Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

piątek, 29 czerwca 2012

Hipp, Hipp hura! Hipp Krem pielęgnacyjny do twarzy i ciała

Przy każdej recenzji kremu, jak mantrę powtarzam frazę, że jestem mieszańcem lubiącym porządne nawilżenie. I w tej kwestii nic na razie się nie zmienia. Ale... Jak wiadomo, cera przetłuszczająca się jest ciężka do pielęgnacji latem, bo osiąga wtedy apogeum błysku. Gdybym została przy ukochanych kremach nawilżających, które często zostawiają jakąś tam warstewkę, pewnie po kilku minutach świeciłabym się jak bombka w Boże Narodzenie. Nie, dziękuję, postoję.

Kilka lat temu przeżyłam fascynację pielęgnacją dziecięcą. Hurtowo kupowałam szampony, kremy i inne cuda przeznaczone dla dzieci. Jednak mało który kosmetyk przeznaczony dla maluchów przypasował starej krowie 20+. Jestem jednak uparta i po długim urlopie, zdecydowałam się dać szansę kremowi z firmy, która zbiera dobre recenzje wśród ciut większych dzieci.

Nie ukrywam, że skusiła mnie obietnica kremu bez oleju mineralnego (żegnaj parafino!) i olejków eterycznych (nienawidzę mocno perfumowanych kosmetyków do twarzy) - krem ma charakterystyczny zapach dziecięcych kosmetyków, ale nie jest dodatkowo podkręcony. Po powierzchownej analizie składu, odkryłam jednak że krem zawiera kilka substancji komedogennych. Mina mi zrzedła, ale trudno, próbujemy. Już na wstępie zdradzę wam, że syfy nie rozsadziły mi buzi.

Krem zamknięty jest w poręcznej, solidnej tubie. Lubię takie opakowania, bo są bardziej higieniczne. Z drugiej strony nie pozwalają jednak na kontrolę zużycia.

Krem ma konsystencję, którą określiłabym mianem "zwykłej". Nie jest tak wodnisty jak Pollena Eva z melisą, ale daleko mu do cynkowego Bambino. Ot, taki kremowy krem. Rozprowadza się łatwo, nie trzeba go dużo nakładać, nie bieli (chyba że nałożymy go dużo - wtedy trzeba trochę popracować nad wsmarowaniem). W moim przypadku wchłania się całkowicie (chciałam napisać do matu, ale mojej cerze dużo do matu brakuje). Nadaje się pod makijaż, nie roluje się.

Jeśli idzie o pielęgnację twarzy, to krem sprawdził się bardzo dobrze. Nie jest to wybitny nawilżacz, więc myślę, że osoby z suchą skórą nie będą zbyt zadowolone. Moją mieszaną cerę nawilża wystarczająco, nie pojawiły się żadne suche miejsca.

Jestem zadowolona z tego kremu, przyjemnie mnie zaskoczył. Kupiłam kolejną tubkę. Mam zamiar dać szansę szamponowi i oliwce Hippa. Miałyście, używacie? Co w ogóle myślicie o używaniu kosmetyków dla maluchów przez odrobinkę starsze dzieci?

Skład: Aqua, Helianthus Annuus Seed Oil, Cocoglycerides, Cetearyl Alcohol, Myristyl Myristate, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Sodium Xarboxymethyl Betaglucan, Panthenol, Phenoxyethanol, Cetearyl Glucoside, Behenyl Alcohol, Myristyl Alcohol, Parfum, Xanthan Gum, Myristyl Glucoside, Sodium Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, p-Anisic Acid

Cena: 10-15 zł/75 ml
Dostępność: Carrefour, Super-Pharm
Ocena: 4,5/5

środa, 27 czerwca 2012

Delikatnie otulona zapachem, czyli mgiełki na lato

My, kobiety w większości kochamy zapachy. Niektóre z nas posiadają spory arsenał na każdą okazję. Kupujemy rozmaite zapachowe twory: edp, edt, dns, czyste perfumy, perfumy w kremie, roletki, mgiełki... Pachnących cudów jest naprawdę sporo.

Wiele z nas porzuca latem intensywne aromaty na rzecz lżejszych mgiełek. Kiedyś przeczytałam, że perfum nie można stosować latem, bo od zawarty w nich alkohol+słońce=przebarwienia... Postulowano używanie mgiełek. Hmm, zabawne, gdzie tu logika, skoro mgiełki też są na bazie alkoholu? 

Skoro jednak chcecie zrezygnować z tradycyjnych formuł latem i otulić się lekką mgiełką, zapraszam na mały przegląd mgiełek dostępnych na naszym rynku.

1. Avon

 Zdjęcia pochodzą z polskiej strony AVON

Gdy wszyscy zaczęli gorączkowo poszukiwać mgiełek do ciała, okazało się, że na rynku jest ich zaledwie garstka, a największy wybór mgiełek oferuje firma Avon. W serii Naturals znajdziemy ich naprawdę sporo (choć często nie wszystkie wersje są dostępne na raz). Oprócz tych na zdjęciach czyli kokosa z trawą cytrynową oraz róży z brzoskwinią można trafić na:
  • fiołka i liczi
  • mleko i miód
  • kwiat wiśni
  • arbuza
  • granat i mango - tę wersję akurat miałam. Pachnie dość mocno i trochę cierpko, ale to taki oblepiający zapach (mgiełka sama w sobie też się trochę klei). Niestety jest nietrwała.
Cena: 17 zł/125 ml (często jest w promocji, np. w obecnym katalogu można ją kupić za 6,99 przy zakupie dowolnego produktu z katalogu).
Dostępność: konsultantki

W Avon pojawiają się także mgiełki w ramach linii zapachowych firmy. W tym katalogu widziałam mgiełkę z serii Miami Party. 

2. Playboy


 Zdjęcia pochodzą z TEJ strony

Na pohybel wszystkim, którzy kojarzą króliczka Playboya z tandetą :D. Szczerze mówiąc ja też należałam do tych osób, którym ten charakterystyczny znaczek kojarzył się z tapeciarstwem, cekiniarstwem i golizną. Po obejrzeniu spotów reklamowych tej kolekcji zapchów, wcale nie byłam przyjaźnie nastawiona. Gdy jednak trafiłam na testery wód toaletowych zdecydowałam się poniuchać. Oczekiwałam lepkich landryn, ale przyjemnie się rozczarowałam. Zapachy nie są tak tandetne, jak wskazuje na to logo. Moim faworytem jest Play it Spicy, dlatego być może na tę mgiełkę się skuszę.

Cena: ok. 15 zł/200 ml (w najbliższej gazetce Rossmann będzie można kupić te mgiełki za 9,99 zł)
Dostępność: Drogerie Rossmann

3. Fruttini



Zdjęcia pochodzą ze strony Fruttini

To chyba były pierwsze mgiełki jakie widziałam w drogerii. Miałam nawet pierwsze 3 zapachy. Najmilej wspominam ten limonkowo - miętowy, który oprócz tego, że pięknie pachniał, to jeszcze przyjemnie chłodził. Ananas też był ciekawy, ale dość cukierkowy. Za to po liczi i wanilii aż mnie mdliło. Niemniej mgiełki Fruttini to ciekawa opcja dla wielbicielek owocowych zapachów - nie są one tak chemiczne jak te avonowe. Na stronie Fruttini znalazłam jeszcze inne wersje, ale nie wiem, czy są u nas dostępne.

Cena: ok. 15 zł/125 ml
Dostępność: Drogerie Natura

4. H&M



 Pierwsze zdjęcie pochodzi z TEJ strony
Pozostałe zdjęcia: H&M

Jeżeli ktoś się mnie pyta, gdzie można kupić mgiełkę do ciała, radzę żeby zajrzał do H&M. Choć wiele z nas buszuje po wieszakach z ciuchami i akcesoriami, warto też rzucić okiem na kosmetyki. H&M co jakiś czas wypuszcza bowiem limitowane mgiełki do ciała. Teraz w sklepie widziałam tę z pierwszego zdjęcia (jest jeszcze wersja różowa) oraz te w pękatych buteleczkach (oprócz różowej i pomarańczowej jest jeszcze żółta - White Ginger). Miałam mgiełkę z H&M w zeszłym roku - nie pachniała zbyt długo, ale do torebki była jak znalazł.

Cena: 6,90 (40 ml) do 14,90 zł (100ml)
Dostępność: H&M

5. Golden Rose
 Zdjęcie pochodzi ze strony sklepu Golden Rose

Wielkim zaskoczeniem był dla mnie fakt, że mgiełki produkuje także firma, którą raczej kojarzyłam z lakierami i szeroko pojętą kolorówką. Okazuje się, że Golden Rose ma w swojej ofercie również zapachy, w tym mgiełki. Oprócz morelowej w ofercie znaleźć można także:
  • limonkę i jabłko
  • magnolię i bursztyn
  • granat
  • wodę (myślę, że to jakiś morski zapach :D).
Cena: ok. 22 zł/160 ml
Dostępność: stoiska Golden Rose (adresy stoisk można sprawdzić TU)


6. IVR

 Zdjęcie pochodzi z TEJ strony

Firmę IVR kojarzyłam raczej z maseczek z takim charakterystycznym plastikowym "kranem". Zdziwiłam się, gdy w jednej z gazetek promocyjnych Super-Pharmu zauważyłam promocję na mgiełki do ciała tejże firmy. Bardzo ciężko znaleźć o nich informacje, nie wiem jakie warianty są dostępne u nas, ale w internecie spotkałam się z następującymi wersjami:
  •  czarna porzeczka i piżmo
  • wanilia
  • mandarynka i czerwona porzeczka
  • cytrusy i przyprawy
  • róża i fiołek
  • jaśmin i różowy pieprz
  • werbena i zielona herbata
  • truskawka i szampan

Cena: 25 zł/75 ml (w promocji ok. 15 zł).
Dostępność: Super-Pharm


7. The Body Shop








Marki The Body Shop chyba nikomu nie muszę przedstawiać. Nawet jeżeli niczego nie miałyście, to zapewne nie raz czytałyście recenzje. Wiele zwolenniczek zyskały sobie ich masła (które nawiasem mówiąc są koszmarnie drogie biorąc pod uwagę fakt, że głównym ich zadaniem jest zachwycanie zapachem). Mgiełki wróciły do asortymentu po małym liftingu. Wcześniejsze plastikowe opakowania zastąpiono szklanymi (o losie).  Dzięki uprzejmości Agaty stałam się posiadaczką wersji waniliowej. Czy szczęśliwą? Z pewnością się tego dowiecie przy okazji receznji :).

Cena: ok. 40 zł/100 ml
Dostępność: sklepy firmowe The Body Shop

Oprócz tego w w internecie można zakupić np. mgiełki Bi-es (Hannah Montana i takie tam), Fenzi (zapachy "inspirowane"), Victoria's Secret, Bath&Body Works

Przerzucacie się latem ze standardowych edp/edt na mgiełki? Czy uważacie, że nie jest wam potrzebny tego typu kosmetyk? A może miałyście jakąś pachnącą mgiełkę, która podbiła wasze serce?

wtorek, 26 czerwca 2012

Hej ho, hej ho, na jagody by się (po)szło! Nivea Powerfruit Relax żel pod prysznic

Też wam się czasem tak zdarza, że nie wiedzieć czemu dostajecie bzika na punkcie jakiegoś zapachu? Nie mam pojęcia skąd to się bierze, ale jak mnie weźmie na coś ochota, to klękajcie narody. Przerobiłam taką fazę z zapachem kokosa, pomarańczy, maliny... Gdy poznałam żel micelarny z Biedronki wzięło mnie na jagody. Obsesyjnie zaczęłam poszukiwać kosmetyków o zapachu jagód... Aż tu pewnego pięknego dnia odkryłam tego cudaka z Nivea.

Kilka razy wspominałam już, że jednymi produktami Nivea, które polubiłam są żele pod prysznic. Biorę je właściwie w ciemno i z każdego jestem zadowolona. Z jednych wersji zapachowych mniej, z innych bardziej, wiadomo, każdy nos lubi co innego.

Większość żeli Nivea, które dotychczas przewinęły się pod moim prysznicem, miała gęstą, kremową konsystencję. Jednak teraz, w okresie letnim nie mam ochoty mazać się kremowymi, otulającymi żelami. Potrzebuję czegoś lekkiego, co jednocześnie nie przesuszy mojej skóry. I ten żel w tym aspekcie spełnił moje oczekiwania całkowicie. Myje, ale nie przesusza, to lubię.

Nivea ma konsystencję takiego lekko rozcieńczonego żelu. Większą "zawartość żelu w żelu" widzę w szamponie Alterra Morela i pszenica (glutek). Jest w miarę wydajna, bo świetnie się pieni.

A co z tym zapachem jagód? Szczerze mówiąc trochę się rozczarowałam. Może dlatego, że jest trochę zbyt mało "słodki", jak na mój gust. Na skórze czuć lekką gorycz. Nie jest to brzydki zapach, ale nie sprostał moim wyobrażeniom, stąd małe rozczarowanie :).

Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Parfum, Glycerin, Glyceryl Glucoside, Sodium Ascorbyl Phosphate, Vaccinium Myrtillus Fruit Extract, Helianthus Annuus Seed Oil, Sodium Chloride, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Polyquaternium-7, Citric Acid, Benzophenone-4, PEG-200 Hydrogenated Glyceryl Palmate, Sodium Benzoate, Benzoic Acid, Linalool, Geraniol, Citronellol, CI 16035, CI 42090

Cena: ok. 10 zł/250 ml
Dostępność: Rossmann, Super-Pharm, Tesco, Kaufland, Carrefour 
Ocena: 4/5

sobota, 23 czerwca 2012

Gładkie stopy? Do roboty! BeBeauty Krem do stóp i paznokci odżywczo - nawilżający

Wraz z rozpoczęciem sezonu letniego, większość z nas wyciąga klapki (piszę większość, bo niektóre ubierają kozaki :D). A wraz z klapkami na światło dzienne, po długim okresie ukrywania się, wychodzą w glorii i chwale nasze stopy... No właśnie. Warto zadbać o to, aby nie świeciły zrogowaceniami tu i ówdzie.

Ponieważ lato to okres, w którym zazwyczaj dbamy o swoje stopy (bardziej niż w czasie innych pór roku), w naszych kosmetyczkach pojawiają się rozmaite narzędzia tortur (pumeksy, tarki, pilniki) i kosmetyki, które mają nam pomóc w dbaniu o stopy.

W zeszłym roku, po świetnych recenzjach kosmetyków z Biedronki, zakupiłam całą serię przeznaczoną do stóp. Każdy kosmetyk kosztował 2,50 zł, więc właściwie tyle co czekolada Wedla - wyszłam z dyskontu biedniejsza o 3 czekolady, ale bogatsza o 3 specyfiki do stóp.

Przyznam się od razu, nie bijcie. Na czas zimy ten krem zniknął w czeluściach kosmetyczki. Przypomniałam sobie o jego istnieniu dopiero wtedy, gdy zrobiło się ciepło i ujrzałam obraz nędzy i rozpaczy na piętach. Ups... :D. To może lepiej już przejdę do tej recenzji.

Krem zamknięty jest w bardzo miękkim opakowaniu, jak cała reszta serii. Z jednej strony to dobry pomysł, bo można wszystko z niego wycisnąć (nie trzeba rozcinać, jak np. kremy Ziaji), ale z drugiej łatwo je uszkodzić.

Kosmetyk jest dość rzadki i bardzo leciutki. Wchłania się bardzo szybko. Nie trzeba godzinami machać nogami, czekając na wchłonięcie kremu, po około 5 minutach można iść w tango. Stopy są po jego użyciu gładkie. Nie liczyłabym jednak na ratunek w przypadku stóp w niezbyt dobrym stanie. Krem jest po prostu zbyt leciutki - taki o kremik do stosowania na co dzień, żaden wybawiciel.

Największym minusem tego produktu jest jego zapach. Krem pachnie cytrynowym proszkiem do czyszczenia kuchenek (jak cała seria zresztą). Na szczęście stopy znajdują się na tyle daleko od nosa, że zapach ten czuję tylko przy wcieraniu.

Za niecałe 3 zł nie oczekiwałam fajerwerków i faktycznie ich nie było. Taki o krem do regularnego stosowania.

Skład: Aqua, Glycerin, Paraffinum Liquidum, Isopropyl Myristate, Cetearyl Alcohol (and) Ceteareth-20, Glyceryl Stearate (and) PEG-100 Stearate, Paraffin, PEG-8, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Cyclomethicone, Potassium Phosphate, Allantoin, Panthenol, Bisabolol, Tocpheryl Acecate, Hydroxyethyl Urea, Propylene Glycol (and) Salvia Officinalis Leaf Extract, Salicylic Acid, Water (and) SD Alcohol 39-C (and) Passiflora Quandragularis Fruit Extract (and) Ananas Sativus Fruit Extract (and) Vitis Vinifera Fruit Extract, Carbomer, Sodium Hydroxide, Disodium EDTA, Parfum, Citral, Limonene, Linalool, Methylparaben, Propylparaben, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol.

Cena: ok. 3 zł/75 ml
Dostępność: Biedronka
Ocena: 4/5

P.S. Seria do stóp ulega małym modyfikacjom, zmieniają się opakowania i składy - producentem nowych kremów nie jest już Torf Corporation a Pharma-C-Food (dziewczyny rozwikłały tę kwestię pod wpisem Belli). W wielu Biedronkach są jednak dostępne obie wersje produktów lub wyłącznie starsza.

środa, 20 czerwca 2012

Nowa liga w makijażu? Essence A new league Soft touch eyeshadow

Chciałabym, ale boję się. To krótkie zdanie idealnie oddaje moje podejście do nowych (dla mnie) produktów kosmetycznych. Z jednej strony lubię zapuszczać się w nieznane, z drugiej zaś mam opory przed zakupem bubla. 

 Mam dość tłuste powieki, dlatego do tej pory, szerokim łukiem omijałam cienie w kremie. Co prawda kilka razy ważyłam w dłoniach słoiczki, ale zawsze rezygnowałam. 

Nie byłabym sobą, gdybym nie śledziła na bieżąco edycji limitowanych wypuszczanych przez Essence. Gdy tylko dowiedziałam się, że jedna z limitek pojawi się w Rossmannie, nie mogłam przepuścić okazji. Początkowo nie wiedziałam, na co się zdecydować (bo niczego tak na dobrą sprawę nie potrzebowałam), jednak w miarę upływu czasu w tramwaju, zapragnęłam cieni. Wybór padł na 01 My caddy in the wind.

Cień został zamknięty w dość masywnym, ciężkim, szklanym słoiczku z plastikową nakrętką. Opakowanie robi wrażenie solidnego (i takie jest - oczywiście sprawdziłam... A właściwie samo się sprawdziło, bo mi kilka razy wypadło z rąk na parkiet :)). Otwór jest na tyle duży, że nie ma problemu z wydobyciem cienia także przy ciut dłuższych paznokciach.

Tym co mnie absolutnie zaskoczyło, jest konsystencja tego cienia. Sądziłam, że będzie kremowy, trochę tłustawy... A tymczasem jest dość śliski. Twardością przypomina dobrze schłodzone masło. Nie trzeba się siłować, aby go rozprowadzić. Rozsmarowywanie go na dłoni czy powiece jest prawdziwą przyjemnością.

Cień 01 teoretycznie jest jasnobrązowy. Ale to tylko teoretycznie. Dzięki dużej zawartości perły na oku nie daje koloru tylko rozświetlenie. Właściwie nie widzę różnicy na oku między cieniem z Essence a Sleekowym Taupe. No, może z wyjątkiem tego, że Essence posiada małe srebrne drobinki, a Sleek to czysta perła.  Na zdjęciu porównawczym różnicę widać, ale już na kolejnym w ciut innym świetle efekt jest inny.

Essence ANL
  Ponieważ kolor jest dość udany, próbowałam zastosować tego cudaka jako rozświetlacz. Policzki jednak lekko zabrązowił. Perłowego rozświetlenia nie było widać, za to mieniły się drobinki. Wolę efekt tafli niż blask drobin.

Co z moimi obawami dotyczącymi starcia cienia w kremie z tłustą powieką? Niepotrzebnie się martwiłam. Essence wytrzymuje na oku cały dzień (od 8 do 20 :D) bez żadnych wałków. Choć pod koniec dnia ciutkę blaknie, to i tak makijaż wygląda bardzo dobrze, a oko jest pięknie rozświetlone.

Naprawdę polecam spróbować. Świetna sprawa, biorąc pod uwagę fakt, że taki cień zastępuje zwykłego prasowańca i bazę, przez co robiąc poranny makijaż oszczędzamy cenne chwile na dopicie kilku ostatnich łyków kawy :).

Cena: ok. 10 zł/5g
Dostępność: Drogerie Rossmann
Ocena: 4,5/5

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Dla chcącego coś wygładzającego. Dax Perfecta Spa Cukrowy peeling do ciała Marcepan Wygładzający

Gdy tylko pogoda pozwala na to, żeby zrzucić z siebie ciężkie swetry, zaczynamy z utęsknieniem wypatrywać chwil, gdy do szczęścia wystarczą nam szorty i jakiś top. Każdej wiosny wiele z nas rozpoczyna akcję bikini, praktykując ćwiczenia, diety i intensywną pielęgnację ciała. Masła, balsamy, żele i peelingi idą w ruch. No właśnie, peelingi... Pisma i portale urodowe trąbią o tym, że przynajmniej 2 razy w tygodniu skórę powinnyśmy potraktować peelingiem.

Jestem outsiderką, bo z peelingami do ciała nigdy nie było mi po drodze. Miałam jakiś tam cukrowy Hean, owocowego malucha z Joanny... Więcej grzechów nie pamiętam (bo tego badziewia z Isany nie można nazwać peelingiem). Nie pamiętam także, żebym zbyt często używała tych peelingów, które gościły w łazience. Jak mi się przypomniało, to użyłam. A przypominało się rzadko. W zeszłym roku przeżyłam fascynację peelingiem kawowym. I jak do tej pory, mimo że to najbrudniejsza zabawa świata, jest to mój faworyt. Peeling Daxa nie pobił kawowego błotka, ale nie jest najgorszy.

Zacznę od tego, od czego najbardziej lubię zaczynać, czyli od opakowania. Słoiczek jest zabezpieczony aluminiowym wieczkiem, dlatego mamy większą pewność, że w przypadku nienaruszonego wieczka kupujemy produkt pełnowartościowy. Opakowanie nie do końca mi jednak odpowiada. Peelingu używam w czasie kąpieli/prysznica dlatego do opakowania dobieram się mokrymi rękoma. A ten słoiczek stawia czasem opór, gdy mam suche dłonie. I muszę odkręcać przez ręcznik jak słoik ogórków. Plusem jest natomiast to, że taki słoiczek umożliwia kontrolę zużycia i zapewnia pełne wykorzystanie produktu do ostatniego ziarenka cukru.

Zaskoczyła mnie konsystencja tego peelingu. Gdy na niego patrzyłam, wydawał mi się gładką, zbitą masą...  Nie widziałam w nim drobinek. Wsadziłam więc palucha do środka. I wyciągnęłam oblepiony. To tłuste to peeling? O mamo. Niezrażona wyciągnęłam trochę mazi ze słoika i rozsmarowałam na ciele... I objawiły mi się drobinki, które na dodatek całkiem nieźle ścierały. Ze ścierania jestem bardzo zadowolona. Nie podoba mi się natomiast ten taki tłustawy film, który peeling pozostawia na ciele. Dlatego nie wyobrażam sobie, żeby stosować go np. z masłem z tej samej linii. Chyba, że ktoś lubi kleić się jak lep na muchy - w końcu są różne upodobania.

Na deser zostawiłam sobie kwestię zapachu. Ja i producent mamy chyba inne nosy. Migdały, których zapach znam ja nie pachną kwiatkami. A ten peeling właśnie nimi pachnie - tak trochę podobnie do masła Avon Planet Spa Thailand Lotus Flower. Może nie identycznie, ale zdecydowanie w ten deseń.

Jeżeli ktoś lubi tłustsze produkty do pielęgnacji, ten cudak powinien mu pasować, bo naprawdę nieźle ściera, pozostawiając skórę przyjemnie gładką.

Skład: Paraffinum Liquidum, Sucrose, Silica, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Prunus Armeniaca Seed Powder, Juglans Regia Shell Powder, Prunus Amygdalus Dulcis Shell Powder, Parfum, Carthamus Tinctorius Seed Oil, Tocopheryl Acetate, Ascorbyl Palmitate, Linoleic Acid, Sodium Propylparaben.

Cena: ok. 12-15 zł/225 ml 
Dostępność: Drogerie Natura, Rossmann, Super-Pharm, Tesco
Ocena: 3,5/5

piątek, 15 czerwca 2012

Trele - morele! Alterra Szampon nadający połysk morela i pszenica

Kosmetyki Alterry zrobiły oszałamiającą karierę. Niemała w tym zasługa wiecznych kusicielek z Wizażu i blogów kosmetycznych. Skoro takie przyjazne, bez różnych związków X w postaci silikonów i parabenów, to przecież muszą być dobre. Po fali zachwytów na Alterrę zaczęto wylewać kubły zimnej wody... No cóż, często tak jest, że po początkowym zauroczeniu wszystkich określonymi produktami nadciągają marudzące, negujące wszystko, posiłki. I tak było z podkładem Rimmel, szamponem Babydream, czy szamponami Alterra... To taka prawidłowość - po fali zachwytów nadciąga burza oburzonych niezadowolonych.

Moja przygoda z szamponami Alterry zaczęła się źle. Na dzień dobry rozczarowałam się szamponem, który wydawał się dla mnie stworzony. Migdały i jojoba zawiodły. Miałam już nigdy nie kupować szamponu Alterry, ale potrzebowałam czegoś do zmywania olei i wybór padł na zbierającą ciut lepsze recenzje wersję morelowo - pszeniczną.

Szampon ma konsystencję żelowego glutka (chyba wszystkie szampony Alterry takową mają, bo teraz używam wersji z kofeiną i jest identyczna pod względem formuły). Glutka trzeba porządnie wyciskać, bo gdy zbyt lekko naciśniemy butelkę, glutek może się nam ukazać i schować z powrotem. Nie każdy lubi taką konsystencję, mnie ona nie przeszkadza, ale lojalnie uprzedzam.

Alterra wsadziła do szamponu morelę i pszenicę, których zapachu kompletnie nie czuć (nie obraziłabym się gdyby szampon pachniał jak kłosy w sierpniu i świeża morela). Wiecie czym pachnie ten szampon? Żelkami. Takimi owocowymi, jaki miśki Haribo. Zapach nie utrzymuje się na włosach (szkoda, lubię żelki).

Morelowy (taaaa) gil Alterry pieni się dobrze. Piana szczypie w oczy, nie przepadam za tym uczuciem, no ale trudno, szamponem myje się włosy a nie rzęsy, więc to moja wina, że wylądował mi w oku.

Szampon zmywa oleje bardzo dobrze, podobnie jak jego migdałowy brat. Włosy są po użyciu szamponu bardziej błyszczące, ale nie przetłuszczone - bardzo podoba mi się ten efekt zdrowego blasku. Za to działanie pokochałabym ten szampon miłością bezwzględną, gdyby nie jeden malutki, maluteńki szczególik. Taki tyci, jak pociąg relacji Szczecin - Przemyśl. Ta morelowa paskuda, ten gil jeden, wysusza skórę głowy! Takiego śniegu to ja dawno nie miałam. O nie, obraziłam się na całego. Gdy olejowałam skórę głowy, takiego efektu nie było. Jednak gdy zrezygnowałam z tego zabiegu (bo mi nie służy, kłaki lecą), masz babo placek...

Gdyby nie wysuszył mi skóry głowy, byłabym zachwycona. 

Skład: Aqua, Lauryl Glucoside, Sodium Coco Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Glycerin, Lauroyl Sarcosine, Prunus Armeniaca Fruit Extract, Triticum Vulgare Extract, Vitis Vinifera Extract, Hydroxypropyl Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Hydrolyzed Wheat Protein, Alcohol, Gardenia Tahitensis Flower Extract, Cocos Nucifera Oil, Tocopherol, Parfum, Linalool, Geraniol, Citral, Limonene.

Cena: ok. 10 zł/200 ml
Dostępność: Drogerie Rossmann
Ocena: 3,5-4/5

wtorek, 12 czerwca 2012

Krem pod oczy, który mnie zaskoczył. AA Wrażliwa Natura Nawilżająco - rozjaśniający krem pod oczy

Obszarem, któremu zwykle poświęcałam mało uwagi były strefy pod- i naoczne. Jak miałam gest, to kupowałam moim ślepiom żele z Flos-Leku. I tak się jakoś sprawa nie kleiła specjalnie.

Dlaczego nagle w mojej kosmetyczce pojawił się ten krem? Okazja, jak wiadomo, czyni złodzieja. Nie mogłam nie kupić kremu, który był sporo przeceniony. Jestem wyprzedażowym potworkiem z silnie posuniętym zakupoholizmem, a tego się nie wyleczy :D. Krem pod czy był potrzebny (w moim głębokim przekonaniu) jak dziura w moście, ale ostatecznie zakupoholizm zrobił swoje.

Nie ukrywam, że do zakupu popchnęła mnie także obietnica rozjaśnienia. Doba jest za krótka, a sen jest dla słabych, więc zoila łazi z sinymi plackami pod oczami. Zwykle zasmarowuję oznaki nieprzespanej nocy korektorami, ale skoro krem ma to zrobić za mnie, to po co mi korektor, który a) i tak się zbierze w zmarszczkach (bo każdy się zbiera, nie ma bata), b) zniknie po kilku godzinach odsłaniając obraz nędzy i rozpaczy.  Z wielkim zapałem zabrałam się do zabawy.

Początkowo nie byłam zachwycona. Przyzwyczaiłam się (o czym już pisałam), do wyraźnego orzeźwienia żeli Flos - Leku. A to to nie robiło nic. No nawilżyło mi te okolice oczu, nawilżyło. Ale odczuwalnej ulgi nie przyniosło. W dodatku szczypało, gdy dostało się do oka (a żele FL nie). Nie podobało mi się to, oj nie podobało.

Co się nagle stało, że moja opinia zmieniła się na tyle, że produkt wylądował w majowych ulubieńcach? Maj był gorącym okresem, podczas którego sen został zredukowany do minimum (czyli czasami były to zaledwie 2-3 godziny). Krem AA towarzyszył mi w porannej pielęgnacji. Pewnego pięknego dnia przypatrzyłam się sobie uważnie. Coś ewidentnie było nie tak. Jakoś tak za dobrze wyglądałam. Nieeeee, no niemożliwe. Szukałam winowajcy mojego samozachwytu... I w końcu znalazłam. Chwila, gdzie są moje sine placki pod oczami świecące swoją szarością na kilometr? Szukałam, grzebałam pod tymi oczami. Dostrzegłam jedynie ledwie widoczne ciut ciemniejsze miesjce... Myślałam, że żadna siła nie ruszy moich zasinień, a zrobił to krem, po którym (biorąc pod uwagę całokształt dzieci AA) nie spodziewałam się cudów. Więcej takich niespodzianek proszę!

Naprawdę polecam ten krem. Efekty nie są natychmiastowe, ale przy odrobinie cierpliwości, można się zdziwić :). Nie oczekiwałabym od niego spłycenia zmarszczek i naciągnięcia skóry pod oczami na pupę. Nie ta liga cudotwórców.

Skład: Aqua, Octyldodecanol, Dicapylyl Ether, Cetearyl Alcohol. Glyceryl Stearate Citrate, Cucurbita Pepo Seed Extract, Glycerin, Centaurea Cyanus Flower Water, Betaine, Xanthan Gum, Citric Acid, Glyceryl Caprylatem Phenethyl Alcohol

Cena: ok. 15 zł/15 ml
Dostępność: Drogerie Natura, Super-Pharm, Schlecker
Ocena: 4,5/5

niedziela, 10 czerwca 2012

Bardzo słodka przyjemność. Bielenda Beauty Milky Jogurtowy Mus do ciała

O tym, że lubię pielęgnację ciała od Bielendy, już kiedyś wspominałam. Pięć lat temu zachwycił mnie zapach kokosowego mleczka odmładzającego z serii afrykańskiej (które pachnie jak palony z wanilią cynamon), a rok temu poznałam produkt, który wciąż pozostaje moim ideałem, jeżeli chodzi o zapach. Jogurtowy mus do ciała, bo to o nim dziś będzie mowa, zachwycił mnie od pierwszego posmarowania.

Jestem leniem w kwestii pielęgnacji ciała. Nigdy nie przepadałam za peelingami, masłami, balsamami, mleczkami. Odnalazłam jednak patent na zwalczenie niechęci do tego kosmetyków. Otóż, kosmetyki do pielęgnacji ciała muszą pięknie pachnieć. Nie dla mnie apteczne aromaty i kosmetyki bez zapachu - mogą działać cuda, ale i tak ich nie tknę, umrą śmiercią naturalną przez przeterminowanie na półce w łazience. Wyszłam z założenia prostego, jak konstrukcja cepa, pielęgnacja ma być przyjemnością, a nie katorgą.

Zanim przejdę do bezbrzeżnych zachwytów, muszę trochę pomarudzić. Lubię Bielendę, ale często patrząc na jej opakowania mam wrażenie przerostu formy nad treścią. Opakowanie musu jest spore, przy czym w dużej mierze nadmuchane (można zobaczyć na zdjęciu, gdzie zaczyna się właściwa miseczka z musem). Nie bardzo rozumiem po co - piękne to nie jest, a i miejsca w kosmetyczce też trochę zajmuje.

W tym produkcie bardzo podoba mi się jego konsystencja. Mus ma konsystencję lekkiego jogurtu. Wchłania się naprawdę świetnie, po około 2 - 3 minutach bez przeszkód mogę włożyć ubranie, bez obaw, że je pobrudzę. Producent coś wspomina o tym, że produkt może pozostawić film, ale szczerze mówiąc, to tego nie zauważyłam. Skóra po jego nałożeniu jest przyjemnie gładka. Mus zadowolił nawet moje suche łydki.

Wisienką na torcie jest zapach tego produktu. Dość intensywny w opakowaniu (biała czekolada), na skórze robi się bardziej delikatny, taki słodko waniliowy (pachnie trochę jak sypki cień nr 4 z My Secret - posiadaczki będą wiedziały, o co mi chodzi). Co najważniejsze, zapach utrzymuje się na skórze naprawdę długo, bo około 6 godzin - dłużej niż niektóre perfumy :).

Gorąco polecam ten mus, prześlicznie pachnie i do tego całkiem nieźle sprawdza się w pielęgnacji (choć skład ma taki, że boli mnie głowa, jak na niego zerkam). Na pewno kupię jeszcze krem do rąk z tej serii. Ubolewam także nad tym, że Bielenda wycofała z tej linii krem do twarzy. No jak tak można? Zanim ja go wypróbowałam? Pobite gary!

Skład: Aqua, Ethylhexyl Stearate, Paraffinum Liquidum, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-18, Cyclopentasiloxane, Isodecyl Neopentanoate, Glyceryl Stearate, Dimethicone, PEG-100 Stearate, Goat's Milk, Propylene Glycol, Gossypium Herbaceum (Cotton) Seed Extract, Polyacrylamide/C13-14 Isoparaffin/Laureth-7, Ammonium Acrylodemethyltaurate/VP Copolymer, Disodium EDTA, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Butylparaben, Isobutyparaben, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, Parfum, Benzyl Alcohol, Benxyl Salicylate, Coumarin, Linalool.

Cena: ok. 15 zł/200 ml
Dostępność: drogerie Jasmin, Tesco (nie ma w Rossmannie, został wycofany w zeszłym roku)
Ocena: 4/5

piątek, 8 czerwca 2012

Zabawa w dobrym stylu - perełki z wyszukiwarki


Odkąd tylko odkryłam możliwość sprawdzenia, po jakim haśle można trafić na mojego bloga, z uporem maniaka śledzę te statystyki. Czasem wchodzą tu ludzie, którzy szukali informacji o kosmetykach, ale często zdarzają się bardziej zbłąkane jednostki. Dziś zaprezentuję wam kolejną porcję "wyszukanych" fraz. Miłej zabawy!

Czy ten pan i pani?
śliczne usta normalnej dziewczyny
super kobiety w raju
przestraszył koleżankę na śmierć
typ spod ciemnej gwiazdy na wesolo

Adam Słodowy – zrób to sam! Pytania praktyczne
czy casting creme gloss może nie złapać przed miesiączką?
co powinien zawierać strój kleopatry dla dziecka
jak przykleić zaczek do mini cooper - ktoś złożył auto i nie wie jak doczepić znaczek? Wstyd!
ile lakieru na kask

Ruszaj ciałem, mała!
blogger uda pupa
gry całowanie i ruszanie pupom- om nom nom :D
cwiczenia na ruszanie tyłkiem
kubańskie łydki
rozstępy tyłku

Jak, jaki, jaka, jakie?
jak może wyglądać witamina - najwięcej witaminy mają polskie dziewczynyyyyy!
jak rozpoznac zmarszki w okolicach oczow
jaka jest różnica między colą light a zero?- eee, nazwa?
jaki antyperspirant uzywa doda
jak wygląda cellulit a jak rozstępy - chciałabym nie wiedzieć, jak te cuda wyglądają, ale niestety wiem, zazdroszczę, że ktoś musi poszukać w necie żeby się dowiedzieć

Obrzydliwe?
podpaski używane z krwia- ktoś chce zobaczyć czy kupić?
sesja zombie

O jedzeniu słów kilka
molski marcin jajecznica
barek cukierkowy
ciachowy kuferek
ozdoby z masy marshmallow

Grasz w zielone?
makijaz b razowy eleyner
kolor wydra - wydrowy?
golden ...rzecz z papieru
zieleń aloesu z jasnym beżem
cienie do powiek na brązowaych oczach

Pomyłka w adresie
alina rose masło zapach utrzymuje sie dlugo
alina rose lwia zmarszczka

Takie tam... szkolne
oczy przymkniete czlowieka
nuty z motylem
pajęcza lilia
bit pasujący do wiersza w malinowym chruśniaku- da bum tsssssss
orzech wloski placze- orzechy płaczą, świat się kończy
uzasadnij dlaczego powinienem testować krem olay
co to znaczy jak ktos pisze szuruburu
polish biuty blog:celia pomadko-błyszczyk 603 - maj inglisz ys wery bed
mistrz painta- to ja!

Zwierzenia nałogowca
sztyfty wazelinowe do ust jako narkotyk  - matka wie, że ćpiesz :D?
30 ml perspektywa - perspektywą byłaby 50 albo 100, ale co ja się tam znam
biały cudny proszek
ja pierdole ale faza 

Prawie każde z tych wyszukiwań rozbawiło mnie do łez. Macie jakiś faworytów? A jak jest u was? Zdarzają się wejścia nie z tego świata?

czwartek, 7 czerwca 2012

Paznokcie zmywa się w CIENiu. Cien Zmywacz do paznokci bez acetonu

Uwielbiam malować paznokcie. A raczej te nędzne resztki, które zamiast paznokci posiadam (choć ostatnio udało mi się coś dłuższego wyhodować by zaraz potem kilka okazów połamać. Ech, życie). 

Często mam lakierowe fazy, co rusz zmieniam kolor. A ponieważ nie lubię przeznaczać na malowanie i zmywanie paznokci zbyt wiele czasu, potrzebuję dobrze kryjących, szybkoschnących lakierów i dobrego zmywacza.

Co rozumiem pod pojęciem dobrego zmywacza? Zmywacz ma zmywać - tak, mało odkrywcze, ale mam wrażenie, że niektórzy producenci zapomnieli o tym, że zmywacz ma usuwać, a nie rozmazywać lakier. Po drugie - nie obrażę się, jeżeli nie przesuszy mi paznokci. Po trzecie - nie mam ochoty na biały nalot (jaki zostawia bezacetonowa Isana). Czy moje wymagania są aż tak gwiazdorskie i trudne do spełnienia?

Tym, co skłoniło mnie do zakupu zmywacza z Lidla, było jego opakowanie. Uwielbiam wszelkie pompki. Przy klasycznych zmywaczach zwykle zdarzało mi się coś powylewać, gdy przechylałam buteleczkę. Tutaj niczego nie muszę przechylać, naciskam wacikiem guziczek i wacik jest nasączony, gotowy do użycia (no, chyba że pompka strzeli focha, co też się czasem zdarza). Mimo swojej funkcjonalności, ten typ opakowania nie jest idealny. Nie wolno go przechylać, stawiać na zakrętce i fundować inne wrażenia, bo się wyleje. Dlatego, jeżeli wybieracie się w podróż, to ciocia zoila nie radzi pakować do walizki tego zmywacza.

Drugą kwestią, z gatunku bardziej pierdołowatych, jest zapach tego zmywacza. Bez obaw, nie śmierdzi "zmywaczem". Pachnie kwiatami. Mocno i intensywnie. Aromat kwiatów nie jest naturalny, gdzieś pomieszali go z proszkiem do prania, bo jest ciut gryzący (ostatnio wszędzie wyczuwam proszek do prania, paranoja :D). Jeżeli ktoś jest bardzo wrażliwy na różne sensacje zapachowe, to także radziłabym odpuścić ten zmywacz i zakupić pachnący pomarańczami tonik z Barbry.

To może teraz przejdę do właściwej części recenzji, czyli opisu skuteczności rzeczonego cuda. Do tej pory nie miałam miłych wspomnień ze zmywaczami bez acetonu (Isanaaaaaaaa, brrrr). Cien pozytywnie mnie zaskoczył. Jasne lakiery zmywa bez najmniejszego problemu. Przy ciemniejszych trzeba się trochę postarać, ale w ostatecznym rozrachunku mogę stwierdzić, że bardziej zmywa niż rozmazuje. Nie przesusza paznokci, ba, producent pisze, że wręcz nawilża. Zastanawiające, czy ta lekko klejąca warstwa, którą zostawia zmywacz to to obiecane nawilżenie.

Choć zwykle kupowałam kosmetyki dyskontowe w Biedronce (bo mam bliżej), to muszę przyznać, że mały romans z lidlowym  Cieniem nie okazał się koszmarem. Bezacetonowy zmywacz to produkt warty uwagi, choć nie idealny.

Skład: Ethyl Acetate, Alcohol Denat, Aqua, Caprylic/Capric Triglyceride, Parfum, Octocrylene, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Linalool, Limonene, CI 16035

Cena: ok. 6 zł/200 ml
Dostępność: Lidl
Ocena: 3,5/5

wtorek, 5 czerwca 2012

Mały rejs do krainy holo. Lovely Holographic Eyes nr 1

Choć właśnie jestem w środku oka cyklonu, czyli sesji, to już w myślach taplam się do woli w morzu. Tęskno mi do tego naszego brudnego Bałtyku i zatłoczonych plaż- może dlatego, że bardzo dawno tam nie byłam i na razie niestety się nie wybieram :(.

Pozostając w morskich klimatach, zdecydowałam się na recenzję holograficznego cienia Lovely (czyli siostry marki Wibo). Co wspólnego ma holo i morze? No właśnie ja też nie wiem. Seria cieni holograficznych została umieszczona w opakowaniach inspirowanych statkiem. Wytłoczono na nich także morskie motywy- jakieś koniki, rozgwiazdy, fale... A tak na dobrą sprawę tylko jeden z cieni dostępnych w palecie (niebieski), kojarzy mi się z morzem. Trochę nie rozumiem idei, proste opakowania byłyby lepsze. Zwłaszcza, że produkt obroniłby się bez dorabiania takiej otoczki, bo jest naprawdę dobry (a pisze to osoba, która nie szaleje za Wibo :D).

Kolor, który wybrałam, czyli nr 1 (wolałabym gdyby się jakoś nazywał), to taki zgaszony (zdechły :D) brąz opalizujący na złoto-czerwono-pomarańczowo. U niektórych dziewczyn widziałam także przebłyski zielonego. Cień wygląda naprawdę prześlicznie, jest idealny do dziennego makijażu. Zakochałam się w kolorze od pierwszego użycia- pięknie komponuje się z moją niebieską tęczówką.

Na plus zaliczę także trwałość- około 4 godziny bez bazy, to całkiem dobry wynik. Na bazie siedzi grzecznie cały dzień.

Naprawdę polecam ten produkt. Aż sama się sobie dziwię :).


Cena: ok. 8 zł/2,5 g
Dostępność: Drogerie Rossmann
Ocena: 4/5

niedziela, 3 czerwca 2012

Tragedia w pięciu aktach... Tfu, warstwach. Oriflame Liselotte Watkins Tusz do rzęs

Ach, te okazje. Gdy tylko pojawiła się możliwość zakupu tuszu z Oriflame za niecałe 10 zł, nie wahałam się długo. Mimo mojej niechęci do tej marki, planowałam jakiś czas temu zakup ich tuszu (sławnego Wondera)... Jakiś czas temu konsultantek było jak mrówek, a teraz się jakoś powykruszały i nie miałam się do kogo zwrócić. Tak się jednak złożyło, że przed 2 miesiącami miesięcznik Glamour szarpnął się i jako dodatek do tego szacownego czasopisma pojawił się do wyboru: tusz do rzęs lub błyszczyk. Pomyślałam, że to dobra okazja na zbadanie gruntu maskar Oriflame.

Ten tusz miał katalogową cenę około 34 zł (choć wiecznie był w promocji). Ja kupiłam go za 10 zł z pismem.  A nie wart jest nawet 2 zł. I właściwie na tym powinna się skończyć moja recenzja. Tak beznadziejnego tuszu, którego największym atutem jest chyba obrazek na opakowaniu, to jeszcze nie widziałam.

Po pierwsze ten tusz pachnie plastkiem, jak te miękkie plastikowe podróby lalki Barbie. Nie, nie zaciągam się tuszem z butelki. Czuję jego zapach przy pociągnięciach szczoteczką po rzęsach. Fuuuuuuuuu.

Drugą kwestią jest szczoteczka. Jest dość gęsta, ma dużo włosia. Ma standardową wielkość, nie wydłubiemy nią sobie oka. Może ją zachowam i wypróbuję z innym tuszem. Z tym oriflame'owym nie dała rady. Po jednej warstwie rzęsy wyglądały jeszcze nieźle, ale po 2 pozlepiały się w nieestetyczne kępki. Jestem na nie - pod względem szczoteczek wolę bardziej rozdzielające silikony.

Samo działanie tuszu jest kiepściutkie. Zapomnijcie o obiecywanym "volume". Tusz jedynie czerni rzęsy dodatkowo je zlepiając. Nie oczekiwałam wachlarzu rzęs, ale jak się obiecuje objętość, to choć minimalna powinna być. Niezależnie czy nałożyłam 2, czy 5 warstw efekt był identyczny (tylko po 5 rzęsy były jeszcze bardziej posklejane). Miłośniczki teatralnego efektu nie powinny do niego podchodzić, fanki delikatnego looku również nie powinny sobie szarpać nerwów (chyba że bardzo chcą).

Avon Super Extend
Oriflame
Essence Multi Action (różowa)


Nie warto. Cenę regularną przemilczę. Tego tuszu nie opłaca się nawet kupić jako dodatku do gazety (dla mnie samo Glamour nie jest warte 10 zł) - sto razy lepiej zainwestować w tusz MIYO 3in1, Lovely Curling Up, czy któryś ze stajni Wibo.

Cena: 34 (10) zł
Dostępność: konsultantki Oriflame (choć wydaje mi się, że wycofują lub wycofali tę kolekcję)
Ocena: 1/5

piątek, 1 czerwca 2012

Ochy i achy, czy ulubione zabawki maja


Majowe denko było solidne, to dla równowagi ulubieńcy będą skromni. Wspominałam już, że nie przepadam za pokazywaniem czegokolwiek na siłę. Nie będę dumać nad kosmetyczką i zastanawiać, który produkt mam pokochać w danym miesiącu. Dziś zaprezentuję tylko te produkty, które dość często u mnie gościły.

1. Isana Handcreme Mandelöl - przyjemne zaskoczenie. Nie sądziłam, że produkt z limitowanej edycji Isany, tak bardzo przypadnie mi (i mojej mamie) do gustu. Poważnie zastanawiam się nad zrobieniem zapasów. Przyjemnie pachnie i nieźle pielęgnuje - a tego wymagam od kremu do rąk. Recenzję tego kremu znajdziecie TU.

2. Essence Nude Glam 06 Hazelnut Cream Pie - moje naturalne paznokcie są dość brzydkie, na połowie płytki mam biały pseudfrenchowy pasek. Lubię french, ale nie podoba mi się taki grubaśny pasek, który tworzy się, gdy odrobinę zapuszczę paznokcie. Dlatego intensywnie zamalowuję pazury. W tym miesiącu maltretowałam nudziaka z Essence. Wygląda naturalnie i elegancko.

3. The Balm Bahama Mama - pudry brązujące to nie moja działka. W całym swoim życiu używałam może 3. Nigdy nie byłam fanką czekoladowych placków na buzi, dopóki nie poznałam Bahamy Mamy. Zakochałam się od pierwszego użycia. W maju zrezygnowałam z różu i pućki muskałam tylko tym bronzerem (bo jestem leniem i nie chciało mi się bawić w modelowanie twarzy, ale ćśśśśś, nikt nie może wiedzieć :D).

4. Lovely Curling Up Mascara - zanim dowiedziałam się, że wygrałam tusz z Rimmela u Belli przeżyłam załamanie nerwowe związane z tuszami. Paskuda z Oriflame doprowadziła mnie do szewskiej pasji (obiecuję, że tak mu dosolę na blogu, że się facet nie pozbiera). Ponieważ od pewnego czasu nie przepadam za wychodzeniem do ludzi z gołymi rzęsami, potrzebowałam czegoś na gwałt. Wizyta w Rossmannie zaowocowała zakupem tuszu z Lovely. I jestem z niego bardzo zadowolona, chyba lubię go bardziej niż 3in1 z MIYO :).

5. AA Wrażliwa Natura Nawilżająco - rozjaśniający krem pod oczy 20+ - gdyby nie to, że kupiłam go za niecałe 6 zł (ach, te ceny na do widzenia w Rossie), z pewnością bym się na niego nie skusiła. Dlaczego? Od dłuższego czasu byłam wierna żelom Flos-Leku, które bardzo lubię, bo przynoszą ulgę zmęczonym oczom. Gdy ostatni zapas Flos-Leku mi się skończył, wyłowiłam krem AA. Nakładałam go sumiennie, smarowałam i smarowałam... Początkowo nie byłam nim zachwycona. Przyzwyczajona do szybkiego reagowania żeli ze świetlikiem, czułam się rozczarowana tym, że krem nie daje takiego efektu odświeżenia, jak żel... Niechęć zamieniła się jednak w zachwyt, gdy po miesiącu regularnego stosowania przyjrzałam się sobie dobrze w lustrze (i doszłam do wniosku, że jestem taaaaaaka pięęęęęęęęękna :D)... Więcej napiszę niebawem :).

6. Hipp Krem pielęgnacyjny do twarzy i ciała - gdy przychodzą cieplejsze miesiące, zwykle rezygnuję z mocnych kremów nawilżających na rzecz ciut lżejszej pielęgnacji. Krem Hipp kupiłam mimo tego, że wcześniej zdarzyło mi się rozczarować kremami dla dzieci. Ponieważ ta firma jeszcze u mnie nie gościła, zdecydowałam się dać mu szansę. Naprawdę jest wart uwagi. Myślę, że to lato będzie należało do niego.

A wy czego najczęściej używałyście w maju? Co podbiło wasze serca?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...