Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

niedziela, 29 kwietnia 2012

Wiosenne zauroczenie, czyli ulubieńcy kwietnia


Proszę państwa, zoila wykonuje kolejny stały fragment gry w postaci ulubieńców miesiąca. Choćby się paliło i waliło ulubieńcy miesiąca muszą być. Skromni, bo nie widzę sensu w zakochiwaniu się w kosmetykach na siłę. Nie będę pokazywać wszystkiego, czego używam, dolepiając każdemu kosmetykowi etykietkę ulubieńca. Jeszcze całkiem nie oszalałam, żeby zachwycało mnie wszystko, jak leci.

1. Babydream Kopf-bis-Fuss Waschgel- przed kupnem tego kosmetyku wzbraniałam się naprawdę długo. Gdy wszyscy zachwycali się marką Babydream, kupiłam kilka produktów, które nie podbiły mojego serca. Nie rozumiałam ślepych zachwytów nad osławionym szamponem czy kremem Wind und Wetter... U mnie te kosmetyki się nie sprawdziły, dlatego do kolejnych ochów i achów podchodziłam sceptycznie. Żel, który dziś wylądował w moich ulubieńcach, także otrzymał dość wysokie noty. Ale ja, naczelna maruda, nie poddawałam się łatwo. Uległam ostatnio. Szukałam żelu do mycia twarzy. Miałam dwóch kandydatów: Babydream i Ziaję Ulgę. Ponieważ nie udało mi się znaleźć Ziaji, porwałam z półki Babydream. I absolutnie nie żałuję.

2. Soraya Peeling Ultraoczyszczający do każdego rodzaju skóry- świetnie pachnie, dobrze ściera. Uwielbiam po nim nakładać krem, jest niesamowity "poślizg" :)

3. Garnier Invisi Mineral Calm- jeden z lepszych antyperspirantów, jakie używałam. To moje 3 albo 4 opakowanie, co mówi samo za siebie. Recenzję znajdziecie TU

4. Babydream Krem do pielęgnacji brodawek piersiowych- tak, tak, dobrze przeczytałyście. Co prawda mamą nie jestem (i nie będę w najbliższym tysiącleciu), ale krem do brodawek zakupiłam... Jednak wcale nie stosuję go zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem. Używam go do olejowania końcówek włosów. I w tej roli spisuje się świetnie :)

5. Essence Stay With Me Longlasting Lipgloss 03 Candy Bar- co prawda teraz triumfy na ustach święci nieśmiertelny nude oraz orzeźwiający koral, to jednak ja postawiłam w kwietniu na wściekły róż :). Recenzję błyszczyka znajdziecie TU.

6. Everyday Minerals róż w odcieniu Weekend Getaway- ukochałam ten kolor ostatnimi czasy. Prześlicznie odświeża policzki. Więcej na temat róży EDM znajdziecie TU

7. Lovely Holographic Eyes 01- zakochałam się tym kolorze, gdy zobaczyłam go w makijażu Kosodrzewiny. Zdechły brąz opalizujący na czerwono często gościł na moich powiekach.


Znacie te kosmetyki? Lubicie? A co u was królowało w kwietniu? Poczyniłyście jakieś kosmetyczne odkrycie w tym miesiącu?

piątek, 27 kwietnia 2012

Denko kwietniowe wychodzi na zdrowie

Powinnam się leczyć. Na nogi, bo na głowę to chyba trochę za późno. Dlaczego doszłam do tak drastycznych wniosków? Powiedzcie mi, kto normalny ma w domu tryliard kremów do rąk, których nie używa. No właśnie. Ja. Ta mała, brudna tajemnica ujrzała światło dzienne podczas wiosennych porządków. Mina mojej mamy, gdy niczym magik wyciągający króliki z kapelusza, zaczęłam wyciągać z kosza w łazience kolejne kremy do rąk, była bezcenna.

Kwiecień się kończy, więc stwierdziłam, że trzeba zajrzeć, do torby ze zużyciami. Zdecydowałam się na drastyczne zwalczania mojej chomiczej pasji i oto efekty:

1. Apart żel pod prysznic Kalahari baobab i moambe- wcześniej nie miałam przyjemności z żelami Apartu, ale muszę powiedzieć, że jestem przyjemnie zaskoczona tym produktem. Na pewno kopnie go zaszczyt w postaci osobnej recenzji. Ciekawy zapach i śmieszna cena- ok. 9 zł/400 ml. Me gusta.

2. Olej Sesa- od tego oleju zaczęłam przygodę z olejowaniem. Choć jego zapach nie należy do najprzyjemniejszych, to działanie wynagradza małe niedogodności w stosowaniu. Jak ktoś chce poczytać więcej, zapraszam TU

3. AA Wrażliwa Natura 20+ Krem nawilżający na dzień- udane dziecko AA. Przyjemnie nawilża, choć ta tłusta warstwa, którą zostawia, może przyprawić o ból głowy. Pisałam o nim TU.

3. Avon Krem do rąk i paznokci z gliceryną i witaminą E- jedyne, co mi się w nim podoba to kolor tubki. Bardzo średni krem. Nawilżanie jest raczej znikome. W dodatku wolno się wchłania, co dyskwalifikuje go u mnie jako krem dotorebkowy :D. Ma beznadziejne opakowanie z nakrętką, którą kilkakrotnie goniłam po sali wykładowej ku uciesze koleżanek.

5. Flos-Lek żel pod oczy i na powieki ze świetlikiem i chabrem bławatkiem- co tu dużo opowiadać, żele Flos-Leku są śmieszne tanie i świetne. Wersja z chabrem jest moją ulubioną, z racji tego, że świetnie odświeża moje oczy po długim przesiadywaniu przed laptopem czy innym telewizorem :). Pisałam o nim TU

6. Delia Zimowy Krem do rąk- całkiem niezły krem nie tylko na zimę. Służył mi w chłodniejsze dni, ale także w te całkiem wiosenne. Polubiłam go. Po głębszą recenzję odsyłam TU.

7. Ziaja Kozie Mleko Krem do rąk- złudne uczucie gładkich rąk nie przekonało mnie do siebie. Nie przepadam za prowizorką, wolę konkretną pielęgnację. Swoje żale na ten krem wylałam TU.

8. Alterra Szampon z migdałami i jojobą do wrażliwej skóry głowy- dlaczego Alterra nie zachwyciła, kiedy zachwycić powinna? Ten szampon nie rzucił mnie na kolana, choć wydawał się dla mnie stworzony. Po zużyciu kolejnego opakowania wiem, że raczej nie kupię go ponownie. Teraz używam Moreli i Pszenicy- ta wersja wydaje mi się ciut lepsza. O szamponie Alterry pisałam TU.

9. Rexona Nutrive antyperspirant- kilka lat temu używałam wyłącznie antyperspirantów Rexony i naprawdę je lubiłam. Po jakimś czasie, zaczęłam się rozczarowywać... Dlatego odstawiłam Rexonę na dłuższy okres czasu. Zdecydowałam się jednak dać Rexonie jeszcze jedną szansę... I to był błąd. Takiego bubla jak Nutrive dawno nie miałam... Rexona zasłużyła na baty, które postaram się jej w niedługiej przyszłości wymierzyć.


A wam jak poszła likwidacja zapasów w kwietniu? Jesteście z siebie zadowolone? Miałyście któryś ze zużytych przeze mnie kosmetyków? Jakie jest wasze zdanie na jego temat?

środa, 25 kwietnia 2012

Na górze róże, na dole... Też róże! Everyday Minerals Mineral Blush

Nie wyobrażam sobie swojej kosmetyczki bez różu do policzków, a właściwie róży, bo lubię mieć wybór. Nie i koniec, róż i już! Co najgorsze, ciągle mi mało i wiecznie mam ochotę na nowe kolory. A róże to kosmetyki wieczne (dla mnie na pewno, ale słyszałam, że skrajnym przypadkom różoholików udało się jakiś zużyć). Zazwyczaj wybierałam róże prasowane. Ostatnio jednak kuszą mnie inne formuły- musy, kremy, sticki, żele, sypańce... I to właśnie o sypańcach- skubańcach będzie dzisiejsza notka.

Myślę, że znakomita większość kojarzy kosmetyki Everyday Minerals (choć nie wszyscy z autopsji). Pamiętam swego czasu prawdziwy szał na kosmetyki mineralne na Wizażu- Evedyday Minerals nawet laikowi wbiło się w pamięć. Dziewczyny namiętnie organizowały zamówienia zbiorowe tych kosmetyków bezpośrednio od producenta ze Stanów. Mnie minerały jakoś nigdy nie kręciły, nie czułam pociągu do kolorowych proszków. Dlatego nie będę robiła z siebie wielkiej znawczyni minerałów :). Niemniej ostatnio, trochę kosmetyków mineralnych przewija się przez moją kosmetyczkę.

W jednej z notek (a konkretnie TEJ), wspomniałam o tym, że marzę o różu EDM w kolorze Weekend Getaway. Wizażowa koleżanka Isilindil napisała, że ma małe opakowanie i może mi podrzucić. Prawie wyfrunęłam przez okno z wrażenia. I tak w mojej kosmetyczce pojawił się uprawniony kolor+ kilka innych cudów- między innymi prezentowany także dziś róż Snuggle. Zanim jednak zacznę bredzić o kolorach, wspomnę o dostępnych wykończeniach (tak na wszelki wypadek, jakby ktoś był równie zacofany w mineralnym temacie, jak ja). Wyróżnia się 3 typy wykończeń:
  • matowe (taki jest Weekend Getaway)
  • lśniące- czyli perłowe (chyba :D)
  • połyskujące: "Opalizująco-satynowe wykończenie z odbijającymi światło drobinkami"- Snuggle i Short Cake
Moja mała rada, jeżeli zdecydujecie się na kupno różu mineralnego- absolutnie nie sugerujcie się tym, jak róż jest pokazany na stronie internetowej sklepu czy aukcji. Weekend Getaway wygląda tam na róż z domieszką brzoskwini, natomiast na żywo jest po prostu brzoskwiniowy. Nie żeby mi się nie podobał, ale czuję się trochę oszukana zdjęciem produktu. Dlatego dobrą opcją przed zamówieniem całego opakowanie jest kupno próbek (a te bez problemu można znaleźć na Allegro).

To teraz pomiauczę o kolorach. EDM oferuje naprawdę ogromny wachlarz barw- każdy może znaleźć coś dla siebie. Ja dysponuję na razie 3 kolorami (piszę "na razie", bo upatrzyłam sobie kolejną ofiarę, ale ćśśśśśśśś, bo mnie z domu wyrzucą):
  • Short Cake- prawdopodobnie kolor limitowany- intensywna malina ze srebrnymi drobinkami. Bardzo ładny, ale bardzo zdradziecki kolor. Łatwo można nim sobie zrobić krzywdę.
  • Weekend Getaway- matowa brzoskwinia. Idealnie wpisuje się w obecne trendy
  • Snuggle- dość jaskrawy, ciepły róż z drobinkami. Do mnie niestety nie pasuje, ale moja mama o śniadej karnacji wygląda w nim świetnie.
To, co oprócz ogromnego wyboru kolorów, podoba mi się najbardziej, to pigmentacja tych róży. Żeby uzyskać widoczny, ale jednocześnie naturalny efekt, wystarczy dosłownie kilka ziarenek tego drobnozmielonego pyłku- przez co taki kosmetyk staje się niesamowicie wydajny (dlatego nie ma co się zrażać gramaturą opakowania). Róże rozprowadzają się świetnie, nie robią plam przy nakładaniu. Nie wchodzą w pory, nie podkreślają ich. Ponadto nic mnie nie zapycha (dziwne by było, gdyby zapchało :D)

Nie jest jednak tak do końca różowo. Spotkałam się z opiniami, że róże EDM są trwałe. Nie zgodzę się z tym. Róż wymaga poprawek w ciągu dnia, po około 3 godzinach od nałożenia. A nie uważam 3 godzin za jakąś super trwałość jeżeli chodzi o róż.

Myślę, że warto zainteresować się tymi produktami. Wybór kolorów jest ogromny, a i ceny niezbyt wysokie. Polecam te róże w szczególności tym osobom, które borykają się z problematyczną, łatwo zanieczyszczającą się cerą- wiele dostępnych na rynku róży zawiera parafinę (stąd są takie jedwabiste), dlatego mogą powodować wysyp niespodzianek. Róże mineralne takich cudów jak olej mineralny nie zawierają :)

Cena: 2,70 zł (próbka)- ok. 34 zł (pełny wymiar 5g)
Dostępność: sklepy internetowe m.in Kosmetyki Mineralne i Alledrogeria, Allegro
Ocena: 4/5

niedziela, 22 kwietnia 2012

Raz kozie śmierć! Ziaja Kozie mleko krem do rąk i paznokci

Czy na sali są fanki papieru ściernego? Kto lubi szlifować nim rozmaite powierzchnie? Czy któraś robi może remont i potrzebuje dobrego ścieraka? Służę pomocą. A właściwie moje suche, jak piasek na Saharze w południe, knykcie.

Moje dłonie wymagają specjalnej troski. Kupuję więc im rozmaite kremy. O dobry krem do rąk nie jest łatwo- albo niczego nie robią, albo zostawiają tłustą warstwę, która stanowi sporą przeszkodzę w utrzymaniu długopisu. A ja, szczerze mówiąc, nie mam ani cierpliwości, ani ochoty na czekanie, aż jaśnie krem się wchłonie. Nie znajduję przyjemności w utyskiwaniu nad stanem moich dłoni, podczas, gdy jaśnie oświecony krem zbawiennie działa na moje knykcie. Nie! Ma być już, teraz, natychmiast! I koniec.

Wspominałam wam, że niektóre produkty z Ziaji to prawdziwe miny, na które nikomu nie życzę wdepnąć. A jak jest z tym kremem?

Kozie Mleko to nie jest hiperskoncentorwany, turboodrzutowy krem do rąk, który sprawi, że nasze dłonie będą delikatne, jak u księżniczek. Nie jest to krem, który zregeneruje totalną katastrofę na lata.

Kozie Mleko ma dość rzadką konsystencję. Wchłania się błyskawicznie, nie zostawia lepiącej warstwy. Ręce po jego aplikacji niemal natychmiast stają się przyjemniejsze w dotyku- skóra przestaje być chropowata, a wszelkie podrażnienia uspokajają się. Niestety, krem trzeba aplikować po około 2 godzinach. Szczerze mówiąc, efekt gładkiej skóry jest dość złudny- krem nie nawilża, jest to raczej oszukańcza silikonowa otoczka, o czym przekonałam się całkiem niedawno.

Pomimo konieczności częstej aplikacji, nie jest ona uciążliwa. Krem bowiem świetnie pachnie (przynajmniej dla mnie). Pachnie bowiem... mydłem Dove. Jest to przyjemny zapach, jednak nie utrzymuje się na skórze dłużej niż 20 minut.

Wspomnę także kilka słów o opakowaniu, które moim zdaniem, świetnie sprawdzi się w torebce. Jest płaskie, dość twarde, dlatego tubka zmieści się nawet w bardzo wypchanej torebce i nie ulegnie uszkodzeniom. Opakowanie ma klapkę, nie korek, więc nie ma problemów z tym, że nakrętka wyleci nam podczas odkręcania i potoczy się w siną dal. Jednak twarde opakowanie ma swoje minusy. Pewnego pięknego dnia wydawało mi się, że wykończyłam krem. Z opakowania nic nie wylatywało. Jednak wydawało mi się ono podejrzanie ciężkie. Choć z reguły nie rozcinam opakowań, tym razem nożyczki poszły w ruch. I co się okazało? W opakowaniu była jeszcze spora ilość kremu, która starczyła jeszcze na kilkanaście (!) użyć. Co by nie mówić złego o miękkich tubkach, trzeba im jednak przyznać cesarzowi, co cesarskie i docenić miękkie opakowania za możliwość pełnego wykorzystania produktu bez marnotrawienia znacznych jego ilości.

Początkowo byłam zachwycona tym kremem. Moja miłość do niego zmalała, gdy okazało się, że poza powierzchownym i krótkotrwałym uspokojeniem skóry nie robi wiele więcej.

Skład: Aqua, Cyclomethicone, Dimethiconol, Cetearyl Alcohol, PEG-20 Stearate, Polyacrylamide, C13-14 Isoparaffin, Laureth-7, Panthenol, Retinyl Palmitate, Hydrolyzed Carbolipoprotein, Citric Acid, Tocopheryl Acetate, Parfum, Benzyl Alcohol, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone

Cena: 6-9 zł/80 ml 
Dostępność: Natura, Rossmann, Super-Pharm, Tesco, Kaufland, Carrefour, Piotr i Paweł
Ocena: 3/5

czwartek, 19 kwietnia 2012

Wrażliwa na naturę? AA Wrażliwa Natura Aktywnie nawilżający krem na dzień 20+

Uwielbiam, uwielbiam kremy nawilżające. Mimo swojej mieszanej cery, od kilku lat używam tylko takich. Po wielu eksperymentach z kremami matującymi i matująco-nawilżającymi dałam sobie spokój z usilnym zadowalaniem mojej cery i postawiłam na nawilżanie. Dlatego z uporem maniaka prezentuję wam kolejny krem nawilżający.

Markę AA darzę dość obojętnymi uczuciami. Mam dobre zdanie o kremie z serii Ultra Nawilżanie i żelu do mycia z serii Help. I to by było na tyle. Nieszczególnie trafiły do mnie ich płyny micelarne, błyszczyki czy podkłady. Tego kremu pewnie sama bym nie kupiła- zestawem Wrażliwa Natura uszczęśliwili mnie bracia na Boże Narodzenie.

Krem AA idealnie wpisuje się w tendencję powrotu do natury w kosmetyce, który na dobrą sprawę zaczął się chyba z rok temu (jeżeli idzie o średniopółkowe marki drogeryjne). Na dzień dzisiejszy co raz to kolejne firmy prześcigają się w wypuszczaniu eko-kosmetyków na rynek.

Od czego zaczyna się "zgoda z naturą" w przypadku kremu AA? W przeciwieństwie do innych kremów tej marki, nie jest zafoliowany. Zabawne, oszczędzili na plastikowej folii, ale słoiczek i tak jest plastikowy. Jak już tak całkiem chcieli być "pro" to powinni byli zamknąć krem w szklanym opakowaniu. Słoiczek jest mlecznobiały, ale względnie przezroczysty, widać w nim ile kremu zostało zużyte, co akurat mi bardzo odpowiada.

Tym, co mnie najbardziej zafrapowało, jest konsystencja kremu. W przeciwieństwie do kremów Olay, których używałam wcześniej, i Ziaji, z którą bawię się teraz, konsystencja kremu AA jest dość twarda i zbita. Nie jest co prawda, tak zwarta, jak masła Isana, ale niemniej, jak na krem, dość nietypowa. Z kremem pracuje się jednak dobrze jeżeli idzie o rozsmarowywanie.

AA wchłania się dość dobrze, ale nie jest to leciutki krem, wbrew temu co na opakowaniu wypisuje producent. Choć też nie jest do końca ciężka artyleria. Zostawia na twarzy świecący film, dlatego nie mogę wyjść z domu o samym kremie i korektorze :).

A jak mu idzie nawilżanie? Muszę przyznać, że jestem zadowolona. Moja cera była gładka, nie pojawiały się suche miejsca. Krem ma całkiem dobry skład (zoila udaje, że zna się na chemii kosmetycznej), choć składnik zapachowy na czwartym miejscu składu jest tak potrzebny, jak kwiatek do kożucha, nie powodował wysypu dziwnych niespodzianek.

Czego mi w tym kremie zabrakło? Hmm, filtra. Maciupeńkiego chociaż. To w końcu krem na dzień (chociaż używałam go także na noc, co sobie będę żałować :)).

Polubiłam się z tym kremem. Przyjemnie nawilża, choć nie daje efektu wow. Przeszkadza mi trochę ta świecąca warstwa, ale i z tym można sobie szybko poradzić.

Skład: Aqua, Octyldodecanol, Dicapryl Ether, Parfum, Ceatearyl Alcohol, Glyceryl Stearate Citrate, Glycerin, Cucurbita Pepo Seed Extract, Centaurea Cyanus Flower Water, Glyceryl Caprylate, Xanthan Gum, Citric Acid

Cena: ok. 20 zł/50 ml
Dostępność: Drogerie Natura, Rossmann, Super-Pharm, Tesco, Carrefour
Ocena: 4/5

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Alterra, co za dużo pochwał zbiera. Alterra Łagodny szampon Migdały i jojoba dla wrażliwej skóry głowy

Alterra, ach, Alterra... Czego ja się nie naczytałam o tej marce. Gdy tylko się pojawiła, wszystkie miłośniczki w miarę naturalnej pielęgnacji szturmem wzięły wszystkie Rossmanny w Polsce. Moja walka była długa i zacięta, choć bynajmniej nie walczyłam z innymi konsumentkami, ale z samą sobą. Pisałam wam już o tym, że do kosmetyków marek własnych drogerii i marketów podchodzę, jak do jeża. Zdecydowałam się jednak dać szansę Alterze, tak szumnie wychwalanej pod niebiosa na blogach i Wizażu.

Z pewnością nie zdecydowałabym się na kupno szamponu Alterry, gdybym nie rozpoczęła olejowania. Ponieważ przy zmywaniu olei zaleca się używanie szamponów bez silikonów i SLS, rozpoczęłam poszukiwania takowego produktu. I co? Było dość ciężko, bo jedynym szamponem bez tych dodatkowych upiększaczy, jaki znałam, był szampon Babydream, który nadal widzę w sennych koszmarach. Gdy chciałam się już poddać, podczas małej, kurtuazyjnej wizyty w Rosmannie w moje łapki wpadła Alterra. A jak już coś dostanie się w moje ręce, to nie ucieknie tak długo, aż nie zostanie porządnie wymaglowane.

Zdecydowałam się na szampon Alterry, bo wydawał mi się stworzony dla mnie. Szampon dla wrażliwej skóry głowy... Brzmi jak bajka, prawda? Moja skóra głowy, niestety, przypomina poligon. Tak fochliwej skóry to jeszcze nie widziałam, zaręczam. Robi co chce, małpa jedna. I muszę przyznać, że szampon Alterry jest jednym z niewielu, który jej nie podrażnia i nie wysusza. Nic mnie nie swędzi, nie sypie się śnieg. Pod tym względem Alterra podbiła moje serce, dlatego mimo pewnych mankamentów (nad którymi zaraz będę się rozwodzić), kończę drugą butlę.

Szampon jest dość rzadki (ale nie jest to sama woda, ma taką okołożelową konsystencję), przezroczysty i dobrze się pieni- nie trzeba go dużo, żeby powstała piana.

Ogromnym plusem jest to, że fantastycznie zmywa oleje- włosy nie są oblepione, przeciwnie, wręcz skrzypią ze świeżości. Używałam Alterry także do "normalnego" mycia głowy i również byłam zadowolona. Co prawda trochę plącze włosy, ale i tak nie jest to taki kołtun jak po Babydream czy Johnson's Baby.

Zapach szamponu także jest ciekawy. To takie połączenie napoju gazowanego o smaku pomarańczowym (Mirindy, Fanty, czy innego badziewia) i migdałów, które gaszą ten "gaz". Takie nietypowe połączenie. Szampon pachnie dość słabo, zapach nie utrzymuje się na włosach.

Napisałam już tyle dobrego, to dlaczego w tytule notki kryje się ironia wielkości krowy? Otóż ten szampon robi coś, czego nie potrafię mu wybaczyć. Specjalnie kupiłam drugą butelkę, żeby nie być gołosłowną. Ten szampon, który prawie powalił mnie na łopatki, ten wstręciuch jeden, wzmaga wypadanie włosów. Nie wiem, po prostu nie wiem, jak to jest możliwe. No jak on mógł mi to zrobić? Początkowo obwiniałam za to olej, ale gdy on poszedł w odstawkę, na placu boju został tylko szampon, kłaki leciały i leciały... Wrrrrrrr....

Pokochałabym ten szampon miłością gwałtowną, gdyby nie ten maleńki defekt, który przypadkiem dyskredytuje go w moich oczach. Może dam szansę innym wersjom Alterrowych specjałów, choć czuję się mocno rozczarowana.


Skład: Aqua, Sodium Coco-Sulfate, Alcohol, Glycerin, Coco Glucoside, Caprylyl/Capryl Glucoside, Acetum, Xanthan Gum, Betaine, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Prunus Amygdalus Dulcis Extract, Avena Sativa Extract, Simmondsia Chinensis Extract, Parfum, Citral, Limonene, Linalool, Citronellol, Geraniol

Cena: ok. 9,5 zł/200 ml
Dostępność: Drogerie Rossmann
Ocena: 3,5/5

piątek, 13 kwietnia 2012

Celia-Cud... Znaczy się nude. Celia Nude Pomadko-błyszczyk nr 602

Podczas przeglądania swoich zapasów kosmetycznych i związanym z tym testowaniem wszystkiego, co nawinęło mi się pod rękę, doszłam do wniosku, że szminki nie są dla mnie. Cóż takie życie. Trzeba było stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie: "skarbie, twoje usta są za wąskie na matowe szminki". Bolało? Bolało. Bo jak nie szminka, to co? Błyszczyk. Ble, fuj, karpi pyszczek i poprzylepiane włosy. Idealnym rozwiązaniem dla szminkomaniaczki, która właściwie powinna sięgnąć po błyszczyk okazała się Celia.

Sporej części z was Celia kojarzy się z mamami i babciami. Wiele z was pamięta tusz w kamieniu i chemicznie pachnące, pudrowe szminki. Jednak współczesna Celia (po mariażu z Daxem) to naprawdę przyjemne kosmetyki w śmiesznych cenach.

Seria pomadko-błyszczyków Nude pojawiła się na rynku stosunkowo niedawno. Jako ogromna fanka tego kosmetyku w wersji klasycznej, musiałam dorwać nudziaka. Po szybkim zbadaniu sprawy padło na nr 602.

Szminko- błyszczyk łączy w sobie cechy jednego i drugiego. Powiedziałabym, że to taki błyszczyk w formie sztyftu pozbawiony tego, czego w błyszczykach nie lubimy najbardziej, czyli lepiącej konsystencji. Celia jest naprawdę leciutka. Nie daje mocnego, tępego krycia. Wykończenie jest połyskujące. W przeciwieństwie do "zwykłej" wersji szminko błyszczyka, seria Nude jest całkowicie bezdrobinkowa. Mazanie się Celią to prawdziwa przyjemność. A smarować się nią trzeba jednak często- bo na ustach wytrzymuje jedynie 2 godziny- co jest dobrym wynikiem, jak na błyszczyk, ale średnim, jeżeli chodzi o pomadkę.

Bardzo podoba mi się to, że Celia oprócz nadawania koloru, pielęgnuje usta. Gdy nakładam ją na podsuszone wargi, lekko wchodzi w załamania (spokojnie, nie jest to dramatyczny efekt- co można zaobserwować na zdjeciu), ale po kilku chwilach usta są już bardziej miękkie, załamania znikają i nic się nigdzie nie zbiera. Pielęgnujące działanie kosmetyków kolorowych zawsze stanowi plus.

Ogromną zaletą jest także opakowanie- w kolorze starego złota, częściowo zmatowionego. Bardzo eleganckie, wytrzymałe jest prawdziwą ozdobą kosmetyczki.Wygląda o niebo lepiej niż opakowania np. Maybelline czy L'Oreal Colour Riche.

Największym minusem tego produktu jest jego zapach. Celia poszła po rozum do głowy i zrezygnowała z drobinek, ale niestety nie zmieniła drugiego minusa produktu, czyli zapachu. Nie zrozumcie mnie źle, nie jest on najgorszy. Jednak ja w miejscu chemicznego winogronowego aromatu z chęcią poczułabym wanilię.

To może przejdę teraz do sedna, czyli kolorów. W palecie mamy do wyboru 6 odcieni. Ja skusiłam się na 602. W opakowaniu określiłabym go mianem brzoskwiniowego różu. Na ustach wybija bardziej róż niż brzoskwinia, ale nie jest to taki tandetny Barbie pink. Polubiłam ten kolor, ale gdy wykończę tę szminkę z pewnością skuszę się na inny- przecież zostało mi jeszcze 5 do przetestowania :)



Bardzo polecam, ale paradoksalnie błyszczykomaniaczkom. Osobom szukającym długotrwałego efektu radziłabym omijać ten kosmetyk.


Skład: Isocetyl Stearoyl Stearate, VP/Hexadecene Copolymer, Polybutene, Microcrystallina Cera, Caprylic/Caprylic Triglyceride, Ricinus Communis Sees Oil, Candelilla Cera, C30-45 Alkyl Methicone, Tocpheryl Acecate, Ascorbyl Palmitate, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Propylparaben, BHA, Parfum, Buthylphenyl Methylpropional, +/- [Titanium Dioxide, CI 15850, CI 15985, CI 16035, CI 17200, CI 19140, CI 45410, CI 77491, CI 77492, CI 77499]

Cena: ok 10 zł
Dostępność: małe drogerie z polskimi kosmetykami- we Wrocławiu Tanyo na placu Zielińskiego i drogeria na Hali Kupców Perła
Ocena: 4,5/5

środa, 11 kwietnia 2012

Zadaj pytanie, a może będzie ci odpowiedziane. Tag 50 pytań do...

Od jutra koniec z tagami. Mam dziwne wrażenie, że niektóre z nich powstały z braku laku. A jak wiadomo, z braku laku i kit dobry. Spokojnie, mam jeszcze pomysły na notki, nie muszę wrzucać co rusz tagów :D.

Tag stworzony przez Vexgirl jest tyle ciekawy, co niebezpieczny. Jasne, nie ma w tym nic dziwnego, że chcemy wiedzieć coś o innych, człowiek to w końcu ciekawskie zwierzę. Natomiast w takim tagu mogą padać dość niewygodne pytania. A internet ma to do siebie, że rozwiązuje języki. Niewiele osób pamięta, że jak już raz coś wrzucimy, to nie będzie tak łatwo z usunięciem.

Do czego zmierzam? Nie jestem i nie będę zawodową blogerką (ta, chciałaby dusza do raju). Większość z was nie zobaczy mojej twarzy w całości ani nie pozna imienia. Nie dowiecie się co robię w życiu i jakie mam plany zawodowe na przyszłość. Dlatego lojalnie uprzedzam, że na takie pytania odpowiedzi nie uzyskacie. Cenię sobie swoją prywatność po prostu.

Wiele z was zada sobie pytanie, po co w takim razie decyduję się na zabawę tym tagiem? Bo zostałam nim dosłownie zbombardowana. Byłabym ostatnią świnią, gdybym zignorowała taką liczbę blogerek.

Zasady:
1. Napisz od kogo otrzymałaś tag i zamieść link do bloga osoby, która Cię wyróżniła.
2. Wklej logo tagu wpisując wcześniej swój nick.
3. Odpowiedz szczerze na 50 pytań zadanych w komentarzach pod notką.
4. Nominuj dowolną ilość blogerek, o których chcesz się czegoś dowiedzieć
Otagowały mnie:

No to zadawajta te pytania, jak musita :D:D. Głód wiedzy nie będzie chyba zbyt duży, bo co jak co, ale ja nie jestem aż tak popularną blogerką jak autorka Vex, ciesząca się liczną rzeszą wygłodniałych informacji fanów :D

Nie taguję nikogo- jak ktoś ma się potrzebę uzewnętrznić to zapraszam :).

wtorek, 10 kwietnia 2012

Na jagody... do Biedronki?! Be Beauty Micelarny Żel do mycia i demakijażu

Micelarnego żelu z Biedronki chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Mała niepozorna tubeczka za niecałe 5 zł, zrobiła furorę około rok temu. Do tej pory testowała go chyba każda blogerka. Kosmetyk tak znany, że aż wstyd o nim pisać notkę- bo napisano już chyba wszystko. Ale musicie mi wybaczyć, ja tak lubię dorzucać swoje 3 grosze :).

Miałam spore opory przed zakupem żelu. Po totalnej katastrofie z mleczkiem do demakijażu Be Beauty (spustoszenie totalne), obawiałam się kolejnego wyżeracza. Zaufałam jednak blogerkom, które pisały o delikatności micela i przy najbliższej okazji wpadł on do mojego koszyka.

Produkt ma żelową formułę, ale jest to żel półpłynny. Konsystencja jest lekka, jakby lekko... chłodząca? Micel pozostawia przyjemne uczucie odświeżenia. Kosmetyk się nie pieni- dlatego może powstawać złudne wrażenie, że trzeba go dużo nakładać. Nic bardziej mylnego, porcja wielkości ziarna fasoli z powodzeniem umyje całą twarz.

Zdecydowanym plusem jest to, że żel nie wysusza ani nie podrażnia skóry, a mimo to dobrze radzi sobie ze zmyciem makijażu- nie ruszy co prawda wodoodpornego tuszu, czy mocnych kredek, ale moje dzienniaki zmywa bez najmniejszego problemu.

Niestety jak dla mnie jest to produkt zbyt słabo oczyszczający, by z powodzeniem mógł mi służyć do mycia twarzy- dlatego jeżeli idzie o demakijaż to jestem na tak, ale do codziennego mycia twarzy wolę coś mocniejszego :D. Myślę jednak, że nie będzie to dobry produkt, dla osób, które gustują w bardzo trwałych kosmetykach.

Interesującą kwestią jest zapach tego cudaka. Pachnie on jakby... jagodowo? Pierogi z jagodami i śmietaną wyczuwam :D

Jest to z pewnością produkt, któremu warto się przyjrzeć. Kosztuje grosze, dla wielu osób może to być ratunek w kryzysowych sytuacjach :)

Skład: Aqua, Proplylene Glycol, Disodium Cocoamphodiacetate, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Poloxamer 184, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Hydroxyproplyl  Guar Hydroxyproplytrimonium Chloride, Sophara Japonica Leaf Extract, Panthenol, Sodium Hydroxide, Sodium Citrate, Sodium Chloride, Disodium EDTA, Citric Acid, Parfum, Methylparaben, Propylparaben, Methlisothiazolinone.

Cena: 5 zł/150 ml
Dostępność: Biedronka
Ocena: 4/5

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Gdy znudzą ci się posty świąteczne, wejdź tam, przeczytaj koniecznie! Postowe love odc. 3

W tym miesiącu (który dopiero się zaczął, ale co tam) nie było jeszcze postu, w którym posłodziłabym trochę innym blogerkom. Zazwyczaj zachwycam się tylko sobą :D:D. Dla równowagi, żebym przypadkiem nie wpadła w samozachwyt (jaka jestem pięęęęęęękna), "spróbuję" (z ciężkim sercem) docenić także inne blogerki :D:D



1. One_LoVe o hydrolatach- KLIK KLIK
Nie każda z nas lubi zabawy w małego chemika. Nie wszyscy mierzą, ważą, kręcą kremy, sera i robią sobie same maseczki... Niektóre twardo trzymają się tego, co znajdą na sklepowych półkach. No, a przecież dewiza blogerek kosmetycznych brzmi "nie ograniczać (się)".
O Biochemii Urody pojęcie mam marne. Poza tym, że coś mi się obiło o uszy o pudrze bambusowym, jakichś witaminach w proszku, czy hydrolatach właśnie, to raczej nie bardzo wiedziałam o co chodzi. Po postach One_LoVe dowiedziałam się czym są hydrolaty. I wiecie co? Sprawię sobie jeden. No, może dwa. I puder bambusowy do tego?

2. Kotwilki FAQ na temat iHerbu KLIK
Nie przepadam za zakupami internetowymi. Wolę pójść, pooglądać (wymacać :D:D) i ewentualnie wtedy się zdecydować. Niektórych produktów nie dostanę jednak w stacjonarnych drogeriach. Wtedy pozostaje znienawidzony internet. Pół biedy, jak mogę zamówić coś na polskiej stronie, gorzej, jak w oko wpadnie mi coś z zagranicznych.
Kotwilka w prosty i przystępny sposób omówiła w swoim poście wady i zalety zamówień z iHerb. Wskazała, w jaki sposób możemy zapłacić za zamówienie, przewidywalny czas realizacji, a także dorzuciła kilka słów o procedurze celnej. Może w końcu i ja, największy niedowiarek na świecie zrobię zakupy w tym popularnym sklepie.

3. Magnetyczny mikroolejek z efektem 4D, czyli jak sprzedać produkt- dyskusja u Cammie KLIK
Jak sprzedać produkt? Konkurencja na rynku jest ogromna, dlatego specjaliści od reklamy prześcigają się w tworzeniu chwytliwych hasełek. Każdy pamięta "świstaka, który zawija w te sreberka", czy "ananasa, który z puszki wyszedł" a "podobno śmietanę ubił", "pakerów z Białowieży". Konsument od rynku kosmetycznego nie oczekuje jednak zabawnych sloganów. Czego oczekujemy w takim razie? Przekonania, że ten krem jest specjalistyczny. Że pracowało nad nim 30 laboratoriów, które wykorzystywały technologie kosmiczne. Nie wierzę, że nie dałyście się kiedyś złapać na "naukowe" hasła na produktach. Ja tak i to nie raz. Firmy dorabiają teorię do zwykłego kremu nawilżającego. Ale czy ty, droga konsumentko, stojąc przed wyborem kremu nawilżającego wybrałabyś ten zwykły, w szarym kartoniku, czy może ten z mikroolejkami i mikrowłóknami wyprodukowany w warunkach próżniowych z pyłem perłowym?

4. Wszystko co mnie zachwyca gotuje. I to jak! KLIK
Uwielbiam jeść. Uważam, że to jedna z większych przyjemności w życiu. Kocham poznawać nowe smaki. Niestety jestem kulinarną nogą i poza jajecznicą i kilkoma ciastami oraz ugotowaniem zupy z proszku, potrafię niewiele. Od kilku miesięcy z wywalonym językiem śledzę blog wizażowej Lele. Serwowane przez nią dania wyglądają na nietrujące i w miarę nietrudne. Ostatnio narobiła mi smaka chałwowym mazurkiem- gdyby tylko sklepy były otwarte...

5. Basia o płatkach kosmetycznych. KLIK
Płatki kosmetycznie. Niby takie nic, a potrafią uprzykrzyć życie. I nagle człowiek stwierdza, że trzeba wrócić do zmywania makijażu wodą. Dla fanek miceli, mleczek, dwufaz i toników płatki powinny być dość istotne. Przecież nie można pocierać twarzy byle rozdwajającym się papierem ściernym. Basia dokonała małego rozrachunku z płatkami dostępnymi w Lidlu, Biedronce i Rossmannie. Idealny poradnik dla tych, którzy szukają tanich płatków kosmetycznych (ja np. używam fioletowych z Biedronki lub tych z Lidla, ale najbardziej lubię duże kwadratowe Cleanic).

A wy co podrzucicie mi do czytania?

niedziela, 8 kwietnia 2012

USTAwicznie dbam o USTA. Alterra Kamille Lippenpflege Balsam do ust

Wiecie co? Święta są nudne. Czas wlecze się jak flaki z olejem. Postanowiłam sobie zorganizować tę niedzielę- dlatego właśnie rozbijam się na Bloggerze. Jestem Grinchem Świąt Wielkiej Nocy i oznajmiam wszem i wobec, że tym świętom już dziękujemy!

Teraz z czystym sumieniem mogę przystąpić do kolejnego maglowanka. Tym razem nie będę się bardzo pastwić nad niewinnymi produktami. Tymczasowo zakopałam swój toporek wojenny.

Dziś przychodzę z recenzją produktu, do którego kupna zbierałam się chyba z rok. Udało mi się go nabyć 2 miesiące temu. Nie myślcie, że jest taki trudno dostępny. Po prostu, zoila, to głupie cielę, szła w zaparte i kupowała pomadki ochronne Nivea, na których nie raz się przejechała. No, ale ponieważ cena znienawidzonej Nivei wzrosła z 7 zł do prawie 10 zł (pffffff, za takie nic?), nie planowałam zakupów na DOZie (gdzie kupuję sztyfty Barbry), to w przypływie geniuszu w Rosmannie zdecydowałam się na wychwalaną pod niebiosa Alterrę.

Zacznę może, tradycyjnie już, od kwestii technicznych. Balsam w formie dość zbitego (ale nie twardego) sztyftu (alleluja!) zamknięty jest w opakowaniu z nakrętką. Rozwydrzyły mnie trochę sztyfty Barbry z przesuwanym mechanizmem, dlatego powrót do "klasycznej" formy opakowania balsamów do ust początkowo mnie nie zachwycał. Na szczęście opakowanie Alterry jest odpowiednio wytrzymałe i przeżyło survival w mojej torebce. Balsam ani razu się nie otworzył, nic się nie połamało, nie rozpłynęło i nie starło. No, to rozumiem.

Jak już jestem przy opakowaniu, to muszę wspomnieć o pewnym małym szczególe. Też macie tak czasami, że kupujecie jakiś produkt, zetrze wam się data przydatności (o ile produkt jest takową oznaczony; niektóre mają tylko ten, jakże wiele mówiący o zdatności do spożycia, słoiczek) i ni cholery, nie możecie sobie przypomnieć do kiedy to-to jest ważne? No właśnie. Przy pomadce Alterry taka sytuacja nie jest możliwa, ponieważ balsam ma datę przydatności wylaną z plastiku na spodzie opakowania. Niby niezbyt ważna kwestia, ale szczerze mówiąc z tak "wyraźnym" oznaczeniem, praktycznie nie do zdarcia, to się jeszcze nie spotkałam.

Dobra, koniec tych wywodów, czas skupić się na gwoździu programu, czyli samym sztyfcie. Jest on dość zbity, ale smaruje się nim naprawdę świetnie. To produkt z gatunku tych na tyle twardych, że się nie rozciapują i na tyle miękkich, że są łatwe w stosowaniu. Produkt zostawia na ustach połyskującą warstwę, którą czuć przez jakiś czas. Nie jest ona na szczęście ciężka i oblepiająca.

Muszę pochwalić Alterrę za działanie. Świetnie nawilża, usta są gładkie i miękkie przez dłuższy okres czasu. Dzięki warstwie, jaką pozostawia, nada się także na chłodniejsze pory (których mam nadzieję, że już tej wiosny nie doświadczymy). Pod względem pielęgnacji to bardzo dobry sztyft.

Jednak nie byłabym sobą, gdybym się do czegoś nie przyczepiła. W sztyfcie Alterry drażni mnie zapach- olej rycynowy w czystej postaci (choć niektórzy twierdzą, że pachnie rumiankiem). Nie ma co prawda wielkiej tragedii, ale przyjemniejszy aromat z pewnością sprawiłby, że ten balsam zawładnął by moim sercem bez reszty.

Skład: Ricinus Communis Oil, Cocos Nucifera Oil, Cera Alba, Simmondsia Chinensis Oil, Candelilla Cera, Stearic Acid, Butyrospermum Parkii Butter, Olea Europea Oil, Tocopheryl Acetate, Aroma, Helianthus Annuus Seed Oil, Chamomilla Recutita Oil, Daucus Carota Oil, Beta-Carotene, Tocopherol

Cena: 5,60 zł
Dostępność: Drogerie Rossmann
Ocena: 4,5/5 

Ps. Teraz ten balsam zmienił opakowanie. Jego skład uległ małej modyfikacji. 
Skład: Ricinus Communis Seed Oil, Cocos Nucifera Oil, Cera Alba, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Candelilla Cera, Palmitic Acid, Stearic Acid, Butyrospermum Parkii, Olea Europaea Fruit Oil, Tocopheryl Acetate, Aroma, Helianthus Annuus Seed Oil, Chamomilla Recutita Oil, Daucus Carota Sativa Root Extract, Beta-Carotene, Tocopherol


Zdjęcie pochodzi ze strony Rossnetu

piątek, 6 kwietnia 2012

Czytam, więc jestem- czytelniczy tag.

Ostatnimi czasy po blogosferze krąży TAG: Reading is cool. I co się okazało? My, blogerki urodowe, nie jesteśmy laskami, których jedynym celem życiowym jest wymazanie się jak największą ilością szminek/balsamów/kremów/szamponów itd. Znakomitej większości zdarza się sięgać na półkę z książkami i to nie tylko po to, by zetrzeć kurz.


Otagowały mnie dwie blogerki- Dzolls i kosodrzewina (która jest także współautorką bloga poświęconego książkom- polecam w wolnej chwili zajrzeć :)- TU)

O jakiej porze dnia czytasz najchętniej? Przedszkolaki mają przewidzianą porę na leżakowanie. W przeciwieństwie do nich, ja nie mam ściśle określonej pory na czytanie. Za książki łapię w każdej wolnej chwili- rano przy kawie, w tramwaju/autobusie/pociągu, późnymi wieczorami... Różnie :).

Gdzie czytasz?
Wszędzie, gdzie tylko mogę :). Najczęściej siedzę na podłodze oparta o kanapę albo o komodę- mam dywan, spokojnie, nie siedzę na gołych panelach.


W jakiej pozycji najchętniej czytasz?
Z powodów zdrowotnych nie mogę czytać na leżąco, ale wszystkie półleżąco-siedzące pozycje są mile widziane.

Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?
Nie ograniczam się. Staram się łapać różne formy literackie. Od różnego rodzaju książek podróżniczych (Cejrowski, Wojciechowska), fantasy i sci-fi (choć to akurat z pewną dozą nieufności) po belterystykę szeroko rozumianą. Rzadko czytam poezję- wiersze nie są jednak dla mnie, nie potrafię uchwycić ich rzekomego piękna.


Jaką książkę ostatnio kupiłaś/dostałaś?
Ostatnio kupiłam trylogię Igrzyska Śmierci dla brata w prezencie urodzinowym. Brat się śmieje, że to sobie bardziej ją kupiłam, bo porywałam kolejne tomy zanim zdążył odłożyć je na półkę.




Co czytałaś ostatnio?
Odpowiedź kryje się pytanie wyżej :)


Co czytasz obecnie?
Obecnie czytam same książki "branżowe"- czyli pozycje, do których muszę sięgać, aby przygotować się na zajęcia. Na biurku położyłam sobie "Zabić drozda" i myślę, że będzie to kolejna książka, którą zacznę.



Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi?
Jakie ośle rogi? Jak można tak krzywdzić książki? Staram się używać zakładek, choć namiętnie je gubię. Dlatego często używam paragonów, metek i skasowanych biletów MPK, albo innych świstków papieru pałętających się po mojej torebce. 

E-book czy audiobook?
Wybieram opcję nr 3, czyli książkę tradycyjną. Nie umiem się skupić na dokumentach elektronicznych- dlatego czytam książki drukowane. Na studiach też korzystam z druku, bo intensywnie maluję wszystko zakreślaczami. Audiobooki także nie są dla mnie, bo szybko się wyłączam i pewnie połowę książki bym przegapiła.

Jaka jest Twoja ulubiona książka z dzieciństwa?
Jedna tylko? Nie ma takiej opcji. Szalałam za "Dziećmi z Bullerbyn", "Karolcią" i serią o Ani z Zielonego Wzgórza (nawiasem mówiąc najlepsze tłumaczenie Ani, najbardziej barwne i ciepłe wydała firma Prószyński i Spółka- ja mam taką serię w pastelowych okładkach, niedostępną na rynku, pierwszy tom tłumaczyła Jolanta Ważbińska). No i Harry Potter, którego poznałam w piątej klasie podstawówki, dzięki koleżance, która podarowała mi "Komnatę tajemnic" na urodziny.



Którą z postaci literackich cenisz najbardziej?
Nie mam swojego ulubieńca. Dużą sympatią darzę Lizzie z Dumy i Uprzedzenia. Fascynuje mnie także Lisbeth Salander z trylogii Larssona. Lubiłam także Severusa Snape'a, dopóki mi go nie zepsuli i nie zamienili w chodzącą dobroć :D:D. Przepadam także za Herkulesem Poirot.

Wzorem Kosodrzewiny napiszę także, kto mnie irytował. Jestem naczelną hejterką Froda z Władcy Pierścieni (może dlatego, że Tolkien to nie moje klimaty)- gdy bracia przynieśli do domu całą sfilmowaną trylogię, pojawiałam się przed telewizorem tylko na momentach z Aragornem :D.
Niesamowicie irytujące są dla mnie także największe słodkie idiotki w historii literatury- ta dziumdzia z "Północy i Południa" oraz Tatiana z "Jeźdźca miedzianego" (nie polubiłam się z Simmons- porno momenty rodem z Harlequina za 3,50 zł zepsuły mi obraz całkiem niezłej książki).

Przy okazji tego tagu, chciałabym jeszcze polecić kilka księgarni, do których polecam zajrzeć. 
Pierwsza z nich to skład taniej książki Dedalus. Mają dwie stacjonarne siedziby w Warszawie, jedną w Krakowie, Częstochowie i Bielsku-Białej. We Wrocławiu mają dwie księgarnie- na Ruskiej, kilka metrów za placem Solnym i na Świdnickiej (dużą, dwupoziomową) bezpośrednio za przejściem Świdnickim po prawej stronie (idąc od strony Rynku). Można tam znaleźć świetnie książki, choć niekoniecznie nowości wydawnicze w super cenach. 

Gorąco polecam także odwiedzanie księgarni Matras (we Wrocławiu mamy świetnego Matrasa na przeciwko hotelu Monopol przy ulicy Świdnickiej- to ta księgarnia imienia H. Worcella). Bardzo często mają spory rabat nawet na nowości (-20, 25%)- kupiłam tak między innymi nowy tom Murakamiego w dniu premiery, wyszło 10 zł taniej. Jeżeli macie oddziały Matrasu u siebie, to polecam buszowanie i wyszukiwanie książek z promocyjnymi plakietkami.

Trzecie miejsce, które polecę mogą już odwiedzić tylko Wrocławianki. Mowa bowiem o składzie taniej książki w Feniksie na pierwszym piętrze. Jest tam trochę drożej niż w Dedalusie, ale można znaleźć ciekawe pozycje- mają np. dobrze zaopatrzony dział z lekturami szkolnymi.

Lubicie czytać? Czy może nad słowo pisane przedkładacie obraz? Jakie są wasze ulubione książki? Polecicie mi coś?

Kogo taguję- może nie imiennie, ale wszystkie mole książkowe blogosfery, które tu przypadkiem trafią :)

Zdjęcia okładek pochodzą ze strony Empiku.

czwartek, 5 kwietnia 2012

Kanałowe leczenie włosów. Olej Sesa

Jestem konserwą. Do wszelkich nowinek kosmetycznych podchodzę z dużą rezerwą i sporą dozą nieufności. Bo po co to to? A komu to to potrzebne? A w ogóle to o co chodzi? Nie inaczej było z zoilowymi podchodami do olejowania. Tłuste, ble, jeszcze na włosy to sobie kłaść? A mało mi smalcu własnej produkcji? Poczytałam trochę na blogach, obadałam stronę Helfów i na tym zapewne by się skończyło.

Jednak dzięki Viollet dokonałam odkrycia kosmetycznego roku pańskiego 2012. Ale po kolei.

Zawsze zazdrościłam aktorkom z Bollywoodzkich filmów. Czego? Pięknych, ciemnych, lejących i błyszczących włosów. Szlag mnie trafiał, gdy patrzyłam na swoje kłaki w lustrze. Gdy spotykałam na ulicy dziewczyny z włosami moich marzeń byłam wściekła. Dlaczego mam taką miotłę na głowie?

Miałam duże wątpliwości co do tego, czy moje włosy polubią olejowanie, bo się przetłuszczają. Gdy jednak na blogu Anwen przeczytałam, że osoby ze "tłustym" problemem nie powinny rezygnować z olejowania, bo to najlepsze, co można dla włosów zrobić, byłam cała w skowronkach. Czym prędzej otworzyłam więc Sesę...

... a jak się otworzy Sesę, to trzeba w tym miejscu wspomnieć o bardzo kontrowersyjnym zapachu tego oleju. Dziewczyny z YT (nissiax83 i megilounge- coś często się na nie powołuję :D) nienawidzą Sesy za jej zapach. Ja jestem tak po środku. Gdy mam dobry humor, to mówię że Sesa pachnie cytryną i kadzidłami. Gdy się jednak wkurzę, to twierdzę, że w Sesie cytryna z kadzidłami spacerują kanałami :D. Zapach jest intensywny, co może przeszkadzać w aplikacji tego oleju na noc (zrobiłam tak raz czy dwa, gdy miałam silny katar). Ponadto zapach "wyłazi" nawet po zmyciu oleju, co niekoniecznie podoba się hejterom Sesy :).

Jak już się odurzyłam zapachem, to wsadziłam oko do środka butelki. Moim oczom ukazała się zielona, tłusta ciecz (podobno Sesa ma formę stałą, która pod wpływem ciepła przeistacza się w ciecz- u mnie cały czas była płynna, bo kaloryfery na full :)). Bez obaw, włosy nie robią się zielone, jak u Ani z Zielonego Wzgórza.

Olej jest tłusty (nooo, odkrycie tysiąclecia) i bałam się, że wyleję go za dużo. Okazuje się, że wystarczą około 3 łyżeczki do herbaty, żeby włosy i skóra głowy były odpowiednio posmarowane i wyglądały, jakby 3 lata ich nie myto.

Jak już wspomniałam, Sesę na noc położyłam zaledwie raz. Zazwyczaj raczyłam się nią w ciągu dnia, przez kilka godzin, 3 razy w tygodniu.

Co zauważyłam podczas tych tajemnych zabiegów? Włosy zmieniły swoją strukturę. Z lekkiego, puchatego, ale dość chropowatego sianka sianka, stały się ciut bardziej lejące i miękkie. Sesa nie spowodowała nadmiernego przetłuszczania, co więcej, mam wrażenie, że włosy są dłużej świeże. Pozytywny wpływ zauważyłam także w przypadku skóry głowy- stała się mniej podrażniona i zniknęło to łupieżopodobne coś. Naprawdę, jestem zadowolona. Nie zauważyłam natomiast wpływu na porost włosów ani na ich wypadanie. Niestety :(.

Wiem, że sporo osób ma problem ze zmyciem olejów. Anwen napisała, że można także szamponami z SLS, jednak przetestowałam szampony na sobie i z doświadczenia (krótkiego, bo 2 miesięcznego, ale zawsze) poradzę wam kupno szamponów bez SLS (np. Alterra)

Sesa przekonała mnie do olejowania. Kolejny przystanek na mojej drodze: Vatika kokosowa.

Skład:
Bhrungraj (Eclipta alba) 3% w/v
Trifala 3% w/v
Brahmi (Saraswathi) (Centella asiatica) 1% w/v
Chameli Pan(Chetika) (Jasminum officinale) 1% w/v
Chanothi (Krishnala) (Abrus precatorius) 0.5% w/v
Dhaturo(Mahamohi) (Datura metel) 2% w/v
Elaychi (Sukshma) (Elettaria cardamomum) 0.5% w/v
Gali pan (kalkeshi) (Indigofera tinctoria) 1.% w/v
Indravama (Gavakshi) (Citrullus colocynthis) 1.% w/v
Jatamansi (Tapasvini) (Nardostachys jatamansi) 0.5% w/v
Karanj Beej (Chirbilvak) (pongamia glabra) 0.5% w/v
Neem Beej (paribhadra) (Azadirachta Indica) 0.5% w/v
Mahendi Pan (Henna) (Lawsonia alba) 0.5% w/v
Mandur (Sinhan) (Ferri peroxi dumrubrum) 4% w/v
Rasvanthi (Rasgarbh) (Berberis aristala) 0.5% w/v
Akkal kara (Anacyclus pyrethrum) 0.5% w/v
Vaj (Jatila) (Aconus Calamus) 0.5% w/v
Yashti Madhu (Mulethi) (Glycyrrhiza glabra) 0.5 % w/v
Milk (Dugdha) 10% v/v
Wheat Germ (Triticum aestivum) Oil 1% v/v
Lemon (Citrus medica) oil 1% v/v
Nilibhrungandi Oil 8% v/v
Til (Sesamum indicum) Oil 25% v/v
Sugandhit Dravya 2% v/v
Coconut Oil Q.S to 100% olejek kokosowy
Colour : Quinazarine Green SS


Cena: ok. 25 zł/90 ml
Dostępność: allegro, Helfy
Ocena: 4/5

wtorek, 3 kwietnia 2012

Jej piękne czarne... oliwki. Bielenda, Czarna Oliwka, Oliwkowa sól do kąpieli

Nie lubię kąpieli (w końcu częste mycie skraca życie :D). Nie dla mnie wielogodzinne namaczanie w wannie w obłokach pary, piany i rozmaitych aromatów. W mojej łazience rzadko goszczą produkty, jak dzisiejszy delikwent. Skoro już jednak do mnie przywędrował, to wypadało by się z nim troszeczkę rozprawić.

Przepadam za oliwkami, ale głównie na talerzu. Wśród kosmetyków nie znalazłam swojego ideału o takim zapachu- jednak preferuję ciut bardziej ciepłe i otulające aromaty. Bielenda także mnie zachwyciła swoją interpretacją oliwki. Moim zdaniem kosmetyk ten nie pachnie jak oliwki, tylko jak... piwo. A że amatorką tego napoju nie jestem, nie przepadam za jego moczowym aromatem, to zapach bielendowego cuda mnie nie zachwycił. Na szczęście nie jest on intensywny i nie przeszkadza w kąpieli.

Według Bielendy kosmetyk ma postać soli- i owszem ma, ale nie soli kuchennej, ale soli w kryształkach. Trochę mnie to zdziwiło. Kryształki są twarde, mają ostre krawędzie, dlatego lepiej nie włazić do wanny zanim się nie rozpuszczą (chyba, że lubicie katować stopy ostrymi przedmiotami- w końcu są różne upodobania). Mimo swojej twardości kryształki rozpuszczają się góra 2 minuty. Mam na tym etapie kolejne zastrzeżenie do Bielendy- identycznie jak w przypadku mleka do kąpieli Beauty Milky producent zaleca wrzucenie garści. Żeby garść garści była równa to byłoby całkiem miło.

Co się dzieje w kąpieli? Zasadniczo nic. Pachnie to to średnio, piany nie produkuje, jedynie barwi wodę na zielono. Dobroczynnego działania na skórę nie zauważyłam. Szczerze mówiąc- średnio mi to uprzyjemniało kąpiel. Kolejny zbędny gadżet.

Cena: 15 zł/500 g
Dostępność: Drogerie Natura, Tesco, Auchan
Ocena: 2/5

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Pod ramię w marcu- ulubieńcy początków wiosny

Wiosna. Dłuższy dzień i odrobinę lepsza pogoda (choć dzisiaj we Wrocławiu było tragicznie- jak nie silny wiatr, to deszcz, jak nie deszcz to słońce- a od czasu do czasu wszystko naraz, "na bogato") nastrajają optymistycznie. Wiosna jest także czasem, podczas którego wiele firm kosmetycznych budzi się z zimowego snu i zasypuje nas nowościami- dlatego część produktów z tej notki to "świeżynki" zakupione całkiem niedawno. No to jedziem :D

1. Rimmel Match Perfection Cream Gel Foundation 100 Ivory- jedni kochają, inni go nienawidzą. Nasz związek jest na razie całkiem poprawny, ale nie będę piała na jego temat. Przynajmniej na razie. Jestem koszmarną babą, bo co rusz zmieniam zdanie- coś, co podobało mi się miesiąc temu, za jakiś czas może zostać uznane za bubel wszech czasów. I bądź tu człowieku mądry :D. Wracając do Rimmela- ładnie kryje pory i ujednolica cerę, ale cudów przy twarzy przeoranej kombajnem nie zdziała.

2. AA Wrażliwa Natura Krem nawilżający 20+- marka AA nie należy do moich ulubionych, ale ten krem bardzo przyjemnie mnie zaskoczył. Nawilża całkiem fajnie i nie zapycha.

3. Celia Nude 602- nudziarska wersja pomadko-błyszczyka. Ogromny plus za brak drobinek i eleganckie opakowanie. Rzadko noszę kolorowe szminki czy błyszczyki w torebce, a jednak Celia zamieszkała tam na stałe, by w razie czego przyjść z pomocą :)

4. Essence Nude Glam 04 Iced Latte, 06 Hazelnut Cream Pie- w marcu nudziłam także na paznokciach. Zmywałam jeden z nich, malowałam paznokcie kolejnym i tak w kółko. Świetne, "grzeczne" kolory dla takich szarych myszek jak ja. Nawet na moich obgryzionych paznokciach wyglądały nieźle :).

5. Essence Zestaw do stylizacji brwi- zakopałam żel Delii w swojej szufladzie i przez przypadek wyjęłam zestaw z Essence. A jak już wyjęłam, to zostawiłam na wierzchu (taaak, bałaganiara ze mnie). Praktycznie cały marzec jaśniejszy cień gościł na moich brwiach. Nakładałam go za pomocą pędzelka Essence do eyelinera, którym nie lubię nakładać eyelinera. Znalazłam mu nowe zastosowanie i wszyscy są szczęśliwi.

Mam nadzieję, że kwiecień przyniesie mi więcej zachwytów, a przede wszystkim mniej marudny nastrój :)

niedziela, 1 kwietnia 2012

Uśmiechnij się! Kto szuka, nie błądzi- wyszukiwania na wesoło


Gdy na blogach kilku dziewczyn czytałam o tym, po jakich frazach trafiono na ich blogi, nie mogłam wyjść z podziwu. Niektóre wyszukiwania były tak zabawne, że zacieszałam przez pół dnia. Wzorem innych blogerek, zaczęłam śledzić z uporem maniaka statystyki na moim blogu. Dziś zaprezentuję wam garść fraz z moich "źródeł ruchu sieciowego". Niektóre zostały opatrzone autorskim komentarzem :).


Obraza majestatu
krzywe kreski eyelinerem
Niechlujnie namalowane brwi
eyeliner krzywo
bardzo krzywo eyeliner 

Ekhem. Foch, jak stąd do Wa-wy. Zostałam urażona do głębi i nie wiem, czy kiedykolwiek się pozbieram. Jednocześnie zapraszam wszystkich spragnionych krzywych kresek eyelinerem (które tak trudno namalować, dlatego trzeba obczaić w necie, jak się to robi)- niebawem pojawi się kolejna porcja krzywizny.
Tych, którzy są fanami moich brwi również pocieszę- krzaczki pojawią się również niedługo. Może nawet razem z krzywymi kreskami. Pełen wypas, nie?

Instrukcja obsługi
jak się używa kremowy peeling żel do stup z biedronki- bieresz tubkie, otwierasz tubkie, wyciskasz troszku, robisz smaru-smaru po stopach, zmywasz i gotowe!
magic pen korektor lovely w pędzelku instrukcja obsługi- tu robisz kręcu-krecu tak długo aż pojawi się takie beżowe coś. To beżowe nakłada się pod oczy, bo inne obszary kiepsko kryje.
nivea antyperspirant jak uzywac- jak masz kulkę, to przykładasz kulkę pod pachę i jeździsz. Sztyft jest bardzo podobny w obsłudze, tylko trzeba najpierw trochę pokręcić pokrętłem. Najłatwiej jest użyć spray'u- pisku- psik i po sprawie.

Poszukiwany, poszukiwana
szampon szary z czerwoną nakrętką
błyszczyk z granatową nakrętką
okrągłe lakiery 

Szukanie po opakowaniu :D:D

jakie znajdę zioła które na łące- a co te zioła na łące mają robić?
szampon z etykieta baba w kapeluszu

błyszczyk w kształcie ust h- o błyszczyku w kształcie ust chyba nigdy nie słyszałam. Że co, aplikator ma być w kształcie ust, czy co?
chcem kupi bardzo bardzo tanie naklejki reggae
wywrotka plasku tesco

Przybysze z obcej planety:
banabo
tworc horroru plakat
m.s.2 tusz do kresek 002 fy`12
maslo cdo ciala aaa- tralala, tralala, masło do ciałaaaaaaa

Egzystencjalne:
czasami widze ludzi z reala- ja widzę czasem tych z Biedronki, idą z siatami
padnięta
co sie mowi jak sie idzie do spowiedzi- yyy, więcej grzechów nie pamiętam?

Niegrzeczne:
młodziutka i bardzo delikatna - 100 godzina
całowane stopy nastolatek 

Pedolife i fetyszyści tu też włażą. O mamo.

Nietypowe kosmetyczne:
odżywka na kołtuny u kotów- kici, kici, choć sierściuchu, pańcia kupiła ci odżyweczkę...
balsam do ciala ładnie pachnący wiza- balsam pachnący wizą. Ameryka, skarbie!
smarowanie paletki niveą- nie mam Nivei, ale jak ją kupię, to na pewno wysmaruję wszystkie paletki z cieniami- żeby były zadbane jak właścicielka :D
zombie malowanie twarzy
czarodziejski olowek
paletki sie gryza- mały fajt paletek nie jest zły
babydream chemiczka
póltransparentny puder do brwi

Uch, jak gorąco!
okulary sloneczne na twarzy blondynki- na pewno wyglądają inaczej niż na twarzy brunetki, szatynki, rudej czy siwej
piaskowy cud natury arizona 

Zdrowotne:
uczucie tlustosci w jamie ustnej
mam blizn- ja też mam. I to nie jedną :)

Mam nadzieję, że choć dzisiaj Prima Aprilis, nie padłyście ofiarą głupich kawałów. Śmiech to zdrowie, pod warunkiem, że nie przeradza się w płacz- a często osoby, które robią nam dowcipy nie wywołują uśmiechu na twarzy. Wszak każdy z nas ma inne poczucie horroru, tfu, humoru :).
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...