Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

poniedziałek, 31 października 2011

Zużycie nad życie?


Jestem chomikiem. Intensywnie zbieram zapasy, których nie zużywam. Dlatego też cała moja kosmetyczna szuflada jest pełna skarbów. Podczas porządków sama dziwię się co tam mam :). Wykopałam stamtąd m.in wciśnięte masło z październikowych zużyć. Ale do rzeczy.

Jak patrzę na posty dotyczące zużyć to zawsze zazdroszczę dziewczynom samozaparcia. Ja tak nie potrafię. Jeżeli coś krzyczy "kup mnie, kup" to bezmyślnie kupuję- nawet jeżeli to 5 balsam do ciała. Postanowiłam jednak być grzeczna i nie pozwalać sobie na marnotrawstwo produktów.

Moje zużycia październikowe są skromne- bo skończyłam zaledwie 4 kosmetyki. Mam jednak jeszcze sporo kończących się, także w listopadzie kontynuuję mordowanie resztek produktów.

Wykończyłam:

1. Odżywka Ziaja "Mięta" do włosów tłustych- śliczny, świeży zapach to nie wszystko. Choć nie wierzyłam, że odżywka bez spłukiwania nada się do włosów przetłuszczających się, to jednak zawiodłam się na obietnicach producenta- więcej na temat tej odżywki pisałam w TYM poście.
2. Szampon Mrs. Potter's z aloesem- świetnie nawilża włosy, ale ich nie przetłuszcza. Tak dobrze radził sobie z moimi włosami sam, że właściwie potrzebowałam odżywki tylko na końcówki.
3. Krem Ziaja Opuncja Figowa Lekka Formuła- bardzo przyjemny nawilżacz w rozmiarze XXL. Szczerze mówiąc, myślałam, że nigdy go nie skończę. Nie zapycha, ciekawie pachnie i dobrze nawilża. Zainteresowanych większą ilością informacji zapraszam TU.
4. Masło do ciała Be Beauty Brazylia- czyli kosmetyk kupiony w biedronkowym szale. Przyjemne masło, przyzwoicie nawilżające. Zapach nie każdemu może przypaść do gustu, mnie aż tak bardzo nie wadził. Jeżeli ktoś ma ochotę zgłębić temat- pisałam o nim TUTAJ.

Projekt denko nawet mi się spodobał- to świetny sprawdzian dla mojej silnej woli :)

niedziela, 30 października 2011

Nawilżenie niesie, moc zawarta w aloesie. Mrs. Potter's Szampon z aloesem

Moja babcia od dziecka zaszczepiała we mnie miłość do "kaktusa". Bo "kaktus", czyli aloes, jest według mojej babci panaceum na wszystko- bolące uszy, gardło, pryszcze, podrażnienia... Jednym słowem- cudotwórca. Dlatego też, jeżeli na opakowaniu napisane jest "z aloesem" to z miejsca 50% więcej szans, że spośród chmary produktów wybiorę akurat ten.

Szampon Mrs. Potter's  z aloesem znam od kilku ładnych lat. Poleciła mi go koleżanka- z rozpędu kupiłam też polecany przez nią balsam do włosów z tej samej serii. Niestety duo- szampon+balsam nie przysłużyło się moim włosom, ale te kosmetyki w połączeniu z innymi produktami dały radę.

Obietnice producenta:
Regeneracja i nawilżanie włosów suchych Twoje włosy są przesuszone i zniszczone przez słońce i inne czynniki środowiskowe? Potrzebują dodatkowego nawilżania i odbudowy? Mrs. Potter's z ekstraktem z aloesu to odpowiedź na potrzeby twoich włosów. Formuła bazująca na działaniu naturalnego składnika - ekstraktu z aloesu - sprawia, że włosy regenerują się od środka. W rezultacie są dobrze nawilżone, nabierają zdrowego wyglądu, są miłe w dotyku a końcówki się nie rozdwajają. Składniki kondycjonujące zawarte w szamponie sprawiają, że włosy są bardziej miękkie i lśniące oraz znacznie łatwiej się rozczesują. 
opis: www.forte-sweden.com

Do szamponu Mrs. Potter's wróciłam po długim okresie używania Johnson's Baby. Różnicę zauważyłam od razu- w przeciwieństwie do Johnsona nie poplątał mi włosów- przeciwnie, dużo łatwiej się rozczesują i to bez używania odżywki. 

Aż sama się dziwię, że to piszę, ale ten szampon naprawdę spełnia obietnice producenta. Kupiłam go pod koniec czerwca- mimo, że moje włosy mają tendencję do przetłuszczania się to w lecie często ulegają przesuszeniu- długie przebywanie w chlorowanej wodzie nigdy nie wychodzi na dobre. Ten szampon okazał się prawdziwym wybawieniem dla suchych i sianowatych włosów. Dzięki niemu mogłam zrezygnować z odżywki na całej długości włosów- tak dobrze nawilża i odżywia. Jednak z nawilżeniem końcówek radzi sobie średnio- tu potrzebowałam małej pomocy ze strony odżywki. Nie podrażnił mojej skóry głowy, za co także ogromny plus

To skoro się już pozachwycałam do woli, przejdę teraz do innych pierdółek. Szampon jest bardzo wodnisty i lejący, ale jednocześnie świetnie się pieni, więc nie potrzeba go tak dużo, jak się wydaje. Jest przez to niesamowicie wydajny- starczył mi na 4 miesiące używania. Bardzo ładnie pachnie- to taki aloesowo- herbaciany zapach.

Największym minusem tego produktu jest opakowanie, a mówiąc dokładnie zatyczka. Tak kiepsko się zamyka i tak łatwo ją zepsuć, że nie polecam zabieranie jej w podróż- wyciek gwarantowany.

Jestem zadowolona z tego produktu i z pewnością go jeszcze nie raz kupię.


Cena: ok. 9 zł/500 ml
Dostępność: markety np. Simply Market, Real, Tesco
Ocena: 4/5

piątek, 28 października 2011

Lady in red. Essence 50'girls reloaded lipstick 01 Back to the 50's+ PACZKA ZE SKARBAMI

Jak już wam wcześniej wspominałam dzięki Madzi, mam szansę wypróbowania szminki Essence z edycji limitowanej 50'girls reloaded. I wiecie, co? Jestem ciężko rozczarowana, że tak wąskie grono miało możliwość kupienia szminek z tej edycji. Bo z pewnością co najmniej jedna z nich, Back to the 50's jest RE-WE-LA-CYJ- NA. Ale o tym za moment.

Lubię czerwień- choć raczej w makijażu niż w ubiorze. Co prawda mam małą płytkę paznokcia i wąskie usta, dlatego ten kolor nie wygląda na mnie tak zjawiskowo niż na długoszponiastych dziewczynach z wydatnymi wargami. Nie przeszkadza mi to jednak w wielbieniu tego koloru, w każdej możliwej postaci.

Edycja limitowana 50'girls była stylizowana trochę na styl marynarski- o czym świadczyły między innymi  kolory cieni i lakierów- sporo grantu i bieli się tam przewinęło. Nic dziwnego, że określano tę edycję jako "marynarską"- ten styl był charakterystyczny dla pin-up w latach 50.  Kwintesencją tego okresu w makijażu była czarna kreska na powiece i  piękne czerwone usta, dlatego też w limitowance stylizowanej na ten okres nie mogło zabraknąć czerwonej szminki. I to jakiej!

Gdy wspomniałam po raz pierwszy o tej szmince, twierdziłam, że strażacka czerwień to przy niej pikuś. I tak właśnie jest- kolor jest czerrrrrrrrwony. bardzo intensywny, widoczny z odległości 5 km we mgle. To mój ulubiony odcień czerwieni- bez żadnych bordowych, brązowych czy pomarańczowych dodatków. Przy okazji dokładnego badania tego koloru miałam wrażenie, że już gdzieś wcześniej go widziałam. Kilka innych przymiotów ( o których za parę chwil) sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać, czy nie mam do czynienia z powtórką z rozrywki. O co mi chodzi? Już wyjaśniam.

Szminka z 50'girls w niczym nie przypomina swoich sióstr dostępnych w stałej ofercie Essence. Nie jest tak nietrwała i półtransparentna, jak one- przeciwnie z trwałością jest nie najgorzej, a krycie jest niezwykłe, jak na Essence, bo całkowite (pigmentacja jest świetna). To zrodziło moje spore podejrzenia. Drugą sprawą jest zapach- nos podpowiada mi, że gdzieś już coś takiego waniliopodobnego czułam. Konsystencja także nie dawała mi spokoju- dużo bardziej treściwa, gęsta i kremowa niż w "zwykłych" szminkach Essence.  I w dodatku przyjemnie nawilża. Hmmmmmmmmm... Oświecenie przyszło z czasem. Może nie dam sobie ręki uciąć, ale wydaje mi się, że Back to the 50' jest niczym innym, jak opakowaną w tampon pomadką Catrice Absolute Moisture Luxury Red. Może się mylę, ale jak pamiętam tamten kolor i porównuję go z tym, to specjalnej różnicy nie widzę.  Kto nie widział tej szminki, tego zapraszam do Ewwy.

Jestem naprawdę zadowolona z tej szminki. Uwielbiam ten kolor, tę konsystencję... Nawet to opakowanie! Jedyne, co mi w niej nie odpowiada, to to, że lubi się nierównomiernie wędrować do środka ust.



Cena: ok. 10 zł/3,5 g
Dostępność: odległa galaktyka?
Ocena: 5/5

***
Dziś odwiedził mnie listonosz. I może było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że paczka którą mi przyniósł jest ogromna....
Ostatnio wygrałam rozdanie u mllou. Nagrodą była paletka Sleek PPQ. Nigdy nie miałam cieni Sleeka, choć bardziej wynika to z mojego niezdecydowania niż braku funduszy- jak można wybrać jedną albo dwie paletki, gdy podoba się pięć? Awykonalne.

Wygrana niesamowicie mnie zdziwiła- nigdy nie miałam szczęścia do konkursów, a tu nagle w październiku wygrałam ich kilka...

A tak prezentuje się nagroda (zawinięta w 3 kilo folii bąbelkowej, ręce mi się trzęsły, jak ją rozrywałam):

Mllou w poście ogłaszającym zwycięzcę zapytała, czy nie chciałabym czegoś azjatyckiego. Jako, że w Azji byłam tylko palcem na mapie i o ich kosmetykach wiem tyle, co kot napłakał, poprosiłam o próbkę BB kremu- dowolnego, bo byłam ciekawa produktu tego typu. Mllou postanowiła mnie jednak bardziej uświadomić (jak któryś produkt mi się spodoba bardziej, to chyba oszaleję) i oto co dostałam:



Pyszności, prawda? Prawie się posiusiałam ze szczęścia :). Zobaczymy jak Azja przeżyje walec zoili :D



środa, 26 października 2011

Spojrzenie jak marzenie? Maybelline Lash Stiletto

Tusz do rzęs to jeden z niewielu kosmetyków, które muszę mieć zawsze, choćby się waliło i paliło. Ja większość kobiet marzę o podkreślonych rzęsach, stanowiących piękną oprawę dla oczu. A, że natura obdarzyła mnie niezbyt długimi rzęsami, często sięgam po tusze wydłużające.

Na Lash Stiletto od Maybelline miałam ochotę od dłuższego czasu. Cena (35 zł) była jednak dla mnie trochę zaporowa, dlatego niesamowicie się ucieszyłam, gdy dorwałam go w Pepco za jedyne 15 zł.

Posiadam kolor Brownish Black. Nigdy nie byłam zwolenniczką brązowych tuszy, a smoliście czarne wyglądają u mnie czasem zbyt dramatycznie. Ten kolor jest tak pośrodku- daje delikatny, ale jednocześnie wyraźny efekt, dlatego jest idealny do dziennego makijażu.

Ciekawym wynalazkiem jest szczoteczka. Dość długa, z rzadszymi niż zazwyczaj włóknami. Ładnie rozczesuje rzęsy, ale mam jedno ale: ciężko nią dosięgnąć rzęs w wewnętrznym kąciku oka.

Ten tusz nie jest jak wino, dlatego warto go używać póki jest świeży- wraz z przypływem czasu ma tendencję do zlepiania rzęs. Świeży nie zostawia grudek, nie osypuje się i nie odbija.

Bardzo ładnie wydłuża rzęsy, ale nie daje efektu nóżek pająka. Szkoda, że choć trochę nie podkręca- moim prostym rzęsom bardzo by się to przydało.

Bardzo lubię ten tusz i z pewnością kiedyś jeszcze do niego wrócę.

Cena: ok. 35 zł
Dostępność: drogerie z Szafami Maybelline- Natura, SuperPharm, Rossmann.
Ocena: 4/5

poniedziałek, 24 października 2011

Zielone światło dla Vichy? Vichy Normaderm żel głęboko oczyszczający.

Zdjęcie z www.vichyconsult.pl
Mamy tylko jedną twarz, dlatego tak usilnie o nią dbamy. Jakby nie patrzeć, nie jest to część ciała, którą bez problemu możemy zakryć i wszystko nadal jest  pięknie (pomijam oczywiście zakrywanie twarzy z przyczyny religijnych). Dlatego też kosmetyki, które używamy do pielęgnacji tej części ciała nie powinny być byle jakie. Nie będę się oczywiście rozwodziła nad wyższością specyfików aptecznych nad drogeryjnymi, bo także w drogerii można znaleźć prawdziwe perełki. Jakiś czas temu miałam ochotę na spróbowanie dostępnych w aptekach oczyszczaczy. Mój wybór padł kolejno na Effaclar La Roche Posay, a w następnej kolejności na Vichy Normaderm, bohatera dzisiejszej notki. Siłą rzeczy będę jednak wspominać także o Effaclarze, jako punkcie odniesienia.

Tym razem nietypowo, bo zacznę od ceny. Vichy nie jest tanią firmą. Za 200 ml tego żelu apteki wołają około 35 zł. Czasem trafi się promocja i za cenę 35 zł można kupić butlę 400 ml. Polecam więc polować na okazje, wtedy zdecydowanie lepiej się kalkuluje. Biorąc jednak stosunek ceny do wydajności nawet te 200 ml się opłaca- bo starcza na plus minus 5 miesięcy. Ja swój żel (ale ten 400 ml) kupiłam w styczniu i jeszcze trochę go mam- wystarczy do końca października na pewno. Wiem jednak jak potrafi boleć jednorazowy wydatek takiej sumy.

Bardzo podoba mi się opakowanie- bardzo praktyczne, z pompką, zjedna sobie zwolenników. Lubię ten dozownik- jedna "pompka" wystarcza na umycie całej twarzy. Nie muszę niczego podważać paznokciami i wyciskać, marnując przy tym trochę produktu (tak jak w przypadku Effaclaru, z którego czasem wyciskało się za dużo).

Konsystencja- według producenta żelowa. Faktycznie przypomina żel, ale taki trochę bardziej gęsty i teściwy. Nie jest tak wodnisty jak Effaclar. Mimo to z niewielką pomocą wody pieni się bardzo dobrze. Ma optymistyczny zielony kolor, choć to akurat nie jest istotne.

Z kwestii "technicznych" pozostał jeszcze zapach- delikatny, kojarzący mi się z takim błotkiem, glinką. Zdecydowanie mniej intensywny i drażniący niż kwiatki Effaclaru. Szału nie ma.

Teraz mogę rozwodzić się nad najważniejszym- działaniem. Żel bardzo dobrze zmywa makijaż- pudry, róże, podkłady... Przeczytałam w kilku recenzjach na Wizażu, że bardzo dobrze zmywa makijaż oczu. Złapałam się za głowę. Zanim użyje się jakiegoś produktu powinno się przeczytać zalecenia producenta, a nie udawać jajko, mądrzejsze od kury. A producent napisał wyraźnie, żeby tego kontaktu z oczami unikać- siłą rzeczy produkty do demakijażu się do tych oczu dostają, a kwas salicylowy zawarty w żelu raczej się im nie przysłuży.

Skóra po użyciu Normadermu jest dobrze odświeżona i oczyszczona. Nie przesusza skóry (tak jak Effaclar, przy którym potrzebowałam silnego nawilżacza), ale jednak zalecałabym użycie po nim jakiegoś kremu. Odkąd go używam stan mojej cery poprawił się, pojawia się mniej niedoskonałości- oczywiście, nie jest tak, ze nie pojawiają się wcale, w takie cuda to ja nie wierzę (a poza tym nie tylko od pielęgnacji to zależy).

Dobry żel oczyszczający, choć nie mój ideał. Nadal szukam dobrego oczyszczacza, który nie zrujnuje mojego portfela.

Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Peg-200, Hydrogenated Glyceryl Palmate, Decyl Glucoside, Glycerin, Peg-120 Methyl Glucose Dioleate, Peg-7 Gliceryl Cocoate, Ci 19140, Ci 42053, Totarol, Triethanolamine, Salicylic Acid, Sodium Citrate, Dipotassium Glycyrrhizate, Capryloyl Salicylic Acid, Eperua Falcata, Dextrin, Parfum

Cena: 35 zł/200(400) ml
Dostępność: apteki
Ocena: 3,5-4/5

sobota, 22 października 2011

(Nie)grzeczna panienka? Zoila maluje dalej

Dziewczyny, bardzo mi przykro, ale macie pecha. Swoimi komentarzami po moim makijażem zachęciłyście mnie do dalszych prób. Chceta to mata- jak powiedziałaby moja babcia.

Tym razem postanowiłam dać szansę różowi. Nie jestem fanką tego koloru na oku, ponieważ zawsze wydawało  mi się, że wyglądam w nim, jakbym przepłakała całą noc. Dziś, niewiele myśląc, chwyciłam cienie i pomalowałam oko na różowo. Wyglądało to dość średnio, dlatego złapałam eyeliner- nie przeraźcie się, to jedna z moich pierwszych kresek- diabelstwo dość trudne w obsłudze (na razie) i potraktowałam się smolistą czernią. Efekt mnie zdziwił, nie sądziłam bowiem, że będzie mi pasowała krecha...

Oczywiście nie jest to jakieś odkrywcze zestawienie kolorów. Chciałam zmalować dzienniaka dla grzecznej panienki bez użycia brązów i beży- oto efekt:


Dziś zabawa oparła się na:
Śmietankowym i jasnobrązowym cieniu z paletki Hean Hot Chocolate
Buraczkowym cieniu z paletki Sensique 105
Tuszu Avon Extend
Bazie Essence You Rock
Białej kredce Basic 10
Eyelinerowi Wibo



Tak, wiem, że jest krzywo. Ale jeszcze się wyrobię, zobaczycie :)

piątek, 21 października 2011

Prosty i skuteczny poradnik robienia sobie krzywdy. Avon Color Trend pomadka Iced Champink

Są takie chwile w życiu każdej kobiety (a właściwie każdego człowieka, nie tylko panie mają tę przypadłość), w których podejmujemy całkowicie irracjonalne decyzje...

Uwielbiam oglądać katalogi z kosmetykami. Choć co do jakości kosmetyków wysyłkowych nie jestem zbytnio przekonana, często daję się na coś złapać.

Kilka lat temu wszyscy mieli hopla na punkcie perłowych pomadek. Perła królowała wszędzie- od paznokci po oczy. I ja także, jak ta durna zdecydowałam maziać tym, co wszyscy. To nie był dobry pomysł, delikatnie to ujmując.

Mama kupiła mi tę pomadkę- bo w katalogu była taka śliczna... Po otworzeniu trochę się przeraziłam, ale zdecydowałam się dać jej szansę. To co zobaczyłam w lustrze przeszło moje najśmielsze oczekiwania... TRA-GE-DIA. Tandetna biało-różowa perła zdecydowanie nikomu nie doda uroku. Zdarzyło mi się kilkakrotnie przeczytać na Wizażu, że pomadka ta wygląda pięknie i naturalnie. Może ja mam jakieś spaczone wyczucie estetyki, bo dla mnie to skuteczne narzędzie szpecące.

Pomadka zamknięta jest w plastikowym opakowaniu z przezroczystą nakrętką. Mimo, że wygląda na liche, jest zaskakująco wytrzymałe.

Sama pomadka jest dość sucha, twardawa, ale całkiem nieźle rozprowadza się na ustach. Niestety przez swoją konsystencję wysusza usta- co dyskwalifikuje ją w moich oczach. Na ustach trzyma się około 2 godzin- to całkiem nieźle jak na pomadkę w tej grupie cenowej.

Jak dla mnie to niesamowicie słaby produkt. Pomijając ten nieszczęsny Iced Champink, kolory dostępne w palecie są całkiem niezłe (miałam kiedyś jeszcze Pink Sunrise- dość przyjemny różowy nude bez żadnych perłowych naleciałości). Niestety nie wybaczę tym pomadkom wysuszania.

A na deser małe swatche na potwierdzenie tytułu- wystarczą 2 pociągnięcia szminką i człowiek wygląda jak chodząca tandeta.


Cena: ok. 10 zł
Dostępność: konsultantki Avon
Ocena: 1,5/5

czwartek, 20 października 2011

Szaro, buro i ponuro. Vipera Jumpy 167

Vipera Jumpy 167
Uwielbiam szary kolor. Czasami robię się "na szaro" od stóp do głów. Lubię i szarość na oku, i na paznokciach... Ale nie ciepię, po prostu nie trawię, szarości za oknem. Oddajcie mi słońce i ciepło!

Lakiery Vipera Jumpy, jakie są, każdy widzi. Małe to to i zmieści się do każdej kosmetyczki. Pojemność daje także nadzieję na możliwość zużycia. A że kosztują niewiele, to grzech wziąć tylko jeden kolor, zwłaszcza, że paleta jest przeogromna. I tak stałam się posiadaczką trzech Jumpików. O jednym z nich pisałam wam już wcześniej (zainteresowanych moimi wypocinami na temat 179 zapraszam TU). Dziś popastwię się trochę nad 167,

167 to bezdrobinkowa, betonowa szarość. Kolor jest bardzo stonowany, nie przytłacza dłoni, jak niektóre odcienie szarości, przez co wielu osobom będzie pasował. I o ile do koloru nie mam specjalnych zastrzeżeń. to cała reszta leży.

Jumpy nie powalają, jeżeli chodzi o krycie, bo potrzeba ich 3 warstwy (z wyjątkiem 110, o którym niebawem napiszę- ten wymaga chyba z 50). Nie lubię długiego malowania paznokci, dlatego nie zachwyca mnie perspektywa nakładania tryliarda warstw. Paznokcie schną dość szybko, bo tak 20-30 minut.

Mam także zastrzeżenia co do trwałości- góra 2 dni. Lakier nie odpryskuje, ale końcówki ścierają się dość szybko.






Cena: ok. 4 zł/5,5 ml
Dostępność: stoiska firmowe Vipery
Ocena: 3,5-4/5

środa, 19 października 2011

Ludzie listy piszą... + nowości od Miss Sporty

Uwielbiam limitowane edycje Essence. Szczególną miłością darzę te, które dziwnym trafem nie docierają do Wrocławia. Tak było o tym razem- zakochałam się w edycji stylizowanej na lata 50, a tu klops, bo Wrocław ominęła ona szerokim łukiem.

Udało mi się jednak uraczyć tą edycją. Wszystko dzięki wygranej w rozdaniu u Madzi. Jestem zadowolona, bo nie dość, że mam w łapkach wymodlony "tampon" (bo w sumie kształt opakowania jest jednoznaczny) to jeszcze w kolorze, który ubóstwiam- czerwonym. Jak się nią pozachwycam do woli i przetestuję w każdych możliwych warunkach, to na pewno wysmaruję recenzję :).

I zaprawdę powiadam wam- strażacka czerwień to przy tej z Essence małe miki.

***
Jako żeby was nie zanudzać codziennie moimi recenzjami (no bo ileż można), dzisiaj będzie ciut luźniej. Ostatnio, gdy buszowałam po Rosmannach w poszukiwaniu pędzelka do linera z Manhattanu (czyli wczoraj) rzuciły mi się w oczy pełne standy w szafie Miss Sporty. Podumałam trochę i zwinęłam ulotkę promocyjną, którą dziś chcę zaprezentować. Ponieważ pogoda we Wrocławiu pozostawia wiele do życzenia, każde zdjęcie jest od innej matki.




W drogerii zainteresował mnie Sparkle Touch- bardzo drobno zmielone drobinki w różnych kolorach. Taka forma drobinek dużo bardziej przypadła mi do gustu niż gigantyczny brokat w Circus Confetti od Essence- mimo tylu zachwytów, jakoś nie mogę przekonać się do tego topu.

Gdy przeglądałam ulotkę zaciekawił mnie z kolei Disco Tech- nie, żebym była specjalnie imprezowa, ale ciekawa jestem "czy świeci w ciemnościach".

Ale tak szczerze mówiąc to szału nie ma, nic nie kusi mnie na tyle, żeby to kupić. Widziałyście coś z tych produktów u siebie? A może któraś jakiegoś próbowała?


wtorek, 18 października 2011

Włosy Lady Marion? Marion Mgiełka chroniąca włosy przed działaniem wysokiej temepratury

Stylizacja moich włosów to tragedia. Każdy z nich kręci się w sobie wiadomą stronę... Dlatego często wiążę włosy w kucyk albo je prostuję. Ponieważ nie chcę całkowicie niszczyć sobie włosów wysoką temperaturą prostownicy często używam kosmetyków termoochronnych.

Na produkt firmy Marion natrafiłam szperając w KWC. Został on zakwalifikowany do kategorii kosmetyków prostujących, co ostatecznie przekonało mnie do jego zakupu. Małe sprostowanie: NIE JEST TO KOSMETYK PROSTUJĄCY i może naciąć się ten, który liczy na gładkie włosy. To produkt termoochronny- można go używać i z suszarką, i z prostownicą, i z lokówką. Odkąd go używam moje włosy są w dużo lepszej kondycji (nie, nie odżywia włosów, ale dzięki mgiełce zauważyłam dużo mniej rozdwojonych końcówek)- zapobiega, nie leczy.

Nie jest to produkt utrwalający. Moje włosy są niesforne. Prostowanie ich zajmuje mi około pół godziny i w tym czasie te kosmyki, które potraktowałam prostownicą wcześniej z powrotem się skręcają. Użycie lakieru- wskazane.

Podoba mi się to, że kosmetyk ma form mgiełki- pryskam na włosy i gotowe. Nie muszę brudzić sobie rąk rozmaitymi maziami.

Zapobiega puszeniu się i elektryzowaniu włosów. Włosy są po mgiełce gładsze, a jednocześnie nie obciążone.

Minusy? Zdecydowanie dostępność. No i brak działania utrwalającego.

Skład: Aqua, Sodium Laureth-40 Maleate/Styrene Sulfonate Copolymer, Glycerin, Cetrimonium Chloride, Trimethylsilylamodimmethicon (and) C11-15 (and) Pareth-5 (and) C11-15 Pareth-9, Propylene Glycol, Peg-12 Dimethicone, Peg-40 Hydrogenated Castor Oil, Cocamidopropyl Betane, Panthenol, Parfum, Benzyl Alcohol (and) Methylchloroisothiazolinone (and) Methylisothiazolinone, Citric Acid, Triethanolamine, Hexyl Cinnamal, Aplha- Isomethyl Ionone, Coumarin

Cena: ok. 8 zł/130 ml
Dostępność: we Wrocławiu-Feniks, można sprawdzić na stronie producenta- TU
Ocena: 4,5/5

poniedziałek, 17 października 2011

Miłe złego początki, czyli zoila maluje...

Wielokrotnie pisałam o tym, że w makijażu jestem żałosną ignorantką. Próbuję i próbuję a efektów brak. Dziś pokażę wam radosną "tfurczość" własną na potwierdzenie mojego beztalencia.

Wiele z dziewczyn wrzuca prześliczne makijaże. Pozazdrościłam im, nie powiem. Sama chciałabym tak łączyć kolory, jak wy. No niestety, przedszkolaki robią to lepiej niż ja.

Wymyśliłam sobie makijaż w swoich ulubionych kolorach- brzoskwini, brązie i fiolecie. A oto jak (nie)wyszło:

Oj, nawet aparat się przestraszył :)

A oto narzędzia moich tortur:

Baza pod cienie Essence You Rock
Kredka Basic 10
Paletka cieni Hean Hot Chocolate- cień brzoskwiniowy i jaśniejszy brąz
Cień MIYO 19 Glamazon
Cień My Secret Star Dust nr 4
Tusz Avon Extend

Proszę o krytykę- ale łagodną :). Dopiero się uczę. Bądźcie wyrozumiałe, nie jedzcie mnie i nie popijajcie Chianti.

niedziela, 16 października 2011

No powiedz, powiedz coś o sobie czyli TAG: Tell me about yourself award





 Zasady:
- napisz kto przyznał Ci nagrodę
- napisz 7 przypadkowych faktów o sobie
- nominuj 15 blogerek

Tag przywędrował od mnie od Axxxy. Dawno nie robiłam tagu, dlatego zdecydowałam się odpowiedzieć na ten. Nie wiem czy ktoś chce coś o mnie bliżej wiedzieć, ale jeżeli...

7 przypadkowych faktów o mnie:

1. Jestem łasuchem- zdecydowanie nie należę do osób, które zostawiają coś na talerzu. Kocham jeść! Uważam, że to jedna z większych przyjemności w życiu- ale oczywiście z umiarem.

2. Nie mam talentów- nie potrafię ani śpiewać, ani tańczyć, ani szyć, ani malować, ani szydełkować, ani robić na drutach, ani gotować... Sportu też nie uprawiam.

3. Uwielbiam nosić berety, czapki, kapelusze i wszelkiego rodzaju nakrycia głowy

4. Lubię jeździć pociągami i tramwajami :)

5. Kocham język niemiecki- i nie umieram z miłości do angielskiego

6. Nie przepadam za owocami

7. Jak wakacje to tylko w górach- nie lubię smażyć tyłka na plaży :)

Nie nominuję żadnych blogerek, bo widziałam, że do bardzo wielu tag już dotarł. Robię mały bunt na pokładzie i nie taguję nikogo. Albo inaczej- jeżeli ktoś ma ochotę odpowiedzieć na tag, to niech czuje się zaproszony :)

sobota, 15 października 2011

Cukier puder. My Secret Loose Powder

Zdjęcie z www.mysecret.pl
Nigdy nie byłam specjalną zwolenniczką pudrów w jakiejkolwiek postaci. Niestety, kiedy moja twarz dorobiła się smalcowatej powłoki "ochronnej", używanie tego typu produktów stało się koniecznością. Wybierałam jednak raczej pudry w kamieniu wzorując się na swojej mamie. I pewnie byłoby tak po wsze czasy, gdybym pewnego dnia nie złapała w drogerii niepozornego słoiczka z czarną nakrętką.

Puder My Secret, bo o nim dziś mowa, podbił moje serce całkowicie. Naprawdę uwielbiam ten puder i wkrótce zapewne wybiorę się po jego 5 (jak dobrze liczę) opakowanie.

Zacznę, tradycyjnie już, od opakowania. Prosty, plastikowy słoiczek mieści w sobie 12 g produktu. W opakowaniu znajduje się solidnie zamocowane sitko (nie takie skoczne, jak w pudrze mineralnym Basic), które jednak w razie potrzeby można wyjąć. Oczywiście sitko nie ma żadnej zatyczki, przez co noszenie pudru w pozycji innej niż pozioma może się źle skończyć. Mógłby w końcu któryś producent pomyśleć o jakimś rozwiązaniu podnoszącym funkcjonalność pudrów sypkich. Nakrętka jest czarna, z różowymi napisami (które dość szybko się nieestetycznie ścierają).

Wypadałoby wspomnieć też coś o "konsystencji" pudru- przyjemna, trochę mączna. Puder jest drobno zmielony i dobrze się go nakłada. Wystarczy niewielka ilość na "omiecenie" całej twarzy- nie wiem dlaczego niektóry zarzucają mu niewydajność. W moim przypadku starcza na trochę- ok. 2 miesiące.

Puder dostępny jest tylko w jednym, transparentnym odcieniu. Kolor ten ładnie dopasowuje się do koloru skóry, nie bieląc jej. Dla mnie to zdecydowany plus, bo zawsze mam problem z doborem odpowiedniego odcienia.


Jeżeli chodzi o matowienie radzi sobie całkiem nieźle. 5-6 godzin (w zależności od "intensywności" dnia) to niezły wynik. 

A jak z kryciem? Od krycia mam podkład i korektor nie wymagam tego od pudru. Niemniej My Secret ładnie dopełnia efektu idealnej cery.

Bardzo przyjemny puder w dobrej cenie. Gdyby miał jakieś zabezpieczenie sitka to już w ogóle byłoby wspaniale.

A wy macie ukochany puder?

Cena: ok. 12zł/12 g
Dostępność: Drogerie Natura
Ocena: 4,5/5

piątek, 14 października 2011

Czarodziejski pędzel? Lovely Magic Pen nr 2


Uwielbiam korektory. Mam sporo do ukrycia, dlatego kupuję przeróżne specyfiki. Moje cienie pod oczami wołają o pomstę do nieba, dlatego korektor je tuszujący to jeden z kosmetyków, który choćby się waliło i paliło, mieć w kosmetyczce muszę. Zanim kupiłam swojego dotychczasowego ulubieńca z Bell używałam tego niepozornego korektora z Lovely. Kupiłam go, bo dziewczyny z Rossmannowego wątku bardzo go zachwalały...

Pamiętacie, była kiedyś taka bajka "Zaczarowany ołówek". Gdy byłam mała marzyłam o takim cudownym przyrządzie. Skojarzenie z tą bajką było pierwszym, jakie nasunęło mi się podczas kupowania tego korektora. Myślałam, że to "magiczne pióro" będzie pogromcą mojej pandy... Trochę się rozczarowałam.

Po przygodach z tym produktem wiem już, że na korektor w formie pędzelka już raczej się nie skuszę. Kręciłam i kręciłam, a ani kropla korektora nie wypłynęła. Kręciłam więc dalej i wtedy nastąpił wyciek... Nie lubię takiego siłowania się z produktem.

Korektor, a raczej kilka kropel podkładu i  ze 2 ml wody, kryje średnio. Cienie tuszuje w małym stopniu, podobnie nie radzi sobie z zaczerwienieniami. O próbie nakładania go na większe niespodzianki nie wspomnę... Kupiłam go w celu używania pod oczy i niestety- w tej dziedzinie osiągnął marne rezultaty. Ponadto jest nietrwały- z przypudrowaniem wytrzymuje może ze 2 godziny, samodzielnie nie utrzymuje się nawet 1/4 tego czasu.

Na plus mogę policzyć jedynie cenę (około 8 zł) i zapach- kwiatowo- pudrowy, całkiem przyjemny.

Lovely Magic Pen
kolor 2
Cena: ok. 8 zł/2,5 ml
Dostępność: Rossmanny z szafami Lovely
Ocena: 2/5

 
*** 
Chciałam się także pochwalić wygraną w rozdaniu u One_LoVe. Bardzo cieszę się z paczuchy, która dziś do mnie trafiła :). Tyle naczytałam się o produktach Quiz, dlatego też cieszę się, że będę mogła wypróbować puder i róż, które tyle razy widziałam na innych blogach. Obawiam się jednak, że moje opinie nie będą aż tak przychylne- oj dostanie się pudrowi za wielkie, złote drobiny :). Pokażę wam nagrodę w pełnej okazałości.


No, to zabieram się za testowanie :).

środa, 12 października 2011

Cukierkowy kameleon, czyli Essence Stay with Me lipgloss 03 Candy bar

Ilekroć myślę o błyszczyku Essence 03 Candy bar w głowie rozbrzmiewa mi piosenka 50 Centa- Candy Shop. Nie jestem fanką rapu (czy jak to tam zwał), ale ten bit świdruje mi w głowie, gdy maluję usta tym błyszczykiem :). Ten utwór jest też inspiracją muzyczną mojej notki, nic na to nie poradzę, przykro mi.

Pisałam już wcześniej o innym kolorze z tej serii, dlatego też nie będę się powtarzała odnośnie aplikatora, konsystencji, trwałości, zapachu... Gdyby ktoś był zainteresowany dogłębną właściwości błyszczyków SWM to zapraszam TU

03 Candy Bar to swojego rodzaju kameleon, a ujmując to dosadniej mały oszust. W świetle drogerii i na zdjęciach na stronie Essence wydawał się pomarańczowy. Lubię brzoskwinie i delikatne pomarańcze na ustach, dlatego niewiele myśląc poleciałam z nim do kasy. Gdy przyniosłam go do domu ciężko się zdziwiłam... Moim oczom ukazał się bowiem wściekły, intensywny róż. Określenie tego koloru "koralem", a spotkałam się z takim jego nazwaniem, jest nie na miejscu. Koło koralu to Candy Bar nawet nie leżał...

Essence Stay With Me 03 Candy Bar

i Candy Bar po raz drugi :)

wtorek, 11 października 2011

Ciocia dobra rada, czyli gdzie warto zajrzeć.

Internet to prawdziwa kopalnia pomysłów, dobrych rad, ciekawych rozwiązań. Dlatego też dziś chciałabym wam przybliżyć te "urodowe porady" wyszperane w zakamarkach sieci.

1. Metoda wodna u Kleopatre- KLIK


Kleopatre ma piękne paznokcie i cudnie potrafi je ozdabiać. W tej notce zaprezentowała metodę wodną (czyli takie tam mazaje). Szukałam wcześniej "przepisu" na takie paznokcie w mazy i jedyne co znalazłam w to filmiki, na których pokazywano, jak zrobić to na tipsie. Spróbowałam- no i niestety całego palca miałam w lakierze. Szybko się zniechęciłam. Kleopatre tłumaczy, jak zastosować metodę wodną na naturalne paznokcie. Na pewno wypróbuję- choć jestem w gorącej wodzie kąpana i nie mam cierpliwości babrać się z czymkolwiek :)


2. Kreska u Ewwwy- KLIK

Namalowanie równej kreski zawsze było moim marzeniem i jednocześnie zmorą. Step Ewy jest prosty i przejrzysty. Nawet mi udało się coś zmalować, choć na razie nie wygląda to jakoś super, zdaje mi się, że w końcu załapałam o co chodzi w malowaniu kreski linerem.


3. Modelowanie twarzy u MexxyMakeUp- KLIK

Czyli jak nie zrobić sobie kuku różem, rozświetlaczem i brązerem (razi mnie słowo bronzer, wybaczcie). Po obejrzeniu tego filmiku czym prędzej poleciałam do lustra nałożyć sobie to wszystko, jak Mexxy przykazała (tylko w mniejszej ilości niż ona na potrzeby filmiku). Niestety nie zmieściło mi się to na twarzy- ja próbowałam pędzlami, Mexxy była dokładniejsza dzięki kredkom. Jednak dzięki temu dowiedziałam się, jakie partie twarzy mogę mazać i czym. Polecam, szczególnie dla równie zielonych w temacie jak ja.


4. Dobór różu u MexxyMakeUp- KLIK

Róż jest kosmetykiem, który wrócił do łask po długim okresie odrzucenia. Przez pewien czas używanie różu było po prostu obciachem. Jednak nic tak dobrze nie ożywia cery, jak dobrze dobrany róż. Mexxy tłumaczy w tym filmiku, jak dobrać róż do karnacji, Oczywiście nie trzeba się trzymać sztywno zasad, ale lepiej wiedzieć, że osoba z oliwkową cerą raczej powinna sobie odpuścić róż wpadający w fiolet (co wbrew pozorom nie dla wszystkich jest takie oczywiste).

zdjęcie z www.catrice.eu
6. Smokey za pomocą jednego cienia u  nissiax83- KLIK

Na wstępie zaznaczę, że nie każdemu ten makijaż będzie pasował. Jednak osoby, które dobrze czują się takich kolorach powinny być zadowolone. Zwłaszcza, że wykonanie tego makijażu jest możliwe bez rujnowania sobie kieszeni. Cień Club stał się "inspiracją" dla cienia Catrice C'mon Chameleon. Pędzle w dłoń!

7. Makijaże step by step u Idalii- KLIK

Wszystkie są przecudowne. Ta dziewczyna potrafi tak malować oczy, jak ja nie będę umiała za sto lat chyba. Dodatkowo robi tak przejrzyste stepy, że aż sama mam ochotę chwycić pędzle w dłoń i wyczarować coś podobnego.

8. Pogrom na nosie, czyli "plajzder" wyciągający brudy Michelle Phan-KLIK
Na moim nosie dzieje się, oj dzieje. W dodatku jest odporny na wszelkie próby perswazji, jak i działania siłowe. Plasterki kupne (Marion, Essence, Beauty Formulas) cudów nie zdziałały, dlatego zdecydowałam się spróbować plastrów domowej roboty. U mnie nie zadziałał. Niemniej jest to ciekawa metoda- warto ją wypróbować zanim wywalimy tonę pieniędzy na "nicnierobiące" plastry.

A wy znacie jakieś urodowe sztuczki lub możecie polecić jakieś ciekawe metody?

poniedziałek, 10 października 2011

3 kroki do pięknych stóp z Biedronką. Peeling wygładzajaco-regenerujący

Bardzo lubię robić zakupy w Biedronce- bo i szybko i tanio, i blisko. Do niedawna kupowałam tam praktycznie tylko żywność. Kiedy pewnego razu usłyszałam o tym, jak rewelacyjny jest "peeling do stóp w pomarańczowym opakowaniu" poleciałam go kupić. Kosztował ciut więcej niż czekolada Wedla (ok. 2,50 zł), dlatego tym razem odmówiłam sobie czekolady na rzecz peelingu. Został wyprodukowany przez Torf Corporation dla Biedronki. Producenta można sprawdzić spisując cyfry z kodu o TU

Co mogę napisać na jego temat? Nie będę się tym razem rozpisywać, zrecenzuję w punktach;

- opakowanie zawiera 75 ml produktu- przy stosowaniu 2 razy w tygodniu peeling starcza na około 5 tygodni 
- dobrze ściera- nie ma się co czarować, przy większych zrogowaceniach przyda się tarka lub pilnik do stóp (osobiście polecam rossmannowski Fusswohl). Niemniej uważam ten peeling za wyjątkowo udany, ma ostre, dobrze ścierające drobinki (w przeciwieństwie do cynamonowego gluta Avon, którym mogłam chyba twarz peelingować nie stopy...)
-konsystencja- hmm, trochę taka jakby proszek do prania zmieszać z mniejszą ilością wody, pod koniec opakowania peeling dość trudno się wyciska
- zapach- jak mleczko do czyszczenia kuchenek (w końcu producent obiecuje cytrusowy zapach...)
- obiecanego nawilżenia nie zauważyłam, ale od tego jest krem, a nie peeling.


Bardzo przyjemny produkt. Co prawda konwaliami nie pachnie, ale z działania jestem naprawdę zadowolona. Uważam, że za 2,50 zł warto kupić- jak nie zużyjemy do stóp to można nim wannę umyć albo wyszorować kuchenkę.


Skład:
Aqua, Pumice, Paraffinum Liquidum, Glycerin, Paraffin, Glyceryl Stearate Acid (and) PEG-100 Stearate, Cetyl Alcohol, Stearic Acid, Dimethicone, Aqua (and) Alochol Denat (and) Passiflora Quadragularis Friut Extract (and) Ananas Sativus (Pineapple) Fruit Extract (and) Vitis Vinitera (Grape) Fruit Extract, Lanolin Alcohol, Salicylic Acid, Tocopheryl Acetate, Retinyl Palmitate, Allantoin Ascorbate, Butylospermum Parkii (Shea Butter), Cera Alba, Sodium Citrate, Tetrasodium EDTA, Citric Acid, Xanhtan Gum, Parfum, Limonene, Citral, Methylparaben, Propylparaben, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol


Cena: ok. 2,50 zł/75 ml
Dostępność: Biedronka
Ocena: 4/5

niedziela, 9 października 2011

Delikatny i skuteczny? Garnier Invisi Mineral Calm 48 h

Jeżeli chodzi o antyperspiranty jestem chyba specjalistką- z drogeryjnych używałam prawdopodobnie produktów każdej firmy. Ten antyperspirant jest odkryciem tego lata.

Nie ukrywajmy- poci się każdy. Jedni mniej, inni mają problem z potliwością. Nie ma się czego wstydzić. Sama przez ostatnie dwa lata używałam Antidralu i nie potrzebowałam innych, dobrych specyfików. Niestety chciałam oszczędzić i zdecydowałam się na zamianę sprawdzonego Antidralu na Ziaję Bloker... Wraz z tym zaczęłam potrzebować silniejszej ochrony.

Lato jest okresem, w którym często się depilujemy pod pachami (bo głupio nosić bluzkę na ramiączkach i straszyć jeżem). Depilacja często powoduje podrażnienia...  Często dlatego sięgałam po antyperspiranty po depilacji. Nigdy nie spotkałam jednak takiego w spray'u (chyba Dove jakiś ma), a w lecie nie przepadam za kulkami- jak ja nie lubię tego powolnego schnięcia. Garnier świetnie sprawdza się po depilacji- nie podrażnia, a pokusiłabym się o stwierdzenie, że łagodzi.

Z antyperspirantami jest też jeszcze jeden problem- zazwyczaj po ich aplikacji nie można włożyć ciemnych rzeczy- a kto lubi białe "szramy" na ubraniach? Na pewno nie ja.

Garnier sprostał moim wymogom. Nie dość, że jest w spray'u, nadaje się po depilacji to nie zostawia białych maz na ubraniach. Nieźle, prawda? W dodatku ładnie pachnie- dość słodko, tak jak dezodoranty z bawełną.

Byłby produktem idealnym, gdyby nie czas ochrony jaki zapewnia. 48 godzin? Ludzie, trzymajcie mnie, niedługo zrobią antyperspirant 365 dni. 48 godzin jest kompletną bzdurą, Garnier chroni maksymalnie 6 godzin

Cena: 14 zł/150 ml
Dostępność- Rossmann, Natura, SuperPharm, markety- wszędzie :D
Ocena: 4/5

piątek, 7 października 2011

Krem do twarzy w rozmiarze XXL. Ziaja, Opuncja Figowa, Krem Lekka Formuła

Kiedy w czerwcu szykowałam się do wyjazdu zdecydowałam się na kupno swego rodzaju 2w1, czyli kremu do twarzy i ciała. Nie mam co prawda najlepszego doświadczenia z kremami tego typu, ale zdecydowałam się na ryzyko. Wybór padł na polecaną przez koleżankę lekką formułę z Ziaji z opuncją figową.

Krem przeznaczony jest co prawda do cery suchej i normalnej, ale z powodzeniem mogą używać go także "mieszańce" ze skłonnościami do przesuszenia.

Choć kupiłam go z myślą o całym ciele używam go wyłącznie do twarzy. I sprawdza się naprawdę dobrze. Mam go od 3 miesięcy, zapłaciłam za niego 10 zł... Opłaca się, prawda?

Pisałam o tym, że Ziaja ma swojej ofercie zarówno wiele perełek, jak i bubli. Ten krem jest pośrodku- dobry, ale nie idealny. Nawilża dobrze, nadaje się pod makijaż, nie zapycha, nie podraznia... Przy mojej mieszanej cerze zostawia lekką warstewkę na twarzy, która wchłania się po jakimś czasie.


Zapach też ma dość ciekawy, nie każdemu będzie odpowiadało połączenie opuncji figowej z ogórkiem.

Dobry krem w przyjemnej cenie. Nie idealny, ale myślę, że wart spróbowania.


Skład: Aqua, Isopropyl Myristate, Glycerin, Isohexadecane, Cyclopentasiloxane, Sorbitan Sesquioleate, Diisostearoyl Polyglyceryl-3 Dimer Dilinoleate, Aluminum Starch Octenylsuccinate, Ceresin, Magnesium Sulfate, Propylene Glycol, Opuntia Ficus-Indica Extract, Ethyl Linoleate, Ethyl Linolenate, Ethyl Oleate, Tocopheryl Acetate, Hydrogenated Castor Oil, Sodium Benzoate, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, Parfum, Benzyl Salicylate, Citric Acid

Cena: 10 zł/200 ml
Dostępność: słabo dostępny, nalatałam się za nim. Małe drogerie i chyba też Schlecker. Znalazłam go też w aptece Dbam o zdrowie
Ocena: 4/5

czwartek, 6 października 2011

Pogotowie paznokciowe. Lovely Serum wzmacniające z wapniem i witaminą C

Jestem paznokciowym laikiem. Do niedawna pielęgnacja moich paznokci ograniczała się do obcinania ich nożyczkami. Ponieważ nie były w najlepszej kondycji zdecydowałam się je jakoś wspomóc. Krótko mówiąc zachciało mi się odżywki do paznokci. Na rynku jest dostępnych wiele tego typu preparatów, ale zazwyczaj w formie lakieru do paznokci. Nie miałam zaufania do odżywek lakierowych, dlatego szukałam czegoś innego. Gdy przeczytałam pozytywne opinie na temat odżywki Lovely w te pędy poleciałam ją kupić.

Zazwyczaj staram się podchodzić sceptycznie do opisu producenta i opinii innych. Tym razem jednak nie będę smęcić- bo naprawdę jestem zadowolona z tego serum.

Choć małe to to, różowe i niepozorne to naprawdę działa cuda. Moje paznokcie były w tragicznym stanie- rosły jak chciały (raczej opornie im to szło), łamały się (w najmniej odpowiednim momencie), a na dodatek robiły mi się zadziory (bardzo bolesne w dodatku). Zbyt wesoło więc nie było. Kiedy zaczęłam stosować to serum już po tygodniu widziałam odmianę, a po miesiącu nie poznałam swoich paznokci. Zawsze miałam dość ładną różową płytkę z białymi końcówkami, ale po zastosowaniu serum stała się jeszcze ładniejsza, zyskała taki "zdrowy" wygląd. Paznokcie zaczęły rosnąć, stały się mocniejsze, a zarazem bardziej elastyczne, a zadziory przestały się pojawiać. I ten cud miałam zaledwie za niecałe 7 zł.

Ale żeby nie było tak słodko i mdło to się trochę doczepię (sasasasa :D). Mam zastrzeżenia co do pędzelka- jest po prostu za krótki i nie dosięga dna, dlatego przy wydobyciu resztek produktu trzeba się napracować.

Zasadniczo większych zastrzeżeń nie mam. Jak widać na zdjęciu opakowanie numer 3 zaczyna pokazywać powoli dno, dlatego już nie długo trzeba będzie zrobić małą ekspedycję do Rossmanna :).

A wy czego używacie przy "paznokciowych" problemach? Macie jakąś ulubioną odżywkę, którą polecacie?

Skład: Aqua, Glycerin, Phenoxyethanol, Propylene Glycol, Carbomer, Diazolidynyl Urea, Potassium Sorbate, Potassium Hydroxide, Methyl Paraben, Propyl Paraben, Calcium Pantothenate, Malpighia Puncifolia

Cena: ok. 7zł/11 ml
Dostępność: Drogerie Rossmann
Ocena: 5/5

środa, 5 października 2011

Zmywam się! Isana zmywacz do paznokci o zapachu migdałów

Uwielbiam malować paznokcie. Nie zawsze jednak wychodzi mi to z dobrym skutkiem. Czasami wiele razy muszę zmywać pojedyncze paznokcie. Zużywam hektolitry zmywacza. Dziś chciałabym przedstawić jeden z tego typu produktów.

Zmywaczem Isany zachwycały się dziewczyny na Wizażu. A że akurat skończył się mój z Sensique zdecydowałam się na ten. Miałam co prawda opory- staram się zazwyczaj wybierać bezacetonowe zmywacze, ale pokusa była silniejsza.

Największym plusem tego produktu jest jego zapach (jak już się ulotni aceton). Piękny migdałowy, który długo utrzymuje się na paznokciach.

Zmywacz robi to co powinien- zmywa. Robi to bardzo dobrze- żadne ciemne lakiery nie są mu straszne (te z dużym brokatem schodzą trochę opornie- jak przy każdym chyba zmywaczu).

Ma jeden zasadniczy minus, który zmusza mnie do zastanowienia się nad kupnem drugiej butelki. Na dłuższą metę wysusza paznokcie.

Skład: Acetone, Aqua, Caprylic/Capric Triglyceride, Parfum, Limonene, Coumarin, Alpha-Isomethyl Ionione, CI 19140, CI 42090

Cena: 5 zł/250 ml
Dostępność: drogerie Rossmann
Ocena: 3,5/5

wtorek, 4 października 2011

Perełka wśród pomadek? Bell Glam&Sexy 44

Jakiś czas temu pisałam wam recenzję pomadki Glam&Sexy. Twierdziłam wtedy, że w mojej kolekcji były dwa odcienie, z których jeden zginął w tajemniczych okolicznościach.

Pewnego pięknego dnia, porządkując szufladę odnalazłam delikwenta. Mowa oczywiście o pomadce Bell Glam&Sexy nr 44.

Zdjęcie z www.bell.com.pl
 Na stronie producenta nr 44 to dość ciemny beż z domieszką różu. Na żywo: zwykły jasny beż z dość dużą ilością perły. Jest więc maleńka rozbieżność- dlatego też nie polecam zamawiać tych pomadek przez internet bez możliwości ich wcześniejszego obejrzenia- można się bowiem srodze zdziwić.

Ten kolor to naprawdę magik. Tak jak inne kolory z tej serii jest półtransparentny, ale w tym wypadku z naciskiem na transparentny- nie byłam w stanie go zeswatchować na dłoni- taki daje kolor.

Ust również nie barwi- za to pozostawia dość mocną perłową poświatę na nich. Totalnie nie w moim guście, ale może a nóż widelec, którejś się spodoba...

poniedziałek, 3 października 2011

Słoneczne wspomnienie lata. Flos-Lek wazelina poziomkowa

Uwielbiam mazidła do ust. Dlatego wszelkiego rodzaju słoiczki, tubki i sztyfty są zawsze mile widziane w mojej kosmetyczce.

Przeczytałam dużo zachwytów nad wazeliną Flos-Lek, dlatego przy najbliższej okazji zdecydowałam się na jej kupno. Miałam jednak problem z wyborem wersji zapachowej. No bo jak wybrać jedną, skoro kuszą cztery?

Do wyboru mamy bowiem:
  • wanilię,
  • czekoladę,
  • poziomkę,
  • różę.
Ostatecznie wybór padł na poziomkę. Było to zaskakujące dla mnie samej, bo jakoś nigdy nie byłam zbytnią zwolenniczką okołotruskawkowych zapachów. Ale słowo się rzekło, kobyłka u płotu.

Wazelina jest zamknięta w bardzo przyjemnym, metalowym opakowaniu. Zdziwiła mnie wielkość opakowania- jest maleńkie, mniej więcej jak słoiczek Carmexu, tylko nie tak wysokie. Urocze maleństwo.

Zaskoczył mnie też kolor wazeliny. Poziomka sugerowała, że będzie to kolor czerwony, a tym czasem wazelina jest bieluśka, jak śnieg.

Wazelina ma konsystencję wazeliny, w czym oczywiście nie ma niczego dziwnego :D. Jest trochę twardsza niż wazelina Ziaji i nie zostawia tak ciężkiego, tłustawego połysku. Na ustach prezentuje się bardzo naturalnie, za co oczywiście ogromny plus. Jednak coś za coś- słaba warstwa ochronna niezbyt sprawdzi się zimą.

Niesamowicie zaskoczył mnie zapach. Śliczny- świeżo zerwane poziomki, zero chemicznych dodatków. Nie wiem, jak Flos-Lekowi się to udało, ale jestem pełna podziwu.

No i najważniejsze- działanie pielęgnacyjne. Nie jest to mój KWC, jeżeli chodzi o pielęgnację, bo znam lepsze kosmetyki. Po około godzinie konieczna jest ponowna aplikacja dla zachowania efektu gładkich ust. Nie radzi sobie też ze spierzchniętymi ustami.


Przyjemny produkt, ale raczej gadżet niż koło ratunkowe.
 
Skład: Vaselinum Album, Cetyl Alcohol, Cholesterol, Copernicia Cerifera Wax, Hydrogenated Vegetable Oil, Aroma (Flavor)


Cena: 6-7zł/15 g
Dostępność: doz.pl, Wrocław- D.H. Feniks, Drogeria Żaczek- Hala Kupców Perła
Ocena: 3,5/5
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...