Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

wtorek, 31 stycznia 2012

Styczniowe pożegnanie

Koniec miesiąca= podsumowanie miesięcznego projektu denko. W tym miesiącu starałam się nie kupować i nie otwierać tysiąca nowych kosmetyków i skupiłam się na wykańczaniu tego, co miałam w kosmetycznych zapasach. To jak na razie największe denko, jakie udało mi się zrealizować.
Alterra Szampon Jojoba&Migdały do wrażliwej skóry głowy- był idealny do czasu. Jeszcze żaden szampon tak dobrze nie reagował z moją skórą głowy. Niestety, zauważyłam, że wypadają mi po nim włosy. Głębsza recenzja wkrótce.

Pollena Eva Kremowy żel z termopeelingiem- niezbyt przyjemnie pachnące dziwadło z pseudodrobinkami. Recenzja niedługo- mogę zdradzić, że nie będzie ona pełna zachwytów.

Vichy Purete Thermale Płyn micelarny- dostałam go od Hexxany. pachnie, jak powietrze w laboratorium, ale zmywa przyjemnie. Niedługo pojawi się dłuższy wywód na jego temat opatrzony dowodami działania w postaci zdjęć

Barbra Tonik do zmywania paznokci- ukochany zmywacz do paznokci, odkopany z czeluści szuflady. Recenzja TUTAJ

Dermedic Hydrain2 Krem intensywnie nawilżający- przyjemnie nawilżający, konkretny krem. Recenzję można przeczytać TU.
Nivea Pearl&Beauty antyperspirant- boa-dusiciel, o którym mam ochotę zapomnieć. Recenzja TU.

Isana Peeling Biała Czekolada i Wanilia- słodko pachnący żelik z drobinkami, którymi nie wykona się peelingu. Recenzja TU

Oriflame Lip Balm- ładne opakowanie, uroczy różowy sztyft,  ale działanie takie sobie. Recenzja pojawi się wkrótce.

Mincer Morelowy peeling- delikatny krem z drobinkami, który świetnie peelinguje, a jednocześnie nie podrażnia. Recenzję znajdziecie TU

Dove Visiblecreme Toning żel pod prysznic- dostałam go od Sonnaille. Nie przepadam za produktami Dove, ale ten przyjemnie mnie zaskoczył. Ma postać kremowej pianki, o przyjemnym zapachu. Nie wysusza skóry.

Bielenda Beauty Milky Mleko w proszku do kąpieli- część nagrody z mikołajkowego konkursu Basi8212. Uwielbiam tę serię ze względu na zapach, ale co za dużo to niezdrowo. Recenzja wkrótce.

Chupa Chups Love Trap Divine Paradise- zapach, który kupiłam dawno temu. Odnalazłam go całkiem niedawno. Zapachy z serii Love Trap "inspirowane" są kultowymi woniami- Divine Paradise to odpowiednik I love love Moschino.

Jestem z siebie zadowolona. A wam, jak poszło styczniowe zużywanie?

niedziela, 29 stycznia 2012

Jasny beż do jasnej Anielki!

Podobno każde stworzenie postrzega kolory inaczej- na jedne reaguje, na inne nie. Człowiek ma to szczęście, że widzi świat w HD. A świat jest bardzo kolorowy. Każda barwa ma swoją nazwę- i dzięki temu wiemy, że nie ma jednego "niebieskiego"- jest i kobalt, i ultramaryna, i granat. To znaczy my kobiety wiemy, bo panowie mają problem z kolorami- dla mojego brata czerwony, różowy i pomarańczowy to jeden kolor: czerwony.

Po co to całe marudzenie o kolorach? Będzie dziś mowa o podkładach. Mówiąc krótko: niektórych producentów trzeba przełożyć przez kolano i wymierzyć klapsa. Bo skoro tworzą coś kolorowego a na kolorach się nie znają....

A oto interpretacja koloru o wdzięcznej nazwie "jasny beż" według 3 producentów.
Widzicie powód mojego oburzenia? To ten pan na samej górze- AA Matujący Podkład Mineralny (który został nazwany tak chyba tylko dlatego, bo ma olej mineralny w składzie). Pan ma w zamyśle mieć kolor jasnego beżu- producentowi jasny beż pomylił się chyba z jasnym solarem. Jeżeli to jest najjaśniejszy podkład w gamie, to chyba nie chcę wiedzieć, jak wyglądają inne kolory. Wstyd, bo firma AA jest firmą polską, a chyba nie wie, jaką karnację mają Polki.

Drugi podkład, pośrodku, to Long Cover Paese- jest to najjaśniejszy kolor w gamie. Jak widać jest dość żółtawy- dla mnie w tej chwili ciut za ciemny. Moim zdaniem to kolor dla karnacji średniej. I znowu: gdzie coś dla bladych twarzy z polskiego plemienia?

Na samym dole mamy Manhattan Perfect Adapt- nie jest on tak jasny, jak np. Catrice Infinite Matt, ale z tego towarzystwa prezentuje się najlepiej. Bez obaw mogę go nosić teraz zimą, gdy jestem dość blada.


Jaki z tego wniosek? Sprawdzajcie kolor podkładu, zanim go kupicie. Jak nie ma testera- nie bierzcie, nie ma co się sugerować nazwą koloru.

sobota, 28 stycznia 2012

Pędzle nie tylko dla artysty-malarza

Pędzle do makijażu nie należą do najtańszych. W wielu filmikach na YT i na wielu blogach mamy pełen przegląd firm i oferowanych przez nich akcesoriów. Taki pędzel do brwi, taki do kresek, ten do nakładania cieni, ten do rozcierania, ten do podkładu, a ten do pudru sypkiego... Do niedawna pędzle służyły mi tylko do malowania po kartce papieru. Podkład nakładałam łapką, cienie pacynkami, a puder puszkiem. I żyłam bez wydawania fortuny na profesjonalne pędzle.

O tym, co blogi robią z człowiekiem, wiadomo nie od dziś. W końcu i ja zapragnęłam mieć pędzle z prawdziwego zdarzenia. Ale wydatek rzędu kilkunastu- kilkudziesięciu złotych na byle pędzel wymaga z mojej strony pewnych przemyśleń... Przeglądając strony internetowe sieciówek odzieżowych, natrafiłam na pędzle oferowane przez H&M. Zaciekawiły mnie.
Pędzel do nakładania cieni
9,90 zł

Pędzel-kuleczka i pędzel do eyelinera
9,90 zł

Pędzel do pudru
14,90 zł

Pędzel do różu, pędzel do podkładu
14,90 zł

Zdjęcia pochodzą ze strony H&M
H&M ma w swojej ofercie także pędzel typu kabuki za 9,90 zł.

Z ciekawości kupiłam pędzel do nakładania cieni i ten podwójny do różu(pudru) i podkładu. O swoich wrażeniach napiszę za jakiś czas. Interesuje mnie, co wy myślicie o tych pędzlach. Czy warto je kupić? Czy lepiej odkładać pieniądze na coś "innego" (niekoniecznie to "inne" musi być "lepsze")? Czy takie pędzle to dla was tylko etap przejściowy?

czwartek, 26 stycznia 2012

Dużo nie zawsze znaczy lepiej. Nivea Pearl&Beauty antyperspirant

Często macie tak, że kupujecie coś "oczami"? Bo ładne, bo dużo, bo cena korzystna? Ja niestety się na to koncertowo nabieram. Jak mogę wziąć szampon 250 ml w cenie 200 ml to na pewno to zrobię. I tym oto sposobem w mojej łazience zagościł antyperspirant Nivea Pearl&Beauty. Zapłaciłam 9,99 zł za 250 ml (czyli aż ma on pojemność aż o 100 ml większą niż "klasyczne" opakowanie). Okazja nie z tej ziemi.

Wspominałam wam, że firma Nivea nie należy do moich ulubionych- z czystym sumieniem mogę polecić jedynie żele pod prysznic. Jednak zawsze zapominam o swojej niechęci w przypadku promocji i często coś ląduje w moim koszyku.

Antyperspirant Pearl&Beauty to mój mały urlop od Garniera. Kupiłam, skuszona obietnicą "pięknej skóry". I faktycznie, producent spełnia tę obietnicę. Antyperspirant jest łagodny dla skóry, można go stosować po depilacji. Nie podrażnia, skóra po jego użyciu jest miękka i gładka. I właściwie na tym kończą się jego pozytywy.

Pierwszą sprawą, do jakiej się przyczepię, będzie zapach. Słodki, taki jedwabisty... Niestety ta woń nie sprawdza się pod pachami- jest taka oblepiająca, mimo że wcale się nie klei. Kolejny antyperspirant, który źle reaguje z moją skórą.

Szczerze mówiąc, zapach to małe miki. Lubię antyperspiranty w sprayu i aż do czasu tej Nivei nie zdarzyło mi się kupić dusiciela. I to dosłownie. Używanie tego antyperspirantu w małej łazience to samobójstwo- zawiera jakiś wyjątkowo drażniący drogi oddechowe składnik. Tak "żre", że powietrza nie można złapać! Trzeba wyjść do większego pomieszczenia, a najlepiej chyba na dwór. Nawet odświeżacze do toalet tak nie działają.

Co do "właściwego" działania- ochrona jest raczej średnia, ale nie jest znowu tak najgorzej. Zachowuje się mniej więcej jak Garniery- chroni około 5-6 godzin.

Żeby już się tak nie pastwić nad tym antyperspirantem, to może pominę utyskiwania na temat rzekomo 48-godzinnej ochrony...

Już nigdy więcej go nie kupię. To trzeci antyperspirant Nivea, który całkowicie zawiódł moje zaufanie. Więcej szans chyba nie będzie.

Cena: ok. 15 zł/250 ml
Dostępność: markety (Tesco, Real), drogerie (Super-Pharm, Rossmann)
Ocena: 2/5

wtorek, 24 stycznia 2012

Raj dla łasuchów. Isana Peeling Wanilia i Biała Czekolada

Pisałam wam niedawno o tym, że dużą popularnością cieszą się edycje limitowane firm, które produkują kosmetyki kolorowe. Okazuje się jednak, że z pielęgnacją jest podobnie.

Mimo że jestem stałą klientką Rossmanna, jakoś nie miałam wcześniej przekonania do produktów ich marek własnych. Zaczęłam nieśmiało od serii dla dzieci Babydream, która jednak nie przypadła mi do gustu. Dziewczyny jednak tak zachwalają inne marki własne, że miałam apetyt na więcej i więcej....

Gdy zobaczyłam na blogach zapowiedzi limitowanej serii Isany, składającej się z żelu, mydła w płynie i peelingu (czyli dzisiejszego bohatera notki), nie padłam z zachwytu. Kiedy jednak dziewczyny, jak jeden mąż, zaczęły namiętnie prezentować Isanowe nabytki i piać na ich temat, stwierdziłam, że w sumie czemu nie spróbować?

Reklama, jaką przypuściły dziewczyny (to nie jest zarzut) sprawiła, że produkty z limitowanej zimowej edycji ciężko było gdziekolwiek znaleźć- wszyscy się na nie rzucili. Mnie udało się dorwać peeling.

Jako że bardzo lubię wkładać kij w mrowisko i uparcie nim mieszać, to niestety nie podzielę wszechobecnych zachwytów. To, co najbardziej podoba mi się w tym produkcie to zapach- uwielbiam wanilię i kocham białą czekoladę, dlatego to połączenie trafi do mnie zawsze i o każdej porze. Zapach uprzyjemnia używanie tego produktu, ale niestety nie pozostaje na skórze na dłużej.

Co do samego produktu- ma on konsystencję rzadkiego kremu, w którym zanurzone są maleńkie drobinki (bardzo delikatne). Peeling jest bardzo słabiutki jeżeli chodzi o działanie ścierające- bardziej przypomina peelingujący żel pod prysznic (coś jak to od Adidasa). Można nim wykonać delikatny masaż, ale nie należy się po nim spodziewać konkretnego złuszczania. Żeby cokolwiek poczuć, trzeba mocno trzeć, dlatego najlepszy peeling fundujemy dłoniom. Trzeba użyć kilku porcji produktu, aby wymasować całe ciało (nie polecam stosowania tego peelingu na gąbkę)- jest przez to niezbyt wydajny- po około 4 razach nie ma połowy opakowania.

Nie polecam tego peelingu. Ładnie pachnie, ale z konkretnym działaniem u niego krucho. Wolę zrobić sobie sama peeling z kawy- który też ślicznie pachnie (można dodać olejku eterycznego, żeby pachniał jeszcze ładniej) i po którym skóra przypomina niemowlęcą.


Skład: Aqua, Glycerin, Slica, Betaine, Caprylic/Capric Triglyceride, Polysorbate-20, Phenoxyethanol, Carbomer, Parfum, Coco-Glucoside, Glyceryl Oleate, Caprylyl Glycol, Hydroxypropyl Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Ethylhexylglycerin, Tetrasodium Imodisuccinate, Sodium Hydroxide,  Citric Acid, Cl 16035, Cl 19140, Cl 77891

Cena: 5,49 zł/200 ml
Dostępność: Rossmann
Ocena: 3/5

niedziela, 22 stycznia 2012

Zawodnik wagi ciężkiej. Dermedic Hydrain2 krem nawilżający o przedłużonym działaniu

Ja, zoila, jestem uzależniona od promocji. Jak na coś jest super-hiperobniżka, to istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo (no, prawie pewność), że to kupię. Oszczędzaniu nie sprzyja fakt, że często fruwam po centrum miasta, gdzie są taaaaakie fajne drogerie.

Krem Dermedic kupiłam w listopadzie- przy zakupach za ponad 30 zł można było kupić ten krem za 10 zł. Grzech nie skorzystać.

Przy każdej możliwej okazji wspominam o tym, że mam cerę mieszaną, ale mimo tego uwielbiam kremy nawilżające. Dermedic to solidny zawodnik w walce z przesuszoną skórą.

Przed kupnem tego kremu używałam leciutkiego jak piórko kremu z melisą z Polleny Evy, który kładłam na twarz dość hojnie. Otworzyłam Hydrain2, naciapałam na twarz i zaczęłam rozsmarowywać- w tym przypadku porcja kremu, którą możemy nałożyć jest ograniczona. Krem jest gęsty, rozsmarowuje się dobrze, ale już mała ilość wystarcza na całą twarz i szyję. Konsystencja jest na tyle treściwa, że zostawia świecącą (ale nie tłustą!) warstwę, która znika po jakimś czasie. Nie roluje się pod makijażem.

Według producenta to krem o przedłużonym działaniu nawilżającym. Faktycznie, krem nawilża na długo- przy jego regularnym stosowaniu nie miałam problemu z przesuszeniami na policzkach, czy problemem skórek na nosie.

Używanie kremu uprzyjemnia zapach- taki świeży, trochę w stronę morskiego, ale też nie do końca to. Zapachem przypomina trochę krem Ziaja Sopot Spa, tylko w przeciwieństwie do Ziaji nie czuć w nim takiej lekko winnej nuty. Zapach mi się podoba, nie jest uciążliwy, ani nie drapie w nos (piszę o tym, bo krem Olay na noc, z którym teraz mam przyjemność się spotykać, bardzo mnie irytuje swoją wonią).

Czytając w domu skład kremu (bo w drogerii za bardzo podjarałam się tym, że mogę go kupić za półdarmo :D) trochę się przestraszyłam. Spory czas temu odstawiłam kremy do twarzy z parafiną, a tu co? Bach, parafina na drugim miejscu w składzie. Bałam się, że mnie zapcha- na szczęście nic takiego się nie stało, czym sama jestem bardzo zaskoczona. Jednak osobom, których skóra robi różne psikusy radziłabym przed zakupem tego kremu poprosić o próbkę.

Minusy? Brak filtra. Kupiłam ten krem na siarczystą mroźną zimę (która w grudniu zaatakowała z potrojoną siłą :D)- warstwa ochronna kremu ok, ale szkoda, że nie ma nawet maciupeńkiego filtra 5. Za wadę muszę uznać także cenę- słoiczek wystarcza na około 1,5 miesiąca stosowania dwa razy dziennie, a koszt 50 ml to 35 zł w cenie regularnej. Nie każdy może sobie pozwolić na wyrzucanie takiej sumy każdego miesiąca.

Skład: Aqua, Paraffinum Liquidum, Glycerin, Methylpropanediol, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Cyclopentasiloxane (and) Dimethiconol, Urea, PEG-100 Stearate (and) Glyceryl Stearate, Cetyl Alcohol, Stearic Acid, Tocopheryl Acetate, Triethanolamine, Agrylates/C10-30 Ak=lkyl Acrylate Crosspolymer, Xanthan Gum/DMDM Hydantoin (and) Methylchlorosothiazolinone (and) Metylisothiazolinone, EDTA, Parfum.

Cena: 35 zł/50 ml
Dostępność: Super-Pharm
Ocena: 3,5/5

piątek, 20 stycznia 2012

Oswajam zieleń, czyli kolejny makijaż

Kiedy pisałam wam o paletce Sleek, wspomniałam o tym, że nie przepadam za 3 cieniami. Dziś pokażę wam, jak oswoiłam dwa z moich "koszmarków" czyli Primal Green i Golden Silvers.

Z góry przeproszę was za moje brwi- są okropne, wiem. Niestety nie mam czasu pójść do kosmetyczki, a pęsety wolę sama nie ruszać- bo chyba zostałabym bez brwi zupełnie.




Udało mi się też zrobić mniej więcej prostą kreskę- z zakończeniem jest ciut gorzej- nie umiem robić "jaskółek" żelowym linerem.

Kosmetyki, których użyłam:
Tusz MIYO
Kredka biała Basic na linię wodną
Eyeliner Essence 02 London Baby
Cieni z paletki Sleek: Blue Monday, Primal Green, Golden Silvers


Żeby nie było zbyt dużo marudzenia- nie jest najgorzej, robię jakieś postępy, ale do ideału jeszcze dłuuuga droga.

środa, 18 stycznia 2012

Czeko-czeko-czekolada! Zamian Gold Cacao Pack

Zdjęcie pochodzi z alibaba.com
Kto nie lubi czekolady? Ręka do góry! Mam nadzieję, że w tej chwili wszystkie dłonie grzecznie spoczywają w dole- jeżeli ktoś mi mówi, że nie lubi czekolady patrzę na niego, jak małe dziecko, które uświadomiono, że Mikołaja nie ma.

Sporą próbkę (bo wystarczyła aż na 5 użyć) czekoladowej maski Zamian dostałam od mllou. Jak czekoladowy potwór szybko otworzyłam słoiczek i zaciągnęłam się.... Szczerze mówiąc nie przepadam za kosmetykami z kakaem czy czekoladą, bo zazwyczaj ich zapach stanowi czystą profanację zapachu czekolady, jest chemiczny i w ogóle jakiś niewyjściowy. Maseczka Zamian pachnie jak upłynniona czekolada. Mniaaaaaaam :).

Maseczka jest dość gęsta. Nakłada się ją jednak naprawdę nieźle, jest smarowna. Zasycha na twarzy, ale nie na taką ściągającą skorupę jak glinki. Natomiast zmywanie jest prawdziwym koszmarem- za każdym razem cała umywalka była strasznie uwalona. Twarz trzeba naprawdę obficie spłukać wodą żeby pozbyć się resztek maseczki- ja przecierałam ją jeszcze tonikiem.

A jakie efekty po zmyciu? Bardzo zachęcające. Nie sądziłam, że cokolwiek będzie w stanie zmniejszyć moje pory- tymczasem te kratery z nosa bardzo ładnie się zmniejszyły. Byłam w szoku. Maseczka ładnie ożywia twarz, buzia wydaje się bardziej wypoczęta. Jestem na tak. Działania na wypryski nie zauważyłam.

Modlę się, żebym nie odkryła, jak działa Ebay, bo zbankrutuję. Jeżeli wy nie obawiacie się o stan konta, a macie problem z rozszerzonymi porami- bierzcie :)

Cena: ok. 40 zł/150 g
Dostępność:
Ocena: 4/5

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Małe szuru- buru nie jest złe. Mincer Delikatny Peeling z ekstraktem z moreli

Moja pielęgnacja cery do niedawna opierała się tylko na dwóch (no, góra trzech kosmetykach- kremie, czymś do zmywania makijażu i do oczyszczania. Gdy zaczęłam się zagłębiać w blogowy świat, zobaczyłam, że dziewczyny sobie nie żałują i na twarz kładą różne specyfiki- serum, maseczki, peelingi i inne takie.

Nie jestem specjalistką jeżeli chodzi o peelingi do twarzy. Po prostu uważałam, że nie są mi potrzebne. Niestety od długiego czasu walczę ze złażącą skórą z nosa i nie bardzo wiedziałam, co mam poradzić na tę przypadłość. Nawilżałam dziada na wszystkie możliwe sposoby aż w końcu poddałam się- jak nie chcesz po dobroci, to będzie siłą. Przy okazji zakupów w jednej z drogerii zdecydowałam się na delikatny peeling morelowy Mincer, bo przypomniało mi się, że swego czasu furorę robił peeling St. Ives z morelą właśnie.

Peeling ma konsystencję gęstego kremu kremu, takiego trochę bardziej "treściwego". W tym kremie zanurzone są naprawdę maleńkie, ale bardzo dobrze ścierające drobinki. I co więcej jest ich naprawdę sporo. Zawsze mam problem, czy lepszy jest peeling mechaniczny czy enzymatyczny- bardzo boję się, że mechaniczny będzie zbyt inwazyjny. Mincer bardzo mnie zaskoczył- bo ściera świetnie nie podrażniając przy tym twarzy.
Aby dobrze oczyścić twarz wystarczą zaledwie 2, no góra 3 minuty peelingu. Po zmyciu mazi twarz jest nie do poznania- oczyszczona, promienna, po suchych skórkach nie ma śladu. Peeling nie wysusza, wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że dodatkowo "chroni" skórę.
Używanie peelingu zdecydowanie uprzyjemnia zapach- morelowego jogurtu :)
Ubolewam nad tym, że jest dostępny jedynie w saszetkach. Jedna saszetka (czyli 15 ml) wystarcza na 4 użycia.

Skład: Aqua, Stearyl Alcohol (and) Steareth-7 (and) Steareth-10, Paraffinum Liquidum, Isopropyl Myristate, Caprylic/Capric Trigliceryde, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Cetyl Alcohol, Polyethylene, Jojoba (Buxus Chinensis) Oil, Shea Butter (Butyrospermum Parkii), Aqua (and) Propylene Glycol (and) Calendula Officinalis Extract, Cocamidopropyl Betaine, Apricot (Prunus Armenica) Fruit Extract, Panthenol, Allantoin, PEG-8 (and) Tocopherol (and) Ascorbyl Palmitate (and) Ascorbic Acid, Carbomer, Triethanolamine, Imidazolidinyl Urea, Ethylparaben, Propylparaben, Methylparaben, Parfum, Linalool 
Świetny peeling w przystępnej cenie. Polecam.
Cena: ok. 3 zł/15 ml
Dostępność: Drogerie Natura, Drogerie Jasmin
Ocena: 5/5

niedziela, 15 stycznia 2012

Godziny przed telewizorem, czyli serialowy tag



ZASADY:

1. Opublikuj u siebie na blogu logo taga.
2. Napisz, kto Cię otagował.
3. Otaguj 5 innych bloggerek.
4. Wymień i opisz kilka swoich ulubionych seriali.

Tag przywędrował do mnie od Adrianny z bloga Pączek Beznadziejny (boska nazwa, zawsze mam banana na twarzy, jak ją czytam).

Powiem szczerze- nigdy nie byłam fanką seriali. Jak się coś trafiło, to oglądałam. Nie miałam jednak takiej fazy, jak niektórzy moi znajomi, którzy oglądali wszystko w internecie- Dr. House'a, Glee, Gossip Girl, Lost i co tam się jeszcze dało. Ja byłam jakoś zdystansowana wobec śledzenia na bieżąco perypetii bohaterów. Nie buszowałam po necie w poszukiwaniu świeżutkich odcinków. Czekałam spokojnie, aż serial zagości na antenie, którejś ze stacji telewizyjnych.

No, ale trzeba skończyć smęcenie i wziąć się do "roboty". A oto moje ulubione seriale (kolejność przypadkowa):

Kobra: Oddział Specjalny (Alarm für Cobra 11 – Die Autobahnpolizei)- serial kręcony od 1995. Niemieccy kowboje z drogówki ścigają przestępców- za każdym razem, jak oglądam ten serial myślę sobie, co by zrobiła nasza drogówka, gdyby dostała taką sprawę jak Semir + jego partner (zmieniany co jakiś czas, moim ulubionym był Chris Ritter). Duża prędkość, dużo wybuchów i kupa śmiechu. No i przy jego oglądaniu łączę przyjemne z pożytecznym- jak włączę sobie niemiecką wersję na RTL to przy okazji podszkolę sobie język :)


Nie z tego świata (Supernatural)- popatrzcie sobie na panów na plakacie, a myślę, że nie będę musiała zbyt wiele tłumaczyć :). Nie jestem fanką horrorów, ani innych opowieści o cudach nie z tej ziemi, ale przepadam za Supernatural. Oprócz potworów i wciągającej fabuły (choć obecna, 7 seria zaczyna mnie nudzić), twórcy serialu zafundowali nam sporo śmiechu. Braci Winchesterów nie da się nie lubić- mimo, że momentami irytują (szczególnie Sam).
Weronika Mars- jeden z niewielu przykładów, który pokazuje, że seriale dla nastolatek nie muszą opowiadać o grupce bogatej, dobrze ubranej młodzieży "z problemami" (jak The OC, Gossip Girl czy 90210). Nastolatka- detektyw? Czemu nie- tylko pod warunkiem, że nie jest to Emma Roberts. Młodociana detektyw próbuje rozwikłać zagadkę: kto zabił jej najbliższą przyjaciółkę Lily? Przy okazji odkryje, że przyjaciele nie są przyjaciółmi, a wróg czaił się naprawdę blisko. Polecam, z pewnością powtórzę sobie ten serial.

Duma i uprzedzenie (Pride&Prejudice)- to właściwie nie serial, a miniserial. Uwielbiam tę wersję ekranizacji :)


Myślę, że tyle wystarczy. Nie będę szukała na siłę :). A kogo taguję? Jak zwykle, wszystkich :)

sobota, 14 stycznia 2012

Nieudany ratunek dla suchych dłoni. Nivea SOS balsam do rąk

Nie od dziś wiecie, że mam problem z suchymi knykciami- wspominam o tym przy każdej nadarzającej się okazji. Krem do rąk to kosmetyk, który musi być w mojej torebce. Przy sobie noszę zazwyczaj taki specyfik, który nie zostawia tłustej warstwy- lekki i szybko nawilżający. W domu, szczególnie na noc, smaruję się bardziej treściwymi kremami. Od zawsze marzę jednak o tym, że jakaś firma stworzy wreszcie produkt silnie pielęgnujący, a jednocześnie w miarę lekki. Myślałam, że może Nivea sprosta moim oczekiwaniom. No cóż...

Chyba tym, co ostatecznie skłoniło mnie do zakupu, było opakowanie. Krem jest malutki, ma zaledwie 50 ml. Pomyślałam, że idealnie nada się do torebki. Niestety opakowanie okazało się zmorą (patrz: zdjęcie). Dziurka jest tak mała, a krem tak gęsty, że wyciskanie go jest prawdziwą mordęgą. Moja tubka wygląda, jakby los jej wyjątkowo nie kochał.

Krem ma tak tępą konsystencję, że rozprowadza się go na dłoniach mniej więcej jak plastelinę. Koszmar, nigdy nie miałam takiego kremu. Muszę jednak powiedzieć, że na obie dłonie wystarczy małe ziarenko wielkości ziarenka kukurydzy (jak oczywiście cokolwiek się wyciśnie i uda rozprowadzić). Niestety krem zostawia nieprzyjemną warstwę.

Pielęgnacyjnie także leży. Producent wspomina coś o łagodzeniu- toż to największa bzdura jaką w życiu słyszałam. Działanie jest odwrotne- podrażnia nie łagodzi! Dawno mnie tak dłonie nie piekły. Wygładzenie jest naprawdę minimalne.

Moim zdaniem- bubel. Jedyne co mi się w nim podoba to zapach: pomieszanie klasycznego kremu Nivea z czymś lekko owocowym.
Skład
Cena: ok 10 zł/50 ml
Dostępność: Rossmann, Natura, Super-Pharm, markety i inne drogerie
Ocena: 2/5

piątek, 13 stycznia 2012

Studencki czas apokalipsy nakłania do przemyśleń

Wesołe jest życie studenta :). Nie ma rady, są takie okresy, kiedy doba to za mało. Blog jest moją wielką pasją, pisanie go sprawia mi niesamowitą przyjemność, ale przez najbliższe 2 tygodnie będę pojawiała się rzadko. Notki będą ukazywały się regularnie, bo przygotowałam je odpowiednio wcześniej. Niestety nie będę miała czasu na czytanie waszych postów i ich regularne komentowanie. Mam nadzieję, że się nie obrazicie :).

Ponieważ nie będzie mnie zbyt często, nie będę w stanie pilnować tu porządku. Dlatego też przez najbliższy czas komentarze będą zatwierdzane. Nie lubię ograniczać czytelników, nie przepadam ani za weryfikacją obrazkową, ani za moderowaniem, ale wolę mieć kontrolę nad tym, co tu się dzieje. Nie miejcie mi tego za złe, to tylko chwilowe utrudnienie.

Mam też do was prośbę- o czym chciałybyście poczytać na blogu? Co was interesuje, a czego nie powinnam zamieszczać? Wszelkie rady będą bardzo mile widziane. Chętnie zapoznam się także z krytycznymi opiniami :)

Chcę wam także podziękować za to, że jesteście. Dajecie naprawdę dużego energetycznego kopa.

Tymczasem trzymajcie kciuki!

czwartek, 12 stycznia 2012

Bo kolejka była długaaaa. H&M Lipgloss by Divided Cherry Lips

Lubicie stać w kolejkach? Ja za tym nie przepadam. Zwłaszcza, że gdy sterczę tak z tymi zakupami, nudzi mi się niesamowicie i zaczynam szukać sobie zajęcia. Jakiś diabeł wymyślił słodycze przy kasach w markecie i chyba ten sam jest odpowiedzialny za wieszak z kosmetykami w sieciowej odzieżówce H&M. A jak wisi, to czemu nie obejrzeć :D? Kolejka posuwała się dość wolno, dlatego też zrobiłam gruntowny przegląd wieszaczków. Gmerałam wśród jakichś lakierów i błyszczyków. Nagle w ręce wpadł mi on- mały, niepozorny gadżet w kolorze czerwonym za całe 4,90. Stwierdziłam, że właściwie to mi się podoba i chyba nawet nie mam takiego koloru w swojej kolekcji. I tak oto dałam się zrobić specjalistom od sprzedaży.

Błyszczyk w opakowaniu ma wściekły malinowoczerwony kolor. Lubię taką wściekliznę, ale nie spodziewałam się, że tak tani błyszczyk będzie mocno kryjący. Moje przypuszczenia okazały się słuszne. Błyszczyk jest bardzo delikatny, czerwonego pigmentu ma bardzo mało. Wygląda dość naturalnie. Myślę, że będzie to dobra opcja dla dziewczyn, które dopiero zaczynają z czerwienią i chcą wypróbować ten kolor na sobie. Polubiłam się z nim i ostatnio często gości w moim dziennym makijażu.

Błyszczyk ma rzadką konsystencję. Zdziwiłam się, bo spodziewałam się raczej gęstego, lepiącego kleju. Tymczasem ten maluch nie skleja nawet kącików ust- naprawdę duży wyczyn, jak na błyszczyk za 5 zł. Ponadto używanie jest uprzyjemnione chemicznym, ale dość przyjemnym wiśniowym zapachem (dostępna jest jeszcze bezbarwna wersja waniliowa)

Na razie nieźle, prawda? To teraz rozpocznę moją ukochaną część, czyli marudzenie. Błyszczyk jest bardzo nietrwały, znika po 15 minutach. Jasne, za 5 zł nie ma co liczyć na 24-godzinną trwałość, ale miałam nadzieję, że nie będę musiała go non stop poprawiać.
Drugą kwestią, do której się doczepię jest opakowanie. Nie jest najlepiej wykonane. Aplikator jest bardzo tandetny (ma przerwę między plastikiem a gąbeczką i łatwo sobie przejechać twardym plastikiem po ustach). Ponadto po zakręceniu błyszczyk wylewa się- nie radzę go wkładać do kieszeni, pobrudzi ją.

Czy polecam- nie, wolę dołożyć kilka złotych i kupić lepszy błyszczyk. Ten to tylko taki zapychacz zakupów.

Skład: Polybutene, Mineral Oil, Tridecyl Trimellitate, Beeswax, Butylene/Ethylene/Styrene Copolymer, Ethylene/Propylene/Styrene Copolymer, Silica Dimethyl Silyate, Ozokerite, Fragrance, Tocopheryl Acecate, Propylparaben, Limonene, Red 6 (Cl 15850), Titanium Dioxide (Cl 77891), Red 7 (Cl 15850), Yellow 6 (Cl 15985).

Cena: 4,90 zł/4 ml
Dostępność: H&M
Ocena: 3/5

wtorek, 10 stycznia 2012

Waniliowe lody w środku zimy? Joanna Masło do ciała z wanilią

Nigdy nie należałam do fanek maseł do ciała. Zawsze uważałam, że są dla mnie za ciężkie i zbyt długo się wchłaniają, dlatego też wybierałam raczej mleczka lub balsamy. Gdy jednak z Super-Pharmie pojawiła się promocja na masła Joanny o apetycznych zapachach wanilii, kawy i truskawki, nie mogłam się powstrzymać. Wybrałam wanilię i kawę, jako że za zapachem truskawki zbytnio nie przepadam (co jest dość dziwne, bo lubię poziomkę :D). Na pierwszy ogień poszło masło waniliowe.

Gdy na dworze robi się chłodniej do łask wracają cięższe, bardziej otulające zapachy- cynamon czy wanilia zaczynają królować w mojej łazience. Gdy otworzyłam masło Joanny byłam zachwycona zapachem- kojarzył mi się z puszystymi waniliowymi lodami. Ogromnym plusem jest to, że zapach utrzymuje się na skórze przez kilka godzin, nie znika zaraz po posmarowaniu. Należy jednak poczekać zanim włożymy ubranie do wchłonięcia się masła- zostawia ono bowiem niezbyt przyjemny zapach na ubraniach.

Masło ma przyjemną konsystencję- nie jest tak gęste i ciężkie, jak masło z Biedronki. Łatwo się rozsmarowuje i szybko wchłania (do 5 minut, nie jestem w stanie określić dokładnego czasu, bo zgodnie z zasadą "szczęśliwi czasu nie liczą" nie zerkam co chwilę na zegarek). Nie zostawia tłustej warstwy. Niestety z samym działaniem pielęgnacyjnym nie jest już tak różowo. Masło nawilża raczej średnio- nie sprawdza się na moich suchych łydkach, szczerze mówiąc spodziewałam się, że będzie bardziej konkretne. Osobom o bardzo suchej skórze nie przypadnie raczej do gustu.

Muszę się także doczepić do jednej kwestii technicznej. Irytuje mnie to, że firma Joanna nie zabezpiecza swoich kosmetyków w plastikowych słoiczkach (wydaję taka opinię na podstawie maseł i pasty do stylizacji włosów)- każdy może je odkręcić i bezkarnie wsadzić palucha, wydłubując połowę kosmetyków. Jako klient, który nie otwiera kosmetyków przed zakupem nie raz nacięłam się na "macany" produkt, dlatego brak zabezpieczeń wyjątkowo mnie irytuje.

Nie jest to as pielęgnacji, jednak dla samego zapachu jestem w stanie kupić to masło ponownie. Miałyście ten produkt? Jakie są wasze wrażenia?

Skład: Aqua, Butyrospermum Parkii Butter, Paraffinum Liquidum, Dicaprylyl Ether, Cetearyl Alcohol, Cera Alba, Ceteareth-20, Cyclomethicone, Isopropyl Myristate, Petrolanum, Sodium Polyacrylate, Tocopheryl Acetate, Vanilla Planifolia Extract, Propylene Glycol, Citric Acid, Parfum, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Benzyl Benzoate, Limonene, DMDM Hydantoin, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, CI:16255, CI:19140

Cena: 9 zł/250 ml
Dostępność: Super-Pharm
Ocena 3,5/5

niedziela, 8 stycznia 2012

Nienaturalny kask na głowie z lakierem Wella Naturalny Wygląd

Choć dopiero co skończyły się święta, niektórzy już czekają na ferie (o ile je mają). Sporo osób oddaje się zimowemu szaleństwu na nartach. Jak wygląda ekwipunek narciarza? Oprócz nart/deski ma on ciepłą kurtkę, rękawice, gogle, kijki i kask. A że sprzęt nie jest tani, sam wyjazd też kosztuje (no, chyba że ktoś mieszka w górach), to człowiek myśli, jak tu zrobić, żeby trochę oszczędzić. Dziś przedstawię wam alternatywę dla kasku ochronnego- a będzie nią lakier Wella Naturalny Wygląd.

Pewnie pisałam wam o tym, że woje włosy prowadzą całkiem inny tryb życia ode mnie. Jestem spokojnym człowiekiem (chyba, że trafi mnie szlag),  a moje włosy zachowują się tak, jakby trzepnął w nie piorun- i to w dodatku w każdy włos z osobna. Stylizacja w moim przypadku jest konieczna- choć często się poddaję i wiążę włosy w kucyk.

Zawsze bałam się lakierów do włosów. Jakoś tak nie ciągnęło mnie do tego typu kosmetyków. Do kupna lakieru Welli przekonała mnie mama, zakochana w ich piance. Raz kozie śmierć, pomyślałam i wzięłam najmniej "inwazyjny" lakier Naturalny Wygląd o sile utrwalenia 1.

Czego się spodziewałam? Miałam cichą nadzieję, że ten lakier nie poskleja moich włosów w strąki (nie, nie pryskam nim zbyt blisko), nie zmatowi ich i utrwali układaną fryzurę na trochę. No cóż, zawiodłam się. Lakier nie utrwala wcale, podobny efekt utrwalenia można uzyskać po dezodorancie (tak podejrzewam, nie próbowałam). Skleja włosy niemiłosiernie- wyglądają jak kask, naprawdę. Istny koszmar. W dodatku wzmaga przetłuszczanie włosów, fryzura szybciej staje się nieświeża.

Nie polecam tego lakieru. Próbowałam też inne, o większej sile utrwalenia i poza tym, że fryzura trzymała się dłużej wyglądała nienaturalnie.

Cena: ok. 13 zł
Dostępność: wszędzie chyba- Rossmann, Natura, Super-Pharm, Tesco, Carrefour, Real, Kaufland...
Ocena: 1/5

piątek, 6 stycznia 2012

Prawdziwy owczy pęd, czyli Essence Crystalliced Liquid Highlighter

Edycje limitowane firm kosmetycznych to prawdziwe wydarzenia. I to niezależnie od tego czy jest to "limitka" drogiego MAC, czy tańszego Sleek albo grzejącego najniższą półkę cenową Essence. Jako wiecznie głodna studentka z permanentną dziurą w kieszeni z niecierpliwością śledzę edycje limitowane Essence- zwłaszcza, że jak coś mi się spodoba zawsze mogę biec i się przyjrzeć.

Zazwyczaj, jako mieszkanka Wrocławia mam to "szczęście", że przede mną możliwość kupienia limitek Essence ma cała Polska- mogę więc grzebać do woli i oglądać tryliardy swatchy. A już drogeria Natura, gdzie pojawia się lwia część edycji, ta najbliżej mojego miejsca zamieszkania daje d. i prawie wszystko mogę kupić na końcu, gdy do Natur w innych miastach wchodzi kolejna edycja (no dobra, trochę przesadziłam). Tym razem zostałam zaskoczona- limitka pojawiła się zaledwie kilka dni po tym, jak ujrzała światło dzienne choćby w Krakowie. Ponieważ marudzenie w notce musi być, teraz mogę przejść do przyjemniejszych spraw.

Obiektem, na który napalają się wszystkie fanki Essence jest róż/bronzer/rozświetlacz- zależnie od tego co rzucą. Nie ważne ile masz tego typu kosmetyków, ten z Essence pewnie i tak kupisz ;). Ja swoje zachwyty limitką zaczynam zazwyczaj od nieodpartej chęci posiadania tego kosmetyku.

Będę szczera- gdy zobaczyłam zapowiedź Crystalliced, od razu skojarzyło mi się z zeszłoroczną limitką zimową Go Snow (choć nie ze względu na podobieństwo kosmetyków). Pooglądałam zdjęcia promocyjne, ale to wszystko wydawało mi się takie jasnoprełowe, że aż prawie tandetne. Niemniej rozświetlacza byłam bardzo ciekawa- od dawna myślałam o kosmetyku tego typu, a bulić 150 zł (czy coś koło tego) za wymarzonego Benefita nie zamierzałam.

Moja ciekawość wzrosła tym bardziej, że dziewczyny zaczęły bardzo chwalić ten produkt. Magia owczego pędu zadziałała, bo już w niedzielę zakładałam buty żeby tylko polecieć do drogerii. A dziewczyny dalej torturowały zachwytami. Limitka dotarła do mnie we wtorek- poszłam się tylko przyjrzeć. Stałam przed szafą z rozświetlaczem w dłoni i myślałam: po co mi to białe badziewie? Nagle przyszło olśnienie: biorę, a jak mi się nie spodoba to wystawię na Allegro (taki mały żart :D). Na nieszczęście dla mojego portfela, który nie wzbogacił się na napalonych fankach limitek z Allegro, rozświetlacz baaaaaaardzo przypadł mi do gustu.

Moja dzisiejsza recenzja to właściwie nie recenzja- jako zapalona recenzentka KWC nie uznaję wystawiania recenzji pielęgnacji po mniej niż 30 dniach, a kolorówki po mniej niż tygodniu. Obawiam się jednak, że zanim na dobre zaprzyjaźnię się z rozświetlaczem, wy już nie będziecie miały szansy go kupić. A naprawdę warto.

Nigdy wcześniej nie używałam rozświetlacza. Po prostu nie czułam potrzeby. Teraz rozpoczynam serię eksperymentów- gdzie by tu sobie coś ciapnąć.

Rozświetlacz Essence ma biały kolor- trochę się przeraziłam, ale okazało się, że niepotrzebnie. Wklepany i dobrze roztarty tylko nieznacznie rozjaśnia zaakcentowane miejsca. W mocnym świetle widać w nim maleńkie drobinki (a jak wiecie, mam na nie alergię :D), nie rzucają się jednak w oczy i właściwie można napisać, że rozświetlacz daje wrażenie bezdrobinkowej tafli. To jest efekt o jakim marzyłam.

Podoba mi się to, że rozświetlaczem Essence nie zrobię sobie krzywdy (no, chyba żebym się bardzo postarała), wygląda delikatnie, a robi wrażenie.

Spotkałam z zarzutami, że się warzy. Nakładam go na podkład, ale pod puder (zgodnie z zasadą płynne na płynne, sypkie na sypkie) i w niezmienionej postaci siedzi tam od nałożenia do zmycia (czyli mniej więcej 7-18).

Jeżeli macie dostęp do tej edycji i zastanawiacie się, co kupić i czy czymś w ogóle się interesować, to naprawdę polecam wam ten rozświetlacz.

Cena: 11 zł/15 ml (nigdy tego nie zużyję :))
Dostępność: Drogerie Natura
Ocena: 5/5

środa, 4 stycznia 2012

Mój pierwszy cukierek... Wróć! Moja pierwsza paletka Sleek- Sleek PPQ Me, myself&I

Jestem cofnięta w rozwoju. Kiedy pojawił się szał na paletki Sleek, jakoś nie mogłam zrozumieć tego wszechobecnego zachwytu. Później, gdy w paletki zapatrzały się wszystkie blogerki, jedna za drugą i zaczęły pokazywać swatche przepadłam. Co gorsza, zaczęły mi się podobać wszystkie Sleekowe propozycje. No, ale po co mi milion paletek z cieniami? Oglądałam zdjęcia cieni i co rusz podobała mi się inna paletka. Ale zdecydować na jedną jakoś się nie potrafiłam.

Gdyby nie mllou, nigdy nie miałabym paletki PPQ. Po prostu jakoś mi się nie spodobała. Te kolory, takie trochę od czapy. Gdy jednak bliżej zaczęłam się zaprzyjaźniać z tymi kolorami, dostrzegłam w tej paletce potencjał. Ale po kolei, najpierw zajmę się moimi ulubionymi "kwestiami technicznymi".


Paletka przychodzi opakowana w kartonik (w tym przypadku) czerwony. Sama kasetka zrobiona jest z wytrzymałego, czarnego plastiku. Otwiera się ją dość opornie, można połamać paznokcie. W środku mamy spore lusterko i zbity aplikator (bardzo dobry, mnie się niestety już rozpadł). Cieni jest 12, każdy z nich ma średnicę 2 cm i wagę 1,1 g.

Mamy tu 7 cieni matowych i 5 pereł. Cienie są różnej jakości, nawet te o podobnym wykończeniu jakościowo różnią się trochę między sobą. Konsystencja pereł jest przyjemnie kremowa, maty są bardziej suche i niektóre z nich się osypują.
Zestawienie kolorystyczne jest całkiem niezłe, ale mam zastrzeżenia do 3 cieni, które mi się gryzą z resztą paletki- fiolet Lilac Allen, złoto Golden Silvers i zieleń Primal Green zastąpiłabym granatem, czekoladą i kremem (o wykończeniu matowym najchętniej).

Postaram się krótko opisać każdy cień i wskazać na inspirację muzyczną z nim związaną

Barry White- perłowa biel, słaba pigmentacja. Kolor cienia jest trochę przewrotny, bo Barry White to artysta ciemnoskóry. Posłuchaj

Black Box- matowa czerń, dobrze napigmentowana, trudna do zmycia. Mimo tego, że to cień matowy rozprowadza się świetnie. 
I coś dla ucha

Salt 'n' Peppermint- matowy turkus, dobra pigmentacja. Inspiracją był zespół Salt-N-Pepa, kto nie zna Push it?

Simply Red- matowa jasna czerwień, dobra pigmentacja, lekko się osypuje. Z tęsknoty za latem Sunrise

Pink Beret- matowy ciepły róż, słaba pigmentacja, osypuje się. Nie znalazłam inspiracji muzycznej dla niego.

Primal Green- perłowa, złocista zieleń, miękki, kremowy, świetnie się rozprowadza i ma najlepszą pigmentację z pereł. Inspirowany zespołem Primal Screm

Fade to grey- perłowe srebro, dobra pigmentacja, lubię go w wieczorowym Smokey. Inspiracją był utwór Visage

Blue Monday- matowa czarna zieleń, dobra pigmentacja, jeden z moich ulubionych cieni. Blue Monday to piosenka zespołu New Order

Supernova- matowy szary brąz, o dość słabej pigmentacji- nie przeszkadza to jednak uznaniu go za mój ukochany cień z paletki. Supernovą zaśpiewała Liz Phair

Chris de Burgundy-  matowe wino, dobra pigmentacja. Świetnie sprawdza się z Supernovą przy moich niebieskich tęczówkach. W tym przypadku mam pewność zarówno co do autora, od którego nazwę wziął cień, jak i samej piosenki- Lady in reeeeeeeeeeeed

Lilac Allen- perłowy fiolet, dobra pigmentacja, dobrze się rozprowadza. Cień nosi "imię" Lily Allen, a sam kolor inspirowany jest klipem do piosenki The Fear

Golden Silvers- perłowe, zgaszone złoto, średnia pigmentacja. Poznajcie prawdziwy romans z Golden Silvers

Co do trwałości- lepiej powieki trzymają się perły, które mogę nosić nawet 5 godzin bez bazy. Maty blakną i schodzą dość szybko- po 2 godzinach.

Paletkę PPQ uważam za udaną (-3 cienie). Można wyczarować nią błyszczące smokey, jak i zwariowany makijaż. Gdyby miała kilka innych kolorów byłaby bardzo uniwersalna.
Cena: ok. 35 zł
Dostępność: Allegro, niektóre drogerie internetowe
Ocena: 4,5/5

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Grudzień bez większych zachwytów, czyli ulubieńcy

W grudniu nie było fajerwerków. To znaczy były, w Sylwestra, ale niestety nie kosmetyczne. Ostatni miesiąc 2011 roku zdecydowanie nie był czasem odkryć i zachwytów. Sprawdziły się te produkty, które już wam wcześniej pokazywałam... Ponieważ jednak nie będę wam serwowała co rusz tego samego, namyśliłam się i wskażę produkty, po które sięgałam najczęściej.

Joanna Masło do ciała z kawą- po wykończeniu wersji waniliowej (o której notka niebawem) chwyciłam zapach kawowy. I to był strzał w 10! Delikatny zapach kawy z mlekiem, którym mogę się zaciągać godzinami. Pielęgnacyjnie masła Joanny to nie mistrzowie świata, ale dla zapachu jestem skłonna im wybaczyć.

Pollena Eva Tonik z koniczyną- prosty sposób na spacer po łące w środku zimy (taka ta zima, jak z koziej pupy trąba, ale co tam). Ślicznie pachnie i przyjemnie odświeża- głębsza recenzja pojawi się za jakiś czas.

Jeżeli idzie o makijaż, to w grudniu byłam obrzydliwym leniem. Wstawałam rano, było ciemno, więc nie chciało mi się grzebać w arsenale. Jak coś wyciągnęłam, to zazwyczaj był to tusz, szminka i żel do brwi (jak go nie zakopałam). Mój makijaż był bardzo minimalistyczny :)

Essence Gel Eyeliner 02 London Baby- linery w kałamarzu zmęczyły mnie psychicznie i zniechęciły do siebie, dlatego kupiłam teoretycznie prostszy w obsłudze żel. I co? Okazało się, że zoila potrafi namalować względnie prostą kreskę, cieńszą niż 0,5 cm.

Essence 50's girls reloaded 01 Back to the 50's- kreska na oku, czerwone usta i do przodu :). Bardzo żałuję, że ta edycja nie była dostępna u mnie w mieście i nie udało mi się dorwać 02 I'm sailing.

Delia Korektor do brwi- przyjemnie przyciemnia i dyscyplinuje moje niezbyt piękne brwi.

Może styczeń okaże się bardziej owocny niż grudzień i uda mi się odkryć kilka kosmetycznych perełek. A wy czym zachwyciłyście się w grudniu?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...