Zdjęcia i tekst są w znacznej większości mojego autorstwa (jeżeli coś pochodzi z innego źródła zostało to wyraźnie zaznaczone). Nie kopiuj! Jeżeli chcesz wykorzystać treść lub zdjęcia zawarte na blogu- zapytaj!

czwartek, 22 września 2016

Zamiast kalendarza. Weekend zniżek z Joy, Hot i Cosmopolitan (23-25 września)


Niektórym pory roku wyznacza kalendarz, mnie w przypadku dwóch z nich wystarczają czasopisma. Wiosna i jesień zaczynają się wtedy, gdy pojawiają się akcje rabatowe. W tym roku jako pierwsze wystartowało Zwierciadło, ale kosmetyczne zniżki były na tyle nieciekawe, że nie zdecydowałam się na publikację. Z kalendarzowym początkiem jesieni pokryje się akcja organizowana przez Joy, Hot i Cosmo. Rabaty będą obowiązywały od 23 do 25 września i nie połączą się z innymi zniżkami (odmienne uregulowanie kwestii czasu promocji i ewentualnej kumulacji zniżek zostało zaznaczone). Częstujcie się!

Stacjonarnie

Bath and Body Works - standardowa zniżka 30%, która uaktywnia się przy zakupie minimum dwóch produktów.

Super-Pharm - przy zakupie dowolnego produktu marki Nuxe otrzymamy 30 ml ich słynnego suchego olejku do ciała.

The Body Shop - TBS proponuje zakup w systemie 2+2 - przy zakupie 4 produktów do pielęgnacji twarzy i ciała dwa najtańsze z wybranych będą gratis.

Victoria's Secret - 20% taniej będzie można kupić kosmetyki oferowane w tym sklepie z bielizną. Podobno zapachy są grzechu warte.

Stacjonarnie i online

Annabelle Minerals - ze zniżki w wysokości 20 zł przy zakupach za 200 zł będzie można skorzystać zarówno w sklepie internetowym, jak i butiku przy Mokotowskiej. Próg dość wysoki, ale zawsze można zorganizować zamówienie grupowe. Tylko czy gra jest warta świeczki? Kod do sklepu internetowego: LOVEAM.

Bandi - 20% rabat będzie obowiązywało na zabiegi i kosmetyki w Instytucie Bandi (Warszawa, ul. Bruna), ale z takiej samej zniżki będzie można skorzystać przy zakupach online. Kod: cosmo20.


Online

Aromatella - zniżka 20% obejmuje zarówno kosmetyki, jak i zapachy do domu. Kod: ILS092016.

Beautyblender - 15% na cały asortyment sklepu. Co ciekawe, rabat łączy się z innymi promocjami. Kod: ILOVEBB15.

BeeYes - ze zniżki w wysokości 20% na hasło BeeTak będzie można skorzystać do 30 września.

Be Organic - konkretne 40% z kodem ILBEORGANIC. Używałam serum pod oczy tej marki - ciekawy kosmetyk, ale ma mało przyjemny zapach.

Bio Iq - od dawna na celowniku mam ich płyn micelarny. Może rozważę wklepanie BIOIQ<3 i skorzystanie z 15% rabatu między 24 a 26 września.

Biobeauty - sklep BioBeauty oferuje 20% na hasło BB20. Nie jest to Mekka maniaczek kosmetyków naturalnych, ale może warto odpuścić popularnym markom i zwrócić się np. ku Bjobj, Speickowi lub Aubrey Organics.

Claresa - marka Semilac wylansowała modę na lakiery hybrydowe w domowym zaciszu, po piętach depczą jej NeoNail i Indygo. Czy Claresa będzie liczącym się graczem w pojedynku o klienta. Zniżka w wysokości 30% jest dość kusząca. Hasło: SHOPPING.

Douglas - od 23 do 30 września kolorówka marki Provoke będzie tańsza o 30%. Kod? Po prostu PROVOKE.

Ella Bache - ta francuska marka oferuje zniżkę 20% na hasło COSMO.

Hagi - młoda marka, która przypadła do gustu twórczyniom na YT, zaproponowała zniżkę w wysokości lubianej przez tygryski - 40% na hasło ILSHAGI. Biję się ze swoimi myślami, bo mam niekłamaną ochotę coś przytulić.

Hair2Go - rabat15 obniża o 15% ceny produktów marek: Alterna, Color Wow, Eleven Australia, Kent, Living Proof, Olaplex.

Hegu - marka ma w sprzedaży zaledwie cztery produkty (dwa do twarzy i dwa do ciała). Zniżka? 15% z kodem ILS092016. Biorąc pod uwagę ceny, to dość konkretny rabat.

Matique - kolejny sklep, do którego od dłuższego czasu robię przymiarki. 20% na hasło WEEKEND2016 przecież piechotą nie chodzi.

Melli Care - tę markę pierwszy raz widzę na oczy. Asortyment ma dość skromny, ceny raczej wygórowane. Może ktoś reflektuje zniżkę 30% na kosmetyki do rąk i stóp tej firmy? Jeśli tak, to w polu na kod rabatowy powinien wprowadzić ILS092016.

Minti Shop - ten popularny sklep internetowy oferuje różne zniżki na różne marki:

  • Blend It - rabat w wysokości 30% obowiązuje od 20 do 27 września po wpisaniu BLENDIT
  • Hakuro - pędzle tej marki będą 15% tańsze dzięki MINTIxHAKURO
  • La Splash, LA Girl, OCC, Milani, Affect Cosmetics, Golden Rose - te marki kupicie za cenę o 15% niższą w dniach 20-27 września na hasło MINTISHOPPING


Naturativ - wiele osób żałuje zniknięcia z rynku marki Pat&Rub, Naturativ to podobno te same produkty. Kod 20% na hasło NATURATIV łączy się z aktualnie obowiązującymi promocjami.

Puderek - ten internetowy sklep ma w swojej ofercie masę marek, które są na topie. Essence? Jest. Golden Rose? Jest. The Balm? EOS? Catrice? Dlatego cieszy 15%, które łączy się z innymi promocjami. Kod: ILOVEPUDEREK2016.

Purles - 20% na kosmetyki profesjonalne i peelingi chemiczne z kodem: COSMO.

Thalgo - tym razem nie 50 zł przy zakupach za 250 zł, a 20% z kodem COSMO bez progu kwotowego.

Wibo - szalone 25% na hasło COSMOPOLITAN16. Cóż, chyba lepiej poczekać do promocji w Rossmannie. 

Zuii Organic - produkty marki oferującej "naturalny makijaż kwiatowy" będzie można kupić z rabatem w wysokości 20%. Niektóre nawet taniej, bo zniżka łączy się z innymi obowiązującymi promocjami. Kod: ZUII.

I jak, znalazłyście coś dla siebie?

wtorek, 20 września 2016

Echa lata. Bell Secretale Aqua Waterproof Topcoat Mascara

Skoro z dnia na dzień zrobiło się przykładnie paskudnie, czas na utyskiwania za odchodzącym latem. Teraz nie będzie żali na temat tego, że jest gorąco, pot cieknie po czole, a człowiek jest zmuszony do spania w szufladzie zamrażarki. O nie. Zaczyna się sezon na #przemokłymibuty i #dlaczegojestciemnooczwartej. 

Zanim jednak upchnę klapki i bikini w głąb szafy (kłamię, nie noszę takich rzeczy, za duże kompleksy), napiszę parę słów o produkcie, który był idealnym towarzyszem letnich, słonecznych dni, ale będzie ze mną nadal w trakcie kolejnych pór roku. Chociaż akweny wodne omijam szerokim łukiem, to jednak bardzo chętnie sięgam po produkty wodoodporne, w szczególności te, które są przeznaczone do oczu. Po długoletnich poszukiwaniach przekonałam się, że nie istnieje coś takiego jak dobry tusz wodoodporny. Szukanie takowego w drogerii można porównać z szukaniem igły w stogu siana. Dwa lata temu odkryłam istnienie woododpornego utrwalacza tuszu do rzęs z Catrice i z miejsca się zakochałam. Bajka nie trwała długo, bo produkt zniknął z rynku. Nastąpiła rozpacz, która objawiła się często rozmazanym tuszem. Uroki łzawiących od wszystkiego oczu.

O podobnym do nieodżałowanego Catrice Bell usłyszałam na początku mijającego lata. Kupiłam i... od tamtej pory używanie go w makijażu jest równie naturalne jak tuszowanie rzęs czarną maskarą.

Opakowanie tego produktu nie jest czymś, czemu warto poświęcić dużą uwagę. Typowe dla maskar z dość klasyczną, włochatą, miękką szczoteczką. O ile nie znoszę tuszy z takimi aplikatorami, tak w przypadku mniej gęstego i bezbarwnego płynu nie psuje mi to krwi.

Top coat ma płynną, ale nie lejącą konsystencję; nie przypomina w niczym klasycznej maskary. Jest bezbarwny, ale po jakimś czasie robi się czarny od tuszu. Nie "spiera" maskary nałożonej na rzęsy, nie wpływa na intensywność czerni. Nie skleja rzęs, nie robi grudek z tuszu, nie wpływa na  jego właściwości. Może odrobinę usztywnia włoski, ale naprawdę minimalnie; używałam maskar, które tworzyły z rzęs drut kolczasty.

Co z tą wodoodpornością? Spokojnie, top coat wywiązuje się z powierzonego zadania, gdy dokładnie pokryjemy rzęsy (co uprzykrza trochę życie, nie ukrywajmy). Wówczas nie straszny im pot, łzy, czy byle jaki płyn micelarny. Na szczęście w razie potrzeby z łatwością można pozbyć się makijażu przy użyciu płynu dwufazowego.

Właśnie zabieram się za drugie opakowanie. Czy to wymaga jakiegokolwiek komentarza :)?


Skład: Isododecane, Hydrogenated Polycyclopentadiene, Ethylene/Propylene/Styrene Copolymer, Butylene/Ethylene/Styrene Copolymer, BHT.

Cena: ok. 12-15 zł/8 g
Dostępność: sklep marki BellDrogeria Uholki, Kosmato, we Wrocławiu - Tanyo w Pasażu Zielińskiego
Ocena: 5/5

piątek, 16 września 2016

Cena młodości/młodość w cenie. Organique Anti-Age Hair Mask (Regenerująca maska do włosów farbowanych i zniszczonych)

Chociaż nie ośmielę się tytułować "włosomaniaczką", a mojej twórczości wiele brakuje do kopalni wiedzy, jakimi są niektóre blogi, to jednak temat czupryny nie jest mi obcy. Normalne osoby mają pewnie fryzury, ja posiadam właśnie czuprynę w typie trudnej do ujarzmienia lwiej grzywy. Oswajanie dzikiego zwierza trwa od lat, na razie bez większego powodzenia.

Przez ten okres czasu udało mi się ustalić tyle, że moje włosy lubią kosmetyki do włosów zniszczonych i farbowanych. Tylko tu zaczyna się problem, bo różnorodność substancji w nich zawartych w nich sprawia, że nie zawsze działają tak, jakbym sobie tego życzyła. Szczególnie, gdy serwują solidną porcję protein.

Maska Anti-age od lat jest dość mocno chwalona. Odstraszała mnie jednak jej cena (cóż, kosmetyki anti-age zawsze są droższe... Chociaż anti-age jakoś nie klei mi się z włosami). Gdy w zeszłym roku, za sprawą maski Organique Argan Shine, przekonałam się, że warto dać szansę droższemu kosmetykowi do włosów, skusiłam się na dawno upatrzony wariant. Warto było?

W drugiej karcie mam otwartą własną recenzję Argan Shine i mogłabym przekleić tu fragmenty odnośnie opakowania i konsystencji. Zabezpieczony sreberkiem estetyczny słoik, z którego nie schodzi etykieta pod wpływem wilgoci, zawsze cieszy oko. Konsystencja? Odżywkowa, niezbyt gęsta, ale i nie lejąca. Maskę można nakładać na kilka chwil, bądź posiedzieć z nią trochę dłużej. Efekty? Marne.

Gdy otworzyłam słoik i poczułam ten mocny, bardzo chemiczny, winogronowy zapach, byłam dobrej myśli. Kilka lat temu taki śmierdziel (maska Stapiz Acid Balance), działał na moje włosy jak żelazko. Z optymizmem zabrałam się do używania Organique i... klops. Ta maska wręcz wysusza moje włosy, są spuszone, skręt jest sztywny, brzydki. Nie są bardzo suche w dotyku, ale na takie wyglądają. Maska lekko je wygładza, ale prezentują się fatalnie. Cóż, jedwab i perły to chyba nie są ulubione składniki moich włosów.

Nie dla psa kiełbasa, nie dla mnie kolejny włosowy hit. Bywa, szukam dalej.

Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Glycerin, Hydrolyzed Silk, Argania Spinosa Kernel Oil, Vitis Vinifera Seed Oil, Pearl Powder, Maris Salt, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Parfum, Citral, Citronellol, Limonene, Linalool.

Cena: ok. 45 zł/150 ml
Dostępność: sklepy firmowe Organique
Ocena: 2,5/5

niedziela, 11 września 2016

Nowsze jest wrogiem dobrego. Lumene Beauty Base Eyeshadow Primer



Rynek kosmetyków nie znosi stagnacji. Co chwilę zmieniają się trendy makijażowe, do realizacji których niezbędne są nowe typy produktów, kolory, wykończenia, narzędzia... Dlatego nie warto się zbytnio przywiązywać do obecnej zawartości kosmetyczki, bo można się zdziwić. Firmy rozmaicie podchodzą do mody, jedne decydują się na wprowadzanie edycji limitowanych, inne wymieniają poszczególne gamy produktów, jeszcze inne działają dwutorowo (szczególnie tańsze marki). Podobno zmiany są dobre. Nie zawsze. Czasem bolą mnie te wieczne roszady na półkach, ale jest coś gorszego niż zwyczajne wycofanie ulubionego odcienia różu. Tego słowa nienawidzą wszyscy perfumoholicy, a i kosmetykoholicy powinni zacząć przed nim drżeć - reformulacja. Co to takiego? Prosty sposób na nabijanie klientów w butelkę - sprzedajemy  ludziom zupełnie inną rzecz, udając, że to to samo, co znają do tej pory. Jakie rodzi to niebezpieczeństwo? Takie, że produkt po zmianach może być gorszy od pierwotnej wersji.

Gdy ktoś kilka lat temu pytał o dobrą bazę pod cienie, w odpowiedzi zwykle słyszał jedną z dwóch wersji: Artdeco albo Lumene. Obie kultowe, obie fantastyczne. Podobno. Z Artdeco nie miałam przyjemności, Lumene kupiłam cioci z tłustą i opadającą powieką - była zachwycona. Postanowiłam sprawić sobie własny egzemplarz i poleciałam do Super-Pharm. Coś mi się nie zgadzało, zapamiętałam inne opakowanie, ale mimo to wzięłam. Po powrocie do domu i sprawdzeniu KWC okazało się, że zakupiony produkt to trzecia wersja bazy pod cienie Lumene. Dwie pierwsze były uważane za doskonałe. A ta? Do trzech razy sztuka, tę chyba w końcu udało im się zepsuć. Gratulacje.

Bazy pod cienie pakowane są w jeden z dwóch typów opakowań: słoiczek albo tubkę. Lumene postawiło na tubkę, co jest rozwiązaniem bardziej higienicznym, ale nie pozwala tak panować nad wydobyciem jak słoiczek. Zasadniczo nie ma się jednak czego przyczepić.


Lumene w kosystencji przypomina Kiko (pseudonim artystyczny Zoeva). Właściwie mogłabym przekleić to, co napisałam w recenzji tamtego produktu. Baza łatwo się rozprowadza, sunie po powiece, pokrywając ją równomiernie. Ma żółty kolor i delikatnie rozjaśnia ciemniejszą skórę powiek. Nie zauważyłam, żeby znacząco wpływała na komfort pracy z produktami, w szczególności ułatwiała ich rozcieranie.

Baza znakomicie podbija kolor i wykończenie cieni. Kolory zdecydowanie zyskują na intensywności. Błyszczące cienie, które na gołej skórze nie prezentują się oszałamiająco, zaaplikowane na Lumene świecą pełnym blaskiem. I cóż z tego?

Wadą, która w moich oczach (i na nich) dyskwalifikuje ten produkt to jego działanie w najważniejszej kwestii, czyli przedłużanie trwałości makijażu. Maluję się o 5 rano, godzina 9 to naprawdę nie jest ta chwila, w której ma ochotę poprawić zrolowany cień. Mniej więcej 4-5 godzin komfortowego noszenia i potem prawie wszystko w załamaniu. Właściwie niezależnie od warunków atmosferycznych. Dziękuję.

Po ostatnich wtopach z bazami, zaczęłam podejrzewać, że to może ze mną jest coś nie tak. Ale trafiła się przecież perełka wśród tej mizerii -  przecież pozytywnie zaskoczyło Wibo. Karierę wróżę też Inglotowi - w piątkowym skwarze spokojnie utrzymał cień do 17. Można? Można.

Skład: Cyclopentasiloxane, Nylon-12, Cyclohexasiloxane, C20-40 Acid, Jojoba Esters, Boron Nitride, Aluminium/Magnesium Hydroxide Stearate, Polyethylene, Phenoxyethanol, Rubus Chamaemorus Seed Oil, Lauroyl Lysine, Dimethicone/Vinyldimethicone Crosspolymer, Ethylhexylglycerin, PEG-8, Tocopherol, Perfluoroctyl Triethoxysilane Hippohae Rhamnoides Oil, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid, Helianthus Annuus Seed Oil, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Może zwierać: Mica, CI 77491, CI 7749, Ci 77499, CI 77891.

Cena: ok. 34-50 zł/5 ml
Dostępność: Super-Pharm (wybrane sklepy; we Wrocławiu - Magnolia Park), Lady Makeup, ezebra, ekobieca
Ocena: 2,5/5

wtorek, 16 sierpnia 2016

Lato, lato (zawsze) wszędzie? Shiseido UV Protective Liquid Foundation SP30 Light Ochre

Chociaż w ostatnich dniach o tym, że jest lato, musimy się upewniać zerkając w kalendarz, to jednak nadal trwa sierpień, będący niewątpliwie miesiącem wakacyjnym. Pomimo tego, iż niektórzy już powyciągali botki i płaszcze, nadal trwa astronomiczne lato - nie porzucajmy jeszcze kosmetyków przeciwsłonecznych! Teoretycznie chronić naszą skórę powinniśmy przez cały rok, ale nie czarujmy się - wiele z nas o odpowiednim zabezpieczeniu pamięta wyłącznie latem. 

Filtry nie cieszą się wielką popularnością z uwagi na uciążliwość w ich stosowaniu. Poza największymi maniaczkami pielęgnacji skóry, które przykładają do stosowania ochrony przeciwsłonecznej ogromną wagę niezależnie od pory roku, znaczna część z nas miewa w tej kwestii zrywy. Najczęstsza wymówka przy kremach z filtrem? Makijaż - i to zarówno odnośnie wyglądu skóry (głównie świecenia), jak i kwestii destabilizacji substancji ochronnych przez składniki kosmetyków kolorowych. Skoro nie można mieć wszystkiego, leniuszek pominie filtr i nałoży fluid. Czy wybór jest rzeczywiście nieunikniony?

Koreańskie kremy BB z wysoką ochroną przeciwsłoneczną i ich popularność, wskazują, że nie trzeba z niczego rezygnować. Kosmetyki kolorowe z filtrami można znaleźć jednak nie tylko na Ebay. Mimo tego, że wsród drogeryjnych podkładów królują produkty z spf 15, dostępne są dłużej chroniące kosmetyki kolorowe. Tak jak bohater dzisiejszej notki - Shiseido UV Protective Liquid Foundation z SPF 30 - podkład, który miał u mnie swoje upadki i wzloty (w takiej kolejności). Kupiłam go, a następnie porzuciłam w zesżłym roku, by wreszcie oswoić go tego lata w ramach karnej akcji "niczego nie kupisz, dopóki nie zużyjesz tego, co masz".
Koń jest taki, jak każdy widzi: smerfnie niebieski. Jak na podkład z wyższej półki przystało, Shiseido jest dodatkowo zabezpieczony kartonikiem (niewiele podkładów z drogeryjnych zawinięto w porcję makulatury). Opakowanie pełni nie tylko rolę dekoracyjną ochronną (przed macaczami), ale służy również za mieszkanie dla dodatkowego wyposażenia - gąbeczki. To dopiero jest bajer! Ale po kolei. 

Zasadniczo, z punktu widzenia aplikatora, można wyróżnić trzy typy płynnych podkładów: akuratne, za ciężkie i za lekkie. Te, które są w sam raz, są sprzedawane z ułatwiającym życie dozownikiem i na tym kończy się filozofia. W sytuacjach, gdy formuła odbiega od "normy", producenci zaczynają kombinować. Double Wear z Estee Lauder podobno nie ma pompki, bo jest tak ciężki (z podobnej przyczyny pompki nie miał Revlon Colorstay; teraz się to zmieniło). Shiseido nie ma pompki, bo jest bardzo płynny, wodnisty. Na szczęście producent zwieńczył butelkę dzióbkiem, który pozwala nie wylać na siebie całej zawartości opakowania. Dodatkowo dorzucił do środka kulkę (założenie; nie wiem, jakiego kształtu jest to "coś"), która pozwala na rozmieszanie pigmentu.

Sprzedawana z podkładem gąbeczka to chyba tylko sugestia odnośnie sposobu aplikacji. Zrezygnuj z palców, nie bierz pędzla, złap się za gąbkę! Tylko nie za tę, ta się do niczego nie nadaje i z miejsca może powędrować do śmietnika. Próba nałożenia podkładu tą gąbką skończyła się tym, że wypiła ona porcję podkładu, a twarz pozostała goła. Cóż, zdarza się.


Jak wspomniałam przy okazji opisu opakowania, podkład jest bardzo rzadki i wypada go nakładać gąbką. Raczej aplikatorem w guście Beautyblendera niż klasyczną gąbeczką - trójkątem . Narzędzie służące do aplikacji tego kosmetyku jest niestety kluczową kwestią. Nałożony palcami wygląda zwyczajnie źle, bardzo brzydko podkreśla strukturę skóry, ze szczególnym upodobaniem tworzy na nosie podkładowe piegi. Potrafi się też zebrać w zabawny sposób, wcale nie w załamaniach i zmarszczkach - Jaś Wędrowniczek się znalazł. Z pędzlem jest odrobinę lepiej, ale dopiero gąbka-jajko, którą można porządnie wcisnąć kosmetyk w skórę, sprawia, że cera, nawet niezbyt idealna, wygląda dobrze. W połączeniu z pudrem-magikiem, który lekko tuszuje pory, jest wręcz bajecznie. Gąbka zapewnia też mocniejsze krycie, przy jednoczesnym braku efektu tynku.

Słoneczny Shiseido uchodzi za jeden z trwalszych podkładów. Producent obiecuje jego wysoką wodoodporność. Tutaj trochę poległam z testem, bo jako osoba, która od 2 lat słowo "urlop" widuje tylko w słowniku (no dobra, na zdjęciach na Instagramie), nie miałam szansy wypróbować go w basenie, czy innym morzu. Niemniej, muszę przyznać, że nie rusza go spływający po twarzy pot. Jeżeli jednak cera produkuje trochę większe ilości sebum, warto kontrolować błysk, bo w ekstremalnych podkład potrafi lekko zjechać z brody i nosa. Zasadniczo jest jednak trwały i nie ściera się zbytnio - np. nie znika zupełnie w okolicach nosków okularów.

Podkład zawiera w sobie spf 30 i sprawia, że cera opala się wolniej. Jestem leniem i z wielką radością z chęcią odpuszczę sobie poranną gimnastykę z kremem z filtrem i podkładem, jeżeli mogę załatwić sprawę za jednym zamachem. Ucierpiał na tym dekolt - z wielką chęcią smarowałam twarz Shiseido, zupełnie zapominając o zmianie tubki i aplikacji czegoś na resztę miejsc wystawionych na ekspozycję słoneczną. Efekt? Twarz i szyja sporo jaśniejsze od dekoltu i ramion. 

Gama kolorystyczna nie należy do mocnych atrybutów tego kosmetyku. W naszym kraju Shiseido oferuje 4 odcienie, do wyboru są ciemne i... ciemniejsze. Najwidoczniej założono, że podkładu z filtrem - w domyśle na wakacje - szukają osoby już lekko muśnięte słońcem. Porażająca logika. Producent jawnie dyskryminuje blade twarze. Odcień, który posiadam, czyli Light Ochre, wydaje się być najjaśniejszy z całego towarzystwa (wypada blado nawet przy niższych, niedostępnych u nas, numerach) i, stety albo nie, najbardziej żółty. Kurczaczki wielkanocne nie są tak żółte jak on. Jeżeli gama Bourjois Healthy Mix wydawała Ci się jajecznicą, to informuję, że przy takim HM nr 51 przy Light Ochre to jajecznica z marketowych jajek niskiej klasy. Dla mojej cery w lecie jest wręcz idealny, ale bardziej beżowe osoby będą niepocieszon.
Na górze: Shiseido
Na dole: Bourjois Healthy Mix nr 51
Mam pewien problem z tym podkładem. To nie jest kosmetyk, który z urzędu prezentuje się znakomicie; trzeba znaleźć na niego sposób. Szczerze? Jest to odrobinę rozczarowujące, gdy dość drogi podkład "nie chce wyglądać" - nie każdy ma arsenał narzędzi do aplikacji makijażu, czas i chęci na walkę. Mnie ostatecznie udało się okiełznać Shiseido, nawet żałuję, że już go kończę. Czy kupię ponownie? Nie wiem.


Skład: Aqua, Dimethicone, Titanium Dioxide (CI 77891), Titanium Dioxide (nano), Trimethylsiloxysilicate, Isododecane, Polymethyl Methacrylate, Iron Oxides (CI 77492), Cyclomethicone, SD Alcohol 40-B (Alcohol Denat), Ethylhexyl Methoxycinnamate, PEG/PPG-19/19 Dimethicone, Hydrogenated Polyisobutene, Iron Oxides (CI 77491), Bis-Butyldimethicone Polyglyceryl-3, Aluminium Hydroxide, Aluminium Distearate, Phenoxyethanol. Isostearic Acid, Alumina, Triethoxycaprylylsilane, Trisodium EDTA, Iron Oxides (CI 77499), Silica, Pafum, PEG/PPG-14/7 Dimethyl Ether, Polysilicone-2, Alcohol, Sodium Magnesium Silicate, Hydrated Silica, Butylene Glycol, Glycerin, Tocopherol, Limonene, Linalool, Mica, Saxifraga Sarmentosa Extract, Distearyldimonium Chloride, Butylphenyl Methylpropional, Benzyl Benzoate, Hexyl Cinnamal, BHT, Eugenol, Geraniol, Syzygium Jambos Leaf Extract, Hydrogen Dimethicone, Sodium Hyaluronate, Tin Oxide, Sophora Angustifolia Root Extract.

Cena: od 90 do 170 zł/30 ml
Dostępność: Douglas, Sephora, iperfumy.pl, tagomago.pl, perfumesco.pl, dolce.pl
Ocena: 4/5

niedziela, 10 lipca 2016

Mój pierwszy cukierek...


Pamiętacie tę reklamę z dziadkiem i Werther's Original? Zawsze współczułam temu chłopcu, że dziadek nie poczęstował go michałkiem tylko taką twardą landrynką w obrzydliwym kolorze. Ale co się dziwię, mój wciskał mi miętowe cukierki, które babcia kupowała mu, żeby zabić woń papierosów. Właściwie to była taka mała transakcja, z  której obie strony były zadowolone - ja zjadałam cukierki, dziadek zabierał z mojego talerza nadprogramowego kotleta, gdy babcia wieszała pranie :). Mniejsza o to. Przypomniałam sobie o tej reklamie, gdy zamawiałam pudełko subskrypcyjne. Pierwszy raz w życiu.

Nigdy wcześniej nie miałam specjalnej ochoty na zamawianie kota w worku (tak, wiem, że niektóre marki ujawniają zawartość pudełek wcześniej) - z pewnością chciałybyście zobaczyć moją minę, gdybym za 70 zł otrzymała krem do stóp, czerwony lakier i saszetkę luksusowego kremu, którym mogłabym sobie wysmarować pół palca (przy dobrych wiatrach). Zawsze jednak lubiłam oglądać te wszystkie filmy z otwierania tych paczek-niespodzianek. Często utwierdzałam się w przekonaniu, że dobrze robię nie zamawiając żadnej subskrypcji. Jednak rynek pudełek cały czas się rozwija i już nie jesteśmy skazane na oferty, w których królują wyłącznie drogeryjne kosmetyki, po które nikt z własnej woli nie chce sięgnąć, a firma chce je jakoś opchnąć. Jasne, w ten sposób też można trafić na perełkę.

Filozofia Naturalnie z pudełka przemówiła do mnie właściwie w momencie startu tego pomysłu - nie zgrała mi tylko cena. 89 zł z przesyłką to naprawdę dużo - może to trochę pokrętne, ale 79 zł jakoś bym przełknęła, ale przy 89 zł widzę zielony banknot wyfruwający ochoczo z portfela. Raz się żyje, uznałam, że należy mi się jakaś nagroda i zamówiłam NzP. Lipcowa edycja została skomponowana z myślą o wakacjach - podoba mi się taki temat przewodni.


Saszetka żelu pod prysznic oraz balsam do ciała marki Speick - ręce mi opadły, gdy przeczytałam, że kogoś zniechęciły próbki z niemieckimi napisami. Serio? Przecież to tylko próbki, one niczego nikomu nie zrobiły. Dali - źle. Nie daliby - jeszcze gorzej. Nie dogodzisz. Zużyję, o ile wcześniej gdzieś ich nie posieję - próbki w saszetkach mają dziwną tendencję do znikania w niewyjaśnionych okolicznościach.


Sól do kąpieli z lawendą i zieloną herbatą z Fresh&Natural - marka, która pojawiła się i podbiła serca blogerek swoimi peelingami, zniknęła nagle, by teraz powrócić. Zużyłam już zawartość tego opakowania - nie poczułam się specjalnie zrelaksowana, gdy po kąpieli musiałam bardzo dokładnie zaganiać wszystkie herbaciane farfocle do odpływu.


Your Natural Side Witamina E serum - pierwszy konkret. Zrzedła mi mina, gdy zobaczyłam, że to serum z witaminą E, jeszcze bardziej posmutniałam, gdy zerknęłam na skład. Za witaminę E rozpuszczoną w oleju słonecznikowym firma życzy sobie 30 zł. Za 10 ml! Na uwagę zasługuje fakt, że produkt jest tak gęsty, że pipeta w ogóle nie może go nabrać, o rozprowadzeniu na skórze można zapomnieć. W dodatku zapach jest torturą dla nosa. Prawdę powiedziawszy, bardziej ucieszyły mnie ulotki tej marki, w których zostały opisane właściwości olei. A serum? Myślę, że wysłanie go tam, skąd przybyło (z Argentyny, hu, hu!) byłoby dość kosztowne, więc zmieszam z czymś równie lubianym i wysmaruję skórę na szyi.

Cena: 29,99 zł/10 ml


Pixie Cosmetics Mega Matte Kapok Tree Powder - Alieneczka wspominała, że ten puder wart jest uwagi. Po zapoznaniu się z opisem właściwości, zastanawiałam się, co siedzi w środku. Drogie panie, ten kapok zrobiony jest z celulozy.  Ciekawa jestem, ostatkiem sił próbuję się przekonać, że powinnam zużyć niedawno otwarty puder Lirene.

Cena: 39,90 zł/3,5 g


Mydło Speick o "unikalnym zapachu" - mały, ale wariat. To maleństwo sprawiło, że całe pudełko pachniało jak sklep z indyjskimi kosmetykami. Rozmiar hotelowy, w sam raz do wrzucenia do podróżnej kosmetyczki.

Cena: 1,19 zł/13,5 g


Pixie Cosmetics Pędzel do makijażu 2in1 Concealer Brush - na początku mały zgrzyt: o ile mi wiadomo, pędzle Pixie sprzedawane są w pudełkach - nie żebym się kłóciła o kawałek tektury, ale miałam wrażenie, że dostałam coś "otwartego". Z drugiej strony zapewne gabaryt Naturalnie z pudełka nie pozwoliłby na upchnięcie nieporęcznego kartonika. 
Pędzel jest dość ciekawy, chociaż nie do końca jestem przekonana o tym, czy rozwiązanie ze zdejmowaną nasadką się sprawdzi - otwór mógłby być odrobinę szerszy. Zminiaturyzowana wersja flat topa i kuleczka mogą sprawdzić się nie tylko do korektora - korci mnie, żeby tym płaskim zaaplikować cień na całą powiekę.

Cena: 122 zł


Fresh&Natural Tropikalny solny peeling do ciała - cieszy mnie obecność peelingu tej marki w pudełku. Chociaż wolałabym cukrowy malinowy, to jednak nie wpisywałby się (dyskusyjne) w wakacyjne klimaty tak jak tropikalny. Od paru miesięcy używam rękawicy Kessa i czarnego mydła, ale może wyślę te produkty na mały urlop :).

Cena: 29,90 zł/200 ml

W cenie 89 zł otrzymałam produkty o wartości około 223 zł. Imponujące. Teoretycznie, bo towar jest wart tyle, ile klient chciałby za niego zapłacić. O ile nie kwestionuję ceny mydełka, peelingu, czy pudru, tak z pewnością nie kupiłabym tego serum za żądaną kwotę, a i za pędzel nie zapłaciłabym więcej niż kilkadziesiąt złotych. 

Jak to mówią: pierwsze koty za płoty. Nie jestem przesadnie zachwycona pudełkiem, ale zadowala mnie jego zawartość. Do tego stopnia, że poważnie myślę nad kolejnym - może znów postawię na Naturalnie z pudełka, a może wybiorę coś innego. Jakie są wasze przygody związane z pudełkami? Które polecacie, a które odradzacie?

środa, 22 czerwca 2016

Kocha, nie kocha. The Body Shop Camomile Sumptous Cleansing Butter

Dobry makijaż powinien być trwały. Przyznajcie, że znacznie lepiej czujecie się w sytuacji, gdy nie musicie co pół godziny biegać do łazienki w celu kontroli stanu twarzy. Miło jest, gdy cień się nie roluje, tusz nie osypuje, a pomadka nie zjada. Dlatego też często stawiamy na produkty o przedłużonej trwałości. Zwłaszcza teraz, w miesiącach, gdy słupki rtęci w termometrach szybują w kosmos, cenne są produkty, które nie spłyną z pierwszą kroplą potu. Ale coś za coś. Nałożenie grubego tynku i zaszpachlowanie go często prowadzi do tego, że wieczorem do łazienki trzeba przytargać kontener na odpady zmieszane z osiedlowego śmietnika i koniec końców skończyć z twarzą w krowie łaty i oczami jak królik.

Nie, nie, nie!

Teraz na topie są olejki do demakijażu, ale postanowiłam odkurzyć trochę temat maseł - w czasach,  gdy po ziemi biegały dinozaury (czyli jakieś dwa lata temu), dziewczyny zachwyciły się usuwaniem makijażu za pomocą produktów kremowych. Wiele wzdychało do niedostępnej w Polsce Emmy Hardie, zadowalając się Clinique. W tym segmencie jest jeszcze jeden produkt, który jednak nie zyskał tak szerokiego grona fanów, może z uwagi na niezbyt dobrą dostępność marki The Body Shop.  Sumptous Cleansing Butter jest z tego towarzystwa najtańszy.

Masło The Body Shop mieści się w estetycznej, metalowej puszce. Opakowanie jest wytrzymałe, jednak nie należy do najwygodniejszych - puszka jest dość płaska, przez co czasem ciężko ją odkręcić, gdy ma się krótkie palce i włożyło się wcześniej sporo krzepy w zamknięcie :).

Masło ma wyraźnie oleistą konsystencję. Nie jest to zbita gruda, ale nie przypomina też balsamu do ciała. Po zetknięciu ze skórą zmienia się w zawiesisty olejek, nie ucieka spod palców, dobrze się go rozprowadza.  Nie podrażnia i nie szczypie (!!!) w oczy. Pozostawia na skórze delikatnie tłustą powłokę. Nie jest to tłusto-śliski film, jak po płynach dwufazowych. Taka warstwa jest dla mnie nie do przyjęcia w przypadku twarzy, ale na oczach zupełnie nie przeszkadza. Przyznam się, że tego kosmetyku używałam głównie do demakijażu oczu i ust (paskudnie smakuje), a do zmywania podkładu stosowałam płyn micelarny i żel. Masło pachnie rumiankiem - zapach tego kwiatu zawsze kojarzył mi się z piwem, ale ten aromat w wykonaniu TBS jest bardziej świeży.

Jak z jego skutecznością? To pewniak. Nieważne, ile warstw tuszu naładujesz, jakiego eyelinera użyjesz, jak trwałej szminki nie użyjesz, masło The Body Shop da sobie radę. Chwila zabawy wacikami i makijaż znika bez śladu. Żadnego tarcia, ciągnięcia skóry.



Masło The Body Shop przyjemnie mnie zaskoczyło. Cena jest bardzo adekwatna do jakości i wydajności (używam 5 dni w tygodniu do zmywania oczu od października lub listopada, a jeszcze została 1/3). Jakieś zarzuty? Życzyłabym sobie tylko bardziej naturalnego składu.

Skład: Ethylhexyl Palmitate, Synthetic Wax, PEG-20 Glyceryl Triisostearate, Olea Europaea Fruit Oil, Butyrospermum Parkii Butter, Caprylyl Glycol, Tocopherol, Parfum/Fragrance, Aqua, Linalool, Limonene, Helianthus Annuus Seed Oil, Anthemis Nobilis Flower Extract, Citric Acid.

Cena: ok. 50 zł/90 ml
Dostępność: sklepy firmowe The Body Shop (np. Wrocław - Magnolia)
Ocena: 4,5/5
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...