Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

wtorek, 16 sierpnia 2016

Lato, lato (zawsze) wszędzie? Shiseido UV Protective Liquid Foundation SP30 Light Ochre

Chociaż w ostatnich dniach o tym, że jest lato, musimy się upewniać zerkając w kalendarz, to jednak nadal trwa sierpień, będący niewątpliwie miesiącem wakacyjnym. Pomimo tego, iż niektórzy już powyciągali botki i płaszcze, nadal trwa astronomiczne lato - nie porzucajmy jeszcze kosmetyków przeciwsłonecznych! Teoretycznie chronić naszą skórę powinniśmy przez cały rok, ale nie czarujmy się - wiele z nas o odpowiednim zabezpieczeniu pamięta wyłącznie latem. 

Filtry nie cieszą się wielką popularnością z uwagi na uciążliwość w ich stosowaniu. Poza największymi maniaczkami pielęgnacji skóry, które przykładają do stosowania ochrony przeciwsłonecznej ogromną wagę niezależnie od pory roku, znaczna część z nas miewa w tej kwestii zrywy. Najczęstsza wymówka przy kremach z filtrem? Makijaż - i to zarówno odnośnie wyglądu skóry (głównie świecenia), jak i kwestii destabilizacji substancji ochronnych przez składniki kosmetyków kolorowych. Skoro nie można mieć wszystkiego, leniuszek pominie filtr i nałoży fluid. Czy wybór jest rzeczywiście nieunikniony?

Koreańskie kremy BB z wysoką ochroną przeciwsłoneczną i ich popularność, wskazują, że nie trzeba z niczego rezygnować. Kosmetyki kolorowe z filtrami można znaleźć jednak nie tylko na Ebay. Mimo tego, że wsród drogeryjnych podkładów królują produkty z spf 15, dostępne są dłużej chroniące kosmetyki kolorowe. Tak jak bohater dzisiejszej notki - Shiseido UV Protective Liquid Foundation z SPF 30 - podkład, który miał u mnie swoje upadki i wzloty (w takiej kolejności). Kupiłam go, a następnie porzuciłam w zesżłym roku, by wreszcie oswoić go tego lata w ramach karnej akcji "niczego nie kupisz, dopóki nie zużyjesz tego, co masz".
Koń jest taki, jak każdy widzi: smerfnie niebieski. Jak na podkład z wyższej półki przystało, Shiseido jest dodatkowo zabezpieczony kartonikiem (niewiele podkładów z drogeryjnych zawinięto w porcję makulatury). Opakowanie pełni nie tylko rolę dekoracyjną ochronną (przed macaczami), ale służy również za mieszkanie dla dodatkowego wyposażenia - gąbeczki. To dopiero jest bajer! Ale po kolei. 

Zasadniczo, z punktu widzenia aplikatora, można wyróżnić trzy typy płynnych podkładów: akuratne, za ciężkie i za lekkie. Te, które są w sam raz, są sprzedawane z ułatwiającym życie dozownikiem i na tym kończy się filozofia. W sytuacjach, gdy formuła odbiega od "normy", producenci zaczynają kombinować. Double Wear z Estee Lauder podobno nie ma pompki, bo jest tak ciężki (z podobnej przyczyny pompki nie miał Revlon Colorstay; teraz się to zmieniło). Shiseido nie ma pompki, bo jest bardzo płynny, wodnisty. Na szczęście producent zwieńczył butelkę dzióbkiem, który pozwala nie wylać na siebie całej zawartości opakowania. Dodatkowo dorzucił do środka kulkę (założenie; nie wiem, jakiego kształtu jest to "coś"), która pozwala na rozmieszanie pigmentu.

Sprzedawana z podkładem gąbeczka to chyba tylko sugestia odnośnie sposobu aplikacji. Zrezygnuj z palców, nie bierz pędzla, złap się za gąbkę! Tylko nie za tę, ta się do niczego nie nadaje i z miejsca może powędrować do śmietnika. Próba nałożenia podkładu tą gąbką skończyła się tym, że wypiła ona porcję podkładu, a twarz pozostała goła. Cóż, zdarza się.


Jak wspomniałam przy okazji opisu opakowania, podkład jest bardzo rzadki i wypada go nakładać gąbką. Raczej aplikatorem w guście Beautyblendera niż klasyczną gąbeczką - trójkątem . Narzędzie służące do aplikacji tego kosmetyku jest niestety kluczową kwestią. Nałożony palcami wygląda zwyczajnie źle, bardzo brzydko podkreśla strukturę skóry, ze szczególnym upodobaniem tworzy na nosie podkładowe piegi. Potrafi się też zebrać w zabawny sposób, wcale nie w załamaniach i zmarszczkach - Jaś Wędrowniczek się znalazł. Z pędzlem jest odrobinę lepiej, ale dopiero gąbka-jajko, którą można porządnie wcisnąć kosmetyk w skórę, sprawia, że cera, nawet niezbyt idealna, wygląda dobrze. W połączeniu z pudrem-magikiem, który lekko tuszuje pory, jest wręcz bajecznie. Gąbka zapewnia też mocniejsze krycie, przy jednoczesnym braku efektu tynku.

Słoneczny Shiseido uchodzi za jeden z trwalszych podkładów. Producent obiecuje jego wysoką wodoodporność. Tutaj trochę poległam z testem, bo jako osoba, która od 2 lat słowo "urlop" widuje tylko w słowniku (no dobra, na zdjęciach na Instagramie), nie miałam szansy wypróbować go w basenie, czy innym morzu. Niemniej, muszę przyznać, że nie rusza go spływający po twarzy pot. Jeżeli jednak cera produkuje trochę większe ilości sebum, warto kontrolować błysk, bo w ekstremalnych podkład potrafi lekko zjechać z brody i nosa. Zasadniczo jest jednak trwały i nie ściera się zbytnio - np. nie znika zupełnie w okolicach nosków okularów.

Podkład zawiera w sobie spf 30 i sprawia, że cera opala się wolniej. Jestem leniem i z wielką radością z chęcią odpuszczę sobie poranną gimnastykę z kremem z filtrem i podkładem, jeżeli mogę załatwić sprawę za jednym zamachem. Ucierpiał na tym dekolt - z wielką chęcią smarowałam twarz Shiseido, zupełnie zapominając o zmianie tubki i aplikacji czegoś na resztę miejsc wystawionych na ekspozycję słoneczną. Efekt? Twarz i szyja sporo jaśniejsze od dekoltu i ramion. 

Gama kolorystyczna nie należy do mocnych atrybutów tego kosmetyku. W naszym kraju Shiseido oferuje 4 odcienie, do wyboru są ciemne i... ciemniejsze. Najwidoczniej założono, że podkładu z filtrem - w domyśle na wakacje - szukają osoby już lekko muśnięte słońcem. Porażająca logika. Producent jawnie dyskryminuje blade twarze. Odcień, który posiadam, czyli Light Ochre, wydaje się być najjaśniejszy z całego towarzystwa (wypada blado nawet przy niższych, niedostępnych u nas, numerach) i, stety albo nie, najbardziej żółty. Kurczaczki wielkanocne nie są tak żółte jak on. Jeżeli gama Bourjois Healthy Mix wydawała Ci się jajecznicą, to informuję, że przy takim HM nr 51 przy Light Ochre to jajecznica z marketowych jajek niskiej klasy. Dla mojej cery w lecie jest wręcz idealny, ale bardziej beżowe osoby będą niepocieszon.
Na górze: Shiseido
Na dole: Bourjois Healthy Mix nr 51
Mam pewien problem z tym podkładem. To nie jest kosmetyk, który z urzędu prezentuje się znakomicie; trzeba znaleźć na niego sposób. Szczerze? Jest to odrobinę rozczarowujące, gdy dość drogi podkład "nie chce wyglądać" - nie każdy ma arsenał narzędzi do aplikacji makijażu, czas i chęci na walkę. Mnie ostatecznie udało się okiełznać Shiseido, nawet żałuję, że już go kończę. Czy kupię ponownie? Nie wiem.


Skład: Aqua, Dimethicone, Titanium Dioxide (CI 77891), Titanium Dioxide (nano), Trimethylsiloxysilicate, Isododecane, Polymethyl Methacrylate, Iron Oxides (CI 77492), Cyclomethicone, SD Alcohol 40-B (Alcohol Denat), Ethylhexyl Methoxycinnamate, PEG/PPG-19/19 Dimethicone, Hydrogenated Polyisobutene, Iron Oxides (CI 77491), Bis-Butyldimethicone Polyglyceryl-3, Aluminium Hydroxide, Aluminium Distearate, Phenoxyethanol. Isostearic Acid, Alumina, Triethoxycaprylylsilane, Trisodium EDTA, Iron Oxides (CI 77499), Silica, Pafum, PEG/PPG-14/7 Dimethyl Ether, Polysilicone-2, Alcohol, Sodium Magnesium Silicate, Hydrated Silica, Butylene Glycol, Glycerin, Tocopherol, Limonene, Linalool, Mica, Saxifraga Sarmentosa Extract, Distearyldimonium Chloride, Butylphenyl Methylpropional, Benzyl Benzoate, Hexyl Cinnamal, BHT, Eugenol, Geraniol, Syzygium Jambos Leaf Extract, Hydrogen Dimethicone, Sodium Hyaluronate, Tin Oxide, Sophora Angustifolia Root Extract.

Cena: od 90 do 170 zł/30 ml
Dostępność: Douglas, Sephora, iperfumy.pl, tagomago.pl, perfumesco.pl, dolce.pl
Ocena: 4/5

niedziela, 10 lipca 2016

Mój pierwszy cukierek...


Pamiętacie tę reklamę z dziadkiem i Werther's Original? Zawsze współczułam temu chłopcu, że dziadek nie poczęstował go michałkiem tylko taką twardą landrynką w obrzydliwym kolorze. Ale co się dziwię, mój wciskał mi miętowe cukierki, które babcia kupowała mu, żeby zabić woń papierosów. Właściwie to była taka mała transakcja, z  której obie strony były zadowolone - ja zjadałam cukierki, dziadek zabierał z mojego talerza nadprogramowego kotleta, gdy babcia wieszała pranie :). Mniejsza o to. Przypomniałam sobie o tej reklamie, gdy zamawiałam pudełko subskrypcyjne. Pierwszy raz w życiu.

Nigdy wcześniej nie miałam specjalnej ochoty na zamawianie kota w worku (tak, wiem, że niektóre marki ujawniają zawartość pudełek wcześniej) - z pewnością chciałybyście zobaczyć moją minę, gdybym za 70 zł otrzymała krem do stóp, czerwony lakier i saszetkę luksusowego kremu, którym mogłabym sobie wysmarować pół palca (przy dobrych wiatrach). Zawsze jednak lubiłam oglądać te wszystkie filmy z otwierania tych paczek-niespodzianek. Często utwierdzałam się w przekonaniu, że dobrze robię nie zamawiając żadnej subskrypcji. Jednak rynek pudełek cały czas się rozwija i już nie jesteśmy skazane na oferty, w których królują wyłącznie drogeryjne kosmetyki, po które nikt z własnej woli nie chce sięgnąć, a firma chce je jakoś opchnąć. Jasne, w ten sposób też można trafić na perełkę.

Filozofia Naturalnie z pudełka przemówiła do mnie właściwie w momencie startu tego pomysłu - nie zgrała mi tylko cena. 89 zł z przesyłką to naprawdę dużo - może to trochę pokrętne, ale 79 zł jakoś bym przełknęła, ale przy 89 zł widzę zielony banknot wyfruwający ochoczo z portfela. Raz się żyje, uznałam, że należy mi się jakaś nagroda i zamówiłam NzP. Lipcowa edycja została skomponowana z myślą o wakacjach - podoba mi się taki temat przewodni.


Saszetka żelu pod prysznic oraz balsam do ciała marki Speick - ręce mi opadły, gdy przeczytałam, że kogoś zniechęciły próbki z niemieckimi napisami. Serio? Przecież to tylko próbki, one niczego nikomu nie zrobiły. Dali - źle. Nie daliby - jeszcze gorzej. Nie dogodzisz. Zużyję, o ile wcześniej gdzieś ich nie posieję - próbki w saszetkach mają dziwną tendencję do znikania w niewyjaśnionych okolicznościach.


Sól do kąpieli z lawendą i zieloną herbatą z Fresh&Natural - marka, która pojawiła się i podbiła serca blogerek swoimi peelingami, zniknęła nagle, by teraz powrócić. Zużyłam już zawartość tego opakowania - nie poczułam się specjalnie zrelaksowana, gdy po kąpieli musiałam bardzo dokładnie zaganiać wszystkie herbaciane farfocle do odpływu.


Your Natural Side Witamina E serum - pierwszy konkret. Zrzedła mi mina, gdy zobaczyłam, że to serum z witaminą E, jeszcze bardziej posmutniałam, gdy zerknęłam na skład. Za witaminę E rozpuszczoną w oleju słonecznikowym firma życzy sobie 30 zł. Za 10 ml! Na uwagę zasługuje fakt, że produkt jest tak gęsty, że pipeta w ogóle nie może go nabrać, o rozprowadzeniu na skórze można zapomnieć. W dodatku zapach jest torturą dla nosa. Prawdę powiedziawszy, bardziej ucieszyły mnie ulotki tej marki, w których zostały opisane właściwości olei. A serum? Myślę, że wysłanie go tam, skąd przybyło (z Argentyny, hu, hu!) byłoby dość kosztowne, więc zmieszam z czymś równie lubianym i wysmaruję skórę na szyi.

Cena: 29,99 zł/10 ml


Pixie Cosmetics Mega Matte Kapok Tree Powder - Alieneczka wspominała, że ten puder wart jest uwagi. Po zapoznaniu się z opisem właściwości, zastanawiałam się, co siedzi w środku. Drogie panie, ten kapok zrobiony jest z celulozy.  Ciekawa jestem, ostatkiem sił próbuję się przekonać, że powinnam zużyć niedawno otwarty puder Lirene.

Cena: 39,90 zł/3,5 g


Mydło Speick o "unikalnym zapachu" - mały, ale wariat. To maleństwo sprawiło, że całe pudełko pachniało jak sklep z indyjskimi kosmetykami. Rozmiar hotelowy, w sam raz do wrzucenia do podróżnej kosmetyczki.

Cena: 1,19 zł/13,5 g


Pixie Cosmetics Pędzel do makijażu 2in1 Concealer Brush - na początku mały zgrzyt: o ile mi wiadomo, pędzle Pixie sprzedawane są w pudełkach - nie żebym się kłóciła o kawałek tektury, ale miałam wrażenie, że dostałam coś "otwartego". Z drugiej strony zapewne gabaryt Naturalnie z pudełka nie pozwoliłby na upchnięcie nieporęcznego kartonika. 
Pędzel jest dość ciekawy, chociaż nie do końca jestem przekonana o tym, czy rozwiązanie ze zdejmowaną nasadką się sprawdzi - otwór mógłby być odrobinę szerszy. Zminiaturyzowana wersja flat topa i kuleczka mogą sprawdzić się nie tylko do korektora - korci mnie, żeby tym płaskim zaaplikować cień na całą powiekę.

Cena: 122 zł


Fresh&Natural Tropikalny solny peeling do ciała - cieszy mnie obecność peelingu tej marki w pudełku. Chociaż wolałabym cukrowy malinowy, to jednak nie wpisywałby się (dyskusyjne) w wakacyjne klimaty tak jak tropikalny. Od paru miesięcy używam rękawicy Kessa i czarnego mydła, ale może wyślę te produkty na mały urlop :).

Cena: 29,90 zł/200 ml

W cenie 89 zł otrzymałam produkty o wartości około 223 zł. Imponujące. Teoretycznie, bo towar jest wart tyle, ile klient chciałby za niego zapłacić. O ile nie kwestionuję ceny mydełka, peelingu, czy pudru, tak z pewnością nie kupiłabym tego serum za żądaną kwotę, a i za pędzel nie zapłaciłabym więcej niż kilkadziesiąt złotych. 

Jak to mówią: pierwsze koty za płoty. Nie jestem przesadnie zachwycona pudełkiem, ale zadowala mnie jego zawartość. Do tego stopnia, że poważnie myślę nad kolejnym - może znów postawię na Naturalnie z pudełka, a może wybiorę coś innego. Jakie są wasze przygody związane z pudełkami? Które polecacie, a które odradzacie?

środa, 22 czerwca 2016

Kocha, nie kocha. The Body Shop Camomile Sumptous Cleansing Butter

Dobry makijaż powinien być trwały. Przyznajcie, że znacznie lepiej czujecie się w sytuacji, gdy nie musicie co pół godziny biegać do łazienki w celu kontroli stanu twarzy. Miło jest, gdy cień się nie roluje, tusz nie osypuje, a pomadka nie zjada. Dlatego też często stawiamy na produkty o przedłużonej trwałości. Zwłaszcza teraz, w miesiącach, gdy słupki rtęci w termometrach szybują w kosmos, cenne są produkty, które nie spłyną z pierwszą kroplą potu. Ale coś za coś. Nałożenie grubego tynku i zaszpachlowanie go często prowadzi do tego, że wieczorem do łazienki trzeba przytargać kontener na odpady zmieszane z osiedlowego śmietnika i koniec końców skończyć z twarzą w krowie łaty i oczami jak królik.

Nie, nie, nie!

Teraz na topie są olejki do demakijażu, ale postanowiłam odkurzyć trochę temat maseł - w czasach,  gdy po ziemi biegały dinozaury (czyli jakieś dwa lata temu), dziewczyny zachwyciły się usuwaniem makijażu za pomocą produktów kremowych. Wiele wzdychało do niedostępnej w Polsce Emmy Hardie, zadowalając się Clinique. W tym segmencie jest jeszcze jeden produkt, który jednak nie zyskał tak szerokiego grona fanów, może z uwagi na niezbyt dobrą dostępność marki The Body Shop.  Sumptous Cleansing Butter jest z tego towarzystwa najtańszy.

Masło The Body Shop mieści się w estetycznej, metalowej puszce. Opakowanie jest wytrzymałe, jednak nie należy do najwygodniejszych - puszka jest dość płaska, przez co czasem ciężko ją odkręcić, gdy ma się krótkie palce i włożyło się wcześniej sporo krzepy w zamknięcie :).

Masło ma wyraźnie oleistą konsystencję. Nie jest to zbita gruda, ale nie przypomina też balsamu do ciała. Po zetknięciu ze skórą zmienia się w zawiesisty olejek, nie ucieka spod palców, dobrze się go rozprowadza.  Nie podrażnia i nie szczypie (!!!) w oczy. Pozostawia na skórze delikatnie tłustą powłokę. Nie jest to tłusto-śliski film, jak po płynach dwufazowych. Taka warstwa jest dla mnie nie do przyjęcia w przypadku twarzy, ale na oczach zupełnie nie przeszkadza. Przyznam się, że tego kosmetyku używałam głównie do demakijażu oczu i ust (paskudnie smakuje), a do zmywania podkładu stosowałam płyn micelarny i żel. Masło pachnie rumiankiem - zapach tego kwiatu zawsze kojarzył mi się z piwem, ale ten aromat w wykonaniu TBS jest bardziej świeży.

Jak z jego skutecznością? To pewniak. Nieważne, ile warstw tuszu naładujesz, jakiego eyelinera użyjesz, jak trwałej szminki nie użyjesz, masło The Body Shop da sobie radę. Chwila zabawy wacikami i makijaż znika bez śladu. Żadnego tarcia, ciągnięcia skóry.



Masło The Body Shop przyjemnie mnie zaskoczyło. Cena jest bardzo adekwatna do jakości i wydajności (używam 5 dni w tygodniu do zmywania oczu od października lub listopada, a jeszcze została 1/3). Jakieś zarzuty? Życzyłabym sobie tylko bardziej naturalnego składu.

Skład: Ethylhexyl Palmitate, Synthetic Wax, PEG-20 Glyceryl Triisostearate, Olea Europaea Fruit Oil, Butyrospermum Parkii Butter, Caprylyl Glycol, Tocopherol, Parfum/Fragrance, Aqua, Linalool, Limonene, Helianthus Annuus Seed Oil, Anthemis Nobilis Flower Extract, Citric Acid.

Cena: ok. 50 zł/90 ml
Dostępność: sklepy firmowe The Body Shop (np. Wrocław - Magnolia)
Ocena: 4,5/5

niedziela, 19 czerwca 2016

Kurs dolara. Wibo Million Dollar Lips nr 1 i 3



Zaryzykuję stwierdzenie, że każda z nas chciałaby wyglądać jak milion dolarów (albo miliony monet :D). Niestety, czasem nasze wysiłki idą na marne i same za siebie nie dałybyśmy nawet funta kłaków. Ale od czego są kosmetyki! Producenci obiecują zwykle, że z zera zrobią milionera (w pierwszej kolejności robiąc z milionera zero; żeby wygrać trzeba grać, żeby mieć trzeba wydać - jakoś tak). Tym razem na mój celownik trafiło Wibo; ta polska firma wyceniła usta warte milion dolarów na jedyne 11,29 zł. W promocji można złapać ten produkt nawet o połowę taniej, co czyni kurs dolara do złotego wyjątkowo korzystnym :D.

Nie ukrywam, że Wibo i jej siostra Lovely to nie są moje ulubione marki. Jednocześnie doceniam je za to, że próbują nadążyć za trendami i oferują nowinki za rozsądne kwoty (chociaż ostatnio coraz częściej produkują w Chinach i systematycznie podnoszą ceny).

Pomadki Million Dollar to chyba jedne z bardziej popularnych matowych szminek. Są niedrogie i ogólnodostępne - nic więc dziwnego, że wiele dziewczyn przygodę z matowym wykończeniem zaczyna właśnie od nich. I część na nich poprzestaje - dziewczyny, warto szukać dalej!




Standardowo poznęcam się nad opakowaniem. Nie jest to cud techniki, ale prezentuje się porządnie. Plus za to, że zakrętka odzwierciedla kolor, jaki znajdziemy w środku. Natomiast wadę stanowi aplikator - jest to gąbeczka, ale gąbeczka '"długowłosa". Te kłaki sprawiają, że przy nakładaniu (szczególnie bardziej intensywnego odcienia) trzeba się trochę napocić, żeby w miarę zapanować nad produktem przy malowaniu wąskich ust. Dużo lepsza byłaby gąbka, która nie ma aż tak wyraźnej struktury - jak np. w Bourjois Rouge Edition Velvet.

Na szczęście konsystencja nie utrudnia sprawy i nie jest rzadka (jak np. w Colourpop) tylko przyjemnie musowa. Pomadka nie zastyga na ustach od razu, można ją jeszcze poprawić chwilę od nałożenia. Po zaschnięciu nie tworzy  skorupy, ale jest dziwnie włochata - czuć ją na wargach, co nie jest specjalnie komfortowe. Nie zauważyłam, żeby przesuszała.

Trwałość nie powala na kolana. Z drugiej strony, producent gwarantuje czterogodzinną wytrzymałość, a to jak na pomadki matowe nie jest specjalną rewelacją. Kosmetyk utrzymuje się mniej więcej w tym czasie, ale bardzo łatwo schodzi przy mówieniu, kontakcie z płynami i jedzeniu nawet nietłustych, nieangażujących warg potraw. Jeżeli potrafisz siedzieć jak posąg przez 4 i więcej godzin, to z pewnością będziesz cieszyła się Wibo dłużej. W dodatku niezbyt pięknie się zjada, tak na "gejszę" - w pierwszej kolejności schodzi z kącików ust, zostawiając plamę koloru na środku. Dziwne.

Nr 1 i nr 3

Wibo zaproponowało 4 kolory matowych szminek. Wielbicielki odcieni nude nie znajdą tu niczego dla siebie, bo nawet dość stonowany brudny róż z delikatnymi nutami fioletu (nr 1) w typie Bourjois Rouge Edition Velvet 07 przed utlenieniem dla wielu może okazać się zbyt wyrazisty. Pozostałe kolory to już jazda bez trzymanki - mocny cukierkowy róż (nr 2), intensywny koktajl różu i czerwieni, który zbiera masę komplementów (nr 3) oraz klasyczna czerwień (nr 4).

Nr 1 i nr 3 oraz ups :D

Matowa szminka z Wibo nie zachwyca. To niezły produkt w konkurencyjnej cenie, ale jednocześnie dość przeciętny jak na matową pomadkę.

Cena: 11,29 zł/3 ml
Dostępność: Rossmann
Ocena: 3,5/5

sobota, 11 czerwca 2016

Na bezrybiu i rak ryba. Weekend zniżek (11-12.06) z Wysokimi Obcasami, Wysokimi Obcasami Extra i Avanti


Maj i czerwiec to chyba najbardziej lubiane miesiące w roku. Nie znam osoby, która nie doceniłaby eksplozji zieleni w te coraz dłuższe i cieplejsze dni. Jednak nie pod każdym względem jest to czas rozkwitu - łowcy okazji cierpią, bo w ich dziedzinie jest prawdziwa posucha; większe akcje rabatowe już przeminęły (a następne dopiero jesienią!), a wyprzeda jeszcze się nie zaczęła. Jak żyć :D? (Normalnie) Dla tych, którzy lubią polować na okienka ze zniżkami, Agora przygotowała materiał do  małej gimnastyki dłoni. Także nożyczki w dłoń/dłonie na klawiaturę i działamy!

Stacjonarnie

Drogerie Natura - rabat 20% na kosmetyki Kobo Professional, przewijajcie dalej, to żadna okazja.

Super-Pharm - 25% na wszystkie perfumy od, uwaga, cen promocyjnych. Z kuponem można skusić się na maksymalnie 3 zapachy.

Stacjonarnie i online

Annabelle Minerals - możemy skorzystać z 10% zniżki w firmowym salonie w Warszawie lub taki sam rabat otrzymać wpisując kod 10PR w sklepie internetowym marki.

Biosensual - 20% na świece do masażu i aromaterapii. Z rabatu można skorzystać do 17 czerwca. Kod do sklepu internetowego: ekoweekend.

Stara Mydlarnia - przy zakupach za minimum 30 zł możemy skorzystać ze zniżki w wysokości 20 % dzięki wprowadzeniu hasła RABAT-20.

Online

BeeYes - pszczoły w każdej akcji rabatowej domagają się uwagi kusząc rabatem w wysokości 20%, który obowiązuje do 15 lipca . Kod: BeeWOE.

BingoSpa - bingo! Zniżka 50% to coś, co tygryski lubią najbardziej, mimo że nie przepadają za samą marką. Kod BINGOSPA559 zadziała po załadowaniu koszyka produktami o wartości 109 zł. Na decyzję macie czas do 30 czerwca.

Bodyland - TheBalm, Lumene, Essie... Nawet i 10% się przyda. Hasło OBCASY3 będzie działało do 30 czerwca.

Cocolita - jedna z popularnych drogerii internetowych proponuje 10%. Z oferty można skorzystać z kodem Wysokie10 do 15 czerwca.

Ezebra - kolejny znany sklep i kolejny niewysoki rabat, tym razem 5%. Lepszy rydz niż nic. Kod EZEBRA5 nie działa na "wybrane marki selektywne". Cokolwiek to znaczy.

Glowstore - do 15 czerwca można skorzystać z 15% rabatu na wybrane marki (a w ofercie mają Colourpop, Milani czy Jeffree Star, może akurat) po wpisaniu BEGLOW16.

Hairstore - coś do włosów? 10% mniej zapłacimy do 30 czerwca z kodem OBCASY3.

Kalina - rosyjskie kosmetyki nie są już na takiej fali, jak jeszcze dwa lata temu, ale ciągle jeszcze mają grono fanek. W Kalinie pojawiły się także rodzime produkty naturalnych firm. Warto rozważyć zakupy ze zniżką 20%, zwłaszcza, że czasu do namysłu jest sporo. Kod avanti25 będzie działał aż do 5 września.

Michael Mercier - o panu Michaelu nigdy nie słyszałam, ale podobne modele szczotek już widziałam. Rabat 20% na hasło wiosna.

Pachnąca Wanna - do 15 czerwca WANNA20 wyczaruje 20% zniżki na pachnące cuda. 

Fajerwerków nie ma, szampan zamknięty... Może jednak ktoś znajdzie tu coś dla siebie. Mnie szczególnie zainteresował rabat dl Glowstore, a was?

niedziela, 22 maja 2016

Przyczajona lekkość, ukryta tłustość. Purite Face Mousse - Lekki krem

Pewnie pisałam już o tym, że zazwyczaj zakup kosmetyku to u mnie cały proces, podczas którego ryję cały internet. Na decyzję ma wpływ wiele czynników, od zupełnie podstawowych (jak cena), po trochę bardziej skomplikowane, ocierające się czasem o kwestie światopoglądowe  :D:D. Nie ma to tamto. 

Na krem Purite zdecydowałam się z tego względu, że to marka z moich okolic. Możecie się śmiać, ale zdarza mi się uprawiać pewien rodzaj patriotyzmu lokalnego. Dlatego, gdy dodatkowo trafiłam na rabat, nie myślałam zbyt długo.

Muszę się przyznać, że tym, co ostatecznie przekonało mnie do zakupu tego kremu, to jego opakowanie. Tak, pompkomania wciąż aktywna i w całkiem dobrej formie. Lubię tak  rozwiązane opakowania, dzięki dozownikowi wydaje mi się, że kosmetyk staje się bardziej wydajny. Potrafiłam wyciapać słoiczek kremu w miesiąc, nie byłabym specjalnie szczęśliwa, gdyby dość drogi Purite skończyłby się w podobnym czasie. Pompka nie jest jednak niezawodna - gdy w butelce zostało jeszcze około 1/3 produktu, zaczęła się zacinać i musiałam rozkręcać opakowanie. Szklane butelki są bardziej przyjazne środowisku, ale nie da się ich rozciąć jak plastikowych tub i wylizać opakowania. Coś za coś.

Producent określa ten kosmetyk jako "face mousse" i opisuje na swojej stronie jako lekki krem do twarzy, szyi i dekoltu, przypisując mu liczne walory - od działania przeciwzmarszczkowego, przez redukcję sebum, po obkurczanie naczynek. Aż dziw bierze, że tak silne działanie ma wykazywać "piórkowy" krem.

Na szczęście (albo i nie, zależy jak leży) krem nie okazał się zawodnikiem wagi lekkiej. Nie przypomina masła, ale daleko mu także to formuły mleczka. Jest taki... zwyczajny, 100% kremu w kremie. Rozprowadza się przyjemnie, nie zostawia smug, ale za to delikatny, olejkowy film. Nie jest to smalec, ale po dotknięciu czuć, że twarz dostała porcję czegoś konkretnego. Początkowo nie miałam z tym problemu, ale moja skóra buntowała się po kilku godzinach, odpłacając mi wybijającym roztopionym masłem na czole, nosie i brodzie oraz chętnie spływającym makijażem. Jeden z głównych składników, olej z pestek śliwki, teoretycznie jest olejem, który dobrze się wchłania, ale oliwa z oliwek i masło shea, to nie jest coś, co tygryski lubią najbardziej. Na plus muszę za to policzyć zapach, który przypomina trochę aromat marcepanu.

Jak działa? Gdyby moja skóra się tak nie buntowała, to pewnie byłabym z niego zadowolona. Bo to taki całkiem niezły, podstawowy krem. Co prawda, żadne tam cuda na kiju, które obiecywał producent, ale nie uprzykrzył życia. Nie pogorszył stanu mojej cery, dopóki jej nie odwaliło, była gładka, przyjemna w dotyku i lekko odżywiona. Poprawy nawodnienia skóry nie odnotowałam, ale takie odżywcze działanie odpowiadało mi w chłodne miesiące.

Purite to całkiem niezły krem, choć nie całkiem dla mojej cery. To raczej lżejszy krem dla cery suchej lub normalnej, niekoniecznie dobry dla tluściochów, chociaż miał walczyć dzielnie z sebum.

Skład: Hamamelis Virgniana Water, Aqua, Prunus Domestica Seed Oil, Glyceryl Stearate, Cetearyl Alcohol, Sodium Steoryl Lactate, Olea Europaea Hydrogenated Oil, Glycerin, Vitellaria Nilotica Fruit Butter, Rubus Idaeus Seed Oil, Benzyl Alohol, Salicyli Acid, Glycerin, Sorbic Acid, Guar Gum, Pelargonium Graveloens Flower Oil, Salvia Officinalis Oil.

Cena: ok. 70 zł/30 ml
Dostępność: Purite, MintiShop, we Wrocławiu - EkoPestka, ul. św. Antoniego
Ocena: 3,5/5

środa, 18 maja 2016

Kompaktowy program graficzny. Catrice Prime and Fine Mattifying Powder Waterproof

Po co kobiecie makijaż? Zapewne zdarzyło się wam, że między zmianą narzędzia w dłoni zastygałyście na chwilę (żeby podziwiać swoją urodę, oczywiście) i pojawiała się w waszych głowach myśl: co ja właściwie robię? Czy jest mi to potrzebne? Po co tu siedzę? Dla mnie odpowiedź jest oczywista - macham pędzlem dla siebie, dla własnego komfortu.

(Podobno niektóre kobiety malują się dla swoich partnerów. Nie wiem jak jest z partnerami płci żeńskiej, ale badania przeprowadzone cyklicznie przez "amerykańskich naukowców dowodzą, że płeć przeciwna woli naturalne piękno - powinien  więc Cię kochać z piegami i przebarwieniami. Tylko jak pokażesz delikwentowi zdjęcia kobiet bez makijażu i z delikatną tapetą - tylko my, kobiety, wiemy, że make-up no make-up to tryliard produktów i osiem pędzli - wybierze pomalowaną. Tak ceni naturalne piękno).

Skoro już ustaliłam, że makijaż ma służyć lepszemu samopoczuciu, warto znaleźć takie produkty do jego wykonania, które będą tę poprawę nastroju zapewniać, a nie psuć humor. Nie, nie, nie wystarczy zeschnięty tusz i betonowy róż, oj nie. Ma być lekko, łatwo i przyjemnie. No i pięknie, a najlepiej oszałamiająco. Dobra, albo znośnie.

Czy puder z Catrice jest takim produktem, który zapewni pożądane efekty specjalne? Tak i nie.

Zacznę standardowo od opakowania. Puderniczka pozbawiona jest zbędnych ozdób, nie rzuca się w oczy, prezentuje się solidnie. Jest też porządnie wykonana, ma lusterko i mocne zapięcie. Niestety nie jest to szafa pancerna i gdy przegra z grawitacją, drobne elementy mocujące mogą nie wytrzymać. Na szczęście da się skleić na Kropelkę i śmiga dalej... Chyba że zrzucicie ją z biurka po raz drugi i zgubicie klej :D.

Puder jest drobniutko zmielony i bardzo jedwabisty. Nie jest to jednak taka kremowa gładkość; puder jest dość suchy. Taka formuła powoduje, że nie powinno się przesadzać z jego ilością, bo lubi się osadzić na włoskach. Nadto jest kreatorem suchych skórek - mimo peelingu, kremu i podkładu o nawilżającej formule, z nosa odchodziły mi płaty pomalowanej skóry.

Kolor? Jedyny słuszny - transparentny. W opakowaniu jest przerażająco beżowy, na palcu biały, a po nałożeniu na twarz po chwili stapia się z fluidem. Nie zmienia koloru podkładu, nie powoduje też ciemnienia makijażu.

Kluczową kwestią jest działanie. Puder powinien coś robić - rozświetlać, matowić, utrwalać, cokolwiek! Gorzej, gdy wykazuje pożądane działanie, ale nie w pożądanym zakresie. Na Catrice zdecydowałam się z tego względu, że poszukiwałam pudru matującego. Interesowało mnie okiełznanie smalcu i cześć. Rozczarowałam się w tym względzie, 3 godziny to nie jest satysfakcjonujący wynik, zwłaszcza, gdy makijaż wykonujesz o 5, a pracę zaczynasz o 8... Jest jednak coś, co sprawia, że wciąż używam tego kosmetyku i mam w planach jego wykończenie.

Producent napomknął o efekcie soft focus, który mamy uzyskać dzięki temu pudrowi. Zdecydowanie coś jest na rzeczy. Ten krótkotrwały mat nie jest ordynarnie suchy, a właśnie taki satynowy, naturalny. Ponadto puder optycznie wygładza fakturę skóry - moja na nosie i policzkach wygląda jak ser, a z Catrice dziury są ukryte w magiczny sposób. Podobnie sprawa ma się ze skórą pod oczami - przyprószona tym pudrem wygląda naprawdę lepiej. Gdy zaczynam się błyszczeć, pory stają się widoczne, ale wystarczy odsączenie nadmiaru sebum i dalej jest pięknie. Przez jakiś czas.

Czy Catrice to kosmetyk idealny, który w każdej sytuacji pozwoli poczuć się lepiej? Nie do końca. Jednak z całą pewnością ma coś w sobie.

Skład: TALC, ZEA MAYS (CORN) STARCH, DIMETHICONE, ZINC STEARATE, TRIETHYLHEXANOIN, SILICA, PENTAERYTHRITYL TETRAISOSTEARATE, POTASSIUM SORBATE, VP / HEXADECENE COPOLYMER, DIMETHICONOL, ASCORBYL TETRAISOPALMITATE, TOCOPHERYL ACETATE, RETINYL PALMITATE, HELIANTHUS ANNUUS (SUNFLOWER) SEED OIL, BHT, PHENOXYETHANOL, CI 77491, CI 77492 (IRON OXIDES).

Cena: ok. 20 zł/9 g
Dostępność: Natura, Hebe, wybrane drogerie Super-Pharm i Rossmann
Ocena: 3,5/5
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...