Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

wtorek, 28 lutego 2012

Zrób ładnie "pa pa". Pożegnane w lutym

W lutym trzeba było się sprężyć, bo czasu na zużywanie było ciut mniej. W pewnym stopniu udało mi się stanąć na wysokości zadania, dlatego dziś zaprezentuję wam mini denko.


Adidas Action 3 Control antyperspirant- jestem z niego zadowolona, zatarł moje przykre doświadczenia związane z tą firmą. Głębsza recenzja niedługo.

Pollena Eva Tonik- mój ulubieniec od ładnego kawałka czasu. Na pewno kupię ponownie. Spragnionych recenzji zapraszam TU.

Avene Płyn micelarny- tego malucha dostałam do Hexxany. Czy warto kupić pełnowymiarową wersję? Recenzja wkrótce.

Manhattan Perfect Adapt- jeden z ulubionych podkładów, który wykorzystałam do ostatniej kropli. Polecam. Zainteresowanych tematem odsyłam TU.

Joanna Masło do ciała z kawą- pachnie obłędnie, zapach utrzymuje się na skórze naprawdę długo. Choć nie jest to hit pielęgnacji, dla samego zapachu kupię masło ponownie.

Olay Active Hydrating krem na dzień i krem na noc- przyjemne, leciutkie nawilżacze o średnich zapachach. Niedługo skrobnę o nich więcej.

A wam jak poszło "przyspieszone" zużywanie?

niedziela, 26 lutego 2012

Odpowiedzialność macanta, czyli szanujmy się wzajemnie

Kto czyta moje notki od dłuższego czasu ten wie, że mam bzika na punkcie kupowania nowych, nieotwieranych produktów. W niektórych recenzjach wskazałam, że producent nie zabezpieczył kosmetyku, przez co niecierpliwe rączki mogą go otworzyć.

Wiecie co robię, gdy kupię wymacany produkt? Dostaję prawdziwego szału. Z grzecznego, spokojnego zazwyczaj pączka zamieniam się w kapiącą wściekłością kulkę.

Nie otwieram produktów przed zakupem- i nieważne czy to tusz, kredka, eyeliner czy dezodorant albo balsam. Nie i już. Jeżeli są testery- ok, sprawdzam tester. Pełnowymiarowego produktu nie ruszę. Dlaczego? Szanujmy siebie nawzajem- ja nie chcę kupić czegoś dotykanego, to dlaczego ma to kupić ktoś inny. Czy któraś z was ma ochotę na kupno zjełczałego balsamu albo ćwiartki antyperspirantu? A może lubicie zaschnięte tusze albo szminki, którymi malowała się osoba z wirusem opryszczki? Ja niekoniecznie- chcę kupić produkt ze świadomością, że jest nowy, bo Alleluja! płacę za niego.

Szlag mnie trafia, gdy czytam, że "jak kupuję tusz, to muszę sprawdzić szczoteczkę"- można poszukać zdjęć w necie. A jeżeli ich nie ma, to warto poczekać na odpowiednie fotki, ktoś na pewno kupi produkt. Ludzie, puknijcie się w czoło.

Samoobsługa jest super, ale kosmetyki wydawane zza lady dawały chyba większą pewność ich świeżości (choć biorąc pod uwagę to co dzieje się na zapleczu)...

Nie podoba mi się postawa ekspedientek w sklepach- wiele z nich nie zwraca uwagi klientom macającym pełnowartościowe produkty, a co więcej same je otwierają. To tak jakby ugryźć batonik i odłożyć na półkę bo nie smakował. Pracownicy powinni być bezwzględni i nakazać uiszczenie odpowiedniej kwoty.

Ufff, wylałam swoje żale :)

Los bubelos, czyli marudzenie w formie TAGu :)

Zasady:

1. Napisz kto Cię otagował i zamieść zasady TAGu.
2. Zamieść banner TAGu i wymień 5 najgorszych kosmetycznych produktów, jakich kiedykolwiek używałaś i krótko to uzasadnij, czyli wymieniamy buble, bubelki i bubeleczki...
3. Zaproś do zabawy swoje ulubione bloggerki, ilość dowolna.
 
Taga otrzymałam od autorki taga, czyli Query.

Jak ja uwielbiam marudzić. Ponieważ nie chciałam powielać pisaniny o kosmetykach, o których mogłyście przeczytać u mnie wcześniej, pokażę wam buble, nad którymi się jeszcze nie pastwiłam.

1. Kolorowa zaprawa murarska- zastosowanie materiałów budowlanych w kosmetyce.

Mam dwóch faworytów w tej niechlubnej kategorii. Nie wiem czego wy oczekujecie od podkładu, ale dla mnie ma być on drugą skórą. W przypadku tych fluidów jest to niemożliwe. Wysmarowana nimi kilkakrotnie pukałam się w tył głowy, żeby sprawdzić czy ten tynk mi nie odleci. Mogłabym równie dobrze posmarować się gipsem/zaprawą murarską w tym samym kolorze, efekt byłby identyczny.


2. Wypalanie oka część I
Bardzo lubię eyelinery, choć z och obsługi powinnam dostać pałę z wykrzyknikiem. Nie przepadam za linerami w kałamarzu, bo ciężko mi się nimi maluje. Gdy jednak postanowiłam okiełznać ten temat, po przekopaniu internetu, zdecydowałam się na eyeliner My Secret w przepięknym brązowym kolorze. I kolor to jedyny pozytyw tego kosmetyku. Dlaczego? Już wyjaśniam.
Pewnego pięknego, dość leniwego dnia, zaczęłam naukę malowania kresek. W tym celu przyniosłam sobie lusterko, zasiadłam przy biurku z eyelinerem w kałamarzu. Otworzyłam go i przystąpiłam do operacji na lekko przymkniętym oku. Postawiłam małą, testową kropkę. Obok kropki nr 1 po chwili pojawiła się kropka nr 2. Zachęcona z bojowym okrzykiem spróbowałam namalować linię. Maluję, maluję, powoli, bez pośpiechu... A tu nagle TRAAAAAAAAACH! Kreska zatrzymała mi się w połowie włosów. Ratunku, wody, piecze, pali, ludzie wzywajcie straż! Już myślałam, że zostanę cyklopem, gdy z pomocą przyszła mi woda. Oko było czerwone i nie wyglądało ładnie. Liner dostał kolejną szansę- efekt był identyczny. Z hukiem wylądował w koszu.

3. Wypalanie oka część II
Naprawdę lubię firmę Ziaja, ale wyprodukowała kilka takich bubli, że mdli mnie, gdy o nich pomyślę. Jednym z takich niewypałów jest dwufazowy płyn do demakijażu. Owszem bardzo dobrze zmywa makijaż oczu, ale za cenę bardzo podrażnionych powiek i warstwy smalcu. Nie wyobrażam sobie, co by było, gdybym złapała go do zmycia eyelinera My Secret.

4. Masakra na twarzy

Skoro oczy już wypaliłam, to teraz zabiorę się za twarz, żeby spustoszenie było równe. Nigdy nie byłam przekonana do kosmetyków z Biedronki, na co duży wpływ miała to mleczko. Jeny, co to za dziadostwo. Podrażniło i zapchało. I tyle w tym temacie.


5. Diabeł w skórze (a właściwie opakowaniu) aniołka

Jestem trochę gadżeciarą- lubię czasem kupić coś, co ma ładne opakowanie. Kupowanie dla pudełka- powinnam się stuknąć w głowę. Szczególnie wtedy, gdy kosmetyk poza pudełkiem niczego sobą nie prezentuje, tak jak wazeliny (określone fachowo lip balmami) z H&M. Są one dostępne zazwyczaj w dwóch wersjach: waniliowej i truskawkowej. Miałam wanilię- pachniała słodko, ale ten kolor... Po prostu na ustach była perłowobiała, co wygląda gorzej niż sławetna Iced Champink z Avonu.

A jaka jest wasza prywatna lista bubli?

Tag oczywiście przesyłam wszystkim chętnym :)

piątek, 24 lutego 2012

(Nie)udana próba? Z fioletem jej do twarzy

Kocham fiolet (jakby ktoś nie wiedział). To drugi, po szarości, kolor, w który mogę się ubrać od stóp do głów. Tak, wiem że stroje mono wyglądają czasem śmiesznie. Prawda jest jednak taka, że jak nie mam czegoś fioletowego, to robię się przykra dla otoczenia (pfff, jakbym z fioletem była szczytem słodyczy). Dziś zaprezentuję wam kolejne naoczne malowidło, tym razem z nutą fioletu.

W takich delikatesach czuję się najlepiej. Nie jest to makijaż, który zmieni dzieje ludzkości, nie olśnię nikogo nowatorskim odkryciem. 



Czego użyłam?
cieni Inglot: 344M, 354M, 446P
kremowego cienia z paletki Hean Hot Chocolate
różu Bell Skin 2 Pocket 051
Tuszu MIYO
Kredki Basic 10
Żelowego Eyelinera Essence 02 London Baby

Za wszelkie uwagi będę wdzięczna, naprawdę. Przecież zdaję sobie sprawę z tego, że nie maluję jak Katosu :D.

P.S. Brwi zostały wycięte ze zdjęcia, bo znowu wyszły jakoś łyso.

środa, 22 lutego 2012

Fokus na fiolet. Jak jest ładne to trzeba wycofać. Essence Gel Eyeliner 03 Berlin Rocks

O tym, że w malowaniu kreski eyelinerem jestem kompletnie zielona, to już wiecie. Nawet w wyszukiwaniach Google cały czas ktoś do mnie trafia po "krzywa kreska eyelinerem". Co krzywej kreski żeś nie widział(a)? Patrz i ucz się od mistrza.

Mam nadzieję, że wybaczycie mi kolejną notkę o Essence. Jednak tym razem znowu goni mnie czas. Firma wycofuje kolor, o którym dziś szepnę wam kilka słów.

Jako maniaczka fioletów, wiedziałam, że choć kreski malować nie umiem, fioletowy liner na pewno znajdzie się w mojej kosmetyczce. I stało się- najpierw stałam się szczęśliwą posiadaczką Basic, a teraz żelka od Essence. Ech, szkoda, że zakupoholizmu nie można wyleczyć pigułami (pewnie i tak zapomniałabym o ich łykaniu)

Eyeliner, wbrew swojej nazwie, wcale nie jest żelowy. Bardziej przypomina krem, masełko niż żel. Konsystencja jest bardzo mięciutka, liner nie stawia oporu pędzelkom.

Żelek jest bardzo dobrze napigmentowany. Przynajmniej ten fioletowy, bo o brązowym tego powiedzieć już nie mogę (ale o brązie napiszę kiedy indziej).

Ponadto jest prosty w obsłudze- i mówię to ja, babcia Zoila, której trzęęęęęęęsąąąąą się ręce. Kreska maluje się sama, w dodatku w miarę równa (zawsze ją trochę autorsko naginam :D).

Liner się nie odbija i jest bardzo trwały, naprawdę wodoodporny. U mnie utrzymuje się od rana do wieczora, a mam tłustą powiekę. A czym go zmywam? Jestem mile zaskoczona, bo schodzi przy pomocy żelu micelarnego z Biedronki.

2xEssence, 1xcień Inglot 446P
Dla mnie prawdziwym creme de la creme jest kolor. Jest fiolet, jest impreza. Z tym, że fiolet filetowi nie równy. Eyeliner ma piękny, głęboki fioletowy kolor, podszyty nutami brązu- zupełnie jak mój ukochany cień Inglota. Mojej tęczówce bardzo się spodobał, ale aż zazdrość mnie bierze, jak pomyślę o tym, co będzie wyczyniał z zielonymi oczami.

Jestem oczarowana tym produktem. Piękny kolor, bardzo dobra trwałość, nazwa (Berliiiiiiiin!). I tylko po kiego grzyba go wycofują? Jeżeli wam się spodobał, to polecam lecieć do sklepu, bo potem będzie płacz i zgrzytanie zębami.

SKŁAD: ISODODECANE, POLYETHYLENE, CYCLOPENTASILOXANE, MICA, TRIMETHYLSILOXYSILICATE, CALCIUM ALUMINUM BOROSILICATE, DISTEARDIMONIUM HECTORITE, CYCLOHEXASILOXANE, PROPYLENE CARBONATE, SILICA, TIN OXIDE, CI 75470 (CARMINE), CI 77742 (MANGANESE VIOLET), CI 77491, CI 77499 (IRON OXIDES), CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE).

Cena: 11,99 zł (na wyprzedaży: 3,99 zł)
Dostępność: Drogerie Natura, Tesco Extra, Douglasy, Super-Pharm (nie wszystkie)
Ocena: 5/5

poniedziałek, 20 lutego 2012

Zastąpić niezastąpiony lakier? Essence Colour&Go 50 Irreplaceable

Lakiery Essence to jedne z tych kosmetyków, które albo się kocha, albo nienawidzi. Ja należę do tej drugiej grupy. Kiedy jednak dostałam od brata 50 Irreplaceable, nie mogłam się powstrzymać przed miłością do tego lakieru.

Mam wrażenie, że Essence poprawiło jakość lakierów. Te, które pamiętam sprzed kilku lat były bardzo glutowate i miały wchlarzykowy pędzelek. Ten pan ma "normalną" konsystencję (nie jest ani zbyt rzadki, ani bardzo gęsty) i prosty pędzelek. Niestety wraz z tymi kosmetycznymi zmianami nie zmieniła się beznadziejna trwałość; lakier utrzymuje się maksymalnie 2 dni, potem złazi. Krycie także nie jest najlepsze- bo trzeba aż 3 warstw. Na szczęście szybko schnie- 3 warstwy w 20 minut to niezły wynik.

Kolor lakieru jest super. Essence ma naprawdę świetne odcienie. Irreplaceable to beż ze złoto-zielonymi mikrodrobinkami. Nigdy nie widziałam takiego koloru, jest wyjątkowy. Piszę wam o nim, bo niestety zostaje wycofywany. Jeżeli wam się spodobał, to pędźcie do Douglasów/Tesco Extra/Super-Pharm, bo od dziś ruszyły wyprzedaże produktów Essence (w TE pojawiły się już w zeszłym tygodniu).

Mam nadzieję, że nie przeraziłyście się moich skórek :D. Paznokcie były malowane do zdjęcia na szybko, abym mogła wam przybliżyć ten lakier. Krytykować nie wolno, bo inaczej pójdę po siekierkę :D:D

Cena: 5,49 (wyprzedaż: 3,99)
Dostępność: Drogerie Natura, Douglas, Tesco Extra, Super-Pharm (nie każdy)
Ocena: kolor 5/5, jakość 2/5

niedziela, 19 lutego 2012

A po co to komu? Tag: 5 kosmetycznych rzeczy, których wcale nie chcę mieć


Zasady: 
- napisz kto Cię otagował i zamieść zasady TAG'u
- zamieść baner TAG'u i wymień 5 rzeczy z działu kosmetyki (akcesoria, pielęgnacja, przechowywanie, kosmetyki kolorowe, higiena), które Twoim zdaniem są Ci całkowicie zbędne, bo:

  • mają tańsze odpowiedniki
  • są przereklamowane
  • amatorkom są niepotrzebne
  • bo to sposób na niepotrzebne wydatki

Krótko wyjaśnij swój wybór. Zaproś do zabawy 5 lub więcej innych blogerek.
 
Otagowały mnie Fiolka i Silverose- dziękuję dziewczyny :*

Do szczęścia nie potrzebuję:

1. Drogich lakierów, takich kosztujących 100 zł wzwyż. Chanele, Diory i inne takie na pewno nie zagoszczą w mojej kosmetyczce. Za tę cenę wolałabym kupić 2 OPI, Essie, które też są śliczne, ale ciut tańsze. Choć szczerze mówiąc, to najbardziej lubię lakiery kosztujące 10-20 zł- w tym przedziale cenowym można także znaleźć ładne kolory.
Zdjęcia pochodzą ze strony Diora
  
Zdjęcia pochodzą ze strony Chanel

Zdjęcie pochodzi ze strony YSL

2. Maseł TBS- podobno bosko pachną, ale zapach to nie wszystko. Za kosmetyk, który zużyłabym w niecały miesiąc mam zapłacić 65 zł? No way.
Zdjęcia pochodzą z amerykańskiej strony TBS

3. "Profesjonalnych" kosmetyków do stylizacji włosów- mleczka czy lakiery za około 70 zł wcale nie są takie dobre, jak sugerowałaby to zabójcza cena.

Zdjęcia pochodzą z polskiej strony L'oreal Professionel

4. Balsamów do ust powyżej 40 zł- już do 10 zł można znaleźć fajne produkty, po co przepłacać?
Zdjęcia pochodzą ze stron: Clarins, Vouge Italia, Skin Botanica

5. Kremów do depilacji- nie dość, że na jedną nogę trzeba nałożyć całą tubkę, to jeszcze guzik robią. Wolę maszynki.
Zdjęcia pochodzą ze stron: Bielenda, Eveline, Veet

Do tagu zapraszam wszystkich chętnych. Jeżeli nie macie ochoty się rozpisywać na temat produktów dla was zbędnych, napiszcie w komentarzu, które za takie należy uznać. Chętnie poczytam :).

sobota, 18 lutego 2012

Słodkie lenistwo na łące. Pollena Eva Zioła Polskie Tonik z ekstraktem z koniczyny łąkowej

Nie mam coś weny ostatnio. Rozleniwiłam się całkowicie i nie mam ochoty na cokolwiek. Nawet blog mi nie daje tyle radości, co jeszcze 2 miesiące wcześniej. Mam nadzieję, że jest to przejściowy kryzys, a nie trwała depresja :).

Pomarudziłam chwilę i od razu mi lepiej, dlatego teraz z czystym sumieniem mogę się zabrać do recenzji. Dziś bieg z przeszkodami pokona Pielęgnacyjny tonik bezalkoholowy z ekstraktem z koniczyny łąkowej firmy Pollena Eva.

Jest to mój trzeci produkt tej firmy. Pierwszy (krem) szybko zaskarbił sobie miano ulubieńca, drugi (kremowy żel) nie zachwycił. Jak będzie tym razem?

Tonik z Polleny Evy jest moim pierwszym tonikiem. Nigdy nie kusiła mnie taka forma kosmetyku. Robiłam jakieś przymiarki do toników, ale zazwyczaj odkładałam je na półkę, ponieważ te, które mnie zaciekawiły, miały w składzie wysuszający alkohol. Tonik z Polleny Evy chwyciłam razem z kremowym żelem na fali zachwytu kremem nawilżającym. Powiem krótko: MÓJ CI ON!

Zanim dojdę do landrynkowej części recenzji przyczepię się trochę. Doczepię się do pierdoły (jak dla kogo), bo do nakrętki. Nakrętka ma maleńką dziurkę, przez którą wydobywa się produkt. Ta dziurka nie sprawdza się, gdy mamy prawie pełny produkt- można siknąć tonikiem w siną dal :).

Wylałam swoją żółć, to teraz dla odmiany się pozachwycam. Tonik bardzo przyjemnie odświeża. Kiedy użyłam go pierwszy raz byłam zdziwiona, bo lekko... hmmmm... mrowił twarz? Nie przeraźcie się, to nie było negatywne uczucie, ale nie spodziewałam się go. Tonik domywa resztki makijażu i zanieczyszczeń- bardzo lubię go używać rano, często sama się dziwię, jak brudną miałam twarz (mimo, że wieczorem ją oczyszczam). Pollena nie ma w składzie alkoholu, więc nie wysusza i nie podrażnia. Tym, co najbardziej mnie urzekło, jest zapach. Od razu przypomniało mi się moje dzieciństwo i wianki plecione z koniczyny, bo właśnie najprawdziwszą koniczyną pachnie ten tonik. Do tego dodam, że jest śmiesznie tani i wydajny (używam od ponad 2 miesięcy codziennie, a jeszcze troszkę mi zostało). Voila! Oto produkt idealny.

Skład: Aqua, Chondrus Crispus (Carrageenan)/Propylene Glycol, Panthenol, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Trifolium Pratense (Clover) Extract, Sphingolipids/Phospholipids, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Glycerin, Sodium Benzoate, Methylparaben, Parfum, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, Linalool, Hydroxycitronellal, Hexyl Cinnamal, Benzyl Salicylate, Citronellol, Geraniol, Limonene

Cena: ok. 7 zł/200 ml 
Dostępność: drogerie z polskimi produktami, Tesco (tam mają bardzo dobry wybór Polleny Evy)
Ocena: 5/5

czwartek, 16 lutego 2012

Nie ma to jak aloes? Mrs. Potter's Szampon Odbudowa i Nawilżanie Aloes i Jedwab

Jakiś czas temu pisałam wam o szamponie z aloesem Mrs. Potter's (dokładnie TU). Po skończeniu półlitrowej butli zaczęłam rozglądać się za innymi specyfikami. Planowałam wrócić do tego szamponu latem, bo wtedy sprawdzał się on u mnie najlepiej. W międzyczasie Forte Sweden zmieniło formułę szamponu i opakowanie. Pewnie bym o tym nie wiedziała, gdybym pewnego dnia nie znalazła w skrzynce odbiorczej mejla od pani Alicji z propozycją testów. Taaaak, już widzę, że wasze brwi znalazły się mniej więcej na linii włosów :). Ponieważ lubię kosmetyki Mrs. Potter's z tej serii z aloesem, zgodziłam się.

Pierwszą zmianą, która rzuciła mi się w oczy do razu, było opakowanie. W starej wersji była to przezroczysta, prosta butelka z  najgorszą zatyczką, jaką w życiu widziałam (po pierwszym otwarciu ciężko było ją domknąć, a czasami w ogóle nie chciała się przymknąć, przez co transport szamponu był horrorem). Nowe opakowanie jest nieprzezroczyste, wyprofilowane i wreszcie zatyczka porządnie "trzyma". Czy jest lepsze od starego? I tak, i nie. Z jednej strony ogromny plus za zakrętkę i sam kształt opakowania, a z drugiej spory minus za to, że nie jest przezroczyste (wolę przejrzyste opakowania, bo wtedy jestem w stanie kontrolować zużycie).

Oprócz opakowania zmieniła się także formuła. Stary szampon był rzadki i przezroczysty, ale dobrze się pienił. Nowa wersja jest perłowobiała, gęstsza, ale pieni się równie dobrze. Szampon docelowo przeznaczony był i jest dla osób o suchych/zniszczonych włosach- rzadka wersja sprawdzała się także na moich przetłuszczających kudłach, natomiast ta perłowa jest dla mnie w tej chwili ciut ciężka. W moim przypadku używanie do niej dodatkowo solidnej odżywki byłoby zabójstwem. Moja mama, która ma włosy farbowane, ma podobne odczucia odnośnie ciężaru szamponu. Mimo zmiany formuły nie zmieniło się jednak to, że szampon nie podrażnia mojej skóry głowy. Zmianę jednak zauważyłam jednak w działaniu, szampon dzięki zawartości jedwabiu widocznie wygładza włosy.

Zmienił się także zapach szamponu. W poprzedniej wersji czuć było aloesową herbatę, w nowym wydaniu szampon ma silnie wyczuwalne nuty charakterystyczne dla kosmetyków z jedwabiem. Byłam fanką starego zapachu, ale ten też nie jest najgorszy. Dość długo utrzymuje się na włosach, czuję go na drugi dzień.

Podobnie jak w przypadku psikadła z imbirem, mam mieszane uczucia. W odżywce widzę jednak więcej plusów, natomiast szampon mnie nie zachwycił i z utęsknieniem będę wspominała starą wersję. Może jednak dam szansę innym seriom Mrs. Potter's.


Miałyście go?

Cena: 8-9 zł/500 ml
Dostępność: duże sieci marketów Tesco, Auchan, Real
Ocena: 3,5/5

wtorek, 14 lutego 2012

Podróż do raju kwitnących wiśni. Rimmel Lasting Finish 077 Asia

Pomadki z serii Lasting Finish to absolutna klasyka, jeżeli chodzi o Rimmela. Od długiego czasu triumfy święci Airy Fairy, ale moja ulubienica, Asia, jest niemniej popularna.

Do szminek Rimmela podchodziłam od dłuższego czasu. Nie mogłam się zdecydować na kolor- raz chciałam Airy Fairy, innym razem zakochiwałam się w innym kolorze.

W okolicach sierpnia szminki Lasting Finish zmieniły opakowanie- srebrny pasek dodał im bardziej eleganckiego wyglądu. Ja swoją szminkę dorwałam jeszcze w starym, niezbyt ładnym, opakowaniu- nie żałuję, bo odbiło się to na cenie. Za 7,99 mogę spróbować, ale 16 zł na nietrafiony kolor byłoby mi szkoda.

Asia okazała się celnym trafem, jeżeli chodzi o kolor- ciemny róż z brązowymi nutami. Jak dla mnie- cudo. Myślę, że wielu dziewczynom- szczególnie szatynkom i brunetkom będzie bardzo pasował.

Sama szminka jest dość sucha, ale mimo to łatwo się ją rozprowadza. Równomiernie pokrywa usta kolorem i delikatnym, ciut metalicznym połyskiem. Niestety podkreśla suche skórki. Nie wysusza ust, ale nawilżenia też nie zauważyłam. Bardzo ładnie pachnie- jest to chemiczny, ale przyjemny, waniliowo-wiśniowy zapach.

Co do trwałości. Według producenta jest to pomadka długotrwała. Hmm, chyba mamy inne pojęcie długotrwałości. Nie oczekiwałam, że szminka utrzyma się na ustach od rana do wieczora i będzie trzymała się na ustach mimo picia i jedzenia. Nie, aż takich wymagań nie miałam. Ale kurczę, szminka  z założenia długotrwała powinna utrzymywać się dłużej niż półtorej godziny. Nie wiem od czego zależy ta trwałość, może kolor ma z tym coś wspólnego?



Myślę, że warto przyjrzeć się tym szminkom- kolorystyka jest naprawdę ciekawa. Ja zapoluję na nową serię, sygnowaną nazwiskiem Kate Moss.

Skład: RICINUS COMMUNIS (CASTOR) SEED OIL, CANDELILLA CERA/EUPHORBIA CERIFERA (CANDELILLA) WAX/CIRE DE CANDELILLA, OCTYLDODECANOL, CAPRYLIC/CAPRIC TRIGLYCERIDE, MYRISTYL LACTATE, VP/HEXADECENE COPOLYMER, OZOKERITE, LANOLIN, CASTOR OIL/IPDICOPOLYMER, MEADOWFOAM ESTOLIDE, MYRISTYL MYRISTATE, SILICA, PARFUM/FRAGRANCE, BENZYL BENZOATE, DI-PPG-3 MYRISTYL ETHER ADIPATE, DIPENTAERYTHRITYL HEXA C5-9 ACID ESTERS, SORBITAN SESQUIOLEATE, TOCOPHEROL, PROPYLPARABEN, CERA CARNAUBA/COPERNICIA CERIFERA (CARNAUBA) WAX/CIRE DE CARNAUBA, ASCORBYL PALMITATE, BENZYL SALICYLATE, BENZYL CINNAMATE, LINALOOL, AQUA/ WATER/EAU, CHAMOMILLA RECUTITA (MATRICARIA) FLOWER/ LEAF EXTRACT, CUCUMIS SATIVUS (CUCUMBER) FRUIT
EXTRACT, CINNAMYL ALCOHOL, TIN OXIDE, EUGENOL, [MAY CONTAIN/PEUT CONTENIR/+/- :MICA, IRON OXIDES (CI 77491, CI 77492, CI 77499), TITANIUM DIOXIDE (CI 77891), D&C RED NO. 6 BARIUM LAKE (CI 15850), D&C RED NO. 7 CALCIUM LAKE (CI 15850), FD&C YELLOW NO. 5 ALUMINUM LAKE (CI 19140), FD&C YELLOW NO. 6 ALUMINUM LAKE (CI 15985), D&C RED NO. 27 ALUMINUM LAKE (CI 45410), D&C RED, NO. 33
ALUMINUM LAKE (CI 17200), FD&C BLUE NO. 1 ALUMINUM LAKE (CI 42090), CARMINE (CI 75470)].


Cena: 17 zł
Dostępność: Natura, Super-Pharm, Rossmann, wiele drogerii- Rimmel to popularna firma
Ocena: 3,5/5

***

Jak widzicie na moim blogu Walętynek nie będzie. Nie zaatakują was żadne serduszka, makijaże walentynkowe i inne takie. Ale wszystkim celebrującym 14 lutego życzę miłej zabawy.

niedziela, 12 lutego 2012

Pogromca kołtunów. Mrs. Potter's Ekspresowa odżywka bez spłukiwania z imbirem

O dobroczynnym działaniu imbiru na nasz organizm słyszałam nie raz. Z czym kojarzy mi się imbir? Przede wszystkim z przeziębieniem- podobno napar w imbiru świetnie rozgrzewa. Ta przyprawa kojarzy mi się także z azjatycką kuchnią- do sushi podaje się go w formie marynowanej.

Co ma wspólnego imbir z bohaterem dzisiejszej notki? Dziś na tapecie znalazła się odżywka ułatwiająca rozczesywanie z imbirem, której zadaniem jest wzmocnienie włosów. Imbir zapobiega ich wypadaniu, a także nadaje połysk i ułatwia rozczesywanie. Opis tego dobroczynnego działania zaostrzył mi porządnie kosmetyczny apetyt.

Zacznę może od opakowania. Buteleczka zawiera w sobie 200 ml produktu. Atomizer jest porządny, łatwo się nim rozpyla produkt. Mam jednak małe "ale" odnośnie kształty butelki- gdyby była wcięta, łatwiej byłoby ją utrzymać, a tak czasami trochę mi się wyślizguje.

Miałam wątpliwości do tego produktu, bo to odżywka bez spłukiwania. Obawiałam się, że obciąży moje włosy i spowoduje wzmożone przetłuszczanie. Na szczęście moje obawy były bezpodstawne. Odżywka nie obciąża i nie przetłuszcza. Włosy nie są sklejone, odżywka nie zostawia uczucia lepkości.

Co do właściwego działania... Odżywka faktycznie ułatwia rozczesywanie, ale trzeba nią obficie spryskać włosy i lekko ją w nie wgnieść. Po krótkiej chwili włosy stają się dużo bardziej podatne na rozczesywanie, szczotka rozdziela je gładko, bez szarpania. Mgiełka ładnie nabłyszcza włosy.

Produkt ładnie pachnie, ale niestety zapach (nie jest ostry, imbirowy, bardziej przypomina miód) nie utrzymuje się na włosach.

Według producenta odżywka wzmacnia cebulki włosów, co zapobiega ich wypadaniu. Mam w tej kwestii mieszane uczucia. Bo owszem, odkąd jej używam włosy mi nie wypadają tak bardzo, ale jest pewien problem z aplikacją. Odżywka ma formę mgiełki, którą ciężko zaaplikować na skórę głowy- trzeba psikać albo bezpośrednio na skórę głowy, co jest dość pracochłonne albo na dłoń i potem wetrzeć. Średnio przemawia do mnie taka forma jeżeli chodzi o skórę głowy.

Jest to ciekawy produkt, warto go wypróbować, ale nie ma co oczekiwać, że rozplącze wszelkie gniazda i zahamuje wypadanie włosów całkowicie.

Skład: Aqua, Cetrimonium Chloride, Polyquaternium-7, PEG-20 Glyceryl Laurate, PVP/VA Copolymer, Zingber Officinale, Propylene Glycol, Potassium Sorbate, Methylparaben, Ethylparaben, Panthenol, Parfum, Isopropyl Alcohol, Alcohol, Tetrasodium EDTA, Magnesium Nitrate, Magnesium Chloride, Methylcholoroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Citric Acid, Limonene, Coumarin, Citral, Cl 19140, Cl 14720

Cena: ok. 7 zł/200 ml
Dostępność: największy wybór Mrs. Potter's widziałam w Realu i Tesco
Ocena: 4/5

Edit: Zmieniłam ocenę, podniosłam o połówkę. Trochę za nisko oceniłam produkt, który w sumie mi odpowiada.

piątek, 10 lutego 2012

Młoda i piękna? Pollena Eva, Żel do mycia twarzy kremowy z termopeelingiem

Zdarza wam się zaufać kosmetykowi, tylko dlatego, że jest określonej marki? Ja mam tak bardzo często, szczególnie, gdy inne produkty sprawdzają się u mnie świetnie. Żel do mycia twarzy z Polleny Evy kupiłam właśnie dlatego, że zachwyciły mnie dwa inne produkty tej firmy- krem i tonik.

Kremowy żel nie jest produktem do szpiku złym. Jest po prostu przeciętny.

Zacznę może od tego, że kosmetyk ten żelu w ogóle nie przypomina. Ma postać kremową, w której zatopione są granulki. Granulek jest mało i są bardzo delikatne i z pewnością roli peelingującej nie spełniają. Zastanawia mnie tylko na czym ma polegać ten termopeeling-nie zauważyłam, żeby drobinki cokolwiek ścierały, jedyne co robią to pod wpływem intensywnego tarcia rozpuszczają się. Zgodnie z tym, co gdzieś przeczytałam rozpuszczone drobinki pozostawiają na twarzy nawilżający film. Hmmm, delikatny film był niezależnie od tego, czy je roztarłam, czy nie, więc to chyba zasługa "samego" kosmetyku, a kuleczki są dla picu.

Kosmetyk dość przyjemnie oczyszcza, usuwa makijaż z twarzy (ale nie oczu, bo przez granulki go nie stosowałam- jeszcze wsadziłabym sobie jakąś drobinkę do oka i dłubałabym pół dnia). Nie podrażnia przy tym skóry, ani nie wysusza. Jest naprawdę bardzo przyjemny.

Tym, co całkowicie zniechęca mnie do tego produktu i jest powodem tego, że jestem z niego niezadowolona jest zapach... Ten żel pachnie, jak... plastik. Okropny zapach, naprawdę. Ciężko używało mi się tego kosmetyku.

Czy polecam? Delikatny, ale skuteczny oczyszczacz o zapachu plastiku z pewnością nie każdemu przypadnie do gustu.

Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Glycerin, Cocamidopropyl Betaine, Laureth-3, Styrene / Acrylates Copolymer, Acrylates / C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Butter, Hydrogenated Jojoba Oil, Hydrolyzed Wheat Protein, Triticum Vulgare, Avena Sativa, Hordeum Vulgare, Secale Cerele, Equisetum Arvense, Hamamelis Virginiana, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Dimethicone Copolyol, Panthenol, Parfum, Hydroxyethylcellulose, Sodium Benzoate, Tetrasodium EDTA, Sodium Hydroxide, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol.

Cena: 13 zł/200 ml
Dostępność: Tesco, Real
Ocena: 3/5

środa, 8 lutego 2012

Dopasowany do indywidualnych potrzeb? Manhattan Perfect Adapt

Znalezienie podkładu idealnego jest prawdziwą sztuką. Każda z nas ma inne wymagania co do swojej wymarzonej, drugiej skóry. Moje oczekiwania, jak zwykle są spore. Czego oczekuję od podkładu? Przede wszystkim krycia i to na dobrym poziomie, ale bez efektu maski. Po drugie szukam matu- ale nie płaskiego, chcę zmatowić skórę, ale nie mam ochoty na gipsowy odlew zamiast twarzy. I to są moje minimalne standardy, którym mało który fluid potrafi sprostać.

Manhattan Perfect Adapt kupiłam w czerwcu. Wybrałam odcień najjaśniejszy 40 Light Beige, mimo że nie byłam bardzo jasna, miałam trochę koloru na twarzy. Kolor się naprawdę ładnie dopasował, twarz nie odznaczała mi się od reszty ciała. Wyłowiłam go z szuflady na początku stycznia, gdy moja skóra stała się jaśniutka (ale nie porcelanowa). I co? Lato, czy zima podkład świetnie dopasowuje się do mojej cery. Naprawdę! Jestem w szoku.

Odcień, który posiadam, czyli 40 Light Beige jest po prostu jasnym beżem bez domieszki różu czy pomarańczy. Kolor idealnie dopasowuje się do skóry mojej twarzy, ale na ręce po chwili wydaje się ciut... brązowy? Z pewnością nie jest to kolor dla "córek młynarza" i innych Śnieżek.

Od góry:
AA Mineralny Podkład Matujący 01 Jasny beż
Paese Long Cover Jasny beż
Manhattan Perfect Adapt 40 Light Beige
Podkład oprócz świetnego (jak dla mnie) koloru może się poszczycić niezłym kryciem. Rozprowadzałam go zarówno łapką, jak i średniej jakości pędzlem do pokładu i za każdym razem osiągałam zadowalający mnie efekt bez efektu maski. Podkład kryje drobne przebarwienia, zaczerwienienia (ale jakieś mocno czerwone rany potrzebują pomocy korektora) i, co dla mnie najważniejsze, rozszerzone pory. Z tymi porami to też jest śmieszna historia- bo owszem, podkład pokrywa rozszerzone pory, ale jak przypadkiem są zapchane, to przepięknie uwidacznia czarne głowy tak, że prawie świecą w ciemności.

Podkład podkreśla suche skórki, ale nie wynajduje nowych (co zdarzało się niektórym fluidom).

A jak z matowieniem? Jest i to całkiem niezłe- solo bez pudru wytrzymuje około 3 godziny. Mat nie jest płaski, twarz nadal wygląda trójwymiarowo.

Co do trwałości samego podkładu... Fluid nie utrzymuje się cały dzień, nawet przypudrowany. Po około 5-6 godzinach trochę znika i konieczne są małe poprawki.

Największym minusem tego podkładu jest dziadowska pompka. Początkowo byłam zachwycona opakowaniem, ale ostatnio skutecznie mi przeszło. Może zacznę od tego, że nie przepadam za nieprzezroczystymi opakowaniami- nie widać ile produktu mi zostało. Przez beznadziejną pompkę, która się zepsuła wyrzuciłabym masę podkładu. Gdy rozcięłam opakowanie, moim oczom ukazały się jeszcze spore ilości fluidu... Nie lubię marnotrawstwa.

Lubię ten podkład, z pewnością do niego wrócę, chyba że po drodze zakocham się w czymś innym. Używałyście tego cudaka?

Skład: Aqua, Cyclopentasiloxane, Isidodecane, Mica, Disteardimonium Hectorite, Glycerin, Isononlyl Isononanoate, Proplylene Glycol, Polyglyeryl-4 Istostrarate, Polymethyl Metacrylate, Carthamus Tinctorius Seed Oil, Glycine Soja Oil, Cetyl PEG/PPG-10/1 Dimetihicone, Sodium Chloride, Hexyl Laurate, Proplylene Carbonate, Phenoxyethanol, Disodium EDTA, Talc, Methicone, Parfum, Isopropyl Myristate, Linoleic Acid, Tocopheryl Aceate, Retinyl Palmitate, Methylparaben, Butylparaben, Ethylparaben, Isobutylparaben, Propylparaben, Benzyl Benzoate (+/- Cl  77492, Cl 77491, Cl 77499, Cl 77891)

Cena: 25 zł/30 ml
Dostępność: Drogerie Rossmann z szafami Manhattan
Ocena: 4/5

wtorek, 7 lutego 2012

Rybki sobie łowię... Tak, tak, tak, kolejny TAG :)

ZASADY:
  • wklej banner na swojego bloga
  • napisz, kto cię zaprosił do zabawy
  • zaproś kolejne bloggerki
  • pokaż, co ostatnio "złowiłaś" w sklepie (ciuchy lub kosmetyki), post możesz wzbogacić o zdjęcia, mile widziane ceny produktów :)
Ostatnimi czasy nie miałam zbyt wiele chwil na zakupy. Jednak po ostatnim egzaminie odrobiłam zaległości :). Tag przykicał od Zajęczaka i Gustawy. Przy okazji zapraszam wszystkich, żeby pokicali do dziewczyn :)

Co najbardziej lubię kupować? Głupie pytanie- słodycze i kosmetyki :). Cukierkowego szaleństwa wam nie pokażę, ale kosmetyczne owszem.
Skusiłam się na:
  • osławioną pomadkę Alterry- kusiła mnie od dawna, ale jako że nie miałam przekonania do marek własnych Rossmanna, omijałam ją szerokim łukiem.
  • olejek na rozstępy Babydream- pachnie dzidziusiem :)
  • maseczkę oczyszczającą Ziaja- nie była mi potrzebna, bo mam mały zapas maseczek (ta, mały), ale jakoś sama wpadła do koszyka
 Kolorówki mam w nadmiarze, ale jakaś pierdoła zawsze się przyda:
  • pędzel Hakuro H24- nie jest to co prawda kosmetyk kolorowy, ale służy do nakładania takowego. Kupiłam w nagrodę za zdany egzamin. Dlaczego Hakuro? Bo polskie i z włosia syntetycznego- nie zamierzam się czochrać po twarzy pędzlem z kociego ogona.
  • róż 2skin pocket modelling rouge 051- jak kupiłam pędzel, to musiałam kupić też coś, co będę nim nakładała. Mam co prawda inne róże, ale co tam
  • Dermacol 212- cuda czytałam o tym podkładzie, który bardziej sprawdza się jako korektor. Według producenta ten kolor nadaje się do karnacji jasnej ciepłej... Oczywiście nada się do karnacji jasnej ciepłej, ale świni chyba. A ja jeszcze "chrum, chrum" nie robię, chyba że mi coś umknęło :D. Nie trafiłam z kolorem, może zamówię inny- tym razem dokładniej przejrzę swatche.
Essence Vampire Love EDT- jak niuchnęłam pierwszy raz tester to nie padłam z zachwytu, bo wata cukrowa średnio do mnie przemawia. Zapach kupiła mi mama, bo stwierdziła, że jest ładny i jak ona mi go nie kupi to będę płakała tak, jak po innych rzeczach, które mi proponowała, a ja głupia nie chciałam (róż CAH, CAC, pędzel Moonlight). I wiecie co? Ten zapach jest tak słodki, że aż urzekający :)
    A wy poszalałyście ostatnio na zakupach? Nie oznaczam taga imiennie, bo sporo osób już go robiło- jak ktoś ma ochotę, tradycyjnie zapraszam.

    poniedziałek, 6 lutego 2012

    Usta stworzone do całowania? Eee, chwila, chyba nie. Oriflame Lip Balm

    Już nie raz miauczałam wam o tym, że za kosmetykami z katalogów nie przepadam. Uważam po prostu, że są drogie w stosunku do prezentowanej przez nie jakości. I choć nie raz kusi mnie zamówienie połowy katalogu, najczęściej swój kosmetyczny zapał zużywam w stacjonarnej drogerii.

    Moją awersję do produktów katalogowych postanowiła zwalczyć Rodzynka. Przysłanie mi, balsamomaniaczce, balsamu do ust, to branie pod włos :D.

    Nie wiem, czy zauważyłyście, ale ostatnio coś cięta jestem i sporo kosmetyków obrywa kiepskie oceny. Nic na to nie poradzę, lubię szukać dziury w całym :D.

    Może zacznę od tego, co ujęło mnie w tym produkcie. A jest to... (uwaga, uwaga, werble proszę...)... opakowanie. Jest białe, plastikowe, ale zaskakująco wytrzymałe. W dodatku jego estetyka stanowi zdecydowany plus.

    Zaletą jest także konsystencja balsamu- nie jest zbyt twarda, ale jednocześnie jest na tyle miękka, że przyjemnie się ją aplikuje na usta. Balsam ma uroczy różowy kolor- na ustach jest całe szczęście bezbarwny (zastrzeliłabym się, gdyby był np. perłoworóżowy). Kosmetyk ładnie pachnie, tak... słodko- jego zapach niczego mi nie przypomina, jest w stu procentach chemiczny.

    No i teraz gwóźdź programu: działanie. Balsam dla ust bezproblemowych, nie dla mnie. Nawilża na bardzo krótko, trzeba go często aplikować, co ma wpływ na wydajność. Na zimę się nie nadaje, bo jest bardzo leciutki.

    Ot, taki średniaczek, w dość wygórowanej cenie (bo cena regularna to chyba 19,90 zł)

    Skład: Octyldodecanol, Ricinus Communis Oil, Pentaerythrityl Tetracaprylate/Tetracaprate, Polyethylene, Pentaerythrityl Tetraisostearate, Isopropyl Lanolate, Bis-Diglyceryl Polyacyladipate-1, Isodecyl Neopentanoate, Copernicia Cerifera, Cera Microcristallina, Synthetic Wax, Paraffin, Caprylic/Capric Triglyceride, Candelilla Cera, Tocopheryl Acetate, Glycine Soja Oil, Parfum, Propylparaben, Retinyl Palmitate, Aloe Barbadensis, Bht, Tocopherol, Ci 77891, Ci 15850

    Cena: 19,90 zł/4g
    Dostępność: konsultantki Oriflame
    Ocena: 3/5

    niedziela, 5 lutego 2012

    Nie wygonią mnie z domu bez, czyli TAG

    Zasady:
    Podaj 5 produktów kosmetycznych łącznie z nazwą firmy, które stosujesz wychodząc z domu, takie must have na wyjście (można dołączyć zdjęcie).
    Utwórz osobny post na swoim blogu z kopią obrazka i informacją kto Cię otagował.
    Przekaż zabawę i zasady 5 innym blogerkom.

    Otagowały mnie anne-mademoiselle i barwy-wojenne- dzięki dziewczyny :)

    Tytuł tego taga, bez czytania jego zasad można zrozumieć dość opacznie- "nie wychodzę z domu bez" znaczy dla mnie mniej więcej tyle, co "zawsze mam przy sobie". Ponieważ jednak doczytałam, o co chodzi, dziś pokażę wam, czego używam zanim wyjdę z domu.

    Zacznę może od tego, że to, czego używam zależy od pory dnia. Rano, jak jestem niewyspana, często niczego nie używam i idę sobie szczęśliwa w świat. Gdy jednak jestem bardziej przytomna, w ruch idą:

    1. Coś kolorowego na usta
    Lubię kolorowe usta, pod warunkiem, że są wypielęgnowane. Mimo, że bardzo lubię szminki, żadna z nich nie podbiła mojego serca tak, jak Paese Milky Lips nr 605 i Vipera Sweet&Wet nr 6, które oprócz koloru przyjemnie "zabezpieczają" usta. Dość często używam także (ze względu na kolor) błyszczyku z H&M. Ulubioną szminką jest (na razie) Rimmel Lasting Finish 077 Asia (również głównie ze względu na kolor).

    2. Tusz do rzęs

    Moje rzęsy są dość jasne, dlatego aby podkreślić spojrzenie muszę je lekko przyciemniać. Czego szukam w tuszu? Rozdzielenia i delikatnego pogrubienia oraz wydłużenia. Obecnie używam tuszu MIYO, o którym postaram się skrobnąć w tym miesiącu.

    3. Korektor(y)
    Zazdroszczę dziewczynom o idealnej cerze. Ja niestety muszę się dość mocno "kryć". Mam sporo niedoskonałości, a oprócz tego cienie pod oczami. Pod oczy polubiłam się z korektorem Skinfood (który nie kryje, ale świetnie rozjaśnia). Na wypryski używam My Secret.

    4. Puder matujący
    Mogę wyjść bez podkładu, ale bez matującego pudru nie ruszę się nigdzie. Moim faworytem jest My Secret, ale ostatnio zaprzyjaźniam się z fixerem Essence- gdyby nie ciut lepszy skład z pewnością byłby moim absolutnym ulubieńcem, bo matuje świetnie.

    5. Pachnidełko :)
    Nie jestem znawczynią perfum. Nie mam nawet ukochanego zapachu- jest kilka, które lubię, ale to jednak nie to. Od dłuższego czasu używam Liz Claiborne Soul by Curve. Kojarzą mi się trochę z Kenzo Flower, ale są świeższe i mają nuty bambusa.

    Do taga, jak zwykle, zapraszam wszystkich czytających tę notkę :)

    A wy czego używacie przed wyjściem z domu? Macie jakiś żelazny zestaw?

    sobota, 4 lutego 2012

    Kąp się w mleku, będziesz piękna? Bielenda Beauty Milky Mleko do kąpieli w proszku

    Sekretem urody Kleopatry była ponoć kąpiel w mleku. Dużo osób stosuje mleko, jako tonik mający przeciwdziałać zaskórnikom. Mleko piją dzieci (i nie tylko), żeby dostarczyć kościom budulec, czyli wapń. Cud- miód po prostu.

    Ten "mądraliński" wstęp był małym preludium do właściwego tematu notki. Dziś na tapecie ląduje mleko w proszku z serii Beauty Milky firmy Bielenda.

    Zaznaczę na początku, że sama chyba nie kupiłabym tego kosmetyku. Długie kąpiele w wannie z dużą ilością pachnidełek (i piany :D) interesowały mnie gdzieś 15 lat temu. Skoro już jednak do mojej łazienki (dzięki Basi8212) trafił proszek do kąpieli, to postanowiłam się trochę porozpieszczać.

    Uwielbiam zapach serii Beauty Milky- jest taki cudnie słodki. Gdy odpakowałam paczkę z nagrodą, pierwsze co zrobiłam, to odkręciłam plastikowy słoik z pudrem do kąpieli i się zaciągnęłam... Świat przestał istnieć... Oczy wylazły mi z orbit, spłakałam się jak bóbr i zaczęłam kaszleć, jak stary palacz. W efekcie czego zleciało się pół rodziny i patrzyło, czemu beczę nad kosmetykiem. Nie róbcie tego w domu, w drogerii, albo gdziekolwiek indziej. Nigdy, pod żadnym pozorem, nie wtykajcie nosa do tego kosmetyku, bo dusi, jak jasny gwint. Teraz, po zużyciu opakowania, dochodzę do wniosku, że może ten intensywny zapach (boa, boa dusiciel!) służy odstraszaniu "sklepowych otwieraczy" (sasasasasa....). Można wąchać, ale z odległości minimum pół metra. Zapach, mimo swojej intensywności w opakowaniu, w wannie niknie- jest bardzo delikatny- nie zostaje na skórze niestety.

    Kolejną kwestią, do której się przyczepię jest "dawkowanie". Producent zaleca wsypanie "garści"- co za precyzja. Garść, garści nierówna. Wolałabym oznaczenie ilości w gramach. Ponadto producent nie precyzuje, na jaką ilość wody mamy wrzucać rzeczoną "garść". Wychodzi na to, że można stosować "na oko".

    Mleko ma postać bardzo drobnego, delikatnego proszku w kolorze piaskowym. Pieni się bardzo słabo, nie daje koloru wodzie, jedynie czyni ją trochę mętną. Nie brudzi wanny.

    Mleko nie wysusza, przeciwnie, zostawia skórę gładką. Nie powleka skóry śliską/tłustą warstwą.

    Jak dla mnie jest to zbędny gadżet- ale przynajmniej opakowanie się przyda.

    Skład: Sodium Chloride, Sodium Laureth Sulfate, Cow Milk, Goat Milk, Cl 77891 (Titanium dioxide), Silica, Sodium Benzoate, Parfum, Benzyl Alcohol, Benzyl Salicylate, Coumarin, Cl 77492 (Iron Oxides)

    Cena: 14 zł/500 g
    Dostępność: obstawiałabym markety i małe drogerie z polskimi kosmetykami
    Ocena: 2/5

    czwartek, 2 lutego 2012

    Zombie mówimy "do widzenia", czyli ulubieńcy czasu sesji

    Wspomniałam wam w grudniu, że nie znalazłam kosmetyków, które powiły mnie na kolana. W styczniu było podobnie. Ponieważ nie chciałam wam pokazywać na siłę jakiś pierdół, zdecydowałam się na ciut inny post. Niedawno skończyłam sesję, dlatego pokażę wam dziś produkty, które pomogły mi wyglądać, jak człowiekowi.

    Student to taki gatunek, który wszystko robi na ostatnią chwilę, a w sesji przypomina zombie- 2 godziny snu robią swoje. Ponieważ nie chciałam wyglądać jak część potwornickiej rodziny, pomagałam sobie w odświeżeniu wyglądu kosmetykami. Skupiłam się głównie na oczach, bo to na nich moje ekscesy odbiły się najbardziej.

    Jak zwykle niezawodny okazał się żel Flos Leku z chabrem bławatkiem- lekko odświeża skórę, od razu robi się przyjemniej. To już chyba moje 4 opakowanie :).

    Rozświetlałam swoje spojrzenie na wszelkie możliwe sposoby. Pomógł mi w tym mój ukochany cień My Secret Star Dust nr 4. Jest co prawda dość błyszczący, ale dzięki temu, że noszę okulary nie było go zbytnio widać, a robotę robił :).

    Ponieważ, jak otwierać oczy to całkowicie, na linię wodną obowiązkowo szła kredka Basic- optycznie powiększa ona oko i nadaje spojrzeniu świeżości.

    Na końcu napiszę wam o moim ostatnim odkryciu, które towarzyszy mi od niedawna. Niech was nie zmyli pudełeczko MAC. W tym słoiczku ukryty jest sprytny korektor Skinfood od magdy12022. Dlaczego sprytny? Bo jest pomarańczowy, a na skórze kompletnie tego nie widać. Pięknie rozjaśnia cienie pod oczami. Na pewno skrobnę o nim więcej :)

    A wy czym się ratujecie po nieprzespanych nocach?
    Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...