Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

sobota, 29 września 2012

A ja na to: żegnaj lato! Ulubieńcy okresu wakacji


Wydawało mi się, że dopiero co cisnęłam w kąt podręczniki i rzuciłam się w wir beztroskiego lenistwa, a tu już prawie październik! Liście lecą z drzew, kasztany spadają na głowę - nawet wspomnienie nie zostało po upałach, na które narzekaliśmy w sierpniu. Wypoczęta i z nowymi pomysłami, zaraz rozpoczynam kolejny rok akademicki. Tymczasem pozwolę sobie na małe "wspominki" i przedstawię produkty, które tego lata umilały mi wypoczynek.

To duże, białe coś, które zajmuje większą część zdjęcia to moje niedawne odkrycie. O ile odkryciem można nazwać zwykły papierowy ręcznik, którego wiele z nas używa w swojej kuchni. Ten kawałek papieru okazał się niezastąpiony przy... pielęgnacji twarzy. Odkąd używam jednorazowych listków do osuszania twarzy po umyciu jej żelem,  moja cera jest dużo czystsza. Mimo, że w łazience miałam ręcznik przeznaczony tylko do buzi, który regularnie prałam, to chyba jednak gnieździły się w nim małe złośliwce. Jednorazowy ręcznik papierowy jest dużo bardziej higieniczny - o miesiącu używania widzę pozytywne efekty.

Kolejna biała plama, która kształtem przypomina dezodorant to woda termalna Avene. To moje drugie opakowanie tego produktu. Tak wiem, obiecałam recenzję. Ale jakoś na razie nie mam weny na tworzenie peanów na temat, jakby nie patrzeć, wody :).

Skoro już jestem przy szeroko rozumianej pielęgnacji, to nie sposób wspomnieć, o produkcie, który uratował mi skórę podczas małego kryzysu. Olejek z drzewa herbacianego (recenzja TU) okazał się prawdziwym pogromcą niespodzianek, istnym rycerzem w lśniącej zbroi. Ale ponieważ wszystko dobre jest do czasu, cud - miód olejek może się sprzykrzyć i nasza skóra może się zbuntować od jego nadmiaru.

Lato to taka pora roku, podczas której staram się, aby skóra trochę odpoczęła. Podczas wyjazdów zwykle nie klajstruję się podkładami, w końcu kto mnie tam zna :D. Czasem użyję pudru i korektora i już. Jednak odrobiny koloru nie mogłam sobie w tym roku odmówić, dlatego gdy już decydowałam się na makijaż, to koniecznie w ruch szedł róż Bell 2skin pocket 051 albo bronzer The Balm Bahama Mama - w zależności od tego, czy do ałtfitu of de dej (strój dnia brzmi mało ciekawie :D) pasował bardziej różowy, czy brązowy kolor. Nie używałam tych produktów jednocześnie, bo... nauka konturowania poszła w las razem z akademickimi podręcznikami.

Usta też zostawiłam we względnym spokoju. Łapałam zwykle jakiś sztyft lub słoiczek i te mazie w zupełności wystarczały mi do szczęścia. Gdy już koniecznie chciało mi się koloru, chwytałam neonową szminkę Catrice Revoltaire Colour Bomb. Czasem nawet tylko wykręcałam sztyft, nawet nie nakładałam na usta-  syciłam oczy tym kolorem, który niezawodnie poprawia humor.

Jeśli chodzi o paznokcie, to nie popisałam się oryginalnością. Zachowawcza mięta z Delii (recenzja) i grzeczny błękit z Maybelline raczej nie wyróżniały na tle tłumu.

Na deser zostawiłam sobie dwa ukochane psikadła (oprócz wody Avene). Mgiełka z The Body Shop bardzo mnie zaskoczyła. Choć wanilia raczej nie jest typowo letnim zapachem, to jednak w niedużych ilościach całkiem nieźle się sprawdzała. Jednak nie aromat, a trwałość i intensywność tej mgiełki mnie zaczarowała.

Drugi z produktów "psikanych" zaskoczył swoją skutecznością. Od pewnego czasu byłam wierna dezodorantowi do stóp Woman Fresh (recenzja TU), który w znaczniej mierze mnie zadowalał. Ale, gdy kupiłam Komfort, zmieniłam zdanie, i to ten, mniej przyjemny w zapachu, dezodorant do stóp stał się w krótkim czasie faworytem. 

Czego najczęściej używałyście w lecie? Zmieniacie swoje upodobania na okres wakacji? Czy może twardo używacie jednego, sprawdzonego zestawu produktów?

czwartek, 27 września 2012

Nikt na świecie nie wie, że się kocham w Hebe?

Jakiś czas temu trąbiłam o otwarciu drogerii Hebe we Wrocławiu. Ta wiekopomna (:D) chwila nastąpiła dziś. Według oficjalnych informacji przybytek kosmetycznych dóbr wszelakich otworzył swe podwoje 8:30 (szpiedzy donieśli, że odbyło się to trochę wcześniej). Korzystając z ostatnich dni błogiej laby, wybrałam się na mały spacerek.

Przez pierwsze dni funkcjonowania drogerii obowiązuje specjalna gazetka promocyjna, którą wrzucała Meraja TU. Szału nie ma, przynajmniej dla mnie, ceny w większości też nie są dużo niższe (choć płyn micelarny Bioderma Sebium H2O za 14,99 zł cieszył się powodzeniem). Pani ekspedientka była uprzejma poinformować, że gazetkowe promocje dziś są dla wszystkich, natomiast od jutra tylko dla posiadaczy karty klienta... Dziwne, sama gazetka nic o tym nie nadmienia, wskazuje tylko termin obowiązywania - do 3.10 lub do wyczerpania zapasów.

Oprócz specjalnej oferty z okazji otwarcia, obowiązują też inne promocje - można kupić np. płyn Bielenda Awokado za 6 zł z groszami, 6 sztuk zapachowych podgrzewaczy za 1,39 zł, klasyczny Carmex w tubce za 6,99 zł, chusteczki do demakijażu Nivea za 9,99 zł, szampony Pantene 400 ml za 11,99. Więcej nie udało mi się zapamiętać.

A co ciekawego znajdziemy w tej drogerii? Czy warto w ogóle przemierzać pół miasta żeby się tam wybrać? Marki kosmetyków kolorowych (m.in Essence i Catrice, których dziś szafy były puste :() znajdziemy na stronie internetowej drogerii, ale co z resztą? Hebe może się pochwalić sporym wyborem dermokosmetyków - jest m.in Pharmaceris, Iwostin, Lierac, Bioderma... Mają też w swojej ofercie kilka marek, których wcześniej nigdzie nie widziałam lub widywałam bardzo rzadko - są wody toaletowe Star Nature (ok. 15 zł), którymi jakiś czas temu kusiły dziewczyny, są kosmetyki Bandi, Corine De Farme, Greenland. Można tu zakupić także pędzle EcoTools - bez promocji pędzel do pudru czy różu jest bodajże o 4 zł tańszy niż w Rossmannie.

Skoro już wspomniałam o Rossmannie... Wielokrotnie słyszałam porównania Hebe do Rossmanna. Hebe na tle drogeryjnego króla miało wypadać bardzo korzystnie. Szczerze mówiąc, nie zauważyłam, żeby w Hebe było jakoś specjalnie taniej. Ceny są porównywalne z tymi w innych drogeriach. Liczę jednak, że przyszłe promocje będą konkretne i bardziej ciekawe niż te z gazetki otwarcia.

Krótko: warto się tu wybrać, natomiast moim zdaniem urządzanie sobie specjalnie wycieczki na Huby z drugiego końca miasta nie jest warte straty czasu w korkach, zwłaszcza jeżeli bliżej mamy Rossmanna lub świetnie zaopatrzony Super-Pharm :).

P.S. Robiąc zakupy dziś i jutro za min. 40 zł otrzymujemy bon o wartości 10 zł do wykorzystania w dniach 6-9.10 :). Może do tego czasu uzupełnią już szafy Essence i Catrice.

środa, 26 września 2012

Nawilżenie lekkie jak piórko. Eucerin Aquaporin Active UV (Ochronny krem nawilżający)

Nie uznaję innych kremów niż te, których producent nie krzyczy wielkimi literami na opakowaniu: "NAWILŻAJĄCY". Jednak znaleźć odpowiedni krem tego typu dla takiej cery jak moja (czyli mieszanej z tendencją do nadprodukcji smalcu w strefie T) jest naprawdę ciężko. Wiele nawilżaczy ma dość konkretną konsystencję i zdarza im się zostawiać film. A ja, szczególnie latem, potrzebuję kremu, który nawilży jak trzeba i wchłonie się bez pozostawiania widocznych (i w dodatku tłustych) oznak swojej obecności.

Gdyby nie moje gapiostwo, pewnie nie poznałabym kremu Eucerin. Przy pakowaniu kosmetyczki na wyjazd pamiętałam o takich pierdołach, jak wsuwki do włosów czy zmywacz do paznokci w płatkach, a zapomniałam o najważniejszym, czyli kremie do twarzy. Zaraz po przyjeździe, chciałam pędzić do drogerii, kiedy dobra wróżka wyciągnęła ze swojej kosmetyczki krem, który jej nie pasował. Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby...

Krem Eucerin znajduje się w niewielkiej tubce. Z jednej strony plus za tubkę, bo jest ona bardziej higienicznym rozwiązaniem, z drugiej zaś minus, ponieważ pod koniec opakowania trzeba trochę popracować, żeby wydobyć resztkę kremu - konieczne było użycie nożyczek. Opakowanie jest płaskie i zajmuje znacznie mniej miejsca niż tradycyjny słoiczek, dlatego jest to dobra opcja na wyjazd - można zabrać pełnowymiarową tubkę bez obaw, że zagraci kosmetyczkę.

Konsystencja kremu jest dość rzadka i leciutka. Wchłania się błyskawicznie, nie pozostawiając żadnych śladów po sobie - prócz uczucia gładkiej i miękkiej skóry. Bez obaw można na niego nakładać makijaż, nic się nie roluje. Buzia po jego użyciu jest nawilżona przez cały dzień.  Krem nie powoduje nadmiernego świecenia się skóry, co dla mnie, jako mieszańca, jest szczególnie ważne.

Mam jednak małe zastrzeżenia odnośnie tego kremu, konkretnie - jego ceny i obietnicy niekomedogenności. Cena - dość wysoka jak za zwykły krem nawilżający z dość niskim filtrem (SPF 15). Co do komedogenności - na moim nosie pojawiło się morze czarnych głów, więc chyba jednak trochę zapycha.

Gdyby nie tak koszmarna cena, może skusiłabym się na ten krem ponownie. Dobrze nawilża, ma delikatny morski zapach i błyskawicznie się wchłania.

Skład: Aqua, Glycerin, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Ethylhexyl Salicylate, Octocrylene, Alcohol Denat, Glyceryl Glucoside, Bis-Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, Hydrogenated Coco-Glycerides, Polyglyceryl-3 Methylglucose Distearate, Cetearyl Alcohol, Tocopherol, Tapioca Starch, 1,2-Hexanediol, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Carbomer, Sodium Citrate, Citric Acid, Trisodium EDTA, Cyclomethicone, Ethylparaben, Methylparaben, Phenoxyethanol, Parfum

Cena: ok. 60 zł/40 ml
Dostępność: apteki
Ocena: 3,5/5

niedziela, 23 września 2012

Mmmmmmmm, malinka. Clinique Superbalm Moisturizing Gloss 04 Raspberry

Dawno nie pojawiła się na blogu recenzja produktu do ust. Wprost niesłychane! Toż to moja ukochana kategoria kosmetyków, wręcz je kolekcjonuję. Obiecuję poprawę w nadrabianiu recenzyjnych zaległości i dlatego dziś pod ostrzałem znalazł się błyszczykobalsam lub jak kto woli balsamobłyszczyk (zależy na co położymy akcent) marki Clinique.

Dzięki Lice posiadam miniaturkę tego produktu. Takiego uroczego malucha, który zmieści się w kieszeni spodni lub torebki.

Choć zwykle noszę przy sobie pielęgnujące balsamy, to jednak czasami mam ochotę na coś kolorowego. Nie zawsze chce mi się latać z lusterkiem do łazienki, by pomalować usta ukochaną (w zależności od chwili) szminką lub ulubionym błyszczkiem z aplikatorem. Dlatego taka tubka z kolorową mazią to niegłupia rzecz w kosmetyczce/torebce.

Ponieważ posiadam w swojej kosmetyczce miniaturkę, nie jestem w stanie wypowiedzieć się co do pełnowymiarowego opakowania. Nie sądzę jednak, żeby bardzo różniło się od tego malucha. Wersja mini ma bardzo przyjemny ścięty aplikator z niedużą dziurką, która pozwala na umiarkowane dozowanie produktu. Takie rozwiązanie oceniam na plus, dużo łatwiej operuje mi się takim ściętym aplikatorem niż zaokrąglonym.

Błyszczyk ma dość gęstą konsystencję. Nie jest w żadnej mierze lejący, bardzo dobrze "przyczepia" się do ust, nie spływa. Nie oblepia ust ciężką warstwą. Nadaje dość mocny, na szczęście bezdrobinkowy, połysk.

Kolor, który posiadam, jest w opakowaniu tak malinowy, jak wskazuje na to jego nazwa. Idealna malina, jakiej długo szukałam. Wiele osób intensywność koloru tego produktu może na pierwszy rzut oka przerazić (pozdrawiam nudziary :D), to jednak mnie trochę rozczarowała. Błyszczyk nadaje bardzo delikatny kolor, jedynie nieznacznie przyciemnia mój naturalny kolor ust. Liczyłam na większą "eksplozję koloru". Szkoda też, że błyszczyk, wbrew apetycznej nazwie i barwie, nie pachnie i nie smakuje - ten kolor aż się prosi o delikatny aromat malin. Ale lepszy bezzapachowy i bezsmakowy produkt do ust, niż taki, w którym mydliny przyćmiewają wszystkie inne aspekty.

Producent nadał temu niepozornemu kosmetykowi w tubce miano "superbalm(u)". Muszę przyznać, że firmie Clinique udało się mnie zaskoczyć. Zwykle błyszczyki w tubce nie powalały swoimi walorami pielęgnacyjnymi. Produkt Clinique, oprócz delikatnego zabarwienia, bardzo konkretnie nawilża usta. Nie raz nakładałam go na "podsuszone" wargi i za każdym razem po jego użyciu ich stan znacznie się poprawiał. Efekt "dobrze dopieszczonych" ust utrzymuje się dłużej niż sam produkt - błyszczyk znika po około 2 godzinach, natomiast uczucie gładkości trwa nawet do 4 - 5 godzin (nie sprawdzałam tego z zegarkiem w ręku, wybaczcie :)).

Delikatny kolor i zdecydowana pielęgnacja - tygryski zwykle to lubią. Jednak jedna cecha tego pana sprawiła, że złapałam się za głowę. Cenę tego produktu spokojnie można określić mianem rozboju w biały dzień. Za 80 zł, które sobie za niego wołają, można kupić kilka świetnych balsamów do ust i parę niezłych błyszczyków do ust.

Cena: ok. 80 zł/15 ml
Dostępność: Drogerie Douglas
Ocena: 4/5

czwartek, 20 września 2012

Liście z drzewa lecą, a paznokcie mi się świecą. Eveline Holografic Shine 401

O tym jak wielkim i namiętnym uczuciem darzę firmę Eveline, to już zapewne wiecie. Większość kosmetyków tej firmy, które miałam wątpliwą przyjemność poznać, nie bardzo się u mnie sprawdziły. Gdy jednak na kilku blogach zobaczyłam lakiery holograficzne, niechęć została chwilowo zastąpiona przez gwałtowną "chcicę". Rozpoczęłam polowanie na te lakiery. Udało mi się je dorwać na jednej z hal kupieckich na moim osiedlu. Podniecona znaleziskiem, skusiłam  się w niedługim odstępie czasu na 3 kolory - 401, 402 i 406.

To, co od razu spodobało mi się w tych maluchach, to ich pojemność, która daje szansę na zużycie lakieru. Paznokcie maluję fazami, tzn., jak mam wenę na malowanie tych wypierdków, to je maluję, a jak nie to miesiącami "leżą" odłogiem.

Lakier ma standardowy pędzelek - wachlarz. Jest dość cienki, ale nie utrudnia malowania. Lakier nie jest ani zbyt rzadki, ani zbyt gęsty, dobrze się rozprowadza. Do pełnego pokrycia paznokcia potrzeba 3 warstw. Trwałość jest całkiem niezła, u mnie wytrzymuje on około 4 dni.

Nr 401 to taki jasny, ciepły brąz. Ma w sobie dużo srebrnych drobinek, które miały dawać efekt holo. I rzeczywiście dają, choć nie tak spektakularny i zachwycający jak w przypadku dwóch pozostałych kolorów z mojej mini kolekcji. Mimo wszystko podoba mi się ten delikatny efekt. Patrząc na te drobinki miałam obawy co do zmywania lakieru. Na szczęście schodzi on także przy użyciu bezacetonowego zmywacza.

Szkoda tylko, że mój aparat nie chce uchwycić holoefektu... Musicie mi wierzyć na słowo :D.

Cena: ok. 4 zł/4,5 ml
Dostępność: Tesco Extra (Wrocław też: Hala Gaj)
Ocena: 4/5

poniedziałek, 17 września 2012

Piana jak malowana? Dulgon Schwups-Schwaps Schaum-Traum Shampoo

Znalezienie szamponu to nie lada wyzwanie. Choć półki w sklepach uginają się pod naporem najróżniejszych butelek, to jednak często mimo ogromnego wyboru nie możemy znaleźć niczego dla siebie. Ale jak to? Przecież zakup szamponu to żadna filozofia. Szampon ma myć i dziękuję. Jednak mycie myciu nierówne.

Tak biadolę nad wyborem szamponu z bardzo prostej przyczyny: mam problematyczną skórę głowy. Ten obrażalski organ często buntuje się przeciwko szamponom z silnymi detergentami. Zaczyna się sypać. Dlatego staram się ograniczać mycie włosów agresywnymi zawodnikami. W czasie poszukiwań delikatnego szamponu trafiłam na produkty marki dla dzieci Dulgon. Zafascynowana brakiem niepożądanych substancji, zamówiłam do razu 2 butelki szamponu morelowego. Jestem dużym dzieciakiem, lubię owocowe zapachy.

Szampon znajduje się w żółtej, wyprofilowanej butelce. Wszelkie "profile" butelek zawsze oceniam na plus; wgięcia ułatwiają utrzymanie opakowania. Butelka ma wytłoczone bąbelki i etykietę z jednorożcem (kozą :D), co z pewnością podbije serca kilku-, kilkunasto- i kilkudziesięcięcioletnich dziewczynek :).

Szampon jest przezroczysty i dość rzadki (szczególności w porównaniu z równie przezroczystymi gilami Alterry). Z butelki wylewa się go dość sporo, ale nie za dużo - szampon się bowiem dość słabo pieni i żeby tę pianę uzyskać, musimy go użyć ciut więcej. Używanie tego cuda jest jednak przyjemnością, ze względu na piękny morelowy zapach bez domieszki "proszkowych" nut - najchętniej umyłabym nim całe ciało. Ten piękny zapach może się jednak nie sprawdzić u dzieci, które mogłyby podjąć próby wypicia szamponu. A jest bardzo gorzki (NIE, NIE próbowałam machnąć sobie szamponowego drinka, po prostu piana mi wleciała. Przypadkiem, słowo daję :D).

Kosmetyk jest bardzo delikatny. Nie podrażnił mojej skóry głowy, nie przesuszył jej nadmiernie. Ale niestety ta jego delikatność ma swoje wady - szampon zbyt słabo oczyszcza. Do zmycia oleju, produktów do stylizacji i innych specyfików potrzeba około 3-4 myć. Dla mnie to trochę za dużo. Nawet używany do "zwykłego" mycia nie oczyszcza włosów zadowalająco.

Uważam, że ten szampon to ciekawy produkt. Jest bardzo delikatny dla skóry głowy i pięknie pachnie. Niestety zbyt słabo myje. Zużyję drugą butelkę i raczej do niego nie wrócę, choć kusi mnie wypróbowanie wersji kokosowej. Może przy myciu włosów maluchów sprawdza się lepiej.

Skład: AQUA, LAURYL GLUCOSIDE, COCAMIDOPROPYL BETAINE, SODIUM COCAMPHOACETATE, SODIUM CHLORIDE, POLYQUATERNIUM-7, GLYCERYL OLEATE, CITRIC ACID, COCO-GLUCOSIDE, DISODIUM COCOYL GLUTAMATE, BENZYL ALCOHOL, PHENOXYETHANOL, PARFUM, POTASSIUM SORBATE, POLYQUATERNIUM-44, LIMONENE, HEXYL CINNAMAL, LINALOOL, GERANIOL

Cena: ok. 6-7 zł/250 ml
Dostępność: Drogerie Natura, doz.pl
Ocena: 3,5/5

piątek, 14 września 2012

Czy krem z róży twarzy służy? Alterra Waschcreme Wildroseblüte

Rossmann to sieć drogerii, której sklepy spotykam praktycznie na każdym kroku. Tu Rossmann, tam Rossmann... Wyrastają jak grzyby po deszczu. A gdy jeszcze do bliskości Rossmanna dodać odrobinę wolnego czasu, to nawrót zakupoholizmu murowany.

Marki Alterra nie muszę chyba przedstawiać. Stała się ona bardzo popularna wraz z pojawieniem się mody na naturalną pielęgnację. Oferuje ona szeroki wachlarz produktów; możemy praktycznie od stóp do głów wymyć się i wypielęgnować kosmetykami tej marki. Włosy szamponami Altery już umyłam, dlatego teraz przyszła pora na twarz. Bohaterem dzisiejszej notki będzie chyba najpopularniejszy, po szamponach, masce z granatem i olejkach, produkt, czyli osławiony krem myjący z wyciągiem z dzikiej róży. Tyle naczytałam się i nasłuchałam się o tym produkcie, że w końcu postanowiłam sprawdzić jego działanie na własnej skórze.

Krem znajduje się w wysokiej tubie z miękkiego plastiku. Podoba mi się taka forma opakowania; nie trzeba niczego rozcinać, ponieważ rzadki krem sam spływa do nakrętki.

Krem, wbrew nazwie, niewiele z kremem ma wspólnego. Powiedziałabym raczej, że to takie bardzo rzadkie, lejące mleczko. Kosmetyk możemy stosować na dwa sposoby - jak typowe mleczko (na wacik) lub bezpośrednio na twarz. Polecam raczej ten drugi sposób. Wacikiem tylko rozsmarowujemy sobie krem na twarzy, a musimy go zmyć kolejną porcją płatków lub wodą. Po co się więc babrać z wacikami :)?

Jeżeli chodzi o właściwości myjące, to krem radzi sobie całkiem nieźle. Nie usunie trwałego kolorowego makijażu, ale z tuszem i podstawową szpachlą jakoś sobie radzi. Oczyszcza delikatnie, nie podrażnia, nie powoduje ściągnięcia czy pieczenia. Nie wysusza, ale lekko napina skórę - nie każdemu może to lekkie ściągnięcie pasować.

I na pewno wystawiłabym temu kosmetykowi wyższą ocenę, gdyby nie jego zapach. Moim zdaniem, produkt, którego używamy na twarz, nie powinien tak mocno pachnieć. Do zapachu można się przyzwyczaić, ale na początku znajomości z tym produktem aż kręciło mnie w nosie od tego zapachu, który z różami niewiele ma wspólnego.

Skład: Aqua, Coco Glucoside, Glycerin, Alcohol, Glycine Soja Oil, Olea Europaea Oil, Xanthan Gum, Caprylic/Capric Triglyceride, Rosa Canina Oil, Vitis Vinifera Oil, Rosa Canina Fruit Extract, Vitis Vinifera Fruit Extract, Sodium Cocoyl Glutamate, Disodium Cocoyl Glutamate, Sodium Cetearyl Sulfate, Tocopherol, Helianthus Annuus Seed Oil, Parfum, Limonene, Citronellol, Linallol, Citral

Cena: ok. 9 zł/125 ml
Dostępność: Drogerie Rossmann
Ocena: 4/5

wtorek, 11 września 2012

Jeśli nie chcesz mojej zguby, trochę miodu daj mi luby! Garnier, Nawilżająca Pielęgnacja 7 dni, Łagodzące mleczko do ciała z miodem

Wspominałam wam o tym, że jestem leniem w kwestii pielęgnacji. Chciałabym być gładka i piękna bez wkładania w to wysiłku. Uroda mi jednak nie zagraża, dlatego muszę popracować nad gładkością. Aż uprzyjemnić sobie czynności związane z pielęgnacyjną rutyną wybieram takie kosmetyki, które otulają przyjemnym zapachem.

Balsamy Garniera darzę pewnym sentymentem. Przez wiele lat stałym elementem wyposażenia łazienki był czerwony Garnier. Moi rodzice chyba przyspawali go do półki przy wannie, bo był tam zawsze, a w miejsce zużytego niemal natychmiast pojawiał się zastępca.

Do balsamu z miodem przekonała mnie obietnica długotrwałego nawilżenia oraz szybkiego wchłaniania. Nic tak nie zniechęca, jak balsam, który wchłania się latami.

Żeby tradycji stało się zadość, zacznę od kwestii technicznych. Butelka, mimo swoich rozmiarów, jest dość poręczna, bo wyprofilowana. Widziałam w drogerii, że wszystkie balsamy Garniera posiadają teraz takową butelkę - producent poszedł w dobrym kierunku, bo poprzednie opakowania (szersze u góry, zwężające się ku dołowi) trochę mniej pewnie leżały w ręce. Opakowanie nie jest jednak bez wad. Tym razem doczepię się zamknięcia. Jest wypukłe, przez co nie można go postawić na "głowie", żeby resztki balsamu spłynęły (nie przepadam za rozcinaniem opakowań).

Balsam ma taką "balsamową" konsystencję. Nie jest bardzo rzadki, ale też nie ekstremalnie gęsty. Rozsmarowuje się bardzo dobrze. Obawiałam się, że będzie się lepił (przecież miód, którego obecność producent sygnalizuje jest lekko klejący), na szczęście nic takiego nie ma miejsca. Balsam spełnia także obietnicę o szybkim wchłanianiu. Już po kilku minutach, nie więcej niż po 5, można bez obaw zakładać ubrania.

A jak balsam radzi sobie z nawilżeniem? O dziwo całkiem nieźle. Skóra po wchłonięciu balsamu jest wyraźnie gładsza, bardziej miękka. Co więcej, to uczucie utrzymuje się także na drugi dzień od posmarowania. Moja skóra nie jest sucha jak pieprz.

Na deser zostawiłam sobie zapach. Jak to jest miód, to ja jestem Kleopatrą. Bardziej kojarzy mi się z jakimiś perfumami. Nie jestem dobra w opisywaniu nut zapachowych, tutaj czuję jakieś kwiatki podrasowane cięższą słodyczą.

Uważam, że ten produkt udał się Garnierowi. Moja sucha skóra go polubiła.

Skład: Aqua, Glycerin, Paraffinum Liquidum/Mineral Oil, Elaeis Guineensis Oil, Cetearyl Alcohol, Dimethicone, Benzyl Alcohol, Bifida Ferment Lysate, Carbomer, Citronellol, Geraniol, Glyceryl Stearate, Limonene, Linalool, Mel/Honey. Methylparaben, PEG-100 Stearate, Phenoxyethanol, Sodium Hydroxide, Stearic Acid, Zinc Gluconate, Parfum

Cena: ok. 13 zł/200 ml, 19 zł/400 ml
Dostępność: Rossmann, Natura, Super-Pharm, Tesco
Ocena: 4/5

niedziela, 9 września 2012

Na tropie... Hebe we Wrocławiu

Do stworzenia rysunku wykorzystałam:
Logo ze strony Biedronki
Clipart z MS Word 2010

Jakiś czas temu natknęłam się na informację, że Jeronimo Martins Polska planuje w najbliższym czasie (do końca tego roku) otwarcie 12 drogerii Hebe (tę informację zaczerpnęłam STĄD). Zatarłam ręce, gdy zobaczyłam, że wśród kilku miast znalazł się w końcu Wrocław. Dotychczas mogłam podziwiać hebowe łupy głównie na blogach mieszkanek mazowieckiego i wzdychać.

Ta lakoniczna informacja o wejściu Hebe do Wrocławia mi jednak nie wystarczyła. Zaczęłam kopać. A jak chcę, to się dokopię. Co wynalazłam? Dowiedziałam się, gdzie będzie ta drogeria. Ha! JMP wykupiło siedzibę po markecie Carrefour Express przy ulicy Borowskiej 114 (niedaleko ul. Ślicznej) i otworzy tam drogerię Hebe. Tę informację zaczerpnęłam z... regulaminu konkursu Walcz o najlepszą szczoteczkę Oral-B, który w załączniku wymienia listę 26 drogerii sieci Hebe, w których będzie prowadzony konkurs, a tam została wymieniona jeszcze nieistniejąca Hebe przy Borowskiej. Przebieram nogami ze szczęścia, bo będę miała rzut beretem :).

Jedyne czego nie udało mi się poznać, to dokładnej daty otwarcia. Prace przy Borowskiej mają zakończyć się do końca września (INFO), więc może już w październiku tłum Wrocławianek będzie się rozpychał łokciami w nowej drogerii.

sobota, 8 września 2012

Na drzewo! Pharma Tech Naturalny olejek (z) drzewa herbacianego

Blogerki urodowe, choć nie są uzależnione od mody, tak jak szafiarki, to jednak często same wymyślają sobie trendy, najczęściej w pielęgnacji. I nagle na blogach mamy wysyp notek o tym samym. Hitem ostatnich tygodni  jest laminowanie włosów przy pomocy żelatyny. Wcześniej były zachwyty nad OCM, Tangle Teezer… Jednym z hitów blogosfery jest olejek z drzewa herbacianego, o którym dziś trochę pomiauczę.

Dość długo opierałam się przed zakupem tego specyfiku. Pojawił się on w mojej łazience za sprawą mamy, której kiedyś wspominałam o dobroczynnym działaniu tego cuda. Pech chciał, że urlop mojej mamy uprzykrzyło upierdliwe zimno. A ponieważ zgodnie z tym, co szepnęłam mamie do ucha, olejek z drzewa herbacianego pomaga leczenie okropnego „zimna”, mama pobiegła więc do apteki po olejek. Po powrocie rodzicielki z urlopu i mnie wyskoczyło to paskudztwo. Więc olejek poddany był podwójnemu testowi – na zimno i niespodzianki.

Olejek stosowałam bezpośrednio na skórę. W jakimś artykule dotyczącym leczenia opryszczki wyczytałam, że olejek z drzewa herbacianego świetnie się sprawdza, ponieważ ma nie tylko działanie antybakteryjne, ale i nawilżające. Bujda na resorach. Olejek ma silne działanie wysuszające. Skóra wokół zmiany chorobowej wyglądała mało ciekawie i schodziła płatami. Muszę jednak przyznać, że dzięki antybakteryjnemu działaniu olejku to badziewie szybciej się ulotniło. Zaczęłam smarować się olejkiem tylko, gdy zobaczyłam, że coś się święci, a więc przed całkowitym wykwitem. Zmiana zagoiła się szybko, bo w ciągu około tygodnia od rozpoczęcia kuracji.

Mądrzejsza o doświadczenia opryszczkowe, do zwalczania niespodzianek przystąpiłam w trochę inny sposób. Najpierw  nawilżyłam skórę. Po wchłonięciu się kremu nakładałam olejek. Moja cera nie jest idealna, choć zaczyna wyglądać coraz lepiej. Olejek pomógł mi w najgorszych mojej skóry, a więc po masakrze metodą OCM, kiedy to na twarzy miałam ogromne, czerwone i błyszczące gule. Wyglądały naprawdę okropnie. Olejek pomógł mi je zlikwidować. Teraz używam go punktowo na te maluchy, które pojawiają się na buzi. Olejek je wysusza i goi.

 Myślę, że taki olejek przyda się osobom walczącym z niedoskonałościami na twarzy. Choć ja stosowałam go bezpośrednio na skórę, można przy jego pomocy podrasować swój krem czy żel do mycia twarzy – w takim przypadku radziłabym omijać delikatne okolice oczu.

Skład: Malaleuca Alternifolia

Cena: ok. 10 zł/10 ml
Dostępność: apteki
Ocena: 4/5

środa, 5 września 2012

Detektor suchych skórek. Lush Jackie Oates Colour Supplement

Lush, Lush, Lush. Kule, szampony, peelingi i tysiąc innych pachnących drobiazgów rozbudzało wyobraźnię i "chcicę" kosmetykomaniaczek. Niestety, kiszka, bo Lush nie był dostępny w Polsce stacjonarnie, a ceny produktów, które pojawiały się na Allegro mogły przyprawić o palpitacje serca. Krążą jednak słuchy, że niedługo i ta marka pojawi się w Polsce - najpierw szykuje się na podbój stolicy, a potem, mam nadzieję, dotrze także pod strzechy innych polskich galerii handlowych.

Na początku nie miałam pomysłu, co może kryć się w tym szklanym cudaku, które przywędrowało zza kałuży od Urbana. Rzut oka na etykietę i małe śledztwo w internecie, wykazało, że Colour Supplement to coś w rodzaju... Kremu tonującego? Podkładu? Sama nie wiem. KWC twierdzi, że to puder w kremie...

"To" zamknięte jest w szklanym słoiczku. Słoiczek jest niewielki, przez co ma mały "gwint". Takie opakowanie może przysporzyć kłopotu osobom o dłuższych paznokciach.

"To" ma kolor jasnego ciepłego beżu. Kolor jest naprawdę przyjemny, choć dla mnie za jasny. O dziwo jednak, dopasował się do koloru mojej skóry. Produkt ma w sobie żółte tony, działa kryjąco - neutralizująco na zaczerwienienia (producent poleca go chłodnym typom cer). Nie utlenia się na różowo.

Producent twierdzi, że "suplementu koloru" możemy używać na dwa sposoby - nakładając go prosto ze słoika na twarz lub mieszając go wcześniej z kremem. Polecam ten pierwszy sposób. Kosmetyk ma dośc tępą konsystencję, trzeba go uważnie rozprowadzać (w przeciwieństwie do np. kremu tonującego Ziaji, którym mogłam się mazać śpiąc :D), ponieważ lubi zostawiać smugi. Gdy wymieszamy go z kremem (u mnie akurat był to Hipp pielęgnacyjny) będziemy w paski i dołożymy sobie pracy przy jego rozsmarowywaniu. 

Bardzo podoba mi się to, że można nim budować krycie. Jedna warstwa ładnie pokrywa rozszerzone pory, natomiast nałożony w większej ilości punktowo dobrze maskuje niespodzianki.

Jeżeli chodzi o wykończenie, to niestety daje takie, za którym nie przepadają osoby o przetłuszczającej się skórze. Nie jestem fanką połysku na skórze, wystarczy mi smalec własnej produkcji. Ale od czego są pudry matujące. I z tym niechcianym połyskiem można sobie poradzić.

Niestety nie jest to produkt idealny. Po pierwsze - śmierdzi. Zgniłym owsem. Zapach jest do przeżycia, ale do najprzyjemniejszych nie należy. Po drugie - ma krótki termin przydatności, który wynosi 3 miesiące od wyprodukowania (dokładna data wytworzenia i termin używalności jest podany); stosowałam ten produkt trochę po terminie i nie zauważyłam jakiś negatywnych skutków, ale przezorny zawsze ubezpieczony. Trzecią cechą tego pana jest to, że niezły z niego poszukiwacz zaginionych skórek. Nawet jeżeli nie wiesz, że masz gdzieś lekko suchą skórkę, to ten pan ci to uwidoczni. Wymaga dlatego bardzo dobrze przygotowanej skóry.

Jest to niezły produkt, ale nie idealny. Podoba mi się krycie jakie zapewnia, kolor, trwałość... Ale kilku cech mu nie wybaczę.

Skład: Aqua, Oat Milk, Safflower Oil, Aloe Vera Extract, Titanium Dioxide, Organic Rose Hip Oil, Shea Butter, Stearic Acid, Glycerine, Cetearyl Alcohol, Triethanolamine, Honey, Tincture of Benzoin, Lanolin, Iron Oxides, Mica, Tin Oxide, Methylparaben, Propylparaben

Cena: ok. 16 $/20 g
Dostępność: sklepy Lush
Ocena: 3,5/5

Obiecany słoczyk :)

niedziela, 2 września 2012

Modny ogórek w miętowym garniturze. Delia Coral Prosilk nr 156

Powiększasz na własną odpowiedzialność
Paznokcie jakie mam, każdy widzi. Choć na żywo wszelkie niedociągnięcia nie są aż tak rażące, to jednak na zdjęciach wychodzi szydło z worka; skórki świecą w ciemnościach, a o kształcie paznokcia można by pisać rozprawy naukowe (nie wspominając już o tym małym dziadzie, który się ułamał). Niemniej lakierów mam trochę, a recenzuję je bardzo rzadko. Jak tak dalej pójdzie, to niedługo będą pojawiały się wyłącznie recenzje lakierów.

Dziś na tapecie wylądował lakier, który prawie codziennie gościł na moich paznokciach w sierpniu. Jakoś tak pasował mi kolorem do letniej konwencji. A jest to ten odcień zieleni, który wszyscy tak kochają, że niedługo będą haftować w tym kolorze. Bowiem "mienta" zaczyna wyskakiwać z lodówki.

Lakier z Delii kupiłam, bo (uwaga, uwaga, to będzie stwierdzenie na miarę tego Neila Armstronga :D) była promocja. Co prawda wcale nie potrzebuję kolejnych lakierów, jak mam cokolwiek do pomalowania, to jest święto narodowe. Ale on tak ładnie cieszył się do mnie z pudełka, że musiałam po niego sięgnąć.

Choć nie należę do fanek zieleni, to jednak polubiłam ten odcień. To taka chłodna, rozbielona zieleń. Nie ma w sobie żółtych tonów, nie widzę w nim też typowej dla wielu mięt niebieskiej nuty. 

Kolor jest ładny, ale nie na tyle, żeby przysłonić niedogodności związane z jego użytkowaniem. Do buteleczki się nie przyczepię. Pędzelek jest wachlarzowy, ale dosyć cienki - wole takie, niż te grubasy, które teraz wszędzie wciskają. Problemy zaczynają się już po wyciągnięciu pędzelka z buteleczki, gdy chcemy pomalować paznokcie. Lakier jest dość rzadki. Nie tak, jak lakiery Celii, ale jednak. Ciężko nakłada się nim grubsze warstwy, źle się rozprowadza. Dlatego nakładam go dość cienką powłoką, co niestety odbija się na ilości warstw koniecznych do pełnego krycia. Zwykle kładę ich aż 3, czasami nawet 4. Trochę dużo babrania. Taka ilość warstw wpływa na wysychanie lakieru. Całość schnie około godziny. Nie usiedzę tak długiego czasu, jak królowa.

Może wybaczyłabym te techniczne problemy, gdyby lakier był oszałamiająco trwały. A w tej kwestii jest przeciętny. Po około 3 dniach ścierają się końcówki i lakier zaczyna odpryskiwać. Nie przepada ponadto za zmianami temperatur - zlazł mi po saunie, gdy kąpałam się w chłodnym basenie (niedługo zacznę testować kosmetyki skacząc na spadochronie chyba :D)

Mięta okazała się średniaczkiem. Może niebieski, który znajduje się w czeluściach lakierowego pudełka, będzie inny?

Cena: ok. 6 zł/10 ml
Dostępnośc: Super-Pharm
Ocena: 3/5
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...