkę jumbo, to wina Dzolls, która nakręciła na nią pół Wizażu. Nic dziwnego, że gdy tylko poszła fama, że limitowana edycja Catrice, inspirowana gwiazdami lat czterdziestych, pojawia się powoli w drogeriach Natura, tłumy kosmetykoholiczek szturmowały szafy Catrice. Gdy dotarłam do drogerii, stand był trochę przetrzebiony, ale święty graal, kredka do rozjaśniania łuku brwiowego czekała na mnie cierpliwie.

Po prawej: Catrice
Po lewej: Basic Kajalstift
Pomysł na kredkę, która sprawi, że brwi będą optycznie uniesione, nie jest oryginalną ideą Catrice. Markom Cosnovy zdarza się zerkać na produkty droższych marek, czego przykładami są choćby cienie Catrice, których kolory w niektórych przypadkach były wzorowane na cieniach MAC. Taka kredka, jak ta, którą właśnie opisuję, stanowi jeden z bardziej kultowych produktów marki Benefit. Można powiedzieć, że to taki Benefit wersja economy :D.

Podnośnik do brwi ma postać trochę grubszej, niż standardowo, kredki. Wkład jest dość miękki, dzięki czemu bardzo dobrze się  rozprowadza - czy to pod łukiem brwiowym, czy też na linii wodnej, kredka właściwie maluje sama. Gdy nałożymy ją w miejsce, do którego jest przeznaczona, musimy pamiętać, żeby dobrze rozetrzeć (choć producent zaleca jedynie delikatne roztarcie). Dlaczego? Otóż kredka ma dość niefortunny jasnoróżowy kolor, który dość mocno się odznacza, szczególnie jeżeli ma się cieplejszy odcień skóry. Jeżeli ją dobrze rozetrzemy, to wtedy osiągniemy naprawdę ciekawy efekt. Moje brwi prawie rosną na powiekach, a po użyciu kredki wydaje się, że podjechały trochę do góry.

Na korzyść tego produktu przemawia także jego trwałość. Pod łukiem brwiowym trzyma się cały dzień - nakładam rano, koło 8, zmywam po 19. Nie testowałam jej dokładnie na linii wodnej, ponieważ zbyt mocno się u mnie odznacza. Kiedyś przeczytałam, że cielista kredka Basic jest różowa. Ciekawa jestem, co ta osoba powiedziałaby na kredkę Catrice. Chrum, chrum?

Cena: 12,99/3 g
Dostępność: Drogerie Natura (uwaga: edycja limitowana)
Ocena: 4/5

piątek, 19 października 2012

Cśśśśśśśśśśś... Tag: Moje blogowe sekrety


Każdy ma jakieś małe grzeski. Choć z reguły sekrety są po to, żeby ich dochowywać, to czasem zdarza się nam zdradzić co nieco, uchylić lekko rąbka tajemnicy. Silverose, posiadaczka wałków do włosów w kształcie truskawek, które okrutnie mi się podobają, wezwała mnie do spowiedzi. Zostałam podstawiona pod ścianą, ręce mam w górze i już grzecznie śpiewam wszystko, co wiem :).

1. Ile czasu prowadzisz bloga i jak często publikujesz posty?
To akurat żadna tajemnica. Wystarczy cofnąć się do sierpnia 2011, żeby sprawdzić, kiedy wypociłam pierwszy post. Bardzo, ale to bardzo, nudziło mi się oglądanie uroczystości z okazji Święta Wojska Polskiego. Tyle dziewczyn bloguje, to dlaczego nie spróbować? Miała być krótka przygoda, wyszedł dłuższy romans. 
Posty publikuję z różną częstotliwością, choć staram się, żeby było to mniej więcej regularnie, a jednocześnie, żeby czytelnikowi nie przejadł się styl, w którym blog jest prowadzony. Wydaje mi się, że 2 dni na strawienie tej grafomanii wystarczą, zanim zaatakuję kolejną jej porcją :).

2. Ile razy dziennie zaglądasz na bloga i czy robisz to w pierwszej kolejności?
Na samego bloga zaglądam dość rzadko. Nie czuję potrzeby kontemplowania swojego talentu pisarskiego bez przerwy :D. Zwykle robię to po opublikowaniu notki, żeby sprawdzić, czy ma ręce i nogi, oraz wtedy, gdy odpisuję na komentarze. Za to bez przerwy siedzę w panelu użytkownika i patrzę co ciekawego pojawiło się w blogrollu :).
Co do drugiej części pytania - w pierwszej kolejności to najpierw szukam wody, żeby przemyć oczy i kawy, żeby się obudzić. Blogowanie schodzi w tym czasie na dalszy plan :).

3. Czy Twoja rodzina i znajomi wiedzą o tym, że prowadzisz bloga?
Rodzina tak, znajomi nie.

4. Posty jakiego typu interesują Cię najbardziej u innych blogerek?
Jako mol książkowy po prostu kocham czytać, nie przywiązuję więc aż tak wielkiej wagi do tematyki posta. Lubię także ładne obrazki, więc chętnie przeglądam notki z dużą ilością zdjęć.  Nie skupiam się tylko na przeglądaniu notek z recenzjami czy makijażami, czasem chętnie zajrzę do postów z paznokciami, a także do tych kompletnie nie związanych z tematyką urodową. 

5. Czy zazdrościsz czasem blogerkom?
No jasne! Wszystkim wszystkiego! Lekkiego pióra, pięknych zdjęć, troskliwych ukochanych, zdrowych włosów, idealnych figur, szeroko rozumianych umiejętności "artystycznych" :). Ale jednocześnie staram się cieszyć z tego, co mam. Nie wszyscy są idealni w każdym aspekcie, ale myślę, że każdy z nas ma w sobie coś doskonałego, godnego pozazdroszczenia :). A przynajmniej mam taką nadzieję.

6. Czy zdarzyło Ci się kupić jakiś kosmetyk tylko po to, by móc go zrecenzować na swoim blogu?
Nie, aż tak pokręcona jeszcze nie jestem. Za to wiele produktów kupiłam pod wpływem blogów :).

7. Czy pod wpływem blogów urodowych kupujesz więcej kosmetyków, a co za tym idzie, wydajesz więcej pieniędzy?
Paradoksalnie i tak, i nie; tak, ponieważ odkąd zaczęłam blogować odkryłam mnóstwo typów produktów, na które wcześniej nie zwróciłabym uwagi i nie, ponieważ dzięki opiniom dziewczyn udaje mi się kupować mniej bubli.

8. Co blogowanie zmieniło w Twoim życiu?
Nadało sens mojemu miernemu żywotu :D.
Tak na poważnie - niewiele. Poza tym, że przez bloga musiałam ponownie nauczyć się samodyscypliny w pisaniu. Gdy przestała stać nade mną z kijem ukochana polonistka, całkowicie się rozleniwiłam. Doszło do tego, że na kolokwiach pod wpływem stresu nie mogłam sklecić zdania :). Teraz dużo łatwiej operuje mi się słowem pisanym, choć nie twierdzę, że nie popełniam błędów.

9. Skąd czerpiesz pomysły na nowe posty?
Same wpadają do głowy - zwykle po spojrzeniu na zawartość kosmetyczki (żeby to jedna była...). Mój blog nie jest jakąś kopalnią pomysłów, bo składa się głównie z recenzji i paru kiepskich makijaży. Jestem dość monotematyczna i dobrze mi z tym :).

10. Czy miałaś kiedyś kryzys w prowadzeniu bloga, tak że chciałaś go usunąć?
Kryzysy się zdarzały, natomiast nigdy nie chciałam usunąć bloga. Z bardzo prostej przyczyny - może jeszcze kiedyś przyda się komuś jakaś recenzja :).

Dodatkowe pytanie:
11. Co najbardziej denerwuje Cię w blogach innych dziewczyn?
Blog to z jednej strony prywatne poletko każdej z nas. Z drugiej strony, gdybyśmy pisały tylko dla siebie, robiłybyśmy to ukrywając nasz pamiętnik. Nie bądźmy hipokrytkami, piszemy w dużej mierze dla naszych czytelników, dlatego powinnyśmy się brać pod uwagę ich sugestie, przynajmniej w jakimś stopniu. Pamiętam komentarz Anonima, który stwierdził, że lubi mojego bloga, ale denerwuje go mój humor, bo tak na siłę staram się być fajna. No cóż, nie dogodzimy wszystkim, każdy ma inny gust, inne preferencje. Mnie też nie wszystko wszędzie się podoba, a na wiele kwestii nie mam wpływu - pewne nawyki ciężko zmienić :).
Takim sztandarowym przykładem, do którego przyczepia się spora część blogerek są współprace. Same w sobie nie są złe, ale nie każdy umie korzystać z pojawiających się ofert. Są takie blogerki, które w ramach współprac są tak samo przekonujące, jak w przypadku produktów zakupionych za własną krwawicę (jak np. Cammie, czy Panna Joanna - mam nadzieję, że się nie obrażą na to wskazanie paluchem) i takie, u których widać wyraźne nastawienie na zysk. Lubię poznawać nowe kosmetyki, ale nie czuję potrzeby przetestowania wszystkiego jak leci. Ale każdy swój rozum ma i postąpi tak, jak uzna za słuszne.

Kogo taguję? Z "imienia i nazwiska" nikogo. Wydaje mi się, że to ciekawy tag, dlatego niech wszystkie czytelniczki czują się klepnięte. Berek!

środa, 17 października 2012

Porcja słodkości bez obaw o krągłości. The Body Shop Vanilla Body Mist

Lato już minęło, a wraz z nim schowałyśmy (w większości) kosmetyki eksploatowane w tym czasie. Wściekłe kolory szminek i lakierów powędrowały na zasłużony odpoczynek. Mimo że uwielbiam nasycone kolory, to jednak w chłodniejsze miesiące staram się zastępować je bardziej stonowanymi barwami. Choć wiele kolorów poszło w odstawkę, to nie znaczy, że porzuciłam używanie wszystkich letnich umilaczy czasu. Z takim jednym gagatkiem ciężko mi się rozstać. Zwłaszcza, że on bardziej otula teraz, niż odświeżał w lecie. Mowa oczywiście o waniliowej mgiełce do ciała z firmy The Body Shop, która trafiła do mnie od Agaty, tej, co ma nosa :).

Forma mgiełek nigdy do mnie nie przemawiała. Wydawały mi się zupełnie niepotrzebne do szczęścia. Może dlatego, że do tej pory znałam tylko przesłodkie, oblepiające mgiełki marki Fruttini. Do obrzydzenia słodkie i niestety nietrwałe bardzo rozczarowywały, choć ich nuty zapachowe wydawały się całkiem zachęcające.

Pierwszą kwestią, w której TBS różni się od dotychczas znanych mi mgiełek jest samo opakowanie. Przyzwyczajona do plastiku, ze zdziwieniem poczułam w dłoni ciężar szklanej butelki. Oho, pomyślałam, ze swoją wrodzoną zdolnością do tłuczenia wszystkiego, co wpadnie mi w ręce, chyba będę musiała uważać. Na szczęście, do tej pory butelka jest cała, mimo że wybrała się ze mną kilka razy w podróż. Jeszcze.

Drugą cechą, odróżniającą ten produkt od kolegów z drogeryjnych półek, jest jego trwałość. Przyjemnie mnie zaskoczył, bo zazwyczaj mgiełki ulatniały się w tempie ekspresowym. A ta trzyma się lepiej niż niejedna tania woda toaletowa.  Na skórze czułam ją przez około 6 godzin. Miła odmiana po zapach znikających po półgodzinie (w wariancie optymistycznym; wariant realistyczny: 5 minut od psiknięcia).

Warto wspomnieć o samym zapachu. Zdolna jestem, prawda? Recenzuję "coś pachnącego", a o samym zapachu wtrącam kilka słów. W dodatku na końcu (czy ktoś to jeszcze czyta?). Mój nos jest jakiś wybitnie dziwny (nie pomoże mi w karierze perfumiarskiej), bo zwykle nie czuję połowy nut, które są w zapachu. W dodatku dysponuję ograniczonym zasobem słownictwa - ładny, brzydki, mydlany, mdły, kwiatowy, słodki, metaliczny... Bądź tu człowieku mądry i coś opisz. Ale wracając do mgiełki TBS: nie jest to zapach - kameleon, powiedziałabym, że jest dość jednolity, nie rozwija się na skórze. Pachnie wanilią, taką bardzo mocno posłodzoną (oprócz wanilii, zanajdziemy tu aromat cukrowca). Ten aromat nie jest jednak ciężki, oblepiający, powiedziałabym, że mimo wszystko dość świeży, jak na taki cukierek. Myślę, że miłośnicy słodkich nut będą zadowoleni, choć ta jednowymiarowość zapachu nie każdej waniliomaniaczce będzie odpowiadała. Nie każdy w końcu chce pachnieć jak waniliowe lody. Ja czasami chcę, lubię lody :D.

Cena: ok. 50 zł/100 ml
Dostępność: sklepy The Body Shop
Ocena: 4/5

niedziela, 14 października 2012

Podążanie za modą może skończyć się szkodą. O masakrze metodą OCM słów kilka...

Zestaw startowy :)

OCM, czyli oczyszczanie za pomocą olei, szturmem zdobyło blogosferę kilka miesięcy temu. Wiele z nas cisnęło w kąt drogeryjne specyfiki do oczyszczania twarzy i czym prędzej rzuciło się do sklepów w poszukiwaniu odpowiednich olejów i ściereczek. Początkowo OCM mnie nie ruszało. Jednak przyszedł maj, od siedzenia w książkach człowiek zgłupiał, to i ja poleciałam po składniki potrzebne do sporządzenia tajemnej mikstury, która miała zrewolucjonizować moją pielęgnację.

Przed zrobieniem swojej mieszanki zaczytywałam się wpisami Idalii oraz Aliny. Wydawało mi się, że OCM będzie zbawieniem dla cery. Okazało się koszmarem, ale o tym za chwilę.

Do sporządzenia olejowej mikstury potrzebujemy oleju rycynowego, jakiegoś innego oleju, ściereczki oraz opakowania, do którego przelejemy nasz specyfik. Nie będę się rozpisywać o proporcjach poszczególnych olei, czy też ich przeznaczeniu - w internecie znajdziecie morze notek na ten temat. Nie będę także pisała o sposobie zastosowania - o tym też dziewczyny już pisały.

Skupię się chwilkę na ściereczce. Musimy ją dość często wymieniać - minimum raz na dwa tygodnie. Muślinowe szmatki Liz Earle czy The Body Shop są dość drogie (15 zł za kawałek szmatki), dlatego radzę znaleźć coś tańszego. Możemy kupić w Ikei muślinowy ręczniczek Vandring (12,99 zł/2 szt) i go porozcinać - z każdego ręczniczka wyjdą nam 4 ściereczki.

Jeżeli nie mamy dostępu do Ikei albo chcemy skorzystać z innego materiału, możemy kupić zwykły mały ręcznik lub ścierkę mikrofibrową. Tej pierwszej opcji nie polecam - choć frotte dobrze trzyma ciepło, to jest trochę ciężkie. Mikrofibrowe szmatki są tanie i dobrze dostępne - już za około 3 zł/szt. w Biedronce lub 7 zł/3 szt. w Pepco. Nie należy ich jednak całkowicie odsączać z wody, bo wtedy szybko tracą odpowiednią temperaturę - a ściereczka musi być ciepła, żeby pory się otworzyły i wypłynęło sebum.

Skoro już prześliznęłam się przez kwestie techniczne to teraz czas na clou programu, czyli opis działania metody OCM na moją skórę.

Zgodnie z tym co przeczytałam, przez początkowy czas stosowania tej metody może pojawić się wysyp niespodzianek, bo skóra się oczyszcza. Dlatego, gdy zaczęło mi się pojawiać więcej cudów niż zwykle, byłam spokojna. Syfy skolonizowały brodę, na której do tej pory pojawiały się tylko zaskórniki, oraz policzki, z którymi nigdy nie miałam problemu. Dziwnym trafem obronną ręką wychodził nos - dotychczasowe kratery znacznie się zmniejszyły i pojawiało się o wiele mniej czarnych głów. Z czasem jednak ten wysyp niespodzianek stawał się coraz bardziej upierdliwy. Wyrzuciłam więc dotychczasową mieszankę (z olejem BD dla mam) i sporządziłam nową, z olejem lnianym, który podobno jest świetny dla tłustej, trądzikowej cery. Niestety złota era gul trwała nadal - wystarczy spojrzeć na poniższe zdjęcie.

Tak wyglądało moje czoło w lipcu

Po blisko 2 miesiącach katowania swojej buzi olejem, odpuściłam. Efekty OCM leczę do teraz (czyli 2 miesiące). Nie mam do nikogo pretensji. Sama zdecydowałam, nikt mi ręki przy przykładaniu ścierki nie trzymał. Ale mam nauczkę na przyszłość - żadnych eksperymentów, szczególnie na twarzy.

czwartek, 11 października 2012

Pędzę, pędzę po pędzel. EcoTools Pędzel do pudru

Czyżby pędzel miał łupież :D?
O ja niedouczona! Wielokrotnie pisałam o tym, że przez blogi zmieniło się moje patrzenie na kosmetyki i całą otoczkę z nimi związaną. Produkty, na które nie zwracałam uwagi, zaczęły być natychmiast i bezwzględnie potrzebne. Nie wspomnę już o akcesoriach... Szczotka do włosów i 2 pędzle (1 do twarzy i kuleczka do oczu) stanowiły całe moje zaplecze. Było mi właściwie całkiem obojętnie, czym nakładam dany jakiś kosmetyk. Choć w kwestii kosmetycznych akcesoriów nadal jestem dużą ignorantką, to jednak spróbuję rozprawić się dzisiaj z pędzlem, który podbił serca wielu dziewczyn.

Pędzel do pudru nie figurował na liście do-kupienia-natychmiast. Trafiła się jednak na niego promocja. A że promocje wyłączają zdrowy rozsądek, weszłam w jego posiadanie (no bo jak tu nie kupić, jak -50% jest?).

Po wyciągnięciu nowej zabawki z opakowania zdziwiłam się. Zawsze wydawało mi się, że pędzel do pudru powinien być duży i puchaty. A ten gagatek jakiś taki płaski był. Dziwne. Nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła przy nim majstrować. Włosie okazało się podatne na wszelkie zabiegi fryzjerskie. Można je prawie układać tak, jak się człowiekowi spodoba - spłaszczając lub nadając bardziej okrągły kształt.

Włoskie jest sztuczne, bardzo mięciutkie. Jest bardzo ładnie przycięte, w takim stylu jak jajowate pędzle do konturowania. Mimo kształtu, pędzel nie nadaje się do konturowania. Nawet nakładając nim puder, też czuję się niepewnie - mam wrażenie, że niedokładnie omiata twarz. Powód jest prosty: włosie, choć bardzo przyjemne w dotyku jest bardzo wiotkie - pędzla nie można nawet trochę przycisnąć, bo się wygina. Szkoda, że nie jest choć odrobinę sprężyste :(.

Pędzel jest miły, lubię się nim miziać, ale nie podbił mojego serca.

Cena: ok. 30 zł
Dostępność: Rossmann, Tesco Extra, Hebe
Ocena: 3,5/5

poniedziałek, 8 października 2012

Wrzuć na róż! Bell 2skin pocket pressed rouge 051

Człowiek uczy się przez całe życie. Każdy dzień zapewnia nowe doświadczenia, przynosi nową dawkę wiedzy. Bla, bla, bla. Ten mały filozoficzny wstęp ma służyć wytłumaczeniu faktu, dlaczego nagle mój różowstręt zamienił się w różomanię. Pewnego pięknego dnia, po przeczytaniu całego Internetu (:D), spłynęła na mnie różowa światłość - nagle dostrzegłam fakt, że nic tak nie ożywia twarzy jak odrobina różowości na policzkach :).

Róż Bell właściwie nie był mi potrzebny. Mam przecież tyle róży, które przy moim używaniu (jak-mi-się-przypomni-bo-akurat-mam-za-dużo-czasu) starczą mi spokojnie do emerytury. Gdy jednak ten kolor zaczął wołać do mnie z szafy "mamo" i uczepił się nogawki spodni, nie mogłam się powstrzymać i poprosiłam panią Naturzankę o wydobycie egzemplarza tego cuda z czeluści szuflady - chyba ten kolor adoptowało sporo dziewczyn skoro został tylko tester :).

Róż jest dość niepozorny, z pewnością nie zwróci na siebie uwagi gadżeciar, ceniących sobie wymyślne puzderka. Opakowanie... Po prostu jest zwyczajne. Widać, że producent nie przywiązał do niego zbytniej wagi. Plastik jest średniej grubości, sprawia wrażenie dość wytrzymałego, ale opakowanie trochę zbyt łatwo się otwiera - noszenie go w "wyjściowej" kosmetyczce może być ciekawą przygodą.

Kolor, który wybrałam, to jeden z jaśniejszych odcieni - jasny, ciepły róż. Nie jest to kolor matowy. Ma w sobie delikatny czerwony (!) satynowy połysk. Na policzku nie widać, że w jakikolwiek sposób opalizuje na czerwono - całe szczęście, bo chyba bym się złamała. Może to dzięki temu połyskowi twarz nie wygląda "tępo". Ten kolor świetnie sprawdzi się do codziennego makijażu, bo wygląda bardzo delikatnie. Policzki nim muśnięte wyglądają świeżo, są pomalowane, ale nie "zamalowane".

Róż ma pudrową konsystencję. Jest dobrze, ale nie bardzo drobno, zmielony. Nie pyli. Przed nałożeniem na twarz, radziłabym strzepać pędzel - róż wydaje się delikatny, ale w nadmiernej ilości zostawia dorodne placki. Rozprowadza się bardzo dobrze, dobrze roztarty trzyma się na twarzy około 5 godzin i nie schodzi w plamy, tylko dość równomiernie.

Ten przyjemny, ciepły kolor sprawił, że prawie przez całe lato ten róż królował na moich policzkach. Coś czuję, że jesienią nadal będzie nosił koronę ulubionego koloru. Gdyby tylko opakowanie było trochę bardziej reprezentacyjne i miało lusterko oraz aplikator (ach, te wymagania divy operowej :D), to byłabym w siódmym niebie.

Skład: Talc, Mica, Silica, Magnesium Stearate, Isocetyl Stearoyl Stearate, Octylodecyl Stearate, Metyhylparaben, Propylparaben, PEG-8, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid [+/- CI 15850, CI 19140, CI 77007, CI 77491, CI 77492, CI 77499, CI 77742, CI 77891]

Cena: 10 zł
Dostępność: Drogerie Natura, Drogerie Jasmin, wyspy Bell w centrach handlowych
Ocena: 4/5

piątek, 5 października 2012

Ole, ole, aloe(s)! Mrs. Potter's Balsam Odbudowa i Nawilżanie

Od lat jestem kosmetycznym poszukiwaczem skarbów. Kupuję, testuję, zużywam i zapominam. Rzadko po skończeniu jakiegoś produktu kupuję kolejne jego opakowanie. Przecież jest jeszcze tyyyyyyyyle do odkrycia!

Jednym z kosmetyków, do których wróciłam po romansie z innymi produktami, jest balsam aloesowy z Mrs. Potter's. Pierwsze opakowanie tego cuda pojawiło się w mojej łazience z 2 lub 3 lata temu. Po pewnym czasie używania odstawiłam jednak ten kosmetyk. Z bardzo prostego powodu - nie miałam ochoty użerać się z jego butelką. Starsza wersja produktu miała opakowanie, które woła o pomstę do nieba. Powodem niechęci do tego kosmetyku był w głównej mierze jego korek. Niby nic wielkiego, głupi korek, ale potrafił zdenerwować. Należał on do takiego gatunku wrednych przedmiotów, które po otwarciu nie chcą się już zamknąć - raz otwarta butelka, stała otworem po wsze czasy. Na szczęście, Forte Sweden poszło po rozum do głowy i udoskonaliło starą butelkę.

Nowe opakowanie różni się nie tylko tym, że jego korkiem można operować bez obaw o zepsucie, ale także zmieniła się jego "linia". Starą, szeroką butelkę, zastąpiła wyższe, ale i węższe opakowanie. Dużo łatwiej jest je złapać - dla mnie to ważne, bo mam krótkie palce.

Nie uległa zmianie konsystencja. Rzadka i lejąca. Kosmetyk łatwo rozprowadza się na włosach, dobrze się po nich "ślizga". Podobno balsam Mrs. Potter's, podobnie jak odżywka Isany z olejem babassu, nadaje się do mycia włosów. Ale w tym temacie się nie będę wypowiadała, bo nie próbowałam.

Jak działa na włosy? Nie liczyłabym na cuda na kiju... znaczy się, na głowie. Balsam Mrs. Potter's to przyjemna odżywka do codziennego użytku. Nawilża i delikatnie wygładza włosy, ale nie zregeneruje bardzo zniszczonej czupryny ani nie rozprostuje loczków cherubina. Dla mnie jest w sam raz, choć od czasu do czasu wolę zadziałać czymś bardziej konkretnym i trochę bardziej "dociążającym" moje puchate włosy. Przy tym balsamie efektu "wow" nie ma. Ot, taka niewymagająca pieśni pochwalnych, odżywka. Duża, nawilżająca i niedroga - warto spróbować.

Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Isopropyl Myristate, Dimethicone Copolyol, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Camellia Sinensis Leaf Extract, Parfum, Isopropyl Alcohol, Propylene Glycol, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, Citric Acid, Butylphenyl Methylpropional, Cl 19140

Cena: ok. 7 zł/500 ml
Dostępność: Tesco, Kaufland, Carrefour
Ocena: 4/5

wtorek, 2 października 2012

"Dna" i noce. Zużyte we wrześniu


Nie potrafię należycie zakończyć miesiąca bez przedstawienia zużyć. Dążenie do dna wciąga. I choć raz idzie lepiej, a innym razem gorzej, powoli sterta pustych opakowań rośnie.

Wrzesień zamknęłam następującym bilansem plastikowwych (w większości) odpadów:

1. BeBeauty Krem do stóp - najbardziej z całego tego produktu podobało mi się fioletowe opakowanie z niebrzydkimi zdjęciami. Jakiś czas temu został wycofany, ale nie ma za bardzo za czym płakać, bo był dość słaby (recenzja TU).

2. Nivea Powerfruit Refresh żel pod prysznic - bardzo lubię żele Nivea, ten również przypadł mi do gustu. Trochę rzadszy od swojego jagodowego brata, ale pienił się równie dobrze. Rozczarował mnie trochę zapach - trochę za bardzo posłodzili tę żurawinę.

3. Bare Minerals Original SPF 15 Foundation Fairy Light - jasny podkład z domieszką żółtych tonów. Ładnie dopasowywał się do mojej cery. Dobrze krył (choć nie całkowicie). Szukałam czegoś podobnego (może deczko ciemniejszego i odrobinkę bardziej zbalansowanego :D) i padło na Barely Buff z Lily Lolo. Lily Lolo (nie polski dystrybutor) twierdziło, że BB jest odcieniem zbliżonym do FL z BM... Taaaaaaak, między żółtym i pomarańczowym nie ma żadnej różnicy.

4. Pharma Tech Olejek z drzewa herbacianego - chwilowo zdradzam go z pastą cynkową, ale na pewno wrócę do tego cudaka. Recenzja TU.

5. Mrs. Potter's Balsam Odbudowa i Nawilżanie - jedna z ulubionych odżywek do włosów. Choć cudów nie robi, to jednak często do niej wracam. Recenzja wkrótce.

6. Rexona Fresh Ginko&Lemon Grass żel pod prysznic - ostatnia butelka. Wreszcie, ten zapach mi już obrzydł.

7. Eucerin Aquaporin Active UV - zwyczajny krem nawilżający w nadzwyczajnie wysokiej cenie. Więcej przeczytacie o nim TU.

8. Lovely Curling Pump Up Tusz do rzęs - jeden z ulubionych tuszy. Daje delikatny efekt w sam raz na co dzień. Ma opakowanie w optymistycznym kolorze i wygodną, wygiętą szczoteczkę. Pisałam o nim TU.

9. Alterra Waschcreme Wildroseblüte - bardzo dobry produkt do oczyszczania buzi. Z pewnością do niego wrócę, choć ponowne przyzwyczajenie się do zbyt intensywnego, kręcącego z nosie zapachu, niezbyt mi się uśmiecha. Przeczytacie o nim TU.

10. Clinique Liquid Facial Soap Mild - w myśl zasady: nie wszystko złoto, co się świeci - nie wszystko co z Clinique, jest dobrze. Choć do tej pory miałam do czynienia tylko z miniaturami kosmetyków tej firmy, raczej na pełny wymiar żadnego z nich się nie skuszę. Mydło do twarzy nie przypadło mi do gustu. Rzadkie i lejące, pieniło się świetnie i nie trzeba było go wiele na umycie całej twarzy. Oczyszczało nieźle, ale nieprzyjemnie ściągało skórę bardziej niż krem do mycia z Alterry, który tylko lekko ją napinał. Przeciętne właściwości giną jednak przy jednej, bardzo konkretnej cesze - okropnym alkoholowym zapachu.

Małymi krokami pozbywam się tony napoczętych, ale nie skończonych produktów. A wam jak idzie wymiana łazienkowego asortymentu?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...