Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

wtorek, 31 lipca 2012

Kupuj z głową? Okazje w Biedronce

Uwielbiam wszelkiego rodzaju promocje. Namiętnie śledzę marketowe i drogeryjne gazetki. Zawsze coś ciekawego się w nich wypatrzy :).

Od czasu do czasu na przeciw oczekiwaniom klientek wychodzi Biedronka, w której dość często wiele z nas zaopatruje się w produkty pierwszej potrzeby (np. czekoladę :D). Od jutra do 14 sierpnia panie będą miały małą drogerię w Biedronce (nie każda z nas może cieszyć się Hebe niestety).

To, co zdziwiło mnie w tej gazetce, to to, że nie ma w niej już kosmetyków kolorowych Eveline, które przewijały się przez wcześniejsze oferty. Tym razem Biedronka postawiła na Bell. Miła odmiana. Oczywiście nie wszystkie kosmetyki z Bell to perełki (niezbyt wielkim poważaniem cieszy się m.in fluid), aż tak pięknie nie jest. Ale obrzydło mi już patrzenie na te same tusze i błyszczyki z Eveline (taaaaak, mam uraz do tej firmy).

Pomyślałam sobie, że może warto, żebym wrzuciła wam, na co według mnie (bom wyrocznia delficka, jakby się kto pytał :D) warto się skusić z tej gazetki. Oto mój mały przewodnik po promocjach.

Pierwszym kandydat do rzutu za trzy punkty do koszyka jest dwufazowy płyn Bielendy. Miałam wersję bawełnianą, którą z czystym sumieniem mogę polecić (przeczytacie o niej TU). Ten produkt przypadnie do gustu wielbicielkom wodoodpornych kosmetyków do oczu. Naprawdę świetnie zmywa, nie podrażnia (jak dwufazowa Ziaja), a tłustawa warstewka nie jest bardzo gruba i uciążliwa. Oczywiście obiecywane wzmocnienie rzęs to pic na wodę, ale ciężko wymagać od produktu myjącego, żeby pielęgnował na bardzo wysokim poziomie.
W Naturze i Kauflandzie te produkty kosztują 10-11 zł, dlatego myślę, że za 6 zł to tylko brać.

Bell 2skin Pocket Pressed Rouge to kolejny produkt, na który chcę zwrócić uwagę. Część z was już go poznała w dość niefortunnych okolicznościach związanych z Kissboxem, do którego był dołączony. Tym, które nie miały tego (nie)szczęścia i nie subskrybowały Kissboxa, polecam rozejrzeć się za tym różem. Szczególnie, jeżeli jesteście początkującymi rózomaniaczkami i jeszcze obawiacie się kosmetyków tego typu. Dla dziewczyn rozpoczynających przygodę z różami mogę polecić odcień 051 (to taki ciepły róż)- jest naprawdę delikatny i ładnie ożywia policzki. Pigmentacja jest dobra, ale róż daje możliwość stopniowania efektu.
Ja swój egzemplarz zakupiłam w Naturze za 10 zł, podobna cena jest w Jasminie, dlatego w tym przypadku 6 zł to także bardzo dobra cena.

Bell 2skin Pocket Presed Rouge 051

Uwaga: podobno w ofercie dostępne będą jedynie 3 odcienie ze zmienioną numeracją.


Żele pod prysznic z Nivea to moje ulubione produkty z tej firmy. Bardzo często goszczą w mojej łazience. W większości są dość gęste, dobrze się pienią, są wydajne i pięknie pachną. Zwykle można je dostać za ok. 10 zł.


Zanim przerzuciłam się na szampony bez SLS przez kilka lat moimi ulubieńcami były szampony Johnson's Baby. W cenie promocyjnej będą 2: klasyczny (którego zapach wiele z nas pamięta do tej pory) i lawendowy. Polecam ten drugi wariant. Naprawdę ładnie pachnie. Nie wiem ile litrów tego szamponu zużyłam, duże butle bez przerwy gościły w mojej łazience. Pół litra za 10 zł? Wódka jest droższa :D.

Na koniec wspomnę o produkcie, którego jeszcze nie miałam (mam nadzieję jutro to zmienić). Lakiery Bell Air Flow zbierają całkiem niezłe opinie na KWC. Szkoda tylko, że wybór kolorów jest tak ograniczony.


Pełną gazetkę (z której pochodzą zamieszczone przeze mnie screeny) znajdziecie TUTAJ.

Wybieracie się jutro do Biedronki? Jakie są wasze typy w tej gazetce? Polecacie jakieś produkty?

poniedziałek, 30 lipca 2012

Spojrzenie słodkie jak czekolada? Essence Gel Eyeliner 02 London Baby

Pisałam ostatnio, że Cosnova to jeden z moich ulubionych producentów kosmetyków kolorowych. Ale chyba będę musiała cofnąć to stwierdzenie... Dlaczego? Już tłumaczę.

Pewnego pięknego dnia marka Essence wprowadziła do swojego asortymentu cztery żelowe eyelinery - czarny, brązowy, fioletowy i zielony. Dla wielu kosmetykoholiczek było to pierwsze zetknięcie z eyelinerem w innej formie niż płynna i innym kolorze niż wszechobecny czarny. Alleluja! Ale Essence pół roku temu zdecydowało się wycofać dwa ciekawsze kolory (zieleń i fiolet) wprowadzając w ich miejsce szarość... Wczoraj zaś dowiedziałam się, że znika także brąz... Zostają więc wyłącznie czerń i szarość. Nuuuuuuuuuuuda! Sądziłam, że marka skierowana do nastolatek i młodych kobiet postawi na kolory. A tu czarna krecha ponad wszystko! Bo jak znam życie, to wprowadzona kilka miesięcy temu szarość zniknie w kolejnym rzucie.

Skoro już się wyżaliłam, to przejdę teraz do właściwej recenzji, która, mam nadzieję, pomoże wam zadecydować, czy warto polować na ten eyeliner na zbliżających się wyprzedażach (w Tesco Extra i Super-Pharmie, bo Natura tradycyjnie obniży cenę o złocisza, góra dwa :D)

Eyeliner zamknięty jest w szklanym słoiczku z plastikową nakrętką. Słoiczek jest ciężki, bardzo solidny. Nie rozwali się przy pierwszym lepszym upadku.

Produkt wbrew nazwie, nie ma konsystencji żelu. Bardziej przypomina masło. Konsystencja brązu jest trochę bardziej zbita niż fioletu (który recenzowałam TU), pracuje się nim odrobinkę gorzej - nie sunie po powiece aż tak gładko jak fiolet, którym kreskę można namalować jednym pociągnięciem.

Kolor tego linera jest fajną alternatywą dla tych osób, które niezbyt lubią podkreślać oko na czarno. London Baby przypomina barwą gorzką czekoladę. Ma w sobie mikrosrebrne drobinki, które niespecjalnie rzucają się w oczy. Ładnie podkreśla oko, ale nie robi tego aż tak wyraziście jak czerń. Ten kolor wygląda moim zdaniem odrobinę bardziej naturalnie i świetnie nadaje się nie tylko do klasycznej kreski zakończonej jaskółką, ale i optycznego zagęszczenia rzęs.

Na koniec pozostawiłam sobie jedną z ważniejszych kwestii, czyli trwałość. A ta jest bardzo dobra. Eyeliner wytrzymuje grzecznie nawet około 8 godzin na powiece. Jest wodoodporny, do jego zmywania przyda nam się płyn dwufazowy (schodzi także na oliwkę). W takie upały, jakie panowały ostatnio, zdarza mu się odrobinkę odbić na powiece, ale w "ludzkich" temperaturach nie zauważyłam takiego zachowania.

Polecam ten produkt. Daje bardziej naturalny efekt niż klasyczna czerń. Jest trochę gorszy w obsłudze niż jego fioletowy brat, ale mimo to warto dać mu szansę.

Cena: ok. 12 zł/3 ml
Dostępność: Drogerie Natura, Super-Pharm (z szafą Essence np. Wrocław Szewska), Tesco Extra (Wrocław Bielany)
Ocena: 4/5

piątek, 27 lipca 2012

Różomania w zaawansowanym stadium. Catrice Revoltaire Powder Blush

Jak pomyślę o tym, że jeszcze rok temu 2 róże do policzków wydawały mi się totalną rozpustą, to chce mi się śmiać. Odkąd zaczęłam blogowanie, róż stał się kosmetykiem, bez nie wyobrażałam sobie makijażu. Mówiąc krótko: zapadłam na różomanię. Na to niestety nie ma tabletek, żaden lekarz nie pomoże... Do objawów różomanii można zaliczyć między innymi:

♥ przyspieszone bicie serca na widok puderniczek z różowym/ pomarańczowym "czymś" w środku,
♥ niepohamowany ślinotok na widok róży - w drogeriach i przy przeglądaniu blogów urodowych,
♥ poczucie "różowego" niedosytu, ciągłe poszukiwania ideału... A właściwie ideałów, bo trzeba mieć kilka w każdej kategorii kolorystycznej,
♥ oglądanie każdego wpisu na temat wszelkiego rodzaju róży - w kamieniu, kremie, sticku, proszku, żelu...
♥ próba nałożenia na policzki wszystkiego, co może służyć za róż np. szminki, buraków :D.

Jeżeli właśnie stwierdziłaś u siebie jeden z powyższych objawów, nie łam się!  Idź do drogerii i kup sobie róż :). Może być ten, o którym dziś będzie mowa.

Gdy przypadkiem przyplątałam się do Natury, zobaczyć, co tam ciekawego mają. Rzuciłam okiem na Essence i przeszłam dalej. Zatrzymałam się przy szafie Catrice. A właściwie zatrzymał mnie widok cieniowanego cuda na standzie z limitką Catrice.  Z miejsca przepadłam. Ale oczywiście poza testerem, nie było na standzie śladu po różu... Buuuu. Dlatego prawie oszalałam, gdy pojawił się u mnie za sprawą Atqi-czarodziejki :).

Zanim przejdę do zachwytów, pomarudzę trochę nad opakowaniem. Jest wykonane z ładnie wykończonego, grubego plastiku. Ma jednak zasadniczy mankament - zbyt łatwo je otworzyć. Nie lubię opakowań, przy otwieraniu których łamię sobie wszystkie paznokcie, ale Catrice trochę przedobrzyło w drugą stronę. Zastanawiam się, czy przy częstym otwieraniu nie wyrobi się klapka i róż będzie otwierał się sam z siebie. Nie obraziłabym się, gdyby opakowanie miało jakiś lekko trzymający "dzyndzel", czułabym się pewniej.

Róż nie ma jednolitego koloru, jest cieniowany. Mamy tutaj 3 kolory: jasną brzoskwinię z nutą różu, koral i ciepły róż. Wszystkie kolory są w tonacji ciepłej. Podoba mi się to, że taki róż daje wiele możliwości. Można mieszać poszczególne kolory lub nakładać je samodzielnie. Ja najczęściej idę po najmniejszej linii oporu i miziam pędzlem sam środek opakowania.

Róż jest teoretycznie średnio napigmentowany. Na ręku ciężko oddać kolory - gdzieś między palcami a dłonią kolor znika. Dziwne, bo gdy nabiorę róż na pędzel i chcę nałożyć go na policzki jest dobrze widoczny. Twardy zawodnik, nie pozwala na zrobienie ładnych zdjęć :D.
Od góry:
1. najjaśniejszy kolor
2. środkowy
3. dolny róż
4. po zmieszaniu
Zawsze utrzymywałam, że jestem fanką matowych róży. Ostatnio mam z kolei ochotę na satynowe. Ale nigdy nie przypuszczałam, że spodoba mi się róż z drobinkami. Kto tu często zagląda, ten wie, że najchętniej wydziobałabym drobinki ze wszystkiego, co się da. Moja niechęć do drobinek wynika głównie z tego, że to wszędobylskie france... Są wszędzie, tylko nie tam gdzie docelowo je nałożyłyśmy. Ech...

Drobinki w różu Catrice przyjemnie mnie zaskoczyły. Są malutkie, błyszczą się subtelnie - przy czym bardziej widać w opakowaniu, bo na twarzy nie świecą jakoś intensywnie.  Róż daje bardziej satynowy niż brokatowy efekt. To lubię :).

Na koniec zostawiłam jedną z ważniejszych kwestii, czyli trwałość. Nie znoszę, gdy róż znika w krótkim czasie od nałożenia, w szczególności, gdy schodzi plackami (tu zejdzie, a tam nie :D). Z różem Catrice nie muszę sprawdzać czy róż aby na pewno jest tam, gdzie ma być. Po prostu sobie grzecznie siedzi, aż do zmycia (w moim przypadku jest to w tej chwili 6-8 godzin).

Jeżeli uda wam się jeszcze gdzieś dopaść ten róż to polecam. Łatwo się z nim pracuje, daje pole do popisu i jest trwały.

Skład: Talc, Mica, Magnesium Stearate, Dimethicone, Caprylic/Capric Triglyceride, Caprylyl Glycol, Phenoxyethanol, CI 19140 (Yellow 5 Lake), CI 73360 (Red 30), CI 77492, CI 77499 (Iron Oxides), CI 77891 (Titanium Dioxide)

Cena: ok. 17 zł/8g
Dostępność: Drogerie Natura
Ocena: 4/5

środa, 25 lipca 2012

Uroczo podkreślone rzęsy. Lovely Curling Pump Up Mascara

Znalezienie idealnego tuszu do rzęs to nie lada wyzwanie. Każda z nas oczekuje od takiego kosmetyku innego efektu, i dlatego ten, który jest ideałem dla jednej może śnić się po nocach innej (np. wiele osób chwali 2000 Callories od Max Factora, a ja go nienawidzę, bo daje efekt zapłakanej diwy operowej).

Jakich efektów specjalnych oczekuję ja (jajajajajaja!)? Nie chcę mieć futra rzęs, mam za małe oczy. Szukam więc tuszy, które wydobędą moje dość jasne i niemrawe rzęsy na światło dzienne. Grunt to porządny kolor. Wszystkie inne cuda na kiju w postaci spektakularnego pogrubienia, wydłużenia czy podkręcenia są bardzo mile widziane.

Tusz Lovely pojawił się w mojej kosmetyczce, gdy poprzedni delikwent, masakra z Oriflame, doprowadził mnie do szewskiej pasji. A że tuszu potrzebowałam na już, padło na Lovely. Zdecydowałam się na niego w dużej mierze dlatego, że jest to bliźniacza marka Wibo, które ma całkiem niegłupie tusze (ta, miałam jeden :D). Dodatkowo wyczytałam, że Lovely posiada silikonową szczoteczkę, a takie lubię najbardziej (lepiej rozczesują).

Szczoteczka tuszu Lovely faktycznie jest silikonowa, ale to nie koniec nowinek. Grzebyk jest bowiem dodatkowo wygięty w łuk, przez co szczoteczka wydaje się trochę mniejsza. Bardzo lubię malować rzęsy właśnie tą wypukłą częścią. Szczoteczka jest gęsta, ma dość dużo wypustek, ale jest w miarę precyzyjna, jeżeli chodzi o rozczesywanie. Po pierwszej warstwie rzęsy wyglądają świetnie, ale przy drugiej zaczynają się lekko zlepiać. Zwykle nakładam jedną warstwę, bo podoba mi się taki delikatny efekt.

Sam tusz nie obciąża rzęs swoją formułą, bo jest z gatunku tych bardziej suchych (w porównaniu np. z wodospadami Max Factora). Nie osypuje się ani nie odbija. Powoli go kończę i nie zasechł jeszcze na kamień, ale wraz "z wiekiem" zaobserwowałam jedną nieprzyjemną kwestię. Gdy tusz przypadkiem dostanie się do oka, to szczypie (nie pytajcie jak ładuję go sobie do oka, po prostu tego nie wiem :D).

A jaki efekt osiągniemy na rzęsach? Wielbicielki teatralnych rzęs będą raczej niepocieszone. Efekt jest dość delikatny, taki na co dzień. Jak wspomniałam, zwykle nakładam jedną warstwę, ale i dwie wyglądają nieźle. Nie powiedziałabym, że tusz podkręca rzęsy w bardzo widoczny sposób. Mam wrażenie, że je lekko pogrubia i wydłuża. Na pewno nie zastąpi zalotki :).

Oko bez tuszu

1 warstwa

2 warstwy - ooo, z jednej rzęsy zrobił się smętny frędzel
Zdjęcie robione komórką, po bateria w aparacie padła :(
Tani i dobry tusz, jeszcze do niego wrócę.

Cena: ok. 10 zł/8 ml
Dostępność: Drogerie Rossmann
Ocena: 4/5

wtorek, 24 lipca 2012

Humor bardzo sponsorowany :)


Macie czasami takie dni, w które wydaje wam się, że nastąpiła kumulacja? I to bynajmniej nie w totka. W taką inną grę, która nazywa się PECH.... Taaak, dziś rozbiłam bank (a przynajmniej tak mi się wydawało).

Przez kilka pierwszych godzin dnia miałam ochotę wylać wszem i wobec swoje gorzkie żale. Wszystko było nie tak od początku - jeden podkład był za jasny, drugi za ciemny, róż nałożył się plackami (to są prawdziwe dramaty? Dziewczyno, puknij się w głowę!), nie zjadłam śniadania (żarłok), prawie uciekł mi tramwaj (a było się tyle pindrzyć? I tak brzydka jesteś), bankomat oszalał, a w sklepie nie było tego, co chciałam (też masz zachcianki)...

Zapomniałam o tym, jak mi źle i niedobrze, gdy przyszłam do domu i zabrałam się za rozrywanie pewnej koperty. A z tej koperty wyleciało to, co widać na załączonym obrazku... "To" wystarczyło, żebym obtarła szczękę o krawędź biurka :D. Jeszcze wszystkiego nie rozgryzłam, ale pomalutku dowiem się do czego to-to służy :).

Dzisiejszy dobry humor sponsoruje Urban, której serdecznie dziękuję :).

niedziela, 22 lipca 2012

Kolorowe déjà vu? Catrice LE Revoltaire Velvet Matt Lip Colour 01 Colour Bomb

Cosnova to chyba mój ulubiony producent kosmetyków kolorowych. Kilka lat szalałam na punkcie Essence (lub Esenca, jak kto woli :D). Gdy na rynku polskim pojawiła się trochę bardziej dorosłe Essence (czyli Catrice), byłam zaciekawiona. Kupiłam z tej marki podkład, który okazał się bublem, co skutecznie ostudziło mój entuzjazm. Od tamtej pory nie wgłębiałam się zbytnio w Catrice. Zapowiedzi nowości i edycji limitowanych przyjmowałam raczej dość chłodno. Do czasu, gdy przypadkiem będąc w drogerii natknęłam się na Revoltaire. Nieopatrznie maznęłam się cieniowanym różem i przepadłam. Oczywiście nie muszę mówić, że limitka była tak przebrana, że ostał się jedynie tester wymarzonego różu. Dlatego też, gdy zobaczyłam, że Atqa urządziła konkurs, w którym można było wygrać róż i szminkę, zaparzyłam kawę i rozpaliłam klawiaturę do czerwoności :D.

Mimo, że polowałam na róż, to pomadka rozkochała mnie w sobie bardziej. A wszystko zaczęło się od opakowania...

Lubię szminki w ładnych opakowaniach. I najlepiej do tego tanie. Niestety za kilka, czy kilkanaście złotych ciężko jest wymagać eleganckich, solidnych opakowań. Zaledwie dwie firmy wyszły na przeciw moim oczekiwaniom - Celia i jej seria pomadko - błyszczyków oraz właśnie Catrice i ich szminki z Revoltaire.

Szminki z tej edycji limitowanej mają przepiękne opakowania (choć Celii w niczym nie przypominają). Ciężka, solidna obudowa w kolorze stali z szarym "godłem" tej serii, przypadnie do gustu wielu dziewczynom. To z pewnością opakowanie, które bez wstydu można wyjąć przy ludziach. Niestety ktoś je obkleił paskudną białą naklejką, która okazała się mieć dość mocny klej. Na szczęście udało mi się jej pozbyć bez naruszenia zdobień. Mimo, że malowidła na opakowaniu wydają się solidne, radzę uważać. Wrzuciłam szminkę do torebki i książeczka z dokumentami lekko uszkodziła firmowy napis.

Szminka jest dość sucha i matowa, co początkowo mnie przeraziło. Mam wąskie usta, które wymagają pielęgnacji i dlatego obawiałam się, jak pomadka o takiej formule i wykończeniu będzie im pasowała. Szminka jest dość sucha, ale nie ma problemów z aplikacją. Powiedziałabym, że jest to taka sucha kremowość. Nie muszę używać sił, żeby rozprowadzić szminkę - czy to punktowo, czy też "posuwistym" ruchem. Niestety mimo swojej pseudokremowości, szminka jest bezlitosna dla wszelkich niedoskonałości na ustach. Suche skórki zaczynają lśnić w świetle reflektorów. Sama szminka nie powoduje nadmiernego wysuszenia ust, ale po pewnym czasie od nałożenia radzę nawilżyć usta jakimś balsamem.

Z pewną rezerwą podchodziłam do matowego wykończenia. Wcześniej nie miałam szminki matowej, wydawało mi się, że wyglądają one zbyt "tępo" i dają efekt płaskich ust. Szminka Catrice nie daje takowego efektu. Jest matowa, ale to taki mat z domieszką satyny, przez co usta nadal wyglądają dość naturalnie.

Absolutnie największym plusem tej szminki (oprócz koloru, ale o tym za momencik) jest bajeczna wprost trwałość. Dacie wiarę, że pomalowałam usta przed godziną 9, a resztki szminki zmyłam około 15? W porze obiadu nie wyglądała ona już co prawda jak w chwili nałożenia, ale jednak coś tak na tych wargach było. Szminka trzymała się idealnie przez prawie 4 godziny. Przeżyła wypicie kawy. Każdy kontakt z wodą (czy też balsamem do ust) sprawia jednak, że szminka lekko puszcza kolor, ale nie znika. Chcę więcej tak rewelacyjnie trwałych produktów!

Na deser zostawiłam sobie kolor. Nazwa obiecuje nam prawdziwą bombę koloru. I faktycznie po wysunięciu sztyftu, kolor prawie eksplodował na moich oczu. Intensywny, ciepły odcień różu - z pewnością nie jest to barwa, obok której można przejść obojętnie. Kolor w sam raz na lato, żarówa jak się patrzy. Z pewnością nie każdemu przypadnie do gustu. Lubię szaleć z kolorem na ustach, dlatego od chwili, gdy rozerwałam paczkę od Atqi, ta szminka gości u mnie bez przerwy (niedługo zacznę w niej spać :D). Nudne ciuchy, które zakładam do biura, giną całkowicie w towarzystwie tego koloru (nie, nie robię striptizu :D).

Góra: Candy Bar
Dół: Colour Bomb
Im dłużej przypatrywałam się temu cudakowi, tym większe miałam wrażenie, że gdzieś już widziałam ten kolor. Myślałam i myślałam... I wymyśliłam! Oj Cosnova, Cosnova. Wypuszczony na rynek przed rokiem błyszczyk Essence Stay With Me 03 Candy Bar ma właściwie ten sam kolor (no, może jest o pół tonu ciemniejszy). Jeżeli ktoś zakochał się w kolorze szminki Catrice, a nie mógł jej dostać lub woli bardziej błyszczące wykończenie - niech uderza do Natur z dwiema szafami Essence i skusi się na Candy Bar :).



Oprócz tej wścieklizny, w limitce znajdziemy też szminkę w odcieniu korektora i czerwień dla kusicielek. Jeżeli te kolory są dla was, lubicie matowe wykończenie i cenicie sobie trwałość to gorąco polecam! 

Szkoda tylko, że to edycja limitowana :(

Cena: ok. 17 zł
Dostępność: Drogerie Natura
Ocena: 5/5

piątek, 20 lipca 2012

Niezgodnie z przeznaczeniem. Babydream für Mama Brustwarzen-Salbe

Która z nas nie lubi kosmetyków, które można zastosować na kilka sposobów? Choć zwykle produkty, które według producenta sprzątają, piorą i wygładzają zmarszczki są delikatnie mówiąc o kant stołu rozbić.

Maść Babydream z założenia ma pomagać mamom, których brodawki piersiowe są nadmiernie eksploatowane przez małe głodomorki. Producent nadmienia ponadto, że maść sprawdzi się również przy pielęgnacji suchych ust. Włosomaniaczki odkryły z kolei, że owszem, maść nadaje się do pielęgnacji końcówek, ale włosów, nie sutków :D. 

Od bardzo dawna modne jest zabezpieczanie końcówek włosów jedwabiem. Sporo osób chwali także serum z Avonu. Jasne, zgodzę się, po tych kosmetykach końcówki wyglądają lepiej. Ale silikony zawarte w tych produktach jedynie optycznie wygładzają, nie robiąc nic ponadto w kwestii poprawienia kondycji włosów. Moje końcówki są suche. Oleje, które kładłam na włosy, mimo, że sprawdzały się praktycznie na całej długości, to jednak  na końce nie miały aż tak zbawiennego wpływu. Zanim jednak opiszę działanie tej maści na włosy, pomarudzę o "kwestiach technicznych".

Maść zamknięta jest w metalowej tubce. Nie znoszę opakowań tego typu, bo mają tendencje do pękania (mam złe doświadczenia z klejami, które rozwalały się w plecaku). Z drugiej strony, łatwiej wycisnąć je do ostatniej kropli.

Produkt ma gęstą konsystencję. Maść jest ciężka, dość lepka, dlatego trzeba uważać, żeby z nią nie przesadzić. Nie pachnie zbyt przyjemnie. Nie ma smaku. Szczerze mówiąc producent radzi karmiącym mamom, żeby jej nie wycierały. Biedne maluchy :D.

Na brodawki jej nie stosowałam, nie mam dzieci. Zaciekawiona zaleceniem producenta wypróbowałam ją na ustach. Całkiem nieźle je regeneruje, ale ze względu na jej tłustość nie nadaje się na dzień - ale na noc jak najbardziej. Z tym, że jest mały szkopuł w postaci zapachu - maść pachnie olejem słonecznikowym, nie każdemu ten zapach przypadnie do gustu, zwłaszcza tak blisko nosa.

Maść świetnie sprawdziła się tam, gdzie producentowi się nie śniło, czyli na włosach. 2-3 razy w tygodniu wyciskałam "węża" długości około 1,5 cm i wsmarowywałam w końcówki. Pozostawiałam maść na noc, jak zwykły olej. Rano, po zmyciu, końce są w o niebo lepszej kondycji. Nie są szorstkie, nie szeleszczą nieprzyjemnie, przeciwnie, są miękkie, sprawiają wrażenie odżywionych. Bardzo mi się to podoba. Oczywiście, jeżeli mamy porozdwajane końce, maść nam ich nie zregeneruje. Silikonowe sera pozlepiają je, ale nie polepszą kondycji. Nie ma się co rozdrabniać, trzeba frędzle ściąć :D.

Bardzo polecam tę maść osobom, które pragną poprawić kondycję suchych końcówek Jestem na tak!

Skład: Lanolin, Helianthus Annuus Seed Oil/Unsaponifiables, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Prunus Armeniaca Kernel Oil, Tocopherol

Cena: ok. 9 zł/30 ml
Dostępność: w tej chwili niedostępna w polskich Rossmannach, dostępna w niemieckich w nowym opakowaniu
Ocena: 4,5/5

Nowe opakowanie (które mam nadzieję wkrótce się u nas pojawi) wygląda tak - nie uległ zmianie skład produktu.
Zdjęcie pochodzi ze strony sklepu internetowego niemieckiego Rossmanna

środa, 18 lipca 2012

Rybki opalają się w cieniu. Skinfood Salmon Dark Circle Concealer Cream nr 1

Zdjęcie pochodzi ze strony
Skinfood
Rybki są smaczne, zdrowe i dlatego trzeba je jeść. Tymi słowami zawsze raczyła mnie mama, gdy odstawiałam cyrki nad talerzem z rybą. Ryby na talerzu się zmieniały, ale moja niechęć do nich nie. Do czasu, aż sama z własnej nieprzymuszonej woli rozsmakowałam się w łososiu - najpierw na talerzu, a później... pod oczami. Nie, nie zwariowałam. Jeszcze.

Wspomniałam wam o tym, że mam problem z ciemnymi obwódkami wokół oczu. Do ich rozjaśniania świetnie sprawdził się u mnie krem AA Wrażliwa Natura (recenzja TU). Drugim pogromcą zasinień stał się korektor Skinfood (właściwie to był pierwszym, ale nie będę już motać, bo sama zgubię się w zeznaniach :D).

Korektor Skinfood występuje w 2 odcieniach. Ja posiadam sporą próbkę (dzięki magdzie12022) tego jaśniejszego (czyli nr 1). Po otwarciu słoiczka przeraziłam się trochę, bowiem korektor jest pomarańczowy. Nienawidzę tego koloru w produktach do makijażu twarzy, więc sceptycznie podchodziłam do pomysłu, żeby to pomarańczowe ciapnąć pod oczy... Na skórze, po roztarciu dziwnym trafem zamienia się w przyjemny, rozjaśniający beż. Dziwne zwierzę.


Korektor ma konsystencję masła. Przypomina mi trochę cień Essence A New League - wystarczy lekko przejechać palcem po produkcie żeby nabrać wystarczającą ilość. Kosmetyk dobrze "przyczepia się" do palca, nie trzeba się siłować i wydłubywać. Jest przez to niesamowicie wydajny - same nie zużyjemy całego słoiczka :).

Skinfood świetnie się rozprowadza, jest bardzo kremowy. Niestety jest także dość tłusty, dlatego obowiązkowo trzeba go przypudrować. Po jakimś czasie zbiera się w załamaniach, co jest odrobinę niekomfortowe.

A jak to cudo działa? Skinfood nie jest kryjącym korektorem, który maskuje całkowicie zasinienia. Nie. On je bardzo ładnie rozjaśnia, tak że prawie nie są widoczne. Oko od razu wygląda na bardziej wypoczęte.

Bez korektora
Korektor pod i na oku

Uważam, że to świetny korektor, ale... Oprócz tego, że jest tłusty to jeszcze śmierdzi rybą. Nie dokopałam się do składu tego produktu, ale podobno (tak głoszą miejskie legendy) zawiera on łososiowy tran... No cóż, żyję po śluzie ślimaka, to i łosoś mi ni straszny.

Cena: ok. 33 zł (Ebay, bezpłatna wysyłka) - 70 zł (polskie sklepy, Allegro+wysyłka)/10g
Dostępność: Ebay, Asianstore, Allegro
Ocena: 4,5/5

niedziela, 15 lipca 2012

Królowa Bawełna? Bielenda Bawełna Subtelne mleczko do ciała

Pod koniec maja pisałam wam o tym, że czasopismo Uroda poszalało i w czerwcowym numerze można było kupić mleczko do ciała za zabójczą kwotę 5,50 zł (czyli równowartość 2 czekolad Wedla :D). Oczywiście musiałam kupić ten numer, choć ten miesięcznik nie należy do moich ulubionych (3 razy przejrzałam i rzuciłam na stos z makulaturą). 

Zanim zacznę się rozwodzić nad wadami i zaletami samego produktu, muszę wyjaśnić pewną kwestię. Po zakupie Urody, zaczęłam zastanawiać się, dlaczego numer z dodatkiem jest tak tani. Lubię bawić się w detektywa, dlatego wszczęłam małe prywatne śledztwo. I co się okazało? Mleczko prawdopodobnie kosztowało kilka groszy, dlatego że... jest wycofywane! Zniknęło z katalogu produktów na stronie producenta. Oznacza to, że producent musiał jakoś przewietrzyć magazyn, stąd pewnie małe konszachty z Urodą. W sklepach widziałam jeszcze ten produkt, ale pewnie będzie dostępny do wyczerpania magazynowych zapasów sklepu.

Właściwą recenzję zacznę od pierdoły, której najbardziej lubię się czepiać, czyli opakowania. A to tradycyjnie kuleje u Bielendy. Po jaki grzyb te ich opakowania są takie ogromne? Ani to specjalnie ładne, ani funkcjonalne. Buteleczka mleczka (:D:D) ma wysokość ok. 21 cm, z czego 6 cm to wysokość samej zakrętki! Jak taką kolumnę przetransportować w wakacyjnej kosmetyczce? Bardzo nieporęczne opakowanie.

Mleczko ma konsystencję typową dla mleczka (ale ja jestem mądra :D), jest dość rzadkie, ale nie wylewa się z butelki jak woda. Z powodu formuły kosmetyk jest bardzo leciutki. Można go hojnie nałożyć, a i tak ładnie się wchłania. Kilka minut od aplikacji można spokojnie nakładać ubrania. 

Bielenda jest także całkiem niezła jeżeli chodzi o właściwości pielęgnacyjne. Przyjemnie nawilża i wygładza skórę. Takie smarowidełko na co dzień, na pewno nie ukoi bardzo suchej skóry.

Na koniec wspomnę kilka słów o zapachu, który trochę mnie rozczarował. Bardzo lubię bawełniane aromaty i sądziłam, że to mleczko podbije moje serce. Zapach jest niestety płaski. Kojarzy mi się trochę z zapachem powietrza w upalny dzień po deszczu - to taki "mokry" zaduch, na pewno nie z bawełną.

Jest to całkiem niezły produkt, ale mnie nie zachwycił. Nie ma aż tak wybitnych walorów pielęgnacyjnych, żebym wybaczyła mu ten zapach.

A wy miałyście to mleczko? Co o nim sądzicie?

Skład: Aqua (Water), Paraffinum Liquidum (Mineral Oil), Ethylhexyl Stearate, Cyclopentasiloxane, Caprylic / Capric Triglyceride, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-18, Glycerin, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Glyceryl Stearate, Dimethiconol, Gossypium Herbaceum (Cotton) Seed Extract, Allantoin, Sodium Hyaluronate, Ammonium Acryloyldimethyltaurate/VP Copolymer Polyacrylamide /C13-14 Isoparaffin/ Laureth-7, Propylene Glycol, Sodium Stearoyl Glutamate, Dimethicone, Citric Acid, Disodium EDTA, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Butylparaben, Isobutylparaben, Parfum (Fragrance), Geraniol, Hydroxycitronellal, Limonene, Linalool

Cena: ok. 15 zł/250 ml
Dostępność: widziałam jeszcze w Kauflandzie
Ocena 3,5/5

piątek, 13 lipca 2012

Kofeina włosy na głowie utrzyma? Alterra Szampon Biotyna i Kofeina

Prawie każdy poranek rozpoczynam od kawy. Bez solidnej dawki kofeiny nie wyobrażam sobie dalszej egzystencji - to znaczy mogę wytrzymać bez kawy, ale nie można wtedy wytrzymać ze mną :D. Kocham kawę. Jestem fanką kawowego peelingu, kawowego masła z Joanny... Dlatego, gdy tylko zobaczyłam ziarenka kawy na szamponie z Alterry szybko wpadł mi do koszyka.

Nie jestem wielką fanką tej marki, ale jakoś tak wyszło, że od dłuższego czasu kupuję ich szampony, mimo, że specjalnie mnie nie zachwyciły. To jest już trzeci testowany przeze mnie wariant.

Skusiłam się na ten szampon, nie tylko ze względu na obrazek, ale także na fakt, że jest to szampon do włosów osłabionych. A moje frędzle lubią sobie wypadać. Szczerze mówiąc, nie wierzę jednak, że szampon, który trzymam na głowie z 2 minuty cudownie wzmocni moje włosy. Aż tak naiwna nie jestem.

Szampon zamknięty jest w charakterystycznym dla tej marki białym opakowaniu. Jego korek jest płaski, dzięki czemu możemy postawić szampon "na głowie" i wykorzystać do ostatniej kropli.

Wersja z kofeiną ma typową dla szamponów Alterry konsystencję pseudożelu. Początkowo wydawało mi się, że ten szampon jest tak gęstym żelem, jak wersja morelowo - pszeniczna, ale muszę zmienić front. Nie jest to aż taki glut.

Szampon, podobnie jak morela i pszenica, pachnie trochę żelkami. Nie jest to taki słodki zapach, jak w wersji morelowej, ale szkoda, że mimo obrazka na opakowaniu nie ma w sobie choć nutki kawy.

A jak z działaniem? Szampon, jak szampon, ma myć. I ten to robi. Dobrze zmywa oleje. Na plus muszę zaliczyć mu to, że nie plącze włosów aż tak bardzo, jak pozostałe wersje. Nie przesuszył także mojej skóry głowy. 

Całkiem niezły szampon, chyba najlepszy z Alterrowych wybryków. Tego pana zaproszę może na kolejną randkę.

Skład: Aqua, Sodium Coco-Sulfate, Glycerin, Lauryl Glucoside, Cocamidopropyl Betaine, Lauryol Sarcosine, Caffeine, Xanthan Gum, Hydoxypropyl Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Glucose Glutamate, Alcohol, Coffea Arabica Bean Extract, Panthenyl Ethyl Ether, Pnthenol, Paullinia Cupana Extract, Biotin, Parfum**, Limonene, Linalool

Cena: ok. 10 zł/200 ml
Dostępność: Drogerie Rossmann
Ocena: 4/5

środa, 11 lipca 2012

Słodka nuda. Vipera Sweet&Wet nr 6

Błyszczyki to produkty, z którymi moja znajomość przebiega dość burzliwie. Raz w torebce noszę pięciu jegomościów, a innym razem wszystkie błyszczyki lądują w pudle z kosmetykami i nie wychodzą z niego przez kilka miesięcy. Ostatnio przechodzę błyszczykowe "nawrócenie" i powyciągałam co nieco z pudła. Przy okazji przypomniałam sobie o kosmetyku, który odkryłam w zeszłym roku, a który skradł moje serce swoim kolorem. 

Wiele dziewczyn kocha delikatnie zaznaczone usta. Jasne beże, brązy i róże święcą triumfy w makijażu, ubiorze i dodatkach. Większość z nas posiada w swoich zbiorach beżowe cienie czy szminki/błyszczyki nude. Jeśli chodzi o usta wolę zdecydowany kolor, ale są takie chwile, gdy sięgam po jakiś delikatniejszą barwę.

Vipera Sweet&Wet nr 6 to nude idealny. Nie wygląda trupio jak zwykłe brązy, nie daje także efektu warg maźniętych korektorem. To taki kolor jaki ma proszkowane kakao dla dzieci. Ma w sobie mikrodrobinki- czerwone i złote, ale widać je w opakowaniu w mocnym świetle, na ustach wygląda na bezdrobinkowy błyszczyk.

Vipera jak na błyszczyk jest produktem o świetnej pigmentacji i kryciu. Nie jest to półtransparentny błyszczyk, powiedziałabym raczej, że to taka szminka w płynie.

Sweet&Wet ma dość gęstą konsystencję. Nie skleja kącików, ale jest lepem na włosy (a który błyszczyk nie jest). Dobrze trzyma się ust, wytrzymuje nawet 2 godziny. Picie i jedzenie jest jednak dla niego zabójcze. Nie wysusza ust, nie tworzy na ustach zmarszczek. Nie radzę jednak nakładać go na takie suche usta, jak miałam ja (na zdjęciach), bo trochę podkreśli załamania.

Dodatkowym wabikiem dla wszystkich, którzy lubią ładne zapachy będzie z pewnością zapach tego błyszczyku. Pachnie tak jak lody w wafelku, takie tricolore: śmietanka/truskawka/kakao - jak to u mnie w sklepie z amerykańska pisali "sandwicze lodowe" :D.

"Gołe" usta

Vipera Sweet&Wet nr 6

Vipera Sweet&Wer nr 6

Polecam ten błyszczyk. Ma taką gamę kolorystyczną, że każdy znajdzie coś dla siebie. 

Cena: ok. 10-11 zł/5,5 ml
Dostępność: stoiska Vipery (Wrocław - Arkady, Magnolia)
Ocena: 4,5/5

niedziela, 8 lipca 2012

Bardzo podła jodła. Green Pharmacy Scrub do stóp

Jako że lato w pełni, czas na dalszą kontynuację sagi o produktach do stóp. Dziś na tapecie peeling. Szczerze mówiąc, to jestem raczej fanką różnych przyrządów do ścierania niż peelingów w tubkach. Dlaczego? Może dlatego, że żaden peeling nie ściera zrogowaceń tak dobrze, w tak krótkim czasie i przy tak małym wysiłku jak dobry pilnik to stóp. Przy peelingach trzeba się po prostu napracować - przy jednych skóra schodzi ładnie, przy innych nawet po długich, mocnych masażach zrogowacenia trzymają się mocno.

Peeling Green Pharmacy trafił do mojego koszyka przypadkiem. Modliłam się przy półce z produktami do stóp i nagle moim oczom ukazała się firma, którą owszem, kojarzyłam z blogów, ale nie widziałam wcześniej w żadnym sklepie. Ponieważ pamiętałam, że "kosmetyki Elfa" cieszyły się wśród osób, które je testowały, dość dobrymi opiniami, dałam kredyt zaufania scrubowi do stóp. I tak jak niesolidnych dłużników wpisuje się do Krajowego Rejestru Długów, tak ten scrub za niespłacony kredyt ląduje w moim prywatnym rejestrze bubli kosmetycznych.

Właściwie recenzja tego produktu mogłaby się zmieścić w jednym słowie. Ale jak już chcę wbić gdzieś szpilę, to zrobię to porządnie, tradycyjnie już rozbierając produkt na części pierwsze. Ulżę sobie, a co!

Scrub/peeling (nie odpowiem na egzystencjalne pytanie czym się różni jedno od drugiego, w każdym razie oba służą do tego samego) znajduje się w miękkiej tubie - za co plus, bo można wydusić produkt do ostatniej kropli (nie żeby coś trzeba było wyduszać, ale o tym za chwilę). Opakowanie ma odkręcaną nakrętkę - mam awersję do tego typu cudów i postuluję o klapki wszędzie, gdzie się da. 

Kłopoty z tym "peelingiem" zaczynają się zaraz po otwarciu. Z otworu wydobywa się rzadkie białe mleczko z ciemnymi ciapkami (a tych ciapek jest tyle, co kot napłakał). W życiu nie widziałam tak rzadkiego peelingu, peelingom, której do tej pory używałam bliżej było do pasty niż mleczka. Zdziwiłam się trochę, ale no trudno, zobaczymy, może się sprawdzi. Taaaaa... Mleczko pięknie rozsmarowało się na stopie... Poślizg to to ma dobry. Ale na cholerę mi dobrze ślizgający się peeling. Peeling powinien stawiać opór, żeby można było coś zetrzeć! A taką emulsją to ja się mogę pogłaskać! Peelingi do twarzy ścierają bardziej niż to! Możecie się domyślać jak wyglądały moje stopy po użyciu tego peelingu - dokładnie tak samo jakbym go nie użyła. 

Jedyne, do czego się nie doczepię to zapach. Kamforowo-mentolowo-leśny - miła odmiana po biedronkowym cifie.

Produkt potrzebny jak kwiatek do kożucha. Badziewie i tyle!

Skład: Aqua, Mineral Oil, Monoglycerides, Glycerin, Stearic Acid, Isopropyl Myristate, Apricot Kernels Powder, Apricot Oil, Cetostearyl Alcohol, Calicylic Acid, AHA, Carbomer, Carbamide, Menthol Parfum, Tea Tree Essential Oil, Camphor, Fir Essential Oil, Phenoxyethanol, Methylparaben, TEA, Ethylparaben, Proplyparaben, Butylparaben.

Cena: ok. 6 zł/100 ml
Dostępność: Drogerie Rossmann
Ocena: 1/5

czwartek, 5 lipca 2012

Pan Ludwik i stare skarpetki, czyli osławiona Vatika kokosowa

Każda osoba, która obsesyjnie dba o swoje włosy, prędzej czy później zaczyna wyszukiwać coraz to nowe metody pielęgnacji. Niektórym nie wystarcza szampon i odżywka. Chcą zrobić włosom "lepiej". 

Od jakiegoś czasu do łask wracają oleje. Stosujemy je od czubków palców u stóp po końcówki włosów. Każda szanująca się włosomaniaczka pieczołowicie wciera oleje we włosy i oczekuje piorunujących efektów.

Jednym z popularniejszych olei w sferach urodowych jest Vatika kokosowa. Wychwalana pod niebiosa przez blogerki, Youtubowiczki i Wizażanki. I ja się mocno zaśliniłam na myśl o cudownych właściwościach tego oleju. Dlatego po wykończeniu Sesy nie wahałam się ani chwili i przy najbliższej okazji kupiłam Vatikę.

Olej zamknięty jest w solidnej, pękatej buteleczce. Opakowanie jest ładne, przyjemnie wygląda w łazience. Niestety, aby sprawdzić stan zużycia, trzeba zezować do butelki.

Vatika jest ciepłolubna, dlatego gdy nie mamy w mieszkaniu upałów ma konsystencję stałą. Gdy nie słyszymy chlupania płynu w butelce, warto na chwilę włożyć ją pod strumień gorącej wody. Może wydać się wam dziwne, że o tym piszę, ale czytałam o przypadkach wyciskania tego oleju w formie stałej prosto z buteleczki... Tak na chłopski rozum, gdyby coś było do wyciskania to raczej byłoby w tubce - skoro jest w butelce to chyba należy to wylać. A jak się nie leje, to trzeba pomyśleć jak tu zrobić, żeby poleciała ciecz, a nie marudzić, że ciężko wydobyć ten olej. Za ten błyskotliwy wywód, w tym miejscu przyznaję sama sobie medal z kartofla :D.

Decydującym czynnikiem, który spowodował, że kupiłam ten olej, były opisy jego zapachu. Wszyscy go chwalili, że piękny, prawie jak kokosanki. To ja chyba jadłam inne kokosanki. Bo moje kokosanki pachniały kokosem, a nie brudnymi skarpetkami (kto ma w domu zwierzę zwane rozpuszczonym przez mamusię mężczyzną wie o co chodzi) z odrobiną miętowego płynu do mycia naczyń Ludwik. To jest ładny zapach? A w życiu! Już mi się bardziej cytrynowe kanały Sesy podobają, niż te skarpety od Vatiki. Muszę jednak Vatice przyznać, że nie jest tak intensywna jak Sesa i jej zapach nie zostaje na włosach po zmyciu.

Jednak trudności w wydobyciu oleju oraz jego zapach nie przeszkadzałyby mi tak bardzo, gdyby olej się sprawdził na moich włosach. No niestety, szału nie było. Po Vatice włosy wydawały mi się suche i napuszone - teraz stosuję olej lniany, po którym włosy są miękkie i przyjemne w dotyku. Przetłuszczały się mniej. Nie zauważyłam, żeby były dużo bardziej błyszczące. Jednak to trochę moja wina. Gdybym przy zakupie tego oleju wiedziała to, co teraz, z pewnością nie czytalibyście tej recenzji w ogóle. Vatika się u mnie nie sprawdziła, bo.... Nie jest olejem do mojego typu włosów. Kilka tygodni temu dowiedziałam się o czymś takim jak porowatość włosa. I odkryłam, że coś, co pasuje Idalii, Siempre, czy Natalii nie będzie pasowało mi - kokos sprawdzi się przy ich pięknych włosach o niskiej porowatości. Gorąco polecam poczytać blog Czarownicującej (KLIK), która poświęciła kilka notek porowatości włosów i sposobom pielęgnacji włosów o różnym stopniu porowatości.

Ach, osławiona Vatiko, dlaczego nie możesz pasować każdemu? 


Skład: Coconut Oil (Cocos Nucifera Oil), Neem (Azadirachta Indica Leaf Extract), Brahmi (Centella Asiatica Plant Extract), Fruit Extracts of Amla Bahera and Harar (Extracts of Emblica Officinalis, Terminalia Belirica and Terminalia Chebula), Kapur Kachri (Hedychium Spicatum Rhizome Extract) Henna (Lawsonia Inermis Leaf Extract), Milk (Lac), Rosemary Oil (Rosmarinus Officinalis Oil), Lemon Oil (Citrus Limonum Oil), TBHQ (T-Butyl Hydroquinone), Fragrance.

Cena: ok. 15 (30) zł/150 (300) ml
Dostępność: Helfy, Paatal
Ocena: 3/5

środa, 4 lipca 2012

Róże z drogerii czy kwiaciarnii? Wibo Rose Collection


Nie jestem fanką notek zakupowych. Ale w końcu jeden lubi tulipany, drugi kaktusy :D. O dzisiejszych mini zakupach piszę w drodze wyjątku. Dlaczego? Bo taka okazja trafia się rzadko.

W zeszłym roku firma Wibo wypuściła kolekcję, której kolorystyka i opakowania poświęcone były ulubionemu kwiatu wielu kobiet, czyli róży. Gdy pojawiły się zapowiedzi, byłam zaciekawiona. Mój entuzjazm osłabł, gdy wstąpiłam do drogerii... Kolorystyka nie trafiła w moje gusta na tyle, żeby z miejsca wykupować połowę kolekcji. Dodatkowo odstraszyły mnie opakowania. Umówmy się, nie są najpiękniejsze. Nie wymagam za kilka złotych zdobień a'la jaja Faberge, ale wolę już prostotę niż tandetę.

Kiedy jednak pewnymi kanałami dotarła do moich uszu informacja, że Wibo wyprzedaje różaną kolekcję za grosze, nie mogłam sobie odmówić zahaczenia o Rossmanna. Miałam kupić tylko różowy lakier dla mamy (moja mama gustuje w słodkopierdzących różach :D), ale te kosmetyki były tak tanie...

W moich łapkach wylądowały:
- lakier w kolorze jasnej róży 
- róż do policzków 01 Nude Rose - pigmentacja dość słaba
- 2 błyszczyki - 01 w odcieniu wściekłej róży (ignorantko, rośliny nie chorują na wściekliznę :D) oraz 06, który jest zapewne kolorem zdechłej (tfu, zasuszonej) róży - błyszczyki pachną tak jak kwiaciarnia, w której jest dużo róż :). 
- zmywacz do paznokci w płatkach, który rzekomo pachnie różą - nie jestem amatorką wąchania zmywaczy, ale takie płatki przydadzą się na wyjazd.

Za całe zakupy zapłaciłam 6,45. Me gusta :D.

Macie coś z różanej kolekcji? Zamierzacie skorzystać z tej promocji?

P.S. Rose Collection dostaniecie tylko w większych Rossmannach, a właściwie w Rossmannach z większą szafą Wibo :).

A tak błyszczyk 01 wygląda na ustach (chciałam zrobić jeszcze fotkę 06, ale bateria w aparacie nie żyje)


poniedziałek, 2 lipca 2012

Wianki poszły na dno, czyli zużycia w czerwcu


Zakończenie miesiąca bez zużyć, to żadne zakończenia. Denko musi być, choćby zapanowały nagle wszystkie plagi egipskie. Po szaleńczym wykańczaniu produktów w maju, czerwiec był miesiącem błogiego lenistwa. Nie, nie przestałam się nagle myć/pryskać/nacierać, nie straszę więc odorem w komunikacji miejskiej :D. Ale takie cuda jak peelingi do ciała czy maseczki do twarzy (w których tonę) niezbyt często lądowały w moich rękach. Miały mały urlop w łazience :). Udało mi się jednak wycisnąć do ostatniej kropli kilka produktów, których zużycie było dla mnie dość męczące. No to jedziem z koksem.

1. The Body Shop Tea Tree Oil - mała próbka olejku herbacianego. Olejek herbaciany robi ostatnio furorę na blogach, prawie każda blogerka go ma (poza mną i Obs :D). Próbki mają niestety to do siebie, że szybko się kończą. Nie jestem więc w stanie wyrazić opinii na temat rzekomo dobroczynnego wpływu tego cuda na problematyczną skórę.

2. AA Wrażliwa Natura Płyn micelarny - myślałam, że nigdy tego czegoś nie skończę. Miałam ochotę wylać go do zlewu... Nie jest to może koszmarny produkt, ale nie nie spełnia podstawowej funkcji, którą powinien wypełniać płyn micelarny - nie zmywa makijażu. Używałam go rano, jako toniku i krzywdy nie zrobił. Nie pobił mojej ukochanej Polleny w kategorii toników, więc raczej nie zagości już w kosmetyczce nawet w rej roli. Więcej na jego temat możecie przeczytać TU.

3. Essence Stay All Day Longlasting Concealer - mimo że opakowanie na zdjęciu wcale nie wygląda na puste, musicie mi uwierzyć, że na gąbeczce nie ma już nic. Wygrzebałam wszystko co można było wydobyć z tego opakowania. Korektor z Essence jest całkiem niezły, choć raczej nie kupię go ponownie, szukam dalej. Spragnionych recenzji zapraszam TU.

4. Nivea Powerfruit Relax Żel pod prysznic - jagodowe myjadło od Nivei, jak większość ich żeli, było bardzo dobre. Rozczarowało jednak zapachem. O tym żelu pisałam TU.
5. Garnier Invisi Mineral Calm - i jeszcze jeden, i jeszcze raz! Tego pana chyba nie muszę przedstawiać, od roku króluje u mnie w kategorii antyperspirantów. Kto nie czytał recenzji, ten trąba! I niech poczyta o nim TU.

6. Hipp Krem pielęgnacyjny do twarzy i ciała - przyjemny, lekki produkt, który moją mieszaną cerę nawilża "akuratnie". Coś czuję, że będzie to kremowy hit tego lata. Z pewnością wypróbuję jeszcze krem na odparzenia, choć nie wiem, czy nie zrobię sobie nim twarzy gejszy :D. O pielęgnacyjnym Hippie można przeczytać TU.

7. Mrs. Potter's Maska Aloes i Jedwab - bardzo lubię tę serię Mrs. Potter's. Maska była niezła, ale trochę irytowało mnie jej opakowanie - ciężko się odkręcało mokrymi rękoma. Teraz używam balsamu z tej serii i wolę go niż maskę. Recenzję na temat maski możecie przeczytać TU.

8. Acerin Dezodorant do stóp Women Fresh - ulubiony dezodorant do stóp. Pisanie jego recenzji idzie mi jak krew z nosa, ale może w końcu się jej doczekacie :).

Jak wam idą zużycia? Zgodnie z planem? Czy wszystko się posypało, a wy wpadłyście w nieokiełznany szał zakupów?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...