Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

środa, 31 sierpnia 2011

Ulubieńcy wakacji? A może lata?

Dziś trochę dziewczyn opublikowało post z cyklu "Ulubieńcy". Jako wstrętna małpa, papuga jedna, musiałam zgapić :D

Choć moje wakacje jeszcze się nie skończyły, a lato kończy się teoretycznie w drugiej połowie września miałam problem z tytułem posta. Ale chciałam jakichś ulubieńców, to mam :D.

Część produktów już pokazywałam, o reszcie pewnie napiszę w najbliższym czasie.

Dobra koniec marudzenia, czas na konkrety.

1. Ulubiony zapach na lato czyli mgiełka H&M Ginger&Vanilla (pisałam o nim TU)
2. Lakiery (głównie ze względu na kolory, niekoniecznie jakość):
  • Vipera Jumpy 179- czyli lekko różowy pomarańcz (albo koral, jak kto woli)- TU
  • Eveline Colour Instant 625- perłowa mięta (kolor uwielbiam, ale ogólnie produktu nie znoszę- TU)
  • Sensique Exotic Flower nr 248- błękitek
  • Sensique Paradise Island- ostry, intensywny róż
  • Joko Find Your Color J104 mat Sea Story (notka szykuje się)
3. Błyszczyk Paese Milky Lips nr 605 (chyba)- piękny malinowy kolor, mój ideał- zapewne także na nadchodzącą jesień.
4. Carmex- tym razem wersja wiśniowa, która prześlicznie pachnie. Ma filtr, świetnie chroni usta i leczy różnego rodzaju "ziaziu"
5. Joko Mineralny Puder Spiekany- mimo tego, że nie do końca odpowiada mi jego zapach lubię go mieć na policzkach (TU)
6. Wydłużenie bez pajęczych nóżek- Maybelline Lash Stiletto
7. "Podkład" na lato- Basic Mineral Powder- TU

I to chyba na tyle. Znacie te produkty? Lubicie?

Otwórz oczy! Basic Kajalstift 08 i 10

Jako krótkowidz noszę szkła "minusy", które bardzo pomniejszają oko. Zależy mi na tym, żeby oczy nie "zginęły", dlatego staram się je powiększać. O jasnej kresce na linii wodnej, jako lekarstwie na moje bolączki dowiedziałam się całkiem niedawno. Dziewczyny bardzo polecały cielistą kredkę Basic ze Schleckera. Niestety okazało się, że cieliste "wyszły". Dlatego też zdecydowałam się na białą. Użyłam jej kilka razy, ale że nie czułam się w roli "królowej Śniegu" zbyt dobrze wróciłam do poszukiwań kredki w kolorze cielistym.

Kiedy namalowałam pierwsze kreski cielistą kredką oniemiałam. Oko wydało się większe, było podkreślone, wyraziste, a jednocześnie kreska nie była dramatyczna.  Jasna kreska na linii wodnej stała się odtąd stałym elementem mojego makijażu oka.


Szczerze mówiąc bałam się robić kreskę na linii wodnej. Obawiałam się, że kredka będzie zbyt twarda i po prostu się rozpłaczę. Na szczęście kredki z Basic są na tyle miękkie, że jednym pociągnięciem można namalować kreskę, a jednocześnie na tyle twarde, że się nie maże. Ze względu na swoją bardziej zbitą konsystencję jest tez bardzo wydajna (cielistą kredkę mam od 3 miesięcy, używam prawie codziennie, a  nie zużyłam połowy).

A jak z trwałością? Nieźle, choć na pewno mogłoby być lepiej. Nie jest to produkt trzymający się na oku od rana do wieczora. Znika po kilku godzinach. Za taką cenę uważam jednak, że nie ma co narzekać.


Teraz zamierzam przeprosić się z białą kredką. Do "pojednania" zachęciła mnie Idalia- swoim makijażem dowiodła, że nie tylko brązowookie (a tak wcześniej myślałam) mogą dobrze wyglądać z biała kreską. Link do makijażu Idalii: KLIK


Cena: ok. 5zł
Dostępność: tylko i wyłącznie Schlecker
Ocena: 4,5/5

wtorek, 30 sierpnia 2011

Pierwszy raz otagowana :)

Jakie są zasady?
  1. Napisz kto przekazał Ci nagrodę, podaj linka;
  2. Napisz 7 rzeczy o sobie;
  3. Odpowiedz na poniższe pytania;
  4. Przekaż nagrodę 10 innym blogom.

Nagrodę otrzymałam od simply_a_woman. Jest mi niesamowicie miło, bo jestem na Bloggerze zaledwie od 2 tygodnie. Przyjemnie jest być docenionym :)


CZĘŚĆ I
7 faktów o mnie? Hmm, na pewno chcecie wiedzieć?

  1. Uwielbiam czytać- pochłaniam wszystko, jak leci- od książek po ulotki reklamowe.
  2. Jako dziecko miałam długie włosy (za pupę), mama plotła mi warkocze i wpinała w nie kokardy. Dodatkowo zawsze nosiłam coś z cekinami- taka sroka ze mnie była.
  3. Aż do początku studiów pisałam wyłącznie piórem
  4. Chciałam zostać farmaceutką, ale w klasie maturalnej zorientowałam się, że biologia nie należy do moich ulubionych przedmiotów.
  5. Nigdy nie stosowałam żadnej diety- brak mi ku temu motywacji i ochoty.
  6. Uwielbiam pierogi mojej mamy :)
  7. Boję się wszelkiego rodzaju żyjątek- od pająków przez psy i koty po niedźwiedzie
 CZĘŚĆ II
Twój ulubiony kolor? Nie mam jednego ulubionego- uwielbiam fiolet, czerwień, szary...

Ulubiona piosenka? Sting "Fields of gold"

Nazwa ukochanego deseru? Tiramisu

Co Cię najbardziej wkurza? Dwulicowość, kłamstwo

Gdy jest Ci smutno to? Najpierw beczę, potem jem czekoladę, a następnie wściekam się na swoją słabość.

Ulubione zwierzę? Nie lubię zwierząt


Czarny czy biały? czarny

Twój największy lęk? choroba

Twoja najlepsza cecha to... jeszcze nie znalazłam, ale cały czas szukam :)

Codzienna postawa. Dziś na pewno nie będzie gorzej niż wczoraj.

Czym jest perfekcja?   Cechą, do której na pewno nigdy nie dojdę :)

Grzeszna przyjemność. słodycze (szczególnie mleczna czekolada)

Kogo taguję?
Otagowałam tylko 8 osób, bo nie chcę tego robić na siłę. Wybrałam te blogerki, jestem ciekawa ich odpowiedzi :)

    Zostań, proszę, zostań! Essence Stay with Me Longlasting Lipgloss 02 My favorite milkshake

    Bardzo lubię kosmetyki do ust- i pomadki, i błyszczyki, i balsamy i wszelkiego rodzaju wazeliny. Kupuję je nałogowo, czasami ciężko jest mi sobie czegoś odmówić. Po kosmetyczce wala się więc dużo napoczętych, ale nie skończonych produktów.

    Przy zakupie kolejnej "zdobyczy" najważniejsze są dla mnie dwie cechy:

    a)  brak działania wysuszającego usta
    b) trwałość (nie jestem typem kobiet co 5 minut zerkającej w lusterko, żeby skontrolować makijaż).

    Kiedy Essence wypuściło długotrwałe błyszczyki kupiłam aż dwa (a zazwyczaj nie kupuję 2 kolorów z tej samej serii, jest przecież tyle różnych firm do wypróbowania). Wybrałam 2 kolory:
      02 My favorite milkshake- wiele osób opisuje ten kolor jako brzoskwiniowy róż. Gdzie ta brzoskwinia? Błyszczyk jest zwyczajnie różowy, choć nie tak mroźny i wpadający w fiolet jak nr 01 Me&my icecream. Koło brzoskwini na pewno nie leżał. 

      03 Candy Bar- temu panu poświęcę osobną notkę.

      Najbardziej charakterystyczną cechą tego błyszczyku jest chyba jego aplikator- dość nietypowy, nie spotkałam się z takim "cudakiem" w żadnym niskopółkowym błyszczyku. Czytałam gdzieś, że ten kształt Essence podpatrzyło u Sephory.

      Początkowo nie wiedziałam, jak się tym cudem posługiwać. Na szczęście dałam radę. Niestety osoby o wąskich ustach nie przejadą sobie nim swobodnie po wargach, bo inaczej duża część błyszczyku znajdzie się poza konturem ust. Ja maluję trzymając go "poziomo" . Wygodniej używa się go z lusterkiem, czuję się wtedy pewniejsza.

      Na plus muszę też policzyć opakowanie- małe, krótkie, zmieści się nawet w niewielkiej kosmetyczce. Zamknięcie jest solidne, błyszczyk się nie wylewa (nie jest tak chybotliwe jak w XXL Nudes, gdzie część błyszczyku wydostawała się na zewnątrz).


      Jednak najbardziej zadowolona jestem z tego, że wszystkie kolory są bezdrobinkowe. Ciężko o błyszczyk bez drobinek w takiej cenie. Mam pewne zastrzeżenie do kolorystyki- są róże, są fiolety, jest czerwień. Bardzo chciałabym jakiś cieplejszy odcień- choćby właśnie brzoskwinię czy beż. Podoba mi się, że kolory są kryjące, a nie pół-transparentne.

      Błyszczyk jest co prawda gęsty, treściwy, ale nie skleja kącików ust (nienawidzę efektu rybki). Przylega do ust. Nie wysusza, mam wrażenie, że wręcz przynosi ulgę suchym ustom.




      Przyczepić się do czegoś jednak muszę:
      - ma okropny chemiczny zapach i smak (coś mi się obiło o uszy o tym, że on jakiś malinowy jest. Bzdura, malinowy to jest Glam&Sexy od Bell)
      -i nie jest to zdecydowanie błyszczyk długotrwały. Na ustach wytrzymuje góra godzinę do 1,5.

      Cena: 8,99/5ml
      Dostępność: Drogerie Natura, Dogulas
      Ocena: 4/5

      poniedziałek, 29 sierpnia 2011

      Lekko różowe latte, czyli na kawie w Celia Cafe

      Zdjęcie pochodzi z www.celia.pl
      Uwielbiam jasne lakiery. Od zawsze szukałam takiego jasnego koloru (beżu lub mlecznego różu), który będzie kryjący. Niestety przy lakierach, które do tej pory kupowałam nawet po 3 warstwach miewałam prześwity. Z kolei te, które przyzwoicie kryły nie były w odcieniach, jakie sobie wymarzyłam.

      Pewnego pięknego słonecznego dnia, na początku sierpnia, jak burza wpadłam rozejrzeć się po drogerii nieopodal mojego domu. A że lubię grzebać, to gmerałam trochę ręką w koszyku z lakierami. Gdy chwyciłam lakier Celia Cafe 25 Latte nie posiadałam się ze zdumienia. Po pierwsze nie słyszałam o tej serii, po drugie- obawiałam się jakości.

      Na stronie producenta odnalazłam informację, z 12.04.2011 o wprowadzeniu tych lakierów... No ładnie. Mój ideał jest w sprzedaży od kwietnia, a ja nic o tym nie wiedziałam. Ale do rzeczy.

      Co pisze producent? 
      Lakiery do paznokci Cafe marki CELIA idealnie kryją, tworząc gładką, lśniącą powierzchnię. Równomiernie się rozprowadzają, nie pozostawiając smug. Szybko wysychają i długo utrzymują się na paznokciach. Lakiery do paznokci Cafe marki CELIA pozwalają na szlachetny manicure w modnych odcieniach beżu, brązu i szarości.
      Zdjęcie pochodzi z www.celia.pl

      Lakiery dostępne są (o ile się je gdzieś znajdzie) w 4 kolorach:

      25 Latte
      26 Cappuccino
      27 Mocca
      28 Cocoa





      "Wybrałam" kolor 25 Latte. Słowo "wybrałam" ujęte zostało w cudzysłów, ponieważ to był jedyny lakier z tej serii, jaki widziałam. Nie czułam potrzeby szukania dalej, bo po prostu się zakochałam. Kolor jest prześliczny, dość nietypowy. Dlaczego? Bo ten odcień jest swego rodzaju kolorem-kameleonem; raz wygląda jak beż, innym razem bardziej wpada w róż- zależnie od światła.

      Pięknie prezentuje się na paznokciach. Tak elegancko. Ten kolor jest bardzo grzeczny, będzie pasował do każdego stroju.

      Ale nie tylko kolor jest dla mnie ważny przy wyborze lakieru. Równie istotne jest krycie. Jak wspomniałam wcześniej, z kryciem u jasnych lakierów jest tak sobie. Celia obiecuje, że lakiery z serii Cafe wymagają jedynie 2 warstw. I co? Naprawdę starczą tylko 2 warstwy.

      Producent obiecuje także szybkie schnięcie. Nie należę do osób cierpliwych i nie mam czasu na spędzaniu godzin na czekaniu aż lakier wyschnie. O nie.
      Celia z obietnicy szybkiego wysychania także się wywiązała- cała "zabawa" zajęła mi około 20 minut.

      Lakier jest ponadto niesamowicie trwały, wytrwał 5 dni bez odprysków. Kto jak kto, ale nie należę do osób, które tylko "leżą i pachną"- i garnki umyję i warzywa pokroję- wiele lakierów tego nie wytrzymywało. Celia dała radę.

      Są jednak dwie rzeczy, które absolutnie  mi się nie podobają:

      - DOSTĘPNOŚĆ!- a raczej jej brak. Celia ma naprawdę świetne kosmetyki, ale tragiczną sieć dystrybucji. Nie mam zielonego pojęcia, gdzie można kupić ich całą kolorówkę.
      - pędzelek- mam małe paznokcie, nie lubię szerokich pędzelków, ale... Celia przesadziła z cienkością pędzelka. To nie lakier do zdobień! Takim małym pędzelkiem ciężko jest pomalować paznokcie bez smug.





      Uwielbiam ten kolor i z pewnością będzie to jeden z moich jesiennych ulubieńców. Używacie beżowych lakierów? Macie jakichś faworytów?

      Cena: ok. 6,50 zł/10 ml
      Dostępność: yyyyyyyyyyyy
      Ocena: 4,5/5


      sobota, 27 sierpnia 2011

      Rzęsy w akcji! Essence Multi Action Mascara

      Na temat tuszu Essence powstało wiele epopei opiewających jego cudowność. Wiele osób porównywała go z Collosalem Maybelline. Dla wielu to najlepszy tusz w całym kosmetycznym życiu. Zazwyczaj staram się podchodzić sceptycznie do wszelkiego rodzaju zachwytów, ale tym razem kupiłam tusz zgodnie z zasadą "Wszyscy mają Mambę, mam i ja!" (młodzież pewnie nie pamięta tej reklamy :D)

      Może zacznę od porównania z Collosalem. Firma Maybelline wypuściła jeden z najlepszych tuszy pogrubiających, jakie zdarzyło mi się używać. Prosta, gęsta szczotka i naprawdę świetny efekt. Niestety Collosal ma tendencję do osypywania się i w dodatku piekły mnie po nim oczy. Hmmm....

      Tusz z Essence, podobnie jak Collosal, ma prostą, gęstą szczoteczkę. Lubię prostotę, bo taką "nieudziwnioną" szczoteczką nie można sobie zrobić większej krzywdy. Może nie jest tak wygodna jak cieńsze i mniejsze szczoteczki, którymi można wszędzie dotrzeć, niemniej jest bardzo wygodna w używaniu. Bardzo dobrze rozczesuje rzęsy, nie pozostawiając grudek tuszu (czego szczerze nienawidzę).

      Multi Action vs. Lash Stiletto
      (bo Collosal już dawno skończył swój żywot)
      Niestety tusz Essence jest jak wino- im starszy, tym lepszy. Dlatego warto go kupić, otworzyć i poczekać około miesiąca- świeżutki tusz jest bardzo mokry i prześlicznie odbija się na górnej powiece; łatwo się rozmazuje, robi grudki. Po przeschnięciu jest grzeczniejszy, nie odbija się i nie rozmazuje nawet jak przypadkiem przetrę ręką oko (odruchowo, walczę z tym).


      Największym minusem tego tuszu jest to, że lubi się osypywać. Nie przepadam za czarnymi kropkami na policzkach...

      Bez tuszu...
      Essence Multi Action, jak sama nazwa wskazuje jest tuszem wielofunkcyjnym. Jak zapewnia producent:
      daje wszystko co potrzebujesz: pogrubia, zagęszczą i wydłuża rzęsy. gwarantuje, że zostaniesz zauważona i zauroczysz spojrzeniem.

      Czy spełnia obietnice? Zdecydowanie tak. Rzęsy są grubsze i zdecydowanie dłuższe.

      ...i z Essence Multi Action
      Jestem zadowolona z tego tuszu, uważam jednak, że to produkt dla cierpliwych, którzy nie potrzebują tuszu na już teraz i natychmiast. Świeżym tuszem można się rozczarować, trochę starszym zachwycić.







      Cena: ok. 10 zł/9 ml
      Dostępność: Drogerie Natura, Douglas
      Ocena: 4-4,5/5

      piątek, 26 sierpnia 2011

      Puder mineralny czy mineralizowany? Basic Mineral Powder 01 Light

      Hasło "mineralny" jakoś niespecjalnie powala mnie na kolana. Minerałoholiczką nie jestem. Właściwie to mało wiem o tego typu kosmetykach. Coś tam słyszałam o EDM, Lily Lolo, Pixie, nie wchodziłam jednak w szczegóły. Sypkie mineralne róże, czy cienie miały szansę trafić do mojej mózgownicy, ale podkład w pudrze w głowie już mi się nie zmieścił.... Jak to, że niby puder coś mi pokryje?

      Przy "minerałach" mam też problem z nomenklaturą. Puder zawsze był dla mnie pudrem, a tu często i gęsto zdarza się, ze "puder" nie jest pudrem, ale podkładem. I bądź tu człowieku mądry.

      Przypadkiem w Schleckerze rzuciły mi się w oczy pudry mineralne Basic. Lubię tę niedrogą markę, dlatego skusiłam się na najdroższy kosmetyk z jej oferty. Kupiłam go jako puder wykończeniowy... Słowo "powder" kompletnie mnie zmyliło. Z tyłu opakowania, gdzie nazwa produktu tłumaczona jest na różne języki, raz pojawiało się słowo "puder" innym razem "make up". W polskim tłumaczeniu "puder mineralny do makijażu" (a niby do czego? do zasypywania pupy?). Początkowo durna, nakładałam go na podkład (który był zupełnie niepotrzebny).

      Puder dostępny jest w 3 kolorach:
      • 01 light (który to wybrałam)
      • 02 beige
      • 03 honey
      Można także dokupić pędzel kabuki do jego aplikacji (za 9,99 zł).

      Basic Mineral Powder 01 Light
      W opakowaniu znajdziemy 5 g produktu. Wydaje się, że to niewiele, ale puder jest niesamowicie wydajny. Drobno zmielony (taki mączny) bardzo łatwo się rozprowadza. Świetnie kryje. Naprawdę! Mam dużo do ukrycia, a ten puder (podkład?) znakomicie zakrywa zaczerwienienia i rozszerzone pory (których nie pokrył mi dobrze żaden fluid). Cera wygląda po nim świeżo, jakbym nie nałożyła na nią ani grama makijażu, jest niewidoczny na twarzy. Na większe niespodzianki potrzebuję korektora, ale mimo to jestem bardzo zadowolona z krycia. Bardzo dobrze matuje (nie przypudrowuję go dodatkowo), nawet do 7 godzin, jednocześnie nie przesusza cery (co jest częstym problemem przy podkładach matujących). Ponadto nie zapycha (przynajmniej mnie nie zapchał).





      Czy mam zastrzeżenia? Tak, do opakowania? Jak większość kosmetyków sypkich nie ma "zatyczki" na sitko, przez co niemożliwe jest noszenie go ze sobą (połowa produktu wyleci na zakrętkę i ciężko go potem wcisnąć  z powrotem do opakowania). Ponadto samo sitko jest dość skoczne. Wydobywam puder przechylając go do góry nogami i któregoś pięknego poranka miałam cały blat w pudrze, który postanowił opuścić swoje stanowisko. Radzę więc przytrzymywać sitko przy wysypywaniu pudru na zakrętkę.



      Skład: Synthetic Fluorphlogopite, Zea Mays (Corn Starch), Zinc Stearate, Zinc Oxid, Hydrogenated Polyisobutene, Polysilicone-15, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Methylparaben, Propylparaben, Cl 77891, Cl 77492, Cl 77491, Cl 77499



      I pytanie do was: czy ten puder jest mineralny czy tylko mineralny udaje? W składach pudrów EDM nie znalazłam np. parabenów. Hmmmmmmmmm....

      Cena: 15,99/5g
      Dostępność: Drogerie Schlecker
      Ocena: 4/5

      środa, 24 sierpnia 2011

      2w1? Definicja Glam&Sexy Bell



      zdjęcie i opis produktu pochodzi
      ze strony producenta www.bell.com.pl
      Ponętne usta pokryte mokrą taflą koloru? Tak! To zasługa najnowszego hitu kosmetycznego GLAM&SEXY - pomadki dającej efekt pełnych, zmysłowo lśniących ust.
      Zawarty w niej aktywny kompleks „Maxi Lips” wspomagający wytwarzanie kolagenu i elastyny w skórze, widocznie powiększa usta, czyniąc je pełniejszymi nawet do 30%!
      Struktura pomadki wzbogacona o specjalnie dobrane estry silnie nabłyszcza i zmiękcza naskórek warg.
      Nowoczesna formuła żelowa pokrywa usta mokrym, lśniącym, subtelnym kolorem, nadając im intensywny połysk.
      Zawartość witaminy E, działa antystarzeniowo i nawilżająco, witamina C zmiękcza usta, zapobiega ich wysuszaniu. GLAM&SEXY to nowoczesne zestawienie trwałości pomadki z lekkością błyszczyka!
      Nie klei się, nie wysusza ust. Posiada delikatnie wyczuwalny słodki smak. Kusi malinowym zapachem.

      Jak już wspominałam lubię błyszczyki w pomadce (albo, jak kto woli pomadko-błyszczyki). Po przeczytaniu zachwytów na KWC musiałam, po prostu musiałam kupić Glam&Sexy (choć sama nazwa wydawała mi si infantylna). Pomadek z firm Bell używała moja mama, a ja podbierałam jej trochę jako szkrab, żeby wyczarować uśmiech od ucha do ucha (dosłownie :D).

      W internecie upatrzyłam sobie kolor 045- delikatny, zgaszony róż. Zakochałam się w tym "wirtualnym" odcieniu. Jednak "na żywo" przeżyłam szok. Mój wyśniony kolor okazał się wściekłym barbieróżem! Można się naprawdę nieźle zdziwić zamawiając przez internet :D.

      zdjęcie z www.bell.com.pl




      Ostatecznie przygarnęłam odcień 048. Na zdjęciu? Ciepły odcień różu, mieszany trochę z rudym. A na żywo? Ciemniejszy, ale chłodny róż z widocznymi srebrnymi drobinkami. Wrrrrrrr.






       Nie ukrywam, że kolorem jestem trochę rozczarowana. No, może nie samym odcieniem, ale tymi wszędobylskimi dyskotekowymi drobinkami. Co gorsza ma je każdy odcień- i czerwony 041 i karmelowy 050. O ile przy chłodnym różu czy beżu (jak np. 044, który miałam, ale zgubiłam) drobinki nie są aż tak rażące, to przy intensywniejszej czerwieni, czy ciepłym karmelu wyglądają po prostu tandetnie. Oj, Bell, powinieneś dostać po łapkach. Szkoda, bo to naprawdę bardzo przyjemny produkt.
      Niewielu producentom udaje się wypełnić swoje obietnice. Bell się udało (przynajmniej w większej części).

      Pomadka ma taką konsystencję roztapiającego się masła, jest naprawdę bardzo miękka (przez co niestety łatwo ją złamać). Używanie jej jest naprawdę przyjemne. Ponadto po jej użyciu usta faktycznie wydają się większe.
      Pokłony należą się Bell za umieszczenie w pomadce składników odżywiających i zmiękczających usta. Naprawdę, z takim działaniem pielęgnacyjnym nie spotkałam się przy żadnej pomadce. Znakomicie nawilża usta, nie podkreśla suchych skórek, zapobiega przesuszeniu- działa jak dobry balsam do ust.
      Lubię także jej zapach- słodka, malinowa Mamba.

      Minusy?
      - oczywiście SREBRNE DROBINKI w każdym odcieniu
      - opakowanie- tandetny róż, szybko złażą napisy (dlatego nie mogłam wkleić mojej pomadki- wygląda jak uosobienie nędzy i rozpaczy)
      - trwałość- raczej błyszczykowa bo około godziny, maksymalnie 1,5.

      Ciekawy produkt. Szkoda, że te choinkowe ozdoby pałętają się wszędzie. Działaniem pielęgnacyjnym Bell pobił wiele balsamów do ust (np. pomadki Nivea, Oeparol, nawet Bebe). Jak komuś nie przeszkadzają drobinki- polecam.

      Cena: ok. 11 zł/ 5g
      Dostępność: wyspy Bell, Drogerie Natura z szafami Bell, a jeżeli chodzi o Wrocław- DH Feniks i Pl. Zielńskiego stoisko Tanyo
      Ocena: 3,5-4/5

      wtorek, 23 sierpnia 2011

      Spieszmy się zakochiwać w LE, tak szybko znikają... Essence You Rock! baza pod cienie

      Z edycjami limitowanymi Essence mam pewien problem. Zazwyczaj, gdy pojawiają się zapowiedzi jestem cała w skowronkach. Początkowo chcę wszystko. Wiadomo- nowe, ciekawe... Z czasem mój entuzjazm zazwyczaj słabnie (zazwyczaj jest to spowodowane czasem, jaki minie zanim LE zostanie wprowadzona do polskich drogerii)... Z edycji limitowanej You Rock! nie miałam na nic specjalnej ochoty... No dobrze, może chciałam początkowo lakiery. Kiedy moja poprzednia baza pod cienie z Joko próbowała złamać mi rękę zostałam pod ścianą, bo bez bazy w lecie się nie ruszę (inaczej wszystko popłynie w siną dal).

      W Naturze przypadkiem przypomniałam sobie, że przecież Essence wypuściło bazę. Co prawda miała więcej negatywnych niż pozytywnych opinii... Mimo to zdecydowałam się ją kupić. I nie żałuję. Spełniła moje oczekiwania.


      Przede wszystkim zachwycił mnie jej aplikator. Po przejściach z wydobywaniem bazy Joko (paluchami, za paznokciami zawsze miałam połowę bazy), aplikacja Essence jest bajecznie łatwa. Klasyczna błyszczykowa "kluska" (grubsza co prawda, niż ta którą Essence ma choćby w błyszczykach XXL Nudes), najnormalniejszy w świecie aplikator. Jest to rozwiązanie ułatwiające życie i higieniczne.




      Baza jest dość rzadka. Rozprowadza się ją przyjemnie, zostawia silikonowy "ślisko-pudrowy" film. Ma złotą poświatę, nadaje połysk matowym cieniom (hmmm, wolałabym żeby tego nie robiła). Ładnie rozświetla powiekę, choć nie nosiłabym jej "solo", bez cieni.
      Baza nałożona na dłoń...
      i roztarta.... Nie wiedzieć czemu na zdjęciu wyszły
      różowe tony, w rzeczywistości jest beżowa

      A jak z trwałością? No, cóż za 10 zł nie oczekiwałam 12-godzinnego działania. Baza przedłuża trwałość cieni raczej średnio- trzymają się około 6 godzin. To całkiem przyzwoicie (choć na Joko wytrzymywały trochę dłużej).
      Po lewej: cień My Secret 508 (matowy) bez bazy
      Po prawej: cień z bazą
      Jestem zadowolona z tego produktu. Szkoda, że to LE (chociaż teraz ma wejść baza do asortymentu Essence- ciekawa jestem czy będzie to nowy produkt, czy baza YR w nowym opakowaniu)

      Cena: 9.99 zł/2,1 ml
      Dostępność: Drogerie Natura
      Ocena:3,5-4/5

      poniedziałek, 22 sierpnia 2011

      My Secret Dream Girl- dzienne kolory dla opornych

      Kiedy przeglądam blogi i filmy na YT mam ochotę się schować i nie wyłazić do końca życia. Dziewczyny wyczarowują niesamowite makijaże. To, jak duża część z nich potrafi bawić się kolorami wpędza mnie w kompleksy.

      Jestem makijażową łamagą, czego się nie wstydzę (będę oryginalna w tym tłumie świetnych, zdolnych blogerek-makijażystek). No trudno, nie urodziłam się z pędzlami zamiast palców. Cały czas ćwiczę, ale mój makijaż jest (delikatnie mówiąc) daleki od ideału.

      Z czym mam problemy? Przede wszystkim z doborem kolorów cieni do moich niebieskich oczu. Zawsze marzyłam o brązowych (do których pasuje każdy możliwy kolor cieni) albo zielonych (fioleeeeeet) oczach. No cóż...

      Po drugie jestem okularnicą. W dodatku krótkowidzem. Muszę sobie powiększać oko makijażem, bo inaczej się gdzieś "gubi". W dodatku bez okularów dokładnie rozcieranie cieni jest dość trudne. I jak w takich warunkach malować się jak człowiek?

      Odłóżmy moje "problemy" na bok. Tematem dzisiejszego wywodu jest paletka My Secret z limitowanej kolekcji Dream Girl na wiosnę 2011. Ja tę paletkę odkryłam dopiero w lipcu i zakochałam się. Wcześniej jakoś niespecjalnie mnie do niej ciągnęło, a tu bach! Wylądowała w koszyku i została na dłużej.

      Paleta składa się z 5 matowych cieni:

      • białego- najsłabiej napigmentowanego, niewidocznego na oku. Rzadko go używam, a jak już mi się zdarzy to wyłącznie jako cień bazowy na całą powiekę,
      • zielonego- soczysta zieleń z domieszką żółci
      • brązu- bez domieszki czerwieni (jak ten z paletki Porcelain Rose), sama czekolada, najlepiej napigmentowany
      • jasnego różu- dość ciepły odcień, z nutą brzoskwini
      • ciemnego różu- również ciepły odcień, trochę ceglany
      Idealne kolory do dziennego makijażu. Przy moich niebieskich oczach wyglądają naprawdę ciekawie. Choć zazwyczaj nie kupuję paletek (bo najczęściej jest tak, że podoba mi się jeden, góra 2 cienie), tak z tej jestem naprawdę zadowolona. Cienie mimo swojej suchości się nie osypują. Ponadto chcą współpracować i można je rozcierać bez problemu.

      A co mi się nie podoba?
      - trwałość- bez bazy znikają po 2 godzinach, na bazie około 6
      - edycja limitowana- pewnie niedługo znikną ze standów My Secret i będzie je można znaleźć jedynie w koszyku wyprzedażowym
      - tandetne opakowanie- lichy plastik, który w każdej chwili może "trzasnąć". Beznadziejny aplikator.
      Bardzo lubię tę paletkę, dzięki niej uwierzyłam, że mogę się malować i wyglądać, jak człowiek. Szkoda jednak, ze cienie są tak nietrwałe...

      Skład: Talc, Titanium Dioxide, Magnesium Stearate, Mica, Kaolin, Corn Starch, Trimetyhylol Hexyllactone Crosspolymer (and) Silica, Polyethylene, Cyclopentasiloxane and Cyclohexasiloxane, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Mica (and) Titanium Dioxide (and) Iron Oxides, [+/-] Cl 77019, Cl 77891, Cl 77-499, Cl 77-491, Cl 77-492

      Cena: 14,99/5g
      Dostępność: Drogerie Natura
      Ocena: 3,5/5

      niedziela, 21 sierpnia 2011

      Koralowy koktajl- Vipera Jumpy 179

      Nie przepadam za "wściekłymi" kolorami na paznokciach, ale w końcu jest lato i można trochę poszaleć.

      Lubię serię Jumpy firmy Vipera głównie ze względu na opakowania- malutkie, zawsze można je wcisnąć do napakowanej, jak krótki autobus w godzinach szczytu, kosmetyczki. Pojemność lakieru (5,5 ml) daje nadzieję na możliwość jego zużycia.
      Paleta kolorów w serii Jumpy jest imponująca- szarości, błękity, róże, zielenie, czerwienie. Do wyboru jest 80 kolorów, więc można poszaleć. Wybrałam 3 lakiery, dziś opiszę jeden z nich- mleczy koral (taki rozbielony pomarańcz z różowymi nutami), czyli nr 179.

      Do koloru nie mam zastrzeżeń- bardzo ciepły, napawający optymizmem. Kolor, jak wiadomo to jednak nie wszystko.

      Plusy:
      + lakier ma dobra konsystencję, nie ciągnie się, nie jest też zbyt rzadki
      + "klasyczny" pędzelek
      + szybko schnie- 3 warstwy do 30 minut
      + na paznokciach trzyma się około 4 dni

      Minusy:
      - dla pełnego krycia potrzebne są 3 warstwy
      - czasami ciężko znaleźć interesujący kolor na stoisku Vipery- grzebie się w plastikowej kuli pod czujnym okiem sprzedawczyni- nie przepadam, jak ktoś patrzy mi na ręce

      Bardzo lubię ten kolor, ładnie podkreśla opaleniznę i "wesoło" wygląda. Mam jednak zastrzeżenia do krycia.

      Cena: ok. 4 zł/5,5 ml
      Dostępność: stoiska firmowe Vipery, małe drogerie
      Ocena: 4/5

      sobota, 20 sierpnia 2011

      Policzki muśnięte słońcem- Joko Mineralny Puder Spiekany J06

      Kiedy opaliłam się na tyle żeby zamienić róż na puder brązujący (bronzujacy?) rozpoczęłam poszukiwania idealnego brązera. Przewertowałam sieć i uzbrojona w fachową wiedzę udałam się na łowy.
      Byłam chyba najbardziej marudną klientką w drogerii. Sprzedawczyni była bardzo cierpliwa i pokazywała mi wszystko co chciałam. Ten brązer to jej propozycja. Rzadko kiedy jestem zadowolona z doradztwa w drogeriach, ale tym razem zakup jest udany.

      Mineralny Puder Spiekany firmy Joko nie jest takim stricte brązerem. Zarówno w opisie tego produktu, jak i jego nazwie brak takiego określenia. Jednak moim zdaniem nie jest to puder, który nadaje się na całą twarz- jest bowiem delikatnie opalizujący i posiada mikrodrobinki. Do "odświeżenia" policzków sprawdza się świetnie.


      Co obiecuje producent?

      Pudry JOKO Mineral powstały na bazie oleju z orzechów macadamia i wyciągu z lilii białej. Dzięki temu nawilżają i wygładzają powierzchnię skóry. Szczególny wpływ na działanie pudru spiekanego ma wyciąg z lilii białej, która w naturze jest znana ze znakomitych właściwości oczyszczania wód. Wyciąg z lilii sprawia, że skóra staje się gładka i oczyszczona. Co więcej lilia wykazuje działanie przeciwrodnikowe i zapewnia ochronę skóry. Kryształki minerałów zawarte w pudrach JOKO Mineral odbijają i rozpraszają światło, dzięki czemu cera jest promienna i nabiera młodzieńczego wyglądu. 
      opis i zdjęcie pochodzi ze strony www.joko.pl



      Wyjątkowo odpowiada mi ten puder. Cera po jego nałożeniu wygląda na świeżą i wypoczętą. W dodatku jest jasnobrązowy (nie pomarańczowy), dobrze się nakłada (nie robi placków, jak np. brązer My Secret.), jest miękki i się nie pyli. Dość długotrwały- około 6 godzin.
      Jakieś minusy? Tak dwa, dość poważne. 
      - Puder nieprzyjemnie pachnie- zjełczały pudrowy zapach (szybko się ulatania, ale zawsze...)
      - Opakowanie- niby fajne, solidne, ale jakby zbyt "odporne"? Otwieranie tego pudru morduje lakier na paznokciach i same paznokcie. Trzeba opracować technikę jego otwierania, bo inaczej pfffff i manicure poszedł się bujać.

      Czy to puder mineralny? Chyba bardziej "mineralizowany" niż mineralny (bo z tego co się orientuję w pudrze mineralnym nie powinno być parafiny i konserwantów).


      Cena: ok. 25 zł/8g
      Dostępność: kupiłam go w małej niesieciowej drogerii poza Wrocławiem, radzę szukać w mniejszych drogeriach.
      Ocena: 4/5

      piątek, 19 sierpnia 2011

      Rozdają, to czemu nie skorzystać? Prozerpine i Kleopatre

      Rozdanie u Prozerpine- La Rosa
      Prozerpine przygotowała dla nas zestaw kosmetyków La Rosa, w skład którego wchodzą dwa cienie mineralne (w  odcieniach: Lapis i Aragonite) oraz wysuszacz i nabłyszczacz do lakieru w jednym.
      Zgłaszać można się tu: KLIK
      Liczę że mi się poszczęści, bo mineralne kosmetyki widziałam tyle, co świnia niebo.

      ***
      Rozdanie u Kleopatre- Olay
      Paznokciowa czarodziejka Kleopatre daje szansę na zdobycie kosmetyków Olay. W skład zestawu wchodzi:
      • OLAY Active Hydrating Krem na noc
      • OLAY Active Hydrating Emulsja aktywnie nawilżająca dla cery suchej, normalnej i mieszanej  
      Zgłaszać można się tu: KLIK

      ***
      Mam nadzieję, że kiedyś mi się uda coś wygrać.


      Czuję miętę?- Eveline Colour Instant 625


      Oswajamy miętę, jeden z modniejszych kolorów tego (i poprzedniego też) lata. Z miętowym kolorem miałam pewien problem- a to jeden lakier był zbyt zielony, inny z kolei bardziej przypominał niebieski... I tak sobie krążyłam dookoła tematu mięty na paznokciach. Aż wreszcie przy okazji zakupów w Biedronce chwyciłam lakier Eveline.

      O lakierach tej firmy słyszałam (czytałam) dużo dobrego- szczególnie o serii Colour Show. Moje pierwsze podejście do lakierów Eveline skończyło się niezbyt dobrze- niekryjący beż z czerwonym shimmerem z serii Gold Colours zdecydowanie nie podbił mojego serca. Ale nie ma się co zrażać, drugą szansę warto czasem dać.

      Niestety lakier z Colour Instant zawiódł na całej linii. Dobrze, może nie na całej, bo perłowa mięta jest naprawdę śliczna i bardzo pasuje do letniej atmosfery. O, znalazłam jeszcze jeden plus- szybko schnie (godzina na 4 warstwy to całkiem nieźle). No i pędzelek- zwykły, klasyczny bez udziwnień.

      Teraz może w telegraficznym skrócie minusy:
      - rzadka konsystencja- bardzo ciężko rozprowadzić go równomiernie na paznokciu, robi smugi
      - bardzo słabo kryjący- 3 warstwy kryją przyzwoicie, ale pewniej czuję się z 4 (szok, jeszcze żadnym lakierem nie musiałam malować tylu warstw)
      - średnio trwały- zaczyna złazić na drugi dzień

      Szczerze? Zniechęciłam się do lakierów Eveline. Może jeszcze kiedyś dam jakiemuś szansę, na razie jestem na zdecydowane nie, mimo że paleta kolorów kusi swoim bogactwem.

      Cena: 5,99 zł (Biedronka), 8 zł (małe drogerie)
      Gdzie: mniejsze drogerie, spotkałam na razie wyłącznie w niesieciowych
      Ocena: 2,5/5

      czwartek, 18 sierpnia 2011

      Chronić usta latem? Lips Sun- sztyft na słońce SPF 30


      Jako balsamomaniaczka dojrzałam tego lata do decyzji, że trzeba "filtrować" usta. Nie wiedziałam, gdzie kupić pomadkę z flitem za niewielkie pieniądze (chodziły słuchy o słonecznej Bebe, której nigdzie nie widziałam, a teraz dopiero znalazłam w Super-Pharm). Przy okazji zamówienia na doz.pl rzucił mi się w oczy sztyft Lips. Nie znalazłam na jego temat żadnych opinii, ale postanowiłam zaryzykować. No cóż...

      Co obiecuje producent?
      Lips Sun sztyft do ust intensywnie nawilża oraz chroni skórę ust przed szkodliwym działaniem promieni słonecznych, wiatrem oraz solą morską. Tworzy przezroczysty filtr, dzięki czemu długotrwale zapobiega ponownemu wysuszeniu ust. Wysoki film anty-UV na poziomie 30 SPF pozwala zabezpieczyć przed słonecznym oparzeniem także inne wrażliwe miejsca: nos, policzki, uszy. Dzięki zawartości witaminy E i oleju z nasion bawełny sztyft natychmiast koi i zmiękcza suche, spierzchnięte usta, regeneruje pęknięcia i odżywia skórę. Sztyftem Lips Sun zalecane jest także punktowe zabezpieczanie m.in. znamion, pieprzyków, blizn, które nie powinny być opalane. Lips Sun ma orzeźwiając, cytrusowy aromat.

      Moje obserwacje:
      Od razu zaznaczam, że sztyftu używałam tylko i wyłącznie na usta, bo w takim celu go kupiłam. Koszmar- wysusza je! Producent zaleca wielokrotną aplikację w ciągu dnia- smaruję usta tak góra 3 razy. Mam tak suchą górną wargę, że się wścieknę. Zachciało się filtrów, to się teraz ma problem. Trzeba było zostać przy zwykłej pomadce Nivea, która choć nie nawilża, to większych szkód nie robi. Jedynymi plusami tego sztyftu są: zapach- identyczny, jak cytrynowa Mamba, opakowanie, z którego nie starły się napisy i to, że sztyft nie roluje się na ustach.


      Skład: Isostearyl Isostearate, Cera Alba, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Lanolin, Candelilla Cera, Gossypium Herbaceum Seed Oil, Ethoxydiglycol Oleate, Diethylamino Hydroxybenzoyl Hexylbenzoate, Copernica Cerifera Wax, Hydrogenated Palm Kernel Glycerides, Hydrogenated Palm Glycerides, Ozokerite, Bis-Diglyceryl Polyacyladipate-2, Paraffinum Liquidum, Lanolin Alcohol, Ethylhexyl Triazone, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Alumina, Stearic Acid, Ricinus Communis Oil, BHT, Parfum, Limonene, Linalool, Citral, Tocopheryl Acetate, Ethyl/VA Copolymer, Propylparaben, CI 77891

       Cena: ok. 9 zł/3,6 g
      Dostępność: zamówienie przez doz.pl, apteki wymienione na stronie: http://pharmacylaboratories.com/gdzie_kupic.php
      Ocena: 2/5

      środa, 17 sierpnia 2011

      Kryj się! Korektor antybakteryjny My Secret Fast Cover-Up


      zdjęcie pochodzi z www.mysecret.com.pl

      Jestem tajemniczą kobietą i wiele rzeczy ukrywam. Zazwyczaj są to różnego rodzaju niespodzianki na twarzy (bo język mam dłuższy niż ustawa przewiduje i wszystko wygadam, więc dochowywać tajemnic nie umiem). A że moja cera jest dość niesympatyczna i często wywołuje histerię z rana postanowiłam się z nią rozprawić.

      Korektor My Secret nabyłam przypadkiem (jak wszystkie inne kosmetyki :D). Byłam  zniesmaczona brązerem, błyszczykami i lakierem tej firmy, ale korektora potrzebowałam na gwałt. Był jednak mały problem. Naprawdę nie wiem, dla kogo te firmy kosmetyczne produkują kolorówkę. Jak nie pomarańczowe podkłady, to bardzo ciemne odcienie. I weź ty, blada twarz, sobie coś dopasuj. Wybrałam odcień 02, bo 01 zalatywała pomarańczą. 02 jest trochę ziemiste, ale jak się opalę (lato!), to od biedy się wtapia. Do wyboru są 4 odcienie beżu i zieleń.


      Korektor jest konkretny. Dość kremowy, miękki (ale nie ciapa), mocno kryjący i trwały (około 6 godzin bez poprawek). Ciężka artyleria do walki z "niespodziankami"- podsusza je i zakrywa. Ładnie kryje rozszerzone pory (pomalowałam korektorem cały nos i byłam zadowolona z krycia), ale ze względu na wysuszające działanie nakładam go raczej tylko punktowo.

      Teraz będzie zdjęcie z gatunku "niesmacznych", dlatego wszystkie "obrzydliwe" osoby i dzieci poniżej lat 12 proszone są o opuszczenie strony. Oto "niedoskonałość" saute:
      I po potraktowaniu jej korektorem:

      Jest mała różnica, prawda?

      Naprawdę polecam ten korektor. Jeżeli znajdziecie odcień dla siebie- warto spróbować.

      Cena: 9,99/4,8g
      Gdzie?: Drogerie Natura
      Moja ocena: 4,5-5/5


      Gadżet na lato, czyli H&M Body Splash


      Wiecie jak to jest w sklepach. Wyprzedaże+długie kolejki do kas= nie do końca przemyślane zakupy. Tak mniej więcej wyglądała historia kupna tej mgiełki.

      Wszystkie magazyny urodowe grzmią, żeby w lecie nie używac perfum, bo:
      a) otoczenie umrze,
      b) możemy dostać przebarwień.
      Wszyscy jak jeden mąż polecając zrezygnować z cięższego kalibru, na rzecz mgiełek. No super, cudownie, tylko skąd je wziąć?
      Przez długi czas w polskich drogeriach ciężko było trafić na coś sensownego w rozsądnej cenie. Miała mgiełki Natura (Fruttin, bardzo słodkie i oblepiające), pojawiały się też czasem w Carrefourze (konkretnie jedna, bo zielona herbata). Ale mgiełek było jak na lekarstwo.
      Można było (i nadal można) zamówić mgiełki przez konsultantkę Avon- oni mają kilka rodzajów (z granatem- polecam). Nie każdy lubi jednak zamawiać zapach (albo kosmetyki w ogóle) w ciemno.
      Niedawno w polskich sklepach pojawiły się mgiełki Playboy- no nareszcie coś sensownego... I nie tylko owocowego.

      Rzadko kupuję kosmetyki w H&M. O ile lakiery mają przyjemne, tak balsam do ust tragiczny. Kosmetyków mają całkiem sporo i czasami ciężko się powstrzymać. Tak było i tym razem.
      H&M wprowadził tej wiosny rozmaite "sezonowe" mgiełki w 2 pojemnościach (maluch, 45 ml i większe 90 ml (??)). Z cyklu maluchów spotkałam się z trzema zapachami (może jest ich więcej):
      • Ginger&Vanilla
      • Spring Blossom
      • White Flower
      Za 45 ml H&M liczył sobie 6,90 zł. W ramach wyprzedaży zapachy zostały przecenione na 5 zł. Niby nic, ale zawsze 2 zł na bilet w kieszeni :).

      Wybrałam wersję Ginger&Vanilla. Lubię imbir, lubię wanilię i byłam niesamowicie ciekawa, jak H&M połączył dwie nuty zapachowe, które jednoznacznie kojarzą mi się z zimą. Zapach przypomina... "aromat strachu" u dentysty. Serio, kojarzy mi się ze stomatologiem :D. Wanilia w tym duecie jest słodka, ale delikatna. Imbir- niby ostra nuta się gdzieś kręci, ale mocno "rozwodniona". Nawet podoba mi się to dziwne połączenie. Zapach jest raczej krótkotrwały, wyczuwam go około 2 godzin.

      Mgiełka ma dobry "rozpylacz"- nie psika strumieniem w jedno miejsce, ale tworzy taką "chmurkę" o dość dużej powierzchni. Podoba mi się także pojemność- takiego malca można nosić ze sobą w torebce, bez nadmiernego jej obciążenia.

      Jeżeli szukacie mgiełki na ostatnie dni lata, wybierzcie się do H&M, a może coś znajdziecie dla siebie.

      wtorek, 16 sierpnia 2011

      Miss Sporty, Oh! Blushed Again..., czyli róż(nie) bywa...


      Zawsze uważałam, że róż jest kosmetykiem dla starych bab, dopóki nie kupiłam swojego. Dziś w programie- Miss Sporty Oh! Blushed Again 002 Rose- czyli jak się dziewczęco zarumienić.

      Kolor 002 Rose w opakowaniu wydaje się ciepłym odcieniem, lekko wpadającym w brzoskwinię z delikatnymi drobinkami. Oczywiście mój aparat nie chce oddać koloru (głupek). Na twarzy kolor jest jednak bardzo chłodny- można się więc naciąć.
      Plusy:
      + cena (10 zł)
      + dostępność (Rossmann, Schlecker, Tesco)
      + fajna paleta kolorów- i ciepłe i chłodne odcienie
      + drobinki są niewidoczne na twarzy
      + dobrze się nakłada, nie robi placków
      + nie pyli się
      + całkiem przyjemna pigmentacja- wystarczy kilka razy przejechać pędzlem, nie trzeba aplikować połowy opakowania, żeby coś było widoczne
      + wydajność- używam od roku, dość często. Choć opakowanie jest niewielkie produkt jest diabelnie wydajny

      Minus:
      - opakowanie- plastikowy "krążek" ze zdejmowaną pokrywką (którą łatwo zgubić)
      - niezbyt przyjemny zapach, który na szczęście czuć tylko w opakowaniu
      - średnia trwałość- po 3 godzinach konieczne są poprawki

      Moim zdaniem to idealny produkt na pierwszy róż. Delikatny, świeży efekt, łatwa aplikacja, kolory dla każdego... Tylko opakowanie mogło by być ciut lepsze. Może nie jest to mój faworyt, niemniej bardzo go lubię.

      A wy macie jakiś ulubiony róż?

      poniedziałek, 15 sierpnia 2011

      Pomadka czy błyszczyk? A może jedno i drugie?

      Uwielbiam kosmetyki do ust. Co rusz kupuję coś nowego. A to nową pomadkę, a to błyszczyk, wazelinę, balsam do ust... Jako patentowany leń chciałabym mieć wszystko od razu bez zbytniego wysiłku. Dlatego przepadam za produktami wielofunkcyjnymi (taaaaa, jak coś jest do wszystkiego to zazwyczaj jest do d.)

      Mimo mojej ciekawskiej "kosmetycznie" natury jest produkt, do którego będę wracała.

      Pomadko-błyszczyk Celii to mój prywatny, ukochany KWC. Polska, niezbyt popularna firma stworzyła kosmetyk genialny.
      Pomadko-błyszczyk (bo o nim będzie mowa) to według producenta produkt łączący zalety pomadki i błyszczyka (błyszczyku?). Lekka formuła z witaminami o winogronowym zapachu? Coś dla mnie.

      Przede wszystkim zakochałam się w opakowaniu- solidne, metalowe w kolorze starego złota. Nie znam innych pomadek za 10 zł w tak porządnym opakowaniu. Choćby dla niego warto ją kupić :D

      Konsystencja, tak jak obiecuje producent jest lekka, daleko jej do kremowej. Pomadka łatwo się rozprowadza.

      Paleta kolorów także jest obiecująca. Kiedy kupowałam pomadkę było ich zaledwie 9 (od jasnych róży, przez brzoskwinkę po czerwień). Na wiosnę wprowadzono kolejnych 7 kolorów (którym przyjrzę się przy najbliższej okazji). Ja wybrałam nr 507- czyli taką brzoskwinkę (niby modną w tym sezonie- wszyscy biegają w pomarańczach). Kolor jest półtransparentny i ma delikatne srebrnawe drobinki niewyczuwalne na ustach. Nie przepadam za pomadkami z drobinkami, ale te są naprawdę delikatne.

      Kolejnym plusem jest "działanie"- pomadka nie wysusza, chroni przed pękaniem ust, ale podkreśla trochę suche skórki (niestety).

      Największym jej minusem jest zapach- chemiczny, winogronowy. Smak jest słodki, ale również chemiczny. Jestem to jej w stanie wybaczyć.




      Naprawdę świetny kosmetyk w przystępnej cenie. Na pewno kupię ponownie.

      Początki bywają trudne, schody zaczynają się jednak potem.

      Hej, dzień dobry, cześć, czy jak kto tam woli.

      Długo myślałam nad założeniem bloga. Raz byłam zdecydowana, innym razem rezygnowałam z ostatniej chwili. Dlaczego? Właściwie nie wiem. Głównym powodem był może brak pomysłu na bloga, jakiego chciałabym prowadzić. Tysiąc lat temu prowadziłam bloga po tematyce "życiowej" (miałam 15 lat i wydawało mi się, że jestem niesamowicie dojrzała) :D. Teraz będę pisać na tematy różne, czasami tylko kosmetyczne. Chyba.

      Zobaczymy na ile będę miała motywacji żeby coś skrobnąć od czasu do czasu.

      Mam nadzieję, że przyjmiecie mnie, zagubioną owieczkę na łono porządnych blogerów :).



      Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...