Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

środa, 30 listopada 2011

Kocha, lubi, szanuje w listopadzie

Uwielbiam końcówkę miesiąca, dlatego, że w tym czasie wiele z nas publikuje ulubieńców. Podobnie, jak denko, ta akcja zagościła też u mnie. Panie i panowie oto moi faworyci listopadowi.

Pielęgnacja


Krem do rąk Ziaja Kozie Mleko, który pokazywałam wam przy okazji tagu. Zamieszkał w mojej torebce na stałe. Jest naprawdę świetny- mogę go wyciągnąć w czasie wykładu, posmarować ręce i notować dalej bez obawy, że długopis wzbije się w powietrze i trafi w prowadzącego.

Pollena Eva Krem intensywnie nawilżający z ekstraktem z melisy- mój ci on! To już chyba moje 5 opakowanie tego kremu i jestem niezmiennie zachwycona. Notka na jego temat już się szykuje.

Makijaż



Rimmel Lasting Finish Lipstick 077 Asia, którą również pokazywałam wam przy okazji tagu. Całkowicie mój kolor. Z trwałości nie jestem niestety zadowolona, żaden z niej longlasting.

Bell Perfect Skin baza pod cienie-  fioletowa, maślana baza, o której postaram się skrobnąć ciut więcej w odpowiednim czasie.

Vipera Sweet&Wet nr 6- beżowy nude, bardziej pomadka w płynie niż błyszczyk. Bardzo lubię, używałam często, zanim kupiłam Asię.

"Koronkowy" tusz MIYO- po Avonie jest bardzo miłą odmianą, jestem zadowolona z tego, jak pięknie podkreśla moje rzęsy.

Róż Jillian Dempsey for Avon Heavenly Nude- piękny róż w ciepłym odcieniu, który mam od dłuższego czasu. Ładnie ożywia cerę, twarz wygląda na wypoczętą.

Najczęściej na oku gościły te cienie (o ile znalazłam czas, żeby się z rana malować, bo wolę raczej się dobrze wyspać niż oszałamiająco wyglądać- choć i tak z moją urodą dla koneserów ciężko jest kogokolwiek zachwycić)


Pod znakiem jakich produktów upłynął wam listopad?

poniedziałek, 28 listopada 2011

Było, ale się zużyło.


Może to głupie, co teraz napiszę, ale podoba mi się projekt denko. Narzuciłam sobie "obowiązek" publikacji comiesięcznych postępów i dzięki temu nie chomikuję nędznych resztek po szufladach. Na razie co prawda moje zużycia nie są bardzo duże, ale staram się wykańczać otwarte produkty systematycznie- np. mimo, że mam otwarte 2 żele do mycia twarzy używam jednego, żeby nie fundować cerze terapii szokowej.


Ale do rzeczy. W listopadzie udało mi się skończyć:

1. Gigantyczny żel Vichy, którego używałam od stycznia. Pisałam o nim TU. Lubię ten produkt, ale na razie nie kupię go ponownie, mam długą listę specyfików do mycia twarzy na mojej liście do kupienia.

2. Mgiełka Termoochronna Marion- możecie o niej szerzej przeczytać TU. Udany produkt, na razie go nie kupię, bo mam jakieś cuda z L'oreal, które leżą i się kurzą. Odpowiada mi forma mgiełki- pryskam, nie muszę sobie brudzić rąk wcieraniem czegoś we włosy.

3. Oriflame maseczka nawilżająca z białą herbatą- nie zachwyciła mnie, notka na jej temat pojawi się niedługo.

4. Nivea pomadka ochronna Olive&Lemon- przepięknie pachnie, ciut gorzej z pielęgnacją. Maglowałam ją TU

5. Tusz Avon Extend- dość przyjemny tusz wydłużający o alkoholowym zapachu i nieodpowiedniej do jakości cenie. Kto chce przeczytać o nim więcej- zapraszam TU

6. Mini (50 ml) opakowanie żelu oczyszczającego z mikrogranulkami Dax- dostałam go jako gratis przy okazji jakichś zakupów i nie mogłam zużyć. Ma nietypową konsystencję- jest rzadki, a te granulki są maleńkie i bardzo delikatne. Bardzo dziwne uczucie- nie trze jak peeling, a jednak coś czuję pod ręką. Taka mini wersja starczyła na 2 tygodnie codziennego używania.  Nie zauważyłam w tym czasie podrażnienia, nie roznosił też wyprysków. Dość dobrze odświeżał cerę. Kupiłabym go pewnie ponownie, gdyby nie zapach. Lubię dezodorant Dove z lilią wodną i miętą i ten żel pachnie dość podobnie- jak dla mnie na twarz do zbyt intensywny zapach, aż kręci w nosie.

7. Mini żel pod prysznic z kozim mlekiem Biały Jeleń- pachnie delikatnie mlekiem, ma ekstrakt koziego mleka z składzie (piszę o tym, bo np. krem do rąk Ziaji, też Kozie Mleko takiego ekstraktu nie ma). Jego konsystencja jest rzadka, lejąca, żel słabo się pieni, przez co starczył zaledwie na 3 mycia. Kupię jednak pełnowymiarowe opakowanie, bo zaciekawił mnie ten kosmetyk.

8. Mini żel do higieny intymnej z chabrem bławatkiem Biały Jeleń- ma konsystencję podobną do żelu i mydlany zapach. Nie zachwycił mnie, pozostanę fanką Lactacydu.

Jestem z siebie dumna, że mogę wyrzucić tyle pustych opakowań, choć wiem, że dla niektórych nie jest to wiele.
Używałyście któregoś z tych produktów?

niedziela, 27 listopada 2011

Szybki spacer po Berlinie. p2 pomadka 120 Ku'damm

Zgodnie z panującym trendem, wszystko, co zagraniczne jest lepsze. Teraz z dalekich wojaży przywozimy sobie nie zdjęcia, czy pamiątki tylko właśnie kosmetyki. Każda szanująca się kosmetoholiczka przed wyjazdem sprawdza, co ciekawego mają "tam", czego nie ma "u nas" :).

Kiedy myślę o Niemczech, co kołacze mi się po głowie? Oczywiście, drogerie DM i bogactwo marek tam dostępnych- Balea, Alverde, p2... Choć należę raczej do kosmetycznych patriotek (w mojej kosmetyczce królują raczej polskie produkty) nie mogłam odmówić sobie przyjemności kupienia szminki z p2. Wiadomo, okazja czyni złodzieja.

Wybrałam kolor 120 Ku'damm właściwie w ciemno... Znaczy się, oglądałam swatche w internecie, ale różnica między zdjęciami w internecie, a tym, co okazało się w rzeczywistości jest kolosalna. W internecie Ku'damm wyglądała na dość przyjemny, w miarę naturalny ciemny róż. W rzeczywistości- ciemny róż z nutami fioletu, bardzo intensywny. "Nudziarom" raczej do gustu nie przypadnie.

Bardzo podoba mi się formuła tych szminek- są bardzo kremowe, ale jednocześnie świetnie kryją. Wykończenie nie jest ani matowe, ani błyszczące. Usta wyglądają soczyście. Szminka nie wysusza ust, mam wrażenie, że je wręcz pielęgnuje.

Na plus muszę także policzyć trwałość- połysk schodzi po około godzinie, ale kolor trzyma się nawet 3-4. Jedzenie czy picie oczywiście jest zabójcze dla pomadki.

Zmartwię wszystkich, którym spodobał się ten odcień. Nie ma go już w sprzedaży. Myślę jednak, że w palecie p2 są takie kolory, że każda wybierze coś dla siebie.

Ku'damm- dla zainteresowanych: Kurfürstendamm, ulica w zachodnim Berlinie





Cena: około 2 euro
Dostępność: drogerie DM, Niemcy
Ocena: 4/5

sobota, 26 listopada 2011

Panie proszą Panów, czyli ciachowy Tag

Podobno panowie są wzrokowcami i lubią kobiety piękne. Odwdzięczamy im się pięknym za nadobne, bo także z chęcią patrzymy na mężczyzn przystojnych. Tylko mamy ciut bardziej skomplikowany gust, bo nasz wzrok przyciągają "interesujący" (dla każdej z nas zazwyczaj różni), a nie każda wielkobiusta blondynka w mini (nie mam nic do wielkiego biustu, blondynek czy mini, to tylko przykład). Dziś ja przedstawię moją definicję "ciekawego" mężczyzny na wybranych przykładach.

Zasady:
1.Napisz od kogo otrzymałaś taga
2.Wymień dziesięciu mężczyzn, których uważasz za najbardziej atrakcyjnych, a swój wybór krótko uzasadnij.
3.Zataguj dziesięć osób i powiadom je o nominacji.

Otagowała mnie sia, za co bardzo jej dziękuję. Sam pomysł na tag uważam za idealny na tę porę roku- szybko robi się ponuro i zimno, dlatego trzeba się trochę "rozgrzać".

Nie pojawi się u mnie ani Ian, ani Aleksander z tych takich różnych o wampirach. Obejrzałam kilka odcinków "Pamiętników..." i jakoś mnie nie wciągnął ten serial. Aktorzy też nie przykuli mojej uwagi, sorry. A Aleksander jest ciekawy, choć True Blood też nie oglądam- ze względu na tę kelnereczkę, która jest kretynką tysiąclecia.

Nie będzie tu także Johnny'ego Deppa- uwielbiam, kocham, ale jak zobaczę go na jeszcze jednym blogu to ucieknę.

A oto moi wybrańcy (będzie ich tylko lub aż ośmiu :)):

8. Eric Bana- bo jest takim słodziakiem. Troję jestem w stanie obejrzeć kolejny raz tylko dla niego


7. Michael Buble- nawet nie muszę go oglądać, wystarczy mi, że posłucham śpiewanych przez niego piosenek

6. Liam Neeson- facet jak wino, im starszy tym lepszy. W Mrocznym widmie patrzę na niego, bo McGregor jest tam wyjątkowo niewyjściowy.  Uwielbiam Neesona także za to, że próbuje żyć dalej mimo ogromnego nieszczęścia, jakie go spotkało.


5. Jensen Ackles- czyli Dean z Supernatural. Oj, Joanno Krupo, nie widziały gały, z kim się rozstawały!

4. Ewan McGregor- ma urodę łobuziaka i chyba za to go kocham :)


3. Clive Owen- jego wzrok paraliżuje nawet, gdy chowa się za przeciwsłonecznymi okularami. Bardzo lubię go za Closer i Króla Artura


2. Gedeon Burkhard- czyli najprzystojniejszy partner zawodowy Semira Gerkhana z Kobry 11. Serię, w której pojawia się Chris Ritter mogę oglądać bez końca. Kinomaniaczki widziały tego pana w Bękartach wojny.


1. Pan Darcy........ Znaczy się pan Darcy grany przez Colina Firtha. Myślę, że nie muszę się już tłumaczyć :)

Prawie wszystkie zdjęcia pochodzą z IMDB; fotka Michaela Buble- z oficjalnej strony artysty.

I to właściwie na tyle. Jeżeli któraś ma ochotę pokazać swoich wybrańców- zapraszam. Nie widzę sensu zamykania tagów :)

piątek, 25 listopada 2011

Zima zła? Delia Krem do rąk zimowy ochronny

Uwielbiam zimę, ale tylko białą i słoneczną. Gdy otoczenie jest piękne, chęć do marudzenia znacząco maleje. Ale zimno, to zimno, niezależnie od tego, czy pięknie świeci słońce, czy ścina ostry mróz.

Nigdy specjalnie nie zmieniałam swojej pielęgnacji na zimę. Mazałam się tymi samymi kosmetykami niezależnie od pory roku. Zeszłej zimy zauważyłam jednak, że pewne partie mojego ciała potrzebują wzmożonego zainteresowania- mowa oczywiście o pękających ustach i dłoniach. Mam z natury suche knykcie, dlatego choćby z tego powodu potrzebuję dobrego kremu do rąk- i to nie tylko zimą.

Na krem Delii trafiłam z prostej przyczyny- było zimno, moje dłonie wyglądały, jak po wybuchu bomby, a akurat była promocja na zimowy krem. Dlaczego nie?

Pierwsze co zaskoczyło mnie w tym kremie to jego konsystencja- dość rzadka, takie mleczko. Przez tę pozorną lekkość można przesadzić z kremem, który okazuje się tłustawy i treściwy. Tłusta warstwa pozostaje na skórze około 10 minut. Po wchłonięciu filmu na skórze pozostaje taka przyjemna, pudrowa otoczka, dająca wrażenie rękawiczek. Naprawdę przyjemne uczucie. Testowałam krem w warunkach ekstremalnych, czyli na sporym mrozie i nie zauważyłam pękania- dłonie były nadal gładkie i miękkie. Choć ochrona nie jest bardzo długa, to jednak przy regularnym stosowaniu kremu można sobie uprzyjemnić przebywanie na mrozie. Jeżeli chodzi o regenerację przesuszonych dłoni- sprawdza się naprawdę nieźle, doprowadził moje dłonie do stanu używalności i dodatkowo je ochronił przed zniszczeniem. Rewelacja.

Krem ma dość ciekawy zapach. Takiej bawełny albo budyniu z kwiatkami. Mdły, ale mimo to całkiem niezły- nie zwraca na siebie uwagi i nie przeszkadza.

Świetny krem na zimę, na pewno kupię go także i w tym roku.

Cena: 7 zł/100 ml
Dostępność: Drogerie Natura
Ocena: 4,5/5

środa, 23 listopada 2011

Bez tego ani rusz, czyli TAG: Kosmetyczne Must Have

Otagowały mnie .biemi i Quera. Lubię tagi, a ten wymyślony przez lifestyle wydał mi się naprawdę ciekawy, palnowałam w nim udział tak, czy siak :)

To może krótko o zasadach:
  • Wymieniamy 5 ulubionych produktów, które używamy codziennie- może to być kolorówka lub pielęgnacja (u mnie będzie to i to)
  • Następnie zapraszamy inne bloggerki do wzięcia udziału w zabawie. :)
 No to jedziemy z tym koksem. W mojej kosmetyczce nie może zabraknąć następujących produktów:


1. Kremu do rąk- mam suche dłonie, dlatego lubię wszelkiego rodzaju kremy. Na noc używam dość gęstych, treściwych kremów pozostawiających często tłustszą warstwę, ale krem do rąk "na dzień" muszę mieć inny. Moim ulubieńcem ostatnimi czasy jest Ziaja Kozie Mleko, która spełnia moje oczekiwania- jest lekka i szybko się wchłania.

2. Korektora. Obowiązkowym mieszkańcem mojej kosmetyczki jest korektor pod oczy, bez którego nie wyobrażam sobie życia. Na wypryski używam zazwyczaj bardziej kryjącego korektora niż pod oczy. Zdarza się jednak, że ten na wypryski gdzieś się zawieruszy- wtedy bez oporów sięgam po en w płynie. Aktualnie jest to Essence Stay All Day :)

3. Balsamu do ust. Jeżeli nie miałabym tego typu kosmetyku w swojej kosmetyczce, chyba wybuchłaby wojna. Bez balsamu do ust nie ruszam się z domu- a jak zapomnę wziąć to włażę do drogerii i jakiś kupuję. Staram się jednak mieć spory zapas w domu. Mam wymagające usta, dlatego nie zadowala mnie byle co. Obecnie używam Barbry różanej.

4. Tusz do rzęs. Mogę wyjść z domu bez podkładu, pudru czy cieni, ale bez tuszu się nie ruszę. Mam krótkie, dość jasne, właściwie niewidoczne rzęsy, dlatego lubię zaskakiwać, pokazując, że jednak je mam :). Ponieważ tusz z Avonu umarł, mam nowego przyjaciela z MIYO

5. Czegoś kolorowego na usta. Błyszczyk, pomadka- w sumie nie robi mi to różnicy. Co prawda mam wąskie usta, jednak raczej wybieram ciut ciemniejsze kolory. Ostatnio moje serce podbiła szminka Rimmela 077 Asia.

Nie taguję imiennie- jeżeli któraś ma ochotę wziąć udział zapraszam serdecznie :). Jeżeli nie macie się ochoty bawić w tagi napiszcie w komentarzach, jakie są wasze must have, z przyjemnością przeczytam.

wtorek, 22 listopada 2011

Rzęsy jak firanki? Avon Super Extend Mascara

Choć mam bardzo dużo kosmetyków przeznaczonych do malowania oczy jest tylko jeden typ produktu, bez którego nie mogę się obejść. Tusz do rzęs, bo o nim mowa, to jeden z moich prywatnych towarów pierwszej potrzeby. Ponieważ kosmetyków tego typu jest na rynku mnóstwo, chyba nigdy dwukrotnie nie kupiłam tego samego tuszu. Kolejnym etapem na drodze do zalotnych rzęs jest tusz Avon Extend.

Zapewne pisałam już o tym, że za kosmetykami zamawianymi z katalogu nie przepadam- szczególnie, jeżeli są to szminki, błyszczyki, podkłady, pudry czy cienie. Na szczęście w przypadku tuszy do rzęs ciężko jest się naciąć na kolor- bo w porywach dostępne są góra 3 odcienie.

Tusz Avon dostałam od cioci, maniaczki tych kosmetyków. Podziękowałam grzecznie i zaczęłam używać. Teraz już mój tusz dogorywa, a kiedy stanie się betonowy przerzucę się na MIYO.

Tego tuszu używam od połowy lipca, więc mogę o nim napisać chyba wszystko. Pierwsze, co zwróciło moją uwagę to szczoteczka- silikonowa, twarda, z wypustkami. Nie byłam do niej przekonana, ale o dziwo całkiem nieźle radzi sobie z rozczesywaniem rzęs (oczywiście dopóki tusz nie zmieni formuły na grudkowatą). Przekonałam się do tego typu szczoteczek, są trochę wygodniejsze niż klasyczne z kłakami. Minusem jest to, że szczoteczce zdarza się nabrać stanowczo zbyt dużo tuszu.

Drugą kwestią, na którą chcę zwrócić uwagę jest zapach. Może to dziwne, że o nim piszę, ale jest tak intensywnie alkoholowy, że trudno go nie poczuć. Ten "aromat" nie uprzyjemniał stosowania tuszu.

Jeżeli chodzi o kolor- tusz jest czarny (może nie smoliście, ale jednak), nie blaknie w ciągu dnia.

Producent wspomina coś o tym, że to tusz multiaction- czyli pogrubiający, wydłużający i podkręcający. Tereferekuku, pudło. Pogrubienia i podkręcenia nie zauważyłam. Natomiast wydłużenie a i owszem. Ponieważ mam krótkie rzęsy lubię tusze wydłużające. Avon daje dość naturalny efekt (na szczęście rzęsy nie kończą mi się w połowie czoła), nie są to pajęcze nóżki.

Tusz póki jest świeży jest idealny Upływ czasu jest niestety dla niego zgubny. Początkowo jest bezgrudkowy i nie osypuje się, ale pod koniec użytkowania już trochę psoci.

Całkiem niezły tusz, ale nie za cenę regularną- w promocji jeszcze od biedy można się skusić.

Cena: 35(20) zł/7 ml
Dostępność: konsultantki Avon
Ocena: 3,5/5

niedziela, 20 listopada 2011

Antyperspirant o zapachu potu. Garnier Invisi Mineral Max Protect 48 h

Jestem bardzo wymagająca, jeżeli chodzi o antyperspiranty. Mało który drogeryjny spodobał mi się na tyle, żeby kupić więcej niż jedno opakowanie. Udało się to Garnierowi- Invisi Mineral Calm (o którym pisałam TU) to jeden z lepszych tego typu produktów w mojej kosmetycznej karierze. Idąc za ciosem zdecydowałam się dać szansę jego bratu- wersji Max Protect.

Potrzebuję dość silnej ochrony, dlatego wydawało mi się, że antyperspirant stworzony z myślą o upałach, stresie i uprawianiu sportu będzie idealny dla mnie. No cóż... Zacznę jednak od plusów tego produktu.

Podobnie jak jego siostra Calm, ma bardzo poręczny psikacz. Niby nie jest to jakieś bardzo ważne, ale ułatwia życie, szczególnie, gdy np. mamy mokre lub tłuste dłonie.

Tak samo, jak Calm nie brudzi ubrań- nie zostawia maz na ciemnych, ani plam na jasnych rzeczach.

I wreszcie podobnie, jak Calm nie podrażnia- mogę go stosować po depilacji bez obawy, że po 2 minutach zawyję z bólu. No i to by było na tyle, jeżeli chodzi o plusy tego produktu.

Producent określił go mianem Max Protect, więc spodziewałam się silniejszej ochrony niż w Calm. Cóż, według mnie te produkty nie różnią się "okresem ochronnym" wcale a wcale. 6 godzin i już (liczbę 48 pominę teatralnym milczeniem).

Skoro jest tak bardzo podobny do Calm, to dlaczego marudzę? Chodzi o zapach. Calm jest delikatny, bawełniany, czułam się po nim świeżo, natomiast Max Protect... No, tragedia. Jakieś takie kwiatki z mydłem. W opakowaniu zapach jeszcze ujdzie, natomiast moja skóra reaguje z nim tragicznie. Pachnie jak taki całodniowy, przenoszony pot w upalny dzień (kto jeździ autobusami, zapewne wie, o co mi chodzi). Mimo tego, że pod pachami sucho, zapach jest nie do zniesienia. Fuj.

Nie kupię tej wersji na pewno. Wrócę z podkulonym ogonem do Calm.

Cena: ok. 10-14 zł/150ml
Dostępność: Rossmann, Natura, SuperPharm, markety- firma Garnier jest dostępna w wielu punktach.
Ocena: 3/5

piątek, 18 listopada 2011

Owijanie w bawełnę? Bielenda Bawełna Dwufazowy płyn do demakijażu oczu

Jako fanka wodoodpornych tuszy zawsze wybierałam dwufazowe płyny do demakijażu oczu. Choć nie przetestowałam ich zbyt wielu, wszystko jeszcze przede mną, to jednak ośmielę się przedstawić mojego dotychczasowego ulubieńca.

Wcześniej miałam do czynienia z dwufazami Ziaji (kompletna klapa, jeden z największych bubli tej marki) i Marion (ten płyn z kolei bardzo polubiłam). Wiele osób zachwalało Bielendę Avocado, dlatego postanowiłam dać szansę tej firmie i wybrałam wersję bawełnianą (kolor różowy nie miał wpływu na mój wybór, gwarantuję)

Płyn dwufazowy jaki jest, każdy widzi :). Dwie ciecze o różnej gęstości- woda i coś trochę tłustszego. Dość dobrze się mieszają, ale niestety szybko rozwarstwiają (sama nie czuję, jak mi się rymuje :D).

Największym plusem tego produktu jest to, co zazwyczaj spędza sen z powiek wielbicielkom mocnych makijaży i dwufazowych płynów. Tłusta warstwa. Moje piękne, Bielenda tłustej warstwy nie zostawia! Pokochałam ją za to od pierwszego użycia.

Częstą zmorą płynów do demakijażu jest też podrażnianie. Dziękuję bardzo, ale nie mam ochoty wyglądać jak zapłakany pitbull. Bielenda nie podrażnia i nie szczypie aż tak bardzo, gdy przypadkiem wkropimy ją sobie do oka.

Jak na razie nieźle, prawda?
Teraz należałoby przejść do właściwego działania płynu, czyli zmywania. A jest naprawdę dobrze, co pokazuje załączony obrazek.

Od lewej: nałożone kosmetyki. Zdjęcie 2: po pierwszym przetarciu. Zdjęcie 3: przetarcie drugie.
Ilość zużytych płatków kosmetycznych: 1.

W teście udział wzięły następujące kosmetyki:
  • Czarny liner Wibo
  • Fioletowy liner Basic
  • Czarny cień z paletki Sleek Me, myself&eye na bazie Essence You Rock
  • Szminka p2 Ku'damm
  • Czarny cień z paletki Beauty UK Earth Child
Jak widać na obrazku ze zmywaniem jest całkiem dobrze. Najbardziej oporny okazał się fioletowy liner :D. Jestem jednak całkiem zadowolona z efektów.

Żeby jednak moja opinia nie była tak różowa, jak ten płyn, przyczepić się muszę. Producent wyłuszczył, że jednym z zadań płynu jest wzmocnienie rzęs. Bujda na resorach. Nie zauważyłam jakiegoś zbawiennego wpływu tego płynu na rzęsy.

Mimo wszystko polecam ten płyn. Choć nie jest idealny, mógłby ciut lepiej zmywać, jestem z niego zadowolona. Obietnice producenta o wzmocnieniu rzęs można włożyć między bajki.

Cena: ok. 10 zł
Dostępność: Kaufland, Drogerie Natura
Ocena: 4/5

czwartek, 17 listopada 2011

Piękne stopy raz proszę! Be Beauty kremowy żel do stóp

Kawałek czasu temu pisałam wam o peelingu do stóp z Biedronki (zainteresowanych zapraszam tu). Zachęcona jego działaniem zdecydowałam się na zakup całej serii- czyli kremowego żelu i kremu do stóp. Dziś pomarudzę wam o pierwszym z nich, czyli żelu.

Spora część z was sądzi zapewne, że za 2,50 cudu nie będzie i nie powinnam mieć większych wymagań co do tak taniego produktu. Jednak ja ośmielam się mieć wymagania- skromne, bo skromne, ale jednak.

Kupiłam ten żel w lecie. Wiadomo, im bardziej gorąco, tym silniej się pocimy- i to nie tylko w okolicach pach, ale także stopy są bardziej "aktywne". Zawsze używam wkładek i różnego rodzaju antyperspirantów do stóp (swoją drogą polecam produkty Acerin). Czego oczekiwałam od biedronkowego żelu? Odświeżenia i w jakimś stopniu ograniczenia potliwości. No niestety...

Zacznę od opakowania. Jak wszystkie z tej serii, żel ma opakowanie z miękkiego plastiku, który łatwo ulega uszkodzeniu. Nie będę się jednak tego zbytnio czepiać. Opakowanie ma kolor miętowy- i to chyba kolor opakowania podoba mi się z całego produktu najbardziej.

Żel, podobnie jak opakowanie jest koloru mięty. Jest dość rzadki, wodnisty, raczej nie określiłabym go mianem kremowego. Muszę jednak przyznać, że dzięki tej konsystencji szybko się wchłania- tak góra 5 minut.

Jeżeli chodzi o zapach- wszystkie kosmetyki z serii do stóp pachną, jak produkty do czyszczenia kuchenek. O ile w przypadku peelingu można to przełknąć, o tyle jeżeli chodzi o żel sprawa prezentuje się inaczej. Żel pachnie bardzo intensywnie, czuję go cały czas. W dodatku z potem nie stanowi najlepszej kompozycji zapachowej- jakby się wyostrzał i stawał bardziej "cifowy". Naprawdę koszmar.

A ochrona? Żel zostawia na stopach taką jakby pudrową otoczkę antyperspiracyjną. Choć hamuje potliwość na około godzinę do dwóch to jednak z powodu zapachu kosmetyku czuję się bardziej niekomfortowo niż z samymi wkładkami.

U mnie ten produkt nie sprawdził się z właściwym przeznaczeniem. Natomiast, o czym kilka blogerek już pisało, nadaje się do smarowania ukąszeń komarów- łagodzi swędzenie. Jeżeli kiedykolwiek go jeszcze kupię to tylko na komary :D

Cena: 2,50 zł/ml
Dostępność: Biedronka
Ocena: 2/5

wtorek, 15 listopada 2011

Rumiane kochanie. Quiz Róż Cherie nr 11

W ulubieńcach października pokazywałam wam bohatera dzisiejszej notki, czyli róż firmy Quiz.

O kosmetykach tej firmy sporo się już naczytałam. Wiele dziewczyn nawiązało współpracę z tą firmą, dlatego kawałek czasu temu trwał prawdziwy urodzaj na recenzje m.in. tego różu. Oczy mi się zaświeciły i zaczęłam go szukać w swoim mieście. Niestety, we Wrocławiu kosmetyków Quiz jak na lekarstwo (Zzielona znalazła lakiery Quiz na Zielaku, jakby któraś była zainteresowana). Udało mi się jednak zdobyć róż dzięki rozdaniu u One_LoVe.


Zacznę od najprzyjemniejszego w tym kosmetyku, czyli koloru. Numer 11 jest przedostatni w palecie kolorów. To piękny ceglasty róż. Kolor jest jednak bardzo delikatny i pięknie ożywia policzki. Nie trzeba się bać tego koloru, bo jest naprawdę "twarzowy".

Na blogach i na stronie producenta wyczytałam, że róż ma złote drobinki. Szczerze? Nie widzę ani jednej (za to w pudrze jest ich urodzaj). Nie znaczy to,  że róż daje matowe wykończenie. Jest lekko perłowy, twarz po jego użyciu wydaje się taka wypoczęta.

Byłby to produkt idealny, gdyby nie trwałość. A ta niestety rozczarowuje- 2 godziny to powinien utrzymywać się przeciętny błyszczyk, nie róż. 

Jako, że to bardzo tani produkt nie będę się za bardzo czepiała kwestii technicznych :D:
  • Róż pachnie bardzo delikatnie (jakimś chemicznym czymś), zapach nie przeszkadza.
  • Opakowanie jest bardzo tandetne, mój róż po prostu z niego wyskoczył (jak zafunduję sobie paletę magnetyczną to umieszczę tam "latający" róż)
  • Konsystencja jest dość sucha, róż trochę się pyli

Czy polecam? Tak, będzie idealny jako pierwszy róż. Kolor 11 jest cudny i jeżeli znajdę ciut lepszy jakościowo róż w podobnym kolorze to nie będę się wahała ani chwili.

Cena: podejrzewam, że coś koło 7 zł/16g
Dostępność: małe drogerie
Ocena: 3,5/5- za całokształt, bo za kolor i wykończenie 5 :)

niedziela, 13 listopada 2011

Przygody z plastrami oczyszczającymi ciąg dlaszy. The Face Shop

Po całkiem udanej zabawie z plastrem Luke przyszła kolej na kolejny. Ty razem mój wybór padł na klasyczny, swojsko wyglądający biały plaster The Face Shop, który również pachnie klejem (nie tak intensywnie, jak Luke)

The Face Shop jest mniejszy niż Luke, bardziej wyprofilowany, co ma zarówno zalety, jak i wady. Dzięki tym wszystkim wcięciom i zaokrągleniom łatwiej go przykleić. Z drugiej strony obejmuje mniejszą powierzchnię, przez co jego pole oczyszczania jest mniejsze.

The Face Shop nie ma instrukcji w języku angielskim, ale za to są obrazki- dlatego nawet taka wybitna znawczyni koreańskiego, jak ja, jest w stanie prawidło przykleić sobie ten plaster.

Plaster stosuje się trochę inaczej niż Luke. Nie musimy go zraszać wodą, ale za to moczymy nos. Dzięki temu ryzyko, że przemoczymy plaster jest niewielkie. The Face Shop dobrze przykleja się do nosa i nie odstaje. Przylega znacznie mocniej niż Luke. Odkleja się go dobrze, nos wygląda całkiem normalnie.

Jeżeli chodzi o wyciąganie to jest naprawdę bardzo dobrze. Efekt po plastrze Luke wystarczył na około tydzień. Po upływie tego czasu zaobserwowałam ponowny wysyp, ale inwazja była znacznie mniejsza. The Face Shop wyciągnął prawie wszytko, co zostało lub wróciło. Zostali jacyś maruderzy, ale i tak efekt jest zadowalający.

Jestem zadowolona z plastra The Face Shop, ale nie obraziłabym się, gdyby był tak delikatny i przyjemny, jak Luke. Ten jest jednak trochę bardziej "konkretny". Wielkim plusem jest także to, że nie zafarbował mi nosa :)

Jak na razie produkty z drugiego końca świata wygrywają z plastrami dostępnymi u nas. Oby tak dalej, a zbankrutuję :)



Cena: ok. 14 zł/7 sztuk
Dostępność: ebay
Ocena: 4/5

sobota, 12 listopada 2011

Kto pyta, nie błądzi... 10 pytań kosmetycznych od Majorki

Za taga dziękuję Yasinisi i ZołzAnnie :)

Zasady:
1. Umieść obrazek "10 pytań kosmetycznych od Majorki"
2. Odpowiedz na 10 pytań kosmetycznych
3. Powiedz kto Cię oTAGował
4. oTAGuj 12 blogów tym "TAG'iem"
5. Poinformuj blogi o oTAGowaniu

Nie jest to tag nowy, krąży sobie po internecie od jakiegoś czasu, ale jakoś tak się złożyło, że jeszcze go nie robiłam. Jeżeli jesteście ciekawe, jakie są moje odpowiedzi, to zapraszam :D

1. Używasz cieni kolorowych czy neutralnych?
Takich i takich. Zazwyczaj wybieram barwy stonowane, ale jak najdzie mnie ochota na zieleń to święty Boże nie pomoże :)

2. Co wolisz bardziej: pomadkę czy błyszczyk?
Pomadkę- głównie za to, że do ust pomalowanych szminką nie kleją się włosy.

3. Czy uważasz, że tylko drogie produkty są dobre?
Wręcz przeciwnie- wśród taniochy także można znaleźć perełki. Zdarzyło mi się kilkakrotnie przejechać na drogich produktach.


4. Co sądzisz i czy używasz różu do policzków?
Róże są objawieniem ostatnich miesięcy. Wszyscy, w tym ja, przypomnieli sobie o istnieniu takiego kosmetyku :)

5. Jaki produkt kosmetyczny kolorowy zabrałabyś na bezludną wyspę?
Nie będę oryginalna, jeżeli napiszę, że tusz do rzęs :)

6. Miałaś kiedyś problemy z cerą?
Chciałabym pisać o tym w czasie przeszłym, ale niestety nadal mam problemy z cerą- rozszerzone i zapchane pory, wypryski... Buu

7. Używasz filtrów?
Temat filtrów jest, jak na razie, materią przeze mnie nie ruszoną.

8. Na jaki produkt kosmetyczny trzeba wydać najwięcej pieniędzy?
Hmm, myślę, że na podkład i puder. Mam tylko jedną twarz, muszę o nią dbać.

9. Co sądzisz o maseczkach i czy ich używasz?
Nigdy nie byłam fanką maseczek, nie wierzyłam w ich cudowne działanie, ale ostatnio coraz częściej goszczą na mojej twarzy.


10. Makijaże jakiej gwiazdy podobają ci się najbardziej?
Szczerze mówiąc to rzadko zapamiętuję makijaże gwiazd. A tapetą..., ups, tynkiem Kim Kardashian jakoś nie potrafię się bardzo zachwycać.


Ponieważ to dość "wiekowy" tag, nie taguję nikogo. Trudno, znowu będę ślepą uliczką.

piątek, 11 listopada 2011

Jesienią liście się rumienią, czyli takie tam malowanie

Ćwiczę dalej. Co prawda jakość moich malunków dalej jest poniżej krytyki, to ciężko mi pohamować się przed kolejnymi prezentacjami. No cóż, może kiedyś nauczę się porządnie malować kreskę i rozcierać cienie :).

Dziś makijaż w kolorach jesieni z wykorzystaniem paletki Beauty UK Earth Child. Naprawdę piękne kolory są w tej paletce. Polecam, na jesień jest idealna.



Do zmalowania tego "dzieua" użyłam:


Paletki Beauty UK 4 Earth Child- wszystkich brązów i kremowego
Eyelinera Wibo
Bazy Essence You Rock!
Tuszu Avon Extend- już nie mogę się doczekać, kiedy go wykończę
Pędzelków- kulki z Essence, pędzelka z Rossmanna i pędzelka do eyelinera z Manhattan

Ratunkuuuu! :)

czwartek, 10 listopada 2011

Słoneczna pomarańcza. Barbra Tonik do zmywania paznokci z ekstraktem ze słodkiej pomarańczy

Co to za problem ze zmywaniem paznokci. Bierzesz zmywacz, płatek (lub wacik), nasączasz pocierasz i już! Gotowe! Niby wielkiej filozofii nie ma. Jednak zmywanie paznokci może stać się zmorą.

Niby kupno zmywacza to nie problem. Bo przecież co to za różnica jaki. Nie chcę tu pisać traktatu o znaczeniu zmywacza do paznokci w życiu kobiety, ale wskazać, że zmywacz ma duży wpływ na kondycję naszych paznokci- no, a przecież dłonie są wizytówką człowieka i nie można o nich zapominać.

Zmywacze mają często to do siebie, że choć zmywają emalie to jednak wysuszają paznokcie, zostawiają osad... Po jednym takim zmyciu nic się nie stanie, ale jeżeli ktoś korzysta z tego typu produktów klika razy w tygodniu (bo i tak się zdarza) może się ciężko zdziwić.

Używałam różnych zmywaczy- acetonowych, bezacetonowych, zapachowych, w gąbeczce... Jednak, żaden zmywacz (ot, zwyczajna pierdoła) nie zachwycił mnie tak jak tonik Barbry.

Może nie zacznę od najważniejszego, bo chcę napisać parę słów o zapachu. Nie polecam się nim zaciągać z butelki, ale zmywacz pozostawia na paznokciach prześliczny zapach świeżo zerwanych pomarańczy- delikatny i bardzo naturalny. Niby nie jest to najistotniejsza kwestia, a jak bardzo potrafi uprzyjemnić życie.

Po drugie- działanie. Barbra świetnie zmywa zarówno ciemne, jak i jasne lakiery (z brokatami zawsze jest zapewne problem- do ich zmycia potrzeba chyba papieru ściernego). Nie muszę mocno pocierać płytki, lakier "zmywa się sam". Tonik nie wysusza ponadto paznokci. Nadal są miłe w dotyku, nieprzesuszone i bez białych śladów.

Choć jest to produkt dość drogi, jak na zmywacz, to jednak uważam, że wart swojej ceny.

Cena: ok. 7 zł/100 ml
Dostępność: doz.pl
Ocena: 5/5

wtorek, 8 listopada 2011

Pudrowa królowa. Paese Półtransparentny puder matujący

Jako posiadaczka mieszanej cery mam często problem ze świecącą się (jak psu wiadomo co) twarzą. Dlatego puder jest kosmetykiem, który muszę mieć przy sobie.

Choć wolę pudry sypkie, to jednak często kupuję prasowane- głównie dlatego, że mogę je zabrać ze sobą (wiele sypańców nie ma bowiem zabezpieczeń pozwalających je nosić w innych niż pozioma pozycjach). Zdecydowałam się na puder Paese (wcześniej Euphora, teraz chyba Alkemika- ciekawa jestem jak ta firma chce sobie wyrobić jakąś markę skoro co pięć minut zmieniają nazwę) ze względu na chęć poznania tej marki.

Puder zamknięty jest w eleganckiej, solidnej, czarnej puderniczce z lusterkiem. Chętnie bym pokazała go w środku, ale niestety upadł i w chwili obecnej składa się z dwóch kawałków. Legenda głosi, że w opakowaniu powinna znajdować się gąbeczka- takiego cudu u mnie niestety nie było.

Paese Półtransparantny Puder matujący
1A Ciepły beż
Mam pewien problem z nazewnictwem tego produktu. Na wieczku opakowania określają ten produkt jako "Półtransparentny puder matujący z witaminami A,C,E", a na spodzie widnieje "Mineralny puder matujący". Jedynym wspólnym członem tych nazw jest "puder matujący"- dobrze, że w tej kwestii producent nie ma rozdwojenia jaźni.

Wybrałam kolor najjaśniejszy z całej gamy, czyli 1a ciepły beż. Jest to jasny, dość naturalny kolor, ale nie będzie się on nadawał dla dziewczyn o porcelanowych cerach- jest żółtawy. Na szczęście nie nadaje intensywnego koloru i dobrze komponuje się z różnymi podkładami. Nie zdarza się mu ciemnieć na twarzy

Jeżeli chodzi o matowienie- puder radzi sobie całkiem nieźle- spokojnie można przeżyć 5 godzin bez biegania co rusz do lusterka. Mat nie jest płaski, cera wygląda dość naturalnie.

Puder ma przyjemną konsystencję, nie jest kredowy i suchy. Dobrze się go nakłada zarówno gąbeczką, jak i pędzlem.

Podsumowując- całkiem niezły produkt, jestem z niego zadowolona.

Cena: 16 zł/10 g
Dostępność: konsultantki Paese, jeżeli chodzi o Wrocław- Drogeria Żaczek, Hala Kupców Perła; Drogeria na ul. Drukarskiej (ten niski budynek przy skrzyżowaniu z Kamienną)
Ocena: 4/5

niedziela, 6 listopada 2011

Zoila kontra Azja starcie pierwsze. Plasterki oczyszczające nos Luke

W paczuszce, którą otrzymałam od mllou oprócz prześlicznej paletki Sleek znalazły się także 3 rodzaje plasterków oczyszczających nos. Zapiszczałam z radości, bo nos mam zazwyczaj usiany czarnymi, paskudnymi kropkami, które nijak nie chcą zniknąć.

Dziś czas na pierwszą recenzję. na pierwszy ogień wybrałam plasterki Luke. Dlaczego? No, głównie chyba z tego powodu, że plasterek jest czarny. Przyzwyczajona do białych plasterków (Marion, Beauty Formulas) i niebieskich (Essence) z radością rzuciłam się na czarne przekonana, że będzie na nich więcej widać. Dodatkowym atutem była także ilość dodatkowych ekstraktów- bo mamy tu i aloes, i witaminę E, i zieloną herbatę i oczar wirginijski. No, to jest to co tygryski bardzo lubią.

Na plus zaliczę także instrukcję obrazkową i instrukcję w języku angielskim. Zapłakałabym się przy samych krzaczkach.

Jak plaster Luke przeżył starcie z moim nosem? Całkiem nieźle. Żeby was nie zanudzać wynurzeniami wypunktuję wady i zalety tego produktu.

Plusy:
+ jest czarny (co prawda po zamoczeniu i wyschnięciu szarzeje), przez co bardziej widać wyłażące niespodzianki
+ czytelna instrukcja
+ łatwo go odkleić bez przestawiania sobie przy tym nosa i krzyków
+ nie podrażnia nosa- często po użyciu plastrów mój nos był wściekle czerwony, a tutaj nic, cisza i spokój. Nos jest gładki i w "normalnym" kolorze
+ choć nie wyciągnął wszystkiego, wyłapał większe czarne głowy i nos wyglądał o niebo lepiej. Wyciąga dobrze ze skrzydełek.

Minusy:
- śmierdzi, jak klej w tubce, którego nawąchałam się w podstawówce w trakcie prac plastycznych
- łatwo przesadzić z opryskiwaniem plastra, można go rozpuścić, przez co średnio się klei
- klej farbuje na czarno :D

Całkiem niezły plaster. Ogromny plus za brak podrażniania. Wyciąga nieźle, choć na pewno mógłby się bardziej "postarać" na grzbiecie nosa.


Zmasakrowany plaster :)

Cena: ok. 36 zł/30 szt.
Dostępność: Ebay
Ocena: 4-/5

sobota, 5 listopada 2011

Przyjemny wieczór z książką. No, ileż można o kosmetykach.


Gdy zakładałam bloga nie miałam sprecyzowanego pomysłu, o czym dokładnie będę pisać, stąd tytuł "Czasami kosmetycznie".  Minęło już 2,5 miesiąca od powstania, a na moim blogu pojawiły się wyłącznie posty o tematyce urodowej. Powinnam więc chyba zmienić nazwę na "Przede wszystkim kosmetycznie" :).

Dziś zerwę z niechlubną tradycją pisania o samych kosmetykach. Nie mam dziś weny na smęcenie o kolorze, konsystencji, zapachu i całej reszcie. Dlatego też będzie o Panu, z którym spędzę dzisiejszy wieczór.

Wojciecha Cejrowskiego nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Tego opalonego faceta w kolorowych koszulach i okularach, o spojrzeniu wrednego gnoma zna chyba każdy. Z pewnością Cejrowski to postać bardzo kontrowersyjna. O ile jego programy podróżnicze są do przyjęcia, tak gdy słucham jego wypowiedzi na tematy społeczne i polityczne robi mi się słabo. No, ale każdy ma swoje poglądy, powinniśmy to uszanować.

Po książki Cejrowskiego sięgałam z dużym dystansem. Dostałam je w prezencie, dlatego nie wypadało ich nie czytać. Zaczęłam... I nie odeszłam ani na chwilę dopóki nie skończyłam. Świat i wszystkie inne potrzeby przestały istnieć. Pożarłam "Gringo..." i niczym wygłodniały pies, rzuciłam się na "Rio...".

Co mogę powiedzieć o tych pozycjach? Rewelacja! Napisane zgrabnie i z humorem powieści podróżnicze z pewnością przypadną do gustu wielu osobom. Choć ja nie jestem fanką tego typu książek, do Cejrowskiego wracam, jak bumerang. To pozycje, które się nie nudzą- anegdoty podróżnika wciąż bawią mnie do łez (mimo, że zarówno "Gringo...", jak i "Rio..." czytałam już ze 20 razy).

Na kartach książki poznałam innego Cejrowskiego. Zastanawiające jest to, że człowiek tak nietolerancyjny dla odmienności we własnym kraju, odnosi się z taką sympatią do całkowicie różnego trybu życia i zachowania mieszkańców Ameryki Południowej.

Mam nadzieję, że zainteresowałam was tymi książkami. Domyślam się, że wiele z was za Cejrowskim nie przepada, jednak gorąco namawiam was do sięgnięcia po jego powieści.  Przytoczę wam jedną z wypowiedzi czytelnika zamieszoną na okładce "Gringo...":

Szkoda, że osoba, na którą nie mogę patrzeć i której poglądy stanowią zaprzeczenie moich, ma zupełnie niezrozumiały dla mnie dar opowiadania ciekawych historii. Na szczęście możliwe jest czytanie bez patrzenia w te złośliwe oczka, Wolałbym żeby pański talent miał ktoś bardziej przeze mnie ceniony. Obiecuję, że jeżeli kiedykolwiek będę miał na to jakiś wpływ, natychmiast go Panu odbiorę i dam komuś innemu.
Daras
Wtorek, 30.11.2004
Polecam!

piątek, 4 listopada 2011

Jesienna szaruga. My secret Matt Eyeshadow 508 i 509

My Secret Matt Eyeshadow 508
Nie ma się co łudzić, lato już dawno minęło. Choć ciężko się o tym przekonać patrząc na piękną pogodę za oknem. Chciałabym, żeby trwała wiecznie... Jednak już szykuję się psychicznie na nieprzyjemne listopadowe deszcze. Żeby się jeszcze bardziej zdołować, przedstawię wam dzisiaj moje najbardziej jesienne cienie matowe- czyli szarość i granat.


508- szaro to widzę

Wspominałam wam już wcześniej, że szary i wszelkie jego odmiany należą do moich ukochanych kolorów. Kiedy jeszcze wyczytałam, że niebieskookim pasuje ten kolor na powiekach, nie wahałam się długo i szary mat wylądował w moim koszyku.

Kolor jest piękny... w opakowaniu i tylko w nim. W magiczny sposób znika między pędzelkiem i okiem. Trzeba go sporo nałożyć, żeby coś widać. Można więc powiedzieć, że ten kolor jest beznadziejny i  jego pigmentacja woła o pomstę do nieba, lub też tłumaczyć to sobie inaczej- jest to cień do delikatnego makijażu dziennego. Jak kto woli- punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia.

My Secret Matt Eyeshadow 509
509- rzucamy granatem

Nie wiem, jak was, ale mnie nazwa koloru "granatowy" zawsze śmieszyła. Nie przypomina on bowiem ani owocu granatu, ani też broni określanej takim mianem. Hmmm... Niech już jednak granat granatem pozostanie, żeby nie wprowadzać zamętu.

Ten kolor, w przeciwieństwie do swojego szarego brata ma bardzo dobrą pigmentację. Jest widoczny na powiece, nie trzeba go kłaść tonami. Gdyby wszystkie cienie My Secret miałyby takie nasycenie, byłyby prawdziwymi perełkami. Piękny, ciemny granat sprawdzi się w wielu sytuacjach.

Słów kilka o pierdołach, które błahostkami nie są...

Dużą wagę przywiązuję do kwestii technicznych produktów- i to niezależnie czy kosztuje on 5 czy 500 zł. Dlatego i tym razem opiszę wam "parametry" cieni.



Cienie zapakowane są w dość solidne pudełeczka, wykonane z twardego, wytrzymałego plastiku. Mimo częstego używania nic się w nich nie "rozbujało" ani nie odłamało.
 

Cienie mają dość suchą, trochę kredową konsystencję. Mimo to nakładają się bardzo dobrze, Trochę się osypują, co jest szczególnie kłopotliwe w przypadku granatu- bo ze względu na pigmentację ciężko nad nim niepostrzeżenie zapanować.

Jeżeli chodzi o trwałość- no cóż, cudów nie ma. Góra do 2 godzin bez bazy, potem się rolują- tzn. granat się roluje, bo szarego nie jestem w stanie odróżnić od swoich sińców. Na bazie trzymają się dużo dłużej (jak to na bazie)

Czy polecam? Tak, szczególnie jeżeli ktoś zaczyna przygodę z cieniami i nie do końca wie, w jakich kolorach mu dobrze, a nie chce wydawać majątku.


Cena: 6 zł/3g
Dostępność: Drogerie Natura
Ocena: 3,5/5

czwartek, 3 listopada 2011

Gdy wszystko idzie nie tak... I (nie takie) małe co nie co :)

Marudna maruda znowu w akcji. Dziś mam jakiegoś durnego pecha. Wszystko wychodzi mi na opak- dziwię się, że laptop mi nie wybuchł, bo tylko tego brakuje do kompletu. Nieszczęścia chodzą podobno parami- guzik prawda, one łażą stadami! Wszystkie plagi egipskie są dziś bardzo mile widziane.

Musiałam się pożalić, wybaczcie. Dziś miało nie być notki, ale pokażę wam, co skutecznie poprawiło mi humor (przynajmniej na tyle, żeby wyleźć spod koca i doczłapać się do biurka).  Uwagaaaaa:


Tadam! Ładnie, prawda? Wróciłam do domu i zastałam ogromniastą paczkę. Co prawda spodziewałam się przesyłki z wymiany, ale to co zobaczyłam całkowicie mnie zdziwiło.

Ostatnio wzięłam udział w rozdaniu Rodzynki, która postanowiła przyznać mi nagrodę specjalną za udzielanie się na jej blogu. To bardzo miłe z jej strony :).

Szczerze mówiąc nie spodziewałam się tak wypchanej paczki :). Cukierki już zostały przetestowane (mniam, mniam)- od razu poprawił mi się humor.

Wielokrotnie marudziłam na blogu Rodzynki, że nie lubię Oriflame- w paczce znalazły się aż 3 produkty tej firmy:
  • puder matujący w odcieniu Medium/Dark- wbrew nazwie, wcale nie jest taki ciemny, zaledwie ciut mocniejszy niż Light, który też posiadam (zrobię porównanie, obiecuję)
  • balsam do ust- to kosmetyk, który przyjmę w każdej ilości. Trafiony-zatopiony :)
  • stokrotkowe mydełko- ma kształt tego kwiatka, więc jak znam życie ciężko będzie mi je zużyć- nie mogę mieć ładnych mydeł, bo mi ich żal :D
Ponadto w paczce znalazł się krem do rąk Kozie Mleko (skąd Rodzynka wiedziała, że skończył mi się krem do rąk?); mini żel pod prysznic, mini żel do higieny intymnej, próbka szamponu z Białego Jelenia, a także próbka kremu AA (z bardzo zachęcającym składem).

To teraz będzie wielkie testowanie :). Może w końcu zachwycę się czymś z Oriflame.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...