Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

środa, 30 maja 2012

Maj - czas na denkowy raj!

Maj to jeden z najpiękniejszych miesięcy w roku. Zwykle jest już ciepło, a cały świat wygląda jeszcze w miarę świeżo, zieleń jest jeszcze soczysta, a powietrze nie jest zbyt suche (choć nie powiem, kilka dni żywcem wyjętych z końca czerwca zdarzyło się w tym miesiącu). Niestety maj to także miesiąc wytężonej pracy dla maturzystów, a wyjątkowo w tym roku także i dla mnie (giń sesjo!). Dlatego nie nacieszyłam się długimi spacerami ani przyjemnymi widokami. Nie pojechałam za miasto na łono przyrody... Siedziałam grzecznie w domu i stopniowo wymazywałam zawartość kosmetycznych zapasów :). W jednej ręce książka, w drugiej balsam i jedziemy!

Podsumowując swoje postępy w majowym zużywaniu, mogę powiedzieć, że jestem z siebie zadowolona. Powoli pozbywam się niechcianych niedobitków z łazienki i na bieżąco doprowadzam na dno (rozpaczy :D) kosmetyki, które polubiłam. Co tym razem opuściło moje progi? Już pokazuję:


1. H&M Face Mask Raspberry Smoothie - malinowa maseczka z H&M, która była raczej pierdołowatym gadżetem niż realnie działającym kosmetykiem. Pisałam o niej TU.

2. Dax Perfecta Spa Pedicure Pielęgnacyjny - gdy robi się cieplej i wskakujemy w klapki powinnyśmy zadbać o swoje stopy. Ta saszetka, składająca się z peelingu oraz maseczki o przyjemnych zapachach, z pewnością zachęci do poświęcenia stopom choć chwili. O tym cudaku możecie przeczytać TU.

3. Alterra Lippenpflege Balsam do ust - świetnie pielęgnuje usta i kosztuje niewiele. Niestety zostawia ciut zbyt ciężką warstwę żebym kupiła go na cieplejsze miesiące i dodatkowo niezbyt przyjemnie pachnie olejkiem rycynowym. Po głębszą recenzję zapraszam TU.

4. Ziaja Calma Krem nawilżający - udany wyrób Ziaji. Przyjemnie nawilża i całkiem nieźle pachnie przy tym. Spragnionych wynurzeń na temat tego produktu zapraszam TU.

5. Isana Glattungs Spülung - osławiona odżywka z olejkiem babassu. Rzadka, przyjemnie pachnie i całkiem nieźle działa. Moje włosy są polubiły, portfel też :). Zainteresowanych recenzją odsyłam TU.

6. Alterra Morela i pszenica - po niezbyt udanym debiucie wersji z jojobą i migdałami, postanowiłam zaryzykować i dać szansę kolejnemu eksperymentowi Alterry. Z tej wersji jestem dużo bardziej zadowolona, recenzja pojawi się niedługo.


7. Rexona Fresh Ginko&Lemon Grass żel pod prysznic - zużyłam aż 2 sztuki. O ile dobrze się orientuję, w Polsce nie można kupić żeli pod prysznic Rexona dla pań (dla panów chyba też). To jakim cudem żele Rexony wskoczyły mi do kosmetyczki? Historia jest dość zabawna - pod koniec kwietnia na moim osiedlu został otwarty Rossmann (alleluja, ileż można jeździć do miasta po byle co). Wracając z uczelni poszłam się rozjerzeć. Moje wizyty w Rossmannie rzadko kiedy kończą się powrotem z pustymi rękami. Kupiłam kilka pierdół, a przy kasie zostałam poinformowana, że dostanę gratis, tylko muszę iść z paragonem do pań z balonami (nie chichotać mi tu :D) przed sklepem. I w ten oto sposób dostałam żel. Gdy przyszłam do domu okazało się, że Rossmann odwiedziła niezależnie od siebie cała moja rodzina... I tym sposobem w zapasach kosmetycznych znalazły się 4 takie same żele pod prysznic :D... Zapachy żeli pod prysznic szybko mi się nudzą, dlatego taka ilość myjadeł o tym samym zapachu mnie przytłacza. Na razie rozprawiłam się z 2, 2 jeszcze trochę poczekają :).
Żel ma kolor perłowozielony. Jest gęsty, ale nie lepiący. Dobrze się pieni. Obawiałam się trochę zapachu (bo z cytrusami różnie bywa - zwykle coś cytryno- lub pomarańczopodobnego pachnie jak proszek do czyszczenia kuchenek), ale przyjemnie się rozczarowałam. Żel pachnie taką zgaszoną cytryną, nie wyczuwam w nim aromatu proszku.

8. Dax Marcepan Peeling wygładzający - jak to pachnie marcepanem, to ja jestem królową Boną. Bardzo dobry peeling, świetnie ściera, pięknie wygładza skórę. Ale jest trochę za ciężki. O co mi chodzi? Wyjaśnię wkrótce.

9. Bielenda Beauty Milky Jogurtowy mus do ciała - absolutny faworyt, gdy idzie o zapach smarowideł do ciała. Mimo, że nie powala składem, to i tak go lubię. Niedługo pojawi się bardziej obszerna recenzja.

10. Eveline Krem Wyszczuplający+Ujędrniający Antycellulit - nawet lubię tę "wyszczuplającą" serię Eveline. Krem był całkiem ok, widziałam delikatne napięcie skóry. Zdecydowanie bardziej wolę jednak żelowe formuły.


11. Garnier Invisi Mineral Calm- które to opakowanie zużyłam? 4? To chyba mówi samo za siebie. Recnezję znajdziecie TU.

12. Acerin Dezodorant do stóp Women Fresh - moje ukochane psikadło do stóp. Na pewno skrobnę więcej.

13. Fusswohl Fussdeo - ciężko znaleźć spray do stóp, który nie pachnie męsko. Ten niestety pachnie męskimi perfumami. Zapach jest dość intensywny, dla mnie nie do zniesienia. Nie kupię tego cuda ponownie, mimo, że stopy były po nim w miarę suche i świeże.

14. Chupa Chups Love Trap Sensual Heaven - serii Love Trap zaczęłam używać w liceum, miałam chyba wszystkie zapachy. "Wzorowane" były na droższych popularnych perfumach; Hot Pink stanowiło odpowiednik różowego Lacoste, Divine Paradise I love love... Nie udało mi się zlokalizować pierowzoru Sensual Heaven, choć jestem pewna, że znam ten zapach.. Słodki ale nie ulepek, przyjemnie otulający, dość ciepły (taa, wiem, że nie umiem opisywać zapachów :D). Znalazłam resztki entej butelki w szufladzie i miłościwie dokończyłam. Kupiłabym je z chęcią ponownie, ale zostały wycofane. Może kiedyś zlokalizuję oryginał :).

Całkiem nieźle mi poszło, prawda? A wam jak idzie denkowanie?
Miałyście któryś z tych produktów? Znacie, lubicie? A może nie :)?

niedziela, 27 maja 2012

Do, re, mi(gdał). Isana Handcreme Mandelöl

O tym, że kolekcjonuję kremy do rąk, mogłyście się przekonać przy okazji ostatniego postu ze zużyciami, w którym pokazałam wam trzech wyeliminowanych delikwentów. I tym sposobem mój zapas kremów do rąk skurczył się do niewinnej ilości dwóch sztuk. Nieeee, 2 kremy do rąk to żaden wybór. Postanowiłam więc dokupić im kolejnego kolegę do towarzystwa. Wybór padł na migdałową Isanę.

Choć marki Isana nie lubię i obiecywałam sobie, że nie będę kupowała kosmetyków z limitowanych edycji (bo co to za frajda, jak coś mi się spodoba, a już nie będę mogła tego kupić- pogrążyłabym się w głębokim, czarnym żalu), to coś mnie ostatnio wzięło na migdały (i kokosy, ale to historia na innego posta).

Do tej pory miałam styczność z jednym kremem Isany (tylko nie pamiętam czy to był aloesowy czy oliwkowy, w każdym razie w zielonym opakowaniu) i jakoś nie byłam specjalnie zachwycona (ani też zbytnio zniechęcona). Bohatera dzisiejszej notki kupiłam skuszona rysunkiem migdałów (dzieciak ze mnie, lubię ładne obrazki na opakowaniu. I naprawdę się nie rozczarowałam. Krem pachnie delikatnie i słodko migdałami. Zapach utrzymuje się na dłoniach przez jakiś czas. Nie ukrywam, że migdałowy aromat sprawia, że bardzo chętnie sięgam po ten krem.

Kolejną kwestią, która sprawiła, że nie rozstaję się z tym panem od pewnego czasu, jest jego formuła. Krem jest dość rzadki (nie ma na szczęście konsystencji mleczka i nie wylewa się z opakowania jak woda) i całkiem lekki- wchłania się zadziwiająco szybko (szybciej niż Fast Absorbing Neutrogeny). Zostawia jednak delikatną, lekko tłustawą warstewkę- bez obaw nie jest tak, że nie można utrzymać długopisu, niemniej coś na tych dłoniach jest wyczuwalne. Ale mimo wszystko uważam, że sprawdzi się w torebce :).

Naprawdę polubiłam ten krem za jego działanie. Nawilża bardzo dobrze (aż sama się dziwię, że to piszę o wytworze Isany). Nie mam teraz diabelnie suchych rąk, dlatego nie wiem jak sprawdzi się w obliczu Sahary i totalnego spustoszenia. Moje, "lekko schnące", dłonie ujarzmia skutecznie. Polecam.


Skład: Aqua, Glycerin, Isopropyl Palmitate, Ethylhexyl Stearate, Glyceryl Stearate SE, Cetyl Alcohol, Phenoxyethanol, Theobroma Cacao Butter, Octyldodecanol, Panthenol, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Acrylates/C 10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Sodium Cetearyl Sulfate, Parfum, Ethylhexylglycerin, Sodium Hydroxide, Copernica Cerifera Cera

Cena: ok. 5 zł/100 ml
Dostępność: Drogerie Rossmann
Ocena: 4/5

piątek, 25 maja 2012

STOP dla stóp. Dax Perfecta Spa Pedicure Pielęgnacyjny

Stopy nie mają lekko. Mordujemy je szpilkami, długim bieganiem po mieście...  A one takie dobre są, niosą nas tam, gdzie chcemy.

Gdy robi się trochę cieplej, wiele z nas wyskakuje z zabudowanych kapci w odkrywające stopy klapki, sandały czy inne koturny. Tego typu buty eksponują nasze stopy. Dlatego też wypadało by o nie zadbać- o stopy, nie buty (choć właściwie o buty też :D). Wiele kobiet ubierając eleganckie klapeczki z brylantami zapomina o właściwej pielęgnacji stóp. Nie ma nic gorszego niż zrogowaciała pięta, odbijająca się od podeszwy klapka (przesadziłam trochę, jeż pod pachą, gdy kobieta ma sukienkę bez rękawów jest chyba bardziej karygodny).

O stopy powinnyśmy dbać cały rok, ale tak naprawdę wiele z nas przypomina sobie o ich istnieniu dopiero, gdy robi się cieplej. Zaczynamy wtedy rytualne kąpiele, ścieranie i nacieranie. W ruch idą tarki, pumeksy, peelingi, kremy... I ja nie jestem w tej kwestii wyjątkiem.

Gdy w moje skromne progi zawitała ta oto, szacowna saszetka, poleciałam czym prędzej na KWC. Oceny były dość wysokie, dlatego w te pędy, zdecydowałam się użyć tego cuda.

Zacznę może od tego, że liczyłam na to, że tak jak w przypadku większości maseczek, saszetka wystarczy mi na minimum 2 użycia. Nic bardziej mylnego. Opakowanie zawiera taką ilość produktu, która starczy na jednorazowy "strzał". Katuję swoje stopy zabiegami raz w tygodniu, dlatego musiałabym kupować tę saszetkę dość często. Wolę kosmetyki w tubkach, wydają mi się bardziej ekonomiczne. Ale taka saszetka to świetna opcja na wyjazd.

To teraz ze spokojnym sumieniem, mogę rozpocząć publiczne spa stóp. Na pierwszy ogień poszedł peeling, który pachnie gumą balonową. Miły powrót do dzieciństwa. Peeling ma postać kremu z zanurzonymi w nim drobinkami. Po nałożeniu na stopę, kremowa baza się odrobinę wchłania, co pozwala na przesuwanie drobinek (jest opór, drobinki nie ślizgają się bezużytecznie po stopie). Peeling jest na tyle ostry, żeby zetrzeć co trzeba i na tyle łagodny, żeby nie kwiczeć z bólu. Nie ma się co łudzić, nie poradzi sobie z bardzo zrogowaciałą, wręcz spękaną skórę- tutaj trzeba sobie pomóc tarką lub pumeksem. Peeling jest naprawdę świetny, ale niestety jest go stanowczo za mało- porcja w opakowaniu starcza właściwie tylko na jedną stopę. I to właściwie moje największe zastrzeżenie. Jeżeli Dax wypuści ten peeling w tubce na pewno go kupię.

Maseczka jest przyjemnym uzupełnieniem peelingu, pachnie podobnie, gumą balonową, ale z odrobiną rozmarynu. Porcja w saszetce w tym przypadku spokojnie wystarcza na obie stopy. Maseczka jest dość rzadka, łatwo się ją rozprowadza. Po 15 minutach od nałożenia praktycznie nie ma już czego wsmarowywać- moje stopy wypiły ją z chęcią.

Po zabiegu skóra stóp jest przyjemnie gładka. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tym małym cudakiem- na pewno wcisnę 2 saszetki do wakacyjnej kosmetyczki.

Peeling: Aqua, Glycerin, Glyceryl Stearate, Steareth-125, Ceteth-20, Stearyl Alcohol, Paraffinum Liquidum, Polyurethane, Isopropyl Mysristate, Dimethicone, Ammonium Acrylodimethylaurate/VP Copolymer, Pumice, Gossypium Herbaceum Seed Oil, Allantoin, Disodium EDTA, Sodium Hydroxide, BHA, Ethylparaben, Methylparaben, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, Eugenol, Cinnamal, Linalool, D-Limonene, Parfum.

Maseczka: Aqua, Paraffinum Liquidum, Isopropyl Mysristate, Propylene Glycol, Hydroxyethylurea, Panthenol, Rosmarinus Officinalis, Arctium Lappa, Ruscus Aculeatus, Artemisia Abrotani, Hedera Helix, Utrica Dioica, Salicylic Acid, Tromethamine, Undecylenic Acid, Glycerin, Caprylic/Capric Triglyceride, Dimethicone, Cetearyl Acohol, Arnica Montana Extract, Allantoin, Carbomer, Acrylates/C-10-C-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Polyglyceryl-3 Diisostearate, Disodium EDTA, Sodium Hydroxide, BHA, Ethylparaben, Methylparaben, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, Eugenol, Cinnamal, Linalool, D-Limonene, Parfum.

Cena: 3 zł
Dostępność: Drogerie Natura, Rossmann
Ocena: 4/5

wtorek, 22 maja 2012

Malinowy proszek do prania. H&M Face Mask Raspberry Smoothie

Powinnam mieć zakaz buszowania po wieszakach z kosmetykami w H&M. Zamiast oglądać fatałaszki, gmeram wśród pędzelków, cieni, mgiełek i innych kosmetycznych cudów. I zawsze mnie coś podkusi, żeby złapać jakąś pierdołę. Nie inaczej było z malinową maseczką oczyszczającą pory.

Jestem straszny dzieciakiem, bo dałam się złapać na malinki na opakowaniu. Malinki prosto z krzaka.... Tego lata na pewno powciskam je w muffiny :).

Mimo że na obrazku zdobiącym maseczkę są tylko maliny, to możemy wczytać, że w środku znajdziemy także mango, morelę, brzoskwinię i granat. Cały kompot, którego zapach został zdominowany przez chemiczną malinę- H&M połączył zapach proszku do prania z malinami. Aromat jest dość intensywny i trochę drapie w nos.

Maseczka ma postać białego kremu, który po nałożeniu na twarz zasycha. Skorupa, która powstaje, nie ogranicza jednak zdolności mowy (a miałam takie sytuacje, że kilka maseczek skutecznie mnie zakneblowało). Zmywa się dość łatwo. Jedna saszetka starczyła na 3 użycia.

Nie ukrywam, że podziałała na mnie obietnica o oczyszczeniu porów. Na obietnicach się niestety skończyło. Jedyne działanie, jakim wykazała się maseczka, to dość silne zmatowienie skóry, ale bez jej nadmiernego wysuszenia.

Nie zachwyciła mnie ta maseczka, raczej do niej nie wrócę.

Skład: Aqua, Kaolin, Glycerin, Bentonite, Magnesium Aluminium Silicate, Polysorbate 20, Parfumn, Sodium Chloride, Glucose, Cl 14700, Xanthan Gum, Magifera Indica Seed Butter, Tocpheryl Acetate, Allantoin, Prunus Armeniaca Kernel Oil, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Prunus Persica Kernel Oil, Citric Acid, Punica Granatum Seed Oil, Glucose Oxidase, Rubus Idaeus Friut Extract, Potassium Iodide, Sodium Thocynate, Lactoperoxidase.

Cena: ok. 5 zł/15 g
Dostępność: sklepy H&M
Ocena: 2/5

poniedziałek, 21 maja 2012

Grzech nie skorzystać :)


Gdy dziewczyny mieszkające w Wielkiej Brytanii prezentują tamtejsze pisma z kosmetycznymi dodatkami, niejednej z nas opada szczęka. Cienie, lakiery, błyszczyki... I to często niebylejakich firm. A u nas? Mikropróbki i to nie zawsze. Prawdziwe "perełki gazetowe" trafiają się bardzo rzadko.

O dodatkach dołączonych do nowej Urody dowiedziałam się z Wizażu. Ubrałam swoje cichobiegi i popędziłam do kiosku aż podeszwa się lekko przegrzała :D. 

Na miejscu zastałam 3 wersje czasopisma- z bransoletką (9,90 zł- nie noszę gazetowej biżuterii od gimnazjum), bez niczego (tzn. z jakąś wkładką o Avene- makulatury mam aż za dużo) i z mleczkiem Bielenda (bingo!).

W cenie 5,50 zł dostajemy pełnowymiarowe mleczko z długim terminem ważności (moje jest do maja 2014) i gazetę. Urody zwykle nie czytam, wolę Wizaż i blogi- mam wrażenie, że niektóre dziewczyny wiedzą o niebo więcej od pań redaktorek. Pielęgnację ciała od Bielendy bardzo lubię, dlatego nie mogłam się oprzeć. Poza tym to się po prostu opłaca- samo mleczko kosztuje w granicach 13-15 zł, a tu za niecałe 6 zł mam mleczko i odmóżdżający miesięcznik. No, to mi się podoba :).

W ramach wieczornego joggingu proponuję pobiec do kiosku po Urodę :).

sobota, 19 maja 2012

Cálmate niña! Ziaja Calma Krem nawilżający

Uparcie nawilżający się mieszaniec przychodzi dziś z recenzją kolejnego kremu nawilżającego. To już nałóg chyba. Od długiego czasu nie kupiłam żadnego matującego specyfiku pielęgnacyjnego. I moja cera jest mi wdzięczna. A przynajmniej tak mi się wydaje :).

Krem Ziaja Calma w wersji nawilżającej to dla mnie absolutny must have z tej firmy. Ziaję darzę uczuciami raczej obojętnymi, ale gdyby produkowała więcej kremów na wzór Calmy, stałaby się moją ukochaną marką. A tak jest polem minowym- wdepnę i mnie wysadzi albo nie wdepnę, ale zachwycona nie będę (bo kto normalny lubi urządzać sobie spacerki wśród min?). Calma to oaza na ziajowej pustyni.

Krem teoretycznie jest przeznaczony dla osób w wieku 30+. Stara wersja tego kremu nosiła etykietkę 20+. Jeżeli któraś zna się na składach i mogłaby porównać skład starej i nowej wersji (jest na Wizażu), to byłabym wdzięczna. Bo do 30 mi trochę brakuje, a przecież nie chcę żeby krem mnie całkiem wyprasował (żartuję oczywiście :D).

Krem, co widać na załączonym obrazku, zamknięty jest w, charakterystycznym dla kremów Ziaji, opakowaniu. Nie jest ono ani zbyt piękne, ani zbyt wytrzymałe. No, ale marudzić nie będę, dla działania jestem w stanie znieść byle jakie opakowanie.

Jednym z ogromnych plusów tego kremu jest jego zapach. Przynajmniej dla mnie- zawsze muszę we wszystko wciskać swojego nochala i nie użyję niczego, co brzydko mi pachnie. Calma pachnie jak bita śmietana w proszku (Zając, tego sobie nie powąchasz, bo zafoliowane jest, sasasasa :D). Zapach jest na tyle delikatny, że łatwo się do niego przyzwyczaić- po prostu nie zwraca się na niego uwagi, chyba że ktoś uparcie pcha nos do słoiczka (ja, ja, ja!).

Krem ma taką "pośrednią" konsystencję. Nie jest tak lekki i wodnisty, jak Pollena Eva, ale daleko mu do tłustej ciężkości ziajowego kremu oliwkowego. Jest smarowny, łatwo się go rozprowadza. Nie trzeba go nakładać dużo, co odbija się na jego wydajności- jego zużycie zajmuje mi około 2 miesięcy (przy stosowaniu na dzień i na noc). Zdarzyło mi się przeczytać, że zostawia tłustą warstwę. Osoba, która to napisała, nie miała chyba przyjemności z kremem AA Wrażliwa Natura. Calma tłustej warstwy nie zostawia, ale nie wchłania się od razu do matu. Moje czoło się trochę świeci, ale nie jest to taki tłusty blask (mam nadzieję, że ktoś coś zrozumiał z tych bredni, bo ja się zaczynam gubić w zeznaniach :D).

Jeżeli chodzi o nawilżanie, to Calma świetnie się u mnie spisuje- moje suche pućki ją kochają i już tak nie "obsychają". Jest trochę bardziej konkretna od Polleny Evy z melisą, więc myślę, że i osoby z suchą skórą (dla których stricte jest przeznaczony ten krem) będą z niego zadowolone.

Minusy? Do znudzenia będę marudzić, że kremy na dzień nie mają filtrów. Ziaja nie jest w tej kwestii wyjątkiem.

Skład: Aqua, Hexyl Laurate, Isohexadecane, Ethylhexyl Methoxycinnamate,  Glycerin, Cetearyl Alcohol, PEG-20 Stearate,  Hydrogenated Palm Kernel Oil, PEG-8, Bacopa Monniera Extraxt,  Hydroxythylcellulose,  Sodium Acrylate/Acryolyldimethyl Taurate Copolymer, Isohexadecane, Polysorbate 80, Panthenol, Butyrospermum Parkii, Dimethicone, Ethylhexyl Palmitate, Luffa Cylindrica Seed Oil, Glyceryl Stearate, Glyceryl Stearate Citrate, Propylene Glycol, Tocopheryl Acetate, Sodium Hyaluronate, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Methylparaben, Ethylparaben, Butylparaben, Propylparaben, Isopropylparaben, Potassium Sorbate, Diazolidinyl Urea, Parfum, Sodium Hydroxide


Cena: ok. 12 zł
Dostępność: Drogerie Natura, Super-Pharm
Ocena: 4/5

środa, 16 maja 2012

Halo, czy tu pogotowie szminkowe? Wibo Nawilżająca pomadka do ust nr 4

Ostatnimi czasy mam bzika na punkcie intensywnych kolorów. Ponieważ zwykle nie szaleję z makijażem oczu, mogę sobie pozwolić na małą ekstrawagancję na ustach. Choć w mojej kolekcji znajduje się trochę delikatnych nude, to jest także kilka, nazwijmy to roboczo, wścieklizn. Jakaś czerwień, fiolet czy róż od czasu do czasu nikomu nie zaszkodzi :).

Szminka Wibo pojawiła się w mojej kolekcji przypadkiem. Sama bym jej chyba nie kupiła, bo nie należę do entuzjastek firmy Wibo. Po przygodach z ich lakierami (beż, który zażółcił płytkę paznokcia, śni mi się po nocach do tej pory), przy szafie Wibo nie spędzałam zbyt wiele czasu.

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to opakowanie. tej szminki. Wydaje się całkiem ciekawe, ale niestety nie jest oryginalnym pomysłem marki. Opakowanie, mimo swojego interesującego wyglądu, okazało się niepraktyczne. Ilekroć byłam w Rossmannie, nawet jeżeli w szafie były testery tej szminki, nie mogłam sprawdzić koloru. Dlaczego? Widzicie, ten mały srebrny guziczek? Bardzo łatwo go urwać. A jak się go urwie, to dobranie się do szminki bez użycia ciężkiego sprzętu w postaci pilniczka/młotka/piły (niepotrzebne skreślić) jest dość kłopotliwe. Bez guziczka noszenie tej szminki w torebce jest bez sensu- bo albo bierzemy ze sobą coś do jej otworzenia i siłujemy się w łazience, albo nie zamykamy jej wcale i lepią się nam do sztyftu wszystkie paprochy z torebki.

Sama szminka ma przyjemną konsystencję. Jest aż za bardzo kremowa. Niesamowicie miękka, bardzo dobrze rozprowadza się ją na ustach (lekko sunie), ale przez swoją niezwykłą kremować, kompletnie nie trzyma się w granicach ust. Niestety jest nietrwała-wytrzymuje góra godzinę.

Producent nazwał ten produkt nawilżającym. Hmmm... Tutaj mam mały problem. Ujmę to tak: szminka nie wysusza ust, ale... No właśnie, zawsze musi być jakieś "ale". Gdy nakładam ją na usta, mimo nadaje ładny połysk, czuję jakby... suchość. Dziwne uczucie. Usta nie są suche, ale ta szminka daje takie nieprzyjemne wrażenie podsuszenia.

To może jeszcze na koniec, wspomnę kilka słów o kolorach. Jest ich 9- od delikatnego różu, beżu po czerwień. Każdy znajdzie coś dla siebie. Mój kolor, czyli nr 4, to najbardziej wściekły róż w całej palecie. Niewątpliwym plusem tej szminki, jest fakt, że jest ona kryjąca- a spodziewałam się raczej delikatnego efektu. Aż sama się zdziwiłam. Inne szminki nawilżające, do których przywykłam, były raczej półtransparnetne. A ta kryje. I to chyba jej największy plus.

 

Nie polecam wam tej szminki. Kosztuje co prawda śmieszne pieniądze, ale w tej samej cenie możemy mieć o niebo lepszą pomadkę.

Cena: ok. 10 zł
Dostępność: Drogerie Rossmann
Ocena: 2,5/5

niedziela, 13 maja 2012

Wrażliwa natura cudów nie wskóra. AA Wrażliwa Natura Płyn micelarny do demakijażu oczu i twarzy

Odkąd odkryłam istnienie płynów micelarnych, praktycznie nie kupuję innych specyfików do demakijażu. Po wielu latach katorgi z różnego rodzaju mleczkami, lekka formuła miceli okazała się dla mnie wybawieniem. Dlatego z dziką rozkoszą buszuję po drogeriach w poszukiwaniu tego typu kosmetyków. A ponieważ jest ich mnóstwo, jest w czym wybierać.

Micel AA Wrażliwa Natura dostałam od braci. Sama bym go na pewno nie kupiła. Dlaczego? Swego czasu miałam mały burzliwy romans z micelem AA Ultra Nawilżanie. A to dziadostwo jakich mało. Robił wszystko, co śni się osobom zmywającym makijaż w koszmarach. Zostawiał klejącą warstwę, rozmazywał a nie zmywał... Brrr... Dlatego obiecałam sobie, że płyn micelarny AA w mojej łazience nie zagości na pewno. Głupio jednak wyrzucić prezent, dlatego zdecydowałam się dać AA szansę.

Muszę przyznać, że przyjemnie się nim rozczarowałam. W przeciwieństwie do swojego brata Ultra Nawilżanie nie klei się. A to naprawdę spory plus. Ponadto nie pachnie- a wiem, że morski zapach Ultra Nawilżania miał liczne grono przeciwniczek. Nie podrażnia ani nie wysusza skóry.

Micel bardzo przyjemnie odświeża skórę. Daje wrażenie czystości. Niestety z demakijażem nie radzi sobie niezbyt dobrze. Zmyje podkład i puder, ale kilka wacików trzeba na to zużyć. Poradzi sobie z niewodoodpornym tuszem, ale też trzeba z nim trochę popracować. Dlatego moim zdaniem to bardziej tonik, niż płyn micelarny. Trochę szkoda.

A oto mała prezentacja jego skuteczności:


W teście wzięły udział następujące kosmetyki: żelowy eyeliner Essence brązowy i fioletowy, czarny eyeliner Wibo, czarna kredka Wet'n'Wild, czekoladowy cień z paletki Hean Hot Chocolate, czarny cień z paletki Sleek, szminka p2 Ku'damm.

Skład: Aqua, Parfum, Glycerin, Polyglyceryl-4 Caprate, Centaurea Cyanus Flower Water, Betaine, Xylitol, Citric Acid, Anhydroxylitol

Cena:  ok. 15 zł/250 ml
Dostępność: Drogerie Natura, Rossmann, SuperPharm
Ocena: 3/5

piątek, 11 maja 2012

Jak stracić pieniądze i zrazić do siebie ludzi. Isana Med Ultra Sensitive Deospray

Gdy dziewczyny na Wizażu podniosły larum, że antyperspiranty to zło, bo zawierają szkodliwe substancje, które mają działanie kancerogenne, przeraziłam się na żarty. Panikara ze mnie straszna. Jeszcze jak sama dodatkowo się nakręcę, to nie idzie ze mną wytrzymać :D.

Po przeczytaniu pomyj wylanych na związki aluminium zdecydowałam się odejść od ukochanych antyperspirantów na rzecz takich specyfików, które nie zawierają dużej ilości szkodliwych substancji. Przy okazji małego najazdu na Rossmann, uważnie przyjrzałam się półce z antyperspirantami. Moją uwagę przykuł jeden produkt. Prawie wywinęłam salto z zachwytu. Bez składników zapachowych wywołujących alergię (taaaaaa, to co parfum robi w składzie- to nie składnik zapachowy?), bez alkoholu, bez związków aluminium. Alleluja, znalazłam graala!

Z dumą wróciłam do domu. Ha! Od jutra koniec z popularnymi antyperspirantami! Byłam mocno podniecona nowym, mniej szkodliwym (przynajmniej w teorii) nabytkiem.

Isana Med okazała się złem. Jest to jeden z tych kosmetyków, które źle zareagowały z moją skórą. W opakowaniu pachnie naprawdę ładnie, aloesowo, ale na skórze... Człowiek śmierdzi jak niektórzy panowie wracający w upalne dni z pracy... Okropność. Nie sądziłam, że coś pobije w tej śmierdzącej kwestii Niveę Energy Fresh, która do chwili znajomości z Isaną nosiła koronę śmierdziela wszechczasów. Isana została niepodzielną królową bubli.

Kupując ten specyfik, nie wzięłam pod uwagę jednej sprawy. To dezodorant, a nie antyperspirant. Dlatego też kompletnie nie chroni przed potem, a niestety ja takiej ochrony potrzebuję. Gdy używałam Isany czułam się bardzo niekomfortowo. Koniecznością stało się noszenie czarnych ubrań, bo na kolorach były mokre plamy. Jednak czerń nie zatuszuje nieprzyjemnego zapachu... Koszmar. Nigdy więcej.

Nie będę już słuchała umoralniających gadek na temat antyperspirantów. Jakby się uprzeć, to wszystko szkodzi. Nawet osławiony Crystal zawiera w swoim składzie ałun potasowy, który jakby nie patrzeć jest związkiem aluminium.

Nigdy więcej nie kupię Isany, wracam pokornie do silnych antyperspirantów.

Skład: Butane, Propane, C12-15 Alkyl Benzoate, Isopropyl Myristate, Isobutane, Parfum, Caprylic/Capric Trigiliceryde, Ethylhexylglycerin, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Phenoxyethanol.

Cena: ok. 5 zł/ 150 ml
Dostępność: Drogerie Rossmann
Ocena: 1/5

środa, 9 maja 2012

Pędzle w dłoń, przed lustro marsz! Pędzle do makijażu z H&M

W odzieżowej sieciówce H&M poszaleć mogą nie tylko fashion victim, ale także wściekłe kosmetykoholiczki. H&M posiada bowiem w swojej ofercie różne makijażowe cuda (cienie, błyszczyki, lakiery, róże, pudry, sztuczne rzęsy i takie tam kobiece pierdółki). Na haemowych wieszaczkach można znaleźć także pędzle. Ceny są naprawdę niewysokie, bo mieszczą się w przedziale 9,90- 14,90 zł. Gdy wspomniałam pierwszy raz o tych pędzlach zdania na temat kupowania tanich pędzli były dość podzielone (dla przypomnienia: TU). Ponieważ zakupiłam dwa cudaki z H&M, pozwólcie więc, że zabiorę głos w tej kwestii.

Dlaczego zdecydowałam się na haemowe pędzle? Po pierwsze- ze względu na cenę, po drugie- bo chciałam wypróbować pędzel jako narzędzie do nakładania podkładu. Zacznę może jednak od tego pędzla, z którego jestem bardziej zadowolona- a jest nim pędzelek do cieni.

Podoba mi się, że pędzelek jest wyprofilowany- dużo łatwiej się go trzyma. Włosie jest rudobrązowe, sztuczne. Pędzel jest dobrze przycięty, włosie nie odstaje ani nie wypada. Znakomicie sprawdza się przy rozcierania górnej granicy. Jest delikatny, nie drapie. Można się nim miziać cały dzień- tak jak pędzlem z biało-różowym włosiem z Essence (szczęśliwe posiadaczki będą wiedziały o co mi chodzi).

Pędzelek jest wytrzymały- nie traktuję pędzli zbyt delikatnie, a on w żaden sposób się nie rozkraczył. Uważam, że w tym przypadku jakość jest naprawdę dobra w relacji do ceny.

Od góry: Essence Smokey
Środek: Rossmann, For Your Beauty
Dół: H&M

Dużo mniej jestem zadowolona z pędzla do pudru(różu) i podkładu. Kupiłam go, bo chciałam wypróbować języczek do podkładu. Pierwszą kwestią, która mnie nie przekonuje jest to, że ciężko się ten pędzel przechowuje. Nie mogę go wrzucić razem z innymi pędzelkami do kubeczka. Kiszka...

Zacznę od pędzla do podkładu. Jest on dość zbity i dobrze przycięty (tylko trzeba go ułożyć). Włosie jest sztuczne- i to widać, bo wygląda trochę jak włosy rudej lalki Barbie- ma jednolity kolor bez jakiegokolwiek cieniowania. Nawet polubiłam nakładanie nim podkładu, choć zdarza mu się zostawiać smugi. Może skuszę się na jakiś lepszy pędzel do podkładu, bo ten był tylko "na próbę".

Druga strona, przeznaczona do pudru/różu jest już tragiczna. Włosie jest cienkie, ale twarde, drapiące, istna szczota ryżowa. Pędzel namiętnie gubi włosie, w dodatku zrobiły się w nim jakieś dziwne dziury... Mogę nim omieść twarz, natomiast nie jest to zbyt przyjemne uczucie.
Po prawej: Hakuro h24
Po lewej: H&M- strona do pudru

Pędzelek do cieni polecam i to nie tylko pędzlowym nowicjuszkom. Natomiast dwustronny jest porażką, szkoda na niego nawet tych 15 zł.

wtorek, 8 maja 2012

Ciocie dobrze radzą. Postowe love odc. 4

Dawno nie było postu, w którym przedstawiłabym posty, po których przejrzeniu byłabym zachwycona. Nie staracie się dziewczyny, wcale a wcale :D:D. Dziś prezentuję kolejną porcję ulubionych ostatnimi czasy notek, tym razem ściśle kosmetycznych, bez dywagacji kosmetyczno- światopoglądowych :D. Liczę, że posty dziewczyn przypadną wam do gustu, tak jak mnie :).

Zdjęcie pochodzi z TEJ strony

1. Aby częste mycie nie skracało życia... pędzli. Czyli mala9mi o czyszczeniu pędzli. KLIK
Gdy kupujemy pędzle, zazwyczaj staramy się, żeby posłużyły nam przez dłuższy okres czasu. W przedłużeniu żywotności pędzla pomaga odpowiednia jego pielęgnacja. Jako zawodowy morderca pędzli, wiem coś o tym. Gdy jednak zaczęłam traktować swoje akcesoria z większym szacunkiem, zauważyłam różnicę.

2. Bloger do bazy. Halo, baza zgłoś się! Idalia porównuje bazy pod cienie KLIK
Większość z nas nie wyobraża sobie makijażu oka bez użycia bazy pod cienie. Jest to jeden z tych cudownych kosmetycznych wynalazków, który w wielu przypadkach ratuje życie. No, może trochę przesadziłam. Ale perfekcyjnemu wyglądowi pomoże na pewno. Wielu producentów posiada tego typu kosmetyk w swojej ofercie. Ale którą bazę wybrać, żeby się nie naciąć? Idalia próbuje wskazać odpowiedź na to pytanie.

3. Obsession o regulacji brwi KLIK
Gdy Obs zdecydowała się na ujawnienie twarzy (nieźle się trzyma jak na 62-latkę, nie?), wiele osób obśliniło klawiaturę na widok jej brwi. Dobra ciocia Obs zdecydowała się zamieścić mały wpis na temat ich ujarzmiania. Może i ja skorzystam z jej sposobów i zajmę się swoim Breżniewem :).
Aaa, zapomniałabym. Obsession ostatnio "szczeliła" focha, że w postowym love się nie znalazła. Mam nadzieję, że tym razem poczuje się usatysfakcjonowana :D

4. Siempre-la-belleza i składy kosmetyczne- KLIK
Czy są na sali chemicy? Na pewno są. Z chemią spotykamy się na każdym kroku. Nie każdy jednak zgłębił jej arkana na tyle, żeby bez problemu odszyfrowywać działania poszczególnych substancji. Siempre-la-belleza przychodzi z pomocą tym, dla których składy kosmetyczne, to czarna magia. Dzięki zebranym przez nią stronom czytanie etykiet na pewno stanie się łatwiejsze.

5. Flirtuj z filtrem- Margaretka o filtrach KLIK
Lato zbliża się wielkimi krokami. Wiele z nas nie może się już doczekać wylegiwania na słońcu i intensywnego produkowania witaminy D. Słońce, tak dobroczynne dla syntezy niezbędnej nam witaminy D, może być jednak niezbyt przyjazne naszej skórze. Wiele osób, o czym mogłam się przekonać czytając różne blogi, używa w tym czasie wysokich filtrów w celu ochrony skóry, głównie twarzy. Do tej pory nie interesowałam się tematem filtrów i niewiele wiem na ich temat. Margaretka wychodzi na przeciw filtrowym laikom. Dzięki niej dowiedziałam się jakie filtry są fotostabilne i jak się ma filtr do makijażu. Polecam zajrzeć zanim słońce spali nam skórę :).

A wy odkryłyście jakieś posty, które zapadły wam w pamięć?

poniedziałek, 7 maja 2012

Uzależniający biały proszek. Essence Fix&Matte Translucent Loose Powder

Ciężkie jest życie tłuścioszka... I nie mówię tu o wadze, a o przetłuszczającej się skórze. Nie jestem fanką efektu glow (smaleeeeec), dlatego od lat poszukuję czegoś, co pomoże mi uporać się z tą żarówką na czole. Używałam różnych pudrów w rozmaitych formach. Spotkałam kilku delikwentów, których można uznać za naprawdę godnych uwagi i kilka bubli, które próbuję wymazać z pamięci.

Gdy firma Essence wrzuciła zapowiedzi zeszłorocznych nowości i pojawił się w nich puder fixujący, z uciechy zacierałam ręce. Nie kupiłam go jednak, gdy tylko pojawił się na półkach, czekałam na pierwsze opinie. A te były początkowo dość optymistyczne. Ale ciągle coś odciągało mnie od tego pudru. Uszczęśliwili mnie nim bracia, którzy widzieli, że kręcę się koło niego i kręcę, odkładam na półkę i z powrotem biorę...

Jednym z powodów, dla których nie rzuciłam się na ten puder od razu był jego kolor. Biały... Miałam pewne obawy, że będę wyglądała jak córka młynarza albo królewna Śnieżka. Choć puder nie bieli jakoś dramatycznie, to jednak trzeba przyznać, że trochę rozjaśnia cerę. Dlatego nie radziłabym nakładać go w ilościach hurtowych.

Muszę przyznać, że puder matuje świetnie. Wychodzę z domu o godzinie 7, wracam o 16 i twarz nadal wygląda przyzwoicie (choć oczywiście o 16 nie jest tak idealnie matowa, jak zaraz po nałożeniu pudru, ale i tak bardzo się nie świecę). Efekt jest naprawdę cudny, wręcz uzależniający. Niestety zawdzięczamy go pewnemu składnikowi, który jest stosowany w antyperspirantach i nie wpływa korzystnie na nasz organizm (doczytałam o negatywnym wpływie na układ nerwowy), może wywoływać podrażnienia. Nie jestem pewna, czy chcę go sobie pchać na buzię.

Puder daje trochę tępe wykończenie, dlatego konieczne jest w tym przypadku odpowiednie modelowanie twarzy. Chyba, że ktoś lubi wyglądać jak płaska lalka.

W wielu pudrach sypkich często jest problem z opakowaniem, ponieważ zazwyczaj nie mają one żadnego zabezpieczenia. Nie inaczej jest w przypadku Essence. Jak oderwie się naklejkę całkowicie i będzie się wyczyniać akrobacje z opakowaniem, to puder, który jest bardzo drobno zmielony, wyleci z opakowania. Jeżeli zdecydujecie się na ten puder, to polecam tylko lekko odlepić naklejkę- puder się nie wysypie, a w dodatku ułatwicie sobie jego dozowanie- bo jak wspomniałam naprawdę nie trzeba go dużo.

Mam mieszane odczucia co do tego kosmetyku. Efekt jest rewelacyjny, ale skład już nie.

INGREDIENTS: ALUMINUM STARCH OCTENYLSUCCINATE, POLYETHYLENE, DISODIUM EDTA, SODIUM DEHYDROACETATE, BUTYLPARABEN, ETHYLPARABEN, METHYLPARABEN, PROPYLPARABEN

Cena: ok. 15 zł/15,5 g
Dostępność: Drogerie Natura z dwiema szafami Essence
Ocena: 3/5

sobota, 5 maja 2012

Bazy, ach, te bazy! Bell Perfect Skin Eyeshadow Base

Nie sposób się nie zgodzić, że baza pod cienie to kosmetyk w swoim założeniu fenomenalny. Przy dobrej bazie, niezależnie od jakości cienia, nie musimy się martwić o to, że cień nam wyblaknie, zroluje się lub zniknie. Świetna sprawa, prawda?

Wiele osób przy recenzji cieni robi spory błąd, oceniając wyłącznie trwałość cienia na bazie. Przecież w ten sposób nie oceniamy właściwego produktu, skoro niezależnie od marki i jakości cienia, makijaż utrzymuje się u nas niesamowicie długo, bo używamy świetnej bazy. To tak jakby oceniać trwałość lakieru pociągniętego preparatem przedłużającym żywotność lakieru, albo trwałość podkładu na bazie pod makijaż. Jak coś znika bez bazy po godzinie, a na bazie trzyma się 9 godzin, dla mnie jest to produkt beznadziejny, a nie świetny. Uff, ulałam sobie trochę żółci.

Nie jestem specjalistką jeżeli idzie o bazy pod cienie, bo ilość tego typu produktów, z którymi się zetknęłam, mogę policzyć na palcach jednej ręki.

Baza Bell jest ciekawym produktem, głównie ze względu na swój kolor. W słoiczku jest bowiem fioletowa. Obawiałam się tego koloru, nie powiem- bałam się, że moje oko będzie już całkowicie sine. Na szczęście kolor jest na powiece praktycznie niewidoczny, choć trochę ją rozjaśnia.

Drugą sprawą, na którą warto zwrócić uwagę jest konsystencja. Po bazie z epoki kamienia łupanego, zwanej w kręgach kosmetycznych bazą Virtual, używanie Bell, to prawdziwa przyjemność. Baza ma konsystencję gumowego kremu, łatwo się ją wydobywa i rozsmarowuje. Naprawdę ogromny plus. Trzeba ją jednak dobrze rozprowadzić- jeżeli nakładamy ją na górną powiekę, to warto popracować nad załamaniem- kilka razy zdarzyło mi się ją pacnąć, zrobić kilka ruchów palcem i po kilku godzinach baza z cieniem się zrolowała w załamaniu.

Jeżeli chodzi o samo działanie, to uczucia mam dość mieszane. Podbija lekko kolor cieni, ułatwia ich rozprowadzanie, ale... Nie jest mistrzem w utrzymywaniu cieni. Po około 5 godzinach zaczynają one blaknąć, by po 7 zniknąć całkowicie. Z ciężkim sercem, ale muszę być obiektywna, mimo że nawet lubię tę bazę.

Od lewej: bez bazy, Essence You Rock, Bell

Cena: ok. 20 zł
Dostępność; Drogerie Natura z szafami Bell, wyspy Bell w centrach handlowych
Ocena: 3/5

czwartek, 3 maja 2012

Wygładzanie, moje panie! Isana odżywka wygładzająca z olejem babassu

O tym, że z moimi kłakami mam relację opartą na miłości i nienawiści jednocześnie, to już wiecie. Ponieważ zawsze marzyły mi się włosy gładkie jak stół, o lustrzanym połysku, wystąpiłam z kudełkami na ścieżkę wojenną. Od lat próbuję je przekonać metodami mniej lub bardziej inwazyjnymi, że powinny trochę spuścić z tonu i opaść grzecznie w dół. A one uparcie się wywijają. Aby je ujarzmić wciąż i wciąż kupuję produkty wygładzające.

Dziś na wskroś prześwietlę osławioną odżywkę wygładzającą Isany, która od dłuższego czasu cieszy się poważaniem wśród kosmetoholiczek. Jesteście ciekawe mojej recenzji (nie, nie jesteście :D)?

Ostatnio zaczynam się przekonywać do produktów marek własnych Rossmanna. Bałam się kupować rzeczy "bezfirmowe" i stawiałam na wypchane silikonami po czubek butelki produkty L'oreal i Nivea (różowy Elseve i Nivea Straight&Easy). Nie będę hipokrytką i nie twierdzę, że silikony to zło. Nie rozumiem, dlaczego ostatnimi czasy wszyscy tak je demonizują. Może taka moda, no cóż. Moje włosy lubiły silikony, po odżywce Nivei były naprawdę grzeczne. Niestety coś za coś- szybko się przetłuszczały.

Zaznaczę, że po odżywce Isany nie oczekiwałam efektu prostownicy. Przestałam bowiem uparcie walczyć z moimi wywijającymi się końcami i postawiłam na wygładzenie i błysk. Mam przetłuszczające się włosy, dlatego wiele z was zachodzi w głowę: po co jej blask? Zgłupiała? Jeszcze (chyba) nie :D.

Odżywka Isany jest kosmetykiem, nawet jak dla mnie, śmiesznie tanim. Za 300 ml płacimy trochę powyżej 5 zł. W tym przypadku, nie radzę jednak hołdować przekonaniu, że "niska cena=niska jakość" (snoby, wskakiwać z piątaka). Odżywka jest naprawdę bardzo dobra. Nie jest to super-hiper-turbo maska cud do włosów zniszczonych, dlatego nie można się po niej spodziewać działania regeneracyjnego. Isana nawilża całkiem nieźle, włosy stają się miękkie i przyjemne w dotyku. Nadaje włosom ładny połysk, ale nie przetłuszcza ich (oczywiście jeżeli ktoś nie nakłada słusznych ilości odżywki bezpośrednio od nasady). Jak już wspomniałam, włosy są gładsze, ale nie proste jak druciki.

Isana jest rzadka, dlatego niektóre osoby używają ją do mycia włosów (ja nie próbowałam, więc się nie wypowiem). Pachnie przyjemnie, dość słodko, niestety nie jestem w stanie zlokalizować tego zapachu. Zapach nie utrzymuje się na włosach zbyt długo.

Podsumowując: naprawdę polecam tę odżywkę. U mnie sprawdziła się bardzo dobrze i na pewno do niej wrócę. A wy używałyście tego produktu? Jakie są wasze odczucia?


Skład: Aqua, Cetearyl alcohol, Glycerin, Cetrimonium Chloride, Bis-diglyceryl Polyacyladipate-2, Orbignya Oleifera Oil, Behentrimonium Chloride, Hydroxyethylcellulose, Isopropyl Alcohol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum, Citric Acid, Sodium Hydroxide

Cena: ok. 5,50 zł/300 ml
Dostępność: Drogerie Rossmann
Ocena: 4/5

wtorek, 1 maja 2012

Granice inspiracji, czyli o podobieństwie produktów słów kilka

Lubimy tanie rozwiązania, prawda? Jeżeli możemy kupić identyczną rzecz za śmieszną kwotę, skusimy się na nią prędzej niż na podobny kosmetyk, ale droższy. Marzy nam się ubranie prosto z wybiegu, ale nie mamy funduszy na drogie kreacje? Nie ma sprawy, Zara zwykle wychodzi nam na przeciw (choć Zara jak na polskie zarobki jest marką prawie luksusową :D). Jesteśmy pod kreską, a skończył nam się ukochany zapach? Półki sklepowe uginają się od tanich zamienników, inspirowanych drogimi perfumami. Tańsze marki z chęcią wzorują się na tych droższych, wychodząc w ten sposób na przeciw oczekiwaniom klientów z mniejszym budżetem.

Przeglądając Allegro, wielokrotnie spotykałam się z kosmetykami XYZ "jak Benefit", "jak MAC". Zwykle kosztują one mały ułamek kwoty, za którą możemy kupić oryginał. I może dlatego "ekonomiczne" wersje droższych marek cieszą się tak ogromną popularnością.

Wiele z was zastanawia się, dlaczego piszę o produktach inspirowanych, bez dolepiania im etykietki podróbki. Już wyjaśniam. Podróbka ma być imitacją oryginału, nie odróżnia się od pierwowzoru (np. szminki MAC z Allegro za 30 zł ). Natomiast "utwór" inspirowany, to taki, w którym widać podobieństwo, ale nie jest on identyczny jak pierwowzór.

Sztandarowym przykładem marki, na której produktach wzorują się producenci jest Benefit. Prawie każdy produkt ze stajni Benefit ma swój tańszy odpowiednik. Chyba najlepszym przykładem na to, że kopiowanie to największy komplement, jest firma MeMeMe.

MeMeMe Blush Me! Coral, cena: 45 zł
Benefir Coralista, cena: 140 zł
MeMeMe Beat the Blues Sunbeam, cena: 29 zł
Benefit Moon Beam, cena: ok. 100 zł
MeMeMe Pussy Cat, cena: 29 zł
Collection2000 The Cheek on it! cena: ok. 6 funtów
Benefit Benetint, cena: ok. 100 zł
MeMeMe Beat the Blues Moonbeam, cena: 29 zł
Technic High Lights, cena: ok. 13 zł
Benefit High Beam, cena:  ok. 100 zł
W7 Honolulu, cena: 15 zł
Benefit Hoola, cena: 140 zł

Wiele tańszych marek korzysta z pomysłów innych, ekskluzywnych firm.
E.L.F. Studio Contouring Blush & Bronzer Duo, cena: ok. 20 zł
Nars Duo Orgasm&Laguna, cena: ok. 200 zł
Essence Sun Club All over Shimmer, cena: ok. 16 zł
Bobbi Brown Shimmer Brick, cena: ok. 200 zł

Myli się, ten, kto stwierdza, że tylko kosmetyki drogich firm znajdują odwzorowanie w asortymencie tańszych marek. Średniopółkowce także są zagrożone.
Vollare Mystic Soul, cena: ok. 10 zł
Maybelline Colossal Volum' Express: ok. 35 zł
Wibo Nawilżająca pomadka, cena: ok. 10 zł
Bourjois Sweet Kiss, cena: ok. 40 zł


Co myślicie o tego typu "tanim rozwiązaniu". Jesteście zwolenniczkami? Czy może potępiacie takie działania producentów? Dlaczego?
Znacie inne produkty w tańszej wersji?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...