Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Konwencjonalny wpis sylwestrowy - łamaga i jej makijaż

Pewnie właśnie spora część z was szykuje się na szampańską zabawę w Sylwestra. Moczycie się w wannach, katujecie włosy prostownicami/lokówkami, a brokat wala się wszędzie. Ja dzisiaj spędzę pod kołdrą, z podręcznikami i jakimiś dropsami na przeziębienie (nie wiem skąd moja mama ma takie dobre dragi :D). Ale liczę, że ktoś będzie się bawił za mnie. Kto zgłasza się na ochotnika?

Ponieważ blogosfera od kilku dni ocieka świecidełkami, które dziewczyny pokazywały z myślą o dzisiejszym dniu, zdecydowałam się, że podążę za wiodącym trendem i też taką "inspiracyję" pokażę. Mam nadzieję,  że wasze makijaże są już gotowe i nie skorzystacie :D. Najlepiej nie powiększać, patrzeć z dużej odległości i nie wgłębiać się w szczegóły (brwiiiiii :D).

Góra: zdjęcie w pokoju, światło dzienne
Dół: sweet focia w łazience, światło sztuczne żółte
Powiekę przez spory okres czasu molestowałam całkiem sporą ilością produktów (czego oczywiście nie widać). Na całą ruchomą powiekę położyłam cień Maybelline Colour Tattoo 25 Bad to bronze. Wykorzystałam też wszystkie cieni z potrójnej paletki Hean Colour Celebration nr 279 (perłowe: biel, złoty, brąz). Na samym środku powieki wylądował brokat z MIYO nr 10, który dostałam jako gratis - miałam go wyrzucić, bo nie korzystam z takich cudaków na co dzień, ale coś mnie powstrzymało  Kto wie, może zacznę uprawiać clubbing :D. W załamaniu wylądował mój ukochany fiolet, czyli Inglot 446 P - to fiolet mieniący się na brąz; w żółtym świetle łazienki wygląda na brązowy, w dziennym świetle jest fioletem. Próbowałam także namalować kreskę eyelinerem z Lovely - miała służyć zagęszczeniu rzęs; oczywiście jak wszystkie moje kreski jest pokazowo krzywa.
Na dolnej powiece także wylądował cień z Maybelline. Ponieważ było mi mało "filetu" chwyciłam kredkę My Secret Satin Touch Kohl Blueberry.
Linię wodną potraktowałam cielistą kredką z Basic, a rzęsy tuszem Hean (1 warstwa, mogłam dać więcej).

Mam nadzieję, że (nie)skorzystacie :).

Z tej okazji, że dziś ostatni dzień w roku 2012, a co za tym idzie ostatni wpis na blogu (nie cieszcie się tak, ostatni w tym roku :D), chciałabym złożyć wam tradycyjne życzenia noworoczne. Nie życzę, aby przyszły rok był lepszy niż ten, to taki banał, który jeszcze nigdy nie znalazł odzwierciedlenia; wręcz przeciwnie większość z nas ma wrażenie, że każdy następny rok jest gorszy niż poprzedni. Życzę wam, aby w 2013 roku udało się lepiej sterować własnym życiem, abyście były kowalami własnego losu :). Szczęśliwego Nowego Roku!

sobota, 29 grudnia 2012

Beczka miodu i łyżka dziegciu - hity i kity kosmetyczne w 2012 roku

Obecny rok dobiega już do końca (odkrywcze, nie?). Ten czas po świętach, a przed Nowym Rokiem, to zwykle okres całorocznych podsumowań. Porządnie najedzony po świętach człowiek zwalnia trochę, aby z przerażeniem stwierdzić, że kolejny rok już mu umknął, czas przeciekł przez palce. W tym okresie zaczynamy zastanawiać się nad tym, co przyniósł nam, mający się ku końcowi, rok. Choć w moim życiu nie był to złoty czas, kosmetycznie okazało się całkiem przyjemnie. 

W kosmetyczce pojawiło się dużo kosmetyków dobrych; niektóre rzuciły na kolana, inne były (a w dużej mierze nadal są) bardzo dobre. Buble oczywiście też się trafiły, ale nie było ich aż tak dużo - konsument bardziej świadomy kupuje mniej badziewia. Zanim jeszcze zacznę opłakiwać nietrafione wybory, zacznę od miłej części i przedstawię kosmetyki, które pozytywnie zaskoczyły mnie w tym roku.

Twarz - makijaż


W tym roku, szczególnie w porównaniu z poprzednim, znacząco przybyło mi kosmetyków do makijażu. Kiedyś wystarczył mi w zupełności jeden róż, teraz pięć to nadal za mało. Nie wspominając już o szminkach - przestałam liczyć ile ich mam. Nie wszystkie nabytki okazały się jednak hitami. Niektóre, po minięciu pierwszego zauroczenia, powędrowały do pudełka i czekają na lepsze czasy. Najczęściej w tym roku maltretowałam swoją buzię następującymi smarowidłami:

Bell 2skin pocket rouge nr 51 - mały, niepozorny róż z Bell okazał się strzałem w dziesiątkę. Piękny dzienny kolor, który ożywia policzki, jednocześnie nie sprawiając, że wyglądają na "zmalowane". Prosty w obsłudze nawet dla osoby z tak lewymi rękami, jak moje. Jedyny minus? Nie do końca zadowalająca trwałość. Pełną recenzję różu możecie przeczytać TU.

Catrice LE Revoltaire Lipstick C01 Colour Bomb - szminka o tak jadowicie różowym kolorze, tak neonowa, że nikt o zdrowych zmysłach nie sądził chyba, że można w niej wyjść do ludzi - chyba że w stylizacji na Nicki Minaj na bal przebierańców. Okazało się jednak, że ten wściekły kolor pasuje sporej części osób i szminka w błyskawicznym tempie zniknęła ze standów. I ja się w niej bez pamięci zakochałam. Ten kolor niezawodnie poprawia mi humor. O szmince pisałam TU.

Hean Black Elixir Tusz do rzęs - po przygodzie z Rimmelem, wyciągnęłam z zapasów tusz Hean. Ma mój ulubiony typ szczoteczki (silikon :)). Perfekcyjne rozdziela rzęsy. Recenzję napiszę po dłuższym stosowaniu, na razie jestem oczarowana - i to na tyle, że każdy tusz, który pojawił się w mojej kosmetyczce w tym roku poszedł w niepamięć.

Alverde Camouflage 002 Beige - cudownie kremowy korektor, który bardzo dobrze kryje niedoskonałości cery, a jednocześnie jest na tyle lekki, że bez obaw można go stosować pod oczy. Uwielbiam go i jak tylko nadarzy się okazja, ponownie zapanuje w kosmetyczce. Recenzja - KLIK

Sunshade Minerals Flat top - wrzesień zaowocował nowym genialnym pomysłem: minerały! Hip, hip, hura! Zaraz, przecież palcem sobie ich nie nałożę. Zaczęłam więc szukać w miarę niedrogiego pędzla (żeby nie przepłacić zbytnio, gdyby przypadkiem kosmetyki mineralne szybko mi się znudziły), po małych konsultacjach padło na Sunshade. Jest świetny! Nawet, gdy nie nakładam podkładu mineralnego, ten pędzel i tak idzie w ruch - uwielbiam rozcierać nim korektor. Bardziej szczegółowe zachwyty z pewnością za jakiś czas pojawią się pod postacią osobnej notki.

Hakuro H24 - początkowo nie byłam przekonana do tego pędzla. Wydawał mi się mały i nie rozumiałam tych pieśni pochwalnych adresowanych do Hakuro. Gdy nabrałam wprawy w nakładanie różu, ten pędzel okazał się nieoceniony. Nie mam weny do pisania na jego temat - mam go prawie od roku, więc chyba wypadałoby coś o nim skrobnąć. Może się przemogę i go zrecenzuję.

Twarz - pielęgnacja

Po niemiłym letnim flircie z OCM, musiałam doprowadzić swoją skórę do stanu w miarę zadowalającego - nie mogłam wrócić na uczelnię, strasząc ludzi paskudnymi syfami. W walce z moją problematyczną cerą pomogli mi:

Alouette ręcznik kuchenny - odkąd przestawiłam się z ręczników frotte na jednorazowe ręczniki kuchenne, widzę sporą różnicę. Buzia nie jest tak zanieczyszczona jak dawniej. Ręczniki Alouette może nie są wybitnie miękkie, ale nie podrażniają buzi. Ponadto nie są wybielane chlorem, dlatego nie zostawiają na buzi białego nalotu.

Vichy Normaderm Preparat oczyszczający 3w1 - choć według producenta ten kosmetyk ma wiele zastosowań, to jednak ja z wielką przyjemnością spożytkowałam go jako żel do mycia buzi. Fenomenalnie oczyszczał, a do tego nie wysuszał, co często przypada w udziale preparatom do cery tłustej i trądzikowej. Ze względu na fakt, że jak na produkt myjący, ma dość wygórowaną cenę, na razie ponownie go nie kupiłam. Ale warto to zrobić - o czym przekonacie się czytając recenzję.

Pharma Tech Olejek z drzewa herbacianego - geniusz i zmora w jednym. Olejek ma znakomite działanie antybakteryjne, ale jednocześnie zdarza mu się paskudnie wysuszyć skórę. Stosowany z umiarem może pomóc, w nadmiarze spowodować kataklizm. Pełna recenzja znajduje się TU.

W 2012 r. odkryłam bardzo pozytywne działanie kremu pod oczy. Od czasu romansu z AA Wrażliwa Natura 20+ nie wyobrażam sobie życia bez tego typu kosmetyku. Na razie nie znalazł on godnego zastępcy. O kremie AA przeczytacie TU.

Uwielbiam wszelkiego rodzaju smarowidła do ust - zarówno te dopieszczające usta kolorem, jak i nawilżeniem. W tym roku dzięki peelingowi Pat&Rub przekonałam się, że uprzednie pozbycie się martwego naskórka na ustach przynosi wymierne korzyści. Choć taki peeling można sobie zrobić samemu, to jednak myślę, że gdyby nie ten "gotowiec" nie odkryłabym dobroczynnego działania ścierania :).

Reszta :)

Tej reszty nie będzie tak znowu dużo. W pielęgnacji reszty ciała oraz włosów nie było szałowych odkryć. Głęboko w pamięć zapadły mi kosmetyki z serii Babydream dla mam. Olejek (recenzja) okazał się rycerzem w lśniącej zbroi w walce z paskudnymi czerwonymi rozstępami. Niedostępna na rynku polskim maść (recenzja) to kosmetyk wielofunkcyjny - ukoi każde suche miejsce, uleczy spierzchnięte usta, zmiękczy sianowate końcówki włosów. Luba maści, wróć!

Ble, ble, ble, le buble

Choć bezsprzecznie największym rozczarowaniem roku okazała się modna metoda OCM, to jednak zdecydowałam się nie zamieszczać jej wśród bubli - postawiłam na produkty gotowe, które zgodnie z opisami na etykietach miały mnie rzucić na kolana, biust, twarz, czy kto co tam preferuje. Medale olimpijskie, wszystkie złote, w kategorii koszmar roku lecą do:

Alterra Migdały i jojoba Szampon do włosów - ten kosmetyk wywołał u mnie chyba największy atak agresji. Jaki prawem to coś, ten płyn do mycia toalet śmie udawać szampon do wrażliwej skóry głowy. To domestos w kategorii szamponów. Nie wybaczę mu tego, że pozbawił mnie pewnej części włosów. Recenzję tego gagatka znajdziecie TU.

Garnier Mineral Bio Dezodorant Słodkie Migdały - jestem patentowaną kretynką, która daje się zwariować różnym modom. Nasłuchałam się (dodajmy, że po raz kolejny w życiu) o tym jakie be są sole aluminium w antyperspirantach, że zginę przez nie marnie. I jak ostatnia idiotka, hipochondryczka i histeryczka, pobiegłam po produkt bez aluminium, zachwalany Garnier Bio. I jak szczerze lubię niektóre produkty Garnier, tak tego im nie wybaczę. Gdybym chciała, aby pachy pachniały mi alkoholem, to umyłabym je wódką. Zaś gdy chciałabym pachnieć, jak spracowany człowiek 15 minut po prysznicu, to poszłabym wozić taczki na budowie w upał. Dziękuję, postoję. O niewypale z Garniera przeczytacie TU.

Green Pharmacy Scrub do stóp - nie wiem, co ten preparat ma zetrzeć, bo wątpię, żeby to miała być twarda skóra na stopach. Może niemowlęcą pupę? Zraziłam się do GP przez ten produkt - recenzję znajdziecie TU.

A wy jak kończycie ten rok? Szczęśliwe, spełnione? Nie mam na myśli tylko kosmetyków :). Jak prezentuje się wasz roczny bilans życiowy i kosmetyczny?

Zdjęcia pochodzą ze stron: Bell, Catrice, Rossnet, Rossmann Online, Pat&Rub, Wizazysci.pl, Makeup Box,  Drogerie DM, Aptekawsieci, Elfa Pharm, Sklep Kosmetyki AA, Vichy, Hean

środa, 26 grudnia 2012

Odrobina luksusu w wannie. Organique Odżywcza i nawilżająca kula do kąpieli Mangolia

Jeżeli jest coś za czym nie przepadam, to są to długie kąpiele. Może ta niechęć wynika z faktu, że już się w życiu namoczyłam; w dzieciństwie rodzice musieli mnie siłą wyciągać z wanny, potrafiłam w niej siedzieć tak długo, że skóra zaczynała przypominać pomarszczoną suszoną śliwkę :). Nigdy nie interesowały mnie gadżety do kąpieli dla dorosłych. Wszelkie produkty, które w zamyśle mają umilić wylegiwanie w wannie, trafiają do mnie z przypadku.

Kuli Organique (ani pewnie jakiejkolwiek innej kuli) nie kupiłabym sama. I gdyby nie spotkanie blogerek w sierpniu, pewnie nawet nie spojrzałabym na tę firmę jednym okiem. Ponieważ zostałam uszczęśliwiona kulą o zapachu magnolii, to wypadałoby ją kiedyś zużyć. Zima to idealna pora do praktykowania ciepłych kąpieli, dlatego w ramach relaksu świąteczno - "naukowego", zdecydowałam się sięgnąć do zapasów i sprawdzić cudowne działanie cudów do wanny.

Kula z Organique przeraziła mnie swoją wielkością. Jest ogromna, nie wyobrażałam sobie, jak można takiego klocka wrzucić do wanny. Po zerwaniu brązowego paska z danymi produktu, okazało się, że kula została podzielona na pół. Ponieważ nawet ta połowa wydawała mi się ogromna, chciałam przełamać produkt jeszcze raz. Niestety kula postawiła się i z łamania nic nie wyszło. Zdecydowałam się wrzucić porcję  odmierzoną przez producenta. Po wrzuceniu do wanny kula zaczyna musować (znowu wracają wspomnienia z dzieciństwa - obserwowanie, jak rozpuszcza się wapno albo Pluszz, zawsze był frapującym zajęciem). Produkt bardzo szybko się rozpuszcza, po około minucie nie ma już żadnych stałych fragmentów. Kula po rozpuszczeniu sprawia, że woda staje się mętna, lekko biała. Nie ma żadnej piany.

Gdy weszłam do wanny od razu poczułam różnicę. Woda we Wrocławiu jest dość twarda i niezbyt przyjemnie wpływa na skórę. Natomiast woda w wannie zrobiła się taka lekko śliska. Przesuwając ręką po skórze, czułam, że skóra robi się gładka, dłoń po niej lepiej sunęła. Zdecydowałam się na mały test i chwyciłam za maszynkę do golenia i przystąpiłam do maltretowania nóg. Wyjątkowo nie zastosowałam nawet żelu pod prysznic. Nie chciałam maszynce ułatwiać zadania. I o dziwo, maszynka spełniła swoją rolę bez żadnego wspomagania, nie miałam ani jednego draśnięcia, golarka dobrze ślizgała się po skórze. To było coś. Po wyjściu z wanny skóra była gładka, miękka i mimo tego, że nie zastosowałam żadnego produktu nawilżającego, wydawała się dobrze dopieszczona.

Na koniec zostawiłam sobie to, co w takich produktach odgrywa jedną z bardziej znaczących ról, czyli zapach. Dość naturalny, bez proszkowych nut, kwiatowy. Może to magnolia, nie wiem, nie wąchałam nigdy tego kwiatu :). Początkowo trochę rozczarował mnie trochę fakt, że zapach nie unosi się w łazience. Czuć go było tylko, gdy zbliżyłam nos do wody. Choć marzyłam o oparach aromatu, który mnie odpręży w wannie, nie będę narzekała. Bo zapach jest dość długo wyczuwalny na skórze - nawet po 4 godzinach był lekko wyczuwalny.

Jestem przyjemnie zaskoczona tym produktem. Choć za 2 kąpiele musimy zapłacić około 13 zł (a np. sól do kąpieli z Biedronki, która starczy nam na kilka razy kosztuje 5 zł), to uważam, że od czasu do czasu można sobie na taki luksus pozwolić. Naprawdę warto! Myślę, że skuszę się na inne wersje zapachowe.

Skład: Sodium Bicarbonate, Citric Acid, Solanum Tuberosum Starch, Avocado Oil, Soya Oil, Grape Seed Oil, Aqua, Parfum

Cena: ok. 13 zł/170 g
Dostępność: sklepy Organique (we Wrocławiu: Galeria Dominikańska, Renoma, Magnolia, Factory; placówki w innych miastach można sprawdzić TU), Mydlarnia Wrocławska
Ocena: 5/5

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Wyjątkowo standardowe życzenia świąteczne


Zdrowych i wesołych Świąt,
dużo przysmaków na stole,
pokaźnej torby prezentów pod choinką
oraz błogiej atmosfery
życzę
JA :D

niedziela, 23 grudnia 2012

Eliksir prawdy. Wibo Eliksir 08

Każda osoba zaglądająca na blogi, znakomicie wie, że tematy na nich serwowane podlegają pewnym modom. Raz wszyscy piszą o tym, innym razem o czymś innym. Przy okazji promocji -40% w Rossmannie, sporo osób oszalało na punkcie "nowych" pomadek Wibo z serii Eliksir. Te cudaki były wtedy tanie, jak barszcz, dlatego tłumy dziewczyn kupowało te szminki hurtowo. Szczególnie na nr 5 urządzano prawdziwe polowania. Choć nie kupiłam Eliksiru podczas szalonej promocji, to jednak zdecydowałam się na niego jakiś czas później. Skuszona przez Dymka, przy okazji uzupełniania kosmetycznych zapasów, zaopatrzyłam się w nr 8. Uradowana (kupno nowego mazidła poprawia humor tak, jak czekolada, a nie tuczy) wróciłam do domu i zaczęłam się nią mazać...

Kolor jest naprawdę ładny... w opakowaniu. Piękna, soczysta, wściekła czerwień to kolor idealny na zimę. Niestety, zarówno na dłoni, jak i na ustach z uroczej czerwieni wychodzą różowe tony. Matko i córko, czy wszystkie szminki muszą być różowe?!



Od początku coś mi ten produkt nie pasował. Miałam wrażenie, że chyba znam tę nowość, cudowny Eliksir... Moje przypuszczenia chyba nie są bezpodstawne - mam wrażenie, że to ten sam produkt, który pojawił się w ofercie Wibo na wiosnę w opakowaniu "stylizowanym" na Sweet Kiss firmy Bourjois.

Oto mały materiał dowodowy:

Jedyne, co różni te serie, to opakowanie. Choć to "ulepszone" nadal jest liche, a napisy szybko z niego schodzą.
Dostępne kolory, kształt szminki, zapach, smak, gramatura, etykieta - tutaj nie ma różnic. Składu nie porównam, bo nie mam do niego dostępu.

Czy tylko ja czuję się nabita w butelkę?

Jeżeli ktoś jest zainteresowany recenzją nawilżającej szminki z Wibo, to zapraszam TU, nie ma sensu jej powielać.

sobota, 22 grudnia 2012

Przedświąteczna bieganina - post o wszystkim i o niczym

Te kilka ostatnich dni przed świętami to zwykle dość intensywny okres. W niektórych kuchniach już dzisiaj rozpoczęły się przygotowania do Wigilii i Bożego Narodzenia. Inni z kolei wymiatają koty z dawno zapomnianych kątów. A część osób biega z wywieszonym językiem po mieście w poszukiwaniu prezentów i dodatków do świątecznych przysmaków. I ja rzuciłam się w ten świąteczno - zakupowy wir. Oto, czym zaowocowało kilka ostatnich dni:



Balea Feige&Schokoladenduft żel pod prysznic - jeżeli myślicie, że niemieckie kosmetyki są nieosiągalne w Polsce, lub osiągalne, ale na Allegro i w sklepach internetowych, w których sporo sobie za nie liczą (czasami nieźle zdzierają), to się mylicie. Warto poszukać sklepów z chemią niemiecką w swoim mieście, w którym na pewno znajdziecie część asortymentu :). Za żel z makaronikowej edycji świątecznej o pojemności 300 ml zapłaciłam 5 zł (Centrum Handlowe Gaj). Całkiem przyjemnie, prawda?

Stara Mydlarnia Glinka zielona (sklep firmowy ul. Odrzańska 15) i Dabur Woda różana (Helfy ul. Św. Mikołaja) - te dwa produkty mają mi pomóc zaprzyjaźnić się z maseczkami do twarzy. Moja cera polubiła glinkę, o czym przekonałam się używając Vichy 3w1. Zobaczymy, jak długo potrwa zapał do siedzenia z błotkiem na twarzy, ale jestem optymistką. Może efekty będą tego warte.

Be Beauty Płyn micelarny - lubiłam żel micelarny, to może i polubię płyn. Zbiera dobre opinie, ludzie w sklepie się na niego rzucają, więc mam nadzieję, że i u mnie się sprawdzi.

Essence Ready for Boarding baza peel-off - baza peel-off z Essence jest ostatnio hitem blogosfery. Na jej punkcie oszalały fanki brokatów, które mimo miłości do świecidełek, nie znoszą użerać się z ich zmywaniem. W efekcie, dzięki szeroko zakrojonej blogerskiej kampanii, po tym produkcie zostało tylko puste miejsce w szafie. Na szczęście bardzo pomocna pani Naturzanka zaproponowała (!!!) mi taką samą bazę, ale z limitowanej edycji. Kto zna obsługę polskich drogerii, ten wie, że sprzedawczyni zorientowana w temacie to prawdziwy skarb - nie ma co jednak winić obsługi, zwykle niewiedza osób sprzedających wynika z tego, że się ich nie szkoli, nie zaznajamia z produktami, które mają sprzedawać. A łatwo z siebie zrobić idiotę i zrazić klienta.

Bezfirmowy Olejek do skórek - kupiony u pani, która nadała w miarę przyzwoity kształt moim paznokciom. Podobno dobrze smarować skórki takim olejkiem. Pożyjemy, zobaczymy. Na razie mogę na jego temat powiedzieć tyle, że ma ładne ozdoby w środku i całkiem przyjemnie pachnie :).


Kupno bazy peel-off było spowodowane tymi dwoma gagatkami, które wygrałam w konkursie u 9thPrincess. Jolly Jewels nr 103 i 102 będą mi umilać najbliższy okres. Zamierzam przezwyciężyć swoją niechęć do brokatów - teraz będę szajning lajk e star!


Gdy wpadłam dzisiaj do domu, brat wręczył mi kopertę słusznych rozmiarów. Myślałam, że może to kartka świąteczna od kogoś ze znajomych. Po zerknięciu na adresata, bardzo się zdziwiłam. Niezwykle miły gest ze strony firmy Oceanic. Kalendarz na 2013 rok już zawisł w kuchni (udało im się trafić, dzisiaj główkowałyśmy z mamą nad wyborem kalendarza na przyszły rok, a tu sprawa rozwiązała się sama). Płytę z pięcioma utworami (szkoda, że nie świątecznymi :D) na pewno przesłucham - może w końcu uda mi się przekonać do polskiej muzyki. Najbardziej ujęła mnie jednak kartka z podpisami pań z PR - to niezwykle miły gest.

Tymczasem łapię za szczotki. W międzyczasie będę wpadała do kuchni skosztować przysmaków. A jak u was wygląda przedświąteczna sobota?

czwartek, 20 grudnia 2012

(Nie)zwykły krem? Fitomed Krem nawilżający tradycyjny


O tym, co blogosfera robi z porządnym człowiekiem, wspominałam już nie raz. Nagle niczego nieświadomy obywatel, zaczyna mieć dziwne objawy. Szczególnie, gdy zobaczy produkt, na który długo polował. Nie myśli długo i rzuca się na niego, żeby przypadkiem ktoś nie sprzątnął mu go sprzed nosa. Tak mniej więcej wyglądała moja przygoda z kremem Fitomed.

Na ten produkt chorowałam dość długo. Dziewczyny pokazywały na blogach różne cuda z tej firmy, a we Wrocławiu, jak na złość dostępna była tylko część asortymentu. Gdy pewnego pięknego dnia, kompletowałam zamówienie w aptece i zobaczyłam, że krem, na który miałam ogromną ochotę, jest tam dostępny, nie zastanawiałam się ani chwili.

Produkt dostajemy w solidnym słoiczku z białego nieprzezroczystego plastiku, bez jakiegokolwiek kartoniku. Opakowanie jest proste, z pewnością nie ozdobi nam szczególnie łazienkowej półki.

Krem ma dość ciekawą, prawie maślaną konsystencję. Jest trochę zbity. Rozprowadza się jednak dobrze, łatwo sunie po skórze, nie trzeba go dużo nakładać. Niestety, choć polecany jest do cery mieszanej i tłustej, a producent obiecuje nam działanie matujące, to jednak zostawia świecącą warstwę. W ogóle mi się to nie podoba, mam "światło" własnej produkcji, nie potrzebuję dodatkowego połysku. Jednak taki film sprawdza się zimą, zawsze to jakaś ochrona przed mrozem.

Zdecydowanym plusem jest działanie tego kremu. Naprawdę dobry z niego nawilżacz, w chwili kryzysu, gdy całe moje ciało pokryło się paskudnymi przesuszonymi plackami i okropnymi skórkami, twarz "trzymała się kupy". Nawet nos, z którego wiecznie złazi mi skóra, był w znakomitym stanie, bez jednej skórki. Krem nie zapycha. To chyba jeden z lepszych kremów pod względem nawilżania (pamiętajcie jednak, że mówi to mieszaniec z przetłuszczającą się strefą T).

Na koniec rozważań odnośnie tego kremu zostawiłam sobie jego zapach. Jest on dość... osobliwy. Liczyłam na zapach świeżych pomarańczy, ale się rozczarowałam. Zdarzyło mi się spotkać z recenzjami, że krem pachnie miodowo. Chyba mam miód z jakiejś trefnej pasieki, bo ten krem miodu mi nie przypomina. Nie mogłam sobie przypomnieć z czym ten zapach mi się kojarzy. Myślałam i myślałam, szare komórki pracowały na najwyższych obrotach... Pewnie nie potrafiłabym zlokalizować tego zapachu, gdyby nie przedświąteczne porządki. W ramach tej operacji, wspólnie z rodziną dokonujemy gruntownego wietrzenia zakamarków. Nic nie może pozostać nienaruszone. I właśnie w ramach tej misji mama zarządziła mycie lodówki. Ten krem pachnie jak lodówka właśnie. Pachnie jak wnętrze lodówki, po wyjęciu całego jedzenia, czyli mówiąc krótko i kolokwialnie - daje lodówą!

Polecam ten krem. Szkoda tylko, że pozostawia film, niezbyt przyjemnie pachnie i nie ma nawet maleńkiego filtra przeciwsłonecznego.

Skład:  Aqua, Citrus aurantium dulcis flower water, Panax ginseng root extract, Macadamia ternifolia seed oil, Ethylhexyl stearate, Caprylic/capric triglyceride, Isopropyl palmitate, Glycerin, D-panthenol, Citrus aurantium dulcis peel cera, Cetearyl alcohol, Cetearyl glucoside, Propylene glycol, Tocopheryl acetate, Hippophae rhamnoides fruit oil, Lecithin, Glucose, Sodium hyaluronate, Magnesium PCA, Calcium lactate, Trilaureth-4 phosphate, Hydroxyethyl acrylate, Sodium acryloyldimethyl taurate copolymer, Phenethyl alcohol, Caprylyl glycol, Pelargonium roseum leaf oil, Parfum.

Cena: ok. 12 zł/50 ml
Dostępność: apteki DOZ
Ocena: 4/5

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Nadzienie jak marzenie. Original Source Plum&Maple Syrup żel pod prysznic

Prawie od miesiąca wszędzie panuje świąteczna atmosfera. Nie jestem Grinchem, ale nie znoszę tej całej otoczki, nie lubię Last Christmas katowanego przez wszystkie rozgłośnie radiowe, nienawidzę przedzierać się przez wrocławski  Rynek podczas jarmarku, nie mam ochoty na natykanie się na te wszystkie czekoladowe figurki i pierniczki, gdziekolwiek nie spojrzę. Przez to przedłużanie okresu świątecznego, wcale nie "czuję" świąt, gdy już nadejdą. Wigilia i te dwa następujące dni przestały być już magiczne. Szkoda. Dlatego też, jak tylko mogę, wszystkimi zmysłami staram się omijać te wszystkie świąteczne atrybuty. W tym roku nie bardzo mi się udaje, przynajmniej jeżeli chodzi o świąteczne zapachy. Nie mogłam się powstrzymać przed zakupem żeli z zimowej serii Original Source.

Ten zakup to moje pierwsze spotkanie z tą marką. Co prawda, wcześniej sporo czytałam o tej firmie, ale jakoś zawsze było mi nie po drodze. Gdy jednak zobaczyłam, że OS stworzyło żel o zapachu jednego z moich ulubionych owoców, nie zastanawiałam się długo.

Ponieważ zawsze zwracam uwagę na opakowanie, tym razem nie będzie inaczej.  Zacznę od etykiety - te norweskie zdobienia poprawiają humor przy codziennej rutynie. Zgodnie z obietnicami producenta, żel ma przegonić Bukę i Królową Śniegu - zarówno jednej, jak i drugiej nie widziałam w swojej łazience, więc chyba mogę uznać, że produkt spełnia obietnice firmy :D. Wysoka, zwężana ku górze butelka okazała się całkiem wygodna, mimo że nie ma moich ukochanych "profili".  Trzymanie jej ma ułatwić chropowata powierzchnia po bokach - niestety niewiele ona daje, butelka łatwo się wyślizguje.   Bardzo odpowiada mi to, że opakowanie "stoi na głowie", co pozwala na dokładne zużycie kosmetyku.Wszystko było by świetnie, gdyby nie to, że żel  po otworzeniu butelki wylewa się z opakowania. Powinno mieć jakąś uszczelkę (jak np. wersja Mango i Makadamia..

Po lewej: Plum&Maple Syrup
Po prawej: Mango&Makadamia
Produkt jest bardzo rzadki, wodnisty, w ogóle nie przypomina żelu. Dodatkowo dzięki opakowaniu w połączeniu z grawitacją, trzeba uważać przy jego używaniu. Szkoda, by połowa butelki miała się zmarnować w odpływie (albo na sklepowej półce - regały w Rossmannie, dzięki ciekawskim "wąchaczkom", są całe ufajdane). Żel dobrze się pieni, więc wcale nie trzeba go dużo. Nie zauważyłam, żeby bardzo korzystnie wpływał na moją skórę - przynajmniej jej nie wysusza. Myje bez dodatkowych fajerwerków :).

Na deser zostawiłam sobie zapach. W opakowaniu jest naprawdę piękny, takie połączenie śliwek z karmelem. Kojarzy mi się trochę z suszonymi śliwkami i nadzieniem pierniczków alpejskich. Słodki, ale nie przesłodzony aromat. Piękny. Niestety, słabo wyczuwalny podczas kąpieli, nie zostaje też na skórze. Bardzo żałuję, że nie mogę się nim długo cieszyć. Pozostaje tylko zaciąganie się z butelki.

Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Sodium Chloride, Cocamidopropyl Betaine, Parfum, Polyquaternium-7, Lactic Acid, Acer Saccharum Extract, Prunus Domestica Fruit Extract, Glycerin, Sodium Benzoate, Styrene/Acrylates Copolymer, Benozotrazozyl Dodecyl p-Cresol, Tetrasodium Glutamate, Diacetate, Limonene, CI 17200, CI 60730

Cena: ok. 9 zł/250 ml
Dostępność: Drogerie Rossmann
Ocena: 3/5

piątek, 14 grudnia 2012

Ustna rozpusta. L'oreal Colour Riche Lip Balm 818 Nourishing Nude


Jak się człowiek zacznie nakręcać to nie ma rady. Zwłaszcza, jeżeli jego korbką notorycznie kręcą inne blogerki. Polska blogosfera po raz pierwszy dowiedziała się o Lip Balmach z firmy L'oreal od Urbana. Po jej zachwytach każda dziewczyna chciała go mieć, co ja piszę, MUSIAŁA. Solidarnie zmawiałyśmy paciorek o to, żeby w najbliższym czasie ten cudowny kolorowy balsam znalazł się w polskich drogeriach. Bardziej niecierpliwe skrzyknęły się i ściągnęły przedmiot pożądania prosto ze Stanów. Choć przebierałam nogami, a palce mnie świerzbiły, to doszłam do wniosku, że spokojnie sobie poczekam, aż Lip Balmy dotrą do Polski. Wtedy sobie pójdę, pomażę się testerami i zastanowię się, czy warto. Jak na razie nie widać ich jednak na horyzoncie, co więcej, nie znosi się na to, żeby w ogóle się pojawiły. Gdyby nie dobra wróżka Urban, pewnie czekałabym do śmierci :).

Standardowo zacznę od opakowania. Proste, dość minimalistyczne, ale ładne. Bardzo podoba mi się zarówno trzon (który jest metalowy), jak i nasadka - opakowanie jest porządnie wykonane, przeszło ekstremalne testy w torebce i żyje, ba!, co więcej, uszczerbku nie ma nawet w srebrnych literach obwieszczających nazwę produktu.

Z kwestii ściśle "technicznych" przejdę teraz do konsystencji. Sztyft nie jest ani zbyt twardy, ani zbyt miękki. Pomadka bajecznie się rozprowadza na ustach, sama po nich sunie. Kolor rozprowadza się przy tym bardzo równomiernie. Choć konsystencji nie mogę niczego zarzucić, to jednak kosmetyku dość szybko ubywa. Dlaczego? Bo zwyczajnie jest go mało (2,9 g, dla porównania Celia Nude, kosmetyk podobnego typu, ma 6 g), a używa się go bardzo przyjemnie.

Póki nie dotarłam jeszcze do gwoździa programu, wspomnę jeszcze o zapachu i smaku. Zapach jest bardzo ładny, taki trochę waniliowy. Nie jest zbyt intensywny, ale czuć go odrobinę po aplikacji. Niestety kubki smakowe nie są tak usatysfakcjonowane, jak nos. Pomadki nie są co prawda po to, żeby je zlizywać, ale przypadkowa konsumpcja Lip Balmu nie sprawia przyjemności, smak jest dość osobliwy, choć niezbyt mocno wyczuwalny. Bez obaw nie wypali nam kubków smakowych :).

Przejdę teraz do głównej części programu, czyli do koloru i obiecanego nawilżenia. Dostępne odcienie przypadną do gustu osobom ceniącym delikatne podkreślenie ust. Są półtransparentne, nie rzucają się w oczy. Mój odcień, 818 Nourishing Nude to taki odrobinę ciemniejszy, zgaszony ciepły róż. Nadaje delikatny kolor i subtelny połysk. Usta wyglądają naturalnie, a jednocześnie są ładnie podkreślone.



Jeśli chodzi o działanie... Hmmm.... No geniuszem to on nie jest. Nie uleczy nam spierzchniętych ust, przeciwnie, jak każdy produkt kolorowy, podkreśli suche skórki. Nie nawilży też cudownie bardzo suchych ust. Jest to natomiast niezły produkt do utrzymania dobrego stanu wypielęgnowanych ust. W przeciwieństwie do niektórych pomadek, nie powoduje wysuszenia, a wręcz lekko nawilża.

Warto by też wspomnieć o trwałości. I tu mam największy problem, bo nie wiem, jak zakwalifikować ten produkt. Gdybym ocieniała go jako szminkę, dostałby bęcki za godzinną trwałość. Natomiast w przypadku balsamu do ust nie oceniam czasu, przez który balsam pozostaje na ustach, ale długość jego działania. Przy Lip Balmie uczucie nawilżenia trwa około 3 godzin. Nie wiem, jak to ugryźć. Bo niby balsam, ale kolor daje... Ocenę pozostawiam wam i indywidualnym potrzebom każdej dziewczyny,

Jest to całkiem przyjemny produkt. Gdyby L'oreal wprowadziłby go do Polski, pewnie kosztowałby około 40 zł. A tej ceny absolutnie nie jest wart. Na zagranicznych aukcjach można go zdobyć za około 25 zł, ale musimy doliczyć przesyłkę. Skórka za wyprawkę. Zwłaszcza, że polskie firmy coraz częściej wychodzą na przeciw oczekiwaniom klientek i pojawiają się u nas podobne produkty, chociażby Celia Nude.

Skład: składniki aktywne: Octinoxate 7.5%, Octisalate 3%., składniki nieaktywne : Polybutene, Octyldodcanol, Ozokerite, Isopropyl Myristate, Petrolatum, VP/Eicosene Copolymer, Diisostearyl Malate, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, VP/Hexadecene Copolymer Euphorbia Cerifera (Candelilla) Wax, Polyethylene, Silica Dimethyl Silylate, Tocopheryl Acetate, Rosa Canina Fruit Oil, Pentaerythrityl Tetra-Di-T-Butyl Hydroxyhydrocinnamate, Silica, Calcium Aluminum Borosilicate, Argania Spinosa Kernel Oil, Synthetic Florphlogopite, Alumina, Benzyl Alcohol, Calcium Sodium Borosilicate, Tin Oxide, Polyethylene Terephthalate, Acrylates Copolymer, Fragrance. May Contain: Titanium Dioxide, Mica, Iron Oxides, Red 7, Red 22 Lake, Red 28 Lake, Yellow 6 Lake, Yellow 5 Lake, Blue 1 Lake, Carmine. 

Cena: ok 7$/2,9 g
Dostępność: ebay
Ocena: 3,5-4/5

wtorek, 11 grudnia 2012

Ko, ko, ko, kokos! Dulgon Hokus-Pokus Sauber-Zauber Shampoo

Dawno, dawno temu (tak ze 4 lata :D) upodobałam sobie kupowanie dziecięcych szamponów. Przez spory czas byłam wierna Johnsons's Baby, zdradziłam go na krótko z Babydream (zgiń, przepadnij), a potem stwierdziłam, że czas dorosnąć i kupić jakiś szampon z prawdziwego zdarzenia. Ale stare nawyki dały o sobie znać jakiś czas temu, gdy kupiłam morelowy szampon Dulgon. I tak zupełnie przypadkiem, gdy poszłam kupić szampon swojego doroślejszego życia (przynajmniej liczyłam, że uda mi się taki znaleźć), do rąk wpadł mi kokosowy szampon Dulgon. Perspektywa zapachu wiórek pobudziła ślinianki i tym oto sposobem wróciłam do domu z kolejnym wytworem dla maluchów. 

Nie będę ukrywała, że tym, co przyciągnęło moją uwagę jest po raz kolejny butelka. Wygląda tak wesoło na półce przy wannie :). Uwielbiam ten jej "profil"  i wytłoczone bąbelki.

Szampon trochę różni się od swojego brata. I bynajmniej nie tylko zapachem. Choć konsystencję ma podobną, lejącą, ale nie bardzo rzadką, mam wrażenie, że pieni się znacznie lepiej niż poprzednik. Zużywam go przez to trochę mniej. Nie oczyszcza jakoś spektakularnie włosów (nie aż tak jak pokrzywowa Barwa, po której włosy aż skrzypią), ale całkiem nieźle radzi sobie ze zmyciem olei - w tym też pokonał wersję morelową. Jest przy tym delikatny dla skóry głowy - a na to bardzo zwracam uwagę przy szamponach.

Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie zapach. Tutaj się rozczarowałam. Nigdy nie wącham produktów do pielęgnacji przed ich zakupem, jeżeli nie mają testerów (a w popularnych polskich drogeriach ich nie ma), dlatego o kwestiach zapachowych dowiaduję się dopiero w domu. Zapach jest co prawda przyjemny, taki kokosowo - czekoladowy, jak baton Bounty, ale kompletnie nie czuć go podczas mycia włosów. Pozostaje jedynie zaciąganie się z butli. Trochę szkoda.

Jestem całkiem zadowolona z tego szamponu i może jeszcze do niego wrócę. Choć jak znam życie, będę uparcie szukała czegoś nowego.

Skład: Aqua, Sodium Cocoamphoacetate, Disodium Cocoyl Glutamate, Citric Acid, Sodium Chloride, Glyceryl Oleate, Coco-Glucoside, Parfum, Phenoxyethanol, Benzyl Alcohol, Potassum Sorbate, Allantoin, Glycerin, Lactus Lipidia, Denatonium Benzoate

Cena: ok. 6 zł/250 ml
Dostępność: Drogerie Natura
Ocena: 4/5

sobota, 8 grudnia 2012

Tu! Matuj! Wibo Bibułki matujące

Ciężkie jest życie tłuściocha. Trzeba poszerzać drzwi, wstawiać gumy w spodnie, przeszywać guziki w koszulach... Dziś jednak nie będę marudzić o tuszy, ale o "wykończeniu" swojej twarzy. Niestety należę do tych osób, które świecą się jak lukier w Boże Narodzenie lub, jak kto woli, jak psu wiadomo-co.

Ze swoim smalcem na twarzy staczałam wiele wojen. Zwykle je przegrywałam. Przez długi okres czasu starałam się uregulować wydzielanie sebum różnymi mydłami do cery tłustej, czy kremami matującymi  Zwykle jednak po krótkim zawieszeniu broni, "smalcyk" wracał ze zdwojoną siłą. Dlatego teraz nie maltretuję swojej skóry agresywnymi produktami pielęgnacyjnymi. Nie staram się jej na siłę zmatowić; teraz stawiam na nawilżenie. Walkę z błyskiem zaczęłam toczyć na polu makijażowym.

Choć w codziennym makijażu sięgam po pudry matujące, czasem jednorazowa aplikacja produktu nie wystarczy. A nie każdy pamięta (czyt.: ja), żeby zabrać ze sobą jakąś puderniczkę, o puszku/gąbeczce nie wspominając. Dlatego przy okazji zakupów w Rossmannie chwyciłam za matujące bibułki firmy Wibo, które zamieszkały w mojej torebce na stałe.

Bibułki przychodzą do nas w miniteczce z cienkiego kartonu. Opakowanie bardzo szybko się niszczy - widać wszelkie załamania. Wstyd wyjmować przy ludziach.

Same bibułki mają formę prostokątów o wymiarach 88x58 mm. Na czoło są mi potrzebne dwie, na nos kolejna. Gdybym używała ich często, skończyłyby mi się w przeciągu niecałych dwóch tygodni.

Jak działają takie bibułki? Producent nazywa je "matującymi", jednak nie mają one w sobie niczego co mogłoby skórę zmatowić (nie zawierają raczej pudru - choć nigdy nie wiadomo, nie mogę sprawdzić składów kosmetyków marki Wibo - nie ma go ani na opakowaniach, ani w internecie; w szafie także nie widziałam żadnej książeczki ze składami). Są to raczej karteczki absorbujące sebum. Są dość chłonne, szybko nasiąkają. Ściągają je, ale nie sprawiają, że skóra nie zaczyna się ponownie błyszczeć. Na plus zaliczę im to, że nie naruszają warstwy makijażu, nie ścierają podkładu.

Powiem szczerze, że moim zdaniem to bibułki to zbędny gadżet. Można by je wykonać samodzielnie, za pomocą gładkiej bibuły ze sklepu papierniczego. Do absorbowania sebum nadaje się także zwykła chusteczka higieniczna.

Cena: 5,69/40 szt.
Dostępność: Drogerie Rossmann
Ocena: 3/5

środa, 5 grudnia 2012

Na jednej z rajskich plaż. AA Sensitive Nature Spa Relaksujące masło do ciała Kokos


Lubicie okres jesienno - zimowy? Ja bardzo. No, może z wyjątkiem tych chwil, gdy zamarza mi nos albo przemakają buty. I nie znoszę jeszcze jednego - rozpoczęcia sezonu grzewczego. Im mocniej grzeją kaloryfery, tym bardziej moja skóra zaczyna przypominać papier ścierny. Co gorsze, taki kataklizm dotyka całe ciało - od twarzy na łydkach kończąc. Dlatego walczę z przesuszonymi miejscami, jak tylko się da i od długiego czasu, w oparach herbaty z miodem, nacieram się rozmaitymi balsamami.

W zeszłym roku poznałam nowy typ kosmetyku do pielęgnacji ciała. MASŁO. I od tego czasu prawie (skłamałabym, gdybym napisała "wcale") nie patrzę na balsamy i mleczka, z radością grzebię w pachnącej zawartości słoików. Ponieważ kocham spożywcze zapachy, uwielbiam wiórki kokosowe, nie mogłam się oprzeć pokusie i zaraz po otwarciu paczki od Oceanic dobrałam się do masła.

Produkt robi wrażenie ogromnego. Słoiczek dodatkowo opakowany jest w karton, stąd może takie złudzenie. Opakowanie mieści w sobie bowiem 200 ml produktu, co stanowi raczej standardową pojemność w przypadku tego typu kosmetyków  Podoba mi się, że zamiast klasycznego "sreberka" mamy tu plastikową nakładkę. Niby nic, a ucieszy te dziewczyny, które zostawiają sreberko, aby produkt zachował swoją świeżość na dłużej (przynajmniej tak to tłumaczy moja mama; ja zwykle odrywam wszelkie zabezpieczenia, bo ciężko mi uwierzyć w tę teorię).


Masło ma konsystencję masła - to zdanie stanowi co prawda masło maślane, ale każdy kto miał do czynienia z kosmetykiem w takiej formule, będzie wiedział o co chodzi. Produkt nie jest gęstym balsamem przelanym do słoika, jak to się czasem zdarza. Jest dość zbity, trzyma temperaturę (zwykle jest chłodny). Przypomina trochę orzechowe masło Isany, które podbiło blogosferę kilka miesięcy temu. Kosmetyk jest smarowny, łatwo sunie po skórze. Ale trzeba z nim postępować ostrożnie i wyważyć ilość. W przeciwieństwie do balsamów, masła trochę gorzej wsmarować w skórę. Jak nam ją pobieli, to trzeba będzie popracować przy wcieraniu. Ale produkt błyskawicznie się wchłania (co mnie trochę zdziwiło, bo przyzwyczajona do tłustych warstw, spodziewałam się "ochronnego" filmu, który uprzykrzy życie na pewien czas), już po mniej niż 5 minutach od aplikacji (oczywiście, jeżeli pozbędziemy się białych maz) można normalnie zakładać ubrania.

Nawet jeżeli przesadzimy z ilością i będziemy psioczyć przy wcieraniu masła w skórę, warto przecierpieć chwilowe niedogodności dla właściwości pielęgnacyjnych. A te są naprawdę dobre. Masło świetnie nawilża, skóra po jego aplikacji jest miękka i gładka. Co więcej, nie przesusza się tak szybko, mimo sezonu grzewczego nie ma potrzeby codziennego smarowania ciała. Produkt nie zapycha, dlatego można go bez oporów stosować na dekolt.

Na deser zostawiłam sobie walory zapachowe. Masło naprawdę pięknie pachnie, choć nie jest to czysto kokosowy zapach. Kokos został w tym przypadku sparowany z mlekiem, a na doczepkę pałęta się tam jakaś kwiatowa nuta. To słodki, ale nie mdlący koktajl. Zapach nie jest intensywny, nie daje kopniaka w nos - nie będzie więc kłócił się z perfumami. Mimo tej delikatności dość długo utrzymuje się na skórze, czuć go nawet po około 6 godzinach od aplikacji.

Mogę polecić ten produkt, choć ma jeden zasadniczy mankament. Dość wysoką cenę. Przynajmniej dla mnie. Jeżeli natomiast nie jest to dla was bariera, to polecam przyjrzeć się temu kosmetykowi.

Skład: Aqua, Caprylic/Capric Triglyceride, Butyrospermum Parkii  Butter, Parfum, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Glyceryl Stearate, Glyceryl Stearate Citrate, Theobroma Cacao Seed Butter, Cananga Odorata Flower Water, Glyceryl Caprylate, Cucurbita Pepo Seed Extract, Citric Acid, Xanthan Gum

Cena: ok. 50 zł/200 ml
Dostępność: Apteki Dbam o zdrowie
Ocena 4-4,5/5

To, że produkt został mi przekazany do testów, nie miało wpływu na moją opinię. Ale jeżeli uważasz, że jestem sprzedajną świnią, to będę musiała z tym żyć :D.

niedziela, 2 grudnia 2012

Obraz nędzy i rozpaczy - zużycia listopadowe


Lubicie planować? Ja zwykle robię to rzadko. Ponieważ często wychodzę z założenia, że co masz zrobić dzisiaj, zrób jutro, moje plany zwykle mają spory poślizg i bardzo często następuje niespodziewana kumulacja (i to niestety nie w Lotto). Dlatego staram się nie organizować życia, bo im bardziej próbuję jej uporządkować, tym, paradoksalnie, robię większy bajzel.

Ten mały wstęp na temat planowania nie jest całkiem oderwany od tematu notki ze zużyciami. W listopadzie miałam wykończyć tyyyyyyyyyyyle produktów. Kończyły mi się korektory, szampon, odżywka i tysiąc innych drobiazgów. Ale listopad minął, przyszedł grudzień, zaglądam do torby z pustymi opakowaniami, a tam....... pffffffffff, zaledwie kilka "wyrzutków". Phi. Może jak sobie powiem, że w grudniu niczego nie zużyję, to pójdzie lepiej?

Listopad pożegnałam z następującym bilansem denek:

1. Garnier Invisi Mineral Calm - co tu dużo pisać, to mój ulubiony antyperspirant :). Pięknie pachnie, jego zapach nie zmienia się w kontakcie ze skórą na aromat potu albo jakiejś kiszonki. Nie zostawia białych plam. Dobrze chroni.

2. Lilibe Płatki kosmetyczne - przez długi okres czasu kupowałam płatki kosmetyczne w Biedronce. Kiedy jednak przeczytałam o tym, że zostawiają biały nalot na twarzy i paznokciach, jako naczelna panikara, przeraziłam się. Przy najbliższej wizycie w Rossmannie, skusiłam się na "firmowe" płatki. Kiedyś miałam z nimi do czynienia (w mniejszej "pojemności" i z niebieską etykietą) i nie byłam z nich zadowolona. Chyba Lilibe przeszły lifting od czasu bytności w mojej łazience, ponieważ nie są już tak tragiczne. Są miękkie, nie podrażniają skóry, nie zostawiają na niej żadnego nalotu ani watowych kłaczków. Jedyne, do czego mogę się przyczepić to fakt, że choć nie rozwarstwiają się przy wyjmowaniu z opakowania, to jednak zdarza im się lekko "rozjechać", gdy mocniej nimi operujemy np. przy zmywaniu lakieru.

3. Fitomed Krem nawilżający tradycyjny - o tym produkcie napiszę niedługo. Już teraz zdradzę, że polubiłam ten produkt, choć odnośnie niektórych jego cech mam mieszane uczucia.

4. Isana Maszynki jednorazowe dla kobiet - czy znacie w ogóle kogoś, kto kupując maszynki jednorazowe, ma zamiar użyć je tylko raz? Ja nie. Zwykle można kilka razy nimi coś zdziałać. Te z Isany to idealne maszynki jednorazowe. Dlaczego idealne? W przeciwieństwie do tych Gillette, Wilkinsonów i innych takich, których producent nas oszukał, bo wcale nie są jednorazowe, Isany jednorazowe są. Każde następne użycie grozi bolesnymi krostkami. 

5. Babydream Maść do brodawek sutkowych dla mam - bardzo uniwersalny produkt. Wierzę producentowi, że nadaje się do tych brodawek karmiącej matki, ale sama nie wypróbowałam go w takim zakresie. Świetnie sprawdził się natomiast w roli oleju do końcówek - po jego użyciu końcówki były miękkie, nie przypominały siana. Całkiem nieźle radził sobie z suchymi ustami. Niestety w obecnej chwili nie jest dostępny w naszym kraju. Mam jednak nadzieję, że wróci na półki Rossmanna. Pełną recenzję tego kosmetyku znajdziecie TU.

6. Radox Relax żel pod prysznic - żel, który podbił moje serce swoim zapachem. Może do niego wrócę, gdy pojawi się jakaś promocja. Nie podbił mojego serca aż tak, żeby kupować go w regularnej cenie. Recenzję możecie przeczytać TU.


A wam jak poszło zużywanie w listopadzie? Więcej przybyło czy ubyło?

czwartek, 29 listopada 2012

Babskie głupotki, czyli o czym piszę w liście do świętego Mikołaja

Obrazek pochodzi z programu MS Word Starter

Coraz bliżej święta, jak głosi słynna reklama Coca-Coli. Powoli już myślimy nad potrawami, jakie postawimy na wigilijnym stole... W tym roku może pojawi się grzybowa zamiast barszczu? A ile uszek muszę  ulepić? Hmmm, chyba trzeba by było upiec piernik...

Okres mikołajkowo - świąteczny kojarzy się także z prezentami. Niezależnie od tego, czy Mikołaj przynosi je w dzień swojego święta, czy też przypadkiem podrzuca pod choinkę na Boże Narodzenie, warto podpowiedzieć mu (albo im, bo Mikołajów może być wszak kilku), co wywołałoby u nas uśmiech na twarzy. Mam nadzieję, że Mikołaj obserwuje mojego bloga :D. Oto moje małe zachcianki w tym roku:

1. Książki
Uwielbiam czytać. Choć nie jest to tanie hobby. W przeciwieństwie do kosmetycznego bzika, który wciąga spore fundusze, wydatki na książki można ograniczyć. Biblioteki to genialne instytucje. Korzystam z usług uniwersyteckiej i miejskiej. Sieć MBP we Wrocławiu jest naprawdę świetna - sporo bibliotek jest w systemie ALEPH, można łatwo sprawdzić dostępność danej pozycji, zanim przejedzie się pół miasta, by ją zdobyć. Biblioteki dość szybko kupują nowości - McDusia Musierowicz pojawiła się na półkach tydzień po premierze. 
Mimo, że uwielbiam korzystać z wypożyczalni, lubię też gromadzić swoją własną biblioteczkę w domu. Uwielbiam zapach nowych książek, kartek, druku... Lubię gładkie, nienadwyrężone okładki. Mam nadzieję, że w tym roku Mikołaj o tym pomyśli i sprezentuje mi choć jedną z tych pozycji:

Zdjęcia pochodzą z Empik.com
Okładka Matki Ryżu - lubimyczytac.pl

2. Kosmetyki
Mam tyle mazideł, a ochota na nowe ciągle rośnie. Od dawna marzę o skompletowaniu palety cieni Inglota. W mojej kolekcji znajdują się na razie trzy kolory i zdecydowanie mam apetyt na więcej. Szczególnie na te grzeczne odcienie:
Zdjęcia pochodzą ze międzynarodowej strony Inglota
Jako maniaczka produktów do ust (w szczególności) pomadek, proszę Mikołaja o przyniesienie jednej z tych:
Zdjęcia pochodzą z:
MUA
DM
Inglot
Od pewnego czasu szukam idealnego cielistego lakieru. Na razie mi się nie udało. Może któryś z tych sprostałby wymaganiom? Preparatem nawierzchniowym też bym nie pogardziła.
Inglot
OPI
Essie
Poshe
Ostatnimi czasy często się maluję. Od początku roku akademickiego nie było dnia, żebym się czymś nie pomazała. Macham tymi pędzlami i macham... Choć nie uważam, że potrzebuję arsenału pędzli, to jednak dwa by mi się przydały.
Ponieważ moje włosy są bardzo niegrzeczne, nie pogardziłabym jakimś grzebieniem, który pomógłby mi je ujarzmić poza domem.
Kosmetyki mineralne
EcoTools
The Body Shop
Solidny zapas kremów do twarzy powoli się kończy, dlatego upatrzyłam sobie te:
Kosmetyki DLA
Bioarp
Na koniec zaś zostawiłam kosmetyki, których wcale nie potrzebuję, ale chciałabym mieć dla samego posiadania:
Artdeco
Polyvore

3. Dodatki
Czego nam, babom, wiecznie mało? Butów i torebek. Buty mam, ale cierpię na chroniczny brak torebek i rękawiczek. Kolejny szal do kolekcji także by się przydał.
Idealna torebka? Wytrzymała, pakowna i ładna. Te wpadły mi w oko:
Etorebka
Reserved
River Island
Top Secret
New Look
H&M
Reserved
H&M
4. Coś na osłodę
Uwielbiane, a dawno nie konsumowane:
Lidl

Napisałyście już "list do św. Mikołaja"? Co wam się marzy pod choinką?

poniedziałek, 26 listopada 2012

Krwista czy wysmażona? Essence The Twilight Saga Breaking Dawn Part 2 Blush 01 Renesme Red

Nie wiem, ile razy przysięgałam sobie, że nie dam się zwariować, że nie będę latała z wywieszonym językiem do drogerii i rzucała się wygłodniała na limitowane produkty. Ale gdzie tam, tylko ktoś zacznie coś przebąkiwać o nowej edycji limitowanej, a ja już stoję przed drogerią i merdam ogonem. Mam masło, nie wolę.

Gdy pojawiły się pierwsze doniesienia o pojawieniu się limitki Essence w Hebe, skwapliwie poleciałam ją zbadać. Obeszłam się jednak smakiem, ponieważ nie było testerów do dwóch produktów, które mogłyby mnie interesować. Phi, niech się w takim razie wypchają, kota w worku nie kupię. Ale z czasem coraz więcej osób wychwalało róż, który wpadł mi w oko w zapowiedziach. Jednak to zakup czerwonej koszuli i brak pasującego do niej różu (oraz szminki), a na dokładkę parszywy humor, spowodowały, że podczas niezobowiązującego spacerku, niby całkiem przypadkiem, jak tajfun wpadłam do drogerii i ze wzrokiem szaleńca pognałam do kasy.

Saga Zmierzch mnie nie kręci. Mimo, że czytałam ją całą (nawet posiadam w swojej biblioteczce), a także widziałam 3 filmy z tej serii. Nie jestem nawiedzoną fanką Edka czy Kubusia. Moją ulubienicą jest ta ofiara losu, Bella. Nie powiem, złośliwą satysfakcję sprawia mi oglądanie kunsztu aktorskiego Kirsten "Karpia" Stewart. Nie będę się jednak bawić w krytyka literackiego i filmowego, zajmę się właściwym tematem notki, czyli różem w odcieniu Renesme (to córka Belli i Edka) Red.

Produkt zamknięty jest w prostym opakowaniu z grubego plastiku. Uczty dla oczu nie ma, ale za to "puderniczka" jest dość solidna, więc nie straszna jej podróże w kosmetyczce.

Róż jest drobno zmielony i świetnie sprasowany. Nie jest zbyt miękki, nie wzbija różowych obłoczków pyłu podczas nabierania na pędzel. Mimo, że jest dość suchy, nie jest nieprzyjemnie kredowy. Świetnie trzyma się policzków, gdy maluję się po 8 i wracam do domu około godziny 18 róż nadal wygląda bardzo dobre, nie zbiera się, ani nie ściera nadmiernie, choć oczywiście odrobinę blaknie.

Po lewej: Essence
Po prawej: Bell
Kosmetyk ten ma świetną pigmentację. Zwykle nie lubię róży o mocnym nasyceniu, ponieważ moja wciąż niewprawna ręka może zrobić krzywdę na policzkach. Przy dobrze nasyconych produktach trzeba uważać. Tym panem bardzo łatwo o placki. Dość problematycznie się go aplikuje, ponieważ trzeba go niewiele nabierać i dobrze rozcierać. Jednak te zabiegi są warte zachodu, ponieważ efekt jest naprawdę przyjemny. Cera wygląda na odświeżoną, w czym dużą zasługę można przypisać barwie tego produktu. Wbrew oczekiwaniom nie jest to odcień soczystej bordowo - czarnej krwi prosto z żyły :D. Odcień bardziej przypomina mi truskawkę albo poziomkę, ale nie krew. Myślę, że spodoba się osobom, które marzą o policzkach Królewny Śnieżki.

Jeżeli macie ochotę na nieróżowy róż, nie boicie się czerwieni, to myślę, że jest to produkt dla was. Dlatego, jeżeli chcecie go kupić to wyskakujcie z kapci i pędźcie do Hebe albo Natury, bo warto.

Cena: 11,99/5,5 g
Dostępność: Drogerie Hebe, Drogerie Natura
Ocena: 4,5/5

piątek, 23 listopada 2012

Proszę proszek! Annabelle Minerals

Moda na minerały zapanowała kilka lat temu. Mnie wtedy takiego typu produkty nie ruszały, wolałam kupić coś płynnego lub prasowanego. Do sypkich formuł nie miałam zaufania. Nie dałabym za nie funta kłaków. Że jeszcze niby kryć mają. Phi, co za bzdura. Jednak nie ma co gadać, jak się nie spróbowało.

Gdy Annabelle Minerals szturmem zawojowało blogi, doszłam do wniosku, że właściwie to czemu by się nie skusić. 8,50 zł za 3 próbki... Dobra, zobaczymy co to za cuda, niech stracę. Skusiłam się na 2 odcienie podkładów w dwóch różnych formułach oraz róż.

Wybrałam podkład w wersji matującej i kryjącej. Moja smalcowata cera nie byłaby chyba zachwycona, gdybym położyła na nią coś rozświetlającego. Zwłaszcza, jeżeli to rozświetlające jest z drobinami. Chyba bym się wściekła.

Po przetestowaniu dwóch formuł, doszłam do wniosku, że idealne dla mnie byłoby połączenie formuły matującej z kryjącą. Matująca kryje nieźle, matuje na około 4 godziny. Kryjąca daje prawie efekt Photoshopa, cera po jej użyciu wygląda tak idealnie, że aż sztucznie. Niestety buzia po jej użyciu zaczyna się świecić po 2 godzinach.

Gdy zamawiałam próbki, do wyboru było 9 odcieni, teraz jest ich 15. Dobrze, że paleta kolorów się powiększa, więcej osób znajdzie coś dla siebie. Kolory, które do mnie trafiły były w czasie, w którym je zamawiałam, najjaśniejszymi odcieniami. Natural Light wydawał się początkowo idealny - zbalansowany beż, jakiego długo szukałam. Na twarzy jednak wyszły z niego paskudne różowe nuty. Pomijając fakt, że Beige Light jest dla mnie za jasny, muszę mu zarzucić to, że z kolei dość mocno wybija na pomarańcz.

Góra: Natural Light
Dół: Beige Light

Góra: Natural Light
Dół: Beige Light

Góra: Natural Light
Dół: Beige Light

Róż w odcieniu Nude bardzo mnie zaskoczył. Zdecydowałam się na ten odcień, ponieważ na zdjęciach wyglądał na piękny róż. Tymczasem, po otworzeniu koperty, srodze się zdziwiłam. Wypadł z niej bowiem słoiczek z sinobrązoworóżowym czymś. Chwila, to chyba nie to! Jednak po rozprowadzeniu na skórze, bliżej niezidentyfikowany kolor pokazał swoją urodę. Dość chłodny, ale w miarę naturalny odcień różu wygląda znakomicie! I piszę to ja, która zawsze uważała, że jak róż, to tylko w ciepłej tonacji. Dodatkowym plusem jest fakt, że róż świetnie się trzyma. Cały dzień jest na buzi, nie znika tak szybko jak ulubiony Bell.

Góra: Annabelle Minerals Nude
Dół: Bell 2skin pocket 051
Zdecydowanym atutem tej marki jest cena jej produktów. Najmniejszą pojemność podkładu, czyli 4g, kupimy za 30 zł (10g - 50 zł). Uważam, że taka mała pojemność jest świetna dla osób, które nie są całkowicie przekonane do minerałów, a także dla tych zdecydowanych z mniejszym budżetem. Za 4g różu także zapłacimy 30 zł (co jest ceną standardową, jak na róż mineralny)

Teraz używam podkładu mineralnego z Lily Lolo, ale do Annabelle na pewno jeszcze wrócę, szczególnie, że w ofercie pojawiły się nowe odcienie, z których może uda mi coś dopasować.

wtorek, 20 listopada 2012

Disco Relax, tfu, Radox Relax i Soothe żel pod prysznic

Pamiętacie ten program prawda? Wiem, że pamiętacie, choć większość z nas chciałaby wymazać disco polo ze swojego życia. Ale do tej pory na suto zakrapianych imprezach, wychodzi na światło dzienne świetna znajomość tekstu (o zgrozo w całości!) Mydełka Fa i Majteczek w kropeczki :D. Tylko mi nie śpiewać tu, proszę.

Żel pod prysznic to kosmetyk, który idzie u mnie jak woda. Dlatego średnio zużywam 2 butelki miesięcznie, chyba że najdzie mnie ochota na gąbkę, która pozwala bardziej rozsądnie dawkować produkt. Ale coś za coś, taka gąbka to potencjalne siedlisko bakterii.

Ponieważ zużywam sporo żeli, zwykle kupuję te, które są w promocji. I tym sposobem do mojej łazienki trafiły 2 butelki żelu marki Radox:  lawenda w towarzystwie lilii wodnej (Relax) oraz wanilia i imbir (Soothe).

Zacznę standardowo od opakowania. Butelka stoi na nakrętce, co pozwala produktowi spłynąć i gwarantuje pełniejsze jego zużycie. Ponadto opakowanie ma całkiem przyjemną linię. Co prawda, moje małe rączki nie chwycą go pośrodku, ale całkiem przyjemnie trzyma się go od góry w najwęższym punkcie, to wygodne rozwiązanie.

Żele trochę różnią się między sobą konsystencją. Oba są dość płynne, ale Relax ma bardziej żelową konsystencję (i moim zdaniem dzięki temu jest przyjemniejszy w użyciu). Natomiast Soothe to takie rzadkie, lejące mleczko. Pienią się w zadowalającym stopniu, mam wrażenie, że Relax bardziej niż Soothe. Nie powodują nadmiernego wysuszenia skóry, nie ściągają jej.

Nie wiem jak dla was, ale dla mnie kluczową sprawą w przypadku żelu jest jego zapach. Lubię się rozpieszczać ładnie pachnącymi kosmetykami do pielęgnacji. Zdecydowałam się akurat na te, a nie inne warianty zapachowe Radoxa, ponieważ po przeczytaniu ich nut zapachowych byłam oczarowana. Na wersję Soothe byłam zdecydowana od razu, Relax wzięłam właściwie bez zastanowienia. I to ten bardziej spontaniczny, prawie losowy, wybór, bardziej mnie zachwycił. Relax pachnie prześlicznie! Obawiałam się lawendy, ponieważ w wielu kosmetykach można się spotkać z jej ostrym, świdrującym w nosie wariantem, za którym ja akurat nie przepadam. Tutaj lawenda jest bardzo delikatna. Gdybym nie czytała nut zapachowych, stwierdziłabym, że w wersji Relax, oprócz lilii wodnej znajdziemy wanilię, nie lawendę. Znacznie gorzej zapachowo wypada Soothe. Uwielbiam wanilię, ale jej połączenie z imbirem jest w wykonaniu Radoxa mało ciekawe. Zapachy są dość delikatne, nie utrzymują się na skórze po prysznicu. Ale za to uprzyjemniają tę czynność.

To całkiem przyzwoite żele, choć moich faworytów (żeli Nivea) nie pobiły. Może skuszę się na wersję Relax, ponieważ podobał mi się jej zapach.

Skład wersja Relax: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Sodium Chloride,  Cocamidopropyl Betaine, Parfum, Sine Adipe Lac, Lavandula Angustifolia Flower Extract, Nymphaea Alba Root Extract, Citric Acid, Butylphenyl Methylpropional, Sodium Lactate, Polyquaternium-7, Limonene, Linalool, Trisodium Ethylenediamine Disuccinate, Propylene Glycol, Sodium Benzoate, CI 17200, CI 42090

Skład wersja Soothe: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Sodium Chloride, Cocamidopropyl Betaine, Parfum, Sine Adipe Lac, Vanilla Planifolia Extract, Zingiber Officinale Root Extract, Citric Acid, Styrene/Acrylates Copolymer, Sodium Lactate, Polyquaternium-7, Propylene Glycol, Limonene, Sodium Benzoate, CI16035


Cena: ok. 7-8 zł/250 ml
Dostępność: Natura, Rossmann, Tesco, Kaufland
Ocena: 3/5

sobota, 17 listopada 2012

Od zmierzchu do świtu, od świtu do zmierzchu. Rimmel Glam' eyes Day2Night Mascara

My kobiety lubimy trochę oszukiwać. Nie twierdzę, że kłamstwo to nasza broń kobieca, ale zdarza nam się lekko koloryzować. Szczególnie siebie. Poprawiamy naturę, choć nie zawsze są to zabiegi drastyczne przy użyciu skalpela i strzykawki. Ukrywamy cerę pod korektorami, podkładami i pudrami, różowimy policzki, wysmuklamy twarz bronzerem, ożywiamy usta szminką, domalowujemy sobie brwi, czernimy rzęsy... Robimy wszystko, żeby zatuszować mankamenty, a na pierwszy plan wyłożyć atuty. A do tego bardzo często potrzebujemy arsenału z prawdziwego zdarzenia. Dlatego szukamy kosmetyków cudownych, które z brzydkiego kaczątka wyczarują nam łabędzia (mało oryginalny tekst, wiem). Cuda zdarzają się rzadko, dlatego jesteśmy wiecznymi poszukiwaczkami. Dziś przestawię kolejny przystanek w drodze do tuszu idealnego, czyli Rimmel Glam' eyes Day2Night.

Tym razem, choć zacznę od kwestii technicznych, nie będę plotła bzdur o pierdołach. W przypadku tuszy opakowanie, a ściślej ten patol w środku, zwany popularnie szczoteczką, jest niezwykle istotny. Day2Night był szeroko reklamowany jako tusz z dwiema szczoteczkami. Dlatego gdy tylko wpadł w moje łapy, sprawdziłam czy to prawda. Oczywiście, że nie, szczoteczka jest jedna. Na czym polega cały myk? Na rurce. Odkręcając różową nakrętkę wyciągamy szczoteczkę wręcz oblepioną tuszem - w "zwykłych" tuszach mamy gwint, przez który przeciągamy szczoteczkę, co pozwala nam na pozbycie się nadmiaru tuszu. W wersji Volume gwint jest bardzo szeroki, dlatego ze szczoteczki prawie kapie. Gdy odkręcimy czarną nakrętkę, ta sama szczoteczka zostaje przeciśnięta przez całą rurkę, co "odsącza" tusz. 

Skoro odkryłam tajemnicę wszech czasów, to czas teraz opisać efekty, jakie możemy wyczarować za pomocą tego kosmetyku. Reklamy telewizyjne wskazywały na to, że różowa nakrętka pozwala na osiągnięcie wieczorowego efektu, natomiast czarna - dziennego. Moim zdaniem zarówno Volume, jak i Length dają zwyczajny, codzienny efekt. Jeżeli ktoś lubi delikatny makijaż wieczorem, proszę bardzo. Z doświadczenia jednak wiem, że zwykle szukamy wtedy tuszu, który zrobi nam prawdziwe firanki. Wersja Volume raczej nam tego nie zapewni.

Pierwsze zastrzeżenie jakie mam do Volume to szczoteczka, a właściwie nie tyle ona, co brak ściągającego nadmiar produktu, gwintu. Nabieramy go za dużo, co jest kłopotliwe szczególnie wtedy, gdy tusz jest świeży. Grudy i pozlepiane rzęsy mamy gratis w pakiecie. Po około miesiącu od rozpoczęcia używania jest nieźle, tusz znacznie lepiej rozczesuje rzęsy. Jakie rezultaty osiągniemy wersją Volume? Delikatne wydłużenie i pogrubienie. Nie jest to jednak spektakularny, olśniewający efekt, jakiego wiele z nas oczekuje wieczorem. Na co dzień - jak najbardziej.

Rozczarowała mnie wersja Length. Jedyne co robi, to maluje rzęsy na czarno. Pogrubienia brak, wydłużenie w minimalnym stopniu. Szczoteczka jest odsączona aż za bardzo, co ma swoje plusy, ponieważ tutaj nie ma zlepiania i grud, a rzęsy są znacznie lepiej rozczesane.
Mam mieszane odczucia odnośnie tego tuszu. Nie sądzę, że jest to wybitny kosmetyk, uważam, że podobny efekt można uzyskać przy udziale produktów trzy razy tańszych. Jedyne co mi się w tym tuszu podoba to to, że się nie kruszy i nie osypuje. Naprawdę, wcale. Ale efekt mnie nie powalił, wrócę do poszukiwania idealnego ideału (bo kilka nieidealnych już znalazłam :D) wśród tanich mazideł.

Cena: 30 zł/9,5 ml
Dostępność: Rossmann, Natura, Hebe, Super-Pharm
Ocena: 3,5/5
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...