Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

sobota, 31 grudnia 2011

Szał ciał, czyli znów dorwałam się do kolorówki :)

Dawno nie było tu "makijażu". Cudzysłów jest potrzebny, bo moich "makijaży" do cudów natury zaliczyć nie można. Ale ponieważ dziś jest Sylwester, i tak siedzę w domu, to mogę się wymalować jak Kleopatra i nikomu nic do tego.

Mój aparat to wstrętny kłamca- wszystko wydaje się niebieskie. Tak naprawdę to srebrno- czarne smokey (albo coś koło tego) z niebieską kredką. Szkoda, że menda nie uchwyciła, jak kobaltowa kredka zeżarła kolor mojej tęczówki.


W makijażu użyłam paletki Sleek PPQ (cienie: Black Box, Barry White i Fade to grey), tuszu MIYO i kredki YSL.

Przynajmniej się możecie pośmiać na koniec roku :)

Szampańskiej zabawy sylwestrowej do samego rana, braku kaca-mordercy na następny dzień oraz dużo szczęścia w Nowym Roku wszystkim wam życzę ja :D

piątek, 30 grudnia 2011

Oj, coś cienko idzie mi to denko...

Grudzień, a właściwie cały rok 2011 ma się ku końcowi. Nie mogę się doczekać nowego roku. Dlaczego? Mam nadzieję, że w 2012 spłynie na mnie niespodziewany potok mądrości i rozsądku :D

Dziś przychodzę z porcją grudniowych zużyć. Pisałam wam przy listopadowym denku, że lubię mieć nad sobą bacik w postaci obowiązkowej notki na koniec miesiąca :D

Zazwyczaj wszystkie "wykończone" produkty mieściły mi się na jednym zdjęciu- teraz musiałam pstryknąć aż 2 fotografie :)

Ciało


Nivea Harmony Time Żel pod prysznic- żele Nivea to jedyne produkty tej firmy, które mogę z czystym sumieniem polecić. Gęste, bardzo kremowe, wydajne i ślicznie pachnące... W dodatku nie robią spustoszenia na moich suchych łydkach, za co jestem niezmiernie wdzięczna. Moim ulubieńcem jest że Double Effect ułatwiający golenie- cierpka passiflora to jest to :). W tym miesiącu skończyłam 500 ml butlę Harmony Time- zapach tego żelu jest bardzo kobiecy różano-migdałowy. Myślę, że wielbicielki lekko przygaszonej białej róży będą zadowolone.

Oriflame Loves me... daisy scented soap bar- pozytywnie zaskoczył mnie ten produkt. Mydełko ma kształt stokrotki i tym kwiatkiem pachnie. Zapach jest bardzo delikatny, jakby lekko zgaszony papierem. Samo mydło nie jest tak suche, jak mydełka dostępne w drogeriach- ma lekko kremową konsystencję, przez co nie przesusza dłoni. Myślę, że takie gadżeciarskie mydełko skłoni małe dziewczynki do częstego mycia rąk :).

Garnier Invisi Mineral Calm- już tyle o nim pisałam :D. Kto chce poczytać więcej zapraszam TU

Joanna Odżywcze Masło do ciała z wanilią- przepięknie pachnie, aż żal mi jest, że już się skończyło. Więcej skrobnę niebawem.


Twarz


Delia żel do mycia twarzy i demakijażu- poręczne opakowanie i przyjemny skład. Niestety mnie nie zachwycił. Więcej możecie przeczytać TU

Bielenda Bawełna Dwufazowy Płyn do demakijażu- skuteczny, niedrogi i nie podrażnia. Lubię go i na pewno wypróbuję wersję Awokado. Więcej na temat Bawełny TU

Paese Półtransparentny puder matujący- zużywanie kolorówki to dla mnie prawdziwy koszmar. O ile zbieranie błyszczyków czy szminek mogę jeszcze zrozumieć, tak nie mam pojęcia po co mi 5 pudrów. Puder Paese miałam od kwietnia (albo marca) i choć używałam go prawie codziennie męczyłam go bardzo długo. Przyzwoity kosmetyk, choć mógłby ciut mocniej matowić. Zainteresowanych głębszą recenzją zapraszam TU

Barbra Rose Lip Balm- dobra pielęgnacja, poręczne opakowanie, tylko ten zapach jakiś taki niewydarzony. Obsmarowałam go TU

Pollena Eva Krem intensywnie nawilżający z ekstraktem z melisy- jest lekki i dobrze nawilża moją mieszaną cerę. Na pewno wrócę do niego latem. Zainteresowanych odsyłam TU.

A wam jak poszło w tym miesiącu? Jesteście z siebie zadowolone?

środa, 28 grudnia 2011

Oliwki tylko na talerzu? Ziaja Naturalny krem oliwkowy

Uwielbiam oliwki, choć jeszcze nie tak dawno krzywiłam się, gdy trafiłam na nie w sałatce lub pizzy. Gdy szukałam zeszłej zimy kremu do twarzy, coś mnie podkusiło i sięgnęłam po Ziaję (chyba miałam smaka na oliwki, czy coś).

Pisałam wam o tym, że lubię Ziaję, ale ta firma oferuje tak szeroki wachlarz kosmetyków, że nie ma siły, zawsze jakiś bubel się trafi. Ten krem zdecydowanie nie jest udanym produktem.

Wspominałam, że mam cerę mieszaną. Jednak mimo mojej "naturalnej warstwy ochronnej" staram się w chłodniejsze dni zabezpieczać dodatkowo. Przed Ziają używałam przeznaczonego na zimno i wiatr kremu z Babydream, który mnie nie zachwycił- nie chronił wcale, a nawilżenie było niewystarczające. No, ale to w końcu krem dla dzieci- maluchy do 4 roku życia mają chyba inną cerę, o innych wymaganiach niż baba 20+.  Jednak tym kosmicznym wymogom nie sprostała także Ziaja.

Krem oliwkowy jest bardzo ciężki- gęsty i treściwy. Mimo tego, rozsmarowuje się nieźle. Zostawia tłustą warstwę, a właściwie smalec. Za tym smalcem nie idą niestety żadne właściwości pielęgnacyjne. Krem nie robi kompletnie nic, poza tym, że natłuszcza- taka wazelina, tylko o dość przyjemnym oliwkowym zapachu.

Napisałam, że krem nie robi nic- w sensie, że pozytywnego, bo negatywne działanie zauważyłam po kilku zastosowaniach- pozapychał mnie, a co gorsza podrażnił. Śmieszne, bo producent obiecuje złagodzenie podrażnień.

Niestety, oliwki w wykonaniu Ziaji nie przekonały mnie do siebie.

Skład: Petrolatum, Aqua (Water), Paraffinum Liquidum (Mineral Oil), Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Cetyl Alcohol, Ceresin, Lanolin Alcohol, BHA, Ethylparaben, Methylparaben, Parfum (Fragrance), Linalool, Citronellol, Hexyl Cinnamal, Geraniol, Benzyl Salicylate, Benzyl Alcohol, Limonene, Hydroxycitronellal, Citral, Amyl Cinnamal, Cinnamyl Alcohol, Citric Acid.
 

Cena: ok. 5zł/50 ml
Dostępność: Rossmann, Natura, SuperPharm, markety
Ocena: 2/5

wtorek, 27 grudnia 2011

(Nie taka znowu) lakieroholiczka- tag





Zostałam otagowana przez Shevę i Kizię Mizię:*

1. Ulubiona marka lakierów
Nie kupuję lakierów według marek- wybieram kolory. Nie mam ulubionej firmy.

2. Lakiery brokatowe czy kremowe?
Kremowe

3. OPI,China Glaze czy Essie?
Jak można wypowiadać się na temat firm, których się nie zna?

4. Jak często zmieniasz kolor lakieru do paznokci?
Co miesiąc :D. Żartuję, zazwyczaj zmywam lakier po około tygodniu, ale mam dość długie przerwy w malowaniu :)

5. Jaki jest Twój ulubiony kolor?
Lubię cielaki, czerwienie i fiolety.

6. Ciemne czy jasne pazurki?
Zależnie do humoru, koloru ubrań i okazji :)

7. Co masz aktualnie na paznokciach?
Eveline Holografic Shine 402

8. Czy lubisz matowe wykończenie?
Tak

9. Czy jesteś fanką frenchu?
Nie, dlatego że mam naturalnie dość gruby biały pasek, za którym nie przepadam.

10. Ulubiony zimowy kolor?
Nie przypisuję kolorów do pór roku, ale zimą często gości u mnie czerwień i bordo

11. Za lakierami jakiej marki szczególnie nie przepadasz?
Essence i My Secret- piękne kolory, ale kiepska trwałość

12. Czy używasz lakieru nawierzchniowego?Jaki jest Twój ulubiony?
Jak mi się przypomni, ulubionego nie mam

13. Jakiego koloru lakieru nigdy (lub prawie nigdy) nie nosisz?
Czerni, bieli i zieleni.

14. Czy używasz preparatów podkładowych?Jakie sprawdziły się najlepiej?
Coś tam mam, ale nie jestem specjalistką

15. Ulubione wykończenie lakieru?
Yyyy, ma ładny połysk być :D

16. Wzorki czy prosty, monochromatyczny manicure?
Prosty- bo mam dwie lewe ręce i moje wzorki przypominają dzieła przedszkolaka

17. Czy lubisz pękające lakiery (kraki ;) )?
Podobają mi się, ale sama nie mam

18. Jakie lakiery znajdują się aktualnie na Twojej wishliście?
Od zawsze marzyłam o Szarej Migotce Barbry, ale sprecyzowanej listy życzeń nie mam.

19. Jaki lakier kupiłaś ostatnio?
A takie 3 maluchy:
Eveline Holografic Shine
Od lewej: 401, 402, 406

20. Lubisz dostawać lakiery w prezencie czy kupować je sama?
Lubię i dostawać, i kupować :)

21. Kiedy zaczęłaś malować paznokcie?
Może rok temu, góra półtorej :)


Jaki widzicie, lakieroholiczka ze mnie żadna :)


I jak zwykle- taguję wszystkie chętne :)

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Szałwii szał. Delia Hypoalergiczny żel do mycia twarzy i demakijażu

Lubię święta, ale dwa dni to chyba ponad moje siły. No ileż można siedzieć przy ty stole? Dlatego dziś, w oderwaniu od świąt, wrócę do tego, co najbardziej lubię pisać, czyli recenzji.

Gdy z końcem czerwca zaczęłam się szykować na wakacje, postanowiłam ograniczyć swoją kosmetyczkę. Nie chciałam brać dużej butli żelu Vichy i oprócz tego płynu Bourjois, dlatego zdecydowałam się na kupno kosmetyku wielofunkcyjnego, który oczyściłby cerę rano i zmył demakijaż wieczorem. Padło na Delię- chyba ze względu na szałwię w składzie.

Żel zamknięty jest w butelce o nietypowej pojemności. Szczerze mówiąc nie spotkałam się wcześniej z opakowaniem, które mieściłoby 210 ml. Butelka jest zrobiona z dość trwałego plastiku, przeżyła transport bez uszczerbku. Podoba mi się, że żel ma pompkę, którą można zablokować- nie ma siły, nic się nie wyleje.

Delia ma dość rzadką konsystencję, pieni się raczej średnio. Dużo osób zarzuca temu żelowi niewydajność- nie zgodzę się: używałam go przez cały lipiec i prawie cały listopad (rano i wieczorem). W opakowaniu widać, że żel nie jest "gładki", ma w sobie takie "pęcherzyki"- nie trzeba się bać, to nie są peelingujące granulki (dlatego też można zmywać tym produktem oczy)

A jak z tymi obiecywanymi cudami? Żel faktycznie dość dobrze zmywa makijaż. Jeżeli jednak ktoś będzie próbował się pozbyć przy jego pomocy supertrwałych kredek, wodoodpornych tuszy, czy ciemnych cieni może się rozczarować, bo zobaczy jedynie rozmazaną pandę w lusterku. Do demakijażu lekkiego makijażu ok, ale na ciężki arsenał jest zbyt słaby.

A co z oczyszczaniem? Skóra jest w miarę czysta, ale nie tak oczyszczona jak po żelu Vichy- czego zresztą nie oczekiwałam. Uważam jednak, że na tak tani żel nie jest źle.

Największym minusem, jak dla mnie jest ściąganie. Wyciąg z szałwii w składzie powoduje, że preparat lekko ściąga skórę- dlatego nie polecałabym go osobom z suchą skórą. Mimo, że jestem "mieszańcem" mnie także nie podoba się to uczucie.
Co może jeszcze przeszkadzać w użytkowaniu? Zapach- ciężki, ziołowy. Nie w moim guście, ale później się do niego przyzwyczaiłam.

Nie jest to tragiczny produkt, ale mojego serca nie podbił.


Skład: Aqua, Coco Glukoside, Cocamidopropyl Betaine, Glycerin, Betaine, Salvia Offcinalis Extract,  Triethanolamine, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Panthenol, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Metyhylparaben. Parfum, Methylchlorosothazolinone, Methylsolthazolinone, Disodium EDTA.

Cena: ok. 9 zł/210 ml
Dostępność: Drogerie Natura
Ocena: 4-/5

niedziela, 25 grudnia 2011

Wygrzebane spod choinki


Mam nadzieję, że popękały wam spodnie podczas Wigilii- kiedyś trzeba się w końcu najeść, prawda :D? Ja, jako rasowy głodomór wsuwałam, jak odkurzacz. Nie ukrywam, moja łapczywość była powodowana tym, że chciałam jak najszybciej odpakować prezenty. Dziś pokażę wam, co znalazłam pod choinką :)

Od rodziców:

Rodzice sprezentowali mi także kilka ubrań, ale nie będę ich pokazywała :)

Od braci:

Bracia się postarali- jestem w szoku, zwłaszcza, że niczego ze mną nie konsultowali :). Niektóre z prezentów, jak widać na załączonym obrazku, od razu zaczęły być testowane :)

A wy co znalazłyście pod choinką? Jesteście równie zadowolone, jak ja?

P.S. Obiecuję, że więcej świątecznego marudzenia nie będzie :)

piątek, 23 grudnia 2011

Święta, święta, to i ja jestem padnięta :)

Uwielbiam Święta, ale nie znoszę przygotowań do nich- pieczenie, smażenie, lepienie... I tak cały czas. To wszystko wynagradzają jednak uśmiechy na twarzach domowników i czas spędzony razem- spokojnie i leniwie :)

Z okazji Świąt życzę wszystkim czytelnikom dużo zdrowia, szczęścia i miłości. Mam nadzieję, że wasze stoły będą się uginały od nadmiaru jedzenia, a pod choinką znajdziecie mnóstwo prezentów :)

I piosenka świąteczna (jakżeby inaczej) dla was

czwartek, 22 grudnia 2011

Barb(a)ra, co różane usta ma. Barbra Rose Lip Balm

Jak wiecie, uwielbiam kosmetyki, których celem jest pielęgnacja i koloryzacja ust. Kupuję te produkty jak oszalała i ciągle latam, jak kot z pęcherzem za nowymi.

Różany balsam do ust Barbry kupiłam zachęcona działaniem wersji a aloesem (więcej TU). Choć nigdy nie należałam do fanek mdłego zapachu róż, jakoś przez przypadek kliknęła się wersja różana.

Podobnie jak balsam aloesowy (dziwnie byłoby, gdyby było inaczej, to w końcu ta sama seria) , różany wariant zamknięty jest w solidnym opakowaniu z suwakiem (którym lubiłam się bawić, jak się nudziłam). Podoba mi się taka opcja, bo dzięki temu nie zgubię zatyczki pomadki (jak pomadka nie ma nasadki, to ciężko ją zgubić :D).

Różany balsam powiela zalety aloesowego także przy pielęgnacji- świetnie nawilża i wygładza- i nie jest to uczucie chwilowe, nie trzeba się cały czas mazać specyfikiem. A smaruje się przyjemnie- pomadka jest miękka i bardzo dobrze prowadzi się ją po ustach. Zostawia przyjemną warstwę, która nie przypomina powłoki błyszczyku, ani osadu wazeliny. Działania ochronnego nie testowałam- nie  było takiego zimna, żeby porządnie ją przećwiczyć.

I może byłabym nią tak zachwycona, jak tą aloesową, gdyby nie zapach. Nie wiem, czego oczekiwałam wybierając różę, ale na pewno nie aż tak nijakiego zapachu. Ta róża jest jakaś mdła, bardzo delikatna. W porównaniu z lekko cytrusowym aloesem wypada nieciekawie.

Jeżeli ktoś szuka dobrej pielęgnacji i lubi takie delikatne, trochę "bezpłciowe" zapachy to polecam.

Skład

Cena: ok. 8 zł/3,5g
Dostępność: kosmetyki Barbry są bardzo słabo dostępne poza miastem producenta, czyli Łodzią, nieszczęśnikom pozostaje korzystanie z zamówienia przez internet
Ocena: 4/5

wtorek, 20 grudnia 2011

Rudy, rudy, rudy... nude? Golden Rose Ultra Rich Color Lipstick 41

Choć jestem zwolenniczką wyrazistego koloru na ustach, często jednak daję się ponieść chwili (i modzie) i łapię w swoje szpony jakąś smętną pomadkę nude. Ponieważ nie miałam nigdy szminki Golden Rose (raczej kojarzyłam tę firmę z produktami do paznokci), postanowiłam dać szansę ich pomadce. Padło na nową serię Ultra Rich Color Lipstick.

A co o serii mówi producent?
Nowa seria pomadek Golden Rose zapewni Twoim ustom supernawilżenie, a jednocześnie pokryje je nasyconym kolorem, który utrzyma się przez cały dzień. Dzięki kremowej konsystencji rozprowadza się łatwo, idealnie pokrywając usta intensywnym kolorem. Bogata w składniki odżywcze receptura gwarantuje ustom odpowiedni poziom nawilżenia i pielęgnacji. Masło Shea zmiękcza i koi wysuszone usta natomiast witamina E stanowi naturalny filtr przeciwsłoneczny. Seria zawiera 65 kolorów, które występują w trzech najmodniejszych efektach wizualnych: metaliczne, matowe i diamentowe.
źródło: strona Golden Rose

Góra: Essence 52 In the nude
Dół: Golden Rose 41
Mój kolor, czyli 41 jest matowy. Już na tym etapie muszę przyczepić się do producenta- niestety na opakowaniach nie ma wzmianki o wykończeniu danego koloru- dlatego trzeba wszystko sprawdzać na testerach.
41 to taki rudawy nude- dość nietypowy i niezbyt twarzowy kolor. Dodatkowo przez swoje matowe wykończenie może dawać dziwny efekt. Rzadko noszę ten kolor, ale jak już to nakładam na środek ust trochę beżowego błyszczyka, żeby nie było wrażenia "tępości", które spowodowane jest mocnym kryciem pomadki (za co naprawdę duży plus).

Producent obiecuje nawilżenie... Do tej pory spotykałam się raczej z opinią, że matowe pomadki wysuszają. Ta może nie wysusza, ale nawilżać też nie nawilżać. Watro przed jej nałożeniem dobrze zadbać o usta- jest bezlitosna i podkreśla wszystko, co tylko możliwe. Pomadka jest kremowa i nakłada się dobrze, nie ma większych problemów z jej rozprowadzeniem.

Zaskoczyła mnie trwałość tej pomadki. Może dlatego, że jestem przyzwyczajona do bardziej lśniących wykończeń, które szybciej się zjadają, zdziwiłam się, gdy po kilkakrotnym przejechaniu językiem po wargach (zupełnie nieświadomym) pomadka nadal była na swoim miejscu. Średnia trwałość to około 3 godziny- potem zaczyna schodzić. W dodatku ten kolor schodzi dość dziwnie- zostaje w zmarszczkach, co nie wygląda zbyt estetycznie.

Co do opakowania- wygląda całkiem elegancko, ale zrobione jest z dość lekkiego plastiku (zdziwiłam się, jak wzięłam ją w dłoń- taka jest lekkie), który wygląda na niezbyt trwały. Na razie (odpukać) nic się z nią nie dzieje.



Skład
Muszę się koniecznie przyjrzeć innym kolorom i wykończeniom. Za tę cenę nie widziałam jeszcze tak kryjącej i trwałej pomadki.

Cena: 12,90/ 4,5g
Dostępność: sklep internetowy producenta, wyspy i sklepy firmowe
Ocena: 4/5

Inspiracja muzyczna :D

niedziela, 18 grudnia 2011

Pod ramię z królem Midasem. Quiz Puder Cherie nr 70

Wielkie, tłuste drobiny w całej okazałości.
Gdy dowiedziałam się, że wygrałam rozdanie u One_LoVe cieszyłam się, że w skład wygranej wchodzi także puder. Akurat tak się złożyło, że tarłam denko w prawie wszystkich pudrach. Kiedy jednak otworzyłam z zaciekawieniem puderniczkę przeraziłam się. Ale po kolei.

Puder Quiz zamknięty jest w czarnej puderniczce z lusterkiem, którą można ewentualnie uznać za elegancką. Ogromny plus za lusterko- w niektórych kilka złotych droższych go brak. Niestety klej, którym przyklejono puder do opakowania jest do bani- bo puder, podobnie, jak róż lata luzem. Na plus muszę także policzyć załączoną gąbeczkę- oczywiście, nie jest ona idealna, ale po gąbeczce w pudrze Cantare ta wydaje się prawie jedwabista/

Puder pachnie dość intensywnie, bardzo chemicznie. Na szczęście zapach szybko się ulatnia.

Chciałabym zacząć opisywać sam właściwy kosmetyk, ale jakoś mi tak ciężko. Darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, a ja robię pudrowi pełen przegląd z borowaniem gratis. Niestety muszę to napisać. Po jaką cholerę producent utopił w pudrze, który powinien być używany na całą twarz miliardy złotych, obrzydliwych drobin? No jak z tym wyjść do ludzi? Połączę ten puder w duecie z Revlonem PhotoReady i chyba pójdę na jakąś imprezę karnawałową. Inaczej chyba nie da rady. Puder jest mocno świecący, nie nadaje się na całą twarz. Nie znajduje także zastosowania jako rozświetlacz. Kaszanka.

Jedyne co mi się w tym produkcie podoba to kolor- dość jasny, naturalny (niestety na twarzy ciemnieje).

Nie kupiłabym tego pudru.

Cena: ok. 6 zł/20 g
Dostępność: małe drogerie
Ocena: 1,5/5

sobota, 17 grudnia 2011

Motylem jestem, nananana! Tag: Motyle 2011

Zamęczam was tagami. Nie mogłam sobie odmówić zrobienia tego :D


Zasady:
1. Wstaw obrazek.
2. Napisz, od kogo otrzymałaś/łeś zaproszenie do zabawy.
3. Wyznacz po jednym produkcie (poza punktem 10.) w każdej kategorii.
4. Nominuj maksymalnie 5 osób.

Tag otrzymałam od jego autorki, czyli Motylicy. Planowałam co prawda zrobić podsumowanie 2011 roku, gdzieś pod koniec grudnia, ale tag wydał mi się na tyle ciekawy, że postanowiłam napisać o odkryciach roku właśnie teraz. No to jedziemy :)

1. Primus inter pares, czyli odkrycie roku.

W tym roku odkryłam, że... mam brwi! Te włoski nad okiem nie muszą być smętną kępką bez ładu i składu. W zdyscyplinowaniu moich niezbyt idealnych kłaków pomaga mi korektor Delia Onyx.

2. Zatrzepocz piórkami, czyli tusz do rzęs
 Końcówka 2011 zdecydowanie należy do tuszu MIYO. Jest to przyzwoity kosmetyk, jednak nadal poszukuję ideału. Kto wie, może 2012 przyniesie mi mojego faworyta?


3. Zabawa z kolorami, czyli kosmetyk do powiek.
 W tym roku na moich powiekach królowała ta czwórka od Hean. Bezpieczne, dzienne kolory to sprawdzony zestaw na każdą porę.


4. Na tapecie, czyli podkłady, korektory, rozświetlacze, róże, bronzery.
 W tym roku bardzo przysłużył mi się podkład Manhattan. Sprawdził się u mnie zarówno latem, daje radę także teraz, gdy jest chłodniej. Na pewno wysmaruję więcej na jego temat.

5. Patrz mi na usta, czyli mazidełka do ust.
 Pielęgnacja ust to podstawa- przynajmniej w moim przypadku. Uwielbiam balsamy i inne pielęgnacyjne cuda. Po kolor też często sięgam. Jak połączyć walory pielęgnacyjne z pięknymi kolorami? Paese chyba znalazło odpowiedź na moje kosmiczne wymagania. Więcej TU.
6. Pokaż swoją twarz, czyli kosmetyk do pielęgnacji twarzy.
 Krem Pollena Eva jest naprawdę świetny. Skończyłam kolejne opakowanie i z pewnością wrócę do niego, gdy zrobi się cieplej. Smęciłam na jego temat TU.

7. Chodź, pomaluj mój świat, czyli lakier do paznokci.
 Lubię kolory lakierów, która będą pasowały do każdej stylizacji. Lekko różowy beż od Celii był moim zdecydowanym faworytem. Więcej TU.
8. Kwiaty we włosach, czyli kosmetyk do włosów.
Moje kudły są wyjątkowo niesforne. Bez wygładzającej odżywki wyglądam, jakby trzasnął we mnie piorun. Isana "robi robotę", trzyma włosy w ryzach, a do tego ich nie przeciąża.

9. Coś dla ciała, czyli kosmetyk pielęgnacyjny do ciała.
 Pierwsze opakowanie zużyłam jakoś wiosną. Choć nie jest to super wydajny kosmetyk to jednak jestem z niego zadowolona. Chciałabym mieć perfumy o takim zapachu, jak ten mus :)

10. Coś dla ducha, czyli wybrana przez nas kategoria niekosmetyczna
W 2011 r. wszyscy pokochali Adele, a ja... sobie o niej przypomniałam Nałogowo słuchałam płyty "19", potem gdzieś zapomniałam o tej wokalistce, aż tu nagle wszędzie słyszałam "Rolling in the deep"- teraz "21" gra także w mojej duszy :).

 Jak zwykle robię mały bunt- taguję wszystkich :). Piszcie, co odkryłyście w 2011 :)

Edit: Sierota linków nie dodała. Poprawiłam już :)

piątek, 16 grudnia 2011

Pora na herbatę. Oriflame nawilżająca maseczka z ekstraktem z białej herbaty

Jest piąta po południu, więc Anglicy swoim zwyczajem siadają nad filiżanką herbaty. Siedzą, rozprawiają, jedzą ciastka... I ja też siedzę nad herbatą, ale nie w filiżance, a w tubce. Dzisiejsze marudzenie będzie na temat maseczki z białą herbatą.

Wspominałam o tym nie raz i nie dwa, że za produktami kupowanymi z katalogu jakoś nie przepadami i nie mogę się do nich przekonać. Jednak zawsze, gdy oglądam jakiś katalog już w myślach spisuję zamówienie. Potem zazwyczaj przychodzi otrzeźwienie. Dlaczego tak nie lubię takich produktów? Zazwyczaj nie odpowiadają one jakościowo swojej cenie- w drogerii wykładając tę samą lub niższą kwotę otrzymujemy kosmetyk dużo lepszy.

Od czasu założenia bloga zaczęłam używać maseczek. Choć nadal nie wierzę w ich cudowne działanie (zazwyczaj są to maseczki one hit wonder- rewelacja jednego przeboju, a właściwie użycia), to jednak przekonałam się do ich stosowania. To teraz takie moje 10-20 minut beztroskiego relaksu.

Maseczkę Oriflame otrzymałam w paczce od One_LoVe. Pierwsze co mi się rzuciło w oczy to opakowanie- zielone, małe, poręczne. Mogłabym mieć krem do rąk w takim opakowaniu- byłoby idealne do torebki.

Po drugie zapach- delikatny, świeżo zaparzonej herbaty. W przypadku maseczek zapach jest dla mnie ważny, bo nie wysiedzę nawet 5 minut w czymś, co cuchnie.

Po trzecie- konsystencja- rzadka, żelowa z jakimś czerwonymi fiu-bździu. Maseczkę nakłada się przyjemnie, nie lepi się.

No i przejdę teraz do gwoździa programu, czyli działania. No cóż. Szału nie ma. Maseczkę nakładałam na 10-15 minut, początkowo cienką, później ciut grubszą. Preparat wchłania się częściowo, resztę należy zmyć. Maseczka nawilża, ale... właściwie na chwilę. Mimo, że mam mieszaną cerę po nałożeni maseczki wieczorem rano jestem lekko "suchawa". Nie wyobrażam sobie, jak mogłaby pomoc suchej skórze. Nie podrażnia, nie zapycha, ale nie jestem nią zachwycona, bo niewiele dobrego zdziałała. Jedynie co, to przyjemnie odświeża.

Nie zachwycił mnie ten produkt, ale nie zrażam się szukam dalej :)

Cena: ok. 20 zł/50 ml
Dostępność: konsultantki Oriflame
Ocena: 3/5

czwartek, 15 grudnia 2011

W nowym roku obiecuję, że... Tag: 5 noworocznych kosmetycznych postanowień


Co prawda mamy dopiero połowę grudnia, ale warto zacząć już tworzenie listy noworocznych postanowień (bo zapewne do 1 stycznia jeszcze kilka razy ją zmienimy). Co prawda, mnie nigdy nie udaje się ich dotrzymać, ale co tam :D

Zasady:
1. Napisz kto cię oTAGował.
2. Wymień 5 postanowień noworocznych dotyczących kosmetyków.
3. Nominuj 5 i daj im znać.
 
Otagowały mnie cocoloco85 i .biemi. Dzięki dziewczyny :)

W roku 2012:
 
1. Zamierzam sobie kupić pędzle z prawdziwego zdarzenia! Te znajdują się na mojej obecnej liście marzeń.
Zdjęcia pochodzą ze strony sklepu Hakuro

Jeżeli macie, któreś z tych pędzli i chcecie się podzielić opinią lub macie ochotę polecić mi jakieś- chętnie poczytam :)

2. Planuję także ograniczenie zakupów błyszczyków/balsamów/pomadek. O zgrozo, ja już nawet z sieciowych sklepów odzieżowych wychodzę z błyszczykiem- tak jak dziś z H&M. Ech, to już chyba jakaś choroba.

3. Chciałabym kontynuować projekt denko- mam nadzieję, że będę miała w sobie tyle samozaparcia, żeby zużywać produkty, a nie je zbierać.

4. Nakładam sobie szlaban na otwieranie nowych kosmetyków, jak jeszcze nie skończyłam starych.... Potem znajduję jakieś smętne resztki w szufladzie, zazwyczaj już sporo po terminie.

5. Nie będę sobie żałować i kupię perfumy z ciut wyższej półki :). Na co dzień używam jakiś zapachów w rozsądnym (czyli max. 80 zł) przedziale cenowym- nie piszę wam recenzji perfum, bo mam nos przeciętnego faceta (mimo, że jestem kobietą). Rozróżniam, że coś jest słodkie, ciężkie, świeże... I na tym kończą się moje możliwości w dziedzinie opisu zapachów.
Nie mam sprecyzowanych nut, które mi się podobają. Jak coś mi "wpadnie do nosa" i w nim siedzi- to jest to :D
 
Zdjęcia pochodzą ze stron sklepów Douglas i Pedet

Tradycyjnie taguję wszystkich- nie lubię zamykania tagów :)

środa, 14 grudnia 2011

Gorąca czekolada w chłodne dni. Hean High Definition Hot Chocolate

Jestem cieniomaniaczką. Co prawda szaleję z makijażem raz na ruski rok, ale kupno nowego koloru cienia zawsze poprawia mi humor. Gdy na kilku blogach przeczytałam zachwyty nad cieniami Hean, ślina mi pociekła. Oficjalnie poszłam więc na spacer (rodzina wiedziała co się święci, bo wyciągnięcie mnie na dwór to duża sztuka, która udaje się nielicznym), a w rzeczywistości poleciałam, jak na skrzydłach do drogerii. I była tam upragniona ONA- paletka Hot Chocolate.

Lubię delikatny dzienny makijaż, dlatego często wybieram paletki z brązami. Często do brązów dołączony jest jakiś smętny beżyk i różyk. Fanką różu na powiekach nigdy nie byłam (choć ostatnio się przekonuję), raczej gustuję w pomarańczach. I jak zobaczyłam taki cielisty pomarańcz w paletce Hean to był pełen odlot.

Paletka składa się z 4 odcieni:

matowej wanilii- najsłabsza pigmentacja
matowej cielistej pomarańczy- to jeden z moich faworytów wśród wszystkich cieni jakie posiadam 
perłowego brązu
matowej ciemnej czekolady- najlepiej napigmentowany cień

Te maty są trochę takie "oszukane". bo w mocnym świetle widzę w opakowaniu maciupkie drobinki, ale na szczęście nie widać ich na oku.

Cienie mają przyjemną konsystencję, taką "akuratną"- nie są ani kremowe, ani kredowe. Dość suche. Nie osypują się przy nakładaniu. Dobrze blendują się bez bazy i na niej.

Zaskoczyły mnie trwałością- bez bazy do 5 godzin, bledną trochę po 3. Nie rolują się, po prostu znikają. Jak na tak tanie cienie wynik jest naprawdę imponujący.

Paletka jest wykonana z dość grubego plastiku, nie ma lusterka. Aplikator też jest przyjemny, podobny do aplikatorów w paletkach Sleeka- taki dość zbity, nie rozłazi się jak te spadające gąbeczki.


Jestem bardzo zadowolona z tych cieni. Są rewelacyjne- szczególnie za tę cenę. Jeżeli szukacie niedrogiego prezentu dla siebie lub koleżanki- warto :)

Cena: 12-16 zł
Dostępność: Sklep internetowy Hean, poszukać w sklepach podanych na stronie. Jak idzie o Wrocław- są w Tanyo na placu Zielińskiego i w Kos-becie w Hali Kupców Perła
Ocena: 5/5

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Traktat o białej wazelinie. Ziaja Wazelina biała

Jako maniak pielęgnacji ust, ciągle szukam coraz to nowych produktów natłuszczających/nawilżających/odżywczych (niepotrzebne skreślić). Niemal codziennie przekopuję Wizaż w poszukiwaniu ideału. Gdy zobaczyłam opinie o zwyczajnej, białej wazelinie Ziaji nie wahałam się ani chwili.

Lubię pachnące cuda do ust, najlepiej jeszcze w sztyfcie, ale czytając opinie o cudach zdziałanych zwykła wazeliną postanowiłam dać szansę Ziaji.

I co? No, cóż, zwykły natłuszczacz, nic więcej. Jeżeli ktoś oczekuje nawilżenia i odżywienia ust- przykro mi, ale to ślepa uliczka. Natomiast na chłodniejsze dni w celu ochrony przed pękaniem ust jest idealna. Zostawia tłustą, dość ciężką warstwę, która znakomicie chroni wargi przed spierzchnięciem.
Ziaja uratowała także nie raz mój zakatarzony nos. Co prawda był potem zapchany, ale przynajmniej nie świecił czerwienią, jak nos renifera Rudolfa.
Zdecydowanym plusem jest uniwersalność wazeliny-  oprócz nosa i ust stosowałam ją także... w celu ujarzmienia brwi. Można więc powiedzieć, że jest to kosmetyk uniwersalny.

Plusem jest dostępność- była w prawie każdej aptece i drogerii, które odwiedziłam. Z dostępnością zapachowych wazelin było krucho, Ziaja była wszędzie.

Największym minusem jest zapach- identyczny, jaki mają wkłady do zniczy.

Ta wazelina cudów nie zdziała. To bardzo uniwersalny kosmetyk, ale fajerwerków nie było.

Cena: 3 zł/30 g
Dostępność: apteki, drogerie, markety
Ocena: 4-/5

niedziela, 11 grudnia 2011

Santa Claus is coming to... me :)

Co prawda Mikołajki były jakiś czas temu, jednak do tej pory nie chwaliłam się wam prezentami. Rodzina, ignorując moją zaczętą w poniedziałek dietę, podarowała mi wór łakoci, do których obalania zabrałam się z wyjątkową ochotą.

"Prawdziwy" Mikołaj dotarł do mnie w piątek. I to przybył aż dwukrotnie, ściśle mówiąc: z jedną paczuchą listonosz pojawił się osobiście, po drugą poleciałam sama na pocztę.

Nie wspomniałam wam jeszcze, że za sprawą wierszyka (niezbyt mądrego, ale co tam) udało mi się wygrać konkurs u Basi8212. Cieszyłam się jak dziecko, bo myślałam, że moje dzieło będzie bawiło tylko mnie, a tu proszę :)

A takie smakołyki znalazłam w paczce:
Uroczą kosmetyczkę z Everyday Minerals, róż Short Cake i cień Sleigh Ride z tejże firmy. Róż od razu wylądował na policzkach, a cień na powiekach. Już je uwielbiam.
W paczuszce znalazł się także pędzelek do smokey z Essence- jeden już mam, ale miałam w planach kuno drugiego, bo szczerze mówiąc jestem leniem i nie zawsze chce mi się go na bieżąco prać.
Będę miała także wypróbowania lakieru Pierre Arthes o wesołym kolorze, kojarzącym się ze Smerfami.
W skład nagrody wchodzą także podwójne saszetki z Bielendy, które zostały mi wyrwane z ręki przez mamę, zanim zdążyłam się im dobrze przypatrzeć. Basia dołączyła także śliczną (bo fioletową) kartkę świąteczną.

Znalazłam także dwa kosmetyki z serii Beauty Milky- masło (które znam i uwielbiam) i proszek do kąpieli- będę miała dodatkową motywację, żeby się moczyć w wannie.
 Lubię jeść oliwki, ciekawa jestem czy polubię je także w kąpieli :)

Szczęście dopisało mi także u Viollet, która też uraczyła mnie cudownościami :)
Osławiony Tangle Teezer- od piątku mierzę się z legendą tej szczotki. Nie rozumiałam, jak można się zachwycać szczotką, zobaczymy jak z moim sceptycyzmem poradzi sobie Tangle Teezer.
Olej Sesa- od dawna chciałam zacząć olejowanie- słowo się rzekło, kobyłka u płotu.
Kremy Olay- zawsze się przydadzą :)
Oliwkowe mydło- niezbyt ładnie pachnie, ale może przysłuży się cerze.
Mikołaj z czekolady- którego nie ma na zdjęciu, bo po otworzeniu paczki wylądował w całości w buzi :D. Nic na to nie poradzę, jestem łasuchem.

Życzę wszystkim takich prezentów :)

sobota, 10 grudnia 2011

Nie takie be kremy BB?

Od kilku miesięcy na blogach trwa silne zauroczenie kremami BB. Dzięki mllou i ja miałam szansę wypróbowania tych cudów nad cudami.

Czego to ja się o BB nie naczytałam. Że świetnie kryją, wyglądają naturalnie itd. A jak te zachwalane produkty sprawdziły się u mnie?

Zacznę może od tego, że jeżeli ktoś oczekuje od kremu BB krycia godnego Dermacolu to z pewnością srodze się rozczaruje. Podstawowym błędem wielu osób z dużymi problemami skórnymi jest myśl o tym, że krem BB będzie lekiem na wszelkie zło. Bzdura. Bliżej mu zdecydowanie do kremu tonującego niż podkładu- a w przypadku kremów tonujących cudów nie ma. I kropka.

Poprosiłam mllou o próbkę "jakiegoś" BB- dostałam ich aż 5. Wiem, że recenzje na podstawie próbek niewiele wnoszą, ale piszę te mini przemyślenia dlatego, że spora część z nas nie miała styczności z tego typu produktami. Jestem laikiem w kwestii BB, nie wstydzę się tego, ale mam nadzieję, że moja notka pomoże wam ciut rozwiać wątpliwości.

Najpierw zabrałam się za testowanie Skin79 Oriental Gold. 
Zdjęcie pochodzi z www.dollsanctuary.com

Przeznaczenie: cera sucha i mieszana
Filtr: SPF 25 Pa++
Wykończenie: glow
Krycie: słabe, w kierunku średniego. Bardzo dobrze kryje rozszerzone pory. Nie podkreśla suchych skórek. Słabo kryje zaczerwienienia. Wygląda naturalnie, brak efektu maski
Kolor: beż wpadający w róż, dobrze dopasowuje się do cery
Zapach: mydlany
Konsystencja: tępa

Cena: 110 zł/40g

Najlepiej ze wszystkich pokrył pory. Niestety dla mnie jest zbyt różowy. Wykończenie glow sprawdza się na moich suchych policzkach, ale czoło potrzebuje silnego matu.

Swanicoco Cell Emotion Snail Classic BB

Przyznam szczerze, że pierwsze słyszę o tej firmie. Sięgnęłam po ten krem z ciekawości i obrzydzenia po trosze (jednak nieznajomość angielskiego jest błogosławieństwem), ponieważ zawiera... śluz ślimaka. Błeeee.

Filtr: SPF 10 Pa++
Wykończenie: nie do końca glow, ale też nie matowe
Krycie: lepsze niż Skin79 Oriental gold pod względem zaczerwienień.
Kolor: beż z nutami różu (mniej różowy niż Skin79 Oriental Gold)
Zapach: cytrusowe mydło
Konsystencja: smarowna, lżejsza niż poprzednika

Cena: 26 $

Krycie porów również bardzo dobre, lepsze rozsmarowywanie zdecydowanie przemawia na korzyść.

Skin79 Super + Triple Functions Hot Pink

Filtr: SPF25 Pa++
Wykończenie: glow
Krycie: słabe, przy zaczerwienieniach nie daje rady, a co dopiero przy większym spustoszeniu. Pory kryje ładnie
Kolor: siny beż, który w miarę dopasowuje się do mojej cery
Zapach: mydlany
Konsystencja: dość tępa, ale nie rozprowadza się najgorzej

Nie do końca odpowiadał mi siny kolor tego BB. Szczerze? To już wolę róż- przynajmniej cera wygląda na promienną. A tak? Na dworze szaro, twarz też szara... Nie wybaczę mu tego, że wydobył z mojej twarzy suche skórki na nosie. No ludzie, jak tak można....

Cena: ok. 85 zł/40 g

Skin79 Super + VIP Gold Collection

Filtr: SPF 25 Pa++
Wykończenie: glow
Krycie: słabe, ale dość dobrze radzi sobie z porami
Kolor: również ma szare nuty, ale nie jest tak siny, jak różowy brat
Zapach: mydlany
Konsystencja: dość tępa

Powiem szczerze, że poza kolorem nie widzę specjalnej różnicy między Hot .Pink, a tym panem. Również dziad jeden podkreślił mi skórki.

Teoretycznie przeznaczony jest dla osób o poszarzałej cerze. Dziwne, żeby szarością zwalczać szarość?

Cena: ok. 100 zł/40 g


Feverlet Make-up BB Cream

Filtr: brak
Wykończenie: nie świeci się tak jak Skin79, ale matem też bym tego nie określiła
Krycie: najlepsze ze wszystkich testowanych BB. Ładnie radzi sobie z zaczerwienieniami, porami, dość dobrze pokrywa krostki. Oczywiście, przy większych niespodziankach mała pomoc korektora mile widziana. Nie podkreśla i nie "znajduje" suchych skórek.
Kolor: jasny beż- po prostu, bez dodatkowych tonów. Dobrze dopasowuje się do cery
Zapach: cytrusowy
Konsystencja: dość rzadka jak na BB, przypomina standardowy podkład

Zdecydowanie najlepszy BB pod każdym względem (no może oprócz tego, że nie ma filtra, ale coś za coś)- krycie, kolor... Naprawdę jestem pozytywnie zaskoczona.

Ta wersja nie jest już chyba dostępna. Nowa, HD, ma filtr SPF 30 i kosztuje około 140 zł....



Nie odpowiem na pytanie, czy lepszy jest krem BB czy podkład. Tak na dobrą sprawę z większymi niespodziankami nie poradzi sobie także klasyczny fluid. Na korzyść BB przemawia zdecydowanie fakt posiadania przez nie flitów- no ale niestety zostawiają one świecącą warstwę, która niekoniecznie przypadnie do gustu osobom z cera tłustą. BB znacznie lepiej kryją pory, nie włażąc w nie. Jeżeli kiedykolwiek kupię pełnowymiarowe opakowanie BB, to właśnie ze względu na te cechy.

Nie oceniałam właściwości pielęgnacyjnych obiecywanych przez producentów (typu działanie przeciwzmarszczkowe i inne takie), a także nie testowałam pod katem zapychania- nie jestem w stanie ocenić tego typu cech na podstawie próbek. Nie będę zachwycać się czymś lub negować coś, czego nie jestem w stanie oszacować.

A wy używałyście BB? Jakie jest wasze zdanie na temat tego typu cudów?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...