Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

czwartek, 30 sierpnia 2012

Na tapczanie siedzi leń... Zużycia sierpnia


Jestem jedyna w swoim rodzaju. Pakując wyjazdową kosmetyczkę, wypchałam ją tysiącem niedobitków walających się po łazience. Resztki kremów do stóp i rąk miały zniknąć w koszu w tym miesiącu. Tak się oczywiście nie stało, bo jestem leniem. Kremów do stóp i rąk używałam tylko, gdy skóra na piętach i dłoniach zaczynała przypominać pancerz krokodyla. Na szczęście coś tam udało się wykończyć. W tym miesiącu żegnam się z:

1. Dulgon Schwups-Schwaps Schaum-Traum Shampoo - jak można nie kochać szamponu z jednorożcem (czy inną kozą) na etykiecie, który w dodatku pachnie morelą i ma śmieszną nazwę? No nie można :D. W domu czeka na mnie kolejna butelka. Recenzja wkrótce.

2. Garnier Mineral Clean Sensation Antyperspirant - bardzo dobry antyperspirant, ale... opowiem wam o nim za jakiś czas.

3. Garnier Nawilżająca Pielęgnacja 7 dni, Łagodzące mleczko do ciała z miodem - mleczko z miodem, które niestety nim nie pachnie i na szczęście nie lepi się jak on. Więcej na temat tego pana przeczytacie niebawem.

4. Wibo Rose Collection Zmywacz do paznokci w płatkach - kupiony z powodu pudełka za całe 1,29 zł, okazał się całkiem przyjemny. Początkowo nie przekonywała mnie jego tłusta formuła. Muszę jednak przyznać, że zmywa bardzo dobrze (no, może z czerwieniami sobie nie radzi, bo rozmazuje je na potęgę). Ponadto nie wysusza paznokci ani skórek, a tłustą warstwę, którą pozostawia, można łatwo zmyć. I naprawdę pachnie różami. Nie metalem :D.

5. AA Ciało Wrażliwe Odżywczo - wygładzający Żel do mycia ciała Herbaciana Róża - żel byłby całkiem przyjemny, gdyby firma AA popracowała nad jego zapachem. Po to używa się żelu o zapachy róży, żeby pod prysznicem czuć ogród, a nie skład gwoździ.

6. Avene woda termalna - do czasu romansu z tym kosmetykiem, uważałam, że woda w "szpreju" jest tak potrzebna, jak dziura w moście. Ta woda okazała się jednak świetnym kosmetykiem, bardzo uniwersalnym. Na pewno poświęcę jej osobny elaborat :D.

A wam jak poszło wakacyjne zużywanie? Też miałyście lenia?

wtorek, 28 sierpnia 2012

Stalowe… róże? AA Ciało Wrażliwe Odżywczo – wygładzający żel do mycia ciała Herbaciana Róża

Kobiety kochają dostawać kwiaty. Wśród „prezentowych” bukietów prym wiodą te z róż. Róż w każdym możliwym kolorze. Słabość kobiet do tych kwiatów wykorzystują też producenci kosmetyków, którzy próbują zamknąć ulubiony zapach wielu pań w buteleczkach, słoiczkach i tubkach.

Mnie róże kręcą raczej średnio. W ogóle nie przepadam za kwiatami. Wolałabym dostać czekoladę J. Żel z AA skusił mnie swoją obietnicą odżywienia i wygładzenia. Taka stara jestem, a dałam się złapać na rzekome odżywienie, którego czasem nie zapewniają pozostające na skórze balsamy, a co dopiero zmywane po chwili od nałożenia żele…

Nie ukrywam, że spodobała mi się też butelka, która okazała się bardzo poręczna pod prysznicem. Przezroczysty plastik, z którego jest wykonana, pozwala na kontrolę zużycia. „Wgięcia”, które są po bokach butelki, ułatwiają jej utrzymanie także mokrą ręką. Opakowanie jest dość wąskie, przez co mogą je chwycić osoby z tak krótką, niemal dziecięcą dłonią, jak moja.

Produkt AA ma prawie żelową konsystencję. Jest umiarkowanie gęsty, nie ma  problemu z wylaniem go z butelki. Kosmetyk dobrze rozprowadza się na skórze. Prawie się nie pieni, na skórze trzeba go rozsmarować jak balsam, dlatego odbija się to niekorzystnie na jego wydajności. Nie wysusza, skóra po jego użyciu wydaje się gładsza.

Polubiłabym ten produkt, gdyby nie jego zapach. Pomijając fakt, że nie przepadam za zapachem róż, to jednak nie przeszkadzałby mi tak bardzo, jak zapach tego żelu. Bo produkt AA nie przypomina zapachem herbacianej róży. No, może pałęta się tam jakaś różana nuta, ale dominujący w tym żelu jest zapach… metalu.  Zapach na szczęście nie utrzymuje się zbyt długo na ciele, znika po 15 minutach.

Żel z AA, to produkt niezły, szczególnie dla suchej skóry, ale jego dziwaczny zapach go dyskwalifikuje w moich oczach.

Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Lauramidopropyl Betaine, Sodium Chloride, Glycerin, Lauryl Glucoside, Coco- Glucoside, Glyceryl Oleate, Betaine, Allantoin, Panthenol, Parfum, Rosa centifolia Extract, Jasminum officinale Extract, Bellis perennis Extract, Xanthan Gum, Benzophenone-4, Tetrasodium EDTA, Methylisothiazolinone, CI 15985, CI 16255

Cena: ok. 14 zł/250 ml
Dostępność: Drogerie Natura, Schlecker
Ocena: 3,5/5

sobota, 25 sierpnia 2012

Korekcja – perfekcja? Miss Sporty So Clear Coverstick Anti-Bacterial 01

Zawsze marzyłam o idealnej cerze. I kiedy prawie udawało się osiągnąć wyśniony cel, zwykle w najmniej oczekiwanym momencie pojawiało się psujące wizję „coś”. „Coś” miewa różnego rodzaju wcielenia – od małej niewinnej czerwonej plamki po ogromna, pulsującej gulki. Skoro już to nieproszone  „coś” się pojawiło, to wypadałoby je jakoś ukryć. Dobrze kryjący korektor  to jedna z tych rzeczy, która przyda w awaryjnych sytuacjach.

Korektor z Miss Sporty kupiłam przypadkiem. Właśnie dogorywał korektor z Essence, a dmuchając na zimne, wolałam się zabezpieczyć. Wybrałam Miss Sporty, bo lubię korektory w sztyfcie.  Forma kosmetyku mnie nie rozczarowała. Opakowanie jest wytrzymałe, mechanizm wysuwający działa bez zarzutu.

Sztyft jest dość twardy, nie topi się i nie łamie. Jest jednocześnie na tyle kremowy, że bez przeszkód można go nakładać na niespodzianki. Korektor dobrze się rozsmarowuje i łatwo wklepuje. Dobrze trzyma się na twarzy, choć zawsze lekko go pudruję, ponieważ jest  delikatnie tłusty (nie jest to taki tłuścioch jak Skinfood, bez obaw). Przypudrowany wytrzymuje około 5 godzin. Osoby z suchymi miejscami na twarzy powinny uważać przy jego stosowaniu. Sztyft niestety pięknie uwidacznia suche skórki.

Korektor całkiem nieźle kryje, szczególnie gdy dobrze dobierze się kolor. A wybór jest niestety żaden – w ofercie są zaledwie 2 kolory, które wpadają w pomarańcz (mało znam osób o takich odcieniach skóry). Moim zdaniem znacznie lepiej byłoby gdyby były w żółtej tonacji – wtedy znacznie lepiej szłoby im krycie zaczerwienień, także przy nieidealnym dopasowaniu. Niestety przy tej pomarańczce trzeba trochę popracować.

Szkoda, że te kolory są takie niebyt twarzowe.  Z krycia jestem zadowolona, ale raczej nie kupię ponownie, bo nie chce mi się bawić.

Cena: ok. 10 zł/4,5 g
Dostępność: Tesco, Rossmann, Schlecker, Super-Pharm
Ocena: 3/5

środa, 22 sierpnia 2012

Wchłanianie na zawołanie? Neutrogena Fast Absorbing Hand Cream


Lubię kremy do rąk. Ale raczej je zbierać niż używać. Mimo, że zawsze mam ich kilka, w ruch idą rzadko. Jakiś czas temu postanowiłam  zwalczyć swoje kremowe lenistwo. W tym celu zastosowałam metodę marchewki i zdecydowałam się na…. kupno kolejnego kremu. Tym razem przy półce z kremami stałam dość długo. Kontemplowałam opisy producenta, jednym okiem rzucałam na skład, ważyłam w dłoniach tubki. Starałam się nie ulec ładnym obrazkom na opakowaniach. 

Wszystkie rozważania szlag trafił, gdy przy kremach Neutrogeny zobaczyłam plakietkę z napisem gratis. A tam, na co mi jakaś pierdoła. Ja kremu do rąk szukam! Ciekawość ludzka rzecz, dlatego zdecydowałam się doczytać co to za gratis. Bransoletka z plastikowymi cyrkoniami? Nie. Firmowa linijka? Nie. Mini wersja kosmetyku? Nie, ale blisko.  Gratisem okazał się balsam do ust tejże firmy.  To nic, że smarowidła do ust kupuję częściej niż czekoladę. To nic, że mam ich mnóstwo. Sztyftu z Neutrogeny nie miałam. I dlatego postanowiłam, że zrobię interes życia, jeżeli kupię krem tej marki. Tym razem to była krótka piłka. Padło na Fast absorbing. Czyżbym wreszcie znalazła krem, który wchłonie się zanim chwycę w łapy długopis?

Krem Neutrogeny zamknięty jest w niewielkim pękatym opakowaniu z miękkiego plastiku. Opakowanie ma klapkę, nie tradycyjną zakrętkę.  Jest odporne na torebkowe tortury, nie otwiera się nieproszone i nie pluje zawartością.

Zaskoczyła mnie konsystencja tego kremu. Szczerze mówiąc, myślałam, że formuła będzie leciutka. Przeliczyłam się. Krem jest gęsty, ma konsystencję takiego treściwego balsamu. Przez chwilę mnie zamurowało. Jak to ciężkawe „coś” ma być kremem, który w założeniu ma się szybko wchłaniać?

Niestety obawy dotyczące wchłanialności tego kremu okazały się słuszne. Krem jest dość tłusty, przez co wcale nie wchłania się szybko. Ta tłusta warstwa nie jest taka konkretnie tłusta, powiedziałabym raczej, że ta jej tłustość jest jakby przypudrowana. Mimo tego „pudru”  trzymanie długopisu jest niemożliwe. Trzeba poczekać, aż krem się wchłonie. Tylko nie zawsze mam ochotę na odczekanie kilku minut (tak około 10), żeby krem się wchłonął. Szkoda. Myślałam, że temu panu zajmie to trochę krócej niż standardowemu kremowi bez dorobionej teorii fast absorbing.

Gęsta konsystencja tego kremu ma jeden zasadniczy plus. Wystarczy go naprawdę niedużo, żeby posmarować dłonie, co powoduje, że jest bardzo wydajny.

Wspomnę jeszcze o najważniejszym, czyli o działaniu. Krem w roli nawilżacza sprawdza się naprawdę nieźle. Dłonie są po jego wchłonięciu gładkie (silikony, omnomnom :D). Krem dobrze nawilża, moje dłonie nie przesuszają się tak mocno. Nie muszę go stosować po każdym myciu rąk, uczucie gładkości utrzymuje się naprawdę długo.

Gdyby nie to, że przez konsystencję tego kremu, która nie odpowiada zapewnieniom producenta, czuję się nabita w butelkę, to z pewnością oceniłabym ten krem wyżej. Bo naprawdę jest godzien uwagi.

Skład: Aqua, Glycerin, Isononyl Isononanoate, Dimethicone, Cyclopentasiloxane, Cetearyl Alcohol, Cyclohexasiloxane, Cetyl Alcohol, Paraffinum Liquidum, Behenyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Panthenol, Xylitylglucoside, Anhydroxylitol, Xylitol, Tocopheryl Acetate, Ceteth-20, PEG-75 Stearate, Steareth-20, Cetearyl Glucoside, Paraffin, Cera Microcristallina, PVP/Hexadecene, Copolymer, Xanthan Gum, Disodium EDTA, Methylparaben, Phenoxyethanol, Propylparaben, Parfum

Cena: ok. 15 zł/75 ml
Dostępność: Rossmann, Super-Pharm
Ocena: 4/5

niedziela, 19 sierpnia 2012

Migdały w alkoholu pływały. Garnier Bio Słodkie Migdały

Do drogerii powinnam chodzić pod dozorem kogoś rozsądnego. Gdy jestem sama, często ulegam impulsowi i kupuję jakąś bzdurę. Bo tania, bo ciekawa, bo ładny kolor, bo nietypowe opakowanie, bo nie miałam, bo powinna pachnieć czymś, co lubię... Powodów jak zwykle tryliard. Po powrocie do domu często zastanawiam się, co jak właściwie kupiłam? I nie inaczej było po zakupie badziewiaka z Garnier.

Firmę Garnier darzę raczej obojętnymi uczuciami i rzadko zdarza mi się z niej coś kupić. Muszę jednak przyznać, że produkty z jednej serii mają naprawdę dobre (choć też nie wszystkie. Mówię tu o antyperspirantach z serii Mineral - Calm to mój faworyt.

Wspominałam już, że nie jestem obsesyjną poszukiwaczką antyperspirantów/dezodorantów bez aluminium. Produkty bez tego składnika średnio się u mnie sprawdzają, ale często ulegam chwili i kupuję coś bez "amelinium" (tego Krzychu nie pomalujesz :D).

W garnierowej serii Bio znajdziemy do wyboru 3 warianty zapachowe - kokosową, różaną i słodkie migdały. Obawiałam się pierwszych dwóch zapachów, dlatego postawiłam na słodkie migdały. Te produkty zawierają sporo alkoholu, więc na początku pewnie wszystkie pachną tak samo - wódą. Po chwili alkohol się w znacznej mierze ulatnia i czuć właściwy zapach. A ten jeżeli idzie o słodkie migdały nie jest przyjemny. Nie przypomina w ogóle migdałów.  W ogóle niczego nie przypomina, jest jakiś taki dziwny słodko-skisły. Nie czuję się z nim zbyt komfortowo. Utrzymuje się krótko, bo około 2-3 godziny.

Podstawowym zadaniem dezodorantu jest nie tyle ograniczenie pocenia, co ograniczenie brzydkiego zapachy. Pytanie za 100 punktów: jak coś co śmierdzi, ma zniwelować brzydki zapach? To już chyba tajemnica producenta..

Produkt nie sprawdzi się u osób, które obficie się pocą, bo jego ochrona jest z gatunku tych bardzo słabych. O obiecywanych przez producenta 24 godzinach nawet nie można marzyć. Garnier Bio działa tyle, ile pachnie, czyli z 2 w porywach do 3 godzin. Nie będę biegała co 3 godziny do łazienki... Dlatego stawiam na bardziej skuteczne produkty, a do tego pana już nie wrócę.

Aha, zapomniałabym o bardzo istotnej kwestii. Biada temu, kto spróbuje użyć tego dezodorantu po goleniu. Chyba, że ktoś jest masochistą... :D

Skład: Aqua, Alcohol, Propanediol, Glyceryl Caprylate, Smithsonite Extract, Limonene, Xanthan Gum, Linalool, Aloe Barbadensis Leaf Juice Powder, Citrus, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Parfum

Cena: ok. 10 zł/50 ml
Dostępność: Drogerie Rossmann
Ocena: 2/5

czwartek, 16 sierpnia 2012

Gładka jak... skórka moreli! Soraya Beauty Theraphy Morelowy Peeling Utraoczyszczający

Morela królową peelingów! Bardzo wiele kosmetyków tego typu przeznaczonych na różne partie ciała zawiera ekstrakty z moreli. Na rynku można znaleźć prawdziwe zatrzęsienie morelowych peelingów do twarzy (Mincer, Marion, Himalaya Herbals, Yves Rocher). Jest w czym wybierać. Ja postawiłam na Sorayę.

Historia z tą Sorayą jest dość zabawna. Przez lata ogromnym poważaniem cieszył się morelowy peeling St. Ives. Cały czas planowałam jego zakup, jednak zawsze trafiało się coś bardziej potrzebnego. Tak długo się zbierałam, że aż w końcu go wycofali. Dziewczyny, które go uwielbiały płakały i zgrzytały zębami. I ja także, choć polubić go nie zdążyłam - lamentowałam, bo nie przetestowałam. Hańba :D!

Jakiś czas po wycofaniu St.Ives poszła plota, że firma została przejęta przez Sorayę i że wymarzony peeling ma wrócić w nowym opakowaniu. Taaaaaa, plota roku. Firma St. Ives działa nadal i ma się dobrze, a ich sławny peeling święci triumfy za granicą. Po prostu wycofali się z Polski i tyle. A Sorayi ktoś zrobił dobrą reklamę, bo ich produkt znalazł się na celowniku miłośniczek St. Ives.

I ja rzuciłam się na Sorayę, jak szczerbaty na suchary. W sklepie chwyciłam dwie tubki peelingu, które różniły się paskiem - jeden ma pomarańczowy, drugi niebieski. Ultraoczyszczająca czy antytrądzikowa? Na którą postawić? Stanęło na ultraoczyszczającej. Bo jest ultra :).

Tubka, w której znajduje się peeling jest dość miękka, ale wytrzymała. Mimo częstych zabaw nic się z nią nie dzieje. Jednak ma pewne zastrzeżenia odnośnie opakowania. Ma trochę małą dziurkę, a peeling jest gęsty, przez co trzeba się trochę z nim siłować, żeby go wydobyć (szczególnie, gdy jest go już mało).

Peeling ma konsystencję dość gęstego kremu z dużą ilością drobinek. Kosmetyk rozsmarowuje się dobrze, ale nie ślizga się zbytnio po skórze, przez co drobinki mogą "odwalić" swoją robotę i świetnie zetrzeć naskórek. Mimo, że drobinki są małe, to jednak ścierają bardzo dobrze, są odpowiednio ostre, ale nie drażniące.

Jaka jest cera po użyciu tego peelingu? Baaardzo gładka. Peeling skutecznie usuwa różne odstające skórki na mojej buzi. Po jego użyciu lubię nakładać krem - jest świetny poślizg, krem się dobrze wsmarowuje. Peeling dobrze robi też moim czarnym punktom na nosie - po jego użyciu w magiczny sposób znikają.


Uważam, ze to dobry produkt. Moja cera go polubiła. Polecam wypróbować. 

Skład: Aqua, Juglans Regia (Walnut) Shell Powder, Glyceryl Stearate SE, Glycerin, Sodium Lauerth Sulfate, Polyethylene, Cocamidopropyl Betaine, Glyceryl Stearate, PEG-100 Stearate, Cetyl Alcohol, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Polysorbate 60, Cetyl Acetate, Acetylated Lanolin Alcohol, Titanium Dioxide, Prunus Armeniaca (Apricot) Fruit Extract, Sorbitol, Propylene Glycol, Carbomer, Triethanolamine, DMDM Hydantoin, Methylparaben, Propylparaben, Parfum, Benzyl Alcohol, Benzyl Benzoate, Benzyl Salicylate, Citral, Citronellol, Eugenol, Geraniol, Hexyl Cinnamal, Hydroxycitronellal, Isoeugenol, Limonene, Linalool

Cena: ok. 15 zł/150 ml
Dostępność: Drogerie Natura, Rossmann, Super-Pharm, Tesco, Real

Ocena: 4/5

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Słowo na "s". L'oreal HairMix Sublime Shine

Silikony. To ma silikony. Takimi słowami najłatwiej odciągnąć kogoś od zakupu jakiegoś produktu, w szczególności do włosów.

Silikony to zło wszelakie. Wie to nawet przedszkolak. Stoją na równi z SLS i parabenami - czasem nawet te pojęcia są używane zamiennie. Bo w sumie nie ważne co to, ważne, że szkodzi.

Silikony są naznaczone. Spora część krzywi się, gdy odkryje w odżywce związek zaliczany do grupy silikonów. A fe!

Szczerze mówiąc bawi mnie to stygmatyzowanie silikonów. Owszem, nie są to (wedle mojej ograniczonej wiedzy) substancje odżywcze, które pomogą nam zregenerować nasze włosy. Mają na celu je zabezpieczać (co słusznie wskazała mi Lady in Purple), a także wygładzać, dając często złudny efekt zdrowych, błyszczących włosów. Zła prasa związków zaliczanych do tego typu substancji wynika może z tego, że łatwo z nimi przesadzić - osadzając się na włosach mogą je przepięknie obciążyć.

Przez wiele lat nie zwracałam uwagi na to, co siedzi w używanych przeze mnie produktach. Było mi całkiem obojętne, co tam jest. "To" miało w każdym razie sprawiać, że moje włosy miały stawać się gładkie. Mam szopę a'la król lew, która zwykle nie chce współpracować. Odżywki wygładzające stały się moimi sprzymierzeńcami. Naładowane silikonami po korek butelki jako jedyne potrafiły doprowadzić moje nieregularne kołtuny do względnego ładu. Wszystko używane z umiarem jest dla ludzi :).

Serum z L'oreal, czyli bohatera dzisiejszej notki z nieco przydługim wstępem, dostałam od cioci, która często kupuje produkty tej firmy u zaprzyjaźnionej fryzjerki. Ponieważ okazało się, że łazienka cioci jest zawalona tego typu produktami, a ona wciąż kupuje nowe (widać, że my z jednej rodziny :D), serum dostało się mnie.

Produkt zamknięty jest w złotawym opakowaniu z pompką. Pompka jest solidna, dobrze dozuje produkt. Sama buteleczka nie do końca mi odpowiada, bo nie pozwala na kontrolę zużycia - znacznie bardziej wolę przezroczyste opakowania.

Serum ma konsystencję olejku. Jest dość tłuste, więc należy je ostrożnie dozować. Mam włosy do połowy pleców, a nakładam na nie zaledwie jedną pompkę produktu. Choć wydaje się, że to niewiele, to muszę wam przyznać, że po nałożeniu drugiej włosy są o wiele krócej świeże. Tak skromne dozowanie ma swoje plusy - produkt jest przez to niezwykle wydajny. Używam już go bardzo, bardzo długo (nie przy każdym myciu), a nie wiem, czy doszłam nawet do połowy. Podoba mi się zapach tego produktu - to jeden z tych takich fryzjerskich nieokreślonych :D.

Jak ten produkt wpływa na włosy? Dość nieźle je nabłyszcza, ale nie oblepia warstwą smalcu. Ponadto robi to, na czym zależało mi najbardziej - ogranicza puszenie. Moje włosy zwykle najlepiej wyglądają na drugi dzień po umyciu (bo w dzień mycia odmawiają współpracy, szczególnie, gdy dopieszczę je suszarką), a dzięki temu produktowi także w dzień tortur prezentują się nieźle. Oczywiście odbija się to trochę na świeżości włosów (choć nie nakładam produktu od nasady).

Polecam ten produkt, ale... Uważam, że nie będzie odpowiedni dla osób, które mają mało włosów w dodatku cienkikich. Może dać efekt czepka. Drugą kwestią, do której się przyczepię jest cena. Dość wysoka, bo ok. 60 zł. W przełożeniu na wydajność nie wydaje się taka straszna, ale jednak wyłożenie takiej kwoty na "dzień dobry" nie każdemu może pasować. 

Jest to dobry produkt, ale nie uważam, że niezbędny do życia. 

Skład: Cyclopentasiloxane, Dimethiconol, C12-15 Alkyl Benzoate, Persea Gratissima/Avocado Oil, Vitis Vinifera/Grape Seed Oil, Limonene, Hexyl Cinnamal, Coumarin, Linalool, Buthylphenyl Methylpropional, Hydroxycitronellal, Amyl Cinnamal, Geraniol, Alpha-Isomethyl Ionone, Isoeugenol, Benzyl Benzoate, Cinnamyl, Alcohol, Parfum

Cena: ok. 60 zł/125 ml
Dostępność: salony Fryzjerskie L'oreal; Wrocław - HairShop (Renoma), Multidrogeria (ul. Krzemieniecka)
Ocena: 3,5/5

piątek, 10 sierpnia 2012

Miętowy kameleon. Essence Eyeshadow 32 Jazzed Up

Mięta, mięta, mięta... Ten kolor od jakiegoś czasu króluje w makijażu i ubiorze. I jak każda szanująca się szafiarka, musi mieć minimum mientowy szalik, tak większość kosmetykoholiczek posiada w swych zbiorach choć jeden lakier w tym odcieniu zieleni.

Nie jestem fanką koloru zielonego, źle się w nim czuję, ale czasem chwycę jakiś jego wariant. Nie sądziłam, że kiedykolwiek będę chciała mieć coś w kolorze dentystycznej/szpitalnej zieleni - bo w sumie z tymi miejscami kojarzy mi się kolor miętowy. No cóż, kobieta zmienną jest...

Cień Essence znalazł się w moim zbiorze przypadkiem. Miałam kiedyś 2 cienie tej firmy i nie wspominam ich najlepiej - słabo napigmentowane i mocno drobinkowe stwory o bardzo krótkiej trwałości nie podbiły mojego serca. Nawet, gdy spodobał mi się któryś z nowych odcieni zwykle decydowałam sobie dać na wstrzymanie. Dwa razy do tej samej rzeki? Nie, nie, nie... No, chyba że bardzo diabeł podkusi. Podkusił do wzięcia udziału w konkursie Liki, który spowodował pojawienie się tego cienia w moim zbiorze.

Już na pierwszy rzut oka widać, że Essence znacząco zmieniło cienie w stosunku do tych, które pojawiły się gdy firma wkroczyła na polski rynek. Opakowanie jest dużo bardziej solidne, znacznie lepiej wykonane. Stare opakowania często po pierwszym otwarciu nie chciały zamknąć się z powrotem. Tym razem nic takiego nie ma miejsca, klapka dobrze trzyma.

Ładniejsze jest także tłoczenie na cieniu. Niby taka pierdoła, tłoczenie, które się zetrze, ale milej jest popatrzeć na delikatne mazaje niż na powodującego zawroty głowy ślimaka.

Essence podąża za modą, bo w ich palecie znajdziemy wiele ciekawych kolorów w różnych wykończeniach. Przez jakiś czas można było znaleźć w ich ofercie 3 cienie holograficzne - Mystic Lemon wyleciał w lutym, a Mystic Purple i Jazzed up są wycofywane teraz. Jeżeli spodoba się wam prezentowany cień, to radziłabym się pospieszyć, bo wkrótce może nie być już osiągalny.

Jazzed Up w opakowaniu ma kolor jasnej zieleni. Powiedziałabym, że jest to kolor dość ciepły... Za Chiny nie chce się dać dobrze sfotografować, na zdjęciu wypada chłodno. Dlaczego? Bo tak naprawdę ten cień zielony (mientowy :D) jest tylko w teorii. W większości wypadków wygląda na prawie fosforyzujący bardzo zimny jasny fiolet. To kolor, który wręcz bije po oczach. Na mojej powiece ten cień prezentuje się średnio, źle się czuję w takim odcieniu. Mięta jest w nim widoczna jedynie w odpowiednim świetle, ale przez znakomitą większość czasu wygląda dokładnie tak, jak na załączonym obrazku. Jeżeli ktoś lubi takie liliowe fiolety, to polecam. Tym, którzy chcieliby zakupić miętowy cień informuję, że lepiej udać się po grzeczny mat Inglota niż tego małego oszusta z Essence.

Na koniec wspomnę o tym, co ujęło mnie w tym produkcie najbardziej, czyli o jego jakości. Cień ma bardzo dobrą pigmentację. Jest drobnozmielony, pędzel bardzo dobrze go "łapie". Łatwo się nakłada i rozciera. No i jest całkiem trwały - 5 godzin bez bazy to świetny wynik, jak na tak tani cień. Wiem jednak, że cienie w ofercie Essence są nierówne i niektórzy narzekają na trwałość innych kolorów. 

Gdyby ten pan był miętowo miętowy, a nie miętowo fioletowy na pewno bym się z nim polubiła bardziej. A taki jarzeniowy fiolet to niestety nie do końca moja bajka.

Cena: ok. 9 zł2,5g
Dostępność: Drogerie Natura
Ocena: 3,5/5

wtorek, 7 sierpnia 2012

Padam do nóżek. Acerin Dezodorant do stóp Women Fresh

Uwielbiam produkty do pielęgnacji stóp. Mam wrażenie, że wiele osób zapomina o stopach w ferworze walki o pielęgnację reszty ciała. Moje stopy nie są z natury idealne, dlatego robię wszystko, żeby utrzymać je w jak najlepszej kondycji.

Dziś zajmę się niezbyt przyjemną kwestią, czyli zapachem. W lecie, bardziej niż w czasie innych pór roku, nasze stopy się pocą. Lubimy ładnie pachnieć, kupujemy rozmaite perfumy, dlatego nie pozwólmy, by przykry zapaszek zakłócił nasz odbiór :).

Mogę zapomnieć o pomalowaniu się, ale o jednym pamiętam zawsze. O dezodorancie do stóp. Wiele firm obuwniczych zapomniało o tym, że but powinien być przewiewny i często stopa się po prostu kisi.

Z dezodorantami do stóp mam pewien problem. Lubię skuteczność, ale akurat w tym wypadku dużą rolę gra zapach. Do czasu aż nie spotkałam tego cudaka, nie pasował mi żaden dezodorant. I Fusswohl, i Nivelazione (klasyczny), i Acerin Komfort pachniały dla mnie zbyt męsko... Lubię męskie zapachy, ale z jakimś charakterem i najlepiej na facecie, a nie takie męsko-mydlane. Plusami tych zapachów jest na pewno to, że są mocne i faktycznie maskują zapach potu. Ale nie są mimo wszystko przyjemne.

Acerin wyszedł chyba na przeciw paniom tak marudnym, jak ja. Zapach Women Fresh jest delikatny, pozbawiony tych męskich wstawek. Ciężko jest mi go opisać, nie przypomina mi niczego, co wcześniej wąchałam. Jest trochę słodki, ale można w niej wyczuć w nim taką nutę, która przewija się we wszystkich dezodorantach. Co ważniejsze zapach długo się utrzymuje - zdejmując buty po kilkugodzinnym bieganiu nie czuje nieprzyjemnego zapachu.

Muszę wspomnieć jeszcze o jednej kwestii. To dezodorant, nie antyperspirant, więc nie sprawi, że stopy przestaną się pocić. Odrobinę zminimalizuje to zjawisko, ale go nie zlikwiduje. 

Polecam gorąco wszystkim osobom, które lubią czymś popsikać stopy, zanim nałożą na nie buty :).

Skład: Butane/Isobutane/Propane, Alcohol Denat, Propellant, Aqua, Hydrogenated Castor Oil, Triclosan, Parfum, Lilial, Limonene, Citronellol

Cena: ok. 11 zł/150 ml
Dostępność: Drogerie Natura
Ocena: 4/5

sobota, 4 sierpnia 2012

Nietypowe dziecięce marzenie? Babydream Kopf-bis-Fuss Waschgel

Stara prawda głosi, że coś do wszystkiego jest do niczego. W zasadzie zgadzam się z tym twierdzeniem. Ale od każdej zasady są wyjątki (i wyjątki od wyjątków :D). Spotkałam kilka takich wynaturzeń, które nie okazały się tak beznadziejne, jak tego oczekiwałam.

Do żelu z Babydream przymierzałam się bardzo długo. Bardzo sparzyłam się szamponem z tej serii i jakoś nie uśmiechało mi się kupno kolejnego bubla. Ale tyle osób chwaliło ten żel, że coś w tym chyba musiało być... I dlatego, gdy dno pokazały wszystkie produkty do mycia twarzy, w akcie desperacji chwyciłam żel Babydream. Głównym czynnikiem, który sprawił, że kupiłam ten produkt, był stosunek ceny do jakości. A ten, nie ukrywam jest bardzo korzystny.

Żeby tradycji stało się zadość, zacznę recenzję od opakowania. Jest ogromne, ale w końcu to pół litra nie zmieściłoby się w małym flakoniku. Ma pompkę, co dla mnie jest ogromnym plusem. Pompka posiada blokadę - gdy przesuniemy ten wihajster do przodu, to leci żel, gdy znajduje się w pozycji "bocznej" (czyli tak jak na zdjęciu) - nie (chyba, że zaczniemy wykręcać całą pompkę, żeby zobaczyć, ile tego dobroczynnego płynu zostało i coś się pokręci przy zakręcaniu, i mechanizm będzie działał na odwrót - jakby co to ja mam rączki tutaj :D).

Żel, który wydobywa się z tej oto pompki, ma dość rzadką konsystencję. Jedna pompka starcza na umycie buzi - z opakowania wylewa się dość solidna ilość produktu. Żel pieni się dobrze, choć obłoków piany nim nie wyczarujemy. Bardzo ładnie (kwestia dyskusyjna) pachnie - tak dziecięco, identycznie jak szampon.

Jest to kosmetyk na tyle uniwersalny, że może posłużyć za żel pod prysznic (próbowałam, żyję), szampon do włosów (nie próbowałam) i do pędzli (ładnie je domywa), a także do mycia buzi. W tej ostatniej roli używałam go najczęściej. Nie przesuszył mi paszczaka, a cera mimo to była dobrze oczyszczona. Poradził sobie ze zmyciem tynku, który kładłam na całą twarz a także smoły, którą oklejałam rzęsy. Nie ruszy makijażu wodoodpornego (zdziwiłabym się, gdyby było inaczej :D).

I byłabym zakochana w tym żelu bez reszty, gdyby nie jeden mały szczegół, o którym z pewnością nie marzą dzieci... Otóż ten żel robi coś, czego szczególnie w kosmetykach dla dzieci nie cierpię - szczypie w oczy. Mnie, starą, to wnerwia, a co dopiero maluchy. Dlatego Babydream dostaje klapsa za szczypanie. I tylko za to, bo tak poza tym jest miodzio i na pewno jeszcze nie raz go kupię.

Skład: Aqua, Lauryl Glucoside, Cocamidopropyl Betaine, Coco Glucoside, Sodium Cocopolyglucose Tartrate, Sodium Lactate, Panthenol, Triticum Vulgare, Chamomilla Recutital, Glycerlyl Caprylate, Glyceryl Oleate, Lactic Acid, Parfum

Cena: ok. 10 zł/500 ml
Dostępność: Drogerie Rossmann 
Ocena: 4,5/5

czwartek, 2 sierpnia 2012

Z kapeluszem na głowie przedstawiam zużycia lipcowe :)


Ale jak to?! Już sierpień? Kilka dziewczyn z YT często powtarza, że ten czas bardzo szybko płynie. Szybko?! Zachrzania jak Niemiec na autostradzie ku zgorszeniu polskich kierowców. Nie oburzają mnie pędzące auta z niemiecką rejestracją, ale to że upłynął miesiąc wakacji - bardzo. Nie bawię się tak! Zabieram grabki i idę z tej piaskownicy :D.

Skoro lipiec się skończył, trzeba było zajrzeć do magicznej torby. Czary - mary, hokus - pokus i nie będzie denka roku :D. No niby używam wielu produktów i niby używam ich często, tylko kurczę jakoś tego nie widać. Dlatego w tym miesiącu również jest skromnie. Żałuję za grzechy i obiecuję poprawę... Kiedyś.

A z tym pożegnałam się w lipcu:

1. Adidas Protect Żel pod prysznic- nowa formuła żeli Adidasa jest dużo lepsza niż starsza wersja. Największym plusem jest oczywiście zmiana opakowania, które wreszcie można "postawić na głowie". Żel jest rzadki, lejący, ale nie trzeba się nim zalewać, jak sosem, bo bardzo dobrze się pieni. Pachnie przyjemnie, tak "bawełniano". Pewnie jeszcze kiedyś do niego wrócę, choć nie jest to ósmy cud świata.
2. Bielenda Odmładzające mleczko kokosowe - tym produktem rozpoczęłam znajomość z Bielendą. Uwielbiam ten zapach... Na pewno kiedyś uda mi się go zrecenzować zanim zmasakruję kolejne opakowanie :).

3. Babydream Fuss-bis-Kopf - jeden z popularniejszych kosmetyków marki Babydream. Długo się do niego przymierzałam, ale w końcu uległam. Co o nim myślę? Dowiecie się już niedługo.

4. AA Wrażliwa Natura Krem pod oczy - świetny produkt, żal mi, że już się skończył.  Na pewno zaopatrzę się w kolejne opakowanie. Więcej na jego temat przeczytacie TU.

5. Rexona Fresh Ginko&Lemon Grass Żel pod prysznic - gratis, który otrzymałam przy okazji zakupów w nowootwartym Rossmannie. Gęsty, perłowy, bardzo dobrze się pieni. Pachnie przyjemnie, lekko cytrynowo. Na lato jak znalazł. Szkoda, że nie jest dostępny w regularnej sprzedaży.

6. Alterra Biotyna i Kofeina - przyjemny szampon. Choć do ideału mu daleko, na tle pozostałych Alterrowych braci wypada całkiem nieźle. Więcej o tym produkcie przeczytacie TU.

7. Green Pharmacy Scrub do stóp - o tym panu niczego dobrego powiedzieć nie mogę. Dno i 3 tony mułu. Swoje żale na jego temat wylałam TU.

8. Babydream Olejek do pielęgnacji ciała dla kobiet w ciąży - bardzo wszechstronny produkt. Świetnie sprawdza się jako nawilżacz do ciała. Genialnie radzi sobie z czerwonymi rozstępami. Można nim olejować włosy (nie próbowałam). W kryzysowych chwilach przyda się do zmycia makijażu wodoodpornego. Może stanowić bazę do OCM (tu się u mnie nie sprawdził). Jeszcze go niego wrócę, gdy zauważę czerwone pręgi. Głębsze wynurzenia na jego temat znajdziecie TU.

A wam jak poszło?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...