Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

piątek, 30 marca 2012

Nie płacz, kiedy odjadą- zużycia marca

Końcówka miesiąca to tradycyjnie pora na prezentację kosmetyków, które pożegnałam czule (lub trochę mniej rzewnie). Nie zużyłam połowy sklepu kosmetycznego, ale tak najgorzej to znowu nie jest :).

W tym miesiącu z miejscówkami w mojej kosmetyczce pożegnały się:


1. Isana Body Butter Walnussmilch- kosmetyk ten zrobił prawdziwą furorę na Wizażu i na blogach. Moim zdaniem nie jest to produkt, który zasługuje na piedestał. Przeciętne masło, ciut klejące o nijakim zapachu. Nie podzielam ogólnych zachwytów. Kto ma ochotę przeczytać większą dawkę marudzenia na temat tego produktu, tego zapraszam TU.

2. Dove Invisible Antyperspirant- firma Dove nie gości zbyt często w mojej łazience. Nie przepadam za ich szamponami, mleczkami, kremami... Lubię tylko zapach mydła w kostce. W zeszłym roku poznałam jednak swój ideał zapachowy na lato (jeżeli idzie o antyperspiranty) i był to o dziwo właśnie Dove (z lilią wodną i miętą)- niesamowicie świeżo się po nim czułam. Niestety kulki i sztyfty Dove są słabe. Lubię antyperspiranty w spray'u (bo nie chce mi się czekać, aż inna formuła zaschnie), dlatego w tym miesiącu postanowiłam dać szansę Dove Invisible. Głębsze marudzenie na pewno się pojawi, bo lubię recenzować antyperspiranty :).

3. Be Beauty żel micelarny- tak, tak w końcu i ja mu uległam, choć obiecywałam sobie, że nigdy więcej nie kupię kosmetyków z Biedronki przeznaczonych do twarzy. Uległam i skusiłam się na ten micel. Co o nim myślę? Teraz tego nie zdradzę, ale recenzja już niecierpliwie przebiera kopytami w boksie :)

4. Tusz MIYO 3in1- z pewnością ulubieniec ostatnich miesięcy jeżeli idzie o tusze. Gdyby nie to, że trochę szybko traci "na wartości" kupiłabym kolejne opakowanie natychmiast. Tymczasem furtka dla nowych tuszy pozostaje otwarta. O tuszu MIYO można przeczytać TU.


5. Adidas Daily Scrub żel pod prysznic- miałam ogromny problem z tym kosmetykiem. Dlaczego? Za każdym razem, gdy wylewałam cudaka na gąbkę, zastanawiałam się czym ten żel do jasnej ciasnej pachnie. Dopiero po poście Idalii mnie oświeciło. Przecież to grejpfrut! A właściwie cukier z goryczą grejpfruta i delikatnym cytrysowanym aromatem. Ciekawy zapach.
Jak widać na załączonym obrazku miałam ten żel w starym opakowaniu. Nowe (które także można zobaczyć na zdjęciu) opakowania żeli Adidasa są o niebo lepsze- można je postawić "na głowie" i nie trzeba kombinować, aby wydobyć resztkę produktu. A buteleczka Daily Scrub ma ścięty korek, który nie chciał stanąć na głowie :).
Żel jest naprawdę przyjemny. Jestem leniwa i nie chce mi się używać mocnych peelingów raz czy dwa w tygodniu. A dzięki temu kosmetykowi wykonuję delikatny peeling codziennie. Skóra była przyjemnie gładka. Polecam, warto mu się przyjrzeć.

6. Bielenda Czarna Oliwka sól do kąpieli- taki tam gadżet do wanny. Nie przekonał mnie do długiego namaczania. Recenzja ukaże się niedługo.

7. Adidas Milk Protect żel pod prysznic- miałam kiedyś starą wersję i mnie nie zachwyciła. A jak było tym razem? Podobnie, chyba poza opakowaniem niewiele się zmieniło.

Oto moja szczęśliwa skończona siódemka. Miałyście któryś z tych produktów? I jak wrażenia? A jak wam poszła eliminacja zapasów w tym miesiącu?

środa, 28 marca 2012

Nieprzyjacielu kryj się! Essence Stay All Day 16h long-lasting concealer 10 Natural Beige

Muszę się do czegoś przyznać... Będzie wstyd, jak jasna cholera. Otóż, do całkiem niedawna korektor był dla mnie po prostu korektorem. I kropka. Pewnego pięknego dnia, gdy oglądałam filmiki na YT, Maxineczka wyrwała mnie ze stanu błogiej niewiedzy. Zielonego pojęcia nie miałam, że w angielskim na określenie korektora są aż 2 nazwy- corrector (czyli solidna artyleria) oraz concealer (mniej kryjący, lżejszy). Jak mamę kocham nie wiedziałam!

Wikipedia (tak, ośmielam się odwoływać do tej najwyższej urodowej instancji) wskazuje, że concealer może być używany między innymi na drobne niedoskonałości i na cienie pod oczami. Nie ma co od niego oczekiwać efektu Photoshopa w przypadku większych niedoskonałości. I pod takim kątem będę oceniała dzisiejszego delikwenta, czyli korektor-concealer z Essence (Essenca :D).

Produkt zamknięty jest w opakowaniu typu błyszczykowego. Ma aplikator-gąbeczkę, która jest lekko ścięta przy końcu (nie jest to taki prosty patyk, jak Bell). Nie jest to tak higieniczne opakowanie, jak np. tubka, ale i tak lepsze niż jakiś słoiczek na palca-grzebalca.

Korektor ma płynną konsystencję. Nie jest zbyt gęsty, ale też nie tak rzadki, jak korektor z Lovely, który nie krył wcale. Essence ładnie pokrywa zaczerwienienia i niewypukłe "ziaziu"- lubię go wklepywać pędzlem do podkładu. Są takie dni, gdy nakładam w kilku miejscach tylko korektor (tak około 2 warstw), przypudrowuję i wyłażę z domu. I, uwaga, nikt się jeszcze nie przestraszył (co prawda kilka osób spotkało się z latarniami, ale co tam)

Pod oczy Essence także daje radę- niestety wchodzi w zmarszczki. Ale całkiem ładnie rozjaśnia cienie pod oczami (choć nie jest to taki efekt wow, jak po Skinfoodzie).

Na razie jest nieźle, prawda? No to teraz będzie trochę czepiania się. Essence, podobnie jak Bell, zmienia kolor na skórze- trzeba go szybko wklepywać, bo inaczej robi się pomarańczowy. WTF, się pytam? Ponadto nie jest zbyt trwały- po około 3 godzinach wymaga poprawek. 16-godzinna trwałość? Litości.

Doczepię się także gamy kolorystycznej. Dostępne są jedynie 2 kolor- jaśniejszy i bardziej żółty 10 Natural Beige i ciemniejszy, świński 20 Soft Beige. Szału nie ma, przydały by się jeszcze z 2 inne odcienie.

Góra: Bell Multi Mineral 02
Essence: Stay All Day 10 Natural Beige

Skład: AQUA (WATER), CYCLOPENTASILOXANE, PEG/PPG-18/18 DIMETHICONE, DIMETHICONOL, CYCLOHEXASILOXANE, SODIUM CHLORIDE, C30-45 ALKYL METHICONE, C30-45 OLEFIN, MICA, POLYSORBATE 80, TRIMETHOXYCAPRYLYLSILANE, HYDROLYZED WHEAT GLUTEN, ETHYLHEXYLGLYCERIN, CERATONIA SILIQUA GUM, TRIETHOXYCAPRYLYLSILANE, PHENOXYETHANOL, MAY MAY CONTAIN: CI 77491, CI 77492, CI 77499 (IRON OXIDES), CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE).

Cena: 12 zł/7 ml
Dostępność: Drogerie Natura z dwiema szafami Essence (jest to produkt z drugiej szafy)
Ocena: 4/5

poniedziałek, 26 marca 2012

Cukier, lukier i 5 kg marshmallow- czyli postowe love vol. 2

Zdjęcie pochodzi z TEJ strony
Obiecałam sobie, że słodziasne posty dotyczące innych blogerek będę zamieszczała co 2 tygodnie. Jednak dziewczyny stworzyły tak świetne posty w ostatnim czasie, że zaczęły mnie świerzbić paluchy. Dlatego dziś kolejna porcja cukrowej wazelinki :D. Dziewczyny, błagam, przestańcie tworzyć takie rewelacyjne wpisy :).

1. Silverose i wpis o gąbeczkach
Ogólnie nie kręci mnie Beauty Blender, ale lubię ciekawostki. Nie wiedziałam, że mamy aż tyle tego typu gąbeczek na rynku. Osobom, które mają ochotę na gąbkę BB polecam przeczytanie recenzji Silverose (znajdziecie ją TU).
Tak w ogóle, to polecam lekturę całego bloga- Silverose tworzy wspaniałe posty, jej recenzje są bardzo wyczerpujące. Czytanie jej bloga to prawdziwa przyjemność dnia powszedniego :)

2. Olgita kontra waga
Olgita to jedna z moich ulubionych blogerek. Tworzy zabawne, ale jednocześnie rzeczowe posty. Ma poczucie humoru, dlatego często czytam jej wpisy, gdy moje kąciki lecą w dół.
"Wielorybia notka" rozłożyła mnie na łopatki. Rzadko się zdarza, żeby ktoś robił publiczny rozbrat ze swoją wagą- ja się swojej wstydzę, dlatego podziwiam Olgitę za jej zdrowe podejście do sprawy i motywację.

3. Shinodka wywabia cienie z pudełek
Widziałam kilka filmików o przekładaniu "jedynek" do magnetycznej palety, ale wpis Shinodki jakoś najbardziej do mnie trafił. Oprócz tekstu, w którym dowiedziałam się o cieniach Catrice z dziurką i bez, jest także filmik z samym procederem wyciągania cieni nad świeczką z przyjemną muzyką w tle.

4. Krzykla o uprzejmości
Ten wpis naprawdę mnie poruszył. Czy blogerki urodowe są dla siebie nieprzyjemne? Powiem szczerze, że osobiście się z tym nie spotkałam, ale z pewnością zdarzają się mniej lub bardziej chamskie wpisy. Wydaje mi się, że czasami drobne uszczypliwości nie mają na celu obrażenia, a są jedynie żartobliwym przytykiem. Często tego typu sformułowania w życiu codziennym, przy odpowiednim tonie głosu wywołują raczej uśmiech- słowo pisane nie zawsze pozwala na wyrażenie tego, co byśmy chcieli.
Ponadto umówmy się- blogerki nie są Troskliwymi Misiami i nie żyją w krainie tęczy- jak nas coś wkurzy, chodzimy wściekłe, to jednak ta frustracja (nawet czasem mimo woli) z nas uchodzi. W "realu" nie każda z nas jest idealną, wiecznie szczęśliwą kobietą. To chyba niemożliwe :). Uważam jednak, że przy "uzewnętrznianiu" się należy zachować umiar :). Ordynarnego chamstwa i prostactwa nie tłumaczy nic.

5. Czy córka premiera może prowadzić bloga? Czy blog to tylko chwyt marketingowy? Rozważania Brain for sale.
Moim zdaniem sprawa bloga Kasi Tusk i Zosi Cudny to ciekawy temat. Z jednej strony to normalne blogerki, z drugiej jedna z nich ma ojca-premiera. I zaraz wszyscy szukają w blogu dziury w całym. Czy gdyby blogerka nie była Kasią Tusk, córką TEGO Tuska, to ktoś by się czepiał jej bloga? Może i tak, ale z pewnością nie pisał by o tym Pudel, czy inny Plotek i nie wypowiadali by się specjaliści od marketingu politycznego. Bo według niektórych ten blog, to polityczne zagranie, a za dziewczynami stoi sztab specjalistów. Czy tak faktycznie jest? Cóż, tego się chyba nigdy nie dowiemy :)

A co ciekawego wy wyczytałyście ostatnio?

niedziela, 25 marca 2012

Wachlarz rzęs z MIYO? Miyo 3in1 action Super Lash Mascara

Jestem okropna, paskudna i niedobra. Tak, tak, wiem. Obiecywałam wam recenzję tuszu MIYO przez spory okres czasu. Ciągle mi coś jednak wypadało- jak nie urok, to przemarsz wojska. Chyba każdy ma tak czasami, że brakuje mu weny :).

Jednak w końcu się zebrałam do kupy i voila! recenzja się pisze :)

Hmmm, od czego by tu zacząć, do czego doczepić cię najpierw... Może do zapachu? Zapewne dla wielu z was zapach tuszu nie ma znaczenia. Czasami jest on jednak tak intensywny, że trochę przeszkadza w użytkowaniu (patrz: alkoholowy smrodek Avon Extend). Zapach tuszu MIYO kojarzy mi się z... sucharami :D.  Tak, jestem dziwna, powinnam się leczyć.

Skoro już jestem przy pierdółkach, to może opiszę szczoteczkę. Jest ona dość nietypowa. Przypomina kształtem stożek. Jest w dodatku dość długa- bo mierzy aż 3 cm (jest o pół cm dłuższa niż szczoteczka Essence Multi Action)- może się nie sprawdzić przy malutkich oczach (przy moich wygląda, jak narzędzie tortur). Szczotka jest silikonowa, dość twarda- operuje się nią raczej średnio, szczególnie przy rzęsach w wewnętrznym kąciku oka i tych dolnych.

Sam tusz ma dość suchą konsystencję. Jak pomaluję nim oczy, to nie mam wrażenia, że są oblepione. Nie przepadam za uczuciem ciężkich, opadających rzęs. Tusz, z racji swojej konsystencji, szybko się starzeje. Początkowo idealnie rozdzielał rzęsy i się nie osypywał, a teraz zdarza mu się robić jedno i drugie (stąd lekko sklejone rzęsy na zdjęciach). Gdy jest świeży, efekt nim uzyskany jest naprawdę niczego sobie.
Góra: MIYO
Dół: Avon Extend
Wspomniałam wam kiedyś, że uwielbiam gnębić kosmetyki, które w zamyśle są wielofunkcyjne- piorą, sprzątają, obierają ziemniaki, itd. Tusz MIYO jest z założenia "3in1"- ma on za zadanie pogrubić, wydłużyć i podkreślić (a który tusz nie podkreśla? Niech mnie ktoś oświeci.). Muszę przyznać, że jestem zadowolona z działania. Często mam zastrzeżenia do tuszy tylko pogrubiających, że dają efekt zlepionych rzęs. Przy wydłużających czepiam się efektu pajęczych nóżek. A dzięki MIYO udaje mi się osiągnąć praktycznie takie podkreślenie rzęs, jakie lubię na co dzień (lekkie pogrubienie i wydłużenie).

Zostawić moje zmarchy w spokoju :D

Jestem na tak, polecam spróbować na własnej skórze... tfu, rzęsach. Kosztuje grosze, a sprawdza się lepiej niż tusze 3 razy droższe.

Cena: ok. 9 zł/12 ml
Dostępność: listę ze sklepami, w których można dostać MIYO znajdziecie niezmiennie na Wizażu
Ocena: 4,5/5

piątek, 23 marca 2012

Czasami człowiek musi, inaczej się udusi... Tag: Muszę to mieć!

1. Napisz kto Cię otagował i zamieść zasady.
2. Zamieść baner tagu i wymień 5 rzeczy, które znajdują się na Twojej liście kosmetycznych zakupów. Wymień rzeczy, które zamierzasz kupić bądź te, które chciałabyś mieć.
3. Staraj się myśleć kreatywnie i nie przepisywać odpowiedzi od innych.
4. Krótko wyjaśnij swój wybór. Możesz także wkleić zdjęcie każdego kosmetyku.
5. Zaproś do zabawy 5 lub więcej blogerek.
Otagowały mnie trzy blogerki, do których polecam zajrzeć w wolnej chwili (niech no się dowiem, że która nie wlazła, to zobaczycie, no!)- Karotka, biemi i CosmColoPaula

Podoba mi się ten punkt mini zasad, który nakazuje kreatywność :D. Ludzie to kosmetyki, nie malarstwo impresjonistyczne :D

1. Róż EDM- ostatnio mam straszliwą ochotę na Weekend Getaway. Nie kupię pełnowymiarowego opakowania, bo go w życiu nie zużyję. Ale miniaturką nie pogardzę :)
Zdjęcie pochodzi z TEJ strony.

2. Olejek Alverde- opowiadały o nim megi i nissiax. Z każdą sekundą ich filmików coraz bardziej się nakręcałam. Niech no tylko przekroczę Nysę Łużycką- drżyjcie przygraniczne DMy

Zdjęcie pochodzi z TEJ strony.

3. Krem nawilżający- co prawda mam w zapasie Calmę Ziaji, ale już upatruję jej następcy. Wpadł mi w oko krem Corine de Farme- po AA Wrażliwej Naturze z w miarę przyjaznym składem, która bardzo mi odpowiada zaczynam skłaniać się ku kremom, które nie mają tony zbędnego syfu.

Zdjęcie pochodzi z TEJ strony.

4. Garść cieni do powiek- maluję się rzadko, ale co rusz zakochuję się w nowych cieniach. Na "chciejlistę" trafiły:
Zdjęcia pochodzą ze stron: Kobo, Catrice, DM

5. Balsam L'oreal. Urbaniasta rozpływała się nad nim w kilku notkach i filmiku... Choć firmy L'oreal nie trawię (stanowczo zbyt wysokie ceny w porównaniu z jakością), a wołanie ponad 40 zł za balsam do ust to rozbój w biały dzień, to chyba będę polowała na ten produkt. Trudno, najwyżej odmówię sobie 50 błyszczyków.
Zdjęcie pochodzi z amerykańskiej strony L'oreal Paris


Ostatnie dni zaowocowały także w nową chcicę- róż i bronzer The Balm

Zdjęcie różu pochodzi z TEJ strony, a bronzera z TEJ.

Taga, podobnie jak dobre fluidy wysyłam wszystkim chętnym. Jeżeli nie macie ochoty tworzyć notki, to napiszcie mi w komentarzach, na jakie produkty wy się czaicie :)

środa, 21 marca 2012

Kreskowiec pospolity vel. Pstrokacizna Chodząca, czyli koktajl kolorów na początek wiosny

Wiosna! To dziś temat numer jeden. Oficjalnie można zdjąć kożuch i przywdziać baletki. Grzecznie chowamy szare swetry do szafy i wyciągamy wszystko co kolorowe i pstrokate.

Ponieważ dziś jest tak szczególny dzień, to notka będzie równie specjalna, bo makijażowa. Wiecie, że ja i pędzle mamy ze sobą na pieńku, ale taki optymizm we mnie wstąpił, że złapałam co żywsze kolory cieni i przedstawiam wam kolejne DZIEUO.

Oczywiście, jestem ślepa jak kret i dopiero na zdjęciach zauważyłam, że moja boska fioletowa kreska jest troszku przerywana. Przymkniecie oko i wybaczycie ślepakowi? :D:D



Czym tym razem potraktowałam swoje ślepia?

Złapałam paletkę z zeszłorocznej kolekcji wiosennej My Secret i popełniłam przestępstwo zgwałcenia na zielonym cieniu (o paletce pisała TU). Następnie złapałam kobaltową kredkę od Hexx i namalowałam nią zewnętrzny kącik. Kredkę roztarłam cieniem Salt'n'Peppermint z paletki Sleek PPQ (swatche są TU). Ten cień położyłam też na dolną powiekę. Na linii wodnej wylądowała również kredka od Hexx (mój ukochany kolor ever, pal licho, żem niebieskooka). Namalowałam kreskę (no, powiedzmy CZĘŚĆ kreski) na górnej powiece za pomocą żelowego linera Essence (pisałam o nim TUTAJ). Cień Vanilla z MIYO położyłam w wewnętrznym kąciku i roztarłam nim trochę górną granicę. Na rzęsach znalazł się tusz z Oriflame z Glamour- dupa nie tusz.

Boże... Co ja robię?! Step tworzę? Do tego czegoś? O mamo.

Uprzejmię informuję, że oczekuję tylko i wyłącznie zachwytów nad moimi umiejętnościami. Osoby nie akceptujące tego jednozdaniowego regulaminu proszone są o opuszczenie niniejszej strony, w przeciwnym wypadku grozi kara bana(na :D).

poniedziałek, 19 marca 2012

Mini micel show. Małe porównanie płynów micelarnych- Vichy i Avene.

Na punkcie płynów micelarnych świat oszalał kilka lat temu. Szybko zdobyły one uznanie, szczególnie u tych kobiet, dla których demakijaż mleczkiem lub chusteczkami był drogą przez mękę.

Płyny (wody) micelarne są oferowane przez różne firmy- i te produkujące kolorówkę (Bourjois, Maybelline), i te które tworzą pielęgnację (tańszą- np. Ziaja, Eveline, Dax oraz droższą- Vichy czy osławiona Bioderma).

Uważam, że tego typu kosmetyk to naprawdę genialna sprawa- jest lekki jak tonik i skuteczny (a przynajmniej powinien być) jak mleczko. Czy płyny micelarne z poszczególnych półek cenowych różnią się między sobą? I czy w tym wypadku droższe oznacza lepsze?

Dzięki Hexxanie miałam możliwość przetestowania miceli, których nie kupiłabym nigdy w życiu, bo mój wąż z kieszeni chyba by mnie udusił. 200 ml cudu z Vichy kosztuje w cenie regularnej około 55 zł, natomiast Avene to wydatek rzędu 43 zł. Nie są to kwoty małe. Teoretycznie przed zakupem jakiegoś produktu możemy poprosić o próbkę... Tylko nie wszystkie ekspedientki są chętne je wydawać. W niektórych drogeriach, w których próbki nie dostałam nigdy w życiu, gdy nagle zostaję obdarowana tuzinem, zwykle wiem, że coś śmierdzi (hojnie wydawane próbki są często sporo po terminie). Dobra, koniec utyskiwania, czas do roboty.

Zapach
Mój ukochany Bourjois pachnie chlorem. A Avene i Vichy? Mają dość podobne zapachy, z tym że w Avene przeważają kwiaty, a w Vichy szpital/dentysta. Aromaty nie przeszkadzają przy zmywaniu, nie są jakoś bardzo nachalne.

Konsystencja
Dziwne byłoby, gdyby była inna niż rzadka. Jednak nie do końca na tym chciałam skupić się w tym punkcie. Oba produkty nie pozostawiają lepkiej warstwy, przyjemnie odświeżają twarz.

Siła zmywania
Dla zobrazowania efektów demakijażu, jakie możemy osiągnąć za pomocą tych produktów, pozwolę się posłużyć materiałem dowodowym w postaci fotografii. Do testu użyte zostały:
- eyelinery- wodoodporny Essence, kałamarz Lovely
- cień Inglota 446 na bazie Essence
- czerwona szminka Essence



Jak widać na załączonym obrazku, micel Vichy okazał się skuteczniejszym zmywakiem. Avene nie jest zły, natomiast nie sprawdzi się przy wytoczeniu cięższych dział.

Miałyście któryś tych produktów? Co o nich sądzicie? Jaki jest wasz ulubiony płyn micelarny?

niedziela, 18 marca 2012

Za co kocham blogerki- czyli postowe love idealne na słoneczną niedzielę

Blogosfera jest jak galaktyka- niezmierzona. Tyle dziewczyn zabrało się ostatnimi czasy za pisanie blogów, że jest co czytać :)

Akcję, mającą na celu promowanie postów innych blogerek zaproponowała Urban wzorując się na Lipstick League. Pomysł wydał mi się na tyle ciekawy, że i ja postanowiłam dołączyć do tej akcji.

Jestem wybrednym czytelnikiem blogów. Dlatego w totalny zachwyt wpadam dość rzadko. Kto tym razem odcisnął się w moim mózgu?

1. Słomka- melonie, jak śmiesz być ogórem?!

Czyli jak zrujnować światopogląd zwykłym melonem. Słomkę uwielbiam za całokształt (to znaczy nienawidzę za makijaże, bo jestem zazdrosna :D).

Zdjęcie pochodzi STĄD


2. Wirtualny wizażysta, czyli jak diggerowa pomalowała Urbana.

Dawno nie widziałam tak idealnie położonego różu. Na uwagę zasługują ponadto idealne kreski :)

A tutaj macie stylizację mistrza Painta, czyli moją własną :)

3. Raj dla konsumenta, czyli o zwrocie produktów u xbebe

Próbowałyście coś zwrócić do sklepu w naszym pięknym kraju? Jeżeli tak, to zapewne wiecie, że u nas zwroty są przyjmowane raczej niechętnie. O ile jeszcze ubrania, czy buty można prawie bez problemu oddać (tylko patrzą na ciebie, jak na niezdecydowanego kretyna-wyłudzacza- bo na pewno chodziłaś  w tym i doszyłaś metkę z powrotem), o tyle zwrot kosmetyku graniczy z cudem. Za kałużą klientkę traktuje się trochę inaczej. Chciałaby dusza do raju, oj chciałaby. Z drugiej strony, jak znam nasz charakter, to tak byśmy kręcili lody, że głowa mała.

4. Afera, aferę, aferą pogania- czyli złe, złe drogerie. Em rozprawia się z Naturą i Rossmannem.

Ostatni okres czasu nie jest zbyt przyjemny dla drogerii. Blogerki na tropie sensacji wynalazły kilka nieprawidłowości. Podręcznikowa już historia o pracownicy Natury (a właściwie jej kierowniczce), która otwiera pełnowartościowe produkty o krótkim terminie przydatności na zapleczu i w dodatku wrzuca film z tego procederu do internetu (powinni dać dyplom z kretynizmu stosowanego) lekko ucichła, ale za to pojawiła się nowa sensacja. Od dłuższego czasu na stronie Rossnet można zaobserwować pewnie małe "rysy" podczas przeprowadzania konkursów. Pal licho, że tampony ob wygrywają panowie. Gdy jednak na liście zwycięzców pojawia się kilka osób o tym samym imieniu i nazwisku (z pewnymi modyfikacjami co prawda- Ewa, Ewka, Ewunia, dodatkowe "t" w nazwisku itd.) zaczyna robić się ciekawie.

5. Zajęczak wizytuje dentystę

Kto nie zna Zajęczaka i nie czytał jej zabawnych postów, nie wysypie sobie trochę grochu w kącie i na nim klęknie! Podobnie, jak Słomkę, Zajęczaka kocham miłością bezgraniczną. Potrafi poprawić najbardziej pieski humor. A jej komiks z poczekalni u dentysty oglądam już chyba 20 raz :)


A wy macie swoje ulubione blogerki, do których często zaglądacie? Czyje posty na was zrobiły największe wrażenie?

piątek, 16 marca 2012

Ojej Olay! Olay Active Hydrating Krem na dzień i na noc.

Firma Olay od kilku lat intensywnie działa na naszym rynku. Mnie kojarzy się ona z dość drogimi kremami dla starszych pań. I zapewne dlatego, sama nie sięgnęłabym po tę firmę (dziękuję Viollet). A to duży błąd, bo przecież trzeba dać szansę zanim się pomarudzi trochę :). Seria Active Hydrating zburzyła moje przeświadczenie o Olay-firmie-dla-starszych-pań, bo skierowana jest do ciut mniej doświadczonych osób :)

Dziś będzie taka notka 2w1. Zrecenzuję dwa produkty- krem nawilżający na dzień do cery wrażliwej i krem nawilżający na noc do cery normalnej/mieszanej/suchej. Dlaczego? Stosowałam je razem (zazwyczaj) i nie zauważyłam specjalnej różnicy (no, może poza paroma małymi detalami).

Na początku mam do Olay poważne zastrzeżenie. Wiele firm produkując w jednej linii krem na dzień i osobno krem na noc "oznacza" słoiczki w wyraźny sposób. Co poeta ma na myśli? A no to, że zazwyczaj opakowanie jest ciut inne- np. krem na dzień ma niebieską nakrętkę i białą "resztę", a krem na noc jest niebieski z białą nakrętką. Dla mnie jest to duże ułatwienie- nie muszę się wczytywać w etykietę produktu, co oszczędza mi czas spędzony w łazience (a czas to piniondz :D). Słoiczki kremów Olay różnią się niestety tylko napisami. Często łapałam krem na noc rano, a krem na dzień wieczorem. Jak złapałam, tak smarowałam, trudno :D

Krem na dzień:
  • biały krem
  • rzadki (ale nie pływa jak maska Mrs.Potter's)
  • dobry poślizg
  • szybko się wchłania- ma leciutką formułę
  • nadaje się pod makijaż
  • nie zostawia klejącej warstwy
  • ma mały filtr- SPF 4 (co zaliczam jako plus, bo niektóre kremy na dzień nie mają nawet minimalnej ochrony)
  • dobrze nawilża (no ale umówmy się, nie jest to krem dogłębnie nawilżający, ot taki nawilżacz do niezbyt przesuszonej skóry)
  • ŚMIERDZI- kiszonym kremem (a nie jest stary ani zjełczały)
  • nie podrażnia
  • nie zapycha
  • nie wzmaga przetłuszczania skóry
Jest to niezły nawilżacz, ale jak dla mnie zapach go dyskwalifikuje.

Skład: Aqua, Etyhylhexyl Methoxycinnamate, Glycerin, Cetyl Alcohol, Petrolatum, Cyclopentasiloxane, Stearyl Alcohol, Isopropyl Palmitate, Dimethicone, PEG/PPG-18/18 Dimrthicone, Carbomer, PEG-100 Stearate, Myristyl Alcohol, Arachidyl Alcohol, Straric Acid, Palmitic Acid, Myristic Acid, Metyhylparaben, Propylparaben, Imiadozolidinyl Urea, Titanium Dioxide, EDTA, Sodium Hydroxide, BHT

Krem na noc:
  • kolor różowy (no, to rozumiem :D)
  • mydlany zapach- kto chodził w latach 90. do szkoły, ten wie, że mydło i papier były w szkolnym WC towarami deficytowymi. Jak rzucili mydło w kostce to zazwyczaj było ono zielone  albo różowe. I ten krem ma zapach tegoż różowego mydła. Jest on ciut duszący, zbyt mocny jak na noc, choć szybko się ulatnia
  • gęstsza konsystencja niż kremu na dzień, ale nadal jest dość rzadki
  • szybko się wchłania- trochę zbyt szybko, jak na krem na noc (moim zdaniem jest zbyt lekki)
  • z powodzeniem można go stosować w dzień- nie widzę między nimi różnicy w działaniu
  • nawilżenie jest jak dla mnie niezłe, ale sucharkom nie wystarczy
Podobnie jak brat całkiem się spisał, ale w tym przypadku również problematyczny jest zapach- i tak źle i tak niedobrze :D.

Skład: Aqua,  Glycerin, Cetyl Alcohol,  Cyclopentasiloxane, Stearyl Alcohol, Isopropyl Palmitate, Dimethicone, PEG/PPG-18/18 Dimrthicone, Carbomer, PEG-100 Stearate, Myristyl Alcohol, Arachidyl Alcohol, Straric Acid, Palmitic Acid, Myristic Acid, Metyhylparaben, Propylparaben, Imiadozolidinyl Urea, Titanium Dioxide, EDTA, Sodium Hydroxide, Parfum, Linalool, Citronellol, Benzyl Salicytate, Amyl Cinnamal, Citral, Alpha-Isomethyl Ionone, CI 14700

A jak z wydajnością? Kremy z racji rzadkiej konsystencji i szybkiego wchłaniania zużywają się szybko. Zazwyczaj jeden krem (przy użyciu na dzień i na noc) zużywam w przeciągu 1,5 miesiąca. Sądziłam, że 2 kremy starczą mi na znacznie dłużej- niestety oba pokazały dno w ciągu takiego samego czasu (czyli 6 tygodni).

Cena: każdy z nich kosztuje około 17-20 zł
Dostępność; Rossmann, Natura, Super-Pharm, Tesco, Kaufland- firma Olay jest ogólnodostępna
Ocena: 3,5/5

wtorek, 13 marca 2012

Zaprasowana matem. Oriflame Matte Control Pressed Powder

Pominę może moje zwyczajowe marudzenie dotyczące produktów katalogowych, bo jeszcze mi pouciekacie z krzykiem. Mówiąc krótko: darzę katalogi takim uczuciem, że notki by nie starczyło.

Puder Oriflame przybył do mnie dwa razy. Najpierw w moje łapki trafiła wersja Light/Medium (którą sprezentowała mi ciocia), a potem Medium/Dark (od Rodzynki). Już samo określenie kolorów powinno dać do myślenia, ale o tym za chwilkę.

Jeżeli chodzi o stronę wizualną to naprawdę nie mogę niczego Oriflame zarzucić. Opakowanie jest porządne, puder ma lusterko (można je nawet wymontować bez uszczerbku dla konstrukcji puzderka) i załączoną miękką gąbeczką (a uwierzcie mi gąbeczka nie posiadająca faktury pumeksu nie dla każdej firmy jest oczywistością). Dzięki opakowaniu puder znakomicie nadaje się do noszenia w torebce do poprawek w ciągu dnia.

Przyczepię się może do kolorów. Oriflame oferuje dwa: Light/Medium, Medium/Dark. Wychodzi na to, że osoba Medium mogłaby używać obu wersji, co oznacza, że powinny się one dopasowywać do karnacji. I tu jest niestety pies pogrzebany. Kolor Light/Medium w opakowaniu jest jasnożółty i wydawałoby się, że będzie dobry dla jasnej karnacji. Owszem pasuje, ale przez około godzinę. Puder naprawdę niesamowicie ciemnieje na buzi. Nie trafiłam na podkład, z którym puder chciałby stworzyć zgrany duet (może jest kompatybilny tylko z podkładami Oriflame?). Wersji ciemniejszej nawet nie położyłam na twarz- choć mogłabym jej używać chyba w charakterze bronzera (ma jednak za dużo pomarańczowych nut). Ciemnota znalazła nowego, szczęśliwego nabywcę, który używa jej właśnie na kości policzkowe. Ja nie miałam serca.

Teraz może skupię się na tym, do czego służy ten puder, czyli na matowieniu skóry. Umówmy się, mistrz matu to nie jest. Przy mojej mieszanej cerze mat wytrzymuje około 3 godzin- nie sądzę by sprawdził się u osób z bardzo tłustą cerą, nie ta klasa. Dużym minusem jest także to, że puder waży się w okolicach nosa. Nieładnie, oj nieładnie.

Może wspomnę jeszcze krótko o samej konsystencji pudru. Jest on bardzo drobno zmielony i sprasowany. Konsystencja jest jedwabista, puder trochę się pyli. Można go nałożyć zarówno załączoną gąbeczką, jak i pędzlem- z akcesoriami współpracuje chętnie. Puder ładnie pachnie (zapach kojarzy mi się trochę z perfumowanymi wkładkami Carefree)

Góra: Light/Medium
Dół: Medium/Dark
Czy polecam? Oczywiście, że nie. Słaby mat, koszmarna współpraca z innymi kosmetykami i do tego cena- przepraszam bardzo, ale nie będę płaciła 40 zł za toto- w tej cenie mam 3 pudry My Secret lub 2 Essence, które służą mi o niebo lepiej.

Cena: 37 zł/8 g
Dostępność: konsultantki Oriflame
Ocena: 2,5/5

Oooł, orzeszek. Isana Masło do ciała orzech włoski i mleko.

Powinnam mieć zakaz wstępu na wątek Rossmanna na Wizażu... Dożywotni. Mogę sobie obiecywać, że nie ulegnę modzie na dany produkt marek własnych, ale jak co do czego przyjdzie, to lecę z wywieszonym językiem i szałem w oczach do drogerii. Nie inaczej było tym razem.

Ostatnim odkryciem dziewczyn z wątku stało się masło z limitowanej edycji marki własnej Isana. Początkowo czytałam o tych zachwytach i myślałam dość ironicznie "jeny, znowu jakiś kosmetyk, który ma odmienić moje życie". Dziewczyny jednak nakręcały się coraz bardziej i zaczęły wyjeżdżać z Rossa tirami pełnymi masła. No nie, tym razem coś musi być na rzeczy. I ja ruszyłam na poszukiwania. Masło było jak trofeum, które uaktywniło mój instynkt łowiecki. Dałam się wmanewrować- nie czytałam jeszcze wtedy artykułu Aliss o technikach marketingowych (który gorąco polecam). Żeby nie było- nie mam do nikogo pretensji :).

Jak już kupiłam to masło, to wypadałoby je poużywać trochę. Przemówiła do mnie obietnica bogatej pielęgnacji suchej skóry- moje łydki aż zakwiczały ze szczęścia. Na kwiku się tylko skończyło, nie było fajerwerków. Dlaczego? Bo jest to produkt, który pod względem pielęgnacji ustępuje masłu Joanny (które, przypominam, uznałam za średnie). Nie jest to masło dla suchej skóry, powiedziałabym, że dla bezproblemowo normalnej. Masło łagodzi uczucie suchości na krótko- bo maksymalnie na 4 godziny. Jak dla mnie jest to wynik bardzo słaby, bo nie będę się co rusz nacierać jakimś smarowidłem.

Czymś, co zaskoczyło mnie w tym maśle jest jego konsystencja- jest bardzo zbita. Co najśmieszniejsze, gdy nabiorę masło na dłoń i zaczynam rozsmarowywać wydaje mi się rzadkie (dużo "cieńsze" niż produkt Joanny). Na ciało trzeba go nałożyć sporo, co odbija się na wydajności. Isana, mimo zbitej konsystencji, okazuje się bardzo lekka- nie pozostawia takiej "mokrej" warstwy. No ale niestety różowo nie jest, bo się trochę klei.

Dziewczyny zachwycały się zapachem tego masła. Polecały je osobom, które lubią słodkie otulające zapachy. A że ostatnio mam fiksację na okołowaniliowe wonie byłam wniebowzięta. I co? I jajco. Masło pachnie mlekiem z cukrem. Nie jest to brzydki zapach, ale jakiś taki bezbarwny- mnie się on skojarzył z karmiącą piersią kobietą. Zapach utrzymuje się na skórze mniej więcej tyle ile działa masło, czyli do 4 godzin. Joanna pachnie o niebo dłużej...

Szczerze? Nie rozumiem modłów do tego produktu. Tanie, bo tanie, ale niezbyt wybitne masło.

Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Butyrospermum Parkii Butter, Cocos Nucifera Oil, Stearic Acid,Glycine Soya Oil, Hydrogenated Castor Oilm Cera ALba, Junglas Regia Seed Oil, Sodium Cetearyl Sulfate, Dimethicone, Phenoxyethanol, Parfum, Xanthan Gum, Lactis Proteinum, Ethylhexylglycerin, Tetrastodium Imnodisuccinate, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Hexyl Cinnamal, Lecithin, Tocopherol, Limonene, Glyceryl Stearate, Ascorbyl Palmitate, Methylisothiazoline, Glyceryl Oleate, Disodium Phosphate, Sodium Hydroxide, Potassium Phosphate, Kinalool, Citric Acid, Buthylphenyl, Methylpropional, Citral, Coumarin

Cena: 4,49/200 ml
Dostępność: Drogerie Rossmann
Ocena: 3/5

sobota, 10 marca 2012

Być gwiazdą rocka. MIYO OMG Eyeshadow No 46 Rockstar Robyn

MIYO poszalało i wypuściło edycję limitowaną składającą się tylko i wyłącznie z cieni metalicznych. Przyzwyczajona do limitek Essence, w których można znaleźć szeroki wachlarz produktów, trochę się rozczarowałam widząc cienie i nic więcej. Ale nie byłabym sobą, gdybym jakiegoś nie złapała. Padło na piękny fiolet Rockstar Robyn.

Cienie MIYO mają naprawdę niezłą jakość w odniesieniu do ceny. Edycja metaliczna jest ciut droższa od cieni z regularnej oferty, ale nadal jest to śmieszna kwota.

"Metale" od cieni z regularnej oferty różnią się nie tylko ceną. Inna jest także konsystencja- woskowa (w przeciwieństwie do suchej konsystencji cieni dostępnych zwykle w szafie). Zdziwiłam się jak pomaziałam tester. Kolor bardzo chętnie zostaje na palcu, dlatego nie polecałabym aplikacji paluchem na oko. Mnie najlepiej nakłada się go zbitą pacynką- dużo lepiej niż pędzlem. Cień trochę się osypuje.

Góra: Sleek PPQ Lilac Allen
Dół: MIYO Rockstar Robyn
Warto jednak znieść te małe niedogodności dla koloru. Moim zdaniem będzie on idealny dla brązowych oczu, choć moje niebieskie ślepia także ładnie odświeża. Podoba mi się to, że kolor nie jest płaski- w zależności od światła raz jest jaśniejszy, a innym razem ciemniejszy, ale za każdym razem przyjemnie fioletowy.

Ten cień bardzo mi się podoba, ale nie podbił mojego serca na tyle, żebym zrezygnowała z ukochanych matów.

To może jeszcze na koniec wspomnę o trwałości. Bez bazy dość szybko znika z powieki (bo po około godzinie). Na bazie trzyma się znacznie dłużej (no to dopiero odkrycie roku :D)

Czy polecam? Jak ktoś lubi takie wykończenie to z pewnością znajdzie coś dla siebie.

Cena: 6,49/3 g
Dostępność: wspólnie z dziewczynami tworzymy listę sklepów, gdzie można dostać kosmetyki MIYO TU
Ocena: 3,5/5

I mały bonus w postaci szybko zmalowanego makijażu:


czwartek, 8 marca 2012

Kobieta w masce. Mrs. Potter's Maska odbudowa i nawilżanie aloes i jedwab

Lubię swoje włosy. Naprawdę. Jeżeli miałabym wskazać jedną "część ciała", która mi się podoba z pewnością byłby to kłaki. Mimo że są niesforne, nie raz się z nimi użerałam, a na fejsie mamy status "to skomplikowane", lubię tę swoją miotłę z czubka głowy :).

Kocham odżywki do włosów. W łazience mam ich zazwyczaj kilka. Używam tej, która akurat się złapie- bo po oślepieniu oczu szamponem czasami przez kilka minut nie widzę niczego, tym bardziej tego, co właśnie wylewam sobie na głowę.

O ile jestem fanką odżywek, o tyle w temacie masek do włosów jestem ignorantką. A po co one komu? A nie obciążą mi włosów? Zostańcie ze mną, na te pytania odpowiem po krótkiej przerwie....

...

Wracamy do studia!

Bohaterem dzisiejszego reportażu jest maska Mrs. Potter's z aloesem i jedwabiem. Produkt zamknięty jest z plastikowym słoiczku- dość solidnym. Opakowanie nie jest zabezpieczone, więc wścibski nochal może się tam wetknąć.

Jak idzie o konsystencję to jestem trochę zaskoczona. Maski kojarzyły mi się raczej z gęstymi, w miarę zbitymi kremami. Produkt Mrs. Potter's jest rzadki, ma konsystencję kisielu. Nie trzeba się siłować z twardą masą.

Skoro jesteśmy jeszcze przy sprawach technicznych to warto wspomnieć o zapachu- jest on identyczny, jak szamponu z tej linii- aloes z nutami jedwabiu. Przyjemny, całkiem długo utrzymuje się na włosach.

A co z tym obiecanym nawilżeniem? Początkowo używałam maski z szamponem z tej serii. Niestety to była porażka- ten duet przytłoczył mnie swoim ciężarem. Zostałam rozłożona na łopatki i nie mogłam się podnieść. Zdecydowałam się więc używać maski z innym szamponem (nie perłowym) i jestem bardzo zadowolona. Maska spisuje się naprawdę dobrze, włosy są miękkie i bardzo ładnie błyszczą (nie, to nie jest połysk smalcu). Nie zauważyłam obciążenia ani wzmożonego przetłuszczania.

Ostatnio zaobserwowałam, że słoiczek robi się coś pustawy... Maska ma takiego zapachu, żebym ją jadła, pić też nie piłam. Dziwne... Zaczaiłam się pod drzwiami łazienki i przydybałam mamę :). Rodzicielka i jej farbowańce także się polubiły z maską.

Polecam ten produkt, choć nie ma co liczyć na to, że zregeneruje całkowite siano. Nawilża jednak przyjemnie, wygładza i nieźle pachnie.


Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Behentrimonium Chloride, Isopropyl Myristate, Dimethicone Copolyol, Aloe Barbadensis, Hydrolyzed Silk, Parfum, Isopropyl Alcohol, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, Citric Acid, Limonene, Linalool.

Cena: ok. 8 zł/250 ml
Dostępność: Tesco, Carrefour, Real, mniejsze drogerie
Ocena: 4/5

wtorek, 6 marca 2012

Pospolite ruszanie pupy :)

Hasło "schudnij na wiosnę" mnie nie rusza. Podobnie jak rozmaite diety bikini i inne cuda wianki. Jednak ostatnio jakoś naszło mnie na zmiany w życiu- zaczęłam więc od swojej sylwetki, która pozostawia wiele do życzenia. Stwierdziłam, że kilka kilogramów mniej się przyda. Napaliłam się ostro po poście Urbana- co złego to Urban :D. Wynalazłam zachwalany przez nią program ćwiczeń i wsiąkłam. Do maltretowania swojego ciała potrzebne są nam 2 rzeczy:

1. Hantle- moje mają akurat po 1,5 kg. Niestety nie było różowych i musiałam zadowolić się zielonymi... Jeżeli nie macie ciężkiego sprzętu i nie chcecie go kupować to butelki z kamieniami powinny wystarczyć.


2. Program ćwiczeń- pierwszą część popularnego shreda znajdziecie na YT

Za płytę zapłaciłam 27 zł z przesyłką. Zawiera wszystkie 3 poziomy, ale niestety ma beznadziejny podział scen- zamiast zrobić 3 sceny (1 na każdy poziom), producent zrobił 4- poziom 2 i 3 zaczynają się odpowiednio w połowie 2 i 3 części. Bardzo nieprzemyślane.

Co myślę o tych ćwiczeniach? Jestem bardzo leniwa i nie przepadam za ruchem- a ten program mnie do siebie przekonuje. Dlaczego? Bo nie jest nudny. Dla przykładu nie mogę ćwiczyć a6w (aerobicznej 6 Weidera), bo oprócz tego, że siada mi kręgosłup, to w dodatku ziewam jak mops w trakcie ćwiczeń, a kilka razy zdarzyło mi się przysnąć.

Zapytacie co z dietą? Nie potrafię trzymać się diet. Próbowałam kilka razy. Poza tym wychodzę z założenia, że wszystko jest dla ludzi. Chcę zjeść bułkę z żółtym serem? To ją zjem! Batonik? Nie ma sprawy, byle z umiarem. Wolę się ograniczać, niż całkowicie rezygnować z przysmaków- nie chcę chodzić głodna, nieszczęśliwa i napadać ludzi z batonikami na ulicy.

Po zakończeniu shreda spróbuję jeszcze raz a6w. Może zacznę także 8 minute buns, choć tak mi się chce śmiać z tego pana-prowadzącego i strategicznych zbliżeń :D



A wy macie jakieś sprawdzone sposoby na piękną sylwetkę?

niedziela, 4 marca 2012

Nudziarstwo, czyli nude wraca jak bumerang

Gdy kilka lat temu świat oszalał na punkcie nude, jakoś nie byłam przekonana. Nude kojarzyło mi się z tandetną jasnoróżową szminką albo ustami w kolorze korektora. Z czasem jednak zaczęłam się przyglądać makeup no makeup i coś mnie skusiło, żeby spróbować. Choć nudziarą nie zostałam, to jednak czasami zdarza mi się sięgać po takie delikatesy.

Dziś przedstawię wam nowości kosmetyczne, które z pewnością przypadną do gustu nudziarom z krwi i kości.


1. Celia
Nasza rodzima Celia wprowadziła niedawno do sprzedaży nową wersję popularnego pomadko-błyszczyka. Tym razem do wyboru mamy 6 odcieni nude. Jestem ogromną fanką tego kosmetyku (kto o tym nie wie, niech się przekona TU), dlatego musiałam kupić także nudziaka. Mój wybór padł na nr 602- który nie wiedzieć czemu na stronie jest pomarańczem. W rzeczywistości to jasny delikatny róż.
Zdjęcie pochodzi ze strony Celii
2. Randka z Viperą
Vipera wprowadziła nową serię szminek Rendez-Vous, w palecie której znalazło się kilka odcieni nude. Oglądałam testery tej szminki- jest całkiem kryjąca.

 Zdjęcia pochodzą ze strony Vipery
3. Essence
Marka Essence co pół roku wprowadza do swojej oferty nowości. W nowym asortymencie pojawiły się lakiery nude- i jest ich aż 7, a każdy z nich ma apetyczną nazwę. Skusiłam się na 04 iced latte i 06 hazelnut cream pie.
 Zdjęcie pochodzi ze strony Essence
Essence miało w swojej ofercie kilka szminek i błyszczyków nude, ale dorzuciło jeszcze:
Zdjęcie pochodzi ze strony Essence
4. Catrice
Marka Cosnovy skierowana do ciut starszych nastolatek także wprowadziła kilka nowości. Pojawiły się aż 3 nowe szminki nude (wcześniej była tylko jedna Be Natural).

Nudzicie czasem? Czy jesteście zdecydowanymi fankami koloru?

sobota, 3 marca 2012

Olej nie tylko w głowie. Babydream Olejek do pielęgnacji ciała dla kobiet w ciąży

Jeżeli ktoś myśli, że jestem szczupłą babeczką bez grama cellulitu i rozstępów, z ciałem i twarzą jak z okładki, to może się ciężko zdziwić. Nie prowadzę bloga dlatego, że jestem idealnie zakonserwowana, ale dlatego właśnie, że cudem natury nie jestem. Mam tyłek jak szafa trzydrzwiowa i "kubańskie" uda. I to właśnie dziś o udach będzie trochę, a ściślej mówiąc- o nieprzyjaciołach, którzy zaatakowali moje nogi ze wzmożoną siłą.

Tak mam rozstępy. Pojawiły się wraz z okresem dorastania, gdy nagle w bardzo krótkim czasie się rozwinęłam cieleśnie (bo psychicznie dojrzałości po mnie nie widać :D). Wtedy olałam problem i dziś jestem (nie)szczęśliwą posiadaczką białych blizn. Wygląda to niezbyt przyjemnie, ale trudno, nic już z tym nie zrobię. Przynajmniej nie kosmetykami- może kiedyś odważę się na laserowy zabieg usuwania blizn.

Teraz jestem już trochę mądrzejsza. Gdy widzę czerwone, świeżutkie pręgi w te pędy lecę do sklepu po jakieś cudo na rozstępy. Bo o ile z białymi nie wygramy drogeryjną chemią, o tyle z czerwonymi można sobie poradzić. Do tej pory moim ulubieńcem jeżeli idzie o rozstępy było serum z Bielendy- jeżeli ktoś jest zainteresowany moją recenzją to zapraszam na KWC.

O olejku dla mam Babydream (oszczędzę wam niemieckiej nazwy, żeby niektórzy się nie zapłakali mi tu) zachwycały się dziewczyny na Wizażu. Wiele pochlebnych opinii czytałam także na blogach. Spora część osób używała tego cudaka na włosy. I choć do wizażowych zachwytów uczę się powoli podchodzić z dystansem, to jednak postanowiłam dać szansę temu olejkowi.

Olejek zamknięty jest w poręcznej (bo wyprofilowanej) butelce z wytłoczonymi motylkami- opakowanie jest identyczne jak to, które mieści w sobie szampon Babydream, tylko jest jasnoróżowe. Zamknięcie jest solidne, nic się nie wylewa, nie straszna mu żadna podróż. I to tyle jeżeli idzie o buteleczkę.

Jaka może być konsystencja olejku? Z zasady (bo nie zawsze) jest tłusta. I ten olejek ma tłustą, smarowną, ale nie ciężką konsystencję. Rozsmarowuje się bardzo dobrze i w miarę szybko się wchłania. Ponieważ postanowiłam połączyć przyjemne z pożytecznym nakładałam produktu więcej i robiłam masaż gumową bańką chińską (taki skoncentrowany atak na cellulit i rozstępy). Taki zabieg wykonywałam co wieczór. I co zauważyłam? Moje nowe czerwone nabytki z wewnętrznej strony ud stały się niewidoczne!!! Aaaaaaaaa! Bóg chyba jednak istnieje. Korciło mnie, żeby zrobić wam zdjęcie sprzed i po, ale zrezygnowałam, żebyście się nie zgorszyły :). Olejek niesamowicie nawilża i wygładza skórę- moje łydki są mu równie wdzięczne co uda.

Używanie olejku może uprzyjemnić zapach. No właśnie może, a niekoniecznie to robi. Olejek ma typowy dla kosmetyków dla dzieci zapach- dzidziusiowy :D. Jest to zapach dość płaski i na dłuższą metę zaczyna męczyć.

Powiem krótko- jeżeli idzie o rozstępy jest to kosmetyk genialny. I to w dodatku w śmiesznej cenie.

Skład: Glycine Soja (Soybean) Oil, Prunus Amygdalus (Sweet Almond) Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil/unsaponifiables, Simmondsia Chinensis (Jojoba)Seed Oil, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Tocopherol, Parfum

Cena: 13 zł/250 ml
Dostępność: Drogerie Rossmann
Ocena: 5/5

piątek, 2 marca 2012

Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina- 7 urodowych grzechów głównych

Gdy oglądałam filmiki na YT rzucił mi się w oczy Tag, na który odpowiadały nieesia25 i xbebe18. Filmiki oglądało się bardzo przyjemnie :). Blogerki zdecydowały się zaadaptować ten tag na nasze potrzeby z czego się cieszę. Zostałam wywołana do spowiedzi przez Silverose, PureMorning i Basię :*:*:*:*.

1. Chciwość: Najdroższy kosmetyk, jaki kupiłaś. Najtańszy kosmetyk, jaki posiadasz.
 Jestem sknerą :D. Nie kupuję drogich kosmetyków. Nie wydam na masło do ciała 70 zł, żeby używać go od święta. Nie kupię kremu do twarzy 200 zł. Dlaczego? W dużej mierze dlatego, że jestem niepracującą studentką, a lwią część moich oszczędności pochłania zakup książek na studia. A nie będę na nich oszczędzała.
Najdroższym kosmetykiem jaki przewinął się przez moją kosmetyczkę były perfumy Chanel Coco Mademoiselle- ale to było kawałek czasu temu. Najtańszy? Chyba maseczka w saszetce Ziaja za niecałe 1,50 zł :).
 
Zdjęcie pochodzi ze strony Chanel

 Zdjęcie pochodzi ze strony Ziaji

2. Gniew: Których kosmetyków nienawidzisz, a które uwielbiasz? Jaki kosmetyk był najtrudniejszy do zdobycia?
 Nienawidzę antyperspirantów, które nie chronią i pachną potem. Mam na ich punkcie obsesję i rytualnie spalam je na blogowym stosie.
Nie trawię też kosmetyków, których producent obiecuje działanie antykoncepcyjne, pranie, sprzątanie, zmywanie, odkurzanie, wiązanie krawatów i kładzenie gładzi. Bardzo nie lubię być robiona w trąbę. A swoimi opisami najczęściej mami firma Eveline (swego czasu bardzo popularna na blogach).

Które kosmetyki uwielbiam? Nie mam stałej ligi kosmetyków ukochanych, bo lubię różnorodność. Do żelaznego zestawu ulubieńców z pewnością załapałby się: błyszczyk Paese, kredka Essence Longlasting 02 Hot Chocolate, moje nowe odkrycie- olejek Babydream i aloesowy balsam do ust Barbra.

3. Obżarstwo: Jakie produkty kosmetyczne są według Ciebie najpyszniejsze?
 Pachnące balsamy do ciała! Uwielbiam je. Muszę mieć słodko pachnący kosmetyk do pielęgnacji, bo tylko ładny zapach może mnie zmusić do jego używania. Kocham zapach maseł Joanny (szczególnie kawowego) i jogurtowego musu Beauty Milky Bielendy.

 Zdjęcie pochodzi ze strony Bielendy

Smakowo bardzo lubiłam pastę do zębów o smaku coli i błyszczyk Paese (malinaaa). Przy okazji- kiedyś widziałam jak w tramwaju dziewczyna otworzyła truskawkową Niveę i jadła po kawałku.

4. Lenistwo: Których produktów nie używasz z lenistwa?
 Jestem leniem patentowanym. Nie używam tego, co nie leży na wierzchu, dlatego mam całą komodę zastawioną różnymi cudami :). Najbardziej niesystematyczna jestem jeżeli idzie o peelingi do ciała, kremu do stóp i lakiery do paznokci.

5. Duma: Które kosmetyki dają Ci najwięcej pewności siebie?

Z pewnością siebie to w ogóle u mnie dość krucho :). Pewniej czuję się, gdy mam wszystkie "fuje" pokryte- dlatego nie ruszam się z domu bez kryjącego korektora na twarzy. Muszę także ładnie pachnieć- duet antyperspirant i perfumy są nieodzowne- nauczyły mnie to godziny spędzone latem w ścisku autobusowym.

 6. Pożądanie: Jakie atrybuty uważasz za najatrakcyjniejsze u płci przeciwnej?
Poproszę o inny zestaw pytań. To pytanie średnio pasuje do kosmetycznego taga- ale to oczywiście moim skromnym zdaniem.
Szczerze mówiąc nie przykładam wagi do wyglądu zewnętrznego pana- grunt żeby był czysty i zadbany. To czy ma niebieskie, zielone czy czerwone oczy jest mało ważne. Kolor włosów- obojętny. Za to poczucie humoru wskazane :).

7. Zazdrość: Jakie kosmetyki najbardziej lubisz dostawać w formie prezentów?
W ogóle lubię dostawać prezenty. Nie będę oryginalna, ale kocham dostawać perfumy :).

Wyznajcie wasze grzechy! Wyzywam każdą osobę, czytającą ten post!

czwartek, 1 marca 2012

Mała randka z ulubieńcami lutego

Luty wielu osobom kojarzy się z miłością. Nic dziwnego w tym miesiącu obchodziliśmy Walentynki, czyli święto wszystkich zakochanych (choć ja uważam, że miłość powinna być na co dzień a nie od kiczowatego święta). Dziś zaprezentuję wam produkty, które pokochałam w lutym.

Z kosmetyków kolorowych najczęściej na moich powiekach gościł fioletowy liner z Essence. Zmieniałam mu tylko tło- sięgałam po cień sypki My Secret nr 5 albo połączenie MIYO 04 Vanilla z Inglotem 344. Paznokcie z uporem maniaka malowałam lakierem Colour Alike Earth Rose (jedna warstwa, jedna warstwa!). Usta smarowałam tylko pomadką Alterra (trochę niezbyt przyjemnie pachnie, ale co tam). Przed wyjściem kropiłam się wodą toaletową z Essence, która choć jest monotonna i się nie rozwija to jednak smakowicie pachnie watą cukrową.

Perłą w koronie jest jednak olejek Babydream, który docelowo przeznaczony jest dla mam na rozstępy. Mamą nie jestem, nie będę i nie zamierzam, ale rozstępy posiadam. Machnę wam wyczerpującą recenzję na jego temat :).

A co was rozkochało w sobie w lutym?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...